31. WYPRAWA


Zadowolony z upływu czasu, Albus był na wpół świadomy mijających dni i swojego powrotu do zdrowia. Nie zauważył tego tuż po przebudzeniu, ale był bardzo spięty i automatycznie forsował swe stawy i mięśnie; kończyny miał sztywne i lekko odrętwiałe, wciąż osłabione. Uczucia, których doświadczał, przypominały zaśnięcie w mało wygodnej pozycji w ograniczającym ruchomość miejscu. Na dodatek zdarzało mu się odpływać, zupełnie jakby w ogóle nie odpoczywał.

Często nurzał się w koszmarach, zupełnie niepodobnych do tych, gdzie zmagał się ze swoim złowieszczym bratem bliźniakiem na tle dezorientującego otoczenia, nocami bowiem wędrował po wyspie. Wszystko było nadzwyczaj realne – deszcz zdawał się moczyć go we śnie, a obrazy, które stawały mu przed oczami, nie mogły być bardziej szczegółowe i precyzyjniejsze. Koszmary miały chaotyczny, niechronologiczny charakter, gdyż bez ładu i składu przeskakiwały z jednej do drugiej sytuacji. Czasami widział smugi ognia, a potem biegł razem z zamazanym towarzyszem przez zakurzone, wąskie korytarze Azkabanu. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zawsze budził się z realnym uczuciem utraty przytomności.

Kiedy nie spał, rekonwalescencję uprzyjemniali mu goście. Morrison i Scorpius często przychodzili do jego pokoju, gdzie starali się podnieść go na duchu w postaci troszkę wymuszonych przekomarzanek. Te chwile najczęściej ewoluowały w głębokie, intensywne rozmowy o sytuacji w świecie zewnętrznym, a Albus zawsze prosił o gazetę.

Z racji tego, iż praktycznie był przykuty do łóżka, goście musieli widywać się z nim na zmiany. Wprowadzono więc nieoficjalny podział na trzy grupy, a mianowicie przyjaciół, rodzinę oraz rodzeństwo, ponieważ Lily i James zawsze przychodzili razem. Niespodziewanie ślizgon odkrył, że największą przyjemność czerpie z odwiedzin mamy, która najzwyczajniej w świecie otaczała go miłością. Wiedział, że to dziecinne, ale podsuwanie mu pod nos ciepłych posiłków oraz poprawianie poduszek co trzydzieści sekund bardzo go rozluźniały, zwłaszcza biorąc pod uwagę nerwowość, która towarzyszyła mu po każdym przebudzeniu.

Inni goście, w tym nawet niektórzy nauczyciele, bywali sporadycznie. Co kilka dni odwiedzali go Neville i Hagrid, chociaż ich obecność ograniczała się do ciepłych słów powitania oraz wspierających uśmiechów. Raz pokazał się profesor Flitwick, piszcząc z zachwytu, że Albus jest „cały i zdrowy", a krótko po nim Bellinger.

Weasleyowie byli naprawdę dużą rodziną, tak więc ich odwiedziny zazwyczaj miały miejsce w ciągu jednego dnia. Wujkowie, ciocie, kuzyni i dziadkowie wchodzili do jego pokoju pod błahymi pretekstami (często z wymówką przyniesienia mu przekąsek), aby upewnić się, że naprawdę z nim w porządku. Jedno widzenie szczególnie zapadło chłopcu w pamięć, kiedy przyszli Ron i Hermiona ze swoimi dziećmi. Rose i Hugo nie narobili żadnego ambarasu i w gruncie rzeczy ograniczyli się do pomachania mu ręką, aczkolwiek Albus odniósł wrażenie, że kuzyn desperacko chciał coś powiedzieć, ale nie doczekał się odpowiedniego momentu.

Nikt nie pytał o wyspę. Wszyscy milczeli także na temat bitwy na przywięziennym cmentarzu, czy też wydarzeń, które do niej doprowadziły. Wieści o śmierci Fairharta najpewniej ujrzały światło dzienne, ale ślizgon był przekonany, iż jednocześnie nikt nie wie, gdzie wsiąknął Fango Wilde – oczywiście, z wyjątkiem Harry'ego Pottera, który najprawdopodobniej wiedział o wiele więcej, aniżeli on.

Niestety, od czasu odzyskania przytomności w ogóle nie widział się z tatą, chociaż mama nieustannie zapewniała go, że to dlatego, że jest bardzo zajęty.

Do zdecydowanie najdziwniejszych należały odwiedziny Mirry. Przychodziła rzadko, ale kiedy przekroczyła próg jego pokoju, zostawała na dłużej. Ginny akceptowała tę niecodzienność i po prostu przymykała oko, gdy dziewczyna wdrapywała się na łóżko, a następnie wchodziła pod kołdrę, by ostatecznie zasnąć obok swojego chłopaka. Albus szybko zdał sobie sprawę, że kiedy mu towarzyszy, nie nawiedzają go żadne koszmary. Wychodziła, zanim otworzył oczy.

– Trzymaj, to dla ciebie – powiedział Scorpius i rzucił mu pogniecioną gazetę.

Złapał ją bez najmniejszego wysiłku i patrzenia, zbyt zajęty wyglądaniem przez okno. Chwilę później jednak zaczytywał się we fragmentach, które wyglądały na najistotniejsze.

Niewiele się zmieniło. Ostatnie artykuły skupiały się głównie na jednym – na marnych próbach sformułowania rządu – często w połączeniu z plotkami o domniemanym miejscu pobytu Prawej Ręki Śmierci, a także z nielicznym dodatkiem zdjęć zauważonych skazańców, którzy ostatecznie dołączyli do Diablego Aliansu. Dwa lub trzy razy wspomniano o Waddlesworthcie, ale w charakterze prześmiewczym i sarkastycznym. Czytając takie bzdury, Albus potrząsał głową, nie mogąc się nadziwić, jak kapryśne jest czarodziejskie społeczeństwo. Czy ludzie, którzy obwiniali go za przypuszczenie ataku na Azkaban, nie dopingowali go, kiedy wypowiadał wojnę...?

– Jakieś wieści od mojego taty? – zapytał, fachowo mnąc gazetę i wrzucając ją do kosza na śmieci. W trakcie rekonwalescencji stał się naprawdę dobry w wyrzucaniu rzeczy z łóżka.

– Nie widziałem go od dwóch dni, ale żeby być uczciwym, nie jestem tu codziennie – przyznał siedzący na krześle obok Morrison.

Albus wiedział, że w ciągu ostatnich kilku tygodni przyjaciele i dalsza rodzina wielokrotnie zmieniali miejscówkę – rozumiał, że chodziło o coś więcej i niewiele miało wspólnego z jego stanem zdrowia. Nie było wszak tajemnicą, iż od momentu przebudzenia poczynił ogromne postępy. Wstawał z łóżka i gdy było to konieczne, nawet spacerował troszkę po domu. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że większość kręcących się po rezydencji ludzi przychodziła w interesach, najpewniej pomagając Harry'emu Potterowi w zawiązywaniu koalicji pod jego przywództwem.

Niejasne, często sprzeczne artykuły w gazecie i niespodziewanie wpadający na „herbatę" ważne osobistości, mocno przypominały chłopcu sytuację sprzed lat, kiedy tata na własną rękę próbował poradzić sobie z zagrożeniem, jakie stanowili Reginald Ares i Sebastian Darvy, podczas gdy Warren Waddlesworth w tle gromadził tłum popleczników. Niestety, rzeczywistość się wypaczyła. Ludzie się gromadzili, ale kosztem jedności, którą próbował ustanowić Waddlesworth. Na prowadzenie niebezpiecznie wysuwał się Darvy – człowiek, którego nie obchodził powszechny chaos, który wprowadził swoimi działaniami.

Spojrzał przez okno. Była połowa lutego, ale Albus nie odczuwał zimna, czy też powszechnej jałowości. Wybudowane za rezydencją boisko – swego rodzaju podwórko, które w dzieciństwie służyło im do rozgrywania meczów quidditcha – wyglądało po prostu niesamowicie, zwłaszcza kołyszące się na wietrze drzewa, sugerujące wszechobecny spokój, którego w rzeczywistości bardzo pożądano. Skupiając się na roślinności, doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej to tam kończą się zaklęcia antyaportacyjne ochraniające dom. Zamknąwszy oczy, wyobraził sobie barierę w postaci wielkiego okręgu, od frontu posiadłości po tył ogrodu. Do jakiego wkroczyłby świata, gdyby zniknął za tymi drzewami...?

Z rozmyślań wyrwało go pukanie do drzwi. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył Hugona, który ostrożnie omiótł wzrokiem pokój.

– Przepraszam, wrócę później – powiedział nadzwyczaj łagodnie. Ślizgon dawno odzwyczaił się od nieśmiałego zachowania kuzyna, gdyż od kilku lat chłopiec w stosunkach z nim wręcz promieniował pewnością siebie.

– W porządku, zostań – odparł Scorpius. – Mieliśmy już wychodzić – dodał uspokajająco, a potem, niczym na znak, razem z Morrisonem wstali i wyszli, w progu pomachawszy na odchodne.

Albus przez dłuższą chwilę zwyczajnie patrzył tępo na Hugona, zastanawiając się nad celem jego wizyty. Wyciągnął nawet szyję, żeby dostrzec tacę z jedzeniem, ale gryfon nie przyszedł z naręczem przekąsek.

– Czy... mogę na chwilkę wejść?

Uniósł brwi, zaintrygowany.

– Jasne.

Kuzyn praktycznie przeskoczył przez próg i popędził w kierunku wolnego krzesła przy łóżku, jakby biegł po rozżarzonych węglach. Usiadł na nim z cwanym uśmieszkiem, a ślizgon spojrzał na niego beznamiętnie, próbując – niestety bezskutecznie – ukryć zakłopotanie.

– Co tam...?

– Jak się czujesz? – Hugo złagodniał.

– Nie najgorzej – odpowiedział. – Hm, a co?

– Tylko się upewniam – burknął gryfon, wyraźnie unikając jego wzroku. – Wcześniej... wcześniej nie miałem okazji wpaść na chwilę i zapytać, więc...

– Cóż, jest dobrze. Hm, czy to wszystko...?

– Uratowałeś mnie, kiedy pociąg został zaatakowany – wypalił Hugo i natychmiast podrapał się po karku, aby zająć czymś ręce.

Ślizgon się zagapił.

– Hm, no tak.

– Chciałem... podziękować – wyznał chłopiec, nadal unikając nawiązania kontaktu wzrokowego.

Albus mógł tylko siedzieć na łóżku i patrzeć niemrawo na znerwicowanego Hugona. Skąd to wszystko? Wrócił wspomnieniami do rozmowy z Rose, gdy zachowywała się uprzejmie, czym go i zasmuciła, i zaskoczyła. Sprawy wyraźnie się skomplikowały. Kuzyn kiedyś go podziwiał, ale zauroczenie szybko minęło. Poprzez narażenie na niebezpieczeństwo, zasłużył na buntownicze traktowanie i chłodną obojętność. Czy ten pojedynczy akt podczas ataku na szkolny pociąg naprawdę sprawił, że chłopiec zmienił zdanie na jego temat?

Wtem przypomniał sobie ważny szczegół. Hugo należał przecież do Klubu Strażników.

– Larson zaproponował ci współpracę, prawda? – zapytał. – Chciał, żebyś się do niego przyłączył?

Gryfon podniósł wzrok.

– Jestem głupkiem. – Uśmiechnął się słabo. – I przepraszam też za bycie takim... takim...

– W porządku. Nie martw się pierdołami – odpowiedział Albus, a kiedy kuzyn skinął głową i chciał ponownie zabrać głos, dodał: – Hm, a wyświadczysz mi przysługę? Czy mógłbyś skoczyć się po moją mamę? I żeby przy okazji przyniosła mi coś do picia?

– Och. – Hugo wstał, lekko zbity z tropu niespodziewaną prośbą. – Oczywiście. – Z tymi słowami wyszedł, powoli zamykając za sobą drzwi.

Ślizgon padł na plecy, a potem potarł czoło. Z jakiegoś powodu poruszyło go wyznanie młodszego kuzyna. Zamknął oczy i spróbował rozluźnić napięte mięśnie, ale nagle poczuł się mocno pobudzony – nie potrafił powstrzymać niecierpliwych nóg, które jakby chciały wstać i coś zrobić, choć nie miał skonkretyzowanych planów. Jak zawsze, gdy przymykał powieki, w głowie stanął mu ciemniejący obraz więzienia oraz, co dziwne, powiewająca Zasłona Skazańca, za którą wpadał cienisty kształt...

Serce zabiło mu gwałtowniej, kiedy pomyślał o Sancticusie. Dotąd tłumił wszystkie związane z nim myśli, odkładając na bok. Teraz gdy pozwolił sobie na chwilę słabości, zawisły nad nim niczym groźne, złowrogie chmury. W momencie usłyszał także złowieszczy rechot, którego istnienie rejestrował w przypadku co wyraźniejszych wspomnień.

Przed wyprawą na wyspę praktycznie każdą noc spędzał na nauce bądź rozmowach z Fairhartem. W ostatnich tygodniach odeszła mu ta rozrywka. Najgorsze, że powrót do niej jest niemożliwy – nawet za tydzień, miesiąc, czy rok...

Przewrócił się na bok, przygnębiony. Może poczułby się bardziej usatysfakcjonowany, gdyby Hugo przeprosił go krótko po rozpoczęciu roku szkolnego – teraz sentyment kuzyna wydawał mu się trywialny i mało istotny.

Wiedział, że nikogo nie obeszła nieobecność Sancticusa. Z każdej straszliwej myśli, która przyszła mu właśnie do głowy, żadna nie była bardziej dołująca aniżeli ta, że Fairhart odszedł na zawsze, a jego śmierć została w prymitywny sposób zaaranżowana przez Darvy'ego. Tę wizję dodatkowo szpecił fakt, że mężczyzna zginął, kiedy na nowo próbował poukładać sobie życie. Naprzód pchało go silne pragnienie pomocy w walce z Diablim Aliansem, a tym samym chęć zakończenia trwającej tyranii; miał też nadzieję na odnalezienie dawnej miłości. Niestety, na krótko przed śmiercią uświadomiono mu, że to niemożliwe.

Zwinął się w kulkę, a kiedy mama weszła do pokoju z tacą z jedzeniem i dużą szklanką soku dyniowego, udawał, że śpi.


Nie minął tydzień, gdy w końcu, aczkolwiek w przelocie, dostrzegł ojca. Harry właśnie wychodził z domu, a Albus schodził po schodach na parter. Nieszczęśliwie, zanim zdążył się zorientować w sytuacji, zupełnie się minęli.

– Mam wrażenie, że tata się na mnie złości – wyznał, zasiadłszy do śniadania. Przy stole z boku siedzieli już Morrison ze Scorpiusem, zaś naprzeciwko wujek Charlie, który wpadł do nich poprzedniego dnia.

– Co takiego? – zapytał z niedowierzaniem mężczyzna, spoglądając nań znad gazety. – Nie bądź śmieszny. Harry jest po prostu zajęty.

– Owszem, bardzo zajęty – dodała mama, po czym odwróciła się od kuchenki z patelnią w ręce i nałożyła jajek na talerze. Wszyscy grzecznie jej podziękowali, a kiedy wyszła, żeby zawołać na dół Jamesa i Lily, Albus wznowił rozmowę.

– Co tam czytasz? – zapytał wujka, bawiąc się jedzeniem.

– Aa, nic szczególnego – odpowiedział z roztargnieniem Charlie, a potem zmarszczył brwi.

Chłopiec westchnął i zabrał się za posiłek. Czuł się jednak niespokojnie, zwłaszcza że przyjaciele również milczeli. Rok temu – a właściwie kilka miesięcy temu – mógłby bez najmniejszego problemu pałaszować jajka, tylko trochę zirytowany na myśl o chaosie panującym w świecie zewnętrznym. Wtedy naprawdę nie robił wiele, żeby zmienić swój sposób myślenia. Wbrew wszystkiemu, teraz czuł się zagubiony nawet we własnym domu. Brak wiszącego nad głową bezpośredniego niebezpieczeństwa denerwował go bardziej, niż kiedykolwiek śmiałby przypuszczać. Gdy prawie całkowicie wyzdrowiał, przyjemność, którą dotąd odczuwał z rodzimych luksusów, była znikoma. To niemalże tak, jakby tęsknił za Azkabanem.

O mały włos, a by się zakrztusił. Zrozumienie przyszło szybko – wcale tak nie było. Nie tęsknił za wyspą na Morzu Północnym, ani za strzelistą, teraz na wpół zniszczoną więzienną konstrukcją. Azkaban był jego celem, świadomie chciał tam dotrzeć. W trakcie misji był w pełni skoncentrowany na zadaniu, skupiony na otoczeniu, uważny na wrogów, a przede wszystkim zdeterminowany, aby dopiąć swego. Przez wiele, wiele lat po prostu siedział na tyłku i patrzył, jak walczą starsi, o wiele bardziej doświadczeni czarodzieje; jak ryzykowali życiem, chcąc bronić najbliższych. Podczas pobytu na wyspie, kiedy torował sobie drogę poprzez nieprzyjaciół i przeczesywał więzienie, trzymał się szansy, że mogą dokonać prawdziwego przewrotu. Ani on, ani Fairhart nie ewakuowali się po uwolnieniu Harry'ego Pottera, prawda? Zostali, aby walczyć z Darvym. Chcieli odseparować go od siejących spustoszenie artefaktów. Gdyby nie oszustwo Fango Wilde'a – człowieka, którego losów Albus dotąd nie poznał – mogliby odnieść sukces.

Tęsknił za możliwościami.

Czy właśnie tak czuł się Sancticus? Czy dlatego nie angażował się w inne działalności i skupiał się tylko na tym, co najważniejsze? Fairhart, który dobrowolnie udał się na wyspę, miejsce swojej śmierci, podjął decyzję – zdecydował się wyruszyć w podróż, bo wiedział, że może przyczynić się do zakończenia wojny.

Wtem uświadomił sobie, że podziela ten światopogląd.

– Chomikujesz to jajko na później, stary? – mruknął nagle Morrison, a Scorpius i wujek Charlie parsknęli śmiechem, kiedy zobaczyli kawałek ściętego żółtka przylepionego do jego brody.

Albus uśmiechnął się i otarł usta, wyrwany z głębokich rozmyślań. Chwilę później wuj wyszedł do łazienki, zostawiając na stole złożony numer PROROKA CODZIENNEGO. Cała trójka praktycznie się na niego rzuciła, co było wręcz śmieszne, zwłaszcza że i tak zamierzali go razem przeczytać. W starciu zwyciężył Scorpius jednak, zamiast zabrać się za lekturę, przewrócił oczami i odsunął od siebie gazetę.

– Co? – zapytali chłopcy.

– Cholerna propaganda, całkowicie zbyteczna. – Uśmiechnął się Malfoy. – Zastanawiam się, ilu ludzi naprawdę łyka te brednie.

– Jeśli mam być szczery, to trochę im współczuję – stwierdził Morrison, rzucając okiem na pogrubiony nagłówek.

– Dlaczego? – zapytał pogardliwie blondyn, zaś Albus ograniczył się do śledzenia wymiany zdań.

– Cóż, muszą za kimś stanąć. Wszyscy ci ludzie... są przerażeni, prawda? Myślę, że wybierają strony, bo boją się samotnej walki. Chcą pokonać Darvy'ego, ale bój w pojedynkę naprawa ich strachem – wytłumaczył Vincent. – Wybawczy Alians Różdżek, Strażnicy, ta nowa grupa „Lwów", czy jakoś tak, o której wczoraj czytałem – składają się z ludzi, którzy w razie wypadku za wszelką cenę chcą uniknąć samotnej walki.

Malfoy wydawał się trochę usatysfakcjonowany odpowiedzią Morrisona, bo przestał się wykłócać, ale jego wzruszenie ramion podpowiadało, że nie podziela tego współczucia. Zdumiony słowami przyjaciela, Albus po prostu kontynuował śniadanie. Z kim miałby się sprzymierzyć? Jakiś czas temu Scorpius powiedział, że grupa Harry'ego Pottera upodobniła się do WAR – działa niezależnie od rządu. Gdyby musiał dokonać wyboru, z pewnością opowiedziałby się więc za najbliższymi...

Aby na pewno? Jak często wcześniej stawał po stronie taty? Wrócił wspomnieniami do dawnych przemyśleń, kiedy nienawidził Warrena Waddleswortha i jego zmyślnych przemówień. Przypomniał sobie własne refleksje na temat nieudolności Ministerstwa Magii, a potem zrozumiał, że choć niechętnie, nadal je podtrzymuje. Ojciec był częścią tamtego rządu, a więc w pewnym sensie podzielał jego ideały. Albus nigdy nie byłby w stanie zwolnić z więzienia przestępcy, nawet poprzez negocjacje i wyrażoną chęć do współpracy. Nie miał równie miękkiego serca.

Z pewnością nie mógłby też wspierać Wybawczego Aliansu Różdżek. Ze wszystkich rzeczy, za które można nimi gardzić, manipulowanie naiwnymi ludźmi oraz oczernianie niewinnych w celu zdobycia poparcia społecznego, wygrywają w przedbiegach. Metody, które stosują w drodze do osiągnięcia celu, są barbarzyńskie i pozbawione nawet krztyny moralności. Nigdy nie mógłby – za przykładem Młota – skrzywdzić dziecka, które niczym nie zawiniło.

Co z innymi grupami? Czy tak nieistotne zrzeszenia jak na przykład Strażnicy, będący tylko cieniem Wybawczego Aliansu Różdżek, mają jakiekolwiek szanse? Z wyniesionych obserwacji doszedł do wniosku, iż to ugrupowanie jest zdolne jedynie walczyć pomiędzy sobą, żeby było ino widać, jak gorącymi kierują się chęciami. Albus nie był taki głupi, żeby za nimi stawać.

Gdyby tylko istniała grupa podobnych do Fairharta ludzi. Może by i rozniecili więcej ognia, ale jednocześnie byliby świadomi tego, co właściwe. Wtem ze smutkiem uświadomił sobie, że nawet jeżeli ziściłyby się jego marzenia, najprawdopodobniej siedziałby w tym sam.

Cóż, nie najgorsza opcja. Całkiem w porządku, utwierdził się w przekonaniu.

W następnej sekundzie na śniadanie przybiegli James i Lily, więc ślizgoni wstali od stołu, żeby zrobić im miejsca. Zanim wyszli, w ciszy włożyli brudne naczynia do zlewu. Automatycznie skierowali się na piętro, ale zatrzymali się wpół kroku, kiedy otworzyły się drzwi frontowe. Albus natychmiast rzucił okiem na przybysza, pragnąc zobaczyć tatę, ale w progu stała Rose. W ogrodzie przed domem sterczeli zaś wujek Ron i ciocia Hermiona, wyraźnie się sprzeczając. Hugo stał obok swojego ojca.

– Hej! – Uśmiechnęła się dziewczyna, więc odpowiedzieli zgodnym „cześć".

– W kuchni nadal trwa śniadanie – dodał Scorpius.

– Och. – Rose zmarkotniała. Najwyraźniej opacznie zrozumiała przekaz i pomyślała, że zwyczajnie nie mieli ochoty na jej towarzystwo. – Okej. – Skinęła głową i chwilę później weszła do jadalni.

Nie zamieniwszy nawet słowa, ślizgoni pomaszerowali na górę. W chwili, gdy zamknęli za sobą drzwi, Albus poruszył temat, który dręczył go od dłuższego czasu.

– Jak tam? – zapytał, po czym usiadł na łóżku.

Malfoy tradycyjnie oparł się o ścianę i schował ręce do kieszeni. Był bledszy niż zazwyczaj.

– Co masz na myśli? – spytał, chociaż ton jego głosu mówił, że doskonale wiedział, o co się rozchodzi.

– No weź, stary. Odpowiedz.

Odkąd Albus wrócił z wyspy, rzadko widywał Rose i Scorpiusa razem. Owszem, nadal ze sobą rozmawiali, nawet bez tłumu świadków, ale ich spotkania zawsze były krótkie. Naprawdę nie był głupi – w domu nigdy nie pojawiła się Anastasia Anifur, ani nikt nie wspominał jej nazwiska. W przeciwieństwie do zaś puchonki tydzień temu odwiedziła go Melonie Grue, żeby pożyczyć mu szybkiego powrotu do zdrowia, co było oznaką tego, że wciąż jest mocno związana z Morrisonem. Sytuacja sercowa Scorpiusa była skomplikowana, ale kiedy ostatnim razem się upewniał, Anastasia nie była wolna, a przyjaciel stał na emocjonalnym rozdrożu i rozważał dwa rozwiązania.

– Myśli, że to zawstydzające. – Morrison zajął fotel. – Hm, i też trochę głupie...

– Niczego się nie wstydzę – powiedział agresywnie blondyn, w momencie mrużąc oczy. – Uważam tylko, że sporo osób ma mnie teraz za... przegrywa albo frajera...

– Co się stało? – zapytał ponownie Albus. – No weź, nie trzymaj mnie w nieświadomości. Wciąż się do was przyzwyczajam.

– Tak jak mi podpowiedziałeś, nie wybrałem żadnej.

– Poszedłeś za moją radą? – Zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć sytuację, w której doradzałby przyjacielowi.

Scorpius skinął głową.

– Cóż, w gruncie rzeczy tak. Sporo myślałem podczas przerwy zimowej. Wspominałem ciebie i Mirrę oraz Morrisona i Melonie, i doszedłem do wniosku, że zwyczajnie cieszycie się swoim towarzystwem. Nie chcę czegoś, co nie jest prawdziwe. Nie potrzebuję iluzji związku. Anastasia chciała być ze mną dla statusu, a Rose z zazdrości. Wybiegłem trochę w przyszłość i zastanowiłem się, jak na tym wyjdę za dwa lata. – Westchnął. – Ostatecznie dałem Anastasii podarek na święta jako prezent pożegnalny. Rose zaś... wysłałem list.

– Co w nim zawarłeś? – zapytał.

– Swoje uczucia. – Scorpius wzruszył ramionami i lekko się skrzywił. – Wyznałem, że od dłuższego czasu bardzo mi się podobała, ale... po prostu nie było nam dane. Przedstawiłem jej moją wersję wydarzeń podczas tej kłótni z Lance'em i żeby to odczuła na własnej skórze, opisałem wszystkie głupie próby podrywu. List zakończyłem tym, że w ostatecznym rozrachunku... nie była tego warta.

Albus się skulił.

– Ach, nawet mnie to zabolało.

Malfoy potrząsnął głową.

– Oczywiście, inaczej dobrałem słowa. Wyjaśniłem, że moje uczucie wygasło, a co za tym idzie, nie ma żadnego powodu, aby wyobrażać sobie dalsze zauroczenie. Napisałem też, że zakończyłem związek z Anastasią i na razie nie planuję się z nikim wiązać.

– I to tyle? – drążył temat.

– Cóż, możliwe, że pominąłem kilka wrażliwych szczegółów, ale nie wydusicie ich ze mnie, chłopaki.

Albus posłusznie przytaknął.

– Naprawdę nie szukasz teraz dziewczyny? – zapytał, szczerze zaciekawiony.

Scorpius westchnął, a potem przygryzł dolną wargę, najprawdopodobniej starannie ważąc swe słowa.

– Nieszczególnie. Zdałem sobie sprawę, że szkolne związki nie są... hm, stabilne i po prawdzie, dużo w nich dramatyzmu. Mieliście ogromne szczęście, że szybko znaleźliście drugie połówki – podsumował, a potem spojrzał uważniej na przyjaciół. – Oto mój punkt widzenia. Nie ma sensu szukać dziewczyny na siłę, żadnej nie przymuszę. Najpierw skupię się na zdobyciu wykształcenia. Jakby nie patrzeć, dopiero wkraczam w dorosłość. O partnerkę zacznę się martwić, dopiero kiedy coś w życiu osiągnę. Nie chcę, żeby fraza „muszę zdobyć dziewczynę" mnie determinowała – zakończył wywód, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. Gdy cisza w pokoju stała się nie do wytrzymania, dodał: – Oczywiście, nie żebym bał się chodzić na randki, czy...

– Jasne, stary – powiedział szybko Albus, a Morrison natychmiast się z nim zgodził. – A więc nie wybrałeś żadnej – podsumował.

Usiadł na łóżku, wdzięczny za moment ogólnego milczenia. Chłonął tok rozumowania Scorpiusa, z każdą mijającą sekundą bardziej go przyswajając. Wszystko, co wyłożył, miało sens.

Przyjaciel miał do wyboru dwie opcje, ale niezadowolony z obu, zdecydował się na mniej oczywiste rozwiązanie. Wtem dostrzegł podobieństwo pomiędzy omówioną sytuacją sercową a własnym wewnętrznym rozdrożem. Wiedział, że porównywanie tych dwóch rzeczy jest oburzające, ale nie chodziło o naturę kontekstu – chodziło o charakter decyzji. Scorpius dotarł do rozwidlenia dróg i nie chcąc iść ani w lewo, ani w prawo, ruszył środkiem, aby odnaleźć ścieżkę, która najbardziej mu odpowiadała. Rozdroże Albusa, oczywiście, zapewniało więcej możliwości, jak również każda opcja niosła za sobą pewne niebezpieczeństwo. W grę nie wchodził więc romans, a wybór stopnia ryzyka. Ostatecznie chłopców łączył bruk, po którym obaj stąpali – niechęć do opowiedzenia się po danej stronie. Ślizgon nie zamierzał ignorować istnienie Diablego Aliansu, ale także nie chciał zawsze stawiać na bezpieczne rozwiązania. Wiedział, co należy zrobić, żeby powstrzymać Darvy'ego. Wiedział, co chciał zrobić, a im więcej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jest odpowiednim człowiekiem do tego zadania.

Zanim został sam, podjął decyzję.


Ostatnie dni zimy były wyjątkowo mroźne, ale kiedy luty przeszedł w marzec, Albus ucieszył się, że znowu może chodzić po dworze. Nie był już zesztywniały i wreszcie przestał zapadać w drzemki co kilka godzin. Ogólnie rzecz biorąc, w pełni wyzdrowiał, niezależnie od stanu, w jakim był po przycmentarnej bitwie. Bardziej niż ktokolwiek, rozumiał też, że do tak szybkiej poprawy przyczyniła się jego tajemnicza przemiana. Wciąż łapał się na przyglądaniu z bliska bliźnie na dłoni, zwłaszcza gdy nikogo nie było w pobliżu; badał jej nieregularny blady kształt. Nikt – nawet Scorpius czy Morrison – nie powiedzieli słowa na temat znaku, najprawdopodobniej dlatego, że nie chcieli mu opowiadać usłyszanej od Harry'ego Pottera historii. Wiedział jednak, iż są świadomi jej istnienia, gdyż zawsze kiedy łapał Mirrę za rękę, dziewczyna nerwowo podskakiwała.

Urodziny wujka Rona wypadały pierwszego marca, a że prawie cała rodzina była wtedy w rezydencji, w ogrodzie urządzono małą uroczystość – stoły i krzesła ustawiono w rzędach. Mama, ciocia Hermiona i babcia Molly, przy pomocy Morrisona, który wydawał się lubić gotować, stanęli na wysokości zadania i przeddzień imprezy przygotowali przepyszną ucztę. Przyjęcie ostatecznie przybrało mało entuzjastyczną formę, ponieważ dorośli rozmawiali pomiędzy sobą ściszonymi głosami, a dzieci usadzono przy najbardziej oddalonym od solenizanta stole, przez co młodsze grono zostało całkowicie odcięte od informacji.

Albus przez cały czas obserwował swojego tatę z daleka. Co rusz zerkał na jego profil, podczas gdy mężczyzna kiwał głową i podjadał pyszności z półmisków, rozmawiając zarówno z przyjaciółmi jak i nieznajomymi. Niestety, nadal nie miał czasu, aby z nim porozmawiać.

Sprzątanie po imprezie urodzinowej zaczęło się dwa dni później. Ślizgon z pogardą zauważył, że wielu gości, aby uniknąć dodatkowej pracy, szybko poznikało. Bałagan nie stanowił większego problemu, gdyż po prostu zdali się na magię. Jak trafnie zauważył Morrison, scenariusz, w którym obrywają za użycie zaklęć porządkujących, był naprawdę mało prawdopodobny.

– Po prostu bądź wdzięczny za możliwość rozruszania kości – podsumował Scorpius, leniwie machając różdżką. Metalowe krzesła, rozrzucone po trawie, natychmiast uniosły się w powietrze, po czym automatycznie się złożyły i wylądowały na starannie ułożonym stosie.

Morrison spróbował skopiować działanie przyjaciela, ale nieumyślnie tylko wyrzucił je w górę.

– Uważaj! – krzyknął w stronę Jamesa, który akurat szedł do domu. Ten uchylił się w ostatnim momencie, ale rzucił im potępiające spojrzenie, po czym zniknął z pola widzenia.

Albus rozejrzał się z roztargnieniem, także machając różdżką – którą ojciec, jak się okazało, zabrał z cmentarza – i starannie złożył obrusy. Podczas gdy Lily i Jaimie zmywali naczynia, ślizgoni wzięli na siebie prace podwórkowe. Mirra zaś zajęła się poszukiwaniem lalki, którą zgubiła z drugiej strony ogrodu Roxanne.

Tata też był na dworze, choć nieblisko, odwrócony do dzieci plecami. Najprawdopodobniej czekał na powrót cioci Hermiony, z którą przed momentem rozmawiał.

Chłopiec się spiął, chociaż napięcie nijak się miało do obrusów. Ojciec był sam i zapewne nigdy nie znajdzie odpowiedniejszego czasu na polemikę, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co planował zrobić.

– Zaraz wracam – poinformował przyjaciół.

Scorpius spojrzał na niego podejrzliwie, jakby odejście na kilka kroków stanowiło czyn co najmniej szemrany, podczas gdy Morrison nawet się nie zainteresował, w pełni skupiony na ręcznym podnoszeniu porozrzucanych krzeseł. Szybkim krokiem więc podszedł do taty, zwolniwszy, dopiero kiedy ojciec się obrócił.

Albus się zapatrzył. Przez ostatni miesiąc widział Harry'ego tylko i wyłącznie w przelocie, a teraz, kiedy miał wolną rękę, nie spieszył się z przebadaniem każdego centymetra jego twarzy. Włosy miał krótsze, wciąż potargane i sterczące pod dziwnymi kątami, zapewne od wiatru. Nie miał zapuszczonych ani wąsów, ani bródki, a jego skóra z czasem przybrała zdrowy odcień. Światło słoneczne w połączeniu z pożywną dietą dokonało cudu. Szmaragdowe oczy znów skrył za okrągłymi okularami, ale przynajmniej nie były już przekrwione i opuchnięte. Gdy chłopiec przystanął, spojrzenie taty natychmiast się na nim skupiło, bystre i jakby wszechwiedzące. Postronny obserwator mógłby też nie zauważyć lekkiego ściągnięcia brwi, ale Albus dostrzegł i ten szczegół.

– Specjalnie mnie unikałeś? – zapytał cicho. Za plecami dobiegły go podniesione głosy, jak Scorpius i Morrison zaczynają się sprzeczać o drobnostkę, zupełnie nieświadomi tego, co dzieje się na podwórku.

– Nieszczególnie – odparł Harry; już nie chrypiał jak w więzieniu. – Chciałem tylko odsunąć tę rozmowę w czasie.

– Dlaczego? – zapytał z małym wyrzutem.

– Bo przyszedłeś się właśnie pożegnać, prawda?

Albusem wstrząsnął dreszcz zaskoczenia, chociaż starał się nie okazać emocji na twarzy. Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale tata pokręcił głową i rozwinął wcześniejszą wypowiedź.

– Niestety dla siebie, jesteś zbyt do mnie podobny. – Uśmiechnął się krzywo i przymknął na chwilę oczy. – Nawet jeżeli wybierasz inne sposoby...

– O czym ty mówisz? – spytał, choć doskonale wiedział, że na udawaniu nieświadomego daleko nie zajdzie. W końcu będą musieli rozwiązać ten problem.

– Naprawdę uważasz, że nie wiem, nad czym dumasz? – kontynuował tata. – Myślisz, że nie wiem, czego pragniesz – pragnąłeś – od chwili, gdy odzyskałeś przytomność?

Ślizgon się zagapił.

– Nie sądzę.

– Chcesz dorwać Darvy'ego, Albusie – powiedział rzeczowo tata. – Pragniesz się zemścić...

– To nie tak – zaprzeczył. – Nie chodzi o zemstę.

– W takim razie o co, synu? – zapytał ojciec. – O czym tak naprawdę teraz myślisz?

Chłopiec nagle zaczął się trząść. W momencie się przestraszył – że wysłuchawszy go, tata zmarszczy z niezadowoleniem brwi.

– Darvy wywołał niemałe zamieszanie w czarodziejskim świecie. Tak jak sobie wymarzył, społeczeństwo z napięciem śledzi jego działania – zaczął powoli. – Ktoś musi go powstrzymać.

– A dlaczego akurat ty?

– Cóż, bo tylko ja mogę. Darvy nie ma żadnych skrupułów, a na swoich wrogów nasyła te okropne stworzenia. Z jakiegoś powodu – w sumie nie wiem czemu, ale odkryję prawdę – mogę im się przeciwstawić – odpowiedział natychmiast Albus, zawczasu przygotowany. – Kiedy zmierzę się zDarvym, jeden na jednego, wszystko sprowadzi się do tego, który z nas jest lepszym czarodziejem...

– Uważasz się za lepszego? – zapytał z niedowierzaniem Harry. – Masz dopiero szesnaście lat. Nawet nie zakończyłeś edukacji, ani nie opanowałeś aportacji.

– Opanowałem. I jestem silniejszy, niż myślisz. Sancticus trochę mnie podszkolił...

– Koniec tych bzdur o Fairhartcie! – Tata podniósł głos, wyglądając na rozzłoszczonego. Brzmiał podobnie jak na wyspie. – Nie zamierzam nawet roztrząsać tego, dlaczego wasza dwójka włamała się do więzienia...

– Chcieliśmy cię uratować.

– Och, naprawdę? – parsknął ojciec. – Tak się składa, że ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, zanim twój ukochany Fairhart powalił mnie na ziemię, była paplanina o kontynuowaniu waszej małej przygody. Wspominaliście coś o Nikczemnej Księdze...

– Zupełnie nie rozumiesz, tato. – Albus pokręcił głową. – Musieliśmy oddzielić Darvy'ego od trzech niemoralności – Księgi, Różdżki i Zasłony.

– Co takiego? Jakich znowu niemoralności...? – Harry był oszołomiony. – Co ty pleciesz...?

– Cóż, Sancticus wprowadził mnie w temat – zaczął tłumaczyć, ale wiedział, że jest z góry skazany na porażkę.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że wchodzisz na niebezpieczne grunty? Jaką dużą nutę szaleństwa zaszczepił w tobie ten obłąkany człowiek...?

– Przestań, nie obrażaj... zmarłych.

– Wiem, że Fairhart nie żyje, Albusie – powiedział ojciec już normalnym tonem. – Sęk w tym, że...

– To, że go nienawidzisz, nie oznacza...

– Nigdy nie darzyłem Sancticusa Fairharta nienawiścią. W zamian straciłem do niego szacunek – podsumował Harry.

– Czemu? Przecież go lubiłeś.

– Owszem, zanim oszalał...

– Powtarzasz tylko plotki! – Albus się rozzłościł. – San był wielkim czarodziejem...

– Nie zaprzeczam jego zdolnościom. Fairhart był niesamowicie uzdolnionym człowiekiem – był niezwykle inteligentny, odważny i ucieleśniał wiele cech, które definiują wspaniałego czarodzieja – powiedział stanowczo tata. – Niemniej jednak popadł w obłęd. Zrozumiałem to, kiedy zobaczyłem cię w więzieniu. Porwał moje szesnastoletnie dziecko i przytargał je w najniebezpieczniejsze miejsce na świecie – po co? – dokończył łamiącym się głosem.

– Potrzebował mojej pomocy – wyszeptał.

– Czyżby? – zaszydził Harry. – Och, podejrzewam, że kiedy sprawił sobie odpowiedniego towarzysza, szanse na powodzenie jego „misji" drastycznie wzrosły...

– Cóż, osiągnęliśmy sukces, prawda? Wyciągnęliśmy cię z więzienia. – Ślizgon się nie poddawał, a z emocji do oczu napłynęły mu łzy. Nie chciał tego. Nie chciał, aby ta rozmowa przekształciła się w słowną batalię. – Mógłbyś okazać trochę wdzięczności, bo bez Sana...

– Albusie. Czy naprawdę uważasz, że za kratkami skupiałem się na swojej niedoli – podczas niekończących się tortur, głodówki i chłodu? Czy naprawdę sądzisz, że nie rozmyślałem o bezpieczeństwie moich najbliższych? Nim minęła chwila, stanąłeś przed moją celą. Znalazłeś się w ostatnim miejscu, w którym pragnąłbym cię ujrzeć.

– Wróciłem do zdrowia, tato. Doszedłem do siebie – oponował, wciąż się trzęsąc. – To, przez co przeszliśmy, nie ma większego znaczenia, bo już jest w porządku...

– Jesteś w błędzie. To ma znaczenie! – krzyknął ojciec, bliski płaczu. – To ma wielkie znaczenie, Albusie, bo wycieczka na wyspę nieodwołanie cię zmieniła; ukształtowała na zawsze! Byłeś w strasznym miejscu i zobaczyłeś rzeczy, których nie powinieneś był zobaczyć. Na własne oczy widziałeś śmierć i uczestniczyłeś w jatce. Teraz po prostu chcesz się wymknąć i kolejny raz stanąć do walki. Nie jesteś gotowy, synu.

– Fairhart mnie wyszkolił – powtórzył. – Uczynił mnie lepszym czarodziejem.

– Och, czyżby? Naprawdę stałeś się „lepszym czarodziejem"? A może tylko bardziej niebezpiecznym? – Kiedy chłopiec nie odpowiedział, Harry kontynuował. – Na ile sposobów potrafisz teraz zranić ludzi? Ile poznałeś nowych klątw? Ilu nauczyłeś się przekleństw? Na ile sposobów możesz odbić zaklęcie? Jak duże szkody potrafisz wyrządzić? Z całą pewnością stałeś się sprawniejszym pojedynkowiczem, ale pozwól, że nakieruję cię na trochę inną perspektywę. Ilu w międzyczasie nauczyłeś się czarów leczniczych?

Albus spuścił wzrok.

– Uzdrawianie... nie było mocną stroną Sana.

– To oczywiste. Fairhart był mordercą, synu. W jego naturze leżała chęć krzywdzenia innych. Proszę, nie udawaj nieświadomego. – Ojciec zacisnął zęby. – Nie jesteś renegatem. Nie jesteś Sancticusem Fairhartem – bez względu na to, jak bardzo byś pragnął.

– Nie pragnę, ale mylisz się, tato – powiedział ślizgon i podniósł wzrok. – Jestem renegatem...

Harry wybuchnął śmiechem. Kiedy w końcu się opanował, miał mokre policzki.

– Nie kpij ze mnie. Nawet nie wiesz...

– Nie kpię – stwierdził poważnie mężczyzna.

– Chcesz sprawić, abym został.

– Nie, próbuję ci uzmysłowić, że musisz odpuścić. Co czeka cię na zewnątrz? Jakie masz plany? W jakim zmierzasz kierunku? Czy wiesz w ogóle, gdzie postawisz pierwszy krok? Czy masz w głowie konkretne miejsce?

Albus nie odpowiedział, nawet nie kłopocząc się wykłócaniem. Prawda była taka, że chociaż nie obrał jeszcze bezpośredniego kierunku działania, wiedział, gdzie powinien się najpierw udać. Przez ostatnie tygodnie przeczesywał swoje wspomnienia, szukając słownych wskazówek pozostawionych przez Sancticusa. Wszystko, na co do niedawna wpadał, okazywało się być ulotnymi urywkami, aż w końcu połączył zbłąkane kropeczki. Fairhart wspominał coś o srebrnym pudle, które leżało w chacie. Co takiego ważnego było w środku, że mentor zdradził tę informację praktycznie na ostatnim oddechu. Cóż, zamierzał się dowiedzieć.

– Nie wiesz, co czynić – podsumował tata, najprawdopodobniej biorąc jego milczenie za zgodę na kontynuowanie. – Rozumiem, że masz chęci, ale pomysł, żeby w pojedynkę ocalić świat jest... nierealny. Chcesz być jedynym, który powstrzyma Darvy'ego, ale prawda jest taka...

– Ty zawiedziesz – powiedział na wydechu.

Harry uniósł brwi.

– Pomijając kwestię skromności, w młodości stawiałem czoła czarodziejom, przy których Darvy to mugolskie niemowlę. Na ten moment wróg jest pozbawiony armii, a jego poplecznicy, to wynędzniali więźniowie, których wcześniej schwytałem i osadziłem w więzieniu. Nie doceniasz grupy, którą zebrałem...

– Nie, tato. Zwyczajnie nie doceniasz przeciwnika. – Albus pokręcił głową. Darvy nie był wybitnym pojedynkowiczem i nie dosięgał aurorom do pięt, ale dobierając odpowiednią strategię, wypracował znaczną przewagę. Koszmarna armia, mimo że teraz praktycznie nieistniejąca, wylęgnie się ponownie, jeżeli tylko będzie miała trochę czasu. Wróg znów będzie groźny. – Wbrew wszystkiemu, Darvy jest sprytny. Może nie zaczytuje się w opasłych tomiszczach i nie używa skomplikowanych słów, ale wie, jak terroryzować społeczeństwo. Po prostu zejdzie do podziemia i wróci, gdy odbuduje swą armię. Kiedy do tego dojdzie... będę musiał stawić mu czoła. Jak już powiedziałem, z jakiegoś powodu mogę kontrolować te bestie, a to oznacza, że zniknie przewaga, którą w międzyczasie wypracuje sobie Darvy.

– Wciąż jesteś dzieckiem, a nawet jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, jaki jest sens w samodzielnej wyprawie, skoro możemy zawiązać współpracę? U mojego boku nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo, będę cię chronił – argumentował ojciec. – Dlaczego nie możesz zrozumieć, że twoja rola się zakończyła? Owszem, dokonałeś wiele, ale nadszedł czas, abyś zwolnił. Nie pozwól, aby podszepty i strzępki informacji z zewnątrz cię przestraszyły, Albusie. Wojna się skończyła...

– Nieprawda, to dopiero początek! – stwierdził, po czym podrapał się po głowie. – Ludzie ciągle ze sobą walczą i wybierają strony, a Darvy znów gromadził siły...

– To tak zwane wstrząsy wtórne, synu – naturalna kolej rzeczy. Ziemia zawsze drży, kiedy era zniszczenia dobiega końca. Niestabilność gruntu świadczy zaś o nadejściu fazy uporządkowania świata – wytłumaczył tata. – Nie prowadzę moich przyjaciół przeciwko okrutnemu przywódcy i jego armii koszmarnych stworzeń, a przeciwko zrujnowanemu człowiekowi, który – aby przetrwać – musiał się ponownie ukryć.

– Kiedy Darvy zaciśnie swą pięść i dojdzie do walki, ilu z nich zobaczysz martwych? Ile osób poślesz do boju?

– Nie podjąłbym takiej decyzji.

– Właśnie dlatego nie pokonasz Darvy'ego – podsumował wątek Albus.

Harry się zagapił.

– Nie mów, że wspierasz działania Waddleswortha...

– Cóż, Zjednoczone Ministerstwo uratowało mi życie... – zaczął.

– Tylko dlatego, że w niewytłumaczalny sposób miałeś ich w garści!

– Nie przerywaj i pozwól mi skończyć! – krzyknął, po raz pierwszy decydując się przejąć całkowitą kontrolę nad prowadzoną dyskusją. Nie słyszał już przekomarzanek Scorpiusa i Morrisona z drugiego końca podwórka i chociaż był pewien, że ich spór dawno się rozwiązał, intuicyjnie czuł, że nie weszli do domu. – Zjednoczone Ministerstwo ocaliło mi życie. Choć nie powinni zostać wysłani prosto na rzeź, nie można zaprzeczyć, że gdyby Waddlesworth wiedział, jak powstrzymać Darvy'ego, to nie zwlekałby nawet sekundy przed użyciem brutalnej siły. Ty byś się wahał. Nie chcesz podjąć ryzyka, nawet jeżeli uratowałbyś tym wiele istnień. Przypomnij sobie sytuację, jaka miała miejsce w więzieniu. Czy pamiętasz, co mówiłeś o ratowaniu więźniów?

– To dwie różne sprawy – stwierdził ojciec. – Omawiamy teraz popieranie wojny, walki i śmierci wielu czarodziejów...

– Nie popierasz działań zbrojnych i właśnie dlatego nie jesteś w stanie powstrzymać Darvy'ego! Cały ten czas spędzisz na planowaniu ataku, a kiedy wróg odbuduje armię...

Harry westchnął.

– Popieram wojnę, ale tylko, kiedy jest to rzeczywiście konieczne, Albusie. Widziałem wystarczająco dużo śmierci, aby wiedzieć, że życie bardzo często kończy się bez żadnego powodu. Wiem, że czasem nie da się uniknąć wojny, aczkolwiek potrafię rozpoznać, kiedy wybrukowana jest wymówką. Czarodziejski świat popadł w konflikt z powodu przekombinowania. Naprawdę uważasz, że Waddlesworth wysłał Zjednoczone Ministerstwo do Azkabanu, bo chciał powstrzymać Darvy'ego? Myślisz, że zależało mu na wyeliminowaniu zagrożenia? Oświecę cię, synu. Wysyłając oddział do więzienia, może i myślał nad zwycięstwem, ale w głębi duszy najbardziej interesowało go pokazanie światu swojej potęgi. Ci ludzie zginęli na próżno, dobrze wiesz. Powtórzę – nie udawaj nieświadomego.

– Nie zamierzam udawać, ale właśnie dlatego nie planuję żadnej większej bitwy – odpowiedział cicho chłopiec. – Wszystko rozumiem, jednak jeśli Darvy będzie miał wystarczająco dużo czasu, żadna wykwalifikowana armia nie pokona tego, co się wylęgnie. Trzeba znaleźć inny sposób...

– Znowu bredzisz o tych niemoralnościach. – Ojciec przewrócił oczami, wyraźnie zirytowany. – Wbrew twoim założeniom, Darvy nie potrzebuje żadnych artefaktów. Skąd to wiem? Cóż, ostatnim razem widziałem Nikczemną Księgę w rękach Fango Wilde'a, kiedy ten próbował uciec z wyspy.

Albus zastygł w bezruchu.

Wilde zdobył Księgę.

– Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zguba nieszczególnie obchodzi poprzedniego właściciela.

– Wilde odszedł z Księgą? – zapytał, zdezorientowany.

Harry rozłożył ręce.

– Najprawdopodobniej, chociaż nie mam stuprocentowej pewności. Kiedy deportowałem się z wyspy, faceta nigdzie nie było.

Serce Albusa zabiło gwałtowniej. Fango Wilde przechwycił Nikczemną Księgę, czyli był w posiadaniu najważniejszego według Fairharta artefaktu. Czemu? Tak czy inaczej, dzięki nowo zdobytej informacji zmodyfikował swój plan – najpierw dotrze do Wilde'a, a potem do Darvy'ego. Jakby nie patrzeć, Sancticus również chciał zniszczyć Księgę.

– Czy w ogóle mnie słuchasz? – zapytał Harry, czym wyrwał syna z zamyślenia. – Skup się, proszę. – Westchnął przeciągle. – Nie prawię wykładu, aby cię rozgniewać, ani żeby umniejszać twoim umiejętnościom. Tłumaczę ci wszystko, bo kiedyś byłem w dokładnie takiej samej sytuacji. Wiem, z czym się zmagasz oraz rozumiem, że nie sposób odpowiednio się przygotować...

– Mimo to zwyciężyłeś, prawda? – zapytał Albus. Nagle sobie uświadomił, że argument, który podniósł tata, może odwrócić na swoją korzyść. – Ile miałeś lat, gdy pokonałeś Voldemorta? Jak tego dokonałeś? Chowałeś się za innymi, czy może wyruszyłeś w świat z misją?

Mężczyzna sapnął.

– Cóż, dobrze wiesz, wyruszyłem w podróż...

– Więc niby co sprawia, że teraz jest inaczej?

– Nie powinieneś działać na własną rękę, to nie twoja rola. Chcąc wybyć z domu, na siłę próbujesz się dopasować do sytuacji, do której zupełnie nie pasujesz. Musisz mi zaufać, Albusie. Jestem twoim ojcem i...

– Ty nie miałeś ojca! – wytknął i w momencie zrozumiał, że posunął się zdecydowanie za daleko. Widząc wyraz twarzy Harry'ego, prawie się popłakał. Nie zamierzał się jednak powstrzymywać.

– Nie miałeś nikogo, kto by ci powiedział, co możesz, a co nie; że to nie twoja wina, czy żebyś po prostu trzymał się od wszystkiego z daleka...

– Masz rację. Zamiast rodziców, miałem twoje wujostwo. Każdego dnia jestem im wdzięczny, ponieważ w pojedynkę do niczego bym nie doszedł. Gdybym pierwszego dnia szkoły nie spotkał Rona w pociągu, moje życie potoczyłoby się inaczej. Gdyby Hermiona praktycznie cały czas nie prowadziła nas za ręce, z pewnością byś się nie urodził. Myślisz, że doskonale byśmy sobie bez niej poradzili? Błąd – skończylibyśmy martwi w drugim dniu naszej wyprawy. – Spojrzenie taty nabrało intensywności, a głos stanowczości. – Nie byłem sam, miałem pomocników – ludzi gotowych walczyć za moją sprawę; ludzi, za których oddałbym życie, tak jak oni zginęliby za mnie. Cóż, zastanów się nad swoimi bliskimi. – Powiedziawszy to, Harry ukradkowo zerknął na stojących z tyłu ślizgonów.

Scorpius i Morrison znów rozmawiali, chociaż najprawdopodobniej próbowali taktownie zagłuszyć ich krzyki. Albus wyciągnął wnioski.

– Yhym, z nami jest podobnie.

– Mimo to nie zabierzesz ze sobą przyjaciół, prawda?

– Hm, nie – odpowiedział po chwili wahania.

– Dlaczego?

– To nie ich walka. Nie chodzi tylko o...

– Nie jesteś gotowy, bo nie rozumiesz, że czasem potrzebna jest pomoc innych. – Harry aż się zatrząsł ze złości. – Nie grzeszysz rozumem, wierząc, że najlepszym rozwiązaniem dla twoich bliskich będzie odseparowanie ich od siebie. Nie pojmujesz siły budowanych przez lata więzi. Uważasz, że wszystko sprowadza się tylko i wyłącznie do ciebie oraz Darvy'ego, czyli nadajesz całej sprawie osobistego wydźwięku...

– To Darvy spersonalizował tę sprawę! Nie rozumiesz, bo cię tam nie było. Gdziekolwiek jest Darvy, nie główkuje nad potyczką z tobą, Waddlesworthem, czy kimkolwiek innym, kto stanie mu na przeszkodzie – myśli nad starciem ze mną. Nie kieruję się absurdalną dumą, czy też chęcią popisania się umiejętnościami i wzniesienia na wyżyny. Nie chcę, żeby po przebudzeniu najpierw myślał o moim martwym ciele, ale prawda jest taka, że wszystko sprowadza się do nas dwóch. Nikt nie przewidział takiego scenariusza, ale zginęli moi przyjaciele. Darvy nie cofnie się przed niczym, aby mnie zrujnować!

Harry przez chwilę milczał, a potem puściły mu emocje i otwarcie się rozpłakał. Kiedy w końcu przemówił, brzmiał jakby z dużej odległości.

– Bardzo cię kocham, Albusie – wystarczająco, aby wprost powiedzieć ci, że nie jesteś gotowy. Zmierzasz w niewłaściwym kierunku. Własnoręcznie się zniszczysz, zanim jeszcze podejdziesz odpowiednio blisko Darvy'ego...

– Żaden ze mnie słabeusz, tato. Jestem teraz całkiem potężny. – Twarz chłopca pociemniała. – Darvy ma tego świadomość, a co gorsza, widział mnie w akcji. Ty również. – Wyciągnął lewą rękę, pokazując nieregularną bliznę. Ojciec nie odpowiedział. – Darvy się mnie boi, nie bez powodu. Stoję mu na drodze, chociaż nie wiem, czy pragnie, abym na zawsze pozbył się mocy, czy też pragnie wykorzystać ją do własnych celów. Stanowię zagrożenie, tato. I mam dość ukrywania nowych zdolności. Z czasem opanuję tę moc, nauczę się kontroli. Gdy nadejdzie właściwa chwila, skorzystam z niej. Nie wiem, dlaczego czasem się zmieniam, ale... kiedy stanę naprzeciw wroga, nie będzie miał najmniejszych szans. Najpierw upewnię się, że koszmarna armia zostanie zniszczona oraz że nie będzie więcej ofiar, a potem powstrzymam go na zawsze.

– Czemu w ogóle chcesz sięgać do tej mocy? – zapytał od razu Harry. – Czemu, aby zakończyć wojnę, chcesz odebrać życie?

– Nie wszystko ze mną dobrze, tato – podsumował Albus, po raz pierwszy szczerze werbalizując swe obawy. – Mój umysł nie zarejestrował szczegółów bitwy na cmentarzu, ale moje ciało wręcz przeciwnie. Wiem, że byłem podekscytowany i zadowolony. Wiem, że sprowadziłem zniszczenie. Cokolwiek mi dolega, jest też...

– Wszystko z tobą w porządku! Czemu tak myślisz? – zaprzeczył tata i go objął. – Zwyczajnie... poważnie zachorowałeś. Jeżeli zostaniesz w domu, to ci pomożemy.

Albus wyswobodził się z uścisku. Znał prawdę. Zbyt dobrze wiedział, że jest związany z Sebastianem Darvym, a przez to może położyć kres tyranii w czarodziejskim świecie. Wrócił wspomnieniami do wymagań Fairharta, tych sprzed kilku tygodni. Co trzeba było posiadać, aby powstrzymać przeciwnika?

Wiedzę, czym właściwie wróg dysponuje.

Odhaczone.

Rozumiał, że moc Darvy'ego jest zakorzeniona w artefaktach, które ten dotąd zdobył. Zatriumfuje, jeżeli utrzyma Zasłonę Skazańca oraz Smoczą Różdżkę, tak więc należy się upewnić, że nigdy nie odzyska Nikczemnej Księgi – w przeciwnym wypadku zwiększy swe szanse na zwycięstwo.

Niezbędne do wykonania zadanie szkolenie.

Odhaczone.

Albus wiedział, że jest niezłym czarodziejem i po prostu stawi wrogowi czoła. Najpierw i tak trzeba go wyśledzić, Fango Wilde'a zresztą również. Aby tego dokonać, musi wiedzieć, jak zdobywać potrzebne informacje. Szczęśliwie się złożyło, że Sancticus przekazał mu także tę wiedzę.

Determinację, aby w razie potrzeby oddać życie za sprawę.

Odhaczone...

Szybko się odwrócił, w momencie pojmując, że kłótnia z ojcem donikąd go zaprowadzi. Kiedy wyrwał się z uścisku taty, który próbował rozwiać jego obawy, poczuł bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Niestety, nie mógł dłużej zwlekać. Bez względu na wszystko, prawda była niezmienna. Zrobił krok naprzód, z zamiarem dopięcia rzeczy na ostatni guzik, lecz zatrzymał go głos Harry'ego.

– Nigdzie nie idziesz, synu.

Albus spojrzał przez ramię.

– Nie zawsze będziesz mógł mnie powstrzymać, tato – powiedział i pozwolił, aby na jego twarz wpłynął pełen zadowolenia uśmiech. – Zatrzymasz mnie dzisiaj, zniknę jutro. Zatrzymasz mnie jutro, zniknę następnego dnia. To coś, co muszę zrobić. Przekaż wszystkim, że przepraszam – dodał, odczuwając olbrzymi ból. Najprawdopodobniej nigdy nie zdoła wytłumaczyć się matce, rodzeństwu czy kuzynostwu...

Z trudem przełknął nieprzyjemną gulę w gardle, a następnie zaczął iść w kierunku rezydencji.

– Jeżeli czmychniesz, przyjdę po ciebie – zawołał za nim ojciec.

W trakcie marszu Albus odwrócił się na pięcie i rozłożył ręce.

– Wiesz co? – zapytał. – Możesz spróbować – powiedział ze świadomością, że jeżeli nie da rady wymknąć się tacie, nie podoła zadaniu, które sobie wyznaczył.

Więcej się nie obejrzał. Normalnym krokiem wszedł do domu, a potem z dziwnym uczuciem w żołądku zrozumiał, że jego impulsywność umniejszyła szanse na docenienie tego, co zamierzał zostawić. Gdy odejdzie, kiedy wróci? Czy w ogóle przeżyje tę wyprawę?

Idąc na górę, przeskakiwał po dwa stopnie naraz, wdzięczny, że nikogo po drodze nie spotkał. Wszedł do swojego pokoju, po czym rozejrzał się dziko. Całkiem szybko zlokalizował dwie rzeczy, których szukał – szkolnego kufra i torby.

Natychmiast przegrzebał sypialnię, pakując wszystko, co wydawało mu się przydatne podczas podróży. Do plecaka wrzucił kieszonkowe, które zgromadził przez lato oraz ubrania na zmianę. Z początku czuł się dziecinnie, zupełnie jakby szykował się do Hogwartu, ale potem przypomniawszy sobie Fairharta i jego woreczki z chlebem, pojął, że nie ma żadnego znaczenia, co będzie nosił. Sprawdził kieszenie, żeby upewnić się, że różdżka jest bezpieczna, po czym zanurkował w kufrze.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był prezent świąteczny od Mirry – zdjęcie, na którym uśmiechał się razem z tatą. Czasem wciąż nie mógł uwierzyć, że samodzielnie ozdobiła ramkę. Z największą ostrożnością umieścił fotografię na dnie torby, dochodząc do wniosku, że jest równie potrzebna co odzież i pieniądze.

Gdy przekopał się przez stare, od dawna nieużywane czarodziejskie gadżety ze sklepu wujka, które ostatecznie spakował, dotarł do swojego najcenniejszego skarbu – peleryny niewidki. Materiał wciąż oszałamiał, z łatwością prześlizgując mu się pomiędzy dłońmi, lśniący, gładki i jedwabisty w dotyku. Zabranie tego cudu ze sobą z pewnością było dobrym pomysłem. Jakby nie patrzeć, od lat służył rodzinie, wielu, wielu pokoleniom wstecz – tacie oraz dziadkowi...

Wtem zastygł w bezruchu. Oczywiście, nie zamierzał umierać, ale jeśli przypadkiem straciłby życie, w jaki sposób peleryna powróci na rodzime łono? W jednej chwili podjął decyzję. Starannie złożył niewidkę i wyszedł z pokoju. Wrócił kilka sekund później z pustymi rękoma – Lily czekać będzie spora niespodzianka.

Zręcznym ruchem zapiął zamek torby i przewiesiwszy ją przez ramię, wymaszerował z sypialni. Gdy się deportuje, zdecydowanie rzuci na nią zaklęcie zmniejszające wagę. Nie oglądając się za siebie, opuścił dom.

Kiedy wyszedł na podwórko, taty nigdzie nie było – najprawdopodobniej poszedł zrobić coś, co utrudni Albusowi ucieczkę. Przyspieszył kroku, nie chcąc napotkać dodatkowych przeszkód.

– Wybierasz się gdzieś, stary?

Gwałtownie się odwrócił. Niemalże przeszedł obok swoich przyjaciół.

Wyglądało na to, że przez ten cały czas siedzieli w ogrodzie. Scorpius przechylił z udawanym zainteresowaniem głowę, niby czekając na odpowiedź, zaś Morrison tylko patrzył na niego ponuro, wciąż siedząc obok stosu metalowych krzeseł, których koniec końców nie udało mu się uporządkować.

Albus milczał, bo zbyt dobrze wiedział, że nie pomogą mu żadne tłumaczenia.

– Żadni z nas głupcy. Zorientowaliśmy się, że nie jedziesz do Hogwartu.

– Zwłaszcza gdy jest zamknięty – dodał Vincent.

Westchnął.

– Słuchajcie...

– Oczywiście, idziemy z tobą. Nie wiem, dlaczego miałbyś myśleć inaczej.

– Nie mam żadnych wątpliwości, że chcecie mi towarzyszyć, ale nie będziecie w stanie...

– Och, skończ z tą gadką godną prawdziwego twardziela – powiedział Malfoy, wyraźnie zirytowany. – Za kogo się uważasz?

– Nie jesteś Fairhartem, więc możesz przestać udawać – dodał zgryźliwie Morrison.

Albus się skrzywił. Czemu wszyscy sądzili, że wiedzą, co siedzi mu w głowie?

– Słuchajcie...

– Proszę, droga wolna – stwierdził Scorpius, na co obaj chłopcy wytrzeszczyli oczy.

– Co takiego...?

– Idź sobie, ale zanim to zrobisz, skocz w krzaki i wyjaśnij Mirze, dlaczego nie jest warta stać u twojego boku. Wszystko porządnie jej wyklaruj – powiedział, wskazując dłonią na pobliskie skupisko drzew. – W tej chwili przeczesuje cholerne zarośla w poszukiwaniu jakiejś lalki dla młodszej koleżanki, z którą normalnie nawet nie zamieniłaby słowa, gdyby nie chodziła z największym palantem na świecie. Obrzydliwie się poświęca, aby móc później trzymać cię za pokiereszowaną dłoń, całować po całkiem przeciętnej twarzy i z niewyjaśnionego powodu myśleć, że jest najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.

Albus się skulił. Malfoy miał naprawdę wielki talent do przedstawiania prawdy w najbardziej bolesny oraz brutalny sposób. Zanim jednak zdążył odpowiedzieć, przyjaciel wznowił wywód.

– Idź sobie, ale miej na uwadze, że niezależnie od twojego sprytu, będę cię gonił, nawet jeżeli Morrison trochę mnie spowalnia.

– Właśnie, nawet kiedy go wstrzymuję! – dodał z zapałem wyżej wymieniany.

Gdy brunet znów chciał zabrać głos, Scorpius uniósł dłoń.

– Zapomnij.

– Ano, żadnych pożegnań. – Vincent skinął głową. – Jakby nie patrzeć, nie minie chwila, nim się zobaczymy...

Ślizgoni odwrócili się i odeszli, nawet się nie oglądając. Nie zwrócili też najmniejszej uwagi na mieszaninę emocji wypisaną na twarzy przyjaciela.

Albus wyglądał za nimi do momentu, aż przekroczyli próg domu, a następnie skierował się w stronę gęstych drzew, które stanowiły część podwórka. Aportuje się, kiedy tylko stanie na uboczu, wystarczająco daleko od głównego wejścia, aczkolwiek chociaż miał kilka miejsc docelowych, nieszczególnie wiedział, gdzie się najpierw uda; po prostu nie mógł dłużej zwlekać i wciąż przywiązywać się do rodziny bardziej, aniżeli teraz.

Wszedł pomiędzy drzewa, a światło słoneczne natychmiast przygasło. W niczym nie przypominało to powrotu na wyspę, ale w jakiś sposób popadł w refleksyjny nastrój – nauczył się bowiem szukać ukojenia w naturze. Idąc, wrócił myślami do ostrych słów Scorpiusa. Po paru minutach namysłu doszedł do wniosku, że zwyczajnie nie ze wszystkimi byłby w stanie się pożegnać...

– Albusie?

Odwrócił się tak szybko, że niemal nie nadział się głową na wystającą gałąź. Zaledwie kilka stóp dalej stała wyraźnie zaciekawiona Mirra, cała umorusana ziemią, z liśćmi i mniejszymi witkami we włosach. Wyglądała, jakby przynajmniej od godziny błądziła po okolicy.

– Hej – powiedział pogodnie. – Znalazłaś tę lalkę...?

– Gdzie idziesz? – zapytała w zamian, natychmiast tężejąc. – Czemu przewiesiłeś sobie przez ramię szkolną torbę...?

Nie potrafił wykrztusić słowa. Po prostu stał w miejscu, nie mogąc oderwać od dziewczyny wzroku i chłonął obraz. Szczególnie skupił się na jej długich, ciemnych włosach, okalających jasną twarz. Gdy skoncentrował się na końcówkach loczków, zauważył, że nosiła srebrny medalion, który niegdyś jej podarował.

– Gdzie idziesz, Albusie? – spytała ponownie, ewidentnie podenerwowana faktem, iż wciąż nie uzyskała odpowiedzi.

– Cóż, muszę zrobić kilka rzeczy...

– Absolutnie nie, nigdzie nie wyjeżdżasz. – Aby dodać stwierdzeniu stanowczości, energicznie potrząsnęła głową. – Nigdzie, rozumiesz?

– To nieodwołalne! – podsumował ze skręcającymi się z nerwów wnętrznościami. – Wiem, że...

– Opowiem wszystko twojemu tacie!

– Za późno, już wie. – Uśmiechnął się lekko ślizgon. – Reszta rodziny najprawdopodobniej również.

Mirra wyrzuciła ręce w powietrze.

– Czy jestem jedyną osobą, której na tobie rzeczywiście zależy?

– Wysłuchaj mnie, proszę. – Zrobił krok naprzód, a kiedy się cofnęła, jakby nie chciała nawiązać kontaktu fizycznego, kolejny. Ostatecznie chwycił ją za ramiona. – Wiem, że to najgorsza rzecz, jaką mogę teraz zrobić, ale...

– Po co to wszystko? Jakie znaczenie ma nasz związek, skoro... możesz nigdy nie wrócić z tej swojej... eskapady...? – Zwiotczała, załamana, kiedy Albus złożył na jej czole delikatny pocałunek. – Nie możesz ruszyć w świat.

– Wiem, że to, co robię, jest niewłaściwe. Naprawdę wszystko rozumiem – stwierdził.

– Niekoniecznie. Może zwyczajnie nie jesteś chłopakiem dla mnie! – warknęła, porządnie rozzłoszczona.

Ślizgon zastygł w bezruchu, zmrożony sugestią. Wypowiedziane przed momentem słowa przeszyły go na wskroś, niczym chłodny, ostry sztylet, ale zdecydował się na zachowanie kamiennej twarzy. Gdy nie odpowiedział, dziewczyna kontynuowała.

– Pragnę, abyś nigdzie nie szedł i pozostał przy życiu. Czy naprawdę proszę o wiele? To znaczy...

Albus pochylił się i pocałował Mirrę. Podobnie jak wtedy, kiedy był u niej w domu, na krótko przed wyborem Warrena Waddleswortha na Ministra Magii, uciszył ukochaną pocałunkiem. Motywowała go także świadomość, iż mógł być to ich ostatni wspólny buziak. Stał nieruchomo, aż w końcu dłonią odchylił jej głowę i pogłębił pieszczotę. Torba, którą miał przewieszoną przez ramię, nagle stała się nieważka, nawet bez użycia magii. Mirra się nie cofnęła, zupełnie jakby również wiedziała, że na więcej nie może liczyć...

Gdy się rozdzielili, natychmiast się odsunął i spojrzał na zapłakaną dziewczynę.

– Wiesz, że niemal kupiłem wisior w złotym odcieniu? – zapytał, zanim zdążyła zareagować, wskazując na medalion.

– Co takiego...?

– Cieszę się, że z niego zrezygnowałem. To znaczy, we wszystkim wyglądasz pięknie, ale ten odcień zdecydowanie bardziej ci pasuje – dodał. – Srebrny jest twoim kolorem.

Ostatni raz spojrzał na Mirrę, wciąż stojącą w miejscu z szeroko otwartymi oczami, po czym gwałtownie się odwrócił.

– Zaczekaj, Albusie...!

Za późno. Czerniejącej wizji towarzyszyło znajome szarpnięcie w okolicach pępka. Deportował się, nim zdążył mrugnąć.


Szelest sunącej po podłodze peleryny wyrwał Sebastiana z odrętwienia. Kiedy się odwrócił i spojrzał poprzez ciemność, dojrzał zbliżającego się podwładnego. Mimo to nie poluzował uścisku na Smoczej Różdżce.

– Coś się stało, Markson?

Nowo przybyły ostrożnie podszedł do przodu, nadal z zarzuconym na głowę szerokim kapturem; chciał w ten sposób ukryć lisie, zaintrygowane oblicze. Spojrzał na przerażającą, swobodnie powiewającą pomimo braku wiatru w chacie, Zasłonę Skazańca.

– Mój panie... – powiedział, lekko chyląc głowę.

– O co chodzi? Wykrztuś to!

– Niektórzy z naszych nowszych ludzi... są bardzo ciekawi tego, co powinni robić. Ukrywamy się od tygodni...

– Miernota jest niespokojna? – Darvy się rozzłościł. – Szukają sposobności na wywołanie buntu, czyż nie?

– Nieprawda! – zaprzeczył Markson, wyciągając przed siebie chuderlawe ręce. – Chcą wiedzieć, kiedy... nasz pan zacznie odbudowę swojej potężnej armii.

– Z pewnością nie w najbliższym czasie – stwierdził Sebastian, zerkając na Zasłonę.

– Jeżeli chcesz, żebyśmy zajęli się Księgą, to...

– Nie trzeba, jest nieistotna. Wiem, kto się na nią połasił i zapewniam, że nie będzie miał żadnego pożytku z kradzieży.

– Pozwól, że się ośmielę, mój panie. Czemu właściwie opóźniasz odbudowę armii? – spytał mężczyzna, uprzednio odtańczywszy taniec zwycięstwa.

– Nie stworzę zastępów, którymi może dowodzić ktoś inny – wytłumaczył z kwaśną miną, bo przyznanie się do słabości sprawiało mu niemały ból. – Najpierw muszę się upewnić, że niezależnie dzierżę tę moc.

Markson milczał.

– W pierwszej kolejności musimy oczyścić sobie drogę ze wszystkich przeszkód. Naszym priorytetem jest teraz śmierć Albusa Pottera. Zbyt długo pozwalałem, żeby Smocza Różdżka miała dwóch właścicieli – dodał, mocniej zaciskając palce na rękojeści oręża.

– Hm, ale jak...?

– Jeżeli dzieciak spróbuje mnie zabić, popełni samobójstwo. – Uśmiechnął się drwiąco Darvy. – Różdżka nie zaakceptuje mordercy.

– Na pewno? Na wyspie chłopiec dokonał rzezi...

Sebastian pokręcił głową.

– Nie, pogromu dokonało coś, co przejęło nad nim kontrolę. Właśnie dlatego muszę się z nim skonfrontować, kiedy będzie sobą. Bez dodatkowego zastrzyku mocy jest po prostu słaby, a więc z łatwością go pokonam. Jeżeli nie, zgubę przyniesie mu nieświadomość...

– W jaki sposób się do niego dostaniemy?

– Spokojnie, sam do mnie przyjdzie – powiedział, wzburzony tym, że mu przerwano. Aby się uspokoić, spojrzał na trzymaną w dłoni broń, a następnie znów na wystraszonego podwładnego. – Zabijemy jego przyjaciół i rodzinę. To dziecko, więc załamie się po utracie wszystkich najbliższych. Potem, niezależnie od tego, czy to ja zadam mu ostateczny cios, czy też nie, umrze.

Markson potaknął.

– W takim razie... nie przegrasz, panie – nawet czysto hipotetycznie.

Darvy wrócił myślami do słów upiornego wytwórcy różdżek, zdając sobie sprawę, że nigdy nie były prawdziwsze. Wiedział, co należy zrobić. Czarodziejski świat nie ma teraz większego znaczenia – w sumie dokona autodestrukcji. Ta gra sprowadza się do dwóch graczy. Albo zgładzi chłopca, albo on sam się zabije.

– Owszem. Nie ma opcji, bym przegrał tę wojnę – podsumował, a na jego twarzy po raz pierwszy od tygodni zagościł szczery uśmiech. – Albus Potter straci zaś wszystko.