27. SPOTKANIA


Fairhart podszedł do Albusa.

– Słucham? Czyżbyś znalazł...? – urwał wpół zdania, gdy zobaczył więźnia.

Wilde, który dotąd spoglądał przez kraty w jakimś dziwnym odrętwieniu, natychmiast zareagował. Wytrzeszczył oczy, a potem w okamgnieniu zsunął się z łóżka i wstał, trochę zgarbiony.

– San... Sancticusie... – wyjąkał chrapliwie.

Ślizgon spojrzał na stojącego obok siebie nauczyciela i stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział, by jego twarz – zarówno po tej obitej, lecz zdrowej oraz zniekształconej części – była równie pusta i bez wyrazu, niemożliwa do odszyfrowania. Spróbował więc uporządkować swoje myśli, próbując rozeznać się w sytuacji, ale właśnie wtedy Wilde strachliwie cofnął się pod ścianę i przemówił.

– My... myślałem, że... nie żyjesz...

– Och, zapewniam, że wiedziałbyś, gdybym naprawdę był martwy – warknął Fairhart, posuwając się do przodu i groźnie przyciskając twarz do kraty. – Nie odszedłbym bez ciebie...

– Co pan tu robi? – Albus chciał choć trochę zapanować nad sytuacją. Złość słyszalna w głosie Sancticusa oraz strach Fango podpowiedziały mu, że jest w tym momencie jedynym, który myśli trzeźwo. Przypomniawszy sobie, że rozmawia z wrogiem, uniósł różdżkę.

Wilde wzdrygnął się dramatycznie, przez co jego splątane, brudne włosy zasłoniły mu zapadniętą twarz.

– Jestem po waszej stronie! – krzyknął z desperacją.

– Co tutaj robisz? – Niesiony emocjami, Fairhart szarpnął swą różdżką.

Więzień zsunął się po ścianie i ugiął kolana.

– Zdradziłem Prawą Rękę Śmierci.

– Żadna niespodzianka – parsknął Sancticus. – Odsuń się, Albusie – dodał w kierunku podopiecznego i odepchnąwszy go lekko od krat, dobrze wycelował.

– Albusie! On mnie zabije, Albusie! – wrzasnął Fango i wbił w chłopca zdesperowane spojrzenie. – Twój ojciec nigdy by...

Avada...!

– Nie! – Ślizgon odepchnął ramię Fairharta.

– Co niby wypra...?

– NATYCHMIAST SIĘ USPOKÓJ! – krzyknął, ciężko dysząc. Wrzask wyrwał z letargu pozostałych więźniów, którzy poruszyli się niespokojnie, nagle rozumiejąc, że dzieje się coś wielkiego.

– Mam się uspokoić? – zapytał ze zdziwieniem mentor.

– Zwyczajnie pozwól mi go przepytać – powiedział i z powrotem odwrócił się do kulącego się pod ścianą mężczyzny. – Powiedziałeś, że zdradziłeś Darvyego. W jaki sposób?

– Przekazywałem informacje Warrenowi Waddlesworthowi...

Sancticus wybuchnął głośnym, szyderczym śmiechem.

– Twierdzisz, że jesteś po naszej stronie, Fango? – parsknął, rozbawiony samym pomysłem. – Naprawdę uważasz, że Waddlesworth jest po naszej stronie?

– Z pewnością jest przeciwko Prawej Ręce Śmierci – odpowiedział przesłuchiwany. – Cóż, przekazywałem mu informacje, które – jak sądziłem – pomogą mu pokonać Diabli Alians. Kiedy sprawa wyszła na jaw, zostałem uwięziony...

– Czemu po prostu cię nie zabił? – Albus zmarszczył brwi, doszukując się niespójności w historii. – Dlaczego Darvy...?

– Byłem mu potrzebny, aby dostać się na wyspę oraz poruszać po niej bez większych problemów. Nie wiem dokładnie, gdzie znajdują się punkty aportacyjne, ale znam położenie bezpiecznego szlaku i znam też każde potencjalne wejście – wytłumaczył Fango. – Byłem Szefem Departamentu Transportu Magicznego...

– Wiem – odpowiedział ponuro chłopiec, ale zanim mógł kontynuować, nauczyciel znów go odsunął od krat.

– Marnujemy cenny czas – powiedział bezdusznie, wykrzywiony z nienawiści, po czym ponownie uniósł różdżkę. – Zabiję Wilde'a, a potem wznowimy poszukiwania Harry'ego...

– Zaczekaj!

– Tu go nie znajdziesz! – Fango chwycił się ostatniej nadziei. Nadal wpatrzony w wycelowaną w niego różdżkę, cały się trząsł. – Mówisz, że szukasz swojego ojca? – zapytał Albusa, który wyciągnął rękę, aby powstrzymać swojego towarzysza.

– O co ci chodzi? – zapytał brunet.

– Harry Potter nie został osadzony w zwyczajnej celi. – Wilde pokręcił głową. – I gwarantuję, że nie jest zbyt blisko...

– Skąd możesz to wiedzieć? – spytał władczym tonem Fairhart, nawet na moment nie opuściwszy różdżki.

– Bo kiedyś byłem przetrzymywany w tym samym miejscu. Prawa Ręka Śmierci potrzebował pracownika Ministerstwa Magii, żeby przekazywał mu informacje. Obaj byliśmy przydatni i dopiero niedawno zostaliśmy rozdzieleni. – Fango się skulił. – Wciąż znam drogę. Jestem jedynym człowiekiem, który może was tam zaprowadzić – dodał, po raz pierwszy brzmiąc, jakby panował nad sytuacją.

Albus milczał, chłonąc zdobytą wiedzę. Wszystko się sprawdziło. Kolaboracja Wilde'a potwierdzała to, co mówił Sancticus – że Harry Potter był dla Darvy'ego dobrym informatorem. Oczywiście, miał rację także co do dawnego przyjaciela, chociaż cały czas zakładali, że Fango jest aktywnym członkiem Diablego Aliansu, a nie ledwo utrzymywanym przy życiu zdrajcą...

Spojrzał najpierw na jednego, zdeterminowanego mężczyznę a potem na drugiego, zamarłego ze strachu. Ciężko zaprzeczyć, iż Fairhart pragnął zamordować Wilde'a, zwłaszcza że się do tego wcześniej zobowiązał, ale jeżeli ten mówił prawdę... jeśli rzeczywiście był jedynym człowiekiem, który może ich zaprowadzić do Harry'ego Pottera...

– Jestem ci potrzebny! – krzyknął poprzez kraty Fango, dobrze wiedząc, że targuje się o swoje życie.

Albus spojrzał na niego gniewnie, a następnie pociągnął Sancticusa za rękaw.

– Chodź na moment – poprosił i spróbował odciągnąć towarzysza kilka stóp dalej, poza zasięg słuchu Wilde'a. Było to naprawdę trudne zadanie, bo czarodziej żarliwie sztyletował więźnia wzrokiem, jakby dawno podjął już decyzję. Na szczęście, po chwili wahania mężczyzna się dał się odprowadzić. – Myślisz, że mówi poważnie? – zapytał od razu ślizgon.

– Nie – odpowiedział natychmiast Fairhart.

– Co z legilimencją...?

– Wilde jest oklumentą. Z biegiem czasu nauczył się perfekcyjnie bronić, a jego upodobanie do utrzymywania tajemnic stanowiło czynnik przeważający – stwierdził z goryczą mentor, naprawdę nienawidząc tego przyznawać. – Mógłbym spróbować przeniknąć do jego umysłu, ale mało prawdopodobne, abym coś z niego wyciągnął.

Chłopiec lekko się spiął.

– Jeżeli mówi prawdę...

– Albusie. – Sancticus położył mu dłonie na ramionach. – Wilde nigdy nie był częścią naszego planu. Mieliśmy szczery zamiar wydostania twojego ojca z Azkabanu. Dlaczego nagle myślisz, że potrzebujemy czyjejś pomocy?

– Nie mam żadnych wątpliwości, że bez jego pomocy uratujemy mojego tatę, ale jeśli naprawdę zna drogę, zaoszczędzimy sporo czasu. – Uśmiechnął się chytrze. – A jeszcze niedawno sam twierdziłeś, że jakakolwiek pomoc jest mile widziana.

Fairhart się skrzywił, ewidentnie żałując wypowiedzenia tych pamiętnych słów. Przez chwilę stał zupełnie nieruchomo, a Albus doskonale wiedział, nad czym się zastanawia.

Sancticus najprawdopodobniej najbardziej w świecie pragnął śmierci Wilde'a. Niezmuszony do cywilizowanej koegzystencji, był bardziej niż chętny do poddania się prymitywnym instynktom uzyskania rekompensaty za wyrządzone w młodości krzywdy, za blizny na ciele oraz sercu. Mimo to waga priorytetów ich misji jest niejednoznaczna. Głównym powodem, dla którego ślizgon dołączył do wyprawy, było pragnienie zwrócenia tacie wolności. Ostatecznie się okazało, że pogoń za Harrym Potterem przyćmiła nawet plany Fairharta co do wykradzenia Darvy'emu trzech niemoralności. Specjalnie w tym celu przyspieszyli nawet trening Albusa. Fango Wilde, choć potencjalnie kłamliwy, stanowił dodatkową korzyść. Jeżeli zostanie zabity – zamordowany – Sancticus dobrowolnie zrobi krok wstecz.

– W porządku – stwierdził gniewnie mężczyzna, podczas gdy chłopiec odetchnął z ulgą. – Jednakże jeśli czegoś spróbuje, nie okażę litości.

– W porządku...

– Zabiję go również, kiedy przestanie być potrzebny, czyli w chwili, gdy odnajdziemy Harry'ego – dodał złośliwie.

Albus się zawahał. Kim był, żeby odmówić Fairhartowi zemsty? Spojrzał przez ramię na Fango Wilde'a, który przechadzał się po swojej celi wte i wewte, z nerwów nieskrępowanie obgryzając paznokcie. Owszem, był okropną osobą, ale za to, że znalazł się w takiej sytuacji, mógł winić tylko i wyłącznie siebie. Każdy, kto mu zaufał, został zdradzony – Sancticus, Ministerstwo Magii, a nawet Sebastian Darvy. Czy to wystarczało, żeby usprawiedliwić brutalną egzekucję? Czy wszystkie te zdrady sprawiały, że zasłużył na to, co sprezentował mu los? Na czekanie w brudnej izdebce ze świadomością stania jedną nogą nad grobem? Na pomaganie swoim oprawcom, do momentu, aż stanie się niepotrzebny? Na opóźnianie śmierci?

– Okej – burknął chłopiec, decydując się na odłożenie problemu na później, kiedy wymyśli dobre rozwiązanie. Na ten moment życie nie Fango Wilde'a, a Harry'ego Pottera, było priorytetem.

Fairhart odebrał zgodę jako przypieczętowanie porozumienia.

– W takim razie idź i powiedz mu, że zostanie oszczędzony. Na razie – nakazał z goryczą.

Albus skinął głową, po czym podszedł do Wilde'a. W drodze unikał zerkania do innych cel, gdyż właśnie teraz jeden z więźniów zaczął cicho zawodzić.

– No dobrze, niech pan słucha uważnie. – Dołożył wszelkich starań, aby wyglądać śmiertelnie poważnie. – Wyciągniemy cię stąd, a w zamian zaprowadzisz nas prosto do mojego taty – podsumował, a Fango odetchnął z ulgą. – Jeżeli czegokolwiek spróbujesz... – dodał ponuro, specjalnie zawieszając głos.

– Niczego nie będę próbował! Absolutnie niczego! – Wilde chrapliwie się zaśmiał, sprawiając wrażenie zadowolonego z siebie. – I tak nie mam dokąd...

– Mimo wszystko jeśli czegokolwiek spróbujesz – czegokolwiek, co wyda nam się podejrzane – San cię zabije. Poradzimy sobie lepiej bez twoich knowań, zwłaszcza jakbyśmy musieli ciągle cię kontrolować. – uzupełnił złowieszczo. – Zrozumiał pan?

Wilde się skrzywił, więc Albus przycisnął twarz do krat i dodał coś zupełnie od siebie, oczywiście szeptem, żeby Fairhart nie słyszał.

– Słuchaj. Staram się utrzymać cię przy życiu, ale musisz wyjść mi naprzeciw – wyszeptał, a znudzony mężczyzna straszliwie zbladł. – Niczego nie kombinuj.

– W porządku.

– Dobrze – skwitował, a następnie odwrócił się do towarzysza. – Okej. W jaki sposób...?

Zanim dokończył pytanie, Sancticus podszedł bliżej z agresywnym wyrazem twarzy. Ślizgon zrobił miejsca, podczas gdy Fairhart uniósł różdżką i zaczął nią w skomplikowany sposób machać. Wszystko wskazywało na to, że prócz żelaznych krat, celę otaczają także potężne zaklęcia. Wilde znów cofnął się aż pod ścianę i z nieprzyjemnym wyrazem twarzy gapił się na dawnego przyjaciela – najprawdopodobniej ponowne zobaczenie go w akcji źle na niego wpływało.

Straszliwie zgrzytnęło, a potem krata zaczęła się skręcać i wyginać; towarzyszący temu metaliczny dźwięk sprawiał, że Albus co rusz się wzdrygał. Po kilku sekundach powstała luka o rozsądnej wielkości, więc Wilde z chęcią się przez nią przecisnął. W trakcie przechodzenia potknął się o odstający kawałek metalu, ale utrzymał równowagę. Obserwujący go chłopiec zauważył, że jest wyraźnie osłabiony, a przez to jego ruchy są nieskoordynowane. Darvy naprawdę nie dbał o swoich więźniów. Z nagłym bólem serca uświadomił też sobie, że jego tata z pewnością będzie w podobnym, ile nie gorszym, stanie...

– Prowadź – powiedział stanowczo Fairhart, a następnie złapał Fango za ramię i pchnął go do przodu, na sam przód ich trzyosobowej grupy. Wilde prawie się potknął, ale w żaden sposób nie zareagował. Ślizgon także milczał – to zdecydowanie sprawa pomiędzy nimi, uznał więc, że nie powinien się wtrącać.

Zamiast iść naprzód, przewodnik odwrócił się w kierunku drzwi, które mieściły się zaraz tuż obok jego dawnej celi.

– Tutaj – stwierdził. – Zaraz po drugiej...

Sancticus znów nim szarpnął, przez co kompletnie zaskoczony Fango został brutalnie odwrócony, a następnie uderzony wierzchem dłoni prosto w twarz. Siła, którą włożył w to Fairhart była na tyle duża, że powaliła ofiarę na podłogę. Albus natychmiast wyskoczył do przodu, kompletnie zdezorientowany. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego partner tak postąpił.

– Nie odzywasz się nieproszony. W ogóle – warknął mentor. – Tylko prowadzisz i w razie potrzeby wskazujesz kierunek palcem. Nic więcej.

– A jeżeli coś zobaczę? – Wilde chwycił się za piekący policzek, a potem wstał. – Co mam zrobić, jeśli zobaczę jakiegoś nieprzyjaciela...?

– Modlić się, żeby Albus nadal chciał cię chronić – syknął w odpowiedzi Fairhart. – No dalej, ruszaj! – dodał i znów go popchnął.

Ślizgon powściągnął język, gdyż gniew wypisany na twarzy Sancticusa sprawił, że zdał sobie sprawę, jak trudna była to dla niego sytuacja. Przybył na wyspę ze świadomością, że najprawdopodobniej zabije Fango, a zamiast dokonania zemsty, został zmuszony, aby ponownie mu zaufać.

Powoli, wyglądając na wciąż oszołomionego uderzeniem, Wilde pchnął metalowe wrota, ukazując wszem wobec następny wypełniony celami korytarz. Albus i Fairhart podążyli za nim, praktycznie przebiegając obok znajdujących się w katatonicznym stanie więźniów oraz zakrwawionych izdebek. Cały proces powtórzyli jeszcze dwukrotnie. Na szczęście, panujący wszędzie mrok rozpraszało światło wpadającego przez zakratowane okna księżyca.

Kiedy ponownie dotarli do kamiennych schodów, chłopiec zrozumiał, że ta wędrówka nigdy się nie zakończy. Biorąc pod uwagę wielkość więzienia, na każdym zakręcie będą korytarze z celami. Co gorsza, zaczął się w międzyczasie zastanawiać, skąd w ogóle Wilde wiedział, gdzie się znajdują.

Gdy dotarli do betonowej platformy, w pełni przygotowani do kolejnego zejścia po schodach, przewodnik się zatrzymał. Na wpół spowity przez ciemność, odwrócił się pod dziwnym kątem, a kiedy Albus błysnął na niego różdżką, zobaczył, że stanęli przed dużymi, drewnianymi, poobijanymi drzwiami. Po krótkiej chwili wahania Fango je pchnął.

Usłyszeli głośny, piskliwy wrzask, który odbijał się od ścian i sprawiał, że w obawie przed permanentną utratą słuchu musieli zatkać sobie uszy. Na moment się wyciszył, a potem znów zaczął wyć, równie głośno i nieprzyjemnie co wcześniej.

– Co się dzieje? – krzyknął ślizgon.

– Urok zawodzący*! – odwrzasnął Fairhart, patrząc na Wilde'a z obrzydzeniem.

– Nie wiedziałem! – Fango uniósł w ręce w obronnym geście, ale Sancticus zdążył unieść różdżkę.

Albus zareagował.

– Wiesz dobrze, że nie uruchomiał alarmu celowo! – warknął. – Co teraz robimy...?

– Idziemy do przodu! – Nauczyciel obnażył zęby.

Mimo że urok wciąż działał, Fairhart znów pchnął Wilde'a. Tym razem znaleźli się w korytarzu bez światła, ale odbijające się od ścian ogniki podpowiedziały im, że jest stosunkowo wąski. Przewodnik przyspieszył kroki i podszedł do znajdujących się na końcu drewnianych drzwi.

TRZASK!

Wrota stanęły otworem, przez który wpadli do środka dwaj zakapturzeni czarodzieje z wysoko uniesionymi różdżkami. Aby uniknąć zaklęć, które leciały wprost na niego, Fango automatycznie przywarł do ziemi. Sancticus natychmiast wystrzelił Avadę, która sięgnęła celu – jeden przeciwnik na wejściu odpadł, zaś drugi cisnął śmiertelnie wyglądającą ciemnoczerwoną klątwą. Albus też przystąpił do walki. Stosując okrężne, wyuczone ruchy bez większego wysiłku wyczarował miniaturową tarczę energetyczną, która przyjęła na siebie przekleństwo, a potem je odbiła. Starcie zakończyło się w ciągu kilku sekund.

Fairhart poruszył się gwałtownie, najpewniej z zamiarem postawienia Wilde'a na nogi, ale ten już czołgał się w kierunku leżących bez ruchu mężczyzn, paznokciami drapiąc podłogę. Wreszcie dosięgnął tego, czego pragnął – wyrwał różdżkę z zaciśniętych palców zmarłego...

Rozległ się łomot, a następnie obrzydliwy chrzęst. Fango zawył z bólu, a światło, które zapalił teraz Albus, ujawniło, że upuścił on oręże i złapał się za nadgarstek. Sancticus wycelował w niego z morderczym wyrazem twarzy.

– Nie dostaniesz różdżki! – ryknął.

– Muszę się jakoś bronić – argumentował przewodnik i nawet wciąż aktywny urok zawodzący nie był w stanie zamaskować bólu w jego głosie.

Fairhart machnął w powietrzu. Rozbłysło białe światło i Wilde znów wylądował na podłodze, wyglądając, jakby zobaczył gwiazdy.

– Przestań, San! – krzyknął Albus, a potem odepchnął partnera. – Nie obchodzi mnie, jak bardzo go nienawidzisz, ale krzywdzenie w niczym nie pomaga! – Powiedziawszy to, kucnął i pomógł Fango się pozbierać. Przy okazji zabrał też różdżkę, którą ten w bólu upuścił oraz schował ją do kieszeni, ot tak na wszelki wypadek.

Mentor wziął głęboki oddech, ale nic nie odpowiedział, najprawdopodobniej nie chcąc zaogniać sytuacji. Wilde, który teraz tulił do klatki piersiowej pogruchotaną rękę, ponownie objął prowadzenie i jako pierwszy przetarł szlak przez drewniane drzwi. Znów znaleźli się na gigantycznej platformie, ale tym razem mieli towarzystwo. Od betonowej płyty odchodziły dwie pary krętych schodów – jedne prowadzące w górę, a drugie w dół. Z obu stron szturmowało na nich po dwóch członków Diablego Aliansu, wyraźnie gotowych do walki na śmierć i życie.

Albus i Fairhart instynktownie przywarli do siebie plecami. Ślizgon wycelował różdżką w stopnie wzwyż, a buzująca w żyłach adrenalina pomogła mu uspokoić skołatane nerwy na myśl o dwóch nieprzyjaciołach w zasięgu wzroku.

Glisseo! – krzyknął, a kamienne schody natychmiast przybrały kształt płaskiej i gładkiej powierzchni, tworząc coś podobnego do ślizgu. Wrogowie wrzasnęli z zaskoczenia, a następnie stracili równowagę i spadli w dół.

Gdy się odwrócił, zobaczył, że Sancticus również poradził sobie ze swoimi przeciwnikami – jeden był najprawdopodobniej martwy, zaś drugi leżał na brzuchu i wył z bólu, a jego twarz była zakrwawiona. Podążając za Wilde'em, weszli po schodach, nonszalancko przechodząc nad przegranymi. Zanim skręcili, zauważył, że Fairhart z roztargnieniem cisnął w krzyczącego zielonym zaklęciem, a ten przestał się ruszać i zamilkł na wieki.

Weszli jeszcze dwa piętra, głównie rozglądając się w ciemności. Gdy Fango znów się zatrzymał i pchnął następne drewniane drzwi, w żołądku Albusa zacisnął się supeł, bo zrozumiał, co się dzieje.

Każde schody zapewniały dostęp do określonego zestawu więźniów, a każde wrota prowadziły do korytarza, który łączył się z kolejnym sektorem więzienia. Ile jeszcze przed nimi sekwencji do przejścia? Jeżeli tata rzeczywiście był trzymany w odosobnieniu, to z pewnością ulokowany został gdzieś na uboczu. Jak długo będą tak kluczyć?

W końcu nastąpił przełom. Wilde powoli otworzył następne drzwi, które – w przeciwieństwie do pozostałych – prowadziły do dużej, wykutej w kamieniu komnaty, słabo oświetlonej poprzez nikłe światło świec oraz zawierającej rząd poobijanych wrót po każdej ze stron. Gdy do pomieszczenia wpadł Diabli Alians, kilka z nich zostało prawie wyrwanych z zawiasów. Wszyscy mieli w pretensjonalny sposób przymocowane do twarzy czerwone maski.

Albus stracił rachubę, kiedy doliczył się jedenastu nieprzyjaciół. W międzyczasie zauważył, że bezbronny Fango Wilde znów przywarł do podłogi, nadal ściskając pogruchotany nadgarstek. Śmiało ruszył więc do przodu, tworząc tarcze ochronne. Kątem oka zarejestrował, że Fairhart przyjął taką samą taktykę. Ze strony diabłów poszybowała erupcja różnokolorowych zaklęć i chociaż ślizgon był zmuszony trochę schodzić z drogi Avadzie Kedavrze, aby – dosłownie – uniknąć śmierci, pozostałe klątwy i przekleństwa automatycznie się odbijały. Wszystkie leciały w kierunku zakurzonych ścian, od których odbijały się pod różnymi, dziwnymi kątami, a następnie uderzały w niczego się niespodziewających przeciwników.

Gdy liczba wrogów się przerzedziła, przerwał tworzenie tarcz i z defensywy przeszedł do ofensywy. Sancticus w międzyczasie wystrzelił znad swojej głowy kilka czerwonych zaklęć oszałamiających, z których każde dosięgło celu, z łatwością przebijając się przez obronę nieprzyjaciół. Chłopiec także się do nich ograniczył, co prawda po jednym na raz, ale z precyzyjną dokładnością sprzątnął całą resztę. Dopiero gdy znów byli bezpieczni, z przypływem dumy uświadomił sobie, że we dwójkę pokonali mały zastęp Diablego Aliansu, czyli jego szkolenie przyniosło rezultaty.

Wilde wstał z ziemi i wzdrygnął się na widok nieprzytomnych dawnych kamratów, w taki czy inny sposób okaleczonych. Gdy trochę się uspokoił, rozejrzał się po komnacie z zamyślonym wyrazem twarzy. W pomieszczeniu było dziesięć identycznych drzwi, po pięć z każdej strony.

– Które? – warknął Fairhart, a Fango podskoczył z nerwów.

– Niech sobie przypomni – zganił towarzysza Albus, owładnięty dziwną mieszaniną emocji. Nie dotarliby tak daleko, gdyby nie pomoc Wilde'a, którego wyczucie kierunku okazało się bardzo przydatne. Nie był co prawda pewien, kiedy konkretnie zobaczy się z tatą, ale przynajmniej porzucili powtarzający się schemat i robili postępy. Radosna myśl o ponownym spotkaniu się z ojcem dodawała mu sił.

Jednocześnie nie był pewien, jak potem potoczą się sprawy. Gdy próbował przewidzieć możliwy rozwój wypadków, ogarniało go zmieszanie. Czy zmieni się dynamika ich grupy? Nie zastanawiał się wcześniej, co się stanie, kiedy Harry Potter odzyska wolność. Fairhart najprawdopodobniej dalej będzie chciał zrealizować swój plan – zdobyć Nikczemną Księgę i tym samym podkopać autorytet Darvy'ego oraz znacząco go osłabić. Czy we czwórkę, jako zespół, przeszukają więzienie i wypełnią misję? Cóż, miał wątpliwości...

– Tutaj! – powiedział Fango i poprowadził towarzyszy do trzecich drzwi po lewej, niezrażony wciąż wyjącym alarmem.

Albus i Sancticus nawet na moment nie opuścili różdżek. Ostatecznie znaleźli się w jakby w ruinach tego, co kiedyś mogło być poczekalnią. Podobnie jak wszystko inne w Azkabanie, była wykonana z kamienia. W kącie piętrzyły się drzazgi, które niegdyś najpewniej były biurkiem, a na podłodze leżało kilka przewróconych, metalowych krzeseł, pokrytych brudem i kurzem. Miejsce poniekąd wydawało się chłopcu dziwnie znajome – możliwe, że gdzieś mu mignęło – ale nie miał czasu, żeby dłużej się nad tym rozwodzić. Wilde poprowadził towarzyszy do rogu pomieszczenia, gdzie mieściły się wrota. Gdyby nie zostały im wskazane, nawet nie wiedzieliby o ich istnieniu.

Kiedy drzwi stanęły otworem, ukazały następny korytarz pełen obskurnych cel. Żadna nie była zajęta, a ściany i podłoga w żaden sposób nie zostały splamione zaschniętą krwią. Dróżka pośrodku sprawiała zaś wrażenie ponurej bardziej, niż jakakolwiek wcześniej. Wyglądała też na zwyczajnie opuszczoną.

Albus patrzył prosto przed siebie, a wpadające przez okno nikłe światło księżyca pozwalało, niestety dopiero przy zmrużonych oczach, zdołał dostrzec drzwi na końcu korytarza. We trójkę do nich pospieszyli, a gdy byli już blisko, nie dało się nie zauważyć, że te wrota znacząco różniły się od pozostałych. Owszem, były zrobione z żelaza, ale wydawały się o wiele grubsze, a przez to solidniejsze. Co więcej, zdobiła je tabliczka. Napis dało się przeczytać, dopiero kiedy podeszli jeszcze bliżej.

ZAOSTRZONY RYGOR.

Fairhart wysunął się naprzód i spróbował pchnąć je ramieniem. Nawet nie drgnęły.

– Wokół jest wiele uroków – powiedział Fango, paranoicznie oglądając się przez ramię.

– Zauważyłem, dziękuję bardzo! – warknął Sancticus, rozwścieczony śmiałym ostrzeżeniem. Wycelował różdżką w drzwi i kilkukrotnie machnął ostro ręką, po czym ponownie spróbował je otworzyć. Znów nadaremnie.

– Podołasz? – Ślizgon się spiął. Zobaczywszy notkę informującą o poziomie zagrożenia oraz ogrom zabezpieczeń, nabrał pewności, że tata jest trzymany gdzieś w pobliżu, a może nawet w następnym pomieszczeniu...

– Spróbuję – odpowiedział jakby od niechcenia mężczyzna, nadal wykonując skomplikowane ruchy różdżką.

Wtem Wilde krzyknął, czym zaalarmował Albusa, który się obejrzał. Ze względu na słabe oświetlenie korytarza, chwilę zajęło mu zarejestrowanie, dlaczego przewodnik wrzasnął. Poprzez drzwi, przez które przyszli, przechodził kolejny zastęp ubranych na czarno diabłów. Dróżka była wąska, tak więc skradali się w szeregu, jeden za drugim.

– Nadchodzą, San! – ostrzegł.

– Zatrzymaj natarcie! – odkrzyknął mentor, nawet na moment nie odwracając się od zabezpieczeń wrót.

Chłopcu nie trzeba było dwukrotnie powtarzać. Natychmiast ponownie skupił się na nadbiegających wrogach, a potem uświadomił sobie, że najwyższy czas maksymalnie wykorzystać potencjał Wilde'a. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął różdżkę, którą wcześniej podniósł z podłogi, po czym bez chwili wahania mu ją podał. Fango nie potrzebował żadnych wyjaśnień i po chwili razem wznieśli różdżki.

Albus od razu zrozumiał, że przez wzgląd na wąski korytarz, a przez to brak odpowiedniej ilości miejsca, starcie będzie katastrofalne w skutkach dla obu stron. Uniknięcie zaklęcia uśmiercającego okaże się cudem nad cudami, tak więc najlepiej znaleźć sposób, żeby zablokować przeciwników. Czego można tu użyć w charakterze tarczy?

– Atakujesz, a ja bronię! – zarządził.

Wilde zaczął strzelać oszłamiaczami, podczas gdy z naprzeciwka poszybował ku nim różnokolorowy grad zaklęć. Zdawszy się na instynkt, ślizgon wycelował w sufit.

Deprimo! – krzyknął. – Deprimo! Deprimo! Deprimo!

Kamień natychmiast zaczął się łamać i kruszyć, w efekcie czego na podłogę zaczęły spadać solidne kawałki betonu. Albus zaczął machać różdżką w powietrzu i koncentrując się na co większych odłamach, utrzymywał je w powietrzu. Z niespodziewaną precyzją pojedynczo ciskał nimi we wrogów. Ostatecznie posłużyły za ochronę, gdyż przyjmowały na siebie siłę rzucanych klątw uśmiercających – zielone promienie roztrzaskiwały je w drobny mak oraz redukowały do drobnego prochu.

Nie przestawał i po każdym rozkruszonym kawałku posyłał w powietrze kolejny. Za sobą nadal słyszał mamroczącego niczym w transie Fairharta, który na wszystkie możliwe sposoby próbował otworzyć drzwi.

Członkowie Diablego Aliansu padali jeden za drugim, albo trafieni przez ogłuszacza Wilde'a, niezdolni do walki, a tym bardziej obrony, albo uderzeni i powaleni na ziemię przez betonowy fragment sufitu. Albus obserwował ich przegrupowanie oraz starał się nie stracić nikogo z oczu, czy też nie popełnić błędu, choć był pewien, że kilka zaklęć przeleciało przez jego tarcze.

Nie miał czasu bardziej się nad tym rozwodzić, bo musiał kontynuować to, co robił. Dodatkowo zważał także na ruchy Sancticusa, który – jakby nie patrzeć – również mógł zostać trafiony przez zabłąkaną klątwę. Celność Fango pozostawiała wiele do życzenia, ale przynajmniej ciskał oszałamiaczami w takim tempie, że przeciwnicy nie nadążali. Zamiast się bronić, przyjęli jednak zgoła inną taktykę. W pewnym momencie zaczęli posyłać ku nim różnokolorowe przekleństwa, które ostatecznie zderzały się z Drętwotami, tworząc wybuchy świetlne. Żadna z grup nie miała łatwo – ani ta potłuczona, próbująca się przebić przez żelazne wrota, ani ta nieustannie napierająca, pozornie liczebnie nieskończona i zamaskowana, co minutę robiąca krok do przodu.

Wtem usłyszał coś na kształt kliknięcia zamka, a potem poczuł powiew powietrza, kiedy masywne drzwi w końcu się otworzyły. Fairhart złamał zabezpieczenia. Albus i Wilde automatycznie wycofali się za wrota, wciąż z uniesionymi różdżkami, a gdy Sancticus je zatrzasnął, całkowicie odcięli się od nacierających przeciwników. Metal był na tyle gruby, że natychmiast otoczyła ich też błoga cisza.

Mentor ponownie wycelował w drzwi, a potem zaczął wykonywać zamaszyste ruchy różdżką. Było jasne, iż nakłada własne bariery, a może nawet i te same, które przed momentem zdjął. Gdy chłopiec się przysłuchał, rozpoznał kilka mruczanych pod nosem inkantacji.

Colloportus Ultimatadre! Salvio Hexia!

Wziął głęboki oddech, a następnie pochylił się do przodu i oparł dłonie na kolanach, chcąc choć przez chwilę odpocząć. W międzyczasie minął go Wilde, który najprawdopodobniej kierował się do kolejnych drzwi. Odwrócił się więc, oczekując następnego korytarza z rzędem brudnych izdebek, prowadzących na piętro schodów, bądź czegoś podobnego...

Zamiast tego ujrzał pojedynczą celę, o wiele większą aniżeli poprzednie, ale też bardziej obskurną i zakurzoną. W środku siedział poruszający się powoli więzień, jakby znacznie osłabiony i wyczerpany. Serce Albusa zabiło mocniej. Fango i Sancticus, który właśnie skończył zabezpieczanie pomieszczenia, stanęli przed nim, poniekąd zasłaniając mu widok. Mimo to dojrzał pomiędzy nimi twarz skazańca; twarz, za którą tęsknił od wielu, wielu miesięcy...

Harry Potter patrzył na syna przez kraty, wychudzony i upiornie blady. Jego szmaragdowe, niegdyś błyszczące oczy były zapadnięte i opuchnięte, a kolor ciężki do rozróżnienia przez wzgląd na przekrwione białko, najprawdopodobniej z powodu problemów ze snem. Podniósł się powoli, a gdy oświetliło go światło księżyca, Albus zauważył, że sponiewieranemu ojcu jeszcze bardziej urosły włosy. Nie dbał jednak o szczegóły, bo od środka rozsadzała go radość.

Harry złapał kraty i docisnął do nich głowę, wyraźnie zdezorientowany niespodziewanym towarzystwem. W międzyczasie nie odezwał się ani słowem. Zmiana w jego zachowaniu nastąpiła, dopiero kiedy Fairhart i Wilde zrobili krok w bok, prezentując mu dziecko.

– Nie! – krzyknął z żałością.

Chłopiec w momencie zesztywniał.

– Tato...?

– Nie! – krzyknął ponownie Harry i po prostu się rozpłakał, a potem opadła na kolana i zwiesił głowę. – Nie. Och, nie! – lamentował raz za razem, pokonany, nie ukrywając swych uczuć, a skołtunione czarne włosy opadały mu na oczy przy każdym szlochu.


* Urok zawodzący (z ang.: Caterwauling Charm) – najprawdopodobniej mocniejsza wersja zaklęcia przeciwwłamaniowego. Tłumaczenie własne, inkantacja nieznana