Zagadał go od razu po lekcjach. Złapał go na dziedzińcu przybytku, przerzucając zawadiacko pasek od torby przez bark.

– Gohan, masz dziś czas po lekcjach? Moglibyśmy wybrać się gdzieś pokoleżkować trochę. Fajnie mieć biegłego ucznia za kumpla. Pomożesz mi kiedyś może w lekcjach czy zrozumieć jakieś zawiłe zagadnienie matematyczne.

Sharpner oczywiście ani myślał zajmować się matematyką, jednak jako dyplomata potrafił wysławiać się w odpowiedniej manierze.

– Och, aaano… właściwie to nie mam. Muszę trenować, uczyć się, a jeszcze mama chciała dziś sadzić rzepę.

– Ks! – Sharpner ni to warknął, ni to prychnął. – To kiedy będziesz mieć czas?

– Aaano… może jakoś w przyszłym tygodniu?

– Gohan, jest wtorek, nie mów, że z matką będziecie sadzić rzepę cały tydzień. Gdzie ty w ogóle mieszkasz? Na farmie jakiejś?

– Tak jakby… na obrzeżach miasta.

– Posłuchaj, Gohan. Zadzwonisz do mamy i powiesz, że wrócisz trochę później, nie ma innego syna, żeby jej pomógł?

– Mój brat Goten jest bardzo mały.

– A ręce i nogi ma?

Gohana zaskoczyło pytanie – spytał o kończyny, a o głowę i korpus już nie, jakby bez tego człowiek dałby radę cokolwiek zasadzić czy też strategicznie rozplanować posiew.

– Ma, oczywiście, że ma. Ale to byłoby wykorzystania nieletniego do pracy.

– Gohan, proszę cię, niech dzieciak uczy się życia. Weź komórkę i dzwoń do matki, skoczymy sobie na saunę.

– To znaczy mama z nami?

Sharpner odchylił głowę, westchnął, po czym… po prosu delikatnie się zaśmiał.

– Jesteś przezabawnym młodzieńcem. Choć jeszcze trochę zajmie nim pojmę twoje poczucie humoru. Oczywiście, że nie. To ma być męski wypadzik na saunę.

– Wakarimasu. – Son wyjął telefon, by zmieszać się. – Yokunai… przez to siedzenie do późna zapomniałam naładować telefon.

Skłamał, po prostu jeszcze nie potrafił posługiwać się ładowarką. Miał telefon od dwóch dni.

– Och, Son, jesteś niemożliwy. Zadzwoń z mojego.

Podał koledze urządzenie, gdy ich palce zetknęły się w przelocie, dłonie zdawały się zajmować cały świat, otoczone blaskami i kosmosem gwiazd. Moment zastygł, przez chwilę odgłosy miasta całkowicie ustały.

Nos Sharpnera zaciągnął się nieziemską wonią, jakby obcował nie z człowiekiem, a istotą z krain odległych. Powoli świat wracał dla blondasa do normy, gdy Gohan udawał, że włącza telefon, ale tak naprawdę nie wiedział jak, więc zastosował sprytny fortel.

– Eeto… Sharpner, twój telefon chyba też jest wyładowany.

– Nani?! – Sharpner natychmiast się zarumienił.

Wyrwał Sonowi smartfona i cisnął nim do torby.

– Nandemonai… zadzwonisz z budki.

– Miałbyś pożyczyć monetę?

– Lepiej, ukradłem Videl kartę do budek.

– Ukradłeś Videl kartę? – Gohan wykrzywił w szoku twarz. – Tochte?!

– Bo ona ukradła mi. Oko za oko, Son.

– Demo… dlaczego Videl miałaby kraść ci kartę. Biedna nie jest, jej ojcem jest sam Mr Satan!

– Ks! – Sharpner zirytował się. – O niektóre rzeczy się nie pyta, Son!

– Wakarimasu, Wakarimasu! Chodźmy zadzwonić.

Gohan był przemożnie zmieszany, Sharpner nie był osobowością adoptującą, był osobowością ultra-adoptującą. Chodził już tak po mieście z przyklejoną kroplą potu do głowy, aż dotarli do budki obok jakiegoś sklepu spożywczego.

– Co za ironia, u tej baby można kupić rzepę – zauważył Sharpner. – A wy to tak dla siebie sadzicie, czy na sprzedaż?

– Eeto… matka jest łasa na pieniądze, ale nie ma zmysłu do biznesów, więc, no cóż, dla siebie.

– Cha, cha! – Sharpner zaśmiał się w niebo. – Gohan, ty jak coś powiesz.

– Pozwól, że wybiorę numer, Sharpner-chan.

– Oczywiście.

Gohan wykręcił numer, ekscytował się co niemiara, rzadko w ogóle korzystał z aparatów telefonicznych.

– Mamo… bo jest taka sprawa, tę rzepę to byśmy jednak z dziś przełożyli. Oj, no tak, bo z kolegą chcieliśmy pokoleżkować. Nie, nie, na saunę chcemy iść. Tak, we dwójkę. Czy jest dobry? – Zerknął na kolegę. – Tak, tak ma dobre oceny, to pilny, solidny uczeń.

Ręka Shapnera rozluźniła się, spłonął rumieńcem i uciekł wzrokiem na chodnik. Gohan odłożył słuchawkę i przymknął oczy.

– No, Sharpner. Gdzie jest ta sauna?

Blondas uśmiechnął się i poprawił włosy. Namaszczał kolegę spojrzeniem: „Świetnie, brachu. Koleżkowanie z tobą zapowiada się wyśmienicie".