28. ODDZIELNE DROGI
– Tato! – Albus rzucił się naprzód, po drodze minąwszy Fairharta i Wilde'a. Gdy podbiegł do celi, opadł na kolana, a potem sięgnął poprzez kraty, żeby ojca dotknąć. – Wszystko w porządku, tato. Wyciągniemy cię stąd.
Harry w końcu podniósł głowę, aczkolwiek jego spojrzenie wydawało się niejednoznaczne – jakby tkwiła w nim nikła iskra życia. Gdy patrzył w ten sposób, można było odnieść wrażenie, że zagląda w głąb duszy. Najprawdopodobniej przez zbyt długie przebywanie w zamknięciu i kiepskie warunki, jego skóra przybrała ziemisty, niezdrowy kolor.
– Twoja wina! – ryknął Harry i drżącym palcem wskazał poprzez kraty. – Ty go tu przyprowadziłeś!
Kiedy Albus się obejrzał, zobaczył, że ojciec wskazuje na Sancticusa, który z kolei wyglądał na niewzruszonego oskarżeniem oraz nawet nie zawracał sobie głowy odpowiedzią. Nie dało się jednak nie zauważyć, że w dziwaczny sposób przyciskał dłoń do brzucha.
– Wszystko dobrze, tato! – powtórzył chłopiec, niepewny, dlaczego ojciec się tak zachowuje. Odosobnienie musiało nie tylko wpłynąć na jego wygląd fizyczny, ale także na psychikę. Niestety, nie mieli teraz na to czasu. – San jest po naszej stronie. Wyciągniemy cię stąd – dodał. – San! – Szarpnął sugestywnie głową.
Fairhart, utykając, zrobił kilka kroków do przodu, a gdy był już wystarczająco blisko, ze zdeterminowanym wyrazem twarzy zaczął zdejmować zabezpieczenia z celi. W międzyczasie Harry sztyletował go wzrokiem, niemalże kipiąc z wściekłości.
Metalowe pręty przez chwilę wyginały się pod różnymi kątami, skręcając się i łamiąc, zupełnie jak podczas uwalniania Fango Wilde'a.
Albus się odsunął, kiedy ojciec wyskoczył przez szczelinę i rzucił się na Sancticusa, jakby z zamiarem uduszenia go gołymi rękoma. Gdy był na wyciągnięcie ręki, Fairhart z łatwością go złapał i od siebie odepchnął, wyglądając przy tym na wielce urażonego.
– Co robisz, tato...?
– Sprowadziłeś go na wyspę! – powtórzył z naciskiem Harry, nadal nie spuszczając wzroku z dawnego podwładnego. Chłopiec zaryzykował zerknięcie na Wilde'a, który stał dziwacznie przyciśnięty do metalowych drzwi, przez które tu weszli. Wyglądał po prostu nie na miejscu. – To twoja wina, twoja...!
– Nie przymuszałem twojego syna do niczego – odpowiedział na zarzuty Fairhart, wciąż sprawiając wrażenie mocno zirytowanego. Najprawdopodobniej myślał, że to on dowodzi.
Widok rozwścieczonego ojca oświecił Albusa. Harry, nawet w pogorszonym stanie i tak naprawdę na krawędzi śmierci, najbardziej obawiał się o bezpieczeństwo swojego dziecka – dobro, które od momentu przybycia na wyspę, ciągle było zagrożone...
– Wystarczyło, że go przyprowadziłeś! To przecież tylko chłopiec...
– Żaden ze mnie dzieciak, tato! – Zbulwersował się. – Przyszedłem ci na ratunek, więc chodźmy!
Harry przez chwilę patrzył na niego dziwnie, a następnie, jakby kilka poprzednich chwil w ogóle się nie wydarzyło, wstał.
– Jak do tego doszło? – zapytał, automatycznie wcielając się w rolę przywódcy grupy. – Jakim cudem się tutaj dostałeś? W jaki...?
– Opowiem później – obiecał i nerwowo spojrzał w kierunku żelaznych drzwi. – Naszym głównym zmartwieniem jest teraz Diabli Alians.
Ojciec momentalnie się uspokoił, a przez jego twarz przebiegł cień.
– Liczny?
– Owszem – odpowiedział Sancticus, a potem podszedł do Wilde'a, który się wzdrygnął. Zamaszystym ruchem odebrał mu różdżkę, po czym rzucił oręże Harry'emu, który – chociaż nadal był niepocieszony – bezproblemowo je złapał.
– Kto ma własną różdżkę? – zapytał auror.
– Ja i San – odparł Albus.
– Mam różdżkę Aresa – oznajmił wszem wobec Fango i cała trójka spojrzała na niego z niedowierzaniem, całkowicie zapominając o niedawnym napięciu.
– Reginalda Aresa? – spytał Harry. – Niby dlaczego...?
– Przekazał mi ją, kiedy zaczął używać Smoczej. – Wilde wzruszył ramionami. – Oczywiście, na przechowanie, ot tak dla bezpieczeństwa.
– Masz ją przy sobie? – drążył auror, brzmiąc, jakby zdecydowanie bardziej wolał posługiwać się dawną przyjaciółką Reda, aniżeli nieznajomą.
– Nie...
– Żadnego pożytku – podsumował Fairhart i odwrócił się do wrót. – Zebrać siły – zarządził ochryple. – Prowadzisz – dodał w kierunku Fango.
– Wykluczone – powiedział Harry i zrobił krok naprzód, odsuwając Sancticusa na bok. – Obaj przejmujemy inicjatywę – stwierdził agresywnym tonem, a towarzysz najpierw zerknął na niego z zainteresowaniem, a potem jego twarz pociemniała z gniewu.
Albus z niepokojem przyglądał się tej wymianie zdań. Nietrudno było zrozumieć, skąd wynikło napięcie. Zarówno Harry Potter, jak i Sancticus Fairhart byli naturalnymi przywódcami oraz obaj chcieli mieć kontrolę.
– A może powinniśmy skupiać się na bardziej przyziemnych podstawach, zamiast próbować wszystkiego naraz? – zapytał. – Najpierw ustalmy, gdzie idziemy...
– Oczywiście, że z powrotem do komnaty z wieloma drzwiami – powiedział Wilde. – Stamtąd możemy...
– Cisza! – Fairhart zgromił go wzrokiem, a potem znów odwrócił się do metalowych wrót.
Fango rzeczywiście zamilkł, a Albus, wyczuwając, że nauczycielowi bardzo się spieszy, zebrał siły i podszedł do wyjścia. Stanął obok swojego ojca, podczas gdy Sancticus zaczął ostro wymachiwać różdżką. W międzyczasie zauważył, że tata obserwuje poczynania towarzysza z wyraźną niechęcią i niestety, nie mógł go za to winić. Jakby nie patrzeć, kierowany pragnieniem zapewnienia dziecku bezpieczeństwa, dobrowolnie pozwolił osadzić się w Azkabanie za zbrodnię, którą popełnił Fairhart, a życie ślizgona było zagrożone od momentu, kiedy ten postanowił wziąć go pod swoje skrzydła.
Mimo wszystko dobrze było mieć znowu ojca przy sobie – wiedzieć, że żyje i nie gnije w celi; mieć świadomość, że zyskał szansę na opuszczenie więzienia, podobnie jak cała reszta. Cóż, nie był tylko przekonany, czy Fango także opuści wyspę, biorąc pod uwagę to, jak małą miał kontrolę nad jego losem. Stojąc ramię w ramię z tatą, teraz prawie tego samego wzrostu, był naprawdę szczęśliwy. W końcu mógł trochę odsapnąć, a nerwowy supeł w jego żołądku nieco się rozluźnił. Uczucia, które dotąd odkładał na bok, wróciły ze zdwojoną siłą. Nagle uświadomił sobie, że był piekielnie głodny oraz że musiał skorzystać z łazienki. Zrozumiał, że w ciągu ostatniej dobry spał zaledwie kilka godzin oraz że gdyby miał teraz możliwość odpoczęcia, po prostu by odpłynął, zwłaszcza że otworzyła się przed nimi realna możliwość bezpiecznego wydostania się z wyspy.
Wtem do rzeczywistości wróciło go charakterystyczne kliknięcie zamka, przez co pojął, że zanim wrócą do domu, czeka ich jeszcze jedna, bardzo ważna bitwa do stoczenia.
– Stań za mną, Albusie...
Chłopiec zamrugał, zdezorientowany, gdyż intensywność pouczenia przeszyła go na wskroś. Zarówno nauczyciel, jak i ojciec wydali to samo polecenie w dokładnie tym samym czasie. Ostatecznie to Harry wysunął się na prowadzenie, rzucając Fairhartowi potępiające spojrzenie. Sancticus najwyraźniej poczuł się zganiony, bo spuścił głowę i wbił wzrok w podłogę. Ślizgon nie miał jednak czasu roztrząsać problemu, ponieważ właśnie wtedy drzwi się otworzyły.
Albus przygotował się do walki, ale mężczyźni przesłonili mu widok. Obaj ruszyli naprzód z uniesionymi wysoko różdżkami i zgromadzeni w wąskim korytarzyku członkowie Diablego Aliansu zaczęli przeraźliwie wrzeszczeć. Żeby obserwować bitwę, musiał przykucnąć i po prostu wyciągać szyję. Obraz, który zobaczył, był niewiarygodny. Wyglądało na to, że pod ścianami ustawiło się około dwudziestu zakapturzonych czarodziejów, którzy unieśli różdżki, gotowy do przeprowadzenia ataku, a po dziesięciu sekundach wszyscy leżeli na ziemi, sromotnie pokonani.
To było jak oglądanie pracy dwóch niepowstrzymanych, jednakże niepowiązanych ze sobą sił. Harry i Fairhart niestrudzenie parli naprzód, jakby z czymś przypominającym arogancję. Obaj przecinali różdżkami powietrze z godną naśladownictwa wytrwałością i precyzją. Oboje rysowali okręgi nad głowami, tworząc najbardziej skomplikowane tarcze, jakie Albus kiedykolwiek widział. Obaj upewniali się, że nic nie zdoła w nich uderzyć.
Gdyby bitwie przyglądał się nieznajomy, nie byłby w stanie powiedzieć, który z mężczyzn jest jego ojcem.
Ostatecznie okazał się zupełnie nieprzydatny w walce, zaś Wilde zwyczajnie kulił się z tyłu, rękoma ochraniając głowę. Chłopiec z podziwem obserwował poczynania dwójki mężczyzn, zauważając, że Sancticus najczęściej używał zaklęcia uśmiercającego, a tata wywijał swoją różdżką niczym mieczem.
– Sectumsempra! Sectumsempra! – krzyczał raz za razem, podczas gdy członkowie Diablego Aliansu co chwilę padali na ziemię z głębokimi i rozległymi ranami ciętymi. Wyczarowywane przez nich tarcze nie stanowiły większej przeszkody, ponieważ klątwa była zbyt potężna i z łatwością się przebijała. Krwawili przy tym obficie, jakby co najmniej przecięto im tętnicę. Albus zdał sobie sprawę, iż tata ciskał dokładnie tym samym zaklęciem, którego próbował dwa lata temu. Najprawdopodobniej jego użycie było uzasadnione tylko i wyłącznie wyjątkowo rozpaczliwymi sytuacjami.
Obserwowanie, jak ojciec przedziera się przez morze bezradnych, całkowicie zmasakrowanych ofiar, było jednocześnie przerażającym, jak i budzącym podziw przeżyciem. Nie wątpił, że będzie miał je w głowie jeszcze przez wiele, wiele długich lat.
W końcu krzyki ucichły, co w gruncie rzeczy oznaczało, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Przez chwilę po prostu patrzył, jak Harry i Fairhart przechodzą powoli nad albo martwymi, albo pokiereszowanymi i zakrwawionymi ciałami, a potem ruszył za nimi z Wilde'em depczącym mu po piętach. We czwórkę doszli do końca korytarza, a następnie przeszli przez nieduże, poobijane drzwi, które prowadziły do czegoś, co sklasyfikował wcześniej jako swego rodzaju poczekalnię. Gdy przeszli przez kolejne wrota, ponownie dotarli do komnaty z wieloma możliwościami. Byli w niej nawet nie minutę, kiedy Harry pewnym krokiem podszedł do niby przypadkowych drzwi.
– Tutaj – powiedział, czym udowodnił, że jest o wiele lepszym przewodnikiem, aniżeli Fango oraz jest lepiej rozeznany w układzie więzienia. Ślizgon skulił się na tę myśl, bo to z kolei oznaczało, że Wilde przestał być potrzebny, czyli Sancticus śmiało może go wyeliminować.
Przekroczyli próg w niewerbalnie ustalonej kolejności. Szlak wyznaczał Harry, za nim szedł Fairhart, potem Fango Wilde, a Albus – jakże przewidywalnie – na samiutkim końcu. Ostatecznie znaleźli się w korytarzu pełnym brudnych cel, który w przeciwieństwie do pozostałych, wzniesiony został na podobieństwo labiryntu. W różnych, z pozoru losowych miejscach kraty skręcały się, uniemożliwiając przejście, dzięki czemu można było wysnuć wniosek, iż pułapki te stworzono z myślą o mniej niebezpiecznych więźniach. Urok zawodzący albo w końcu ucichł, albo po prostu przestał być słyszalny. Cisza, która niespodziewanie ich otoczyła, okazała się przynajmniej denerwująca, gdyż każdy stukot obcasa sprawiał wrażenie bardzo głośnego.
– W jaki sposób Darvy zyskał tylu popleczników? – zapytał rzeczowo Fairhart, brzmiąc tak, jakby miał ochotę rozmawiać tylko z drugim głównodowodzącym.
Fango chciał odpowiedzieć, ale zrezygnował, zawczasu uciszony surowym spojrzeniem dawnego przyjaciela.
– Jego siły rosną z każdym dniem – odparł z przygnębieniem Harry, wciąż prowadząc grupę przez labirynt, dość szybkim, powodującym małą zadyszkę krokiem. Zachowywał się, jakby też był trochę zdezorientowany.
– Spodziewałem się podobnego obrotu sytuacji, ale nie do tego stopnia – stwierdził Sancticus.
– Dlaczego w niektórych celach nadal są buntownicy?
Albus również był ciekawy, ale bardziej interesował go sposób, w jaki dorośli rozmawiali. Wszystko wskazywało na to, że pomimo goryczy i niechęci, obaj doskonale rozumieli, że współpraca jest najlepszym rozwiązaniem.
– Kiedy Darvy przejął Azkaban, złożył więźniom ofertę – „dołączcie do mnie, albo dalej gnijcie w celach" – wytłumaczył Harry. – Część od razu przywdziała czerwone maski, lecz wielu było przeciwnych.
– Czemu? – zapytał chłopiec.
– Nie każdy skazaniec popiera to, co robi Sebastian Darvy. Wielu śmierciożerców podążało za Lordem Voldemortem, ponieważ byli entuzjastami czystej krwi oraz nie przyświecała im idea wymordowania prawie całej ludzkiej populacji. Odmówili propozycji, bo uznali, że Darvy'emu daleko do ich niegdysiejszego mistrza. Co więcej, duży odsetek więźniów stanowili renegaci, którzy woleli zginąć, niż wspomóc Diabli Alians.
– Więc dlaczego Darvy po prostu ich nie zgładził?
– Najpierw ich wykorzystał, potem zabił – przyznał tata.
– Jak...?
– Cóż, na cmentarzu hoduje swoją armię, ale sądzę, że ma problemy z jej kontrolowaniem – powiedział Harry, a Albus zza jego pleców pokiwał głową. – Żeby zyskać większą władzę, eksperymentuje każdego dnia, czyli w losowy sposób wybiera sobie więźnia i wywleka go na cmentarzysko, aby bestie rozszarpały go żywcem.
Chłopiec otworzył ze zdumienia usta, a Sancticus się spiął. Obejrzał się przez ramię i zobaczywszy bladą twarz Wilde'a, utwierdził się w przekonaniu, że ojciec mówił prawdę.
– Nie rozumiem, dlaczego...?
– Często zmusza innych skazańców do oglądania przedstawienia, dzięki czemu niektórzy zmieniają zdanie. Wielu tych, którzy przystali na wyspie do Darvy'ego, napędzał zwykły strach o swoje życie. Nie chcieli stać się pokarmem dla potworów ani robić za przykład dla współwięźniów. Pierwsze widowisko gwarantowało najlepsze rezultaty. Mój strażnik – ten, którego wcześniej spotkałeś – jako pierwszy został wrzucony do zagrody... Zobaczywszy jego mękę, w ciągu zaledwie godziny szereg więźniów zobowiązał się dołączyć do Diablego Aliansu – kontynuował mężczyzna. – To te drzwi – dodał, wskazując na poobijane wrota, podobne do pozostałych.
Ślizgon się zatrzymał. Rewelacje, które przed momentem poznał, zapadły mu w pamięć i kiedy rozejrzał się wokół, zauważył, że w tym sektorze większość cel była zajęta. Wychudzeni i osłabieni więźniowie leżeli przeważnie na podłodze, najwyraźniej nieświadomi towarzystwa.
– Musimy ich uwolnić – powiedział, czym zwrócił na siebie uwagę.
– Albusie... – zaczął Sancticus, ale Harry go wyparł.
– Nie możemy uratować tych ludzi, synu. Wiem, o czym myślisz, ale...
– Dlaczego nie? – zapytał i zerknął na losowego skazańca, zarośniętego, leżącego na prowizorycznym łóżku, bliskiego śmierci mężczyznę. – Wystarczy, że...
– Nie mamy czasu, Albusie – powiedział z naciskiem ojciec.
– Brak w tym sensu – dodał Fairhart. – Są słabi i nie staną do walki, czyli tylko nas spowolnią...
– Przestań się wtrącać! – Harry wbił w Sancticusa miażdżące spojrzenie, a ten odwdzięczył się hardą miną. – Również chciałbym pomóc tym ludziom, ale to niemożliwe, Albusie. Naszą jedyną opcją jest wydostanie się z wyspy i sprowadzenie dla nich pomocy...
– Pomoc nie przybędzie, tato! – krzyknął, zrozpaczony. – Waddlesworth przejął Ministerstwo Magii i lada dzień zaatakuje Azkaban.
– Tym bardziej powinniśmy się spieszyć. Popieram twoje rozumowanie i zgadzam się z twoimi postulatami. Rozumiem, że chcesz ocalić niewinnych, jednakże to bezcelowe, nawet dla nich...
– Nie obchodzi mnie, co powiesz. Zamierzam im pomóc.
Wtem stało się coś, czego Albus najmniej się spodziewał. Ojciec wycelował w niego różdżką.
– Idziesz ze mną, synu, nawet jeżeli będę cię musiał przerzucić przez ramię i własnoręcznie wynieść z więzienia...
– Opuść rękę – nakazał Fairhart, który z kolei wycelował w Harry'ego.
– Stop! – Ślizgon wymierzył w Sancticusa. Bez względu na swój upór, nie chciał także, aby tacie stała się jakakolwiek krzywda, zwłaszcza że ledwo co go odzyskał.
Był to najdziwniejszy, praktycznie niemożliwy do wyobrażenia trójkąt. Ojciec był w stanie go obezwładnić, on zaś czuł się na tyle pewnie, żeby zaatakować Fairharta, który poczuwał się do obowiązku zdyscyplinowania Harry'ego. Cała trójka się ocknęła, dopiero gdy głos postanowił zabrać Fango Wilde, pozostający całkowicie poza konfliktem.
– Jeżeli mogę...
– Nie możesz!
Co dziwne, warknięcie Sancticusa nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, bo Fango i tak kontynuował.
– Kłótnia zaprowadzi nas donikąd – stwierdził, nabrawszy odwagi. – I nadal jesteśmy ścigani.
– Racja. – Harry potaknął. – A oznacza to, że musimy iść dalej – dodał ponuro, a Albus zrozumiał, że przegrał spór.
Niczym na znak wszyscy opuścili różdżki, a potem skierowali się ku drzwiom, aczkolwiek nie jeden za drugim, jak zazwyczaj, a bardziej niechlujnie. Wtem ślizgon usłyszał skrawek cichej rozmowy pomiędzy swoim tatą a mentorem.
– Nigdy więcej do mnie nie mierz, Sancticusie...
Ciężko było nie podziwiać śmiałości Harry'ego. Chłopiec nie był przekonany, czy ojciec w ogóle zdzierży Fairharta, nawet w dobrym humorze, a co dopiero gdy będzie niedożywiony oraz wyczerpany. Ostatecznie skończyło się na grożeniu nie swoją różdżką. Niespodziewanie sobie uświadomił, że tata może nie być chętny do kontynuowania współpracy. Choć San jeszcze o tym nie wspominał, to przecież nadal zamierzali ograbić Darvy'ego.
Przeszedłszy przez wrota, znów znaleźli się na platformie. Co dziwne, schody prowadziły tylko w dół i sprawiały wrażenie prostych, nigdzie nieposkręcanych.
– Gdzie idziemy? – zapytał ojca.
– Na parter więzienia, potem przejdziemy przez kilka par drzwi i wyjdziemy z budynku, trochę na prawo od cmentarza. Stamtąd możemy swobodnie wejść na ministerialny szlak...
Fairhart momentalnie się zatrzymał, podobnie jak Albus. Wymienili szybkie, porozumiewawcze spojrzenia, a chłopiec zrozumiał, że jego obawy właśnie się urzeczywistniają. Co gorsza, nauczyciel spodziewał się, że to on przekaże wieść Harry'emu.
– Hm, potrzebujemy jeszcze trochę czasu, tato – powiedział z wahaniem, a ojciec natychmiast przystanął i gwałtownie się do niego odwrócił, wyraźnie niezadowolony.
– Wszystko w porządku, synu. Wiem, w jaki sposób wrócić na szlak. Możesz nie wiedzieć, ale pomagałem go zaprojektować...
– Chodzi o coś innego. – Pokręcił głową i wziął głęboki oddech. – Zanim opuścimy więzienie, musimy załatwić z Sanem jeszcze jedną sprawę.
Harry był zdumiony.
– O czym ty...? O czym mówisz, Albusie...?
– Wszystko dobrze, Albusie. Wróć ze swoim ojcem – powiedział stojący obok mentor. – Samodzielnie zdobędę Księgę i przekalkuluję, czy mam szansę na przejęcie Różdżki...
– Księgę...? – zainteresował się Fango Wilde, ale przerwano mu, zanim zdążył dokończyć pytanie.
– Nie rozumiem, co tu się wyprawia! – krzyknął Harry i odwrócił się do Fairharta. – Co ty mu...? Coś mu powiedział? – zażądał odpowiedzi. – Nakarmiłeś go jakimiś nonsensami!
– Przestań, tato! San próbuje pomóc i jest przekonany, że możemy powstrzymać Darvy'ego, o ile...
– Skończ, synu. Idziesz ze mną, Albusie! – Auror rozejrzał się pomiędzy nimi, jakby byli spiskowcami oraz knuli za jego plecami. – Jeżeli Sancticus chce zostać w tyle, to...
– Zawarliśmy umowę, tato. Pomoc w zwróceniu ci wolności w zamian za drobną przysługę. Zamierzam się w pełni wywiązać.
– Wysłuchaj mnie, Harry – powiedział Fairhart. – Albus jest o wiele silniejszym czarodziejem, aniżeli myślisz. Trochę z nim ćwiczyłem i doszliśmy do porozumienia. To od niego zależy, czy...
Auror obnażył zęby.
– Natychmiast się zamknij! – warknął, zaczerwieniony ze złości, a kiedy zobaczył, że rozmówca chciał się odszczekać, dodał: – Nie masz dzieci i nie jesteś rodzicem. Zrozumiałbyś, gdybyś był ojcem.
W grupie zapadła cisza. Ślizgon zaryzykował szybkie zerknięcie na Fango Wilde, z którego twarzy odpłynęły wszystkie kolory – mężczyzna wytrzeszczał oczy i był sztywny niczym deska, może nawet wstrzymał oddech. Wiedział, że Harry nie miał pojęcia, że dopiekł Sancticusowi do żywego, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, żeby zrozumieć, że trzeba działać.
– Och, po prostu... Uspokój się, tato...
– Idziesz ze mną, synu. – Harry odwrócił się do Albusa, rozgorączkowany. – Masz dopiero szesnaście lat i nie pozwolę, żebyś... – urwał, ponieważ od tyłu uderzyła w niego smuga czerwonego światła, przez co, pozbawiony przytomności, upadł na ziemię.
Chłopiec wyskoczył do przodu, aby go w locie złapać, a gdy poniósł wzrok, zobaczył, że to Fairhart rzucił zaklęcie oszałamiające.
– Czemu...?
– Wysłuchaj mnie. – Mimo iż brzmiał ostro, jego twarz niewiele wyrażała. – Harry Potter nie jest odpowiedzialny za powodzenie naszej misji...
– Wiem...
Sacticus potrząsnął głową.
– Ty jesteś, Albusie. To, co teraz zrobisz, zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Spróbuję odnaleźć Nikczemną Księgę, ponieważ naprawdę nie chciałbym opuszczać wyspy z niczym. Jeżeli chcesz mi towarzyszyć, to zapraszam. Jeżeli chcesz odejść ze swoim ojcem, droga wolna. Nie będę cię ograniczał ani trzymał urazy.
Ślizgon nie odpowiedział, w milczeniu przyglądając się nauczycielowi, który wyglądał po prostu fatalnie. Policzek miał wciąż spuchnięty po bliskim spotkaniu z nundu, aczkolwiek zaczerwienie wokół oczu zbladło. Oceniwszy szanse, doszedł do wniosku, iż zadanie jest wykonalne, chociaż wyjątkowo trudne. Wtem po raz pierwszy zauważył, że szaty czarodzieja są rozdarte – z boku po lewej stronie.
– Oberwałeś jednak klątwą, prawda? Wtedy kiedy odpierałem atak...
Fairhart zignorował pytanie i powtórzył to, co mówił wcześniej.
– Nigdy nie będę ci wyrzucał, że podjąłeś taką, a nie inną decyzję. W żaden sposób nie będę trzymał urazy...
– Idę z tobą – oświadczył Albus. – Nie wiem tylko, co mam zrobić z tatą.
– Ty. – Sancticus szarpnął głową w kierunku Wilde'a, który zamrugał, zdezorientowany i zaskoczony wywołaniem. – Zabierz go z powrotem na szlak. – Pomógł podnieść Harry'ego i oprzeć go na ramieniu Fango. – Dojdź do najbliższego punktu aportacyjnego i...
– Mówiłem, że nie wiem, gdzie on jest – powiedział natychmiast przewodnik.
– Więc rozwiąż tę łamigłówkę – warknął. – Jeżeli dojdzie do najgorszego, przywróć mu przytomność – dodał, kiwając głową w stronę nieprzytomnego aurora, a potem pochylił się i wręczył Wilde'owi upuszczoną różdżkę. – Harry będzie wiedział.
Albus z napięciem obserwował tę wymianę zdań, doskonale zdając sobie sprawę, że kryje się w niej coś o wiele głębszego. Sancticus właśnie zawierzał Fango, który po krótkiej chwili wahania skinął głową. Przełom nastąpił, kiedy zaczęli schodzić po kamiennych schodach. Na dźwięk głosu Wilde'a zatrzymali się na najwyższym stopniu.
– Waszym celem jest Nikczemna Księga?
– Coś nie tak? – zapytał Albus.
– Wiecie, gdzie jest?
– Najprawdopodobniej na niższych kondygnacjach, bliżej poziomu gruntu. – Fairhart brzmiał na zirytowanego. – Wrócimy do miejsca, z którego zaczęliśmy.
– Nie, nie! – Fango potrząsnął energicznie głową. – Na dole jest Zasłona, a z nią Darvy. Nikczemna Księga... jest prawie na szczycie. Gdy traficie do komnaty z wieloma drzwiami, wybierzcie ostatnie po prawej stronie. Schody do góry zaprowadzą was do kolejnego pomieszczenia.
– Dzięki – powiedział Albus, odczuwając ulgę. Nie będą kluczyć po więzieniu dłużej, aniżeli to konieczne.
Wilde nie odpowiedział i zamiast tego wbił wzrok we Fairharta, który uparcie milczał. Mężczyźni po prostu patrzyli sobie przez chwilę w oczy, podczas gdy wnętrzności ślizgona skręcały się z powodu niesionego przez scenę przesłania. W końcu Fango się odwrócił i wciąż podtrzymując Harry'ego Pottera, zaczął schodzić po schodach. Ani razu się nie obejrzał przez ramię.
– W porządku, chodźmy. – Chłopiec pociągnął partnera za rękaw szaty.
– Racja – odpowiedział mentor, nagle oszołomiony, jednakże dość szybko się zreflektował. – Dobrze, ruszajmy.
Wyszli przez drzwi i ponownie wkroczyli do labiryntu, oficjalnie rozpoczynając końcowy etap misji. Znów byli tylko we dwoje, ponownie biegli przez zabrudzone korytarze, ramię w ramię z uniesionymi różdżkami, w pełni przygotowani do sprostania następnemu wyzwaniu.
Fairhart wyznaczał kierunek. Albus nie wiedział, jak poruszać się po więzieniu, ale wszystko wskazywało na to, że jego towarzysz w międzyczasie poświęcał naprawdę dużo czasu na rozeznaniu się w terenie i zrozumieniu specyfiki placówki. Skręcał w kolejne korytarze z jeszcze większą pewnością, niż wcześniej Harry Potter, a ślizgon wykorzystał tę drogę na wyrażenie swoich myśli.
– Oszczędziłeś Wilde'a – zagaił, stanowczo patrząc przed siebie.
– Ktoś musiał zapewnić bezpieczeństwo twojemu ojcu – wytłumaczył Sancticus, brzmiąc na szczerze rozczarowanego.
Spuścił wzrok. To był drugi raz, kiedy czarodziej zaniechał zemsty, głównie dlatego, że zrozumiał, iż przyniosłoby to dużą korzyść zarówno Harry'emu, jak i – oczywiście – Albusowi. Prawdopodobieństwo, że darowałby Fango jeszcze jeden raz, było praktycznie zerowe.
– Hm, przepraszam...
– W porządku. – Nauczyciel spojrzał na niego uważniej. – Nasze ścieżki właśnie się rozdzieliły, tak więc musimy się skupić na tym, co nas czeka, zamiast gdybać, co mogłoby się wydarzyć wcześniej.
– Ufasz mu? – zapytał. – Że naprawdę pomoże mojemu tacie?
– Zwyczajnie nie miałem innej opcji, ale szczerze mówiąc, nie ma żadnego powodu, dla którego Wilde miałby zostawić Harry'ego na pastwę losu, zwłaszcza że również go potrzebuje. Uważam, że twój ojciec jest na tyle bezpieczny, na ile to tylko możliwe.
Ślizgon skinął głową, po czym przystanął obok Fairharta. W końcu udało im się wrócić do punktu wyjścia, a mianowicie na sam początek labiryntu. Otworzyli drzwi, przygotowani do wkroczenia do wypełnionej celami komnaty...
Albus automatycznie uniósł różdżkę, szybko ogarniając wzrokiem dziesięciu albo nawet piętnastu oczekujących gości członków Diablego Aliansu. Zanim jednak zdążył rzucić jakiekolwiek zaklęcie, partner złapał go brutalnie za szaty i krzyknął „za mną!". Chłopiec posłusznie wykonał polecenie i nim minęła sekunda, pobiegli pod ścianę, po drodze wystrzeliwując różnorakie zaklęcia.
W międzyczasie obaj wykonywali także identyczne, okrężne ruchy ręką. Różnokolorowe czary odbijały się od ich tarcz i leciały z powrotem, a miniaturowe energetyczne dyski napędzały je pod niespodziewanymi kątami. Koncentracja ślizgona nie zelżała nawet na moment, chociaż tak zaawansowana obrona była ciężkim zadaniem, zwłaszcza przy szybkim tempie akcji. Nagle Sancticus przerwał własną kombinację i z łoskotem otworzył wskazane przez Wilde'a drzwi.
Znaleźli się przed prostymi, wykutymi w skale schodami, podobnymi do tych, którymi wcześniej zeszli razem z Fango i Harrym z tym wyjątkiem, że prowadziły na górę. Albus nadal był z tyłu i nie zaprzestawał atakować – biegł z po stopniach z różdżką przełożoną przez ramię, co rusz ostrzeliwując podążających za nimi ludźmi. Smuga czerwieni śmignęła mu koło ucha, prawie zwalając Fairharta z nóg i przez to uświadomił sobie, że wróg wykorzystał jego własną sztuczkę – odbił oszałamiacza.
Odwrócił się i dobrze wymierzył w biegnącego na przedzie grupy człowieka.
– Fracturus! – krzyknął, wycelowawszy z kolano czarodzieja. Rozległ się charakterystyczny chrzęst, a następnie mężczyzna, powalony bólem, zwalił się na ziemię i z jękiem chwycił za nogę. – Fracturus! – wrzasnął ponownie, nie zwolniwszy tempa nawet na sekundę. – Fracturus! Fracturus!
Za każdym razem mocno skupiał się na tym, czego pragnął. Dwóch członków Diablego Aliansu stworzyło tarcze, aczkolwiek klątwa była na tyle potężna, że z łatwością się przez nie przebiła. Ostatecznie oboje skończyli ze strzaskanymi nadgarstkami. Jeden napastnik został zaś trafiony tuż obok kości biodrowej, przez co przeraźliwie krzyknął i upadł w agonii na podłogę.
Niestety, liczba przeciwników wydawała się wcale nie maleć, a zbyt dobrze wiedział, że wieczne utrzymywanie przewagi jest niewykonalne.
– Ile jeszcze tych schodów? – zapytał wszem wobec.
– Zaraz dotrzemy do platformy! – powiedział Fairhart.
Albus wycelował różdżką w schody, planując zrobić to, co wcześniej w podobnej sytuacji.
– Glisseo! – krzyknął sekundę po tym, jak wbiegli na pomost, a wgłębienia, które służyły za stopnie, natychmiast się spłaszczyły. Członkowie Diablego Aliansu poślizgnęli się i zjechali w dół, wszyscy oprócz jednego, który w ostatnim momencie skoczył, zupełnie jakby chciał w ten sposób dostać się na platformę. – Peis Progressius! – dodał, celując w stopy przeciwnika. Wyobraził sobie przy tym najcięższe stworzenie, jakie potrafił – nie był tylko pewien, czy nundu, czy chimerę...
Czarodziej wrzasnął i natychmiast spadł na zjeżdżalnię, pociągnięty wagą niesamowicie ciężkich butów, a potem dołączył do reszty swoich kamratów na dole.
– Za drzwiami powinna być Księga – powiedział Sancticus, a kiedy Albus się odwrócił, zobaczył, że w końcu dotarli do drewnianych wrót, które – o dziwo – nie wyglądały na w złym stanie. W rzeczywistości sprawiały wrażenie niedawno naprawionych.
– Czyli po prostu tam wpadamy, bierzemy Księgę...
– I zabieramy się stąd – dopowiedział mężczyzna. – Będę w pełni usatysfakcjonowany z zabrania Darvy'emu jednego instrumentu przyszłości. Gdy wydostaniemy się stąd żywi, będę się martwił o Różdżkę i Zasłonę.
– W porządku – stwierdził i przemilczał, że w trakcie mówienia Fairhart chwycił się za bok, w który został trafiony klątwą.
Gdy doszli do porozumienia i pchnęli drzwi, przywitała ich nieprzenikniona ciemność. Chociaż z początku Albus zupełnie nic nie widział, oceniwszy po sposobie, w jaki rozszerzył się mrok, doszedł do wniosku, że trafili do większej komnaty. Trochę owiało ich chłodne powietrze, przez co przez moment był szczerze przekonany, że znaleźli się na otwartej przestrzeni.
I wtedy to zobaczył – trzepoczący na wietrze materiał...
– Zasłona Skazańca – sapnął, zdezorientowany.
Fairhart zapalił czubek różdżki i, ku zaskoczeniu ślizgona, nie oświetlił pomieszczenia, a swoją twarz. Wyglądał na spanikowanego, zupełnie jakby uświadomił sobie straszliwą prawdę...
– San...?
– Wysłuchaj mnie, Albusie – wyszeptał, a panująca w komnacie ciemność potęgowała wrażenie bliskości czegoś złowrogiego. – W chacie jest srebrne pudełko. Musisz je otworzyć.
– O czym ty...?
Wtem ciszę przeszył straszliwy pisk, przeszywający okrzyk bojowy, od którego zjeżył się każdy włos na ciele chłopca. Ogarnął go obezwładniający strach, lecz ostatkiem sił zdołał zapalić również swoją różdżkę, ale nie było takiej potrzeby, bo w tym samym momencie coś, co brzmiało jak dwadzieścia siluet, odbiło się echem od kamiennych ścian, a komnatę wypełniło światło. Na chwilę został oślepiony, lecz gdy odzyskał wzrok, ujrzał brudne pomieszczenie z zawieszonymi na betonowych uchwytach masywnymi pochodniami. Środek zaś zajmowała nie Nikczemna Księga, jak się spodziewali, a majestatycznie powiewająca Zasłona Skazańca.
Wstrzymawszy oddech, Albus zarejestrował ruch. Z obu stron szarżowały na nich skrzeczące szkieletowe potwory, wielkie i groźne, z luźno zwisającymi kawałkami zgniłej skóry.
– Confringo! – krzyknął i usłyszał, że Sancticus wziął z niego przykład. – Confringo! Confringo! – powtarzał tak szybko, jak tylko potrafił wypowiedzieć inkantację, ale jego klątwy nie przynosiły oczekiwanego rezultatu. Wszystko, co udało mu się zrobić, to odrzucić siluety, tylko jedną przy tym redukując do stosu kości.
Zręcznie uchylił się przed cięciem kreatury, która zdążyła do niego podbiec i odskoczył od pazurów drugiej, po czym odwrócił się, żeby skontrolować pracę Fairharta, który zaciekle wymachiwał swoją różdżką i wysadzał każdego zbliżającego się potwora, sukcesywnie zwiększając kupkę prochu na podłodze. Niestety nie był równie zdrowy, co na początku wyprawy. Wszystko to, co przeszedł na wyspie, nadwyrężyło jego możliwości, spowolniło ruchy oraz finalnie osłabiło ciało. Albus uniósł różdżkę, aby mu pomóc, ale nie zdążył. Silueta, która zasadziła się na mężczyznę od tyłu, zdążyła się zamachnąć i wbić mu pazury w plecy. Zalawszy się ciemnoczerwoną krwią, Sancticus z krzykiem upadł na kolana, po drodze upuszczając oręże.
– Nie! – sapnął ślizgon, a atakujące go stworzenie natychmiast się zatrzymało, podobnie jak pozostałe wokół. Niestety te skaczące wokół Fairharta nie usłuchały. Inne przeraźliwie pisnęło oraz sprawiło mu długą i głęboką ranę na piersi, posyłając tym samym na ziemię.
– Stop! – zawołał ktoś, a siluety zastygły w bezruchu. Głos był znajomy, a raz usłyszany, zapadał w pamięć. Albus nie musiał się odwracać, żeby rozpoznać jego właściciela, ale i tak to zrobił.
Z rogu komnaty wyłonił się Sebastian Darvy. Przez długie, splątane i brudne blond włosy w połączeniu z maniakalnym wyrazem twarzy, przypominał jednego ze swoich zamkniętych w celach więźniów. Uśmiechał się szeroko, a jego elektryzujące, niemalże błyszczące niebieskie oczy sprawiały wrażenie nadzwyczaj żywych, jakby bardzo się cieszył z tego, czego był świadkiem. Długie, czarne szaty radośnie na nim powiewały, trochę w stylu Zasłony i właśnie to spostrzeżenie uzmysłowiło chłopcu, iż jego wcześniejsze przypuszczenie okazało się prawdziwe.
Poniekąd byli na zewnątrz. Ściana za Darvym została usunięta, dzięki czemu w komnacie można było oddychać rześkim powietrzem oraz słuchać wściekłego świstu wiatru. Albus nie musiał zgadywać dlaczego. Niezależnie od tego, na którym piętrze w rzeczywistości się znajdowali, był przekonany, że gdyby zerknął w dół, zobaczyłby wylęgarnię na cmentarzu.
Walczyli w komnacie, która stanowiła obserwatorium. To tutaj Prawa Ręka Śmierci doglądał rozrostu swej potwornej armii.
Siluety zatrzymały się na rozkaz, bo Darvy trzymał wysoko Smoczą Różdżkę. Gdy zrobił kilka kroków naprzód i uśmiechnął się szyderczo, Albus uniósł rękę...
Niespodziewanie uderzyła w niego smuga światła, powalając na podłogę. Zauważył, że jego różdżka leci w powietrzu i dopiero wtedy uświadomił sobie, że wróg nie jest sam – w komnacie stało kilku szczerzących się członków Diablego Aliansu. Czarodziej, który go rozbroił, zręcznym ruchem złapał oręże i schował je do kieszeni swojej szaty.
– Przytrzymać.
Uderzenie w tył głowy sprawiło, że sapnął z bólu. Chwilowo oszołomiony, został złapany przez dwóch mężczyzn za każde z ramion i rzucony na kolana.
Nie potrafił oderwać wzroku od leżącego w kałuży krwi Fairharta, który skręcał się z męczarni na kamiennej podłodze, najwyraźniej zbyt osłabiony, żeby zrobić cokolwiek więcej, poza cichym jęczeniem. Rękę miał wyciągniętą w kierunku różdżki, która upadła nieopodal niego, zupełnie jakby chciał ją pochwycić, a srebrny pierścień połyskiwał w świetle.
– Przyprowadzić go do mnie – nakazał ostro Darvy, a dwóch członków Diablego Aliansu natychmiast podbiegło do zakrwawionego Sancticusa. Nie szczycąc się delikatnością, chwycili go brutalnie za nogi i zaczęli ciągnąć, bardziej rozsmarowując krew na posadzce.
Albusa ogarnęła żałość na widok bólu przyjaciela, który nie mógł powstrzymać sapnięć i jęków – tarcie o twardy, zimny kamień tylko podrażniało rany. Smutek był jednak niczym w porównaniu do wściekłości. Gniew rozsadzał go od środka, krążył w żyłach, a przez to nie pragnął niczego więcej, jak poddać się kontroli głosu sprzed kilku tygodni; przekształcić się w potwora o wiele groźniejszego i niebezpieczniejszego, aniżeli zgromadzone tu siluety; machnąć dłonią i zabić ich wszystkich...
Służący zaciągnęli Fairharta aż przed oblicze Darvy'ego, który przystanął przy Zasłonie z najbardziej obrzydliwym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widział. Gdy dobrnęli celu, ustawili go w takiej samej pozycji, co Albusa.
Kiedy go w pełni zobaczył, chłopiec się rozpłakał. Z ust Sancticusa płynęła krew, którą w sumie się krztusił. Miał poharataną całą klatkę piersiową – rany pozostawione przez siluety były głębokie i obficie krwawiły. Półprzymknięte oczy zaś wskazywały, iż traci przytomność z powodu utraty krwi.
Darvy przykucnął, żeby znaleźć się na jednakowej wysokości. Przez chwilę po prostu złośliwie mu się przyglądał, a potem...
Uderzył go w twarz. Głowa Fairharta odskoczyła na bok, a potem wróciła na swoje miejsce, jakby prosił o jeszcze. Oczy miał teraz szeroko otwarte, aczkolwiek spojrzenie nie zdradzało nic poza czystą nienawiścią, nawet odrobiny strachu.
– Sancticus Fairhart. – Uśmiechnął się Prawa Ręka Śmierci, a następnie wskazał na niego ręką, jakby był rzadkim okazem w zoo. Kilku członków Diablego Aliansu zachichotało, ale ślizgon nie rozumiał dlaczego. Skąd w ogóle Darvy wiedział, kim był San?
Mężczyzna ponownie się schylił, a ludzie, którzy trzymali Albusa nagle wzmocnili swój uchwyt, z niewiadomego powodu sądząc, że nie jest tak ranny, jak im się z początku wydawało. Wyczuwszy ruch z tyłu, zorientował się także, że co najmniej jeden z nich wyciągnął różdżkę.
– Znam cię. Oj, znam – zaszydził Sebastian. – Wiesz skąd?
Fairhart nie odpowiedział, lecz w zamian zaczął niekontrolowanie drżeć. Krew nadal płynęła mu po brodzie.
– Budziłeś strach Fango Wilde'a – kontynuował przymilnym, choć sarkastycznym tonem, podczas gdy na wzmiankę o dawnym przyjacielu oczy Sancticusa rozszerzyły się gwałtownie. – Nadaremnie, prawda? – zapytał głośno, a potem zachichotał; Diabli Alians mu zawtórował. – Puścić – powiedział do trzymających skatowaną ofiarę podwładnych.
Nie mając sił, aby utrzymać się w pionie, Fairhart upadł na ziemię, czym wywołał kolejną falę śmiechu. Albus się zaś zagotował.
Nadal nie opuściwszy Smoczej Różdżki, Darvy chwycił Sancticusa za szaty i pociągnął go ku Zasłonie Skazańca. Puścił go, dopiero kiedy obaj znajdowali się o kilka cali od kamiennego łuku.
Wszystko sobie wykalkulował.
– No i proszę, możesz sobie swobodnie usiąść – zadrwił.
Diabły znów zarechotały, a Albus zaczął się trząść z wściekłości. Gdyby tylko mógł dosięgnąć różdżki... Niestety nie był nawet pewien, u którego jest z oprawców, a nawet jeśli cudem by ją zdobył i wszczął bójkę, przyszłoby mu się również zmierzyć z siluetami.
Darvy ponownie przykucnął, żeby porozmawiać z Fairhartem. Najwyraźniej wciąż nie skończył swojego nędznego przedstawienia.
– Fango zawsze mi wmawiał, że jesteś potężnym czarodziejem – kontynuował. – Cóż, to aż niewyobrażalne. – Uśmiechnął się złośliwie. – Bo wiesz, twierdził tak od wieków. Ostrzegał przed tobą nawet mojego brata! Ha!
Kiedy ludzie znów chichotali, Sancticus spojrzał wprost na Albusa. Żołądek chłopca skręcił się z nerwów.
Co nauczyciel chciał powiedzieć poprzez to długie, przeszywające spojrzenie? Co prawda, był w nim ślad zdrady, ale wiedział, że nie wymierzony w niego. To, co miało teraz miejsce w głowie Fairharta, nijak się miało do Prawej Ręki Śmierci, odczuwanego bólu, czy też obficie płynącej krwi. San myślał o Fango Wilde'u – człowieku, którego perfidia nie znała granic i który celowo podpowiedział im błędny kierunek, po raz kolejny dopuszczając się zdrady.
– Nie wierzysz? – kontynuował Darvy, czym wrócił Sancticusa do rzeczywistości i przez co otrzymał twarde, nienawistne spojrzenie. – Och, tak. Nasza wspólna historia sięga naprawdę daleko – wyznał z uśmiechem na twarzy, szczerze rozkoszując się każdą sekundą.
Albus obserwował tę scenę z setkami scenariuszy przemykających mu przez głowę. Skupiał się głównie na możliwościach uratowania mentora oraz wydostania się z więzienia, ale niestety każdy plan kończył się porażką. Wszystko wskazywało na to, że będzie to pierwsze zadanie na wyspie, któremu zwyczajnie nie sprostają.
Zmarszczył z ciekawości brwi. Darvy nadal nie wyjaśnił, dokąd zmierzał.
Szaleniec opuścił trochę Smoczą Różdżkę. Zatrzymał ją na wysokości swojej twarzy, aby Fairhart mógł się bliżej przyjrzeć.
– Wiesz, że to dzięki Fango zyskałem tę Różdżkę? – Brzmiał, jakby rzeczywiście o coś pytał. Nie oczekując nawet odpowiedzi, od razu kontynuował: – Och, kiedyś byliśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Właśnie dlatego, zanim przyłapałem go na spiskowaniu z tym pompatycznym głupcem, Warrenem Waddlesworthem, wyświadczaliśmy sobie nawzajem przysługi. Cudownie się złożyło, że to akurat Fango powiedział mi, gdzie mogę znaleźć Smoczą Różdżkę.
Mina Sancticusa nie zmieniła się ani o jotę, podczas gdy Sebastian Darvy zaczynał wygłaszać peany na swoją cześć. Zanim kontynuował wywód, wygodniej przykucnął, po czym uśmiechnął się szerzej, odsłaniając brudne, żółte zęby.
– Z początku pożyczyłem ją bratu, ale Red nie wiedział, co należy z nią zrobić – ciągnął, wpatrzony w oręże niczym zakochany młodzieniec w piękną dziewczynę. – Koniec końców wróciła do mnie – powiedział chłodno, a jego poplecznicy wybuchnęli śmiechem. Z nostalgicznym wyrazem twarzy blondyn pochylił się do przodu, całkowicie skupiony teraz na złotym eksponacie. – Pamiętam, jakby to było zaledwie wczoraj. Wilde powiedział mi, gdzie znajdę wytwórcę różdżek, który był w posiadaniu tego cudownego dzieła. Byliśmy wtedy tak dobrymi przyjaciółmi, że Fango nie wahał się prosić mnie o przysługę. Oczywiście, z życzliwości serca i dobrego ducha, spełniłem jego prośbę.
Serce Albusa zabiło gwałtownie, gdyż to, co dostrzegł na twarzy Darvy'ego, przeraziło go bardziej, aniżeli wszystko, czego był świadkiem w Lambshire. W niebieskich oczach zabłyszczało czyste szaleństwo, przez co mężczyzna nagle przeobraził się w wygłodniałego drapieżnika, w pełni przygotowanego na zadanie ofierze ostatecznego ciosu.
– Nie zastanawiało cię nigdy, dlaczego podczas swoich poszukiwań nie odnalazłeś swojej drogiej koleżanki?
W żołądku ślizgona zawiązał się supeł, a szaleńczo bijące serce natychmiast zwolniło. Miękko i sardonicznie wypowiedziane słowa co chwilę na nowo odtwarzały mu się w głowie. Fairhart, dotąd twardy i nieugięty, zamrugał, wyraźnie zmieszany.
– Była całkiem inteligentna. Od razu wiedziała, kim jestem, gdy tylko mnie zobaczyła – kontynuował gładko Darvy, nadal z obłędem w oczach. – Miała jednak bardzo nierealistyczny pogląd na czarodziejów. Najwyraźniej myślała, że wołanie twojego imienia sprawi, że przybędziesz jej na ratunek.
Albus znowu się rozpłakał, nie mogąc znieść widoku przejmującego nieszczęścia na twarzy Sancticusa. Wróg przechylił głowę, rozkoszując się zadawaniem ofierze bólu.
– Nieustannie cię wołała. Gdybyś tylko widział jej minę, kiedy zadawałem ostateczny cios... Sprawiała wrażenie rozczarowanej – wyznał niewinnym, prawie że troskliwym głosem. – Wielka szkoda. – Uśmiechnął się fałszywie. – Umarła, wierząc, że tak naprawdę... NIGDY jej nie kochałeś...
Zrozpaczony Albus patrzył na udręczonego do granic możliwości Fairharta, którego twarz przybrała pusty wyraz, a następnie zawstydzony, kiedy po jego oszpeconym policzku spłynęła pojedyncza łza.
Darvy wstał i z półobrotu kopnął Sancticusa, a ten, nawet nie zareagowawszy, wpadł za Zasłonę. Ślizgon wrzasnął z przerażenia, gdy jego mentor po prostu rozpłynął się w powietrzu. Gromki śmiech Prawej Ręki Śmierci zagłuszył wszystko inne.
