30. KRES JEDNOŚCI
Otaczała go miękkość. Ciepło falami rozchodziło się po jego ciele i chociaż mógł swobodnie się poruszać, czuł się ospały, zupełnie jakby komfort całkowicie go usidlił. Albus parł naprzód poprzez oślepiające światło, jedną ręką – w miarę możliwości – dając oczom trochę wytchnienia. Kiedy stąpał po równie białej podłodze, kroki niosły się echem. Strach, który wcześniej odczuwał, odszedł w niepamięć, zastąpiony dziecięcą ciekawością oraz kilkoma nieskładnymi myślami. Wszystko zniknęło – cmentarz, a także te szkaradne stworzenia. Gdzie się teraz znajdował?
Nie, żeby miało to wielkie znaczenie, gdyż i tak nie mógł się zatrzymać. Utrzymywał miarowe tempo, chociaż nie wyglądał, jakby zbliżał się do źródła światła. Nie rozumiał gdzie jest, ani dlaczego się tak czuje – paradoksalnie mile i pusto w środku. Kontynuował bezowocny marsz, choć w gruncie rzeczy było mu całkiem przyjemnie...
Powoli otworzył oczy. Światło świeciło mu nad głową, choć wydawało się sztuczne – w porównaniu do przyciągającej jasności sprzed chwili było po prostu nijakie. Wizję miał zamgloną, więc żeby coś na to poradzić, spróbował poruszyć rękoma, ale bezskutecznie. Czuł się jakby spętany niewidzialnymi więzami. Podjąwszy próbę, przekonał się, że nogi także odmawiały mu posłuszeństwa. Z niewiadomych powodów stał się więźniem własnego ciała. Było mu, co prawda, ciepło i wygodnie, ale komfort nie rekompensował paraliżu. Mocno przestraszony, ponownie spróbował się poruszyć...
– W końcu się obudziłeś!
Z trudem uniósł głowę i nieoczekiwanie odzyskał władzę w rękach. Rozejrzał się wokół dziko, a wzmożona czujność sprawiła, że wzrok mu się wyostrzył. Sala była niejasno znajoma, ale najważniejsze ujrzał, dopiero kiedy gwałtownie odwrócił głowę w bok. Niedaleko niego siedział blady i jasnowłosy czarodziej z szeroko otwartymi oczami i ustami.
– Scorpius...?
– Niezupełnie – odpowiedział Draco Malfoy. – Byłeś blisko.
Albus ponownie się rozejrzał, a potem dopuścił do głosu swój rozum i spojrzał w dół, na więzy, które uniemożliwiały mu ruch. Jak się okazało, opatulony był wspaniale grubymi, ciężkimi kocami, tak różnymi od wyświechtanych kołder, którymi się przykrywał, gdy spał w chatce Sancticusa...
Fairhart.
Azkaban!
Serce niemalże wyskoczyło mu z piersi.
– Gdzie...? Gdzie...? – Zamrugał gwałtownie. – Gdzie jestem...? Co...?
– Naprawdę nie wiesz? – zapytał Draco, siedząc na wygodnym fotelu i wyglądając, jakby spędził w nim kilka dobrych godzin. – Masz problem z rozpoznaniem własnej sypialni?
Albus w końcu wyswobodził ręce spod koców, a następnie przetarł oczy. Zamrugawszy wściekle, przyjrzał się ścianom. Naprawdę był w swoim pokoju, ale... to po prostu niemożliwe. Zwyczajnie nie mógł leżeć we własnym łóżku, bo przecież rezydencja Potterów była o kilometry od wyspy i jej potworności...
– Co...? Że jak...?
– Spokojnie. – Malfoy zmarszczył brwi. – Jak widzisz, akurat wypadła moja kolej warty – dodał półgłosem. – Ze wszystkich możliwych, bardziej przygotowanych ludzi, padło właśnie na mnie. Najwyraźniej nie znalazła się tu mniej odpowiednia osoba – prychnął.
– Kto...? Stał pan na warcie? – Z niemałym trudem Albus podźwignął się do pozycji siedzącej. Wciąż czuł bolesne kłucie w klatce piersiowej. – Czyli dopiero... się obudziłem...? Jak długo byłem...?
– Połóż się z powrotem – przerwał mu w pół pytania Draco, a potem lekko popchnął go do tyłu. – Nie zdziwiłbym się, gdybyś akurat w moim towarzystwie stracił przytomność. Ot, całe moje szczęście. Z drugiej jednak strony... – dotknął niby w zamyśleniu brody – ...mógłbym powiedzieć, że nigdy się nie obudziłeś.
– Co się dzieje? – zapytał, zdezorientowany.
– Naprawdę nie powinienem być tym, który wszystko ci wyjaśni – podsumował czarodziej, brzmiąc na trochę zdenerwowanego, a następnie wstał i uniósł ręce, jakby w geście niewinności. – Pilnowałem cię, bo pomyślałem, że ta biedna dziewczyna potrzebuje trochę snu.
– Mirra...?
Draco odetchnął z ogromną ulgą, zadowolony, że nie musi udzielać bardziej szczegółowych wyjaśnień.
– Owszem, spędziła na tym fotelu wiele nieprzespanych nocy. Ciągle do ciebie mówiła, potem płakała. Powiedziałbym, że zachowywała się podobnie do twojej matki.
– Wiele nocy...? – Chłopiec potarł nerwowo czoło. Nie mógł przetrawić tego, co właśnie usłyszał. – Jak długo byłem nieprzytomny?
– Prawie dwa tygodnie.
Albusowi opadła szczęka.
– Że co...? To niemo...
– Spokojnie – powiedział na pozór kojąco Draco, ale jego postawa nadal zdradzała zdenerwowanie. – Na razie się połóż.
– Co się wydarzyło? – Nawet nie myślał ustępować, rozglądając się po swoim pokoju, jakby sypialnia skrywała odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania. – Co...? Jakim cudem...?
Malfoy podrapał się za uchem.
– Widzę, że nie przestaniesz drążyć tematu, dopóki nie zdradzę ci szczegółów – dopiero wtedy dasz mi odetchnąć – stwierdził, zirytowany i usiadł z powrotem. – W porządku. Spróbuję przybliżyć ci sytuację, najlepiej jak potrafię. Co chcesz wiedzieć najpierw...?
– W jaki sposób opuściłem wyspę? – zapytał piskliwie Albus, cały się trzęsąc. Wszechobecne ciepło oraz życzliwa atmosfera stanowiły wyraźny kontrast do wydarzeń, które wcześniej przeżył i po prostu trudno mu było się na nowo przystosować. Myślami wrócił do kreatur z cmentarza, do nieustannych zionięć ogniem oraz do olbrzymiej, przypominającej lamparta bestii, która niemalże oderwała mu głowę. Nie mogąc się powstrzymać, paranoicznie zerknął w kierunku drzwi, jakby w obawie, że do sypialni zaraz wpadnie niebezpieczne stworzenie.
– Zostałeś deportowany – odpowiedział Draco tonem, jakby bardzo się powstrzymywał od dodania „przecież to oczywiste".
– Przez kogo...?
– Przez swojego ojca, a także przybyły na miejsce oddział...
– Tata się ze mną deportował? – Albus odetchnął z ulgą, a przytłaczający ciężar, z którego wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy, natychmiast spadł mu z serca. – Tata...?
Jak to możliwe? Ostatnim razem widzieli się w więzieniu, prawda? Harry był nieprzytomny, prowadzony przez... Wilde'a.
Z wściekłości zacisnął pięści.
Fango Wilde.
– Wszystko dobrze? – zapytał Malfoy, brzmiąc na dość mocno zaniepokojonego.
Albus podniósł wzrok.
– Jak mój tata...? To znaczy...
– Cóż, pomoc nadeszła wkrótce po tym, jak unicestwiłeś wrogą armię, a wtedy wystarczyło tylko odnaleźć najbliższy punkt aportacyjny.
– Co takiego...? Armia została zniszczona? Przez kogo...? – spytał, owładnięty pierwszą częścią zdania. Ostatnie, co pamiętał, to cosekundowe upadki czarodziejów w białych szatach. Może po prostu było ich więcej, aniżeli widział, i po dłużącej się bitwie w końcu wygrali? Może naprawdę udało się osiągnąć to, co obiecał społeczeństwu Waddlesworth?
Draco się skrzywił.
– To twoja zasługa, Albusie – powtórzył delikatnie. – Unicestwiłeś armię Darvy'ego.
– Słucham...? – Był otumaniony. Co za głupstwa opowiadał tata Scorpiusa? – Nie, przecież... Hm, to prawda – powiedział, sam sobie potakując; nagle stał się bardzo świadomy. – Zniszczyłem kilka stworzeń – może ze dwa lub trzy, ale to tyle co nic w porównaniu do ogromu armii...
Czarodziej potrząsnął głową.
– Unicestwiłeś całą armię. I, z tego, co usłyszałem, dokonałeś tego ze względną łatwością.
– Niemożliwe – stwierdził stanowczo. – Niby jak miałbym...?
– Twój ojciec był świadkiem. – Malfoy zmarszczył brwi.
Chłopiec się zagapił.
– Niby jak...?
– Jeżeli chodzi o zawiłości, twoje przypuszczenia są równie dobre co moje. – Draco wzruszył ramionami. – Ogólnie rzecz biorąc, twój ojciec twierdzi, iż tę sytuację można przyrównać scenie z unoszącym się w powietrzu pociągiem.
Albus spuścił wzrok, desperacko wertując swe wspomnienia. Chciał przywołać w pamięci wszystko, co wydarzyło się na cmentarzu. Jakkolwiek by nie próbował, ostatecznie widział tylko i wyłącznie rzeź oddziału Zjednoczonego Ministerstwa – od tamtego momentu miał pustkę w głowie. Kiedy lewitował szkolny ekspres, przynajmniej w pewnym stopniu nad sobą panował, tocząc nieustanną wewnętrzną walkę. Z jakiegoś powodu obserwowanie potwornych bestii w akcji doprowadziło do przemiany, która całkowicie odcięła go od rzeczywistości, przez co nie zarejestrował swoich działań.
– Czy... czy zabiłem kogoś? – zapytał powoli, nie chcąc okazać zmartwienia.
– Możliwe. – Draco znów wzruszył ramionami. – Żeby być uczciwym, Albusie, sprawiałeś wrażenie nieobecnego duchem człowieka. Sposób, w jaki twój ojciec opisał proces destrukcji, był też chaotyczny, zwłaszcza od momentu... Chwila, niczego nie pamiętasz?
Albus zmarszczył brwi i gwałtownie potrząsnął głową. Malfoy przez dobrą minutę po prostu lustrował go wzrokiem, a potem przybrał twardszy wyraz twarzy.
– Obejrzyj swoją rękę, chłopcze.
Ślizgon automatycznie podniósł prawą rękę, ale zupełnie nic nie zauważył. Zreflektował się, usłyszawszy drwiące parsknięcie towarzysza, i sprawdził drugą. Zmianę na skórze zobaczył, dopiero gdy zerknął z drugiej strony.
Coś ciężkiego osiadło mu na żołądku.
Lewą dłoń szpeciła mu blizna. Niczym nie przypominała nawet ładnie wyglądającej błyskawicy na czole ojca, czy też ostrza miecza na klatce piersiowej brata. W rzeczywistości nie przybrała żadnego konkretnego kształtu, a po dłuższych oględzinach zaczęła przywodzić na myśl chmurę – ot, blady, nijaki obłoczek, w dotyku gruby i twardy.
– Jak...?
– Nie potrafię wyjaśnić, w jaki sposób pokonałeś armię koszmarnych stworzeń – podsumował Draco. – Dlaczego więc sądzisz, że wytłumaczę ci, jak przeżyłeś klątwę zabijającą?
Albus wytrzeszczył oczy. W szoku przez moment łudził się, że wspomnienie zaklęcia, którym oberwał, sprawi, że w jego umyśle pojawi się obraz, że będzie to punkt zwrotny w opowieści – nadaremnie. Kiedy patrzył na swoją dłoń, nie targały nim emocje, a obojętność.
– Zapewniam, że nie musisz się martwić. W sumie jesteś cały i zdrowy. Odpowiednio się tobą zajęliśmy – kontynuował mężczyzna. – Poza tym, że prawie umarłeś z wycieńczenia, byłeś w dobrym stanie fizycznym. Wszystko wskazuje na to, że klątwa nie wywołała żadnych negatywnych konsekwencji.
– Kogo ma pan na myśli, mówiąc „my"...? – Ślizgon podniósł wzrok. – Kto tu jeszcze pomieszkuje...?
– Cóż, całkiem sporo ludzi. Panna Tunnels – jak już wcześniej powiedziałem, jej priorytetem było łkanie nad tobą przy każdej możliwej okazji. Oczywiście, najbliżsi przyjaciele: Scorpius i pan Vincent. Twoja rodzina, chociaż zazwyczaj wpadali na trochę i wychodzili; mało kto nocował. Kilku dobrych znajomych twojego ojca, a wśród nich profesor Hagrid oraz profesor Longbottom...
– Co takiego...? – zapytał, zdezorientowany. – Czemu... czemu nie siedzieliście w szkole?
Podczas pobytu na wyspie często dumał nad Hogwartem. Myśl, że jego bliscy nie byli do końca bezpieczni, pogłębiała przygnębienie. Czy wszyscy opuścili szkołę? Czy młodsze kuzynostwo naprawdę chciało mu towarzyszyć? To interesujące, ale nauczyciele z pewnością mieli obowiązek pozostać w miejscu pracy...
Wtem ujrzał ponurą twarz Dracona.
– Na razie... Hogwart jest zamknięty.
– Słucham? – spytał, zbity z tropu. – Dlaczego miałby...?
– Najprawdopodobniej jesteś w tyle z najnowszymi wiadomościami. Nie wiesz, co się wydarzyło, kiedy zaatakowano pociąg, prawda? – Malfoy usiadł wygodniej w fotelu, jakby pogodzony z rolą, jaka mu przypadła.
Z początku chłopiec chciał zaprzeczyć. Fairhart przekazał mu garstkę informacji na temat stanu szkoły, ale przyznanie się do tego byłoby głupim posunięciem, zwłaszcza że nie wiedział wystarczająco dużo. Ostatecznie potrząsnął głową.
– Hogwart stał się bardziej przystanią, aniżeli placówką edukacyjną. Zginęli uczniowie, Albusie. Zginął profesor Handit. Atak na pociąg nie odebrał tylko żyć, a również poczucie bezpieczeństwa, które miało wcześniej społeczeństwo. I chociaż Hogwart bez cienia wątpliwości jest jednym z najlepszych schronień w gorszych czasach... wielu rodziców miało odmienne zdanie. Uczniowie byli zabierani ze szkoły praktycznie codziennie. Zaczęły krążyć plotki, jakoby Hogwart miał zostać zaatakowany, więc przerażeni rodzice uznali, że lepiej będzie się ukryć, aniżeli zostawić dzieci na wyznaczonym polu walki. Szkoła pozostała jednak otwarta dla wszystkich, którzy szukali bezpieczeństwa, a biorąc pod uwagę, iż w tamtym czasie była jeszcze chroniona przez Zjednoczone Ministerstwo, nie pozostała pusta.
– Co się potem stało? – drążył dalej ślizgon, zmartwiony.
– Nie powinieneś pytać o wydarzenia, których byłeś świadkiem – stwierdził bez ogródek Malfoy.
– Mówiłem, że...
– Na twoich oczach zginęły setki ludzi. Widziałeś przecież potyczkę przed Azkabanem.
– Tak, ale właśnie na tym polegał plan Waddleswortha. Od samego początku zamierzał wysłać przodem oddział aurorów...
– Warren Waddlesworth jest skończony, Albusie. – Coś na kształt uśmiechu przemknęło przez twarz Dracona. – Został zdymisjonowany dzień po bitwie.
Chłopcu opadła szczęka. To, co usłyszał, było po prostu niemożliwe. Waddlesworth cieszył się ogromną sympatią czarodziejskiego społeczeństwa oraz urzędników z Ministerstwa Magii. Jakim cudem został w mig strącony z piedestału, na który tak chętnie go wyniesiono?
– Kto go odwołał?
– Ludzie, Albusie.
– To w ogóle możliwe?
– Cholera, oczywiście. Wedle pierwotnego prawa, społeczeństwo wybiera Ministra oraz w razie niezadowolenia, może go odwołać ze stanowiska. Spójrz na to z innej perspektywy. Jeżeli każda osoba, która wcześniej na ciebie głosowała, wychodzi na ulicę, wywołuje zamieszki i żąda twojej dymisji, posuwając się nawet do gróźb śmiercią, nie pozostaje nic innego do zrobienia, jak podążenie za ciosem, prawda?
– Czyli... kto jest teraz u władzy?
– Nadal nie rozumiesz. – Uśmiechnął się krzywo Draco. – Nie mamy Ministra Magii. Nie mamy Ministerstwa.
Albus potrzebował dłuższej chwili, aby przetrawić słowa, które jakby zawisły w powietrzu.
– Rząd nie istnieje...?
– Owszem – podsumował mężczyzna.
– Bez sensu. – Potrząsnął głową, chcąc się pozbyć tej niedorzeczności. – Ktoś musi grać pierwsze skrzypce. Przecież co miesiąc zwalniane są grupy ludzi, a ministrowie praktycznie codziennie...
– Sytuacja jest bardziej delikatna – stwierdził Malfoy. – Waddlesworth ani nie miał bezpośredniego następcy, ani nie podążał zwyczajową ministerialną ścieżką kariery. Kiedy Minister Magii z jakiegoś powodu zostaje zdymisjonowany, władza przechodzi w ręce jego najbliższych współpracowników. Prawda jest niepodważalna: Waddlesworth rządził Zjednoczonym Ministerstwem jedynie poprzez połączenie go z własną organizacją straży obywatelskiej. Czy ma jakiegoś zastępcę? Może tego wielkiego łysego faceta? Myślisz, że powinien zostać nowym Ministrem?
Albus się zagapił.
– Co takiego? Nie!
– Przewodnictwo Waddleswortha, pomimo całego związanego z nim szumu, okazało się jednym z największych fiask w czarodziejskiej historii. W ciągu zaledwie miesiąca narobił strasznego ambarasu. Swoje rządy zaczął od wypowiedzenia wojny, czego konsekwencją było zaatakowanie pociągu pełnego dzieci. Ostatecznie poprowadził rzeszę ludzi na pewną śmierć. Plotka głosi, że Warren Waddlesworth jest mądrym człowiekiem, ale tym razem przeszedł samego siebie – zabrał się za coś, czemu nie potrafił sprostać. Lepiej by wyszedł, gdyby ograniczył się do przewodzenia renegatom, a zaniechał rozszerzania swoich wpływów na całą czarodziejską populację.
Wtem w głowie Albusa zapaliła się lampka. Owszem, Waddlesworth poprowadził ludzi na śmierć, ale osiągnął zamierzony cel.
– Kiedy armia Darvy'ego zniknęła! Ciągle do tego dążył, prawda? – argumentował, nawet nie wiedząc, dlaczego tak zażarcie broni mężczyzny, z którym poniekąd łączyły go interesy. Może po prostu wolał bazować na jego kompetencji, zamiast na anarchii. – Obiecał, że pokona wrogą armię, i tak też uczynił – nieważne jak.
– Waddlesworth nie spełnił wszystkich swoich obietnic, a te, których rzeczywiście dotrzymał, pozostawiły po sobie gorzki posmak. W gruncie rzeczy obiecał upadek Prawej Ręki Śmierci, który ostatecznie zbiegł z wyspy. Niestety, zabrał przy okazji znacznie więcej, niż wcześniej przypuszczano.
– O czym pan mówi? W jaki sposób Darvy opuścił wyspę...?
Draco westchnął.
– Pierwsza fala Zjednoczonego Ministerstwa padła ze szponów potwornej armii. Kiedy nadeszła druga fala – na którą składał się oddział liczniejszy w renegatów – z bitwy pozostał tylko proch, a Darvy dysponował nadprogramowymi zasobami ludzkimi. Waddlesworth pomylił się w obliczeniach, bo nie wziął pod uwagę, iż Darvy może zachować przy życiu tylu więźniów. Być może utracił swoją koszmarną armię, ale Diabli Alians w międzyczasie bardzo się rozrósł. Skazańcy przyłączyli się do Prawej Ręki Śmierci, a potem wspólnymi siłami zaatakowali Zjednoczone Ministerstwo. Darvy wiedział, gdzie jest punkt aportacyjny, więc ostatecznie wszyscy opuścili wyspę. Waddlesworth miał nadzieję, że starcie na cmentarzu będzie pierwszą i ostatnią bitwą, ale skończyło się na setkach trupów, zniszczonym niezdatnym do użytku więzieniu oraz zupełnie nowym zagrożeniu. Wyspa stała się bezużyteczna. Wszyscy przeżyli skazańcy zasilili szeregi Diablego Aliansu – wróg zwiększył swą liczebność. Co z tego, że potworna armia została zniszczona? Co powstrzymuje Prawą Rękę Śmierci przed...?
– ...powtórką – dokończył ponuro Albus, w momencie przytłoczony. Właśnie o tym mówił Fairhart; właśnie dlatego chciał ukraść Darvy'emu choć jeden z artefaktów. Najwyraźniej opuścił wyspę ze wszystkimi trzema, a więc jedyne, czego potrzebował, to nowa wylęgarnia. Najgorzej, że miał teraz o wiele liczniejszą grupę popleczników...
Warren Waddlesworth został z niczym. Zobaczywszy jego wyraz twarzy, Draco pospieszył z dalszymi wyjaśnieniami.
– Waddlesworth stał się wrakiem, cieniem dawnego siebie. Och, wciąż ma grono sojuszników, którzy tylko czekają na ponowne pławienie się w jego chwale, ale prawda jest taka, że niewart jest knuta. Oczywiście, rozumie, że z powodu złych decyzji utracił władzę nad czarodziejskim społeczeństwem. Ogólnie rzecz biorąc, jest skończony, nawet w mugolskim świecie, gdzie nigdy nie uzyskał poparcia. W końcu pojął, że nie zawsze może być o krok przed wszystkimi.
– Myślałem, że gdy armia zostanie zniszczona, nie będzie miało większego znaczenia, ile osób w trakcie zginęło...
– Naprawdę bardzo łatwo jest twierdzić, że popiera się wojnę, zwłaszcza ze świadomością, iż nie będzie więcej bitew oraz twoja rodzina jest bezpieczna. Niemniej jednak niektórzy polegli byli ojcami, matkami, braćmi i siostrami. Niektórzy opiekowali się starszymi rodzicami. Istnieje prawdopodobieństwo, że ich śmierć zostałaby lepiej przyjęta, gdyby rezultat końcowy był zadowalający, to znaczy jakby Ministerstwo zwyciężyło, Darvy został schwytany, a Diabli Alians rozgromiony. Niestety, czas stawić czoła rzeczywistości – ci ludzie zginęli na marne, Albusie. Co najwyżej, mogli przysłużyć się odroczeniu ostatecznej bitwy. Zastanów się, kogo następnego Waddlesworth wyśle na śmierć? Kto dobrowolnie odda swoje dziecko, brata lub siostrę, syna lub córkę tuż po tym, co się wydarzyło?
Pytanie, naturalnie, miało retoryczny wydźwięk, ale chłopiec chciał udzielić odpowiedzi. Wbrew chęciom, słowa ugrzęzły mu w gardle i nie mógł wyartykułować następnej myśli. Na szczęście, Draco szybko przyszedł mu z pomocą.
– Czy wiesz, dlaczego Warren Waddlesworth od samego początku był nieodpowiednim przywódcą?
Albus potrząsnął przecząco głową. Och, oczywiście, pomyślał o kilku dobrych powodach, ale doskonale wiedział, żaden z nich nie był poprawny.
– Cóż, nigdy nie cenił ludzkiego życia – podsumował krótko Malfoy. – Waddlesworth dysponował różnorodnymi narzędziami, kawałkami większej układanki. Każdemu elementowi przypisał inną wartość. Wszyscy polegli byli zaledwie...
– ...pionkami na szachownicy – wychrypiał, po czym przymknął ze zrozumieniem oczy.
– Owszem. Dopóki nie możesz zrozumieć wartości tego, czemu przewodzisz, nigdy nie będziesz prawdziwym liderem. Waddlesworth ani przez sekundę nie myślał o tym, kogo tak właściwie traci – za bardzo skupiał się na rozważaniach, co traci. Ot, kilku wyszkolonych aurorów. Nie ludzi, a pionków. W obliczeniach bazował tylko i wyłącznie na liczbach. Wmówił sobie, że dysponuje wystarczająco liczną armią, aby zniszczyć popleczników Sebastiana Darvy'ego, przypuścić szturm na więzienie oraz przynieść trofeum w postaci zwłok Prawej Ręki Śmierci. Nie uwzględnił wielu, wielu zmiennych, na przykład wybuchów emocji czy możliwości podjęcia innych wyborów. Nie przypuszczał, że azkabańscy więźniowie przyłączą się do swojego okupanta. Nie sądził, że społeczeństwo będzie troszczyć się o bliskich zmarłych. Zawęził swą perspektywę do końcowych wyników, a gdy w sumie je osiągnął, efekt, który uzyskał, był daleki do ideału. Hm, twój wuj – Ron – został oddelegowany do pierwszej fali – kontynuował wywód Draco, a Albus wytrzeszczył oczy. – Przed przypuszczeniem ataku oddzielił się jednak od swojego oddziału i zajął się organizowaniem grupy poszukiwawczej, której byłeś celem. Zastanów się dobrze, co by było gdyby okazał się jednym z pierwszych przybyłych na cmentarz aurorów. Czy gdyby Darvy zginął, nadal popierałbyś to przedsięwzięcie?
Ślizgon nie odpowiedział. Po prostu patrzył się przed siebie, przynajmniej do momentu, kiedy Draco ostrym ruchem podciągnął rękaw swej szaty, czym przykuł jego uwagę.
– Wiesz, co to jest? – zapytał mężczyzna.
Albus posłusznie spojrzał na lewe przedramię rozmówcy. Tak jak się spodziewał, zdobiła je blizna, zupełnie niepodobna do tej, którą miał na dłoni. Nawet na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie dokładniejszej – stanowiła pozostałość po niegdyś uwznioślanej czarnej magii; lekko rozmazany zarys czaszki.
– Mroczny Znak – odpowiedział zwięźle.
– Wiesz, co oznacza?
– Hm, że był pan... śmiercio...
– Niewolnikiem. Gdy go otrzymałem, przestałem być człowiekiem. Myślisz, że Voldemorta obeszłaby moja śmierć? W jakimkolwiek momencie? – Spojrzenie Draco nabrało intensywności. – Waddlesworth może udawać wśród wciąż popierających go renegatów wspaniałego przywódcę, ale faktem jest, że niewielu z nich rzeczywiście coś znaczy, mało który jest kimś więcej, aniżeli pionkiem możliwym do posłania na pewną śmierć. Nie trzeba mieć wypalonego niewolniczego znaku, czy też torturować mugolaków, żeby być tym, kim byłem ponad dwadzieścia lat temu. Teraz gdy Zjednoczone Ministerstwo zostało rozwiązane, Wybawczy Alians Różdżek się zreformował. Organizacja jest mniejsza niż kiedykolwiek wcześniej i w sumie jej rola, z politycznego punktu widzenia, ograniczy się głównie do zawadzania innym ugrupowaniom. Cóż, to naturalna kolej rzeczy, kiedy przywódca zostaje zdetronizowany.
Albus nawet na sekundę nie oderwał wzroku od Mrocznego Znaku, ale rozumiał każde wypowiedziane przez mężczyznę słowo.
– Wiem, że myśl o braku rządu cię przeraża, ale musisz zrozumieć, że w obecnej sytuacji nie ma to większego znaczenia. Niech ludzie potroszczą się trochę o siebie, bo lepsze to, niż żeby byli zabawkami w rękach Warrena Waddleswortha – kontynuował Draco. – A poza tym, po upadku Zjednoczonego Ministerstwa zakwestionowano wszystko, co działo się w przeciągu ostatnich kilku lat, na przykład uwięzienie twojego ojca.
– Naprawdę? – zapytał, szczerze zdumiony.
– Oczywiście. – Malfoy potaknął. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, u podłoża ilu ministerialnych działań zakotwiczona była czysta nienawiść. Obecnie uważa się, że kobiety takie jak Janine Fischer oraz mężczyźni tacy jak Harry Potter padli ofiarami zaaranżowanej przez skorumpowany organ władzy gry. Szczegóły nie są rozbudowane, ale nie wymagają dopracowywania. Wszystko sprowadza się do jednego – że Ministerstwo Magii jest złe, a zatem ludzie, którzy ośmielili się działać na własną rękę, wykraczając poza oficjalny zakres swoich kompetencji, nie mogą być równie okropni.
– Nadal nie rozumiem, jak wygląda sytuacja – powiedział z westchnieniem Albus. – Darvy znów jest nieuchwytny, prawda? Jeżeli nie mamy rządu, to kto...?
– Skup się na początkach ruchu renegatów. Na przestrzeni lat bardzo się rozrósł, bo za prawo wzięli się dobrzy ludzie. Muszę to przyznać nawet ja – czarodziej, którego teraz najchętniej by zabili. Niestety, w międzyczasie mocno zmienił kierunek i stał się wypaczonym odzwierciedleniem dawnych ideałów. – Uśmiechnął się krzywo Malfoy. – Fakt faktem, iż społeczeństwo zawsze sprzeciwiało się złu zawsze starało się je powstrzymać, niezależnie od instrukcji przełożonego. Twój ojciec zregenerował siły i stanął na nogi, więc przypuszczam, że kończy dopracowywanie planu. Miej w niego trochę wiary, Albusie. Harry Potter wie, co robi. – Kiedy chłopiec skinął głową, Draco znów się odezwał. – Nikomu nie mów, że to powiedziałem – dodał pospiesznie, mrocznym tonem.
Gdy ślizgon ponownie przytaknął, mężczyzna wstał z fotela i skierował się do drzwi.
– Zdecydowanie przesadziłem z czasem – stwierdził. – Powinienem był od razu zawołać twoją matkę. Wyświadcz mi przysługę i udawaj, że dopiero teraz odzyskałeś przytomność, dobrze?
Albus się zgodził, a Draco nadal stał w miejscu. Zamiast wyjść, wrócił się z zaciekawionym wyrazem twarzy, jakby przewidywał szczegółowe wytłumaczenie nurtującego go problemu.
– Nie byłeś niczym odurzony na wyspie, prawda? – zapytał, a przedłużające się milczenie odebrał jako potwierdzenie swojej teorii. – Chciałeś uwolnić swego ojca – dodał.
Chłopiec ponownie skinął głową. Malfoy z krzywym uśmiechem poklepał go lekko po ramieniu.
– Jesteś bardzo odważny, Albusie. Odważny i głupi – stwierdził. – Jesteś niesamowicie, ale to niesamowicie głupi... w typowo bohaterski sposób – podsumował i wyszedł z pokoju, bez wątpienia informując po drodze cały dom, że nieprzytomny się obudził.
Ślizgon po prostu siedział na łóżku, wgapiając się w ścianę naprzeciwko z pustym wyrazem twarzy. Był przekonany, że lada chwila do sypialni wpadnie jego matka, zawodząc ile sił w płucach, ale z racji tego, iż po raz pierwszy od czasu przybycia na wyspę, był zostawiony samemu sobie, postanowił skoncentrować się na istotniejszych sprawach.
Zeszłotygodniowe koszmary, których doświadczył... wszystkie te z pozoru nierealne, a jednak prawdziwe rzeczy, wreszcie się skończyły. Był bezpieczny, a co ważniejsze, tata również. Osiągnął swój cel.
Co dziwne, mimo że odniósł sukces, czuł budzące się rozczarowanie. To po prostu niewiarygodne – jeszcze dwa tygodnie temu pogratulowałby sobie zwycięstwa, gdyż zwrócenie ojcu życia było czymś więcej, niż mógł mieć nadzieję. Pomyślawszy o rzeczach, które nie zostały zrobione, zatrząsł się ze wściekłości. Darvy, choć pozbawiony potwornej armii, wciąż był nieuchwytny i mógł kontynuować swoją tyranię. Główny problem polegał zaś na tym, że Ministerstwo, które dotąd stawiało mu opór, przestało istnieć. W konsekwencji Prawa Ręka Śmierci miał w rękach cały czarodziejski świat...
Jakby było mało, Fairhart zginął. Pociągnął nosem, gdy obraz znikającego za Zasłoną Skazańca mentora raz za razem odtwarzał mu się w głowie. Wszyscy ci ludzie, którzy zginęli tamtego dnia... wypełniali rozkazy. Sancticus zdecydował się na przepłynąć morze, bo wiedział, że postępuje słusznie. Co więcej, naprawdę był bliski osiągnięcia sukcesu. Kiedy uświadomił sobie, że nauczyciel odszedł na zawsze, wybuchnął płaczem.
Wtem krew zawrzała mu w żyłach. Znajdując się daleko od Sebastiana Darvy'ego i Diablego Aliansu, Albus mógł się tylko dusić we własnym gniewie, a depresja, która przed chwilą go ogarnęła, przeistoczyła się w furię. Fairhart – mężczyzna, który nie miał obowiązku włamywać się do Azkabanu i próbować powstrzymać bądź znacząco osłabić niebezpiecznego szaleńca – skończył martwy. Kto będzie go opłakiwał...? Pan Malfoy nawet się nie zająknął na temat Sancticusa. W rzeczywistości Srebrny Czarodziej, mimo wielkiego szumu wokół swojej osoby, nikogo nie obchodził. Fairhart nie będzie miał eleganckiego pogrzebu, ani tłumu pogrążonych w żałobie bliskich. Ilu ludzi tak naprawdę wiedziało, że w ogóle zginął...? Ilu z tych, którzy posiadali tę wiedzę, będzie szczerze zrozpaczonych...?
Nie potrafił powstrzymać potoku łez. W momencie zrobiło mu się zimno i poczuł się bezdusznie, zupełnie jakby był pustą skorupą. Fairhart odszedł, a Darvy zadbał o to, by jego ostatnie chwile przepełnione były bólem. Wtem przypomniał sobie słowa Sana – że chciałby on samodzielnie wybrać sposób, w jaki umrze; wyrzeźbić swoje imię w kamieniu, zamiast zapisać je na piasku.
Otrzeźwienie przyszło natychmiast. Sancticusowi nigdy los nie sprzyjał.
Albus zaś miał tylko dwie możliwości – przekazać przyjaciela Wybawczemu Aliansowi Różdżek bądź udać się z nim na wyspę. I w jednym, i w drugim przypadku mężczyzna skończyłby martwy, ale w gruncie rzeczy to Fairhart podjął decyzję – zdecydował się na podróż, bo przeczuwał, że w ten sposób wypełni swe przeznaczenie.
Wszystkiemu winny jest Darvy, który najpierw odebrał przeciwnikowi nadzieję na odnalezienie dawnej miłości, potem go dobił, opowiadając bardziej szczegółową historię, a finalnie go zabił, osłabionego i zakrwawionego. Darvy ukradł Sancticusowi ostatnią rzecz, którą ten posiadał; jedyny element swojego życia, do którego był przywiązany – wybór.
W ostatecznym rozrachunku jedynie Albus będzie opłakiwał Fairharta.
Gdy tylko o tym pomyślał, objęły go czyjeś ramiona. Podniósłszy głowę, zobaczył matkę, która nie wiadomo kiedy weszła do jego pokoju i przysiadła na łóżku. Usłyszał cichy płacz, a potem widok zasłoniła mu kaskada rudych włosów. Nim minęła chwila, policzki jeszcze bardziej mu zwilgotniały – Ginny nie szczędziła niechlujnych całusów.
Nie zabierając głosu, pogładził kobietę po głowie.
– Nareszcie się obudziłeś... – szeptała raz za razem. – I jesteś bezpieczny...
Albus nadal gładził ją po włosach ze świadomością, że mama jest nieszczególnie świadoma sytuacji. Jej łzy były oznaką ulgi i radości, że odzyskała syna, całego i zdrowego; jego zaś wynikiem żalu po stracie przyjaciela.
Poczuł dodatkowy ruch i gdy wyciągnął szyję ponad drżące ramię rodzicielki, dostrzegł kolejnego pędzącego w jego kierunku rudzielca. Kiedy Lily go przytuliła, zauważył, że też płakała.
By potwierdzić swe przypuszczenia, omiótł wzrokiem okolicę. W otwartych drzwiach stał James, nieco zgarbiony, z rękoma schowanymi w kieszenie. Na twarzy miał dziwny wyraz – coś pomiędzy grymasem a promiennym uśmiechem, dzięki czemu wiedział, że brat nie mógł się zdecydować, czy również powinien go przytulić, czy może porządnie zdzielić po głowie. Albus westchnął.
– Kiedy się obudziłeś? – Ginny uniosła jego podbródek i dała trochę odetchnąć. Pytanie było uzasadnione. Oczy miał mocno zaczerwienione, jak gdyby mazał się od dłuższego czasu.
– Dosłownie przed chwilą – skłamał bez wahania. – Widziałem, jak ktoś w pośpiechu wychodzi z pokoju... i tyle.
W odpowiedzi mama skinęła głową, a potem spojrzała w kierunku drzwi, gdzie w międzyczasie zgromadziło się więcej osób.
Scorpius nijak się zmienił. Wciąż bardzo przypominał swojego ojca, zwłaszcza ze spokojnym wyrazem twarzy, stanowczym spojrzeniem i tradycyjnie zaczesanymi do tyłu blond włosami. Obok niego stał Morrison, nadal niebotycznie wysoki i głupkowato wyglądający. Z wyjątkiem odrobiony zarostu, był tym samym chłopakiem, co podczas ataku na pociąg.
Zobaczywszy ślizgonów, Ginny wstała i otarła załzawione oczy. Lily zrobiła to samo i dopiero wtedy Albus zauważył, że dziewczynka była bledsza niż zazwyczaj – dłuższa nieobecność brata mocno się na niej odbiła.
– Przypuszczam, że chcesz porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi. – Uśmiechnęła się słabo mama.
Przygotował się na sprzeciw. Był pewien, że jeżeli postawi na szczerość i się z nią zgodzi, tylko ją dodatkowo zdenerwuje. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, Ginny potrząsnęła głową.
– Chłopcy spędzili przy tobie tyle samo czasu, co ja. Nacieszcie się towarzystwem – oświadczyła. – Muszę powiadomić Harry'ego, więc zobaczymy się później. – Wyszła bez dalszych ceregieli, po drodze uprzejmie kiwając na Scorpiusa i Morrisona. James i Lily podążyli za nią, ale siostra zdążyła go jeszcze raz mocno uścisnąć.
Gdy zostali we trójkę, cisza okazała się przytłaczająca. Albus uważnie obserwował przyjaciół, oczekując jakiejkolwiek zmiany w zachowaniu. Po minucie, która równie dobrze mogłaby być wiecznością, Vincent obszedł łóżko i usiadł na fotelu, który wcześniej zajmował Draco Malfoy. Idąc za jego przykładem, blondyn oparł się o ścianę i zaczął się kiwać w tył i w przód.
– Hm, co tam u was? – zapytał, unikając ich wzroku.
– W porządku... – odparł natychmiast Morrison, ale zanim zaczął streszczać wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, Scorpius wszedł mu w zdanie.
– Jak sobie radzisz? – spytał, potrząsając głową.
Albus westchnął.
– Cóż, ciężko powiedzieć.
– Dobrze się czujesz, stary? – Vincent zmarszczył brwi, a gdy skinął głową, dodał: – Uf, świetnie.
– Co ty sobie myślałeś? – Malfoy przestał się huśtać na palcach i przybrał bojową postawę. W jego głosie pobrzmiewała stalowa, ostra nuta.
Albus z trudem przełknął ślinę. Wiedział, do czego pije przyjaciel i dlaczego rozsadzała go wściekłość. Innym z pewnością łatwo przyszło założenie, że podczas ataku na pociąg jeden uczeń został niespodziewanie porwany, czy też odepchnięty na bok przez wystraszonego renegata, gdy sytuacja wymknęła się spoza kontroli, ale w przypadku Scorpiusa było zgoła inaczej – on wiedział lepiej, ponieważ był świadkiem jego miotaniny oraz uporu.
– Co przyćmiło ci umysł? – kontynuował tym samym tonem.
– Przestań! – poprosił Morrison. – Wiele przeszedł, musi odpocząć...
– Chciałem wydostać tatę z Azkabanu – wyznał, w duchu wdzięczny za troskę przyjaciela. Nie zamierzał jednak pozwolić, aby z pozoru niewinna wymiana zdań przemieniła się w ostrą sprzeczkę. – Zadziałało, prawda?
– Nie chodzi o to, chłopie! Masz w ogóle pojęcie...? Jak mogłeś...? Czy rozumiesz, że po tym, jak uznano cię za zaginionego, my też mieliśmy kłopoty? – Malfoy był nieugięty. – Wystarczająco ciężko było zastanawiać się, gdzie jesteś i co właściwie robisz, żeby... Tłumaczenie się innym jeszcze nigdy nie szło nam tak okropnie!
– Co z nią? – zapytał Albus, w mig chwytając ogólny sens wypowiedzi.
– Och, przeżyła to cudownie. Po kiego skupiasz się na mało znaczących głupotach? – parsknął Scorpius, a Morrison, chcąc nadążyć za rozmową, wodził wzrokiem od jednego do drugiego. – Mirra była w totalnej rozsypce, półgłówku! Stale ją pocieszaliśmy – razem z Melonie i Eckleyem. Twoja rodzina, cóż, zagubiła się w swoim świecie, ale myślę, że trochę inaczej do tego podchodzili. Sytuacja się polepszyła, gdy opuściłeś wyspę. Wtedy pojawił się inny problem – nie byliśmy pewni, czy się obudzisz...
Potaknął. Ciężko mu było sobie wyobrazić, co musieli w międzyczasie przeżywać jego najbliżsi. Musiał jednak zapytać.
– Ale już dobrze, prawda? W sensie, że nie jest ciężko ranna, prawda? Bo kiedy pociąg został zaatakowany... – Gdy ostatnim razem widział Mirrę, właśnie upadała na ziemię, powalona śmiertelnie wyglądającą klątwą. Naprawdę nie chciał wspominać, że ją tak zostawił.
Scorpius machnął lekceważąco ręką.
– Wszystko dobrze, po tygodniu doszła do zdrowia. Martwiliśmy się o jej psychikę.
Albus nie odpowiedział, tylko podrapał się po karku, chcąc odwrócić uwagę od przeszywającego spojrzenia, jakim obdarował go Morrison. Nadal czuł się ciepło i bezpiecznie w łóżku, ale od czasu pobudki atmosfera znacząco się zmieniła. Znając przyjaciół, zaraz zaczną wypytywać go o szczegóły minionych wydarzeń. Ledwo o tym pomyślał, Vincent stanął na wysokości zadania.
– Jak ci się wiodło, stary? – zapytał ściszonym głosem, trochę się pochylając do przodu; z nerwów złożył dłonie w koszyczek. – W sensie, że na wyspie.
– Zanim opowiem, chciałbym nieco was podpytać – wyznał pospiesznie, a ślizgoni wymienili między sobą te same porozumiewawcze spojrzenia, co zawsze, a potem powoli pokiwali głowami; żaden z nich nie wydawał się zaskoczony tym oświadczeniem. – Co się stało zaraz po ataku na pociąg?
– Kiedy uczniowie znaleźli się bezpieczni w szkole, Hogwart zamknięto od wewnątrz. McGonagall powiedziała, że nie wolno nam opuszczać dormitoriów, a strażnicy ze Zjednoczonego Ministerstwa byli dosłownie wszędzie – podsumował Scorpius.
– I tak właśnie rozniosły się wieści. W końcu dowiedzieliśmy się, kto przebywał w skrzydle szpitalnym, a kto zginął. Szkoła powiadomiła rodziców i wszyscy się bali – dodał Morrison. – Po kilku dniach, gdy żaden atak nie nadszedł, dyrektorka zaczęła wpuszczać ludzi z zewnątrz, a rodzice zaczęli żądać wydania swoich dzieci.
– W którym momencie współdomownicy zauważyli, że jestem nieobecny? – Albus zmarszczył brwi.
– Od razu poinformowałem McGonagall. Powiedziałem jej, że najprawdopodobniej porwał cię czarodziej, który niegdyś nas uczył. To najistotniejsze fakty. – Malfoy uniósł brew. – Wiem też, że zorganizowali ekipę poszukiwawczą i innego rodzaju pierdoły, ale jedyną grupą, która rzeczywiście się zaangażowała była ta kierowana przez Rona Weasleya.
– Hm, a czy ktoś próbował rozszyfrować, co mi się przydarzyło podczas bitwy...? – zapytał z napięciem. – W sensie... czy dociekali...?
– Nieszczególnie. Tak się złożyło, że końcówkę bitki widziało naprawdę niewiele uczniów i w sumie nie żaden nie bawił się w aurora, a przynajmniej nie słyszałem o jakimkolwiek potajemnym dochodzeniu. – Uśmiechnął się Morrison.
Albus odetchnął z ulgą. Na podstawie doświadczeń wyniesionych z wyspy nagle się zaniepokoił możliwością rozniesienia informacji o jego niezwykłych super mocach. Zdecydowanie wolał, by nikt niepowołany nie poznał szczegółów.
– W zamku... wszystko toczyło się swoim rytmem?
– Niezupełnie. Niby normalnie wznowiono zajęcia, ale miało to na celu bardziej uspokojenie uczniów oraz utrzymanie porządku – powiedział Scorpius. – Rodzice codziennie zabierali dzieci.
– Wznowiono lekcje? To kto zajął się obroną...?
Żaden z przyjaciół nie zapytał, skąd dowiedział się o śmierci profesora Handita.
– Ten gnojek, Larson. – Morrison zmarszczył brwi. – Nie był najgorszy, ale wiesz, na jakich metodach bazuje...
Albus skinął głową. Na moment wrócił wspomnieniami do bitwy, podczas której miał okazję współpracować z Larsonem. Mimo że się nie lubili, szło im całkiem nieźle.
– No? Co dalej? – drążył ze świadomością, że znacznie zawęzili już przedział czasowy.
– Cóż, wkrótce odesłano wszystkich uczniów. Ogłoszono, że Zjednoczone Ministerstwo zostało rozwiązane, a Warren Waddlesworth ustąpił ze stanowiska, czyli zabezpieczenia wokół zamku zostaną usunięte. Najwyraźniej społeczeństwo nie czułoby się dobrze, gdyby uczniowie pozostali w szkole bez dodatkowych środków bezpieczeństwa, zwłaszcza po potyczce na wyspie – powiedział Malfoy. – Tamtego samego dnia dowiedzieliśmy się, że ojciec sprowadził cię do domu.
– Chcieliśmy być razem z tobą. Przez wzgląd na profesora Malfoya Scorpius miał pewną miejscówkę. Trochę się natrudziłem, żeby przekonać mamę, że nie ma bezpieczniejszego miejsca w czarodziejskim świecie niż legendarna rezydencja Potterów i oto jestem – wyznał Morrison. – Kiedy byłeś nieprzytomny, wszyscy się tobą opiekowali. Czekaliśmy... Wszyscy trzymaliśmy się nadziei.
Albus milczał. Scorpius w końcu poruszył temat, na który głównie czekał, a mianowicie Zjednoczonego Ministerstwa. Chciał się dowiedzieć więcej, ale od kogoś z nieograniczonymi możliwościami czasowymi, czyli Draco Malfoy na wstępie został wykluczony.
– Jaką wersję wydarzeń podano do publicznej wiadomości...?
– Cóż, TYGODNIK WAR przestał istnieć, w skrócie: zakończył publikację. PROROK CODZIENNY znów ma wyłączność. Mimo to wszystko jest mocno zagmatwane. Bez ustanowionego rządu, który dotąd dostarczał im informacji, muszą działać na własną rękę i bazować na szczątkowych danych. – Vincent wzruszył ramionami. – A więc, fakty... Podczas bitwy naruszona została struktura Azkabanu. Darvy uciekł razem z więźniami. Armia, którą hodował, została zniszczona. W walce zginęło wielu aurorów.
Czyli wiedzą wszystko, pomyślał z goryczą Albus, ale potem uświadomił sobie, że tak naprawdę świat utrzymywany jest w wielkiej nieświadomości. Ludzie znali podstawową, całkiem ogólnikową historię, nie mając wiedzy na temat zaistniałych okoliczności. Nie rozumieli, że Darvy cofnął się wstecz zaledwie o krok, a były Minister Magii w gruncie rzeczy, osiągnął to, co chciał – tylko z gorszym niż przewidywał rezultatem.
– Więc Waddlesworth jest skończony, tak?
– Mniej więcej. Wybawczy Alians Różdżek trzyma się razem, ale sporo im brakuje do dawnej świetności – stwierdził Scorpius. – Tak się złożyło, że przypadkiem usłyszeliśmy coś, co mówił twój ojciec – że Waddlesworth może spróbować ostatniego porywu na Diabli Alians; właśnie dlatego próbuje gromadzić i mobilizować siły, aby dokończyć robotę.
– A gdzie mój tata? – zapytał Albus, mając nadzieję, że niedługo go zobaczy.
– Werbuje ludzi. Codziennie widzimy kogoś nowego. – Uśmiechnął się Morrison. – Zakładamy, że buduje swoje małe imperium, coś na kształt prywatnego Ministerstwa Magii, a następnie będzie ścigał Diabli Alians i Sebastiana Darvy'ego.
– Czyli losy czarodziejskiego świata zależą od Harry'ego Pottera i Warrena Waddleswortha – podsumował, skołowany. – Oboje chcą dopaść Darvy'ego...
– Niestety, ale to bardziej skomplikowane, stary. – Uśmiechnął się smutno Scorpius. – Więcej chce zasłużyć na order.
– Co takiego? – zapytał, szczerze zaskoczony. – Że niby kto...?
– Cóż, masa ludzi. – Vincent wzruszył ramionami. – Teraz gdy Waddlesworth cieszy się mniejszą popularnością, wszędzie powstają nowe frakcje renegatów. Cały świat się buntuje. Nagle każdy chce się zmierzyć z Darvym i stąd te odłamy. Z jednej strony masz swojego tatę i Wybawczy Alians Różdżek, a z drugiej inne grupy, na przykład... hm, Strażników.
Albus się skrzywił.
– Straż...? – urwał, a następnie zmierzył przyjaciół sceptycznym spojrzeniem. – Chwila, moment – poprosił i wybuchnął chrapliwym, nerwowym śmiechem. W życiu nie usłyszał bardziej absurdalnego stwierdzenia!
Chichrał się i chichrał, dopóki niezmiennie poważny wyraz twarzy Scorpiusa nie sprowadził go na ziemię. Najwyraźniej obaj mówili prawdę.
– Kiedy uczniowie zostali odesłani do domów, Larson wystosował zaproszenie do każdego członka Klubu Strażników, który wcześniej palił się do pracy – wytłumaczył blondyn. – Ojciec trochę mi opowiedział. Wielu naprawdę się zgłosiło, głównie twardogłowi zagorzalcy. Wielu nie opuściło Hogwartu z rodzicami, a wyjechało razem ze swoim nowym przywódcą.
– Prognozy są nieciekawe. Z biegiem czasu ich liczba najprawdopodobniej wzrośnie. Ludzie co chwilę opowiadają się po różnych stronach, dołączają do nowo powstałych grup oraz aż palą się do pokonania Darvy'ego. Wygląda na to, że idea Waddleswortha o samodzielnym bronieniu najbliższych naprawdę przypadła im do gustu – powiedział Morrison, wyraźnie zirytowany. – Mamy teraz stary, dobrze znany Wybawczy Alians Różdżek, w miarę zinfiltrowanych Strażników oraz inne, zupełnie niezbadane grupy renegackich śmiałków.
– Technicznie rzecz biorąc, nawet frakcję Harry'ego Pottera można podpiąć pod tę kategorię. W końcu nie mamy oficjalnego rządu. – Uśmiechnął się krzywo Scorpius. – No co? To prawda! – dodał, kiedy przyjaciel rzucił mu oskarżające spojrzenie. – Nie wymyśliłem tej logiki.
– Najgorsze jest w sumie to, że nowe grupy konkurują pomiędzy sobą tak samo zaciekle, jak ścigają Darvy'ego – kontynuował Vincent.
Albus wytrzeszczył oczy. To absurd!
– Co takiego?
– Dotychczas sytuacja była prosta – Darvy przeciwko światu. Teraz jest świat przeciwko światu o to, czyja frakcja rzeczywiście zmierzy się z wrogiem. Ludzie skończyli z kredytami zaufania, bo jednoznaczni „dobrzy goście", których można naśladować, zniknęli. – Malfoy rozłożył ręce. – Myślę, że to zamieszanie poskutkuje drugą wojną w przeciągu trzech dekad.
Brunet potrząsnął w niedowierzaniu głową. Niesmaczne nowinki, które przekazywali mu przyjaciele, były po prostu surrealistyczne i niedorzeczne. W niewytłumaczalny sposób myślami znów wrócił do Fairharta – człowieka, który rzucił wszystko w cholerę i zaczął działać na własną rękę, aby powstrzymać rosnące zagrożenie; człowieka, mającego najprawdziwszą rację...
– Sytuacja jest nieciekawa, ale trzeba szukać pozytywów. Spójrz na to inaczej – przez wzgląd na powszechny chaos nikt nie zwraca uwagi na sławnego Harry'ego Pottera – powiedział Morrison.
Albus zamrugał.
– O, właśnie. Imię mojego taty zostało oczyszczone, prawda...?
– Niezupełnie, ale nad jego sprawą postawiony jest wielki znak zapytania, wszyscy mają wątpliwości, zwłaszcza odkąd Waddlesworth okrył się hańbą – oznajmił Scorpius. – Shacklebolt ustąpił ze stanowiska z powodu uwięzienia Harry'ego Pottera, a wtedy Waddlesworth ruszył ze swoją kampanią wyborczą. To skomplikowane, ale... przypadek twojego ojca jest jakby... na etapie dalszego dochodzenia.
– Oczywiście, nie, żeby ktoś przeprowadzał śledztwo. – Vincent przewrócił oczami. – Nie ma rządu, więc wszędzie panuje niezły burdel. To bez znaczenia. Nawet jeżeli społeczeństwo uznałoby go za winnego, Azkaban jest zrujnowany i nie ma żadnego innego więzienia, z którego można skorzystać. Ha, ha.
– Miejmy nadzieję, że zanim rozgryzą tego orzecha, na celownik wezmą Fairharta – powiedział szorstko Malfoy. – Niech świat się dowie, jaki z niego wyrachowany morderca...
– Przestań! – krzyknął Albus, zanim zdążył się powstrzymać. – Fairhart nie żyje – dodał o wiele ciszej.
Przyjaciele wbili w niego zaintrygowany wzrok, ale żaden nie zapytał, skąd ma pewność. W pewnym momencie Morrison nie wytrzymał i zaczął się wiercić w swoim fotelu, dając do zrozumienia, że jest gotów rozpocząć przesłuchanie – bez wątpienia chciał poznać szczegóły akcji na wyspie, wybadać ile jest prawdy w plotkach, które dotąd usłyszał oraz potwierdzić swe założenia dotyczące potwornej armii. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, spojrzał w stronę drzwi i pisnął. Gdy pozostali chłopcy poszli za jego przykładem, natychmiast zrozumieli, że dalsza dyskusja będzie musiała poczekać.
Na korytarzu stała Mirra – w mugolskim ubraniu, z pustą, wymęczoną twarzą oraz skołtunionymi włosami. Albus nigdy nie widział jej piękniejszej. Po tym wszystkim, co przeszedł, automatycznie się zaczerwienił. W pokoju zapadła cisza, podczas której para patrzyła sobie prosto w oczy; przerwał ją dopiero Scorpius.
– Wybaczcie, muszę skorzystać z łazienki – skłamał.
Morrison skoczył na równe nogi.
– Yhym, pójdę z tobą – powiedział głupio, czym zasłużył sobie na karcące spojrzenie przyjaciela. Ostatecznie wyszli w ekspresowym tempie.
– Zobaczymy się później, stary – dodali, kiedy mijali dziewczynę. Obaj mieli spuszczone głowy i przywodzili na myśl małe dzieci, które za wszelką cenę chciały uniknąć podpadnięcia surowemu rodzicowi.
Gdy zostali sami, Mirra wypruła do przodu. Albus jakby przez mgłę patrzył, jak zbliża się do niego, a jej usta niekontrolowanie drżą. Utracił nad sobą kontrolę do tego stopnia, że nie potrafił nawet powiedzieć, jaki przybrał wyraz twarzy.
– Boli cię coś? – zapytała miękko.
– Nie, czuję się naprawdę dobrze...
Dziewczyna się zamachnęła i zanim zdążył zarejestrować, co się właściwie dzieje, jego policzek zapłonął żywym ogniem. Siła, jaką włożyła w uderzenie, sprawiła, że momentalnie przypomniał sobie uczestnictwo w dwóch podobnych zdarzeniach. Usatysfakcjonowana, Mirra wybuchnęła płaczem. Opadła na łóżko i przytuliła go mocno, niemalże wbijając mu paznokcie w plecy. Instynktownie zrobił to samo.
– Wiem – wyszeptał i zaczął uspokajać ukochaną, tak jak wcześniej mamę. Łkanie Mirry przyprawiało go o dreszcze. Uspokoiwszy trochę serce, ułożył wygodniej głowę na jej ramieniu. – Wiem – powtórzył.
