25. TERENY LĘGOWE


Pod sparaliżowanym ze strachu Albusem ugięły się kolana. Fairhart również był wpatrzony w chimerę, której gigantyczne, pokryte futrem ciało unosiło się i opadało przy każdym zaczerpniętym, miarowym oddechu. Obaj, niczym na komendę, odwrócili się do siebie, ale to Sancticus odezwał się pierwszy, tak cicho, że z ledwością można było zrozumieć jego słowa, nawet z rzuconym zawczasu zaklęciem superczujnikowym.

– Nawet nie drgnij.

Była to żadna rada, bo i tak nie mógł ruszyć palcem. Widok śpiącej bestii wystarczył, żeby zapanował nad nim strach, a okropny zapach, który emitowała, niemalże sprawił, że stracił przytomność.

Fairhart podniósł różdżkę.

– Co robisz? – syknął ślizgon, nagle świadomy powagi sytuacji.

– Likwiduję.

– Znaczy się, że... Avadą? – Albusa owładnęła kombinacja emocji, dezorientacji oraz zaintrygowania. Ponownie spojrzał na chimerę. Najpierw dokładnie obejrzał jej łuskowaty ogon, a potem zlustrował kocią głowę. Kiedy Sancticus skinął głową, zadał kolejne pytanie. – Czy to w ogóle zadziała?

– W teorii klątwa zabijająca eliminuje każdy cel. – Mężczyzna nie opuścił różdżki. – Magiczne stworzenia ze wzmocnioną skórą, przypominającą smoczą, rzeczywiście mogą być bardziej odporne, ale... nie wyobrażam sobie, żeby przeżyły kilka klątw rzuconych pod rząd. Teraz się odsuń.

– Nie! – powiedział, a bestia chrapnęła przez sen, przez co zakrył ze strachem usta.

– Co masz na myśli?

– Zwyczajnie ją obejdźmy – jęknął. Nie chciał w żaden sposób prowokować chimery ani tym bardziej niepotrzebnie jej zabijać, zwłaszcza jeżeli aktualnie nie stanowiła zagrożenia. – Smacznie sobie śpi i nikogo nie krzywdzi...

Fairhart nie opuścił różdżki. Po prostu stał jakby wryty w ziemię i gapił się na niego z niedowierzaniem. Wyglądał, jakby oczekiwał lepszej argumentacji.

– Hm, moja dziewczyna, Mirra, chce zostać magizoologiem...? – dodał.

– W porządku! – Sancticus przewrócił oczami, a stworzenie znów chrapnęło. – Kiedy chimera rozerwie nas na strzępy, odpowiedzialność spadnie na barki Mirry.

Skinął z ulgą, podczas gdy mężczyzna trochę się cofnął oraz zaczął obchodzić bestię. Oczywiście, podążył za nim, stawiając kroki w dokładnie tych samych miejscach. W międzyczasie nawet na sekundę nie spuścił ze stworzenia wzroku, a przynajmniej do momentu, kiedy gęsto rosnące drzewa nie przysłoniły mu widoku.

– Uf. Było blisko, prawda? – zapytał, zrównując się z towarzyszem.

Fairhart nie odpowiedział. Zamiast tego parł przez zarośla do przodu, co chwilę przechodząc pod gałęziami. Wydawał się czymś pochłonięty.

Albus westchnął.

– Na co się złościsz...?

– Grecja – odparł w zamian mężczyzna.

– Co takiego...?

– Grecja – powtórzył. – Zastanawiałem się, skąd pochodzą chimery i jestem prawie pewien, że z Grecji.

Ślizgon zwyczajnie się gapił i chociaż magicznie wyostrzone zmysły na okrągło wyłapywały ciche dźwięki, nieszczególnie się na nich skupiał. Był zbyt zaaferowany i zaciekawiony tym, co nauczyciel pragnie mu przekazać.

– Okej. Hm, a dlaczego to takie ważne...?

– Cóż, nie jesteśmy w Grecji, Albusie. A jednak na wyspie jest potężna i szalenie niebezpieczna bestia z obcego kraju. – Fairhart zwolnił kroku, a następnie całkowicie się zatrzymał. – Co sądzisz?

Chłopiec się zastanowił.

– Chcesz powiedzieć, że tamto stworzenie zostało tu specjalnie sprowadzone?

– Dokładnie, chimera nie jest częścią naturalnego ekosystemu wyspy. Została tu przetransportowana przez Ministerstwo Magii, najprawdopodobniej jako dodatkowy środek bezpieczeństwa. Od zawsze wiedziałem, że Azkaban jest chroniony przez coś więcej aniżeli sieć potężnych zaklęć obronnych, ale nie przypuszczałem, że rząd znajdzie sposób na godne zastąpienie dementorów.

– Cóż, przynajmniej nie natkniemy się na nic gorszego od chimery – podsumował Albus, a potem spanikował. Instynktownie pomyślał o bestiach, o których wspomniał wcześniej mentor, a mianowicie o smokach.

– Hm, nie walczyłem jeszcze z siluetami, więc ciężko mi powiedzieć, czy to nie one są tu najniebezpieczniejsze. Nie byłbym też zdziwiony, gdybyśmy spotkali tutaj także stworzenia, o których uczyłeś się z podręczników do obrony, nawet te śmiercionośne. Nie zapominaj, że brak dementorów oznacza zluzowanie więziennych przepisów, a co za tym idzie, Ministerstwo musi brać pod uwagę możliwość ucieczki skazańców na otwartą przestrzeń. Zazwyczaj, gdy wymykali się dementorom, nie mieli dalej utrudnionej sprawy. Teraz muszą dwukrotnie przemyśleć pomysł ucieczki – wyspa nadal jest nieprzyjemna oraz, co gorsza, mniej monitorowana.

– Jak w ogóle Darvy się przedostał? I w jaki sposób przejął Azkaban? – Chłopiec zmarszczył brwi. – Najpierw musiał przetrwać burzę i wir, a następnie przebić się przez te wszystkie zaklęcia i zabezpieczenia...

– Uważam, że Sebastian Darvy nie musiał się szczególnie natrudzić. Zapominasz, że towarzyszy mu Fango Wilde. Departament Transportu Magicznego, w którym pracował Wilde, dał mu znaczną wiedzę na temat bezpiecznego, ministerialnego szlaku oraz zatwierdzonych punktów aportacyjnych. Prawa Ręka Śmierci musiał najprawdopodobniej stawić czoła tylko ułamkowi barier, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć. Nawet gdyby natknął się po drodze na jakieś zwierzęta, podejrzewam, że szybko by się z nimi uporał, zwłaszcza że bez problemów zdobył potem więzienie.

Ślizgon spojrzał na Fairharta, zdezorientowany, gdyż dobiegające do jego uszu słowa były jakby przytłumione, a dodatkowo słyszał ciche brzęczenie. Nałożone na niego zaklęcie superczujnikowe owszem, bywało przydatne, ale – co dziwne – nie potrafiło określić natury oraz kierunku dźwięku. Z twarzy towarzysza chciał wyczytać coś więcej, lecz nie zdążył. W momencie został powalony na ziemię.

– Co do...? – sapnął, ale zamilkł, kiedy mentor upadł obok.

– Nie wstawaj, Albusie! – warknął Sancticus.

Wtem ogarnęło go intensywne ciepło. Chociaż miał twarz przyciśniętą do gleby, perfekcyjny, wyostrzony czarem wzrok pozwolił mu zobaczyć olśniewający pomarańczowo–czerwony ogień, zaś wyczulony słuch zarejestrować przeraźliwy ryk płomieni, które zdawały się przelatywać dosłownie tuż nad nimi.

Wiedziony instynktem, jeszcze bardziej przywarł do ziemi i zamknął oczy. Wszystkie myśli natychmiast uleciały mu z głowy, zastąpione jedną, desperacką. Nie mógł się podnieść, nawet o cal. Gdy jakkolwiek się poruszy, pochłonie go ogień.

Nawet z zaciśniętymi powiekami widział dziko tańczące płomienie, a gorąc był tak potężny, że odniósł wrażenie, jakby zaraz miał się roztopić. Próbował liczyć sekundy, czekając, aż żar ustanie, ale nadaremnie. Zbyt się przeraził myślą, iż zaklęcie może nie mieć końca.

Ledwie o tym pomyślał, a wszystko ustało i w okolicy zapanowała niesamowita, kojąca dla ucha cisza. Ciepło nadal się utrzymywało, podobnie jak zapach spalonej roślinności, ale pod powiekami nie widział żaru i to wystarczyło, żeby Albus podniósł głowę i spojrzał na Fairharta, który zdążył już wstać.

Ślizgon także się pozbierał, rozejrzał po okolicy i z trudem przełknął ślinę. Powietrze sprawiało wrażenie gęstszego, co zapewne było efektem minionego zabezpieczenia. Otaczające ich wysokie drzewa zostały w międzyczasie zwęglone, a teraz po prostu dymiły, zupełnie jakby zostały w magiczny sposób ugaszone.

– Że co...? Co to...? – zaczął.

– Urok spopielający – odpowiedział ponuro Fairhart. – W najbardziej prymitywnej formie.

– Wyspa jest nawiedzona. – Albus potrząsnął głową i otrzepał koszulkę z ziemi. – Wiry, chimery, losowo latające zaklęcia...

– Na wyspie nic nie jest dziełem przypadku. – Sancticus wyciągnął rękę i pomachał nią w powietrzu, jakby chciał coś sprawdzić. – W jakiś sposób uruchomiliśmy czar, który miał zniszczyć wszystko na swojej drodze. Następnym razem będziemy musieli bardziej uważać.

Chłopiec potaknął, wpatrzony w jedno z gigantycznych drzew. Grafitowy kolor przyprawiał go o dreszcze. Zdecydowanie nie chciał wyglądać podobnie.

– Ruszajmy – powiedział mentor, wyrywając podopiecznego z zamyślenia. – Wkrótce znów zacznie padać – dodał, patrząc zachmurzone w niebo. – Tak jak mówiłem wcześniej, skupmy się teraz na znalezieniu odpowiedniej kryjówki.

Albus posłusznie podążył za towarzyszem, nadal wstrząśnięty tym, co się wydarzyło. Czy Fairhart nie rozumiał, że przed momentem o mało co nie zostali spaleni na popiół? O dziwo, mężczyzna naprawdę nie wydawał się tym zaniepokojony. Nawet gdy na niego zerknął, sprawiał wrażenie odrobinę podekscytowanego.

– Co ci jest? – zapytał, truchtając, żeby nadążyć.

– Cieszę się, że dobrze odgadłem.

– Rozwiązałeś jakąś łamigłówkę?

Sancticus się zatrzymał.

– Czy wiesz, dokąd zmierzamy? – zapytał, zamiast odpowiedzieć.

– Noo, do Azkabanu...

– Tak, ale czy nie zauważyłeś, że idziemy okrężną drogą? Po prostej jest wiele zaklęć.

– Szedłem za tobą bez zastanowienia – wyznał Albus, zawstydzony. W rzeczywistości nigdy nie zadał sobie trudu, aby odpowiedzieć na pytanie, skąd towarzysz wiedział, która ze ścieżek jest poprawna. Na szczęście, obaj nadal żyją.

– Cóż, sytuacja zmusiła mnie do podjęcia kilku przypadkowych decyzji. Na przykład, gdy zobaczyłem stróżującą chimerę, która jest bardzo terytorialnym stworzeniem, wiedziałem, że jesteśmy nieopodal ministerialnego szlaku. Jeżeli upatrzą sobie legowisko, nie odejdą daleko – wytłumaczył mężczyzna. – Kiedy dotarliśmy na wyspę, wylądowaliśmy niedaleko bezpiecznej drogi. Musiałem więc zgadywać, który obrać kierunek. Zdecydowałem się na wschód i okazało się, że podjąłem słuszną decyzję.

– Ale przecież idziemy...

– Owszem, na zachód. Zupełnie w drugą stronę – dokończył czarodziej. – Zbliżamy się do skupiska potężnych zaklęć obronnych, podobnych do tych, które z ledwością przetrwaliśmy.

– Powinniśmy się przybliżać do ministerialnego szlaku! – Albus był przerażony. – Dlaczego mielibyśmy...?

– Zapominasz o naturze naszego najazdu. – W głosie Fairharta słychać było ostrzegawczą, stalową nutę. – Urzędowa, „bezpieczna" droga została zawczasu zinfiltrowana przez Diabli Alians. Niezależnie od niebezpieczeństw, z którymi przyjdzie nam się tutaj zmierzyć, nie ryzykujemy wykrycia. Ostatnią rzeczą, jakiej pragniemy, jest przecież, żeby Darvy dowiedział się o naszej obecności, a potem misji. – Zacisnął usta. – Musimy zdecydować, która trasa jest najlepsza – przedzieranie się przez zabezpieczenia Ministerstwa, czy też pułapki Darvy'ego. Biorąc pod uwagę fakt, iż ten drugi najprawdopodobniej zgromadził w międzyczasie potężną armię, powiedziałbym, że wolimy standardowe środki obrony. Uważasz inaczej?

Albus zrozumiał tę logikę, a ponieważ nie miał żadnego sensownego kontrargumentu, po prostu poczekał, aż Fairhart wznowi marsz. Po mniej więcej pięciu minutach sprawdziła się prognoza pogodowa Sancticusa. Uczucie kapiącego na głowę deszczu było bardzo odświeżające, zwłaszcza po sposobie, w jaki osmolił ich dziki płomień.

– Najlepiej będzie, jeżeli na chwilę się rozdzielimy – powiedział nagle nauczyciel.

Ślizgonowi ścierpła skóra.

– Co...?

– Jeżeli podwoimy wysiłki, szybciej znajdziemy dobre schronienie – wyjaśnił Fairhart, podczas gdy deszcz się wzmógł, przez co zaczynał stawać się irytujący.

– A nie możemy po prostu... normalnie iść, kiedy pada...? – zapytał z nadzieją Albus – nieszczególnie chciał się oddzielać od opiekuna.

– Moglibyśmy, ale pomyślałem, że wykorzystamy opady na naszą korzyść – będą służyć jako czas przeznaczony na odpoczynek. Czy nie masz niekiedy ochoty trochę odsapnąć?

– No tak, ale...

– Możesz poruszać się w pojedynkę. Wbrew temu, co ci się wydaje, jesteś bardzo uzdolnionym czarodziejem – powiedział uspokajająco Sancticus. – Wątpię, żebyś natrafił na potężne zaklęcia obronne. Nie zapomnij, że wyspa być mieszkalna dla tutejszych zwierząt, czyli w ich bliskiej obecności nie będzie żadnych dodatkowych zabezpieczeń. Po prostu wypatruj śpiących stworzeń i nie odchodź zbyt daleko.

Albus wziął głęboki oddech, ale ulewa była na tyle potężna, że nie mógł się spierać na temat konieczności odpoczynku. Rozważał zapytanie, czy istnieje jakaś kombinacja zaklęć, które stworzyłoby im kryjówkę w miejscu, gdzie stali, ale doszedł do wniosku, że Fairhart zapewne wynalazłby jakiś dziwny i jednocześnie niewiarygodnie logicznie brzmiący powód, aby i tak skomplikować sprawę.

Ostatecznie się rozdzielili. Punktem zbioru ustanowili gigantyczne, zwęglone drzewo, które służyłoby też za wskazówkę, gdyby znaleźli godne uwagi schronienie.

Albus nawet nie zawracał sobie głowy zerkaniem przez ramię, jaki kierunek wybrał Sancticus, gdyż był zbyt zajęty przedzieraniem się przez krzaki z ograniczoną przez szarugę widocznością. Przez około pięć minut szedł przez wilgotne listowie, a zagrożenie było minimalne – w pewnym momencie przyspieszył ze strachu kroku, bo groźnie wyglądająca liliowa roślina syknęła na niego, jakby z zamiarem wyprowadzenia ataku. Nałożone na niego zaklęcie superczujnikowe wydawało się teraz zanikać, ponieważ bębniący deszcz zaczynał brzmieć coraz to normalniej. Trochę się tym zaniepokoił. Musiałby mieć naprawdę wielkiego pecha, żeby w takiej sytuacji natknąć się na zabezpieczenie bez wcześniejszego ostrzeżenia.

Wszystko wskazywało na to, że na drodze, którą obrał, nie było ustawionych żadnych barier, co kazało mu się zastanowić, czy Fairhart przypadkiem z czymś właśnie nie walczy. Mimowolnie zaczął się martwić, czy życie Sancticusa nie jest zagrożone, ale wtem coś go rozproszyło.

Dziesięć stóp dalej zaszeleściła kępka krzaków, zupełnie jakby buszowało w niej jakieś bliżej niezidentyfikowane magiczne stworzenie. Albus zmrużył oczy, żeby poprzez deszcz dostrzec źródło podejrzanego ruchu oraz instynktownie uniósł różdżkę. Dostrzegłszy coś przerażającego, prawie zszedł na zawał serca. Z chaszczów wystawała ludzka ręka.

Homenum Revelio! – krzyknął.

Żadnych zmian. Z niepokoju niemal go skręciło. Albo umysł płatał mu figle, albo rzeczywiście napotkał trudną do wykrycia przeszkodę. Niestety, w momencie zrozumiał, że bardziej prawdopodobna jest druga opcja, zwłaszcza że dopiero co nauczył się tego zaklęcia pod czujnym okiem Fairharta oraz nijak go dotąd udoskonalił.

Zaczął rozważać możliwości. Cokolwiek spotkał, na pewno nie była to chimera. Czy Sancticus nie wspominał przypadkiem o innych, zamieszkujących wyspę bestiach? Jeżeli nie napotkał człowieka, to z czym miał do czynienia?

Krzaki ponownie zaszeleściły i znów wystrzeliła z nich ludzka ręka, a brunet automatycznie odskoczył w tył. Właśnie przygotowywał się do wystrzelenia zaklęcia, kiedy z chaszczy wyłoniła się postać, na której widok ślizgon sapnął i zakrył usta.

To był Albus Potter.

Sobowtór wyglądał niemal kropka w kropkę jak oryginał. Okropne, wręcz obrzydliwe. Miał na sobie tę samą luźną koszulkę oraz te same znoszone spodnie, a nawet równie zabłocone buty. Chłopców różniło tylko jedno, a mianowicie oczy – tubylca charakteryzowały jasne, błyszczące, zaś odwiedzającego naturalnie zielone.

Gdy przyszło zrozumienie, przełknął ślinę.

Naprzeciwko stał złotooki Albus Potter.

Ślizgon momentalnie zdrętwiał i nie mógł opanować drżenia rąk. Skulił się w sobie, kiedy wrogo nastawiony i wyraźnie zarozumiały brat bliźniak podszedł bliżej.

Wtem niespodziewanie się zatrzymał. Przez chwilę dziwnie się wykrzywiał, a potem zaczął zmieniać formę z ludzkiej na przedmiotową. Powoli się przekształcał i z czasem zaczął przypominać jakby prostokąt, następnie równoległościan, pudełko, aż w końcu...

Riddikulus!

Łóżeczko zniknęło w kłębie dymu z charakterystycznym trzaskiem. Albus się odwrócił i zobaczył, że zaledwie kilka stóp od niego z wyciągniętą różdżką i ponurą miną stał Fairhart.

– Chodź, znalazłem nie najgorszą grotę! – krzyknął poprzez deszcz.

Nie znalazłszy nic ciekawszego, trochę wstrząśnięty, posłusznie podążył za Sancticusem. Najpierw minęli punkt zborny, czyli duże zwęglone drzewo, a potem chłopiec znalazł się w miejscu, w którym jeszcze nie był. Rzeczywiście – przy strumieniu rwącej wody znajdowała się mała jaskinia. Gdy wszedł do środka, przywitał go widok roznieconego, przyjemnego ognia.

– Spróbuj się nieco przespać – powiedział nauczyciel, kiedy usiedli, a do szumu deszczu dołączyły teraz grzmoty.

Albus powstrzymał się od komentarza. Zamiast tego wbił spojrzenie w wychudzoną twarz towarzysza. Jakby chcąc być empatycznym oraz pokazać, że wie, się dzieje w głowie podopiecznego, Fairhart pospieszył z wyjaśnieniami.

– Wygląda na to, że pomimo nieobecności dementorów, Ministerstwo nadal używa terroru psychologicznego...

– To był bogin, prawda? – przerwał mu z rozdrażnieniem ślizgon, przypominając sobie poznaną przed laty nazwę zjawy, z wrażeniem jakby miał się zaraz zabierać za odrabianie zadania domowego.

– Owszem – odpowiedział stanowczo mężczyzna. – Tylko bogin – dodał cieplej.

Albus skinął głową.

– Czemu dokładnie się tak przyglądałeś? Zanim cię znalazłem? – zapytał nagle Fairhart, a w jego głosie słychać było najprawdziwszą ciekawość, co w sumie było całkiem denerwujące. – Czy byłeś to ty, podczas swoich przemian?

Chłopiec ponownie potaknął. W końcu zdecydował się przemówić, pomimo narastającej w gardle guli.

– Spotykam go w snach – wyznał, pocierając ramiona.

Opiekun zarejestrował ten gest i leniwym ruchem nadgarstka rzucił odpowiednie zaklęcie – natychmiast ogrzał podopiecznego.

– Nadal? – spytał.

Albus zaprzeczył.

– Nie. A przynajmniej nie od jakiegoś czasu – odparł pospiesznie. – Raz się zmierzyliśmy. Przestał się pojawiać, kiedy powiedziałem mu, że już się go nie boję.

– Interesujące. Bogin przyjmuje formę największego strachu czarodzieja, przed którym stoi. W wyimaginowanym przeciwniku musi być więc element, który napawa cię lękiem. – Spojrzenie Fairharta nabrało intensywności, podczas gdy Albus za wszelką cenę starał się nie podnosić wzroku. – Czego się obawiasz...?

– Nie mam pojęcia! – warknął. – Jestem za to pewien, że ty dobrze wiesz – dodał cierpko.

Nauczyciel przechylił głowę w bok.

– Co masz na myśli...?

– Wiesz wszystko, prawda? – powiedział z sarkazmem. – Zdajesz sobie sprawę, dlaczego w pierwszej kolejności mam te sny, prawda? Oraz czemu mówię do siebie niczym szaleniec?

Och, nie zapomniał wcześniejszego oświecenia Fairharta – po prostu przez wzgląd na serię wydarzeń, która ich tu przywiodła, odłożył tę kwestię na bok. Nie zamierzał jednak poddać się nadchodzącemu przesłuchaniu w sprawie, zwłaszcza teraz. Nie, dopóki nie otrzyma przynajmniej kilku dobrych odpowiedzi na dręczące go pytania.

– Uspokój się, Albusie – powiedział Sancticus, brzmiąc na zatroskanego.

– Powiedz mi wszystko, co wiesz!

– Zastanów się nad tym, o co prosisz! – warknął czarodziej i po raz pierwszy od dawna wydawał się naprawdę poruszony. Kiedy podniósł głos, buchnęły płomienie, ale to nie wystarczyło, aby chłopiec się choćby wzdrygnął – zamiast tego wbił w Fairharta gniewne, pełne oskarżenia spojrzenie. – Pomyśl logicznie – dodał mentor. – Naprawdę myślisz, że zataiłbym przed tobą coś, co mogłoby ci pomóc? Czy uważasz, że moje zachowanie tajemnicy jest aktem złośliwości, albo pogardy? Naprawdę tak sądzisz?

Albus otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie zyskał szansy na werbalną obronę.

– Wiedza, którą przed tobą ukrywam – a raczej domniemana wiedza, bo nie posiadam całkowitej pewności – niesie za sobą poważne konsekwencje – kontynuował mężczyzna. – Obiecuję, że w swoim czasie wszystko ci wyjaśnię, ale nie teraz. Zaufaj mojemu osądowi – w końcu udzielę odpowiedzi, na których ci zależy.

Nadal kipiąc ze złości, ostatecznie skinął głową.

– Naprawdę mi powiesz? – upewnił się. – Bo wiesz, jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele nie łamią danego słowa...

– Tak. – Fairhart się uspokoił. – Zaufanie jest najważniejsze. Daj mi więc wiarę.

Albus skrzyżował ramiona, wciąż sfrustrowany. Nie chciał pogarszać sprawy. Po chwili milczenia Sancticus ponownie skoncentrował się na buchającym ogniu, niezwykle skoncentrowany, jakby przed momentem w ogóle się nie kłócili. Chłopiec nie spuszczał z niego wzroku, ciekaw rzeczy, nad którymi ten się zastanawia.

– O czym myślisz? – zapytał z zamiarem rozładowania nieco napiętej atmosfery.

Czarodziej drgnął, nagle rozproszony.

– O Idzie – odpowiedział powoli.

Albusa zmroziło. Głupio spuścił głowę, nie wiedząc, jak powinien się teraz zachować. Cóż, musiał przyznać, że zadając pytanie, wykazał się małą ilością taktu oraz rozumu. Już dawno nauczył się przecież, że umysł Sancticusa Fairharta jest skomplikowany i nic dobrego nie przychodzi z przymuszania mentora do uzewnętrzniania się przed światem. Ku jego zaskoczeniu, towarzysz miał do niego swoje pytanie.

– Kto jest twoim najlepszym przyjacielem?

– Hm, Morrison i Scorpius – stwierdził, zbyt dobrze wiedząc, że nie ma najmniejszego sensu wybierać pomiędzy nimi. Z równania wyłączył także Mirrę, bo przecież podpinała się pod zupełnie inną kategorię. – Gdy rozmówca nie odpowiedział, niepewny, w jaki sposób zinterpretować pytanie, dodał: – A co?

– Nigdy nie zapominaj o miłości i wsparciu przyjaciół. Kiedy wszystko inne wydaje się stracone, nie znajdziesz większej siły, aniżeli wiedza, że jest na świecie ktoś, kto się o ciebie troszczy i na tobie polega. – Uśmiechnął się krzywo Fairhart.

Nijak to odpowiadało na pytanie Albusa, ale Sancticus wygłosił swój komentarz w taki sposób, jakby dawał jasno do zrozumienia, że dyskusja powinna się natychmiast zakończyć. Co więcej, mówiąc to, pochylił się troszkę do przodu i zapatrzył się ponad płomieniami w dal, dodając stwierdzeniu więcej dramatyzmu.

– Spróbuj się przespać – dodał mężczyzna. – Obudzę cię, kiedy znów będziemy ruszać w drogę.

Ślizgon potaknął i wszedł trochę w głąb groty, gdzie upatrzył własny kącik. Wtem, gdy położył głowę na chłodnym, gładkim kamieniu i zamknął oczy, przygotowując się do zregenerowania sił, coś sobie uświadomił.

– Ty się nie kładziesz?

– Mądrze jest mieć choć jednego wartownika. – Fairhart brzmiał, jakby wygłaszał wyuczoną formułkę. – Stanę na straży.

Albus zmarszczył brwi. Towarzysz czuwał także po tym, jak zeszli z morza. Kiedy w ogóle ostatnio spał? Wszystko wskazywało na to, że dopiero przed wizytą w Lambshire...

– Stanę na warcie – oświadczył i podniósł się na rękach, ale wtedy mężczyzna potrząsnął gwałtownie głową.

– Nie, potrzebujesz odpocząć. – Sancticus był stanowczy. – Spokojnie. Będę czuwał.

Ślizgon głęboko westchnął, z doświadczenia wiedząc, że uparte obstawianie przy swoim do niczego go nie zaprowadzi. Zamiast tego oparł się plecami o kamień i zgodnie z pouczeniem, spróbował odpłynąć.

Nie było łatwo. Moment wytchnienia dostarczył mu fragmentów przerażających oraz niepodważalnych prawd. Niemalże dzisiaj zginął. Właściwie prawie więcej niż raz. Może i nie były to jego pierwsze, zagrażające życiu przygody, ale istniała pewna różnica. Tym razem sam się prosił o kłopoty i zawczasu się nie przygotował.

Podniecenie spowodowane podróżą łodzią oraz entuzjazm związany z byciem blisko taty prawie całkowicie zniknęły. Palące pragnienie, aby zostać zbawicielem ojca, zostało ochłodzone przez incydenty, które miały miejsce na lądzie. Świadomość nadchodzących niebezpieczeństw także nie poprawiała mu humoru. Nadal znajdowali się na obrzeżach. Więzienie, potężna forteca, w której osadzony został Harry Potter, wybudowana została w samym środku wyspy, a obecnie strzegą jej stwory pochodzące z innego świata. Co więcej, Fairhart chciał stąd wypłynąć z przynajmniej jednym rzadkim i najprawdopodobniej pilnie strzeżonym artefaktem...

Nawet nie zdając sobie sprawy, w jaki melancholijny wpadł nastrój, poczuł spływającą po policzku łzę. Komentarze Sancticusa na temat przyjaciół i rodziny zatruwały mu myśli oraz wydobywały na wierzch słodko–gorzkie wspomnienia. Przybył na tę wyspę, żeby zrobić coś produktywnego i żeby jakkolwiek się przyczynić. Za sobą zostawił wszystkich bliskich – Morrisona, Scorpiusa, Mirrę, mamę, brata, siostrę i całe kuzynostwo. Kiedy przywołał z pamięci ich zmartwione twarze, niemal pękło mu serce. Jak zareagowaliby, gdyby nigdy nie wrócił z wyprawy? Wtem przeszył go strach, tak obezwładniający, że w porównaniu do niego spotkany po drodze bogin sprawiał przyjemne wrażenie.

Nie był pewien, jak długo siedział w milczeniu. Na szczęście, przygnębieni i zrozpaczeni bliscy nie podłamali go wystarczająco, żeby nie mógł się ruszyć. Uniósł powieki i zobaczył, że z odrętwienia wyrwał go w sumie Fairhart. Mężczyzna wyglądał okropnie – miał przekrwione od braku snu oczy oraz nigdy wcześniej nie wyglądał na bardziej pozbawionego życia.

– Gotowy? – skrzeknął.

Albus skinął głową. Nim minęło pięć minut, wygasili ogień i opuścili jaskinię. Deszcz co prawda przestał padać, ale ziemia pod ich stopami była mokra i śliska, a duże krople wody wciąż skapywały z liści i gałęzi drzew. Chłód sprawił, że się mimowolnie się wzdrygnął i desperacko chcąc ruszyć naprzód, wyraził swoje myśli na głos.

– Nadal wiesz, dokąd idziemy?

Sancticus potaknął.

– Mam pewien pomysł, ale bądź skupiony. Najprawdopodobniej daleko nam jeszcze do przedarcia się przez wszystkie zabezpieczenia wyspy. Och, no właśnie... – Nie dokończywszy zdania, machnął różdżką i jeszcze raz rzucił na nich zaklęcie superczujnikowe.

Albus nie był pewien, w którym dokładnie momencie poprzedni urok się wyczerpał, ale teraz cieszył się z ponownego powrotu nadzwyczaj czułych zmysłów. Dzięki jednemu zaklęciu znów czuł się pewniej i bezpieczniej.

Maszerowali przez błoto i oderwane gałęzie. Burza skrzywdziła zwłaszcza mniejsze i słabsze drzewa, przez co brunet się zastanowił, w jaki cudowny sposób udało im się przetrwać na wyspie tak długo. Jakby na to nie spojrzeć, gwałtowne nawałnice są tu powszechnymi zjawiskami pogodowymi.

Spacer często umilały im dziwne dźwięki, ale zawsze okazywało się, że wydawało je niegroźne, praktycznie nieszkodliwe zwierzątko, zazwyczaj w formie jakiegoś nierozpoznawalnego ptaka. Tylko raz dotarli do punktu, w którym Fairhart musiał się zatrzymać i z ostrożnością wybadać okolicę. Gdy weszli w zieloną gęstwinę, niewidzialna bariera zmusiła ich do obejścia jej po przekątnej. Nauczyciel nawet na sekundę nie opuścił różdżki, jakby za wszelką cenę chciał zapobiec nieoczekiwanemu atakowi.

Od czasu do czasu Albus wpatrywał się w niebo, kontrolując ich odległość od Azkabanu. Wydawało mu się, że nieznacznie się zbliżyli. Podczas gdy szli w niemal całkowitej ciszy, długo się zastanawiał, jak daleko byli, lecz nie był zadowolony z żadnej wymyślonej odpowiedzi. Swoje rozważania porzucił, dopiero kiedy do jego uszu dotarł niezwykły dźwięk.

Przytłumiony ludzki głos.

Natychmiast zamarł w miejscu, podobnie jak Sancticus, który wyciągnął w bok rękę, aby powstrzymać podopiecznego przed dalszą wędrówką, zupełnie niepotrzebnie.

– Co to...?

– Sza!

Zaczęli nasłuchiwać. Po chwili znów usłyszeli głosy, chociaż słowa nadal były niezrozumiałe.

Albus się spocił. Automatycznie pomyślał o boginie, jednakże był prawie pewien, że te zjawy nie mówią. Co więcej, szanse, że bogin przemówiłby zarówno do niego, jak i do Fairharta, były po prostu zerowe. Zanim zdążył bardziej zagłębić się w temat, towarzysz ponownie skierował ku niemu różdżkę.

Ogarnęło go zaskakujące, choć znajome wrażenie – zupełnie jakby pękło nad nim jajko, a następnie go ufajdało. Uniósł rękę i potwierdził swoje przypuszczenia, ale nadal nie mógł nic poradzić na to, że czuł się zakłopotany.

– Zaklęcie kameleona? – zapytał, patrząc przez swoją dłoń. – Co...?

Kiedy głosy stały się wyraźniejsze, mężczyzna również się zakamuflował.

– Szybko na drzewo – powiedział półgębkiem.

Albus spełnił polecenie. Natychmiast się odwrócił i od razu zauważył pień, na który można było się łatwo wspiąć. Kiedy spojrzał w bok, zauważył, że Fairhart wdrapywał się obok niego i, o dziwo, dorównywali sobie sprawnością. W zaledwie kilka sekund razem dotarli do wierzchołka drzewa i chociaż wiedział, że po drodze parokrotnie był nieuważny i zdradził się kilkoma trzaskami gałęzi pod stopami, w pełni rozumiał, że nie może się na siebie gniewać – wbrew pozorom zachowywał się cicho, a trzaski usłyszał tylko i wyłącznie dlatego, że rzucono na niego zaklęcie superczujnikowe.

Siedział niczym ptak na żerdzi, dokładając wszelkich wysiłków, aby nie ruszyć się nawet o cal. Z tej perspektywy wyspa nigdy bardziej nie przypominała Zakazanego Lasu, a wierzchołki drzew służyły za ujmujące tło, które szpecił swoim jestestwem ponury Azkaban. Tutejsza roślinność naprawdę była niesamowita – wszystko charakteryzowało się unikalnym kształtem i tworzyło pozornie spokojny pas zieleni.

Rozejrzał się wokół i spróbował namierzyć Sancticusa, po czym prawie od razu się poddał. Znając swego mentora, był przekonany, że ciężko byłoby go zlokalizować, nawet gdyby odziany w czerwień paradował wśród ludzi ubranych na biało – próba wypatrzenia go pośród splotu gałęzi i liści graniczyła więc z cudem. Z czymkolwiek – lub kimkolwiek – mieli do czynienia, był zdany na siebie.

Niestety, zdecydowanie za szybko stało się jasne, dlaczego musieli się ukrywać. W miarę upływu czasu przytłumione dotąd słowa stały się wyraźniejsze.

– Jak myślisz, na kogo padnie tym razem? – zapytał w dole jakiś zachrypnięty oraz groźnie brzmiący głos.

– Stawiam na tego głupca, który zaatakował Marksona – odpowiedział mu chłodny i flegmatyczny. – I pewnie kilku innych będzie robiło za widownię. Wiem, że na jego miejscu z pewnością urządziłbym publiczne przedstawienie – dałbym reszcie przykład.

Albus nie miał pojęcia, o czym ci ludzie rozmawiali, ale jedno było oczywiste – nie wiedzieli, że są pod obserwacją. Wyjrzał przez liście i z łatwością ustalił ich pozycję. Wrogów było tylko dwóch. Obaj odziani byli w czarne szaty oraz nie mieli twarzy przysłoniętych maskami, które dotąd widywał. Szli niespiesznym tempem. Nie byłoby ciężko dobrze wycelować i strzelić w nich zaklęciem...

Niemożność porozumienia się z Fairhartem była okropna, gdyż nie do końca był świadomy wszystkich jego planów. Nie zamierzał jednak po prostu pozwolić wrogom odejść i błąkać się w pobliżu, uniemożliwiając zrobienie im czegokolwiek. Bądź co bądź, miał przewagę w postaci elementu zaskoczenia i trenował właśnie na potrzeby takich sytuacji.

Wymierzył różdżkę w człowieka idącego po prawej stronie...

Maksymalnie się skoncentrował na zaklęciu oszałamiającym i stało się – spośród drzew wystrzelony został czerwony promień. Co dziwne, tuż obok niego, równolegle, poszybował drugi, nieco większy. Obaj czarodzieje padli niczym jeden mąż na ziemię, nie mogąc nawet krzyknąć z zaskoczenia.

Zanim ślizgon zdążył zejść na dół, usłyszał tąpnięcie, które podpowiedziało mu, że Sancticus zdecydował się po prostu zeskoczyć z gałęzi. Kiedy stanął na twardym gruncie, towarzysz już stał nad dwoma obezwładnionymi wrogami; usunął także zaklęcie kameleona. Podszedł bliżej, podczas gdy partner machnął w powietrzu różdżką. Uczucie spływającej po ciele ciepłej wody powiedziało mu, że zdjął czar również z niego.

– Wspaniała intuicja, Albusie. – Fairhart był pod wrażeniem. – Nie musiałeś nawet widzieć mojego ogłuszacza. Objąłeś prowadzenie.

– Cóż, pomyślałem, że... lepiej nam będzie się skradać bez ogona – stwierdził mało przekonująco, patrząc na dwóch nieprzytomnych mężczyzn. Jeden z nich był niecodziennie żylasty, zaś drugi grubszy, ze splątanymi brązowymi włosami i pucołowatymi policzkami.

– Wiesz, co dalej, prawda? – Sancticus uniósł różdżkę.

– Nawet...

– Czas na przesłuchanie – dodał nauczyciel, a chłopiec, którego serce przed momentem zabiło szybciej, uspokoił oddech.

Czarodziej nie od razu wybudził ofiary. Najpierw zamaszyście śmignął orężem w powietrzu i Albus zrozumiał, że uniemożliwia nieznajomym ucieczkę. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że wśród rzuconych czarów na pewno znalazły się wyciszające i paraliżujące.

Rennervate.

Ożywieni mężczyźni natychmiast zaczęli się szarpać, ale ich wysiłki nie przyniosły żadnego skutku. Niezdolni do mówienia ani poruszania się bardziej, aniżeli tylko szyjami, po prostu potrząsali głową w górę i w dół, zupełnie jak przewrócone na skorupę żółwie. Z zaskakującą siłą mentor po prostu podniósł ich za kołnierze szat, po czym przymocował do dwóch sąsiadujących ze sobą konarów drzew.

– Przestańcie się zmagać – nakazał władczym tonem. – Nic tym nie osiągniecie.

Obaj natychmiast znieruchomieli. Chudy wyglądał na przestraszonego, zaś grubszy zachowywał się agresywniej.

Sancticus stanął pomiędzy drzewami, podczas gdy Albus został w tyle. Z napięciem obserwował poczynania towarzysza, zarówno zaciekawiony, jak i zaniepokojony. Mimo wszystko ciężko mu było przewidzieć, w jaki sposób postąpi teraz mężczyzna.

– Nakreślę teraz obraz sytuacji – oświadczył złapanym Fairhart, a dla podkreślenia wagi słów, wyciągnął różdżkę. – Zdejmę z was Silencio, żebyście mogli odpowiedzieć mi na kilka pytań. Jeżeli któryś z was zacznie podnosić głos, krzyczeć, albo wydawać z siebie inny żałosny dźwięk, który ma zwabić tu posiłki, zostaniecie ponownie uciszeni, a następnie trochę potorturowani, ot tak dla zasady, aż w końcu zabici. – Uniósł brew. – Zrozumiano?

Obaj nienawistnie gapili się na Sancticusa, który brzmiał, jakby nadal był aurorem na służbie oraz wygłaszał aresztowanym przez siebie złoczyńcom standardową formułkę. Albus nie mógł wyjść z podziwu. Ilu ludzi wcześniej przystało na te warunki? Ilu zaś głupio postanowiło zignorować ostrzeżenie i skończyło marnie?

Ostatecznie obaj skinęli głową. Fairhart machnął leniwie różdżką i Albus zobaczył, ku ogromnej uldze, że cenili swe życia. Żaden z nich się nie odezwał.

Auror przykucnął, żeby zrównać się z przesłuchiwanymi poziomem i przez chwilę przyglądał im się z wyraźnym zainteresowaniem. Z miejsca, w którym stał, ślizgon nie widział wyrazu jego twarzy, ale był przekonany, że widniał na niej przypominający uśmiech grymas. Nieco go to niepokoiło.

– Gdybym nie wiedział lepiej, powiedziałbym, że patrolowaliście. Po co dwóch stosunkowo kiepskich czarodziejów monitoruje tak niebezpieczny teren? Szukaliście kogoś?

Z początku obaj milczeli, a potem grubszy mężczyzna zdecydował się zabrać głos.

– Prawa Ręka Śmierci wie, że tu jesteście! – warknął ochryple, przez co Albus się wzdrygnął. – Kazał nam cię sprowadzić. W okolicy jest jeszcze kilku wartowników...

Fairhart nie czekał. Ostrym ruchem przeciął różdżką powietrze, a z jej końcówki wyleciał snop białawego światła i natychmiast uderzył w przesłuchiwanego, który zaskomlał niczym zraniony pies i po chwili zalał się krwią – obficie kapała mu z nosa, spływając po ustach i szyi.

– Wiem, kiedy kłamiesz – stwierdził chłodno, a żylasty nieznajomy sapnął, do cna przerażony rozwojem sytuacji. Grubszy czarodziej wbił w swego oprawcę zatwardziałe, pełne blasku spojrzenie. Mimo że krwawienie wydawało się ustępować, nie utracił ducha walki.

Sancticus zmienił nieco taktykę. Z okrucieństwem zbliżył się do unieruchomionych mężczyzn i dotknął różdżką klatki piersiowej agresywniejszego.

– Wypatroszę cię, jeśli mnie znów okłamiesz. Bardzo, ale to bardzo powoli – oświadczył wszem wobec. – Zrozumiałeś? Nie żartuję. Wiesz, co cię czeka?

Przesłuchiwany automatycznie pokiwał głową, ale zanim się jakkolwiek odezwał, wyprzedził go chudszy towarzyszy.

– Powiemy, co chcesz wiedzieć! – pisnął, skamieniały ze strachu, podczas gdy jego kamrat rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie.

– W porządku, bardzo dobrze. – Fairhart skupił się na drugim schwytanym, o wiele chętniejszym do rozmowy. – Zgaduję, że był to zwyczajowy patrol. Mam rację?

Czarodziej szybko skinął głową. Stwierdzenie najwyraźniej było uzasadnione, bo auror kontynuował przepytywanie bez żadnych reperkusji.

– Swoboda, którą przed momentem wykazywaliście, wskazuje, że przechodziliście w pobliżu bezpiecznego szlaku, prawda? – Kiedy znów potwierdzono jego tezę, podrapał się po policzku. – W jaki sposób wchodzicie i wychodzicie z więzienia? – zapytał. – Oczywiście, pomijając oficjalne wrota. Czy Darvy stworzył jakieś alternatywne drogi?

Przesłuchiwany przełknął z trudem ślinę i się zawahał. Moment ten okazał się jednak zbyt długi, a Fairhart stracił cierpliwość, więc wycelował różdżką w krwawiącego nieprzyjaciela.

– Każde pozostawione bez odpowiedzi pytanie poskutkuje torturami twojego partnera...

– Stop! – warknął Albus, pędząc w stronę mentora. Dwaj przetrzymywani, przed chwilą zezujący ze strachem na różdżkę, wbili w niego zdumione spojrzenia. Ich zachowanie ewidentnie wskazywało, że zupełnie go wcześniej nie zauważyli.

Sancticus również na niego spojrzał, wyraźnie rozgniewany. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, chłopiec otworzył usta.

– Czy mogę cię prosić na słówko, tak na szybko? – spytał nerwowo. – Hm, gdzieś tam...?

W odpowiedzi został przyszpilony wzrokiem, a potem – na szczęście – wysłuchany. Fairhart odwrócił się do pojmanych więźniów i jeszcze raz zmierzył ich różdżką.

– Choćby jeden dźwięk – podsumował, a mężczyźni od razu pokiwali głowami, w mig rozumiejąc przesłanie groźby.

Albus powoli poprowadził go kilka stóp dalej, za grube drzewo, starając się przy tym utrzymać dwójkę nieprzyjaciół w zasięgu wzroku i nie pozwalając im podsłuchać, czego będzie dotyczyła ta rozmowa. Było to jednak trudne zadanie, gdyż nałożone na niego zaklęcie superczujnikowe znacząco utrudniało zrozumienie, co naprawdę powinno być głośne, a co nie.

– Co powiesz na legilimencję? – zapytał wprost.

Sancticus zmarszczył brwi.

– Z pierwszej ręki wiesz, że to nie najprostsza sprawa. Legilimencja służy do wydobywania z umysłu bardziej ogólnych informacji – dostarcza nam żywych obrazów i wytłuszcza podstawowe myśli, nic ponad. My zaś potrzebujemy szczegółów...

– Cóż, obaj się postaramy. Zajmę się jednym, a ty drugim. Przy okazji nabiorę również doświadczenia...

Nauczyciel westchnął.

– Nie zamierzam zabijać tych ludzi, Albusie.

– Och, czyżby? – burknął.

– Oczywiście. Trzeba ich przecież rozdzielić i wybadać grunt...

Ślizgon wyrzucił ręce w górę.

– Najpierw moje metody – zarządził. – Jeżeli nie poskutkują, masz... masz wolną rękę – dodał i się wzdrygnął.

Wzrok mężczyzny pociemniał.

– W porządku – odparł chłodno.

– Naprawdę to lubisz, prawda? – zapytał Albus z oskarżeniem w głosie.

– Oczekujesz szczerej odpowiedzi? – Fairhart obejrzał się przez ramię. Przez chwilę obserwował przymocowanych do drzew przerażonych członków Diablego Aliansu. – Hm, nie jestem pewien. Chyba nie, ale żeby być bardziej efektywnym, muszę się przekonywać.

Chłopiec potaknął i miał już odejść, kiedy Sancticus złapał go za ramię.

– Pamiętaj o jednej rzeczy – powiedział poważnym tonem. – Aby być najskuteczniejszym, nie mogę rzucać słów na wiatr. Muszę spełniać groźby. Zrozumiałeś?

Albus ograniczył się do skinięcia i z ponurą miną wyszedł zza drzewa. Fairhart podążył za nim, także z uniesioną wysoko różdżką.

– Co się dzieje...? – zapytał żylasty uwięziony.

Ślizgon pewnie wycelował w kierunku grubszego mężczyzny, zaś Sancticus w chudszego.

Legilimens! – zawołali jednocześnie.

Chłopiec bez większych oporów zagłębił się w umyśle ofiary. W momencie zobaczył zlepek obrazów, chociaż przymocowany do drzewa zakrwawiony człowiek wciąż był dla niego dobrze widoczny. Wrażenie było co najmniej dziwaczne – jakby jednym okiem spoglądał na szarą rzeczywistość, a drugim obserwował mentalny, ubarwiony przez wspomnienia wymiar. Najpierw zobaczył czerwony błysk, a potem doświadczył uczucia przerażenia na widok rozrywanego przez szkieletowe bestie czarodzieja. Obraz szybko wyparował, zastąpiony przez starszą wspominkę, w której młoda dziewczyna z surowym wyrazem twarzy dokuczała przesłuchiwanemu.

Najprawdopodobniej była to jego siostra. Echo zdecydowanie miało charakter osobisty oraz nie zawierało w sobie żadnych znaczących informacji, tak więc przeszedł do kolejnego...

Azkabanu.

Z bliska, fasada gigantycznego kamiennego więzienia sprawiała wrażenie jeszcze bardziej przerażającej, zwłaszcza z wybitą w boku dziurą. Obok głównego wejścia znajdował się ogromny cmentarz, wysadzony ponurymi i posępnymi, kiepsko i niedbale wykonanymi nagrobkami. Uświęconej ziemi nie zdobiły tylko i wyłącznie proste kamienne płyty, ale też stworzenia. Cmentarz wypełniały potwory z pierwszego wspomnienia, kłębiące się wokół. Wyglądały, jakby się pasły, a czasem towarzyszyły im ogromne rumaki w kolorze węgla drzewnego. Kiedy się bliżej przyjrzał, dostrzegł setki kreatur, a może nawet tysiące, tworzące niewiarygodnie potężną armię...

Albus opuścił różdżkę i otarł wilgotną twarz. Uspokoiwszy oddech, spojrzał na Fairharta, który również zakończył swoją mentalną wycieczkę. Także wyglądał na niepocieszonego, a więc najprawdopodobniej zobaczyli mniej więcej to samo.

Wtem mężczyzna przeciął różdżką powietrze i czerwone promienie w okamgnieniu dosięgły przesłuchiwanych. Obaj natychmiast stracili przytomność i całkowicie zwiotczeli.

– Ile widziałeś...? – zapytał drżącym głosem ślizgon.

– Myślę, że wystarczająco – odpowiedział i powoli się odwrócił. – Z najważniejszych rzeczy... zwiedzałem tereny lęgowe.

Albus skinął głową.

– Cmentarz. To miejsce przeznaczone specjalnie dla wszystkich podporządkowanych siluet – stwierdził. – Darvy rzeczywiście gromadzi armię...

– Co gorsza, akurat w pobliżu jedynej części więzienia, którą z powodzeniem można zinfiltrować – uzupełnił czarodziej. – Jest sprytniejszy, niż się wydaje.

Ślizgon zesztywniał. Właśnie pomyślał o tym samym.

– Co robimy...?

– Wznawiamy marsz. Wejdziemy na bezpieczny szlak.

– Co takiego...? – Albus był zbity z tropu. – Wcześniej mówiłeś, że... nie warto, bo zdradzimy naszą obecność na wyspie i stracimy element zaskoczenia...

– Istnieje bardzo duża szansa, że szlak wytyczony przez Ministerstwo Magii – czyli ta sama droga, którą obrał Prawa Ręka Śmierci – prowadzi bezpośrednio do cmentarza, którego zobaczyliśmy we wspomnieniach wartowników. Jestem bardziej niż pewien, że pomysł Darvy'ego na obronę jest prosty. Każdy, kto wybierze oficjalny szlak, zanim zrobi jakikolwiek postęp, natknie się na jego potworną armię. Obrana przez niego taktyka posiada jeszcze jedną zaletę – cała ludzka siła robocza, którą dotąd zgromadził, może swobodnie patrolować wyspę – wytłumaczył Fairhart. – W rzeczywistości całkiem nam to na rękę. Możemy skorzystać z bezpiecznej drogi bez ryzyka ujawnienia naszej obecności. Trudność sprawi nam tylko przeniknięcie do środka...

– Och, pewnie. Nie ma sprawy – powiedział na pozór beztrosko Albus, z cichym, niemalże niesłyszalnym chichotem. – A widziałeś może ogrom armii?

– Owszem, ale też zauważyłem, że w całości została zgromadzona w jednym miejscu, a mianowicie na przywięziennym cmentarzu, który wbrew pozorom jest naprawdę rozległy – na przestrzeni lat zostało tu pochowanych wielu skazańców. Najpewniej jest też otoczony siecią zabezpieczeń Ministerstwa. Darvy najprawdopodobniej wykorzystuje to na swoją korzyść, tworząc nieprzenikalną „zagrodę", a w międzyczasie mnoży swoją hordę. Dopóki zachowamy ostrożność i nie będziemy im wchodzić w drogę, raczej powinno być w porządku.

Chłopiec nie odpowiedział, zbyt zajęty potrząsaniem głową w niedowierzaniu. Wraz z upływem czasu, zadanie, którego się podjęli, jawiło się coraz to bardziej absurdalnie. Z początku planowali przecież unikać wszelkich niebezpieczeństw, a nie pchać się ku nim. Dlaczego teraz zmierzali dokładnie do miejsca, w którym gromadziła się armia nieumarłych?

– Czyli... musimy się trochę wrócić, prawda...?

– W pewnym sensie. – Fairhart wzruszył ramionami. – Obierzemy nieco zmienioną trasę, ale tak, w większości wrócimy tą samą drogą, którą tu przyszliśmy. To dla nas duży plus. Wszystkie zabezpieczenia, na które się wcześniej natknęliśmy, najprawdopodobniej nie zostaną ponownie uruchomione. Wiemy też, gdzie były uroki, których nie aktywowaliśmy, dzięki czemu będziemy wiedzieć, co obejść bokiem...

Otaczającą ich ciszę przeszył nagle mrożący krew w żyłach krzyk, dodatkowo wzmocniony przez zaklęcie superczujnikowe oraz pogłos gęstych drzew. Wrzask brzmiał na barbarzyński i prymitywny – rozdzierał uszy w każdym tego słowa znaczeniu. Sancticus rozejrzał się dziko dookoła, zaś Albus zamarł w miejscu, pochłonięty przytłaczającą falą nostalgii.

– Siluety – wymamrotał z pustą twarzą.

– Co? – Mentor się zjeżył.

– SILUETY! – powtórzył podniesionym głosem. – Takie wydają z siebie dźwięki. Już kiedyś słyszałem te krzyki...

Znów usłyszeli nieludzki skrzek, tym razem jeszcze głośniejszy. Ślizgon zatkał sobie uszy, bo obawiał się krwawienia. Nawet gdy to zrobił, z łatwością zauważył, skąd wrzask dobiega – z góry.

Zaledwie kilka kroków od drzewa, na które wspiął się wcześniej Albus, na gałęzi siedziało ogromne czarne ptaszysko, rodem wycięte z czasów prehistorycznych. Charakteryzowało się atramentowymi piórami oraz długim, ostrym i całkowicie jasnym dziobem, kolorem przypominającym kości. Zaklęcie superczujnikowe sprawiło, że bardzo szybko doleciał do nich straszliwy smród, który i tak nie mógł się równać z ogłuszającym rykiem...

Fairhart machnął różdżką i posłał Avadę w kierunku ptaka. Zaklęcie nie sprawiło, że padł trupem, ale chociaż go uciszyło. Niestety, nadal trzepotał skrzydłami, zupełnie nieporuszony niespodziewanym atakiem. Czymkolwiek był, od dawna nie żył.

– Odwrót – zarządził mężczyzna i rzucił się do ucieczki. Albus podążył za nim, wciąż próbując nadążyć za rozwojem sytuacji.

– Co się dzieje? – zapytał, choć gdzieś z tyłu głowy zamigotało mu zrozumienie.

Czarne ptaszysko odzyskało głos i znów zaskrzeczało. Sancticus zmuszony był je zwyczajnie przekrzyczeć.

– Wracamy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Po śladach. Żadnego ociągania. Nie oddalaj się ode mnie.

– To stworzenie przybyło zza Zasłony, prawda? – W trakcie biegu chłopca chwyciła kolka, tak więc automatycznie złapał się za kłujący bok, a następnie schylił pod paroma morderczo wyglądającymi pnączami zwisającymi z drzew.

– Najprawdopodobniej! – odkrzyknął Fairhart, a następnie niczym ostrzem przeciął powietrze różdżką, tworząc wyrwę w niechlujnym żywopłocie, który stanął im na drodze. – Wierzę, że tymi wrzaskami ostrzegał innych o naszej obecności...

Albus w momencie się zatrzymał. Nie mogąc złapać tchu, oparł dłonie na kolanach. Cały płonął.

– Co...? – sapnął, drżąc.

– Nie czas na główkowanie! – Sancticus zwolnił i obejrzał się przez ramię. – No dalej, koniec ociągania!

Ślizgon wziął głęboki oddech, po czym przedarł się przez krzaki i przyspieszył.

Klik–klak.

– Naprawdę myślisz, że na ministerialnym szlaku będziemy bezpieczni? – zapytał, spanikowany, nadal trzymając się za kłujący bok.

– Przynajmniej znajdziemy się na bezpośredniej drodze! – odpowiedział Fairhart tuż po tym, jak różdżką pozbył się kolejnej naturalnej przeszkody. – Utrzymuj tempo. Nie zwalniaj.

Albus przeskoczył nad złamaną gałęzią, a nagły grzmot oznajmił mu, że nadchodzi kolejna burza. Ani na minutę nie spuścił wzroku ze zwinnie biegnącego towarzysza, ale żeby uniknąć wysokiego, blokującego przebieg drzewa, musiał odbić lekko w bok.

Nastąpił jakby wystrzał z armaty i ziemia się pod nim zapadła, a potem wystrzeliła go w powietrze...

Instynktownie chwycił się jednej z gałęzi, po czym sprawnie z niej zeskoczył, oszołomiony tym, co się właśnie wydarzyło. Chciał wznowić bieg, ale ziemia znów się poruszyła...

Tym razem wystrzeliło tylko jego prawą stopę, powodując jednocześnie bolesny skręt lewej kostki. Syknął pod nosem i automatycznie złapał się za obolałe miejsce. Usłyszał, jak Fairhart coś niezrozumiale krzyczał, ale właśnie wtedy zaklęcie superczujnikowe wychwyciło zupełnie coś innego.

Klik–klak.

Zabrał się za rozmasowywanie stopy, a ziemia nadal dudniła. Jakiekolwiek zabezpieczenie uruchomił, zostało one, na całe szczęście, zaprojektowane bardziej w celu zdezorientowania nieproszonego gościa, niż wyrządzenia mu rzeczywistej krzywdy. Cóż, było skuteczne.

Kiedy podniósł głowę, Sancticus akurat wyłonił się zza drzew, zdyszany i rozdrażniony.

– Co się...? – urwał, gdyż kolejne drżenie sprawił, że się potknął, podczas gdy chłopiec po prostu się przewrócił. – Klątwa mikrowstrząsu – stwierdził fachowo.

– Przepraszam! – wysapał Albus, nadal masując kostkę. – Biegnij dalej. W końcu cię dogonię... – Nie dokończył, bo opiekun już do niego dopadł.

Klik–klak.

– Nie ruszaj się – powiedział i wycelował różdżką w opuchnięte miejsce. – Episkey!

Ból natychmiast zniknął, ale kiedy ślizgon wstał, zauważył, że stopę nadal ma trochę wykręconą pod dziwnym kątem, czyli kontuzja nie została wyleczona, a tylko wyciszona.

– Lepiej? – zapytał mężczyzna, a ziemia znów zadrżała. Żeby znów nie stracić równowagi, złapał chłopca za ramiona i przytrzymał.

– O wiele – odparł zgodnie z prawdą. – Tylko trochę zesztywniałem...

– Uzdrawianie nigdy nie było moją mocną stroną – wyznał Fairhart. – Musimy ruszać. Jeżeli musisz, oprzyj się na mnie...

Albus skinął głową, postanowiwszy nie stanowić dodatkowego obciążenia. Zamiast tego walczył z niewygodą, kuśtykając za truchtającym czarodziejem tak szybko, na ile pozwalała mu kontuzja. Krótki odpoczynek podczas wstrząsu zregenerował nieco siły, a przynajmniej na tyle, że bez większych problemów przebrnęli przez obłożony klątwą teren. W międzyczasie zaczął padać kapuśniaczek, więc podążał za Sancticusem głównie kierując się słuchem – zaklęcie superczujnikowe pozwalało mu wychwycić odgłosy ślizgania się po błocie, a nawet łamanych cicho gałęzi...

Mężczyzna w momencie się odwrócił i złapał go za kołnierz.

– Co...?

– Padnij! – syknął i gwałtownie przycisnął go do podłoża.

Albus wylądował w bajorku, tuż obok grubej, masywnej kłody służącej jako naturalnego rodzaju bariera. Brudna woda chlapnęła mu w twarz, dostała się do ust i przez chwilę uniemożliwiała oddychanie. Miał ochotę krzyczeć ze złości, ale powstrzymał go wyraz twarzy Fairharta. Opiekun także przykucnął za pniem, blady niczym trup.

Klik–klak. Klik–klak. Klik–Klak.

Powoli i z największą ostrożnością, centymetr po centymetrze, ślizgon wyściubił głowę z kryjówki. Nawet przez mocno teraz padający deszcz najpierw dostrzegł czerwone smugi, które w rzeczywistości były ognistymi grzywami, a potem szkarłatne kopyta. Obrazu dopełniały masywne, czarne kształty. Konie były dwa, identyczne jak te, które widział we wspomnieniach przesłuchiwanego wartownika oraz o wiele większe od wszystkich poznanych dotąd stworzeń na szkolnej opiece – wzrostem górowały nawet nad hipogryfami i testralami. Zwierzęta stały całkowicie nieruchomo, przerażającymi oczami lustrując teren przed sobą. Sprawiały wrażenie wytresowanych pupili, które ino czekały na komendę swego pana.

Koni dosiadały siluety, groźne i szczupłe. W szkieletowych rękach trzymały wodze, a odrażające, oślizgłe stopy podtrzymywały na strzemionach. Scena niewątpliwie budziła grozę, a dodatkowo sytuację komplikował straszliwy smród, który im nieodłącznie towarzyszył. Albus prawie się przez niego zakrztusił, ale Sancticus w porę interweniował i za rękaw pociągnął go w dół.

Chłopiec w ukryciu zdrętwiał. Wbił w Fairharta przestraszone, pełne desperacji spojrzenie z nadzieją, że ten, jak zazwyczaj, coś wykombinuje. Problem w tym, że mentor nigdy nie stanął naprzeciwko siluet – tę nieprzyjemności doświadczył tylko on. W Hogsmeade przeżył jedynie cudem, a pocieszenia zdecydowanie nie przynosił fakt, iż najprawdopodobniej przyjdzie im się zmierzyć nie z jednym, a z dwoma nieumarłymi przeciwnikami. Co gorsza, żaden z nich nie zna możliwości czarnych koni.

Spróbował się skupić i przekuć strach w pewność siebie. Przez dłuższy czas przygotowywał się na z pozoru niemożliwe do wykaraskania się sytuacje. Potrafił rzucić klątwę niszczącą, prawda? Jeżeli rzuci ją poprawnie, może uszkodzi siluety. Jak sobie poradzić z końmi – najprawdopodobniej nekromakami – nie wiedział. Czy im również zaszkodzi klątwa niszcząca?

Nadal wpatrywał się w Fairharta, który mocno zaciskał dłoń na wyciągniętej różdżce. Bez wątpienia mężczyzna przygotowywał się do wyprowadzenia ataku.

Klik–klak.

W ich kierunku biegł jeden z ognistych koni. Nie wiedząc, na co właściwie czekał Sancticus, nie chcąc niczego przedłużać, ślizgon postanowił zaufać instynktowi. W pełni przygotowany na walkę z prawdziwego zdarzenia, wyskoczył z ukrycia, obiema dłońmi ściskając różdżkę, podczas gdy opiekun wykrzykiwał coś kompletnie niezrozumiałego.

Wtem przeszyło go dziwne uczucie. Nekromak rzeczywiście zdążył podbiec do kłody, lecz Albus nawiązał kontakt wzrokowy z dosiadającą go siluetą. Odniósł przy tym wrażenie, że bestia patrzy na niego jakby z roztargnieniem. Na wpół zgnita skóra praktycznie zwisała siluecie z dłoni, które niespiesznie zacisnęły się mocniej na cuglach. Chłopca ogarnął spokój. Nieprzyjaciel nie miał zamiaru go skrzywdzić...

– Padnij! – ryknął nagle Fairhart, po czym złapał ślizgona za ramiona i bezceremonialnie pociągnął go w dół z powrotem za kłodę, dosłownie w samą porę. Nekromak, który podszedł bliżej, otworzył pysk i zionął ogniem.

Intensywne ciepło ponad głową przywróciło Albusa do rzeczywistości. Co się właśnie wydarzyło? Nie miał jednak czasu do namysłu, gdyż znów usłyszał nieludzkie skrzeki – okrzyki bojowe siluet. Kiedy żar zgasł, partnerzy natychmiast wstali, by zobaczyć, jak dwa konie podskakiwały i agresywnie rżały, ślizgając się kopytami po błocie.

Confringo! – Sancticus się nie ociągał. Z głośnym bum zaklęcie zderzyło się z podbrzuszem pochylonego nekromaka, odrzucając go do tyłu i w konsekwencji przewracając, przez to jeździec także został wyrzucony z siodła. Nastolatek zrobił to samo, co mężczyzna, ale chybił. Czar ostatecznie uderzył w drzewo, które roztrzaskało się na kawałki, posyłając drzazgi w powietrze.

Stojący dalej koń przyłączył się do walki. Gdy otworzył pysk i buchnął płomieniem, Albus rzucił się na ziemię w samą porę, żeby zobaczyć, jak Fairhart ponownie wymachuje różdżką. Z jej końcówki wystrzeliło coś, co przypominało mgłę – para zderzyła się ze strumieniem ognia i go zgasiła. Taktyka, mimo niwelującego skutku, się nie sprawdziła. Nieplanowanie powstała mgła uniemożliwiła śledzenie przebiegu starcia i znacznie ograniczyła widoczność. W przelocie można było jednak dostrzec, iż siedząca w siodle silueta się zamachnęła...

Fairhart, owszem, był szybki, ale niewystarczająco. Krzyknął i upadł na kolano, trzymając się za krwawiące ramię. Chłopiec zerwał się z miejsca z zamiarem udzielenia towarzyszowi pomocy – chciał go przycisnąć do ziemi, zanim nekromak znów spróbuje zionąć ogniem – ale natrafił na przeszkodę. Oślepiony przez deszcz, uderzył prosto w końskie cielsko oraz upadł na plecy. Spojrzał w górę i przez mgłę zobaczył, jak sileuta szykuje się do zeskoczenia z wierzchowca, by zabić Sancticusa, podczas gdy mężczyzna, mierząc się z bólem, nadal klęczał w błocie.

Wtem do uszu Albusa dobiegł głośny warkot, ale co dziwne, nie przypominał znienawidzonych wrzasków przybyszów z innego świata. W przeciwieństwie do tego warknięcie przywodziło na myśl dzikie zwierzę, jakby kotowate oraz było na tyle ostrzegające i onieśmielające, że nawet niepowstrzymana silueta znieruchomiała.

Ciężko było stwierdzić, z jakim stworzeniem mieli do czynienia, ponieważ ulewa i mgła znacząco utrudniały rozeznanie się w sytuacji. Wielki i masywny czarny kształt w okamgnieniu przystąpił do działania, za cel obrawszy sobie jeźdźca. Siła, z jaką uderzył w siluetę sprawiła, że wypadła ona z siodła i wylądowała w błocie. Dopiero gdy ślizgon zobaczył gruby, łuskowaty ogon drapieżnika, zdał sobie sprawę, co się wydarzyło.

Wrócili do chimery i – co gorsza – przerwali jej spokojny sen.

Albus przykucnął, żeby złapać Fairharta, ale nie mógł oderwać wzroku od toczącej się przed nim niewiarygodnej bitwy. Hybryda nie poprzestała na jeźdźcu, skupiła się także na wierzchowcu i z łatwością wbiła pazury w koński bok. Nekromak zaskrzeczał, a następnie stanął dęba, mimowolnie się cofnął i runął w tył. W międzyczasie silueta wrzasnęła i spróbowała wstać, ale została powalona przez potężny, smoczy ogon.

Wyglądało na to, że chimera zwyciężyła, ale wtedy ślizgon zobaczył, że z pomocą pobratymcowi przyszedł drugi nekromak – ten, którego Sancticus odepchnął zaklęciem. Pozbierawszy się z ziemi, zionął ogniem, czym odrzucił chimerę na znaczną odległość. Masywne drzewo, w które uderzyła, złamało się w pół i przewróciło zaledwie kilka cali od miejsca, w którym stał Albus razem z Fairhartem.

– Nie możemy tu zostać! – wykrztusił czarodziej, próbując złapać równowagę.

Chłopiec pomógł mu wstać, a potem znów zerknął na hybrydę, która pozbierała się w zawrotnym tempie. Napadła na nią jedna z siluet, wskakując na grzbiet i od tyłu wbijając w jej brzuch paskudne pazury. Chimera wściekle ryknęła, przekrzywiła łeb i chwyciła napastnika za chudą, szkieletową rękę. Szarpnęła i za jednym razem oderwała mu oba ramiona.

Albus się skrzywił, a potem sapnął ze zdziwienia, bo gdy silueta upadła na plecy, pozbawiona kończyn górnych, z jej pustych oczodołów zaczął się lać dziwaczny czarny szlam. Tarzała się dziko w błocie, jakby w bólu, głośno przy tym skrzecząc, aż chimera skoczyła na nią swoimi łapami, a kozie ciało w momencie pokryło się krwistą mazią. Chwyciła zębami głowę siluety i zaczęła nią potrząsać w każdą możliwą stronę, aż z pomocą towarzyszowi nie przyszła druga. Ostatecznie skłębione stworzenia utworzyły coś na kształt stosu.

– Musimy się pospieszyć, tędy! – Fairhart ponownie przejął dowodzenie. Albus podążył za nim przez deszcz, lekko podtrzymując, aby mógł biec w miarę stabilnie. Zatrzymali się, dopiero kiedy zmusiła ich do tego sytuacja – coś spadło tuż przed nimi.

Był to szkieletowy korpus, pozbawiony rąk, głowy oraz połowy jednej nogi. Wszystko stało się jasne – silueta, na którą naskoczyła chimera, została oficjalnie pokonana.

Albus się obejrzał i prawie oślepiło go pomarańczowe światło. Oba nekromaki przeraźliwie rżały i co rusz atakowały przy pomocy płomienia, ale twarda skóra rozjuszonego stworzenia wydawała się ognioodporna. Nie przejmując się dymem i żarem, bestia nieugięcie parła naprzód, drapiąc konie pazurami i odrywając im mięso od kości. Podczas gdy chimera była zajęta wierzchowcami, silueta obeszła ją dookoła i obrzydliwymi dłońmi chwyciła łuskowaty ogon. Z niewiarygodną wręcz siłą, najprawdopodobniej możliwą tylko dzięki magii, wyrzuciła bestię w powietrze, a następnie nią cisnęła. Oczywiście w uciekinierów.

Instynktownie się uchylił, ciągnąc za sobą partnera. To nie wystarczyło. Jedna z łap chimery dosięgła Sancticusa, wyrywając go z uścisku chłopca i posyłając w gęstą kępę bliżej niezidentyfikowanych szkarłatnych kwiatów, które zasyczały groźnie, gdy tylko nawiązały pierwszy kontakt. W reakcji obronnej trysnęły jaskrawoczerwoną, podobną do kwasu substancją, a ta niestety skapnęła na twarz Fairharta, który wrzasnął z bólu. Czarodziej przez chwilę się miotał, wymachując rękoma na oślep, a potem wygramolił z krzaków, nadal trzymając w dłoni różdżkę.

– Wszystko w porządku? – zapytał poprzez deszcz ślizgon, ale ryk, który wydała z siebie obolała chimera, wylądowawszy kilka stóp dalej, prawie go zagłuszył.

– Nic nie widzę... – powiedział mężczyzna, wolną rękę przyciskając do twarzy.

Albus ponownie uczepił się Sancticusa i pociągnął go w kierunku większego skupiska drzew. Kątem oka dostrzegł, że hybryda natychmiast się pozbierała i z rykiem doskoczyła do nekromaków, wracając do czynnej walki.

– Trzymam cię, chodź – dopingował rannego towarzysza, którego zakrwawione ramię zwisało luźno z boku, a drugie owinęło się wokół jego szyi, co znacząco ułatwiło bieg do zarośli. W międzyczasie burza trochę się uspokoiła, dzięki czemu deszcz przestał w tak dużym stopniu ograniczać widoczność. Chłopiec napotkał jednak zgoła inny problem. Zupełnie nie wiedział, dokąd idzie. – Hm, San...?

– Idziemy właściwą drogą – odpowiedział ze świszczącym oddechem Fairhart. Ślizgon zaryzykował zerknięcie na jego twarz. Nieszczególnie się zmieniła, chociaż oczy miał zaciśnięte, a skórę wokół nich – zarówno po zdrowej, jak i oszpeconej stronie – mocno zaróżowioną. Wyglądało na to, że kwiaty, jak i wszystko inne na tej wyspie, są wyjątkowo niebezpieczne.

Kontynuowali wędrówkę, a z każdym krokiem odgłosy walki słabły – oddalali się od źródła. Po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że ciężar kompana zaczyna mu ciążyć, a kostkę wciąż ma nieprzyjemnie sztywną. Nie mógł jednak narzekać. W porównaniu do Sancticusa miał się dobrze.

Albus nie rozpoznawał okolicy, ale Fairhart wydawał się całkiem świadomy tego, gdzie byli – może rozpoznawał swoją magię, bo standardowo machał różdżką w powietrzu, jakby chciał wychwycić zaklęcia obronne i innego typu zabezpieczenia.

– Jeszcze trochę, dokładnie w tę stronę... – powiedział ochryple mężczyzna, nadal z zamkniętymi oczami. – Czekaj!

Natychmiast się zatrzymał, a potem odczuł ulgę. Nauczyciel przestał się na nim wspierać i wycelował różdżką przed siebie, wskazując losowe miejsca. Nigdzie się nie spieszył.

– Co...?

– Jesteśmy na dobrej drodze – odparł Sancticus, a chłopiec spojrzał na niego z podziwem, nie wiedząc, w jaki sposób doszedł do tego wniosku.

– Hm, czy coś widzisz...?

– Nie, ale czuję. – Fairhart wziął głęboki oddech. – Teraz się odsuń. Jeżeli coś pójdzie nie tak, nie chciałbym, żebyś się napatoczył.

Stawianie oporu było bezcelowe, więc Albus bez szemrania spełnił polecenie – cofnął się o kilka stóp i pozwolił opiekunowi kontynuować rekonesans. Ten często dźgał różdżką powietrze, a potem odsuwał rękę, jakby niewidzialna ściana powstrzymywała jakąkolwiek penetrację przestrzeni. Wstrzymał też oddech, niepewny, czy zdołają się przebić...

– W porządku – stwierdził po kilku dłużących się chwilach mężczyzna. – Chodźmy.

Ponownie obejrzał się przez ramię, ale otaczała ich cisza, a walczących nigdzie nie było widać. Ulewa także ustała. Upewniwszy się, że zagrożenie minęło, podążył za Sancticusem.

Na wyraźną ścieżkę trafili, dopiero kiedy minęli skupisko gęstych drzew oraz zarośla. Szlak był prosty – sprawiał wrażenie dróżki, na której zwyczajnie ścięto trawę. Przed nimi rozpościerał się wąski pas ubitej ziemi, a w oddali majaczyło ogromne więzienie. Azkaban jeszcze nigdy nie jawił się ślizgonowi tak wyraźnie, zwłaszcza bez przysłaniających go drzew.

Wtem Fairhart upadł.

– San! – wrzasnął i opadł na kolana, po czym przyjrzał się poczynaniom towarzysza, który za wszelką cenę próbował przezwyciężyć swoje wyczerpanie. Mężczyzna zaczął pracować nad uleczeniem swojego lewego ramienia, przesuwają różdżką wzdłuż rozcięcia. Wyglądało na to, że czar leczniczy działał tylko w połowie, gdyż rana się goiła, ale nadal sprawiła wrażenie głębokiej i wrażliwej. – Czekaj, może ja spróbuję...

– Wszystko dobrze, Albusie. – Czarodziej usiadł i kontynuował. – Odpocznij. Niedługo znów ruszymy.

Ślizgon się zagapił.

– Czy ty w ogóle cokolwiek widzisz? – zapytał.

– Mój wzrok wkrótce wróci. – Od Fairharta biła pewność siebie.

– Skąd wiesz...?

– Kwiaty działały w samoobronie. Gdyby były mięsożerne lub typem drapieżnika, od razu zostałbym sparaliżowany, stąd też wniosek nasuwa się jeden – substancja, którą zostałem polany, ma działanie czasowe. Wykorzystajmy ten moment na odpoczynek.

Albus nawet nie skinął i po prostu usiadł na ziemi. Nie słyszał nic podejrzanego, poza ich płytkimi oddechami.

– Zawdzięczamy chimerze życia – podsumował akcję Sancticus.

– Ano, ale nie rozumiem, jak do tego doszło – stwierdził.

– Chimery są stworzeniami bardzo terytorialnymi – przypomniał mężczyzna. – Najprawdopodobniej zobaczyła w siluetach poważne zagrożenie dla swojego terenu i dlatego zaatakowała. Dobrze, że wcześniej ją oszczędziliśmy. Miałeś naprawdę dobre przeczucie. Jeżeli jeszcze kiedyś zobaczysz swoją dziewczynę, podziękuj jej ode mnie.

– Jeśli spotkam się z Mirrą, zdecydowanie zrobię o wiele więcej – odpowiedział. – Po przeżyciu tego piekła? Cholercia...

Fairhart się uśmiechnął, a Albus, nie odwzajemniwszy gestu, zauważył, że zaróżowienie wokół jego oczu nie zbladło – zamiast tego odwrócił się, żeby ponownie popatrzeć na więzienie. Na razie byli wolni od niebezpieczeństw czyhających na wyspie, ale co będzie potem? Nim minęła chwila, pozwolił, aby Azkaban wciągnął go do reszty. Z nagłym wstrząsem uświadomił sobie, że w środku jest wszystko, co ważne – Sebastian Darvy, Harry Potter, Smocza Różdżka, Zasłona Skazańca i Nikczemna Księga.

Tak niedaleko.

Kiedy odwrócił wzrok oraz skoncentrował się na poranionym i wykończonym Sancticusie, zrozumiał coś jeszcze. Odkąd przypłynęli na wyspę, nie byli bliżsi porażki.