26. INFILTRACJA
– Daj mi minuta lub dwie.
– Na spokojnie – odpowiedział Albus, spoglądając na obolałego partnera.
Z racji tego, iż na ten moment nie zagrało im żadne niebezpieczeństwo, po raz pierwszy od dłuższego czasu mógł skupić się na wyglądzie swojego nauczyciela. Jego ubrania były w kilku miejscach podarte, zwłaszcza tam, gdzie silueta go zraniła, chociaż sama rana wyglądała znacznie lepiej. Czarne szaty z czasem się wystrzępiły i zmatowiały, a brud, krew i błoto nie poprawiały ogólnego wrażenia. Jego nieszczególnie piękna twarz także wyglądała gorzej, zwłaszcza że róż wokół oczu pociemniał oraz stał się bardziej wydatny. Siedząc z podkulonymi nogami, sprawiał wrażenie pokonanego.
Nie wiedział, jak sam wygląda – chociaż z pewnością był brudny i trochę sponiewierany – ale nie wydawał się równie umęczony. To zdumiewające, jak bardzo stał się poobijany Fairhart w ciągu zalewie kilku godzin, przez co Albus zrozumiał, że w rzeczywistości ma się lepiej. Przede wszystkim w żaden sposób nie uszkodził sobie wzroku oraz jeszcze nie przelał swojej krwi. Tak naprawdę, poza zesztywniałą kostką i zwyczajnym przemęczeniem, nic szczególnego mu nie dolegało.
– W porządku, ruszajmy – zarządził ochrypłym głosem Sancticus, podnosząc się z ziemi. Gdy stanął na nogach, zachwiał się i złapał ręką za obolałe ramię.
– Możemy jeszcze chwilę odpocząć...
– Lepiej będzie, jeżeli wyruszymy w drogę – stwierdził mężczyzna, brzmiąc niezwykle szorstko.
– W buszu zostawiliśmy dwóch diabłów, a kiedy zostaną odkryci, będzie nam naprawdę ciężko przeniknąć do więzienia. Nie zapominaj, że jedynym powodem, dla którego obieramy akurat tę drogę, jest zmniejszenie szans wykrycia naszej obecności.
– Jak myślisz, ile mamy czasu, zanim tamci zostaną uwolnieni? – zapytał, nie mogąc oderwać wzroku od w miarę zagojonej rany rozmówcy. Został on poharatany w taki sposób, że ramię wydawało się bezużyteczne – wisiało bez ładu i składu, przez co błysk srebrnego pierścienia był ledwie widoczny.
– Tyle, ile da nam następny patrol. Najprawdopodobniej mamy w zapasie kilka godzin, a do tego momentu zamierzam przeniknąć do Azkabanu. Po wejściu do środka niezwykle trudno będzie pozostać niezauważonym, ale na szczęście powinniśmy mieć sporo czasu na obmyślenie planu ewentualnej ewakuacji.
– Będziemy we trójkę – powiedział bez ogródek Albus, myśląc o tacie, a Sancticus skinął głową – niestety, nawet kiedy wykonywał tak prosty ruch, krzywił się z bólu i automatycznie zaciskał dłoń na ramieniu. – To rana poklątwowa! – wypalił, wracając wspomnieniami do Masakry w Hogsmeade. Dwa lata temu został bowiem zraniony w nogę przez siluetę i chociaż cięcie szybko oraz bez większych komplikacji się zagoiło, nadal całkiem wyraźnie pamiętał towarzyszący temu ból. Czemu Fairhart gorzej go przeżywa?
– Tyle sam wywnioskowałem – odparł czarodziej, znów się krzywiąc. – I równie piekielnie boli.
– Co z tobą będzie? – spytał dziecinnie z narastającym zmartwieniem.
– Rany różnią się w zależności od tego, co je spowodowało. Zazwyczaj w grę wchodzi jakaś śmiertelna toksyna albo zatrucie krwi. – Uśmiechnął się krzywo Fairhart, a następnie wzruszył ramionami. – Mam nadzieję, że w porę oczyściłem skaleczenie i nic złego się nie przydarzy. Jestem pewien, że o tym wiesz, ale najlepiej sprawdziłaby się silniejsza mikstura lecznicza, ale gdy nie ma jej pod ręką, dobrze jest też wspomóc się zaklęciami – oczywiście, pod warunkiem, że nie będzie się niepotrzebnie zwlekać.
– Cóż, jestem pewien, że gdy opuścimy wyspę, otrzymasz pomoc medyczną – powiedział chłopiec. – Tata tego dopilnuje.
Uśmiech zniknął z twarzy Sancticusa i powrócił dopiero po momencie. Czarodziej odwrócił wzrok, najprawdopodobniej nie chcąc nawiązać kontaktu wzrokowego.
– Owszem – powiedział energicznie. – Kiedy opuścimy wyspę...
Albus potaknął.
– Jak twoje oczy? – zapytał.
– Nadal bolą. Zgodnie jednak z moimi przewidywaniami, wzrok powoli wraca. Co prawda, jest troszkę rozmazany, ale nie powinien stanowić większej przeszkody w dalszej wędrówce – odparł natychmiast nauczyciel i parokrotnie zamrugał. – Czas się zbierać. Nie możemy sobie pozwolić na ociąganie się i marudzenie.
Fairhart szedł jako pierwszy, chociaż to Albus objął prowadzenie. Na szczęście nie było to trudne zadanie, bo mieli przed sobą jasny cel, a mężczyzna był odrobinę zdezorientowany, zapewne przez utratę krwi. Podczas marszu starał się podbudowywać towarzysza, ale ten nie zareagował na żaden komentarz. W końcu ślizgon mocno się zaniepokoił. Za każdym razem, kiedy spoglądał w przelocie na Sancticusa, ten wyglądał na coraz to słabszego i dopiero kiedy przestał zacierać za sobą ślady, coś sobie uświadomił.
Stał się dowódcą. Nadszedł czas, żeby zacząć korzystać ze szkolenia, którego udzielił mu Srebrny Czarodziej.
Przez kilka chwil utrzymywali miarowe tempo, a ocieplało ich przebijające się przez korony drzew i liście światło słoneczne. Najwyraźniej wybiło już południe. Albus był przekonany, że za niedługo znów zacznie padać deszcz, ale doceniał ciepłotę słońca, która w połączeniu z prostą, polną ścieżką, stanowiła jedyną atrakcję, którą mogli się prawdziwie cieszyć. Na potrzeby dowodzenia wyrzucił z głowy wszystkie myśli dotyczące chimer, boginów oraz nekromaków, skupiając się na wyraźniejszym widoku więzienia.
– Czemu po prostu nie zaśpiewasz mi piosenki? – burknął opryskliwie Fairhart, kiedy chłopiec bez celu paplał o dobrze trzymających się zaklęciach otaczających bezpieczną drogę.
– Staram się myśleć optymistycznie – odpowiedział pewnym tonem.
– Wiem, Albusie. Po prostu nie chcę, żebyś utwierdzał się w przekonaniu, że musisz mnie pocieszać. – Uśmiechnął się przepraszająco Sancticus. – Moja ograniczona mobilność jest wynikiem zarówno bólu, jak i starannego oszczędzania energii. Kiedy mój wzrok się polepszy, a oczy przestaną piec, łatwiej będzie mi się skupić oraz stanę się przydatniejszy. Gdy trzeba będzie, przystąpię do akcji.
– A co z twoim ramieniem? – zapytał ponuro ślizgon.
– Dopiero co je uzdrowiłem. Zwyczajnie potrzebuję czasu, aby się przystosować. Wierz mi lub nie, ale to nie pierwszy raz, kiedy jestem ranny.
Albus nie odpowiedział i skończył z próbami podniesienia towarzysza na duchu, więc w konsekwencji maszerowali w ciszy. Brak niebezpieczeństwa zaś sprawił, że z goryczą doszedł do wniosku, iż od samego początku mogli – chociaż tego nie zrobili – podążać ministerialnym szlakiem. Zdecydowali się zmierzyć z zabezpieczeniami wyspy tylko dlatego, że spodziewali się czynnego oporu Diablego Aliansu.
Wtem zdał sobie sprawę, że nikt – nawet ktoś tak intuicyjny jak Sancticus Fairhart – nie pojął, w jaki sposób Prawa Ręka Śmierci wszystko zaaranżował. Ze wszystkich cech charakteru Sebastiana Darvy'ego, gardził tylko jego niepoczytalnością i nieprzewidywalnością. Nie było wiadomo, co przyniesie im oficjalna ścieżka, ani jak potoczy się ich wizyta na przywięziennym cmentarzu, ale powoli posuwali się naprzód.
Albus nie wiedział, ile jeszcze będą spacerować, ale ponieważ sceneria prawie w ogóle się nie zmieniała – oczywiście poza odległością od Azkabanu – ciężko było stwierdzić, jak wielkie postępy w rzeczywistości robili. Ani na moment nie spuszczał wzroku z obu stron szlaku, a niewidzialna bariera nie pozwalała rozejrzeć się głębiej, ino troszeczkę. Nie zauważył żadnych magicznych stworzeń, ale im dalej szli, tym rośliny stawały się szarawe; im bliżej twierdzy, tym roślinność wydawała się chora, czymś zainfekowana, a w niektórych przypadkach nawet dziwnie pomarszczona i brązowa, jakby uschnięta.
– Widzisz? – zapytał, oglądając się przez ramię.
– Co takiego? – Fairhart nadal się zataczał.
– Hm, nieważne...
Wciąż nie przyspieszyli kroku, a wręcz przeciwnie, zaczęli zwalniać dopiero kiedy Azkaban zaczął się gwałtownie powiększać, a Albus cały czas znajdował się na przedzie – trójkątny szczyt budowli był praktycznie niewidoczny wśród chmur. Otaczała ich złowieszcza cisza, spotęgowana wymownym spojrzeniem na więzienie. Obaj zdali sobie sprawę, że jeżeli droga naprawdę prowadzi na cmentarz, to wkrótce go zobaczą...
I rzeczywiście. Pierwszym elementem, który ujrzeli, były delikatnie połyskujące zabezpieczenia, ogradzające cały teren. Sprawiały wrażenie nieprzenikalnych oraz niemożliwych do fizycznego sforsowania. Z racji tego, iż bariera była prawie niewidoczna, sam cmentarz nie był ukryty.
Ślizgona zmroziło.
Zobaczenie na własne oczy olbrzymiej armii nieumarłych było znacznie gorszym doświadczeniem, aniżeli obejrzenie jej ogromu w cudzych wspomnieniach. W oddali przechadzały się setki siluet. Ich szczupłe nogi wydawały się poruszać bez wiedzy właścicieli, a szkieletowe, oślizgłe cielska przypadkowo na siebie wpadały. Zwisające kawałki zgniłego mięsa i luźniej skóry czasem się o siebie ocierały, a potem oderwane, spadały na ziemię. Wyglądały, jakby bez celu patrzyły się w przestrzeń. Na każdych dwadzieścia stworów przypadał jeden gigantyczny nekromak, kłusujący leniwym krokiem, z powiewającą na wietrze ognistą grzywą.
Przełknął ślinę, próbując dokonać kalkulacji. Ile chimer potrzeba, żeby pokonać tak liczną armię...?
– Nie czas na przerwę – powiedział Fairhart, czym wrócił Albusa do rzeczywistości. Mężczyzna przestał się garbić i teraz stał w pełni wyprostowany. Oczy miał otwarte, chociaż wciąż lekko przymrużone. Niestety z ramieniem nie zrobił żadnych postępów – nadal mocno zaciskał na nim rękę.
– Jak myślisz...? Na jaką mniej więcej odległość możemy swobodnie podejść...? – wymamrotał ślizgon.
– Powiem, kiedy stop – odparł spokojnie Sancticus. – Nie musisz się jednak obawiać. W pełni rozumiem, że liczba tych stworzeń jest onieśmielająca, ale wszystko wskazuje na to, że teren otacza bardzo potężna bariera. Wydaje mi się, że powinniśmy przejść obok niej bez większych problemów.
Albus skinął głową i ruszyli naprzód, podchodząc coraz to bliżej. Ogrom stworzeń przesłaniał rzeczywisty obraz cmentarza. Gołą ziemię, ino posypaną gdzieniegdzie żwirem, zaśmiecały niedbale wykonane, w połowie pokruszone nagrobki, z napisami na wpół startymi bądź całkowicie niewidocznymi. Najczęściej spotykane były zwykłe kopce, a co gorsza, część zwłok była pochowana stosunkowo płytko, przez co od czasu do czasu z piachu wystawały kości. Cmentarz wydawał się nie mieć końca. Nawet w porównaniu z więzieniem, z którym był połączony, sprawiał wrażenie bezkresnego, a im dłużej przyglądało się nagrobkom, w tym większą depresję można było popaść.
– Ciężko uwierzyć, ilu ludzi jest tu pochowanych – powiedział.
– Azkaban jest starym więzieniem, Albusie. Liczba więźniów, którymi się nikt nie interesował, ani o których nikt z rodziny nie dbał, z roku na rok się powiększała – odparł nauczyciel. – Trzymaj się blisko – dodał. – Zbliżamy się do miejsca, gdzie zaczynają się zabezpieczenia.
Chłopcu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Znajdowali się o dwadzieścia stóp od jakby początku cmentarza, a już czuł pod stopami potężne wibracje oraz słyszał głośne brzęczenie. Był też pewien, że zaklęcie superczujniowe przestało w bliżej nieokreślonym momencie działać, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że bariera jest naprawdę potężna.
– Ochronę nakładało Ministerstwo, prawda? – zapytał z przeświadczeniem, że Darvy sam tego nie wymyślił.
– Och, tak. Wejście i wyjście z Azkabanu niewątpliwie znajduje się na cmentarzu. Po odejściu dementorów Ministerstwo dołożyło wszelkich starań, aby więźniowie, którzy uciekną, nie odeszli zbyt daleko, a co za tym idzie, nie zranili się na bardziej niebezpiecznej części wyspy – powiedział Sancticus. – Darvy używa cmentarzyska z powodów taktycznych. Stworzył na nim swą hodowlę, a zaklęcia ochronne wykorzystał w ramach hermetyzacji. Chociaż podczas pierwszego szturmu na wyspę, silueta mogła się okazjonalnie uwolnić i zdziczeć w buszu, wszystko wskazuje na to, że w gruncie rzeczy zapora nie została naruszona.
Albus przytaknął tej argumentacji i właśnie wtedy doznał olśnienia.
– Czekaj, czekaj. Czy przed chwilą nie powiedziałeś przypadkiem, że wejście do Azkabanu znajduje się na cmentarzu? Czy to oznacza, że...?
– Nie wydaje mi się, abyśmy musieli przebijać się przez zabezpieczenia lub stawiać czoła potwornej armii. Podejrzewam, że kiedy Darvy przybył na wyspę, twierdza zyskała dodatkowe wejście. Więzienie służy mu jako baza operacyjna oraz kwatera główna, a więc jego poplecznicy muszą jakoś wchodzić do środka, a potem wychodzić, uniknąwszy rozerwania na strzępy. Nie wiem, ile informacji wydobyłeś z umysłu przesłuchiwanego, ale mi udało się zobaczyć dużą wyrwę w ścianie, najprawdopodobniej nieosłoniętą żadną magią. Według mnie Darvy „stworzył" sobie wejście, aby ułatwić wszystkim sprawę. Na pewno będzie w pobliżu cmentarza, ale nie pośrodku.
Ślizgon skinął głową, znacznie uspokojony. Po drodze starał się nie zerkać na cmentarzysko, bo widok przechadzających się po nim obrzydliwych stworzeń strasznie go denerwował.
– Koniec końców ministerialny szlak okazał się całkiem bezpieczny – podsumował, z trudem powstrzymując westchnienie ulgi.
Fairhart rzucił mu zamyślone spojrzenie, przez co Albus zobaczył, że zaróżowiona skóra wokół jego oczu, które teraz całkowicie otworzył, trochę zbladła.
– Owszem, jak dotąd. Pamiętaj jednak, że Darvy spodziewa się inwazji Zjednoczonego Ministerstwa i to w każdej chwili. Chociaż planuje rzucić ich na pożarcie swojej potwornej armii, może zaaranżował także inne środki bezpieczeństwa, może nawet skorzystał z dobrodziejstw wyspy – powiedział czarodziej. – Musimy zachować ostrożność. Odrobinę się rozluźnimy, dopiero kiedy naprawdę zinfiltrujemy więzienie.
Chłopiec automatycznie przytaknął i spojrzał na kłębowisko siluet. Żadna nie nawiązała z nim kontaktu wzrokowego, zupełnie jakby był niewidzialny.
– Widzą nas?
– Bardzo dobre pytanie. Ufam, że nie. Cmentarz jest najprawdopodobniej tak zaczarowany, że można go oglądać z zewnątrz, ale z wewnątrz jest nieprzenikniony. To także działa na korzyść Darvy'ego. Może mieć oko na rozrost swojej armii, podczas gdy postronny obserwator nie dostrzeże niczego podejrzanego – powiedział Sancticus. – Ciężko zaprzeczyć temu stwierdzeniu, ale Prawa Ręka Śmierci wybrał sobie doskonałe miejsce na hodowlę.
Albus zmarszczył brwi, zastanawiając się nad następnymi pytaniami. W uszach wciąż słyszał brzęczenie, a pod stopami czuł wibracje.
– Myślisz, że w środku jest Zasłona Skazańca?
– Całkiem prawdopodobny scenariusz, raczej jest w pobliżu – przyznał mężczyzna. – Artefaktami będziemy się jednak martwić, dopiero gdy uwolnimy twojego ojca. Kiedy będziemy we trójkę, chciałbym, żebyśmy w pierwszej kolejności skupili się na Nikczemnej Księdze.
Ślizgon pokiwał ze zrozumieniem, nadal nie mogąc oderwać wzroku od cmentarza. Mieli go po prawej stronie, a po spojrzeniu na wejście wiedział, że było po lewej stronie, co zaś oznaczało, że byli na właściwej drodze.
Aby odwrócić swoją uwagę od paskudnych, szkieletowych istot oraz pasących się stworzeń, analizował zbliżające się więzienie. Ogrom, ponury charakter oraz bijąca od budowli potęga sprawiały, że wydawało się groźne. Gdziekolwiek nie spojrzał, widział ciemnoszare betonowe płyty, dokładnie takich samych wymiarów, starannie do siebie przymocowane. Chociaż z pewnością przyłożono się do pracy, która wyglądała na solidną robotę, całkowicie pominięto zadbanie o walory estetyczne. Najprawdopodobniej było to celowy zabieg. Czy Fairhart nie wspomniał wcześniej, że Azkaban był również miejscem, gdzie na porządku dziennym był terror psychiczny? Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie na prostą, gigantyczną i dobijającą strukturę więzienia, aby nowy skazaniec w momencie porzucił wszelkie myśli o odzyskaniu wolności.
– Wkrótce powinniśmy dotrzeć do wejścia – powiedział mężczyzna, wściekle mrugając.
– Okej. – Albus był zdeterminowany.
Kontynuowali marsz w milczeniu, aż w końcu Sancticus wyciągnął rękę w bok, uniemożliwiając dalszą wędrówkę.
– Kres szlaku – zakomunikował.
Ślizgon rozejrzał się wokół – polna ścieżka rzeczywiście się skończyła. Sytuacja zmusiła ich do ponownego wejścia na obrzeża buszu, przez co cmentarz nadal mieli po prawej, a niebezpieczeństwa wyspy po lewej. Nawet tego nie zauważając, znów znalazł się w strefie zagrożenia życia.
Przez chwilę patrzył, jak Fairhart wykonuje skomplikowane ruchy różdżką, a potem odetchnął z ulgą, kiedy okazało się, że czary nic nie wykazały.
– W porządku, musimy się bardziej skupić i wzmóc czujność. Oficjalnie wróciliśmy na otwartą przestrzeń – powiedział mężczyzna. – Chodźmy, ale powoli i ostrożnie.
– Dobrze – odparł Albus i gwałtownie uniósł różdżkę, jakby od razu spodziewał się ataku, za co został obdarzony pełnym aprobaty, dumnym uśmiechem.
Z determinacją ruszyli naprzód.
– Uważaj, żeby nie naruszyć zaklęć wokół cmentarza – dodał Sancticus, a chłopiec podskoczył w miejscu, zdając sobie sprawę, że rzeczywiście podszedł bliżej zagrody aniżeli to konieczne.
– Przepraszam. Czy nie rozbrzmiałby wtedy jakiś sygnał ostrzegawczy?
– Mało prawdopodobne. Stworzenia zza Zasłony zapewne często napotykają barierę i nie wyobrażam sobie, żeby Darvy przybiegał tu za każdym razem, gdy podniesie się alarm. Niemniej jednak spodziewam się, że to dość bolesne doświadczenie. Nie zapominaj, że zapora została wzniesiona przeciw uciekającym więźniom. Za powodem, dla którego od czasu odejścia dementorów nikt nie zbiegł, nie stoi siła wyższa, czy też szybka reakcja oddziału stacjonarnego. Skazańcy zwyczajnie nie docierają tak daleko, a ci nieliczni, którym bardziej się poszczęściło, stanowią doskonały przykład dla całej reszty, która także rozważa ucieczkę – powiedział rozmówca. – Azkaban nie jest miejscem dla tych, którzy dopuścili się pomniejszych wykroczeń – to twierdza przeznaczona dla najgorszych z najgorszych. Ministerstwo Magii nie ma żadnych skrupułów, czy też wyrzutów sumienia, żeby oszczędzać uciekinierom dodatkowego bólu.
Albus skinął głową, chłonąc nowe informacje. Mimowolnie się zastanowił, ilu śmiałkom udało się niepostrzeżenie opuścić celę, a potem dostać aż na cmentarz. Najprawdopodobniej naprawdę niewielu. Ilu posunęło się jeszcze dalej? Jakby nie patrzeć, też będą kiedyś opuszczać te mury. Wtem targnęło nim okropne przeczucie, że ewakuacja z wyspy będzie o wiele trudniejszym zadaniem, aniżeli dostanie się na nią...
– Interesujące – powiedział nagle Fairhart, czym wymusił mały przystanek, bo przykucnął, żeby dokonać bliższych oględzin przydrożnej roślinności.
– Co takiego...? Och.
Mężczyzna zatrzymał się, gdyż zauważył szarawe i zbrązowiałe liście oraz kępki martwych kwiatów. Gdy ślizgon się rozejrzał, dostrzegł, że okolica jest nimi usłana.
– Widziałem to wcześniej – wyznał. – Próbowałem zwrócić twoją uwagę, ale...
– Miej oczy szeroko otwarte, zwłaszcza na ruch – powiedział ostrzej Sancticus, po czym wstał i przyjął bojową postawę.
Albus podążył za jego przykładem.
– Myślisz, że to dzieło nieumarłych stworzeń? Może tamtych ptaków?
– Możliwe, ale są też inne... – stwierdził mężczyzna, ale nie wydawał się szczególnie skupiać na słowach podopiecznego. Wtem zamarł.
Ślizgon uniósł różdżkę, także to usłyszawszy. Wpatrując się w gęste krzaki tuż przy ścianie więzienia, dostrzegł niewielki ruch. Odległość była zbyt duża, ale biorąc pod uwagę, iż była to kępka krzewów, pomyślał o boginie, a następnie o chimerze. Dotychczasowe doświadczenia na wyspie podpowiadały mu, aby być przygotowanym na wszystko.
– Gęstwina się poruszyła – wyszeptał. – Obok...
– Widziałem. – Sancticus wymierzył różdżką. – Nie trać czujno... Avada Kedavra!
Albus wytrzeszczył oczy, kiedy z różdżki Fairharta wystrzeliła smuga zielonego światła i poszybowała we wskazanym kierunku, po czym minęła krzaki i podpaliła stojące za nim drzewo. Usłyszał koci warkot i w następnej chwili to, co uniknęło morderczego zaklęcia, postanowiło zaniechać polowania i po prostu wybiegło z lasu.
Chłopcu opadła szczęka.
Stworzenie było duże, o wiele większe od chimery. Podobnie jak ona, poruszało się na czterech łapach, ale robiło to z większym opanowaniem i wyczuciem równowagi. Na pierwszy rzut oka przypominało przerośniętego lamparta, gdyż miało musztardowożółte umaszczenie oraz było pokryte czarnymi cętkami. Znacznie przewyższało zaskoczonych czarodziejów, a kiedy się na nich rzuciło, ślizgon nie mógł się nadziwić jego zwinnością.
– Avada Kedavra! Avada Kedavra!
Zaklęcia uśmiercające Fairharta były dobrze wycelowane, ale ostatecznie nieskuteczne. Stwierdzenie, że zwierzę było wyjątkowo zręczne, było sporym niedopowiedzeniem. Na sekundę przed uderzeniem kotowaty omijało każdą klątwę, a gdy skakało, robiło to z taką gracją i siłą, że można było odnieść mylne wrażenie, że szybowało w powietrzu.
– Confringo! – Chłopiec machnął różdżką.
Niezdolne do wykonywania uników w powietrzu, stworzenie zostało wyrzucone jeszcze bardziej wzwyż, a potem spadło – idealnie na cztery łapy – w kolejnej kępce krzaków. Zawarczało groźnie i sapnęło, a roślinność w jego okolicy zwiędła, brązowiejąc z powodu rozkładu. Oddech bestii zdawał się rozsiewać bliżej nieokreśloną chorobę.
– Nie podchodź za blisko! – krzyknął ostrzegawczo Sancticus, lecz Albusa nie trzeba było pouczać – zrozumiał zawczasu.
Stwór przykucnął w zaroślach, natychmiast znikając z pola widzenia. Mimo gigantycznych rozmiarów poruszał się niesamowicie cicho. Ślizgon nie skupiał się już na odszukaniu zarysów drapieżnika, gdyż znalazł inny sposób na jego wyśledzenie.
– Spójrz na rośliny! – ostrzegł towarzysza, nie zważając na zachowanie ciszy.
Chociaż nie potrafił gołym okiem dostrzec grasującej w krzakach bestii, mógł skorzystać z nowo odkrytego faktu. Kępka po lewej stronie w momencie stała się brązowa. Kilka metrów dalej zgniła następna, a potem ta pośrodku...
Sapanie przybrało na sile, a zarośla gwałtownie się poruszyły. Olbrzymie stworzenie znów wyskoczyło ze swojej kryjówki, ale tym razem czarodzieje byli zawczasu przygotowani na atak. Niestety, pokonał ich czas – bestia była znacznie szybsza. Wylądowała na ziemi pomiędzy nimi, podczas gdy rzucone zaklęcia wciąż niknęły w powietrzu. Warknęła po raz kolejny, odwróciła się i machnęła wielgachną łapą...
Albus uchylił się w ostatnim momencie, najprawdopodobniej unikając krwawej dekapitacji. Fairhart sprawiał wrażenie zmartwionego człowieka, który nie chciał ryzykować rzucenia klątwy uśmiercającej w obawie, że trafi ona niewłaściwy cel. Zamiast tego po krótkiej chwili wahania machnął sprawnie różdżką i wyczarował ogień, który przyjął formę żarzącego się bicza. Bez wątpienia postanowił odstraszyć w ten sposób stworzenie.
Nadaremnie. Bestia zwyczajnie przeskoczyła ogień i wyciągnęła pazury. Sancticus także odskoczył we właściwym momencie, a potem wystrzelił srebrne zaklęcie, które sięgnęło jej pyska. Zwierzę zaczęło się wić w agonii, pazurami szaleńczo drapiąc powietrze. Strasznie przy tym sapała, przez co Fairhart zatoczył się do tyłu i zaczął kaszleć.
– Nie! – krzyknął ślizgon, zdając sobie sprawę, że mężczyzna nic nie widzi poprzez mieszaninę toksycznej mgły i ognia. Nie mogąc zaryzykować ciśnięcia zaklęciem, postanowił przyjąć zgoła inne podejście.
Wyczekawszy odpowiedniego momentu, podbiegł do stwora i wyskoczył wysoko w powietrze...
Ostatecznie wylądował na grzbiecie drapieżnika. W chwili gdy dotknął sierści, zrozumiał, jak wielką głupotę popełnił. Nie mógł sobie jednak pozwolić na wyzywanie się od idiotów i półgłówków, bo żeby nie spaść i nie zostać stratowanym, musiał się mocno chwycić futra. Wtem tuż koło jego głowy przeleciało jakieś fioletowe zaklęcie i zrozumiał, że Fairhart zwyczajnie nie wiedział, że zdecydował się na skok.
– Czekaj, jestem na nim!
Stworzenie szarpnęło głową i wygięło grzbiet, najwyraźniej dopiero teraz uświadomiwszy sobie, że zyskało nieproszonego jeźdźca. Odwróciło się więc od płomieni, przez co nadal uczepiony sierści Albus pojął, że znalazł się niebezpiecznie blisko pyska...
Zdecydowanie potrzebował kagańca. Przez jedną krótką chwilę główkował, skąd ma takowe wytrzasnąć, zwłaszcza na odległej wyspie, a potem sobie przypomniał, że przecież jest czarodziejem i od ponad pięciu lat uczy się w magicznej szkole. Nauczył się tam czarować, nawet jeżeli nie był geniuszem stulecia...
Mgła trochę opadła i Albus zobaczył Fairharta, który ujrzawszy podopiecznego na grzbiecie wyjątkowo niebezpiecznej bestii, którą ten próbował ujarzmić, po prostu opuścił ze zdziwienia różdżkę. Chłopiec nie poświęcił jego niedowierzaniu więcej uwagi, bo miał przed sobą zadanie do wykonania, aczkolwiek ciężko mu było się skoncentrować.
Machnął orężem nad głową szalejącego stworzenia i w okamgnieniu wyczarował z powietrza całkiem solidnie wyglądający kaganiec, który całkowicie uniemożliwił mu rozwarcie szczęk. Żelaza osłonka objęła prawie cały pysk bestii, zostawiając jej widoczne tylko nos i oczy, które rozwarły się z nieukrywanej wściekłości. W konsekwencji zwierzę zaczęło jeszcze gwałtowniej się miotać.
Albus nawet się nie podejrzewał o taki talent.
Fairhart podbiegł do stwora, w pełni przygotowany do dosiądnięcia drapieżnika, jednakże niespodziewany, ostry obrót bestii sprawił, że jedna z jej przednich łap uderzyła go w twarz, przez co odleciał na kilka metrów do tyłu. Sancticus miał niesamowicie dużo szczęścia, bo wylądował zaledwie kilka stóp od otaczającej cmentarz bariery.
Gdy wymyślił rozwiązanie, serce zabiło Albusowi mocniej. Stworzenie miotało się teraz na dwóch nogach, co sekundę niczym koń, stając dęba, aby go z siebie zrzucić; postanowił więc obrócić sytuację na swoją korzyść. W chwili, gdy opadła na cztery łapy, zwyczajnie się puścił, przez co został gwałtownie zrzucony do przodu – oczywiście, wszystko zgodnie z planem. Lądując tuż pod bestią, wycelował różdżką w jej białe podbrzusze.
– Confringo! – krzyknął, a klątwa niszcząca odrzuciła drapieżnika, który ostatecznie zderzył się z grubym pniem potężnego drzewa. Niestety, w locie stworzenie drasnęło go tylną łapą, przez co poczuł palący ból w klatce piersiowej.
Zwierzę natychmiast się pozbierało – czarodziejskie zaklęcia nijak wyrządzały jej krzywdę. Ślizgon właśnie na to liczył. Podbiegł do Fairharta, który próbował stanąć o własnych siłach i zobaczył, że jego twarz znów spuchła, tym razem od uderzenia. Rozejrzał się wokół. Znajdowali się zaledwie o kilka cali od niewidzialnej, choć lśniącej bariery, która oddzielała ich od paskudnej, szkieletowej armii Sebastiana Darvy'ego.
– Ani kroku – powiedział władczo i zacisnął dłonie na szatach mężczyzny, aby go unieruchomić. – Kiedy ci powiem, odskoczysz.
Sancticus wbił w niego pytające spojrzenie, a z jego dolnej wargi spłynęła stróżka krwi.
– Zaufaj mi. – Albus ponownie skoncentrował się na drapieżniku, który stał na czterech łapach, wyraźnie szykując się do ataku. Z początku powoli szedł naprzód, a potem zaczął się stopniowo rozpędzać...
Wtem zaczął biec.
Ślizgon nadal mocno zaciskał dłoń na szatach Fairharta, aż w końcu...
– TERAZ! – krzyknął i rzucił się w bok; kątem oka dostrzegł, że partner zrobił dokładnie to samo. W trakcie skoku wycelował w miejsce, w którym miał wylądować stwór. – Terrakinisio! – dodał, strzelając czarem w kolorze mchu. Sekundę później stworzenie wylądowało na ziemi, która momentalnie zaczęła się trząść. Ślizgon przywarł do podłoża, podczas gdy stwór tańczył dookoła, nie mogąc utrzymać równowagi. Nim minęła chwila, runął do przodu, uderzając wprost w błyszczącą barierę.
Rozległ się głośny, przypominający eksplozję dźwięk i kotowaty został odrzucony z prędkością o wiele większą, aniżeli powoduje klątwa niszcząca. Kilkakrotnie przekoziołkował po ziemi, bezwładny i dymiący, a potem całkowicie znieruchomiał.
Albusa odetchnął z ulgą. Powoli podniósł się na nogi i wtedy przeszyła go fala bólu. Dotknął przylepionej do klatki piersiowej koszulki i zauważył, że była mokra i ciepła od krwi. Gdy spojrzał w dół, zobaczył, że była również podarta. Pazury bestii trochę ją podziurawiły, a z otworów małymi strumieniami skapywała ciemnoczerwona krew. Zadrapania na szczęście nie wydawały się głębokie, bo mógł swobodnie oddychać i chodzić.
Z ukosa spojrzał na Fairharta, który także zdołał się już pozbierać. Razem podeszli do cętkowanego stworzenia, które zaczęło drżeć, co z kolei oznaczało, że mimo obrażeń wciąż żyło. Bariera rozerwała na kawałki wyczarowany przez chłopca kaganiec, dzięki czemu bestia przestała być jakkolwiek skrępowana oraz mogła spokojnie oddychać. Nadal była jednak otumaniona i wyraźnie brakowało jej sił. Jak upadła, tak leżała – na boku, rozwalona, z szeroko rozstawionymi łapami. Wciąż dymiła.
– Żyje – stwierdził nauczyciel, a następnie otarł krew z ust.
– Unieszkodliwiona – sprostował Albus. – Jak twoja twarz?
Sancticus się odwrócił, dzięki czemu mógł dokładniej obejrzeć jego obrażenia. Krwawienie z wargi stanowiło tu najmniejszy problem. Prawa strona jego twarzy, choć nie tak zmasakrowana jak lewa, powoli się do niej upodobniała. Policzek był obrzmiały i opuchnięty, a zaczerwienienie dookoła oczu nadal nie zeszło.
– Bywało lepiej – odpowiedział czarodziej. – Ruszajmy dalej...
Nie patrząc na bestię, wznowili marsz. Albus po cichu miał nadzieję, że pozostawienie zwierzęcia żywego się na nich nie zemści w przyszłości. Na szczęście nie wydawało się to prawdopodobne, bo było ono zbyt wyczerpane, aby znów stanąć w szranki.
Szli w milczeniu. Chłopiec przyciskał dłoń do klatki piersiowej, zaś mężczyzna do twarzy. Cisza została przełamana, dopiero kiedy podeszli do gigantycznej ściany więzienia.
– Z czym walczyliśmy?
– Z Nundu – magicznym stworzeniem pochodzącym ze wschodniej Afryki – odpowiedział Fairhart. – Ministerstwo włożyło naprawdę wiele wysiłku w zabezpieczenie terenu.
– Hm, czy Darvy wykorzystał tego nundu jako wartownika...?
– Szczerze wątpię, aby był w stanie kontrolować tak niebezpieczną istotę. Sądzę, że wiedział o jej istnieniu, ale nijak się przejął. Z pewnością też liczył, że będzie służyć za dodatkową ochronę. Nundu nie są równie terytorialnymi stworzeniami, co chimery, ale przyciąga je wszystko, co się rusza, a kłębiąca się ciągle armia wzbudza duże zainteresowanie. Myślę, że nie musimy się tym przejmować – nundu są rzadkie i stawiam galeona, że przechytrzyliśmy jedynego na całej wyspie.
Albus skinął głową, lecz nie odpowiedział. Wkrótce znaleźli się tak blisko ściany, że z łatwością można było zauważyć nieprawidłowość w strukturze więzienia. Zaledwie kilka stóp od otaczającej cmentarz bariery w ścianie została zrobiona wyrwa.
– Wreszcie! – sapnął.
Z największą ostrożnością weszli do środka. Kiedy chłopiec spojrzał w górę, jego oczom ukazał się bezkres pionowej budowli – wbrew wszystkiemu, naprawdę wydawała się niknąć w chmurach. Lekko drżącą dłonią dotknął ściany bocznej, a kurz natychmiast osiadł mu na palcach.
– Azkaban – podsumował.
– Owszem. Wszystko, czego poszukujemy, przeszło niegdyś przez ten otwór – powiedział Fairhart, brzmiąc bardzo odlegle. – Czyń honory, Albusie – dodał, puszczając podopiecznego przodem.
Ślizgon z trudem przełknął ślinę, podczas gdy po kręgosłupie przeszedł go dreszcz. Nie potrafił dokładnie wyjaśnić dlaczego, ale kiedy zrobił pierwszy krok, owładnął nim strach. Chociaż wiedział, że Azkaban nie może być groźniejszy od niebezpieczeństw, które dotąd sprezentowała im wyspa, czuł się co najmniej dziwnie. Oficjalnie przebywał teraz w tym samym budynku, co Harry Potter oraz Sebastian Darvy.
Sancticus podążył za nim, oświecając drogę różdżką. Chłopiec poszedł za jego przykładem i teraz dwa bliźniacze światełka odsłoniły pomieszczenie, w którym się znaleźli.
Było zakurzone i zagracone, częściowo zawalone odłamkami wysadzonej ściany oraz czymś, co przypominało połamane drewniane krzesła. Pod ścianą stało odwrócone i nadpalone biurko, przez co Albus od razu zrozumiał, że doszło tu do walki – było to pierwsze miejsce, które zaatakował Darvy. W miarę jak wodził światłem po różnych zakątkach, ogarnęła go niepewność. W pewnym momencie ujrzał nawet wystającą spod betonu ludzką rękę...
– Krwawisz.
Ze strachu podskoczył w miejscu, a potem gwałtownie odwrócił się do Fairharta, którzy mierzył różdżką w jego poszarpaną koszulkę.
– Och, to nic wielkiego... – Nie dokończył, bo mężczyzna już przesuwał koniuszkiem oręża po skaleczeniach. Ciepło dość szybko rozeszło się po jego klatce piersiowej, a potem doświadczył czegoś nowego, a mianowicie skóra w magiczny sposób mu odrosła. – Dzięki – powiedział, na co Sancticus kiwnął głową. Ślizgon mimowolnie zauważył, że o siebie to nie zadbał. W ogóle nie zmył z twarzy własnej krwi, a rana na ramieniu zupełnie się nie leczyła – dobrze, że nie wyglądała gorzej.
Wznowili wędrówkę.
– Co teraz? – zapytał, nadal świecąc różdżką po ziemi. Kiedy obejrzał się przez ramię, zauważył, że na dworze zaczęło się już ściemniać.
– Najpierw trochę się nacieszmy sukcesem. Mamy z czego być dumni, Albusie – powiedział poważnie czarodziej. – W końcu jesteśmy pierwszymi osobami, które pomyślnie zinfiltrowały Azkaban od czasu wprowadzenia nowych środków bezpieczeństwa. Przynajmniej wedle mojej wiedzy. Oczywiście, poza Darvym, ale jego najazd się nie liczy, bo zdobył twierdzę przy pomocy swojej potwornej armii...
– Cóż, to wiele świadczy o kompetencjach Ministerstwa – stwierdził chłodno.
– Albo o naszych umiejętnościach. – Uśmiechnął się Fairhart, a światło z różdżki przez chwilę oświetlało mu twarz, czyniąc ją bardziej przerażającą. – Wspaniale sobie radzisz. Zaczynam czuć, że cię spowalniam.
Albus się zarumienił.
– Hm, nadal się cieszę, że cię tu przyprowadziłem – zażartował, a Sancticus się zaśmiał.
– Chodźmy. Wciąż czeka nas dużo pracy.
Nauczyciel znów objął prowadzenie, choć tylko nieznacznie. Im dalej wchodzili w ciemność, tym mniej było im do śmiechu. Światełka tańczyły po ścianach, co rusz odsłaniając brudne, kamienne ściany oraz szczątki walające się po podłodze. Dopiero gdy znaleźli się w wąskim korytarzyku, ślizgon zrozumiał, że opuścili pomieszczenie, które posłużyło Darvy'emu za dodatkowe wejście.
Od razu pojął, że nietrudno będzie się tu zgubić. Korytarze niczym się pomiędzy sobą nie wyróżniały – wszystkie były brudne i wilgotne. Ich kroki naruszały delikatną warstwę nagromadzonego na podłodze kurzu, pozostawiając ślady stóp. Co gorsza, Albus odniósł wrażenie, że po raz pierwszy od momentu wyruszenia na wyprawę Fairhart nie wiedział, dokąd iść i po prostu prowadził go do przodu.
– Chyba powinniśmy znaleźć schody... – powiedział.
– Zgadzam się, ale niestety nie wiem, gdzie dokładnie jesteśmy – wyznał równie cicho mężczyzna. – Zdecydowanie tułamy się na poziomie gruntu, ale mam dziwne przeczucie, że to nie jest najniższe piętro.
– Czyli pod nami... jest jeszcze piwnica?
– Najprawdopodobniej – stwierdził Sancticus.
– Jak myślisz, gdzie jest przetrzymywany mój tata? – zapytał, niepewny.
– Harry, podobnie jak reszta więźniów, jest w celi i jestem przekonany, że nad nami jest masę pięter. Najpierw zwiedzimy więc górę.
– A gdzie może być Darvy? – dodał.
– Ostrożności nigdy za wiele – odpowiedział mężczyzna. – Najprawdopodobniej kręci się w pobliżu Zasłony. Ciężko jednak stwierdzić, czy preferuje szczyt budynku, czy też dół. – Powiedziawszy to, przystanął, a ślizgon od razu zrozumiał dlaczego.
Dotarli do rozwidlenia – jedne nadłupane schody prowadziły wzwyż, a drugie stromo poniżej, prosto w nieprzeniknioną ciemność.
– Hm, czy powinniśmy się rozdzielić? – zapytał Albus, wracając wspomnieniami do poprzedniej rozłąki.
– Lepiej trzymać się razem. – Fairhart spojrzał w mrok. – W więzieniu czai się wielu członków Diablego Aliansu. Gdyby zostali zaalarmowani o naszej obecności, we dwójkę będziemy mieć o wiele większe szanse, aniżeli w pojedynkę.
W oczekiwaniu na decyzję chłopiec skinął głową. Po chwili wahania Sancticus zaczął się wspinać po pierwszych stopniach prowadzących na wyższe piętro, więc podążył za nim, nadal oświecając różdżką drogę.
Schody okazały się najdłuższymi, jakie Albus w życiu widział, a to już coś znaczyło, bo przecież uczy się w Hogwarcie. Za każdym razem, gdy docierali do niewielkiej platformy, byli zmuszeni wspinać się na kolejną. Po kilku minutach mozolnej wspinaczki mimowolnie się zastanowił, na który poziom weszli. W końcu, gdy rozbolały go stopy, dotarli do żelaznych wrót, lekko uchylonych. Przez szparę sączyło się światło.
Obaj niewerbalnie zgasili różdżki, a potem Fairhart powoli pchnął drzwi. Zaskrzypiały, a chłopca ogarnęła fala nostalgii.
Znaleźli się w następnym korytarzu, tym razem trochę szerszym, gdyż zajmowały go cele. Stały w szeregu po obu stronach, przylegając do zatęchłych ścian, mało przestronne i dalekie od luksusu. Przez kraty było widać całe wyposażenie – szare łóżka, brudne prześcieradła, skrawki gazet, a czasem nawet drobne drobiazgi typu zakurzona ramka na zdjęcie, czy też harmonijka.
Albus był już w podobnym korytarzu, chociaż tylko we wspomnieniu. Jakieś trzy lata temu użył myślodsiewni Fairharta, żeby obejrzeć wspomnienie swojego ojca przechadzającego się po Azkabanie – nawet podłoga nic się nie zmieniła. Najważniejszą różnicą pomiędzy przeszłością a rzeczywistością był stan więzienia – we wspomnieniu cele były zapełnione, a skazańcy żywi i niesamowicie głośni; teraz zaś izdebki świeciły złowrogimi pustkami.
– Gdzie podziali się więźniowie? – zapytał. W międzyczasie zrozumiał też, że poprzez zakratowane okno obok drzwi, z końca pomieszczenia przebija się nikłe światło księżyca.
– Bardzo dobre pytanie. – Sancticus brzmiał na zaintrygowanego. Razem, ramię w ramię, ruszyli w głąb korytarza, co rusz zaglądając do pustych cel.
– Na niektórych ścianach jest krew! – sapnął, dokonując makabrycznego odkrycia. Czerwone niegdyś plamy na brudnym kamieniu zdążyły już ściemnieć.
– Najprawdopodobniej wywiązała się walka. Cóż, najgorsze, że nie wszystkie cele są puste.
Chłopiec pospieszył tam, gdzie był Fairhart. W jednej z izdebek naprawdę był więzień.
Martwy. W stanie rozkładu. Gnijący.
Na widok poskręcanego na podłodze trupa, ze wciąż otwartymi oczami, oblał go zimny pot.
– Co...?
– Śmierć głodowa, Albusie. Najprawdopodobniej Darvy ma naprawdę niewiele powodów, aby zapewnić utrzymanie swoim więźniom – powiedział cicho Sancticus. – Przypuszczam, że miejsce pobytu skazańców można podzielić na kilka kategorii. Cele bez śladów krwi lub walki należały zapewne do osób, które dobrowolnie bądź pod przymusem dołączyły do Darvy'ego tuż po jego najeździe na Azkaban. Jakby nie patrzeć, przybył na wyspę bez wielu zwolenników, tak więc musiał uzupełnić swe siły. Hm, więźniowie, którzy mu odmówili, najprawdopodobniej skończyli martwi.
– A ten facet na ziemi...?
– Ciężko stwierdzić, ale na pewno musi być jakiś powód, dla którego zabrano jednych, a zostawiono innych – odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna. – Tak czy inaczej, nie skupiajmy się na tej tajemnicy, bo jest nieistotna. Musimy odnaleźć Harry'ego. – Kiedy podopieczny nie odpowiedział, nadal wpatrzony w leżące na podłodze zwłoki, w mig pojął, co chodziło mu po głowie. – Twój ojciec nie podpina się pod żadną z tych kategorii. Darvy musi utrzymać go przy życiu, ponieważ Harry jest w posiadaniu ważnych informacji oraz jest inteligentny – dodał. – W porządku, ruszajmy dalej. Mamy kilka pięter do przeszukania.
Albus przytaknął i podążył za Fairhartem, przechodząc przez kolejne żelazne wrota, które prowadziły do następnego korytarza celnego. Izby – dosłownie – niczym nie różniły się od poprzednich; część również była umazana krwią. Tym razem podłogi nie ścieliły trupy, a na końcu stanęli przed kamiennymi schodami, które – jak można było przewidzieć – prowadziły do kolejnych drzwi.
Sancticus pchnął je i wpuścił do środka trochę światła.
Wtem usłyszeli jęki. Miękkie stęknięcia z bólu oraz dyskomfortu sprawiły, że ślizgon natychmiast uniósł różdżkę. Nie było to jednak konieczne, gdyż żaden z umęczonych nie był w stanie zrobić więcej, aniżeli tylko kwilić.
W niektórych celach przebywali żywi ludzie. Ogarnąwszy scenę wzrokiem, chłopiec doszedł do wniosku, iż na każde dwie puste izdebki przypada jeden wychudzony więzień w szarych, podartych szatach, leżący na prowizorycznym łóżku bądź gołej podłodze, z ponurym, beznadziejnym wyrazem twarzy. Żaden z nich nie zauważył przybycia gości.
– Sprawdź tę stronę – nakazał Fairhart, szarpiąc głową w lewo; sam zaś podszedł do pierwszej celi po prawej.
Albus spełnił polecenie. Od nikogo nie odszedł, dopóki nie upewnił się, że skazaniec nie przypomina jego ojca. Szukał jakichkolwiek podobieństw, od kruczoczarnych włosów, do nawet blizny w kształcie błyskawicy. Gdy dotarł do ostatniej z cel, nagle niewytłumaczalnie zaniepokojony, przycisnął twarz do krat, żeby się lepiej przyjrzeć...
Sapnął.
Rozpoznał więźnia, mimo że nijak przypominał tatę. Wiedział, że istniała szansa na spotkanie tutaj tego człowieka, ale zobaczenie go w celi, leżącego płasko na łóżku z pustym wyrazem twarzy, było po prostu ogromnym zaskoczeniem.
– San! Chodź tu, San! – zawołał, nadal zbierając szczękę z podłogi.
Znudzony mężczyzna podniósł głowę, aby odwzajemnić spojrzenie. Jego oczy wydawały się matowe, pozbawione wszelkiego blasku, a brązowe włosy niemyte od tygodni.
W celi był Fango Wilde.
