29. TWIERDZA UMARŁYCH
Zasłona Skazańca nadal groźnie powiewała, podczas gdy Darvy zanosił się śmiechem, a członkowie Diablego Aliansu parskali z uciechy oraz szydzili na głos, tworząc istną kakofonię złośliwości. Roztrzęsiony Albus, wciąż przytrzymywany za ramiona, był zmuszony przyglądać się tej scenie. Buzowały w nim emocje, a umysł spowiła mgła.
Potem prawie się roześmiał. Z jego ust wydobył się cichutki, gardłowy śmiech, ledwie słyszalny z powodu otaczającego go hałasu. Parsknął, gdyż uświadomił sobie, iż to tylko powtórka z rozrywki, a tę sztuczkę znał doskonale. Fairhart znów upozorował własną śmierć. W oryginalny sposób stworzył iluzję zgonu i wyczekawszy odpowiedniego momentu, rozwieje ją, kiedy Darvy najmniej będzie się tego spodziewał. W istocie, mistrzowskie zagranie, równie sprytne co w przypadku umysłowego splątania Idy Blackwood.
Gdy wrócił do rzeczywistości, zaczął odczuwać ostry ból, który jakby próbował rozproszyć ostatki nękających go wątpliwości. Sancticus odszedł. Po tym wszystkim, przez co razem przeszli – pokonawszy magiczny wir wodny, rozjuszonego nundu oraz zdeterminowanych diabłów – Fairharta zabił szaleniec z manią wyższości, człowiek, który ostatecznie zatriumfował, Sebastian Darvy.
Chichoty wrogów z czasem utraciły na głośności, a gdy zamilkł ich przywódca, natychmiast ucichły. Przez chwilę do uszu Albusa docierał tylko szum wiatru, który boleśnie mu przypomniał, że to nie najlepszy czas na rozmyślania i tarzanie się w smutku, a następnie zarejestrował kroki. Chcąc odegnać niechciane myśli, zamrugał i zobaczył, że Darvy w końcu się nim zainteresował.
Szedł dumnie i powoli, z szeroko rozpostartymi ramionami, zupełnie jakby był w trakcie przedstawiania widowni wspaniałego dzieła. Brudne blond kosmyki podrygiwały mu przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, a drwiący uśmieszek sprawiał wrażenie przyklejonego zaklęciem do twarzy, wiecznego.
– I w taki oto sposób Prawa Ręka Śmierci wycisnął życie z kolejnego wroga – obwieścił wszem wobec, prezentując obrzydliwie żółte zęby.
Szalejąca w Albusie wściekłość sięgnęła zenitu. Jak on śmiał...? Jak śmiał twierdzić, że zwyciężył, skoro w innych okolicznościach nie miałby nawet cienia szansy...?
– Czas na następnego – dodał z uśmiechem czarodziej.
Chłopiec wytrzymał przyszpilające spojrzenie. Tym razem nie odczuwał strachu. Każdą cząstką siebie odczuwał intensywne pragnienie zemsty, dodatkowo podsycane przez świadomość, iż nie może go natychmiast zaspokoić. Zamiast tego patrzył śmiało na zbliżającego się nieprzyjaciela, hardo unosząc podbródek. Z zaciekłością próbował przybrać pogardliwy wyraz twarzy, oddający wszystkie emocje, które w nim buzowały – oczywiście, na tyle, na ile było to możliwe.
Darvy nie opuścił Smoczej Różdżki. Zgromadzone wokół siluety zamarły w bezruchu, niczym kamienne posągi, olbrzymie niewzruszone kościotrupy, które nie pojmowały tego, co właśnie zrobiły. Większość z nich odwróciła głowy i pustymi oczodołami patrzyła w kierunku Smoczej Różdżki, zaś grupa, która wcześniej zatrzymała się na polecenie ślizgona, wbiła w niego wzrok.
– Jakże wydoroślałeś, Albusie. Z jakiegoś konkretnego powodu przebyłeś taki kawał drogi, czy może tylko, aby ocalić ukochanego tatusia? Cóż, możesz odetchnąć – powiedział Darvy, a chłopiec ponownie się na nim skupił; gdyby jego spojrzenie mogło zabijać, znienawidzony wróg padłby trupem. – Gówno mnie obchodzi Harry Potter. Jestem za to bardzo zadowolony z dokonanej wymiany...
Darvy był teraz tak blisko, że Albus czuł jego cuchnący oddech oraz widział drobinki brudu w pasmach włosów. Pod wpływem impulsu podźwignął się z kolan, ale dwaj strażnicy automatycznie przycisnęli go z powrotem do ziemi. Gest, oczywiście, nie został nieskomentowany.
– Och, zamierzasz ze mną walczyć? – kontynuował z niedowierzaniem czarodziej, wkładając w następne słowa tyle jadu, ile tylko zdołał. – Co prawda, domyśliłem się, że ten brzydki dziwak trochę cię podszkolił, zanim tu przyprowadził, ale nie sądziłem, że zaszczepił też w tobie nutę swojej arogancji. – Usłyszawszy zniewagę w kierunku Fairharta, ślizgon się skrzywił. Darvy natychmiast szerzej się uśmiechnął. – Czyżbym dotknął wrażliwego miejsca? Cóż, i tak nic nie wskórasz, Albusie. To oczywiste. Nie popisałem się stwierdzeniem, że dorosłeś, prawda? Nadal jesteś tym samym małym, przerażonym dzieciątkiem. Wciąż desperacko szukasz wzoru do naśladowania – kogoś, kto walczyłby zamiast ciebie – a gdy twój bohater rozpływa się w powietrzu... – tu szyderczo zawiesił głos i spojrzał na Zasłonę Skazańca – ...zupełnie nie wiesz, co robić, prawda?
Albus nie odpowiedział. Ograniczył się do patrzenia na byłego nauczyciela z nienaturalnym uśmieszkiem na twarzy. Najprawdopodobniej przypominał obłąkanego błazna. Przez kilka chwil toczyli bitwę na spojrzenia, a potem w oku Darvy'ego pojawił się znajomy, szaleńczy błysk.
– Nie szanujesz mnie, Potter.
Znów milczał. W tym momencie nie był nawet pewien, czy jego umysł przetwarzał tę rozmowę, czy automatycznie się wyłączył. Zawładnął nim zwyczajny szał.
– Niczym nie różnisz się od reszty. Nikt dotąd nie darzył mnie szacunkiem! – kontynuował wywód mężczyzna. – Matka, która porzuciła mnie na ulicy niedługo po narodzinach, zagrzebanego w kupie koców. Gdy podrosłem, dowiedziałem się nawet, że była dość zdeterminowana, aby po drodze mnie zabić. Cóż, zawiodła – wyliczał. – Dla czarownic i czarodziejów, którzy mnie na krótko przygarniali, byłem zaledwie pionkiem, chłopcem na posyłki i od brudnej roboty. Uliczne podrzutki nigdy nie były przyzwoicie traktowane. Brat, który obiecywał mi wielkość i współdzielenie władzy w nowo stworzonym świecie, szybko mnie zdegradował do nędznej roli wytwórcy eliksirów. – Ostatnie zdanie niemalże wypluł. – Mam dość starań o należny mi szacunek. Przebrnąłem przez ten etap. Teraz domagam się... posłuszeństwa.
Im dłużej Darvy mówił, tym bardziej stawał się nieobecny. Jego spojrzenie utraciło na ostrości, jakby zagubił się we własnym świecie. Wtem otworzył szerzej oczy i się rozpogodził, najprawdopodobniej rozbudzony zbłąkaną myślą. Podszedłszy tak blisko, niespodziewanie zrobił kilka kroków wstecz.
– Cóż, miło było nadrobić zaległości, ale mam ważniejsze sprawy na głowie – na przykład armię do powiększenia – powiedział, brzmiąc na znudzonego. – I chociaż temat, który poruszyliśmy, jest zajmujący, musimy się pożegnać. Nadszedł czas, aby naprawdę przenieść moją hordę na wyższy poziom. – Nie czekając na reakcję, z autorytarnym wyrazem twarzy odwrócił się do siluet. – Zabijcie chłopca – dodał słabo i nawet się nie obejrzał, zupełnie jakby nie chciał oglądać przedstawienia.
Albusem zawładnęło przerażenie, a pragnienie zemsty natychmiast uleciało. W jednakowo koszmarny sposób, kołysząc się na boki, potwory zaczęły powoli do niego podchodzić i pomimo strachu po raz pierwszy zaczął rzeczywiście je zliczać, jakby w przygotowaniu do bolesnego odczucia każdego szponiastego pazura. Dwa, cztery, sześć, osiem, dziesięć...
Najbliższa mu silueta, w pełni gotowa do ataku, uniosła ramiona, prezentując oszlamione szkaradne, powykrzywiane palce. Ślizgon spojrzał wzrok wprost w puste oczodoły bestii i nagle wypełniło go dziwne uczucie – dokładnie takie same, jak wtedy, kiedy z Sanem krążyli po wyspie.
– Stop! – Skrzywił się, gdy stworzenie podeszło wystarczająco blisko, że mógł usłyszeć jego klekotliwy oddech.
Silueta natychmiast się zatrzymała, podobnie jak wszystkie, które szły za nią. Supeł w żołądku Albusa trochę się poluzował, aczkolwiek zmieszanie sytuacją było niczym w porównaniu z ulgą. Darvy również stanął w miejscu, nadal będąc do sceny plecami, zaś członkowie Diablego Aliansu zaczęli pomiędzy sobą szeptać, wywołując małą panikę. Mężczyzna powoli się odwrócił, podczas gdy na czole wyskoczyła mu gniewna żyłka.
– Brać go! – zarządził i uniósł w powietrze Smoczą Różdżkę, a szkaradne kościotrupy, jakby bezwładni, porażeni mocą niewolnicy, posłusznie ruszyli naprzód.
– Stop! – krzyknął ponownie Albus i siluety znów się zatrzymały. Kierowany intuicją, z ciemniejącymi oczami powoli spojrzał na Darvy'ego. – Brać go – szepnął.
Stworzenia odwróciły się na rozkaz i stanęły teraz twarzą w twarz z Darvym, który wyglądał na wściekłego. Czarodziej ponownie machnął w powietrzu różdżką, jakby chciał wzmocnić swoją kontrolę, a widząc ten gest, szkarady przystanęły wpół kroku, czekając na następne polecenie.
Wbrew powszechnym oczekiwaniom, żadne nie padło. Twarz Darvy'ego poczerwieniała ze wstydu, a członkowie Diablego Aliansu nadal cicho pomiędzy sobą dyskutowali. Albus w sumie także był zaciekawiony, jednakże nie tak bardzo, jak wcześniej – wtem doznał prawdziwego olśnienia. Z niewyjaśnionego dotąd powodu mógł w równym stopniu kontrolować przybyłe zza Zasłony potwory. Ważniejsze, że to nie pierwszy raz – dwa lata temu w Hogsmeade także słuchały jego próśb.
Pat, dobrnęli do martwego punktu...
A przynajmniej tak myślał.
Wtem w komnacie zapadła cisza, a do ślizgona dotarł łagodny powiew wiatru. W oczach Darvy'ego wciąż błyszczało szaleństwo, widoczne zwłaszcza, kiedy biegał wzrokiem pomiędzy siluetami a klęczącym przeciwnikiem. Wszyscy członkowie Diablego Aliansu natychmiast wyciągnęli różdżki, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że potwory tym razem nie popiszą się umiejętnościami. Albus nie miał żadnego sekundanta, toteż Prawa Ręka Śmierci postanowił zmienić taktykę.
– W porządku – powiedział złośliwie i wycelował różdżką. – Zabiję cię samodzielnie.
Chłopiec z trudem przełknął ślinę, a strach powrócił ze zdwojoną siłą. Mógł tylko bezradnie patrzeć, jak Darvy otwiera buzię. Wtem poczuł, że się łamie, a uszy wypełniło mu znajome, intensywne brzęczenie, choć nie tak głośne, aby zagłuszyć słowa oprawcy.
– Avada...
Podłoga gwałtownie się zatrzęsła. Szum w uszach Albusa natychmiast zniknął, a krótką chwilę medytacji przerwało mu małe trzęsienie ziemi. Pod wpływem niespodziewanego drżenia kilku stojących z tyłu członków Diablego Aliansu po prostu spadło w dół, a ci, którzy trzymali go za ramiona, wzmocnili uścisk, aby utrzymać się w pionie. Darvy z kolei zwyczajnie stracił równowagę i przewrócił się na plecy.
– Co do...? – burknął, a potem zaczął się podnosić.
Ziemia znów się zatrzęsła, a siła wstrząsu wyrzuciła Albusa do przodu. Automatycznie podźwignął się na kolana i kiedy spojrzał w przestrzeń, która niegdyś była ścianą, zobaczył smugi niebieskiego światła jakby wyrzucane z poziomu gruntu – wrażenie wyrzutu zaklęcia z armaty potęgowało towarzyszące temu głośne dudnienie.
Darvy również się pozbierał i doskoczył do wyrwy w murze. Pozostali czarodzieje posłusznie za nim podążyli, wliczając w to nawet dwóch pilnujących ślizgona osiłków, którzy po prostu znów go złapali i zaciągnęli do krawędzi.
Pierwszym, co rzuciło się Albusowi w oczy, było hipnotyzujące, ciemne, rozgwieżdżone niebo. To był jeden z tych rzadkich momentów braku niebieskiego ostrzału, co nie zmienia faktu, iż wiatr wcale nie osłabł i nadal smagał zaczerwienione z zimna policzki. Następnie spojrzał w dół i aż go zamurowało. Zdecydowanie nie takiego widoku się spodziewał.
Okazało się, że byli całkiem niedaleko gruntu – oczywiście, upadek z takiej wysokości nadal prowadził do śmierci, aczkolwiek mieli dobrą widoczność na rozwój wydarzeń. Zgodnie z przewidywaniami, zagubieni w chwili, górowali nad cmentarzem, w całości opanowanym przez setki siluet oraz ogniste nekromaki. Niebieskie zaklęcia śmigały im przed oczami właściwie z jednej strony, a z dołu dobiegały wrzaski i skrzeki potwornej armii, która najwyraźniej była zdenerwowana. Gdy spojrzał trochę dalej, Albus zrozumiał dlaczego.
W uporządkowany, typowo militarystyczny sposób parły naprzód setki ludzi w białych płaszczach. Odziani w nowe uniformy, członkowie Zjednoczonego Ministerstwa nawet na sekundę nie opuszczali różdżek. Wystrzeliwane przez nich zaklęcia przelatywały ponad zgromadzoną na cmentarzu armią i uderzały wprost w więzienie, które trzęsło się przy każdym uderzeniu. Wszyscy maszerowali z widoczną gołym okiem godnością, niestrudzenie z minuty na minutę przybliżając się do armii. Chłopiec szybko zrozumiał, że niewidzialna bariera odgradzająca ludzi od zagrody nie przetrwa długo.
Waddlesworth od jakiegoś czasu przygotowywał się do przeprowadzenia ataku na Azkaban i najwyraźniej dziś nadszedł wielki dzień. Cała akcja miała rozegrać się właśnie tutaj, pod murami więzienia, zaś miejscem ostatecznej bitwy okazał się cmentarz.
Smuga niebieskiego światła uderzyła w mur tuż obok nich, a potężne drżenie fundamentów posłało prawie wszystkich na ziemię. Albus poczuł gwałtowny przypływ adrenaliny. Zdając sobie sprawę, że z pewnością nie nadarzy się lepsza okazja, mocno nadepnął jednemu ze swoich strażników na stopę, a potem wymierzył mu kuksańca w żebra. Mężczyzna zgiął się z bólu w pół, więc wykorzystał szansę i niemalże zrobił piruet, obracając się wokół własnej osi, po czym sięgnął do jego szaty z nadzieją, że dobrze wykalkulował...
Sukces. Kiedy dotknął swojej różdżki, palce ogrzało mu znajome, przyjemne ciepło. Mógł wyprowadzić atak. Darvy wrzasnął ze wściekłości, a członkowie Diablego Aliansu wyciągnęli oręża, gotowi do działania, jednakże nadaremnie – Albus był bowiem szybszy. Uniósł wysoko różdżkę i z determinacją machnął nią w powietrzu, właściwie nie rzucając żadnego konkretnego zaklęcia. W rezultacie błysk żółtego światła powalił na ziemię drugiego przytrzymującego go wcześniej napastnika.
Chłopiec omiótł komnatę wzrokiem. Siluety stały bezczynnie, nadal niezdolne do wzięcia udziału w bitwie. Poplecznicy Prawej Ręki Śmierci, unikając w międzyczasie zabłąkanych zaklęć z dołu, próbowali odzyskać równowagę. Sebastian Darvy z kolei całkowicie się pozbierał i teraz stał z odsłoniętymi zębami i wykrzywioną gniewnie twarzą oraz celował prosto w niego, zdecydowanie nie mając zamiaru spudłować.
– Avada...
– Sectum... – sapnął Albus, myśląc o najokrutniejszej klątwie, jaką ostatnio przyszło mu zobaczyć w akcji, ale wtem smuga niebieskiego światła uderzyła prosto w sufit ich komnaty, przez co zaczął się on kruszyć, a następnie spadać na podłogę. Większy kawałek ostatecznie zmiażdżył jednego z nieprzyjaciół, zbyt wolnego, aby uniknąć nagłej śmierci.
Siła włożona w zaklęcie rzuciła niedoszłych pojedynkowiczów na ziemię, a ich czary automatycznie się zniwelowały. Chłopiec szybko się podźwignął na nogi, gotowy na dokończenie klątwy, ale znów w połowie mu przerwano. Kolejne wystrzelone z dołu zaklęcie trafiło w krawędź pomieszczenia, dokładnie w miejsce, w którym stał. Grunt się pod nim zapadł, a stopy straciły oparcie. W momencie otoczyło go chłodne powietrze oraz przekoziołkował, kiedy został wyrzucony z komnaty. Razem z nim wypadł także jeszcze jeden mężczyzna, ale tym, co najdokładniej zarejestrował, był ochrypły, triumfalny śmiech Darvy'ego.
Spadał w ciszy, podczas gdy zimne, przeszywające podmuchy wiatru tylko wzmacniały poczucie beznadziejności sytuacji. Grawitacja uparcie robiła swoje, przez co leciał w niepokojąco szybkim tempie. Palce miał kurczowo zaciśnięte na różdżce, ale po prawdzie, to niewiele mógł zrobić, żeby się skoncentrować. Ciągłe koziołkowanie w powietrzu zmusiło go do oglądania natarcia Zjednoczonego Ministerstwa z różnych perspektyw. Ludzie Waddleswortha w końcu przedarli się na cmentarz oraz co rusz wymachiwali różdżkami, bombardując siluety różnokolorowymi zaklęciami. Zaatakowane stwory rzuciły się do przodu, wbiegając w tłum czarodziejów, którzy w panice rozbiegli się na boki, chcąc uniknąć stania w pierwszej linii i natychmiastowej śmierci.
Wtem zawisł w powietrzu. Zatrzymawszy się z nogami w górze, ze wciąż słyszalnym w uszach szumem wiatru oraz z zamarzniętymi od temperatury na policzkach łzami, zobaczył członka Zjednoczonego Ministerstwa celującego w niego z poziomu gruntu i zrozumiał, że właśnie został uratowany przez nieznajomego. W końcu znów zaczął opadać, ale w powolnym, w pełni kontrolowanym i bezpiecznym tempie, a człowiek Darvy'ego, który wypadł razem z nim z komnaty, nie otrzymał takiej życzliwości – po prostu spadł z krzykiem, który ucichł, dopiero kiedy mężczyzna uderzył plecami o twardą glebę.
Ostatecznie Albus znalazł się na ziemi, chociaż jego lądowanie było o wiele przyjemniejsze. Najpierw opadł na dłonie i kolana, a następnie podniósł głowę, żeby podziękować swemu wybawcy. Zdawał sobie sprawę, że auror najprawdopodobniej, nawet z dużej wysokości, rozpoznał w nim syna Harry'ego Pottera; najlogiczniejszym wszak rozwiązaniem było puścić najlepiej wyszkolony oddział przodem.
Nie zdążył wyrazić podziękowań, ponieważ mężczyzna runął na kolana, a potem twarzą w ziemię. Gdy upadł, dało się zauważyć, iż miał całe zakrwawione plecy. Za nim stała silueta, zgarbiona i dziko klapiąca szczęką, wciąż trzymając w dłoni czerwone mięso. Kiedy dostrzega kolejny cel, w momencie przygotowała się do ataku...
– Stop! – krzyknął ślizgon pośród toczącej się wokół walki, a stworzenie natychmiast zamarło w bezruchu, dzięki czemu mógł dobrze wycelować. – Confringo!
Trafienie w nieruchomy cel było znacznie łatwiejsze aniżeli w ruchomy, a w rezultacie silueta zwyczajnie się rozpadła, tworząc na ziemi kupkę oślizgłych kości i szarawych strzępków ciała. Albus rozejrzał się dziko dookoła, prawie potykając o bezimienny nagrobek i przyjrzał się toczącej wokół rzezi.
Szkaradne bestie były w swoim żywiole, po prostu szalały, zupełnie pozbawione granic. Członkowie Zjednoczonego Ministerstwa ciskali najrozmaitszej maści zaklęciami, ale nie miały one większego wpływu na cele. Skupiwszy się na poszczególnych pojedynkach, zobaczył pewnego blondyna, który wystrzelił dwie klątwy zabijające, jedną po drugiej – niestety, bezskutecznie. Czary przeleciały przez siluetę, z którą się mierzył, zupełnie jakby była niematerialna. Bestia zaskrzeczała i się zamachnęła, prawie że przecinając swego przeciwnika na pół. Ostatecznie została z niego krwawa miazga. Zaledwie parę stóp dalej ponad nagrobkami szarżował nekromak, zwalając z nóg dwóch aurorów. Potem zarżał i stanął dęba, by zionąć ogniem w pierwszą ofiarę.
Albus pozwolił, żeby instynkt przejął nad nim kontrolę. Wystrzelił w wierzchowca klątwę niszczącą, ale nie wyrządziła mu większej szkody. Koń z powrotem opadł na czworaka, a następnie zaczął biec w jego kierunku. Coś niewyjaśnionego podpowiadało chłopcu, że tym razem nie będzie łatwo i stworzenie zwyczajnie się nie zatrzyma, nawet na komendę...
Odskoczył, a nekromak z całej siły uderzył w inną siluetę, przez co oboje się przewrócili. Ślizgon podniósł wzrok znad ziemi i zobaczył dwóch członków Zjednoczonego Ministerstwa próbujących wspólnie wyeliminować jedną szkieletową bestię, ale nadaremnie, gdyż potwór był tak szybki, że wszystkiego uniknął. Albus zerwał się na równe nogi i do nich podbiegł.
– Stop! – krzyknął, a silueta posłusznie wykonała polecenie. – Używajcie klątw niszczących! – dodał do wyraźnie zakłopotanych aurorów. Mimo to oboje unieśli różdżki i w następnej sekundzie nieruchomo stojące stworzenie zostało zredukowane do stosu kości.
Brunet uśmiechnął się, zadowolony z sukcesu, ale jego entuzjazm natychmiast opadł. Usłyszał charakterystyczny, dochodzący z góry pisk, a następną rzeczą, jaką zarejestrował, było towarzystwo czarnych ptaków, które wcześniej widzieli z Fairhartem. Stwory w momencie zanurkowały i zaczęły kaleczyć swoimi długimi dziobami dwóch niepodejrzewających niczego mężczyzn.
Na ratunek przyszedł towarzyszom inny czarodziej, który sprawnie zakręcił różdżką i utworzył strumień pomarańczowego światła. Zaklęcie, czymkolwiek było, odrzuciło szybujące stworzenia, ale w następnej sekundzie do aurora niepostrzeżenie zbliżyła się silueta i zamachnęła szponiastą dłonią. Ten w porę się odwrócił oraz wyczarował migoczącą, przypominającą bańkę tarczę, ale ostre pazury bez najmniejszego problemu się przez nią przedarły, zupełnie jakby była tylko powietrzem. Ostatecznie dosięgły jego twarzy, przez co mężczyzna z krzykiem przewrócił się na ziemię, drżąc w konwulsjach.
Albus ciągle się obracał, ciskając zaklęciami we wszystko, co tylko się do niego zbliżało. Niestety, był zewsząd otoczony, a miotanie się pośrodku tej bitwy w niczym nie przypominało walczenie w innych. Nieprzyjaciele mieli liczebną przewagę oraz nie wykazywali oznak zmęczenia czy utraty sił. Gdy mimowolnie przesuwał wzrokiem po gruncie, co rusz dostrzegał nowe twarze pokonanych. Wśród trupów była młoda kobieta, której brązowe włosy zasłoniły pół zmasakrowanego oblicza, a kilka stóp dalej leżał niewiele od niej młodszy mężczyzna, którego twarz nie była zakrwawiona, a upiornie blada – kurczowo zaciśnięte na szatach dłonie przyciskał do klatki piersiowej, dokładnie w miejscu, gdzie przeszyła go silueta; skórę wokół cięcia miał fioletową.
Ślizgon uchylił się w chwili, gdy bestia zamierzała oderwać mu głowę. Krzyknął, aby zastygła w bezruchu, a potem zredukował ją do kupki kości, robiąc to samo z górującym nad nim następnym stworzeniem. Chaos, który zdominował mu umysł, nie trwał długo. Szybko się pozbierawszy, wrócił na swoją pozycję, szukając kolejnych grup aurorów, ale coraz trudniej mu było odnaleźć jakichkolwiek żywych. Większość ministerialnego oddziału leżała zagrzebana w ziemi, zabita, wierząc, że robili postępy...
Wszystko oglądał jakby w zwolnionym tempie. Niedaleko starsza czarownica strzelała klątwami zabijającymi w jedną z siluet, która automatycznie się zamachnęła. Kobieta wykazała się jednak dobrym refleksem, ponieważ w porę się uchyliła tylko po to, aby zostać powaloną przez nekomaka oraz brutalnie stratowaną, podczas gdy koń zionął złowieszczo ogniem. Do akcji przyłączył się mężczyzna, który wcześniej mu gdzieś mignął i utworzył groźnie wyglądającą, lodowo–niebieską energetyczną tarczę, która stanęła na wysokości zadania i spotkała się z płomieniami, tworząc skuteczną zaporę ochronną. Niestety, jego sukces był krótkotrwały, ponieważ w następnej chwili silueta zaatakowała go od tyłu. Zaledwie kilka stóp dalej inny członek Zjednoczonego Ministerstwa czołgał się po ziemi, desperacko chcąc zatamować krwawienie z rozwalonej nogi. Ptakopodobne stworzenie natychmiast go dopadło, aby dokończyć robotę. W oddali Albus dostrzegł też znajomą twarz, należącą do mężczyzny z długimi brązowymi włosami, którą kojarzył jeszcze z czasów, kiedy odwiedzał ojca w rządowej siedzibie. Człowiek ten, bez żadnych wątpliwości, był niepodważalnie martwy.
Wtem z bólem serca zrozumiał, że wszyscy walczący tylko odwlekają nieuniknione, że nikt nie ujdzie stąd z życiem. Warren Waddlesworth wysłał swoich ludzi na wyspę niczym jagnięta, prosto na rzeź. Czarodzieje – ojcowie i matki, bracia i siostry, synowie i córki – byli rozrywani na strzępy, nieświadomi, że armia Darvy'ego jest niepokonana, że niewielkie obrażenia, które udało im się w międzyczasie zadać, w ostatecznym rozrachunku nie miały większego znaczenia. Diabli Alians przyjął pasywną postawę i nie brał udziału w bitwie, a ci dzielni ludzie umierali nadaremnie, zupełnie jak Fairhart...
Nagle zwalił się na ziemię. Wróciło znajome brzęczenie w uszach, ale z tak niewiarygodną siłą, że sprawiło mu fizyczny ból. Gdy się rozejrzał, zobaczył, że potworna armia wciąż dziesiątkuje swoich przeciwników i właśnie wtedy poczuł przepływającą przez niego moc, naprawdę nadzwyczajną moc. To nie była nawet ta potęga, w której był posiadaniu, kiedy unosił w powietrze szkolny pociąg, a niepokojąca, ożywcza siła, niczym przeszywający ciało ładunek elektryczny. Zaczął się trząść, jakby zaraz miał zwymiotować, po twarzy spływał mu pot, a głowę rozsadzał istny żar. Z powodu nagłej agonii zamknął oczy, a spod powiek zobaczył złote fale.
Wbrew logice wiedział, że ta transformacja będzie inna od reszty. W końcu nie był samotny – miał przy boku swoją armię, której obecność natychmiast oczyściła mu umysł. Ból zniknął i wszystko stało się przyjemniejsze. Kiedy otworzył oczy, świat widział w lśniąco złotej barwie, która nijak zatruwała mu myśli. Tym razem z nikim się nie sprzeczał, a dotychczasowy tradycyjny spór został zapomniany. Nie był już Albusem Potterem. Czymkolwiek się stał, robił tylko za naczynie dla skumulowanej mocy, a gdy stanął na nogach, poczuł, że znów unosi się w powietrzu. Wtem zrozumiał coś jeszcze. Panujący wokół nieporządek był zaledwie prekursorem rzezi, która dopiero nadejdzie...
Fango Wilde powoli parł naprzód. Był zmęczony i od marszu bolały go stopy. W powietrzu lewitował za sobą nieprzytomne ciało Harry'ego Pottera i chociaż ciężko mu było posługiwać się różdżką, której nie znał, wiedział, że po prostu nie może zostawić mężczyzny z tyłu, zdanego na siebie. Zbliżali się do końca oficjalnego szlaku i wkrótce będzie musiał przywrócić mu świadomość, aby uzyskać lokalizację najbliższego punktu aportacyjnego.
Pod pachą dzierżył Nikczemną Księgę, gdyż przez wzgląd na jej kształt i wielkość, ciężko byłoby trzymać ją inaczej, zwłaszcza ze złamanym nadgarstkiem. W trakcie drogi był zamyślony i co parę chwil zerkał na tomiszcze. Odczuwał ulgę, że udało mu się bezpiecznie opuścić więzienie, bez podniesienia alarmu. Zadanie okazało się niecodziennie proste – Księga znajdowała się tylko piętro poniżej miejsca, gdzie rozstał się z Sancticusem oraz chłopcem Pottera, ale i tak zachował największą ostrożność, wychodząc na zewnątrz. Sprawy się skomplikowały, kiedy zobaczył natarcie Zjednoczonego Ministerstwa, ale przemknięcie obok uzbrojonego oddziału nie było szczególnie trudne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż niespodziewane wsparcie koncentrowało się na murach twierdzy. W taki oto sposób znalazł się tutaj, na prawie końcówce szlaku, na dokładnie tej samej ścieżce, którą niedawno przeszło co najmniej stu oficjalnie wysłanych wojowników. Każdy następny krok zwiększał dystans pomiędzy nim a Sancticusem.
Trochę gnębiła go wina za wskazanie Fairhartowi niewłaściwego kierunku, za wysłanie jego i chłopca wprost w jakże opiekuńcze ramiona Darvy'ego, ale San nie był skończonym głupcem i wiedział, że Księga została umieszczona, albo na wyższych kondygnacjach albo w okolicach nizin, a więc wprowadzenie go w błąd było konieczne. Fango nie mógł pozwolić, a tym bardziej ułatwić mu nawiązania kontaktu z Samanthą. Nie, sam potrzebował takiej szansy – pragnął znowu z nią porozmawiać oraz przeprosić za wszystkie wyrządzone krzywdy.
Utrzymywał miarowe tempo, wciąż lewitując Harry'ego Pottera. Zauważywszy przed sobą linię światła, zrozumiał, że nastawał świt. Ministerialny szlak był naprawdę osobliwy, a odgłosy cichego, wywołanego zmęczeniem szurania butów były jedynymi dźwiękami, odwracającymi jego uwagę od przygnębiających myśli. Nie miał pewności, jak długo tak szedł, ale kiedy rozglądał się wokół, chłonąc nieskończoną zieleń – za wyjątkiem zaklęć, dzięki którym był chroniony przed niebezpieczeństwami wyspy – wiedział, że nigdy nie natknie się na wizualną wskazówkę, gdzie najlepiej przystanąć. Najlogiczniejszym rozwiązaniem będzie teraz obudzić przewodnika.
Machnął ostro różdżką, a łomot z tyłu podpowiedział mu, że nieprzytomny mężczyzna po prostu upadł na ziemię. Odwrócił się i zmarszczył brwi, rozważając swoją sytuację. Lata temu Harry Potter był jego przełożonym. Mimo że nie pracowali w jednym departamencie, naprawdę niewielu nie odpowiadało przed nim bądź jego wstrętnym szwagrem. W tamtych czasach szczerze darzył go sympatią, ale nie mógł pozwolić sobie na ckliwość lub wahanie, musiał przyjąć stanowczą postawę. W ciągu ostatnich lat wiele się zmieniło. Oszukał śmierć wystarczającą ilość razy, żeby wiedzieć, że życie sprowadzało się do właściwego odegrania roli. Porządkując myśli, powoli podniósł różdżkę. W jaki sposób powinien zmusić Pottera do zabrania go z wyspy?
– Rennervate – powiedział szorstko.
Szmaragdowe oczy Harry'ego natychmiast się otworzyły – najprawdopodobniej nadal był trochę otumaniony, bo widać w nich było tylko zdumienie. Gdy lekko podniósł głowę, blizna w kształcie błyskawicy lekko się zmarszczyła.
Fango przykucnął, a światło słoneczne pozwoliło mu zobaczyć własny cień na brudnej drodze.
– Jesteś na oficjalnym szlaku – oświadczył, gdy towarzysz wsparł się na łokciach i w dezorientacji rozejrzał. – Potrzebuję twojej pomocy...
TRZASK!
Uderzony prosto w twarz, Wilde automatycznie się cofnął. Z nosa buchnęła mu krew, a głowa zapulsowała z bólu. Z zamkniętymi oczami spróbował wycelować na ślepo, ale Potter zerwał się na nogi i wyprowadził następny cios, tym razem trafiając w brzuch. Gdy powietrze uciekło mu z płuc, wypuścił z dłoni różdżkę, a zanim doszedł do siebie, został mocno złapany i rzucony na ziemię. Zamroczony, zarejestrował, że Harry przygniótł go własnym ciężarem, a jedną rękę zacisnął na przedzie jego szaty.
Oczy otworzył w samą porę, aby zobaczyć kolejną nadciągającą pięść.
– Gdzie Albus? – ryknął Potter, przy okazji opluwając go śliną.
Zamrugał i w słońcu zobaczył zarys górującego nad nim człowieka. Na twarzy miał maniakalny wyraz, wzrok dziki i rozbiegany, a włosy skołtunione.
– Nie wiem... – Fango nie dokończył zdania, gdyż znów został uderzony, mocniej niż poprzednio.
Zaczął czuć się otumaniony. Bycie obijanym nie należało do jego ulubionych rozrywek. Do ust spłynęła mu stróżka ciepłej, słonej krwi i mgliście się zastanowił, skąd ten mężczyzna czerpał swą siłę, skoro przez ostatnie tygodnie był ledwo żywy.
– Gdzie jest Albus?
– Nie wiem, naprawdę nie wiem!
TRZASK!
Pięść dosięgła mu ust i w konsekwencji Fango coś połknął. Sekundę później zdał sobie sprawę, że był to ząb.
– Gdzie jest mój syn?
– Z Fairhartem! – sapnął rozpaczliwie, przepełniony nadzieją, że chłopiec rzeczywiście nadal jest z Sancticusem. – W więzieniu...
Automatycznie zamknął oczy, w pełni przygotowany na kolejne uderzenie, ot tak dla samej zasady. Odczuł jednak ulgę, kiedy Potter z niego zszedł.
– Różdżka! – warknął auror, a Fango, nie mając na nic siły, ograniczył się do uniesienia ręki i wskazania mu prawej strony, czyli miejsca, gdzie upadła; nie zamierzał nawet o nią walczyć.
Wciąż nie podnosząc się z ziemi, zwyczajnie słuchał, jak towarzysz grzebie w piachu, a potem odwraca się na pięcie i energicznie odchodzi, najprawdopodobniej z powrotem do Azkabanu.
Leżał w ten sposób, nasłuchując oddalających się kroków. Kiedy nastała cisza, cały obolały, z opuchniętą twarzą i ustami pełnymi własnej krwi, spojrzał na słońce i zastanowił się, czy w ogóle będzie w stanie się jakkolwiek poruszyć. Nogi wciąż miał niczym z waty, wymęczone długą i żmudną wędrówką, zaś głowę zdecydowanie zbyt ciężką.
Jak wpakował się w tę sytuację? Odkąd przybył na wyspę, na której znajdowało się osławione czarodziejskie więzienie, jego życiu nieustannie zagrażał Sebastian Darvy. Myślami wrócił do momentu, gdy ten psychopata odkrył zdradę – dowiedział się, że przekazywał informacje Warrenowi Waddlesworthowi. Co zaskakujące, Fango zachował wówczas spokój i wbrew wszystkiemu odczuwał ulgę. Wiedział, że za nielojalność zapłatą jest śmierć, ale myśl o opuszczeniu tego świata bez zadośćuczynienia była po prostu niemożliwa do zniesienia. Schwytany odpowiadał na pytania Darvy'ego i nie wykończyły go nawet codzienne tortury. Sił dodawała mu determinacja, a iskrą nadziei okazała się ewentualna ucieczka z wyspy razem z Nikczemną Księgą. Potencjalna możliwość rozmowy z Samanthą była jedynym powodem, dla którego tak kurczowo trzymał się życia.
Księga!
Uniósł głowę i rozejrzał się wokół. Powoli podciągnął się do pozycji siedzącej, głęboko zniesmaczony chwilą słabości i wypuszczeniem drogocennego tomiszcza z rąk. Gdy odnalazł wzrokiem swój skarb, odetchnął z nieskrywaną ulgą. Potter całkowicie ją zignorował, skupiony na poszukiwaniu młodszego syna.
Wciąż nie mając sił, dotarł do niej na czworaka. Niczym szatan duszę, pochwycił Nikczemną Księgę i przycisnął ją do piersi. Nie utracił najcenniejszego. Teraz pozostało mu tylko wydostać się z wyspy.
Z trudem wstał, prawie się przewracając. Nadal nie wiedział, gdzie jest najbliższy punkt aportacyjny. Oczywiście, mógł śmiało zgadywać, ale możliwość rozszczepienia się i pozostawienia połowy ciała na Morzu Północnym była równie pocieszająca co niewola u Darvy'ego. Spojrzał przez ramię, z powrotem na olbrzymią budowlę. Wcześniej uderzały w nią strużki jasnego światła, które teraz przeobraziły się w jeden duży złocisty, wspaniały promień. Fango nie sądził, aby jego źródłem był Prawa Ręka Śmierci, czy też potworna, zgromadzona na cmentarzu armia...
Czy starcie zakończyło się zwycięstwem Zjednoczonego Ministerstwa? Czy aurorzy będą się za niedługo zbierać? Ich odwrót to szansa, na którą od dawna czekał – jedyna sposobność na opuszczenie wyspy. Westchnął i zaczął truchtać w stronę Azkabanu, a wielki snop światła wyznaczał mu właściwy kierunek.
Ciężka i niewygodna w noszeniu, Nikczemna Księga straszliwie mu ciążyła. Niezdolny do niesienia jej pod pachą, obejmował ją ramionami, przyciśniętą do klatki piersiowej. Wyglądał wręcz absurdalnie – zupełnie jak nieśmiała, wracająca ze szkolnej biblioteki uczennica ze stosem podręczników. Przez chwilę rozważał ukrycie tomiszcza i wrócenie po niego w drodze powrotnej, ale szybko odrzucił ten pomysł. Był przekonany, że gdyby zostawił gdzieś Księgę, potem miałby problem z jej odnalezieniem. Zamiast tego zacisnął mocno zęby, a ból twarzy z jakiegoś powodu narastał z każdym postawionym krokiem. Ciepła krew zaś skapywała mu po brodzie, wprost na zbielałe z wysiłku kłykcie.
Przyspieszył na ponad dziesięć minut, gdyż pragnienie opuszczenia wyspy przeważyło nad zmęczeniem. Im bardziej przybliżał się do więzienia, tym szczegóły okolicy stawały się lepiej widoczne, nawet złocisty promień. Począwszy oględziny od poziomu gruntu, aż po chmury, dostrzegł w górze dziwaczny czarny kształt, jakby małą, ciemną gwiazdę. W sumie trochę przypominała nawet człowieka...
W końcu zobaczył także cmentarz, a sceneria sprawiła, że Fango zatoczył się do tyłu i przewrócił na plecy, podczas gdy Nikczemna Księga prawie zmiażdżyła mu żebra. Przed nim rozciągała się prawdziwa forteca umarłych.
Wszędzie leżały ciała. Ludzie w białych, zakrwawionych szatach zakrywali każdy cal gołej ziemi niczym farbowany dywan, a dodatkowo wiele z nich było przewieszonych przez nadkruszone, bezimienne nagrobki. Co dziwniejsze, ich zabójcy również zastygli w bezruchu.
Siluety, które całkowicie go przerażały, stały zupełnie nieruchomo. Ich długie, zakończone szponiastymi dłońmi ramiona wisiały luźno po bokach, a koślawe ciała były głęboko osadzone w gruncie. Tak bardzo różniły się od tych krwiożerczych, nieprzewidywalnych istot, które zdążył dotąd poznać – a przecież naoglądał się sporo wyrwanych przez nie kończyn, czy też nasłuchał się wielu nieludzkich skrzeków. Zgromadzone na cmentarzu siluety sprawiały wrażenie kamiennych posągów, wpatrzonych w strumień światła. Wszystkie, jak jeden mąż wyglądały, jakby zgodnie uznały, że złota struga jest niesamowicie interesująca i pociągająca, a nawet jakby trochę się jej obawiały. Armia bestii przypominała hordę czcicieli...
W bezruchu zastygły nawet nekromaki – spuściły smętnie łby, wyraźnie pozbawione celu. Nie ruszały się także czarne ptaszyska, które Fango naprawdę rzadko widywał. Niektóre przysiadły nawet na ramionach siluet, przez co kojarzyły się z udomowionymi, wiernymi pupilami.
W ruchu była tylko jedna postać. Nie bestia, a człowiek – Harry Potter.
Biegł on przed siebie, bez ładu i składu wymachując rękoma, również wpatrzony w złoty strumień. Fango przystanął w miejscu i zdecydował się na obserwację z daleka. Nie mógł dosłyszeć wykrzykiwanych przez aurora słów. Wcześniej tego nie zauważył, ale nagle zerwał się duży wiatr, którym swoim szumem zagłuszył wszystko inne oraz uniemożliwił zrozumienie krzyków.
Co Potter w ogóle wyprawiał? Przecież powinien był wykorzystać tę dywersję, aby wejść do więzienia i odnaleźć syna...
Wtem zrozumiał. Poznawszy tożsamość czarnej gwiazdy, jakby w zwolnionym tempie przeniósł wzrok na cylindryczny promień.
Chłopiec wisiał niczym na sznurkach – wysoko w górze, co najmniej na sto stóp, z rękoma luźno po bokach, trochę zgarbiony, z głową skierowaną w dół. Fango z ledwością dostrzegł te szczegóły, bo światło zwyczajnie go oślepiało, jednakże podobieństwo do poddanej lalkarzowi marionetki było uderzające. Zdawszy się na instynkt, dokonał dedukcji i postawił teorię. Młodzieniec niczego nie kontrolował albo nawet, co zdecydowanie gorsze, nie był świadomy swoich działań. Najprawdopodobniej przyjął formę cielesnego naczynia, opętanej mocą istoty, którą teraz ujarzmiono. I pomyśleć, że niegdyś Sebastian Darvy przechwalał się okiełznaniem tej potęgi.
Nawet z poziomu gruntu, Fango zarejestrował ruch. Chłopiec w dziwny sposób, jakby kimś kierowany, uniósł prawą rękę, a następnie przeciął nią powietrze. Z ziemi wystrzelił złoty strumień, niewymownie wspaniały, i nim minęła sekunda, dosięgnął murów więzienia.
Fango nigdy nie słyszał głośniejszego grzmotu. Wyglądało to tak, jakby tysiące piorunów wyśmiewały się z pozornie niezniszczalnego Azkabanu. W chwili, gdy promień dotknął litego kamienia, ten po prostu się rozpadł. Konstrukcja budowli została naruszona, a obiekt się osunął. Wybuch zniszczył górną część twierdzy, przez co odłamki – mniejszej lub większej wielkości – zaczęły zasypywać cmentarz. W międzyczasie chłopiec machnął drugą ręką, ponownie tworząc podobnie ukierunkowany, świetlisty strumień. Na skutek uderzenia wzmógł się wiatr, a Wilde prawie się przewrócił.
Fale nieustannie zalewały więzienie, a z nieba leciał gruz, często miażdżąc siluety, które... zachowywały się osobliwie. Co prawda, Fango kątem oka nadal obserwował chłopca, jego otwierające się i zamykające w niemym krzyku usta, ale przede wszystkim był skupiony na rozciągniętej przed sobą scenie. Siluety zgodnie opadły na jedno kolano i schyliły obrzydliwe głowy, jakby w pobożnej modlitwie. Mimowolnie przywodziły na myśl podporządkowanych królowi chłopów albo niewolników pana. Zobaczywszy to, młodzieniec w charakterystyczny sposób wyciągnął obie ręce, przypominając witającego poddanych władcę...
Gdy wykonał ostry ruch, stworzenia zaczęły się rozkładać – starzeć w przyspieszonym tempie – aby w ostateczności obrócić się w popiół, który wiatr rozwiał po całym cmentarzu. Chwilę potem ich śladem poszły wierzchowce i ptakopodobne istoty. Nim minęła minuta, cmentarzysko opustoszało, zupełnie jakby armia nieumarłych nigdy nie istniała. Jedyne, co po niej pozostało, stanowiąc dowód w sprawie, to osiadły na ciałach poległych aurorów szary pył. Podczas całego zamieszania Harry Potter był nieugięty – chociaż niesłyszany, kurczowo trzymając się nagrobka, raz za razem nawoływał syna.
Wtem z Azkabanu wybiegło kilka wyraźnie przygotowanych do bitwy postaci. Wszystkie odziane były w czarne szaty, a na twarzach przyczepione mieli znajome czerwone maski. Najprawdopodobniej Darvy wysłał niewielki oddział, aby wyeliminował zagrożenie, a Fango pomyślał, że nigdy nie widział bardziej nierównej i niesprawiedliwej walki. Niczym na znak, czarodzieje wystrzelili w kierunku chłopca tuzin zaklęć, głównie zielonych, ale żadne nie dosięgło celu. Więzienie nadal kruszyło się od góry, kamienne odłamki wciąż spadały na ziemię, a rzucone klątwy po prostu trafiały w beton. Chcąc uniknąć zmiażdżenia, nieszczęśnicy musieli unikać fragmentów ścian – wielu nie było w stanie, przez co ich życie zakończyło się nagle i brutalnie.
Wilde nie potrafił podjąć decyzji. Instynkt podpowiadał mu, aby uciekał i ratował skórę, ale po prostu nie potrafił oderwać od młodzieńca oczu; otaczające go złoto naprawdę hipnotyzowało.
Rozgromiwszy armię, chłopiec zaczął opadać. Nie leciał, a raczej się obniżał. Gdy wyprostował plecy i uniósł głowę, wydawał się mieć choć marginalną kontrolę nad własnym ciałem. Spłynął w dół, jakby prześlizgiwał się przez rurę, a kiedy dotknął stopami ziemi, złota poświata zniknęła, a wiatr przestał wiać.
Ojciec natychmiast do niego podbiegł i złapał za ramiona. Otoczony przez ciszę, Wilde w końcu mógł zrozumieć jego słowa.
– Albusie! Albusie! – krzyczał Harry, potrząsając synem, który sprawiał wrażenie odrętwiałego. Fango przekrzywił głowę i zobaczył, że pomimo braku świetlistej poświaty, oczy chłopca nadal złowieszczo błyszczały. – Spójrz na mnie, Albusie! Spójrz, musisz przestać...!
Wtem z więzienia, niczym cmentarna hiena, wyłonił się Sebastian Darvy. Nie przywdział maski, odsłaniając prymitywne oblicze, a jego brudne, splątane blond włosy opadały mu na ramiona. W prawej ręce ściskał Smoczą Różdżkę, a potem, nawet się nie wahając, wycelował w dwóch Potterów. Starszy, który nawet go nie widział, odwrócony plecami i skoncentrowany na dziecku, stanowił doskonały cel.
Z różdżki wystrzeliła smuga zielonego światła, szybując w linii prostej. Fango chciał krzyknąć ostrzegawczo, ale nadal był zbyt zszokowany tym, co się stało, a zaklęcie mknęło niczym burza...
Praktycznie w ostatnim momencie chłopiec poderwał do góry głowę, złapał swojego ojca za ramię i odsunął go na bok, jakby to właśnie on powinien być chroniony. Potem wyciągnął rękę do przodu i właśnie wtedy klątwa dosięgła jego palców...
Wbrew wszystkiemu, nie umarł. Fango z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami, a Harry z przerażeniem patrzyli, jak czar przez moment kumulował się w dłoni młodzieńca, aby ostatecznie przybrać formę zielonej, świetlistej kuli. Albus zacisnął dłoń w pięść, a ładunek natychmiast zniknął. Szmaragdowe światło rozpłynęło się w powietrzu, pozostawiając po sobie tylko dym. Uśmiech spełzł z twarzy Darvy'ego, który z wytrzeszczonymi oczami nadal trzymał w górze Smoczą Różdżkę, najprawdopodobniej nie pojmując tego, co się wydarzyło.
Fango zrozumiał, a przez to nie mógł oderwać wzroku od chłopca, który obejmował ojca w ochronny sposób. Wnioskując po jego wciąż błyszczących złotem oczach, Wilde wywnioskował, iż w tej chwili młodzieniec nie jest jedynie Albusem Potterem.
Wrócił wspomnieniami do Czerwonej Wojny. Kilka lat temu Ares powiedział mu o mocy, której szczerze pragnął – o sile posiadania w sobie setek dusz, stanowiących pozostałości po poprzednich właścicielach Smoczej Różdżki. Reg był przekonany, że siluety w pełni podporządkują się tylko i wyłącznie swojemu panu. Kiedy chłopca dosięgła Avada Kedavra, ten miał w sobie wiele, wiele dusz, a więc zabicie go wymagałoby równej ilości zaklęć uśmiercających.
Wtem Albus upadł. Harry Potter zawył i opadł na kolana, desperacko potrząsając dzieckiem za ramiona, najwyraźniej również nie rozumiejąc powagi sytuacji. Darvy przez chwilę stał pośrodku cmentarza, zupełnie zagubiony, a następnie odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać z powrotem do więzienia, zbyt przerażony, żeby czegokolwiek więcej próbować. Gruz wciąż sypał się z wierzchołka budowli, choć nie tak jak z początku, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Odniósłszy porażkę, wracał z podkulonym ogonem z zamiarem opuszczenia wyspy razem ze swoimi ludźmi. Potter nadal trzymał syna w ramionach, kołysząc go w tył i w przód. W przeciwieństwie do swojej postawy sprzed kilku minut chłopiec wyglądał teraz na słabego i ospałego.
Pomoc nadeszła niespodziewanie. Kiedy Fango odwrócił się w stronę nagłego dźwięku, zobaczył szereg białych szat, biegnących wzdłuż szlaku. W mig zrozumiał, że przybył drugi oddział ze Zjednoczonego Ministerstwa – druga spodziewająca się bitwy setka czarodziejów.
Natychmiast wykorzystał swoją szansę. Rozejrzał się dziko dookoła i wypatrzywszy martwego aurora zaledwie trzydzieści stóp dalej, rzucił się w jego kierunku. Po drodze zignorował zawodzącego Pottera, a gdy dotarł do celu, prawie zwymiotował, widząc zmasakrowane do cna ciało. Szybko i zręcznie zdjął z trupa zakrwawione szaty, a następnie zapiął pelerynę pod samą szyję. Kiedy Ministerstwo będzie identyfikować ofiary Diablego Aliansu, przez wzgląd na rozpłataną twarz, nikt nie rozpozna poległego aurora. W szatach ukrył Nikczemną Księgę, po czym rzucił się na ziemię, aby przemoczone ubranie przylgnęło i przykleiło się do jego skóry.
– Pomocy! – zawołał do nadbiegającego wsparcia, z trudem wstając i podpierając się o pokruszony nagrobek, jak gdyby był ciężko ranny. – Pomocy!
– Mamy ocalałego!
Słysząc krzyk, Fango odetchnął.
Jako pierwsza dotarła do niego kobieta w średnim wieku. Miała wyjątkowo cienkie usta oraz potargane brązowe włosy.
– Gdzie jesteś ranny? – zapytała rzeczowo i przykucnęła, ignorując przemarsz ministerialnych wojsk.
– Wszędzie. – Wilde skrzywił się z bólu, którego w sumie nawet nie musiał wyolbrzymiać i złapał się za klatkę piersiową, gdzie materiał ubrania był szczególnie przemoczony. – Potrzebuję... do Munga... – Nie chcąc stracić ani słowa z toczących się wokół rozmów, jednocześnie nadstawił uszu. Spośród zaskoczonych sapnięć i niedowierzających szeptów, wyłapał między innymi zdanie: „Na brodę Merlina, to Harry Potter!".
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała czarownica, a następnie odwróciła się i zerknęła poprzez ramię. – Wy – zabierzcie tego człowieka z powrotem na szlak i deportujcie się z nim. Potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej!
Kobieta w pocieszającym geście klepnęła Fango w ramię, a dosłownie sekundę potem został on ostrożnie podźwignięty na nogi przez dwóch krzepkich członków Zjednoczonego Ministerstwa. Ich uścisk był mocny, chociaż uważali, żeby nie uszkodzić mu rąk.
– Możesz chodzić? – zapytał z troską jeden z nich.
Kiedy Wilde potwierdził, zaczęli się przeciskać poprzez tłum. Nikczemna Księga wciąż była bezpiecznie ukryta.
W drodze Fango się obejrzał. Aurorzy otoczyli Potterów i nawet z tej odległości widział, że chłopiec się nie poruszył, chociaż udręczony Harry ciągle nim potrząsał i lamentował. Mimowolnie się zastanowił, czy dziecko kiedykolwiek się obudzi. Gdy ponownie spojrzał na bezpieczną ścieżkę – przepustkę na wolność – uświadomił sobie jeszcze jeden istotny fakt, który wcześniej, nie wiedząc jakim cudem, zwyczajnie przeoczył.
Albus Potter walczył na cmentarzu, a gdzie podział się San...?
Uśmiechnął się smutno i pozwolił, aby zawładnęła nim fala różnych, czasem sprzecznych emocji. Kiedy oddalili się na tyle, że zamieszanie z tyłu przestało być słyszalne, postanowił wziąć się w garść. Czas odzyskać wolność.
