Powody, dla których nienawidzę Jamesa Pottera

przeczesuje palcami swoje włosy.

2. Jest brzydki zarówno na zewnątrz, jak i w środku.

3. Jest wredny dla Severusa, jest dziecinny i znęca się nad innymi.


Trwało to trochę, ale w końcu Huncwoci znów zaczęli siadać razem w Wielkie Sali. Z czasem zaczęli ze sobą rozmawiać, a rozmowy zamieniły się w żarty i śmiech, i tak krok po kroku Huncwociu znów stali się rodziną.

Razem byli szczęśliwsi, zauważyła Lily. Jednak James ciągle wydawał się być nieobecny.

Przez cały rok Lily nie widziała zbyt wiele huncwockich dowcipów, a jedyne momenty kiedy James z nią flirtował to wtedy gdy sama do niego podchodziła lub znajdowała się pobliżu. Przestał jej szukać w tłumie i zaprzestał swoich wielkich romantycznych gestów.

Właściwie, kiedy teraz zapraszał ją na randkę to było to bardziej jakby z przyzwyczajenia lub poczucia obowiązku. Był po prostu Jamesem i pytanie Lily Evans o randkę stanowiło element jego tożsamości. Po prostu musiał to robić, żeby zachować wrażanie normalności. A przynajmniej tak to postrzegała Lily, ponieważ wszyscy inni wydawali się jakby nie zauważać, że z tym kruczowłosym chłopcem coś jest nie tak. James wydawał się wściekły. Okrutny. Za jego ciepłymi orzechowymi oczami kryła się zimna ciemność.

Lily nie wiedziała co z tym zrobić. Właściwie nie wiele mogła zrobić. W końcu ich relację trudno było nazwać nawet znajomością. Rozmowa na czwartym roku uświadomiła Lily jakie uczucia żywi do niej James i nawet jeśli ich nie odwzajemniała, to teraz czuła, że chłopak się od niej odsuwa. I nie chodziło o to, że przestał się o nią troszczyć, ale robił to jakby połowicznie, jakby ciągle coś innego zaprzątało jego głowę.


Te skumulowane uczucia, stłumione emocje i ta ciemność… to wszystko eksplodowało tego okropnego dnia.

Choć ten paskudny dzień dobiegł końca, to wspomnienia wciąż przewijały się przed jej oczami. Teraz siedziała na wzgórzu na błoniach. Słońce zaczynało zachodzić, a ona była zupełnie sama. Całe jej towarzystwo stanowił koc i termos z herbatą. Wokół panowała cisza, przerywana tylko przez cykanie świerszczy, szum wiatru i okropne echo tego strasznego dnia.

Pojawiła się akurat w momencie by być świadkiem tego okropnego aktu prześladowania.

James właśnie rzucił unieruchamiającą klątwę na Severusa i zamierzał rzucić zaklęcie krztuszące.

Zostaw go w spokoju! – krzyknęła Lily.

Ale James tylko zaczął zapraszać ją na randkę. Tym razem, podobnie jak podczas całego tego roku, ten flirt był daleki od romantycznych gestów. To było przedrzeźnianie. To było… okrutne.

On był okrutny.

Był dręczycielem i zawsze nim pozostanie. Lily zbeształa samą siebie za myślenie, że mogłoby być inaczej.

Przedstawienie którego był inicjatorem świadczyło o tym, że był pozbawiony serca. To było okrutne, nieludzkie i wręcz bezlitosne. Był okropnym człowiekiem, a to co teraz robił z zimną krwią biło wszystko inne co zrobił do tej pory.

Próbowała dojrzeć Remusa i zapytać go, czy to właśnie ten jego przyjaciel, którego tak całym sercem bronił. Chciała by na nią spojrzał, by zrozumieć co się właściwie dzieje, ale on uparcie nie chciał podnieść wzroku znad książki. Syriusz też nie okazał się pomocny, ponieważ brał udział w tej zabawie.

- Co on ci takiego zrobił? – zapytała.

I tak w tą i z powrotem, ona i James wrzeszczeli na siebie, a Severus i James walczyli.

Snape rzucił zaklęcie, które zraniło Jamesa do krwi. Potter zawiesił więc go do góry nogami, a Syriusz użył zaklęcia porażającego ciało by bronić Jamesa. W tą i z powrotem.

To było zbyt wiele.

To wszystko to było dla niej za dużo.

- Masz szczęście, że Evans się tu znalazła Smarkerusie…

- Nie potrzebuję pomocy takiej małej, brudnej szlamy!

Od tego momentu wszystko było już zamazane. On był chory. Okrutny. Był potworem. Prześladowcą.

W tym momencie Lily już naprawdę sama nie wiedziała czy ma na myśli Jamesa, czy może Severusa.

Sev po prostu reagował na sytuację w której się znalazł, był przecież prześladowany. Ale potem po prostu nazwał ją… tym. Jak mógł? Przecież obiecał, że nigdy tego nie zrobi.

Lily starała się powstrzymać łzy. Kurczowo ściskała w dłoniach termos z ciepłą herbatę i oddychała głęboko.

Zdradził ją, chociaż obiecał, że nie stanie się taki jak oni. Obiecał, że nie będzie używał czarnej magii.

Bo tym właśnie było zaklęcie, którego użył na Jamesie. Potter używał zaklęć, które znali z zajęć, ale to które wykorzystał Snape nie widniało w żadnym podręczniku. To była mroczna, czarna magia, której musiał nauczyć się sam.

Jak mogła kiedykolwiek się z nim przyjaźnić?

Po raz kolejny zapadła cisza, gdy jej myśli się uspokoiły. Czuła tylko nieprzyjemny ucisk w dole żołądka.

Nie miała pojęcia ile czasu tak siedziała, słońce zachodziło coraz niżej, ale ona nie mogła znaleźć w sobie wystarczająco dużo sił by wstać i ruszyć do zamku.

Za jej plecami rozległy się jakieś szmery i ktoś cicho powiedział:

- Evans.

Natychmiast zacisnęła zęby i zacisnęła powieki tak mocno, że aż zobaczyła pod nimi plamy.

- To co dziś zrobiłeś – zaczęła, rozgrzewana przez żar wściekłości. – To było okrutne. Nie masz serca.

- Przepraszam – powiedział James Potter.

Nie – pomyślała Lily. – Nie miał teraz żadnego prawa, żeby ją przepraszać.

- Nie mogę uwierzyć, że naprawdę to zrobiłeś. Myślałam, że jesteś lepszy, myślałam…

- W takim razie źle myślałaś! – eksplodował James. – To cały ja: James Potter, etatowy gnojek i dupek, który nie potrafi nic zrobić jak należy.

Na te słowa Lily natychmiast wstała i odwróciła się do niego. Po tym co zrobił nie miał prawa na nią krzyczeć, to ona powinna być zła.

- Jak śmiesz…

- Mam cholernie dość tego, że wciąż go popierasz! – wrzasnął James. – Ten pieprzony dupek nazwał cię tak paskudnie, a ty nadal go bronisz!

- Nie bronię i nie popieram go. Przypominam ci tylko, że to ty zacząłeś walkę. – Podeszła do niego i oskarżycielsko szturchnęła go palcem w pierś. – To ty go sprowokowałeś i to ty…

- Myślisz, że jest niewinny? – Chłopak zrobił krok do przodu, czym zmusił ją by się cofnęła.

Lily nie miała jednak zamiaru mu ustępować.

- Nie, ja…

- To on i jego kumple praktykowali czarną magię na pierwszoklasistach – oświadczył ponuro James. – Co, przegapiłaś tą część?

- Ja… Co?

- Eksperymentowali na pierwszoroczniakach! To zaklęcie, którego na mnie użył? – James wskazał na delikatną bliznę na swoim policzku. – To i o wiele więcej spotkało z jego strony biednego dzieciaka z Ravenclawu ostatniej nocy.

- Ja nie…

- Oczywiście, że nie wiedziałaś – wyrzucił z siebie James. – Bo jesteś ślepa na wszystkie okropne rzeczy, które robi twój ukochany Smarkerus dla swoich przyjaciół śmierciożerców. Bo jak myślisz, kto tworzy te wszystkie zaklęcia i go ich uczy? On nie stoi z boku, jest w samym, pieprzonym środku tego wszystkiego Evans.

Wiedziała, że ma rację. Już zbyt dużo czasu zmarnowała na zaprzeczaniu tej prawdziwe.

- Dlaczego tego nie zgłosiłeś, albo… albo komuś nie powiedziałeś? Dumbledorowi albo McGonnagald? Oni powinni coś z tym zrobić! – Lily próbowała dyskutować, ale jej defensywna postawa zdawała się słabnąć.

- A co takiego dokładnie by z tym zrobili, co? – zadrwił. – Daliby im szlaban? A może kazali szorować podłogi? To czystokrwiste dupki, z bogatymi rodzicami, którzy mają władze i wpływy. Nic by to nie pomogło, a ci których torturują cierpieliby tylko jeszcze bardziej. To wszystko nie jest takie cholernie proste i dobrze o tym wiesz!

Teraz oboje stali naprzeciwko siebie, nos w nos, z zaciśniętymi pięściami i czerwonymi twarzami.

To Lily jako pierwsza się wycofała. Wypuściła drżący oddech i usiadła z powrotem na kocu, który zajmowała zanim pojawił się chłopak. Odwrócona do niego plecami, czekała czy zrobi kolejny ruch.

Zrobił go.

- Przepraszam, że to zrobiłem – powiedział z cichym westchnieniem. – Przepraszam, że cię zraniłem i że przepraszam, że on cię zranił.

- Nie musisz za niego przepraszać – oparła krótko Lily, nawet na niego nie spoglądając. Nagle usłyszała pociągnięcie nosem i drżący oddech. Jeśli w tym roku nauczyła się czegoś, to właśnie tego, że każdy dźwiga jakieś brzemię – nawet ideał, perfekcyjny James Potter.

- Siadaj obok – zaprosiła go cicho Lily.

James najpierw wydawał się niezdecydowany, jakby w ogóle nie wierzył, że to zasugerowała. Zmienił zdanie dopiero, kiedy Lily przesunęła się delikatnie w lewo i poklepała puste miejsce obok siebie. Znużony James usiadł, ale na samym skraju koca i zostawił mnóstwo wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Usadowili się i unikali kontaktu wzrokowego. Lily nie miała pojęcia co robić dalej.

Po kilku minutach napiętej ciszy James gwałtownie potarł twarz, by zetrzeć łzy, których nie mógł już dłużej powstrzymywać.

- Kurwa – James ścisnął nasadę nosa, by powstrzymać kolejne łzy. – Nienawidzę czarnej magii.

Lily w końcu odwróciła się w jego stronę. Przyjrzała się jego rysom twarzy, na których widać było zmartwienie bardziej niż kiedykolwiek.

- James, powiedz mi co się stało.

Chłopak opuścił głowę tak nisko, że jego podbródek niemal dotykał piersi.

- Ten dzień, kiedy zamieniliśmy się z Syriuszem w małe dzieci – wyznał. – To był prawdopodobnie najlepszy dzień jaki przeżyłem w tym roku.

Nerwowo potarł ręką kark, a potem zanurzył dłonie w swoje włosy. Chwycił je i nerwowo pociągnął mocno.

- Oczywiście wciąż pamiętałem te wszystkie gówniane rzeczy, które mi się przydarzyły, ale to wydawało się mniej… Jakby nie zdominowało całego mojego życia. Byłem tylko dzieciakiem, który chciał bawić się cały dzień, który nie musiał się niczym przejmować bo robili to za niego dorośli.

Po raz pierwszy odkąd usiedli odwrócił się, by zerknąć na Lily.

- Zdajesz sobie sprawę , że za dwa lata będziemy dorośli? Dorośli powinni wiedzieć co robią, dokonywać dobrych wyborów i… i na końcu wszystko powinno być dobrze. Właśnie tak powinno być.

- Jasne – zgodziła się Lily. – Ale przecież ciągle mamy czas, żeby to jakoś rozgryźć.

- Oni tego nie rozgryźli.

- Co?

- Nie mają wszystkiego poukładanego. Nie mają o niczym pojęcia tak samo jak my. I nie mają czasu by już cokolwiek rozgryźć ponieważ za chwilę znikną. – Kiedy chłopak skończył mówić, po jego policzkach swobodnie spływały już łzy. Otarł je wierzchem dłoni. Lily przysunęła się bliżej i z wahaniem położyła dłoń na jego plecach, zataczając nią delikatne kręgi.

- Kto zniknie, James? – zapytała ostrożnie.

Chłopak mocno zacisnął pięści, tak mocno, że na jego dłoniach zostały czerwone ślady w kształcie półksiężyców. Schował głowę pomiędzy kolanami i zaczął mówić.

- Podczas naszego czwartego roku miał miejsce atak Śmierciożerców. Mój tata walczył na pierwszej linii frontu. Ale wszystko było dobrze. Powinno być dobrze. Po ataku Aurorzy sprzątali pobojowisko, ale mój tata był ranny i odesłali go do domu. Ale on został, razem ze swoją grupą. A tam był ten czarnomagiczny przedmiot, pozostawiony specjalnie, jako podstępny, drugi atak.

Dłoń Lily na jego plecach znieruchomiała. Myśli w jej głowie wirowały w szoku. Nie tego oczekiwała, gdy pytała co się stało. James wypuścił drżący oddech.

- Najwyraźniej wiedzieli, że pierwszy atak się nie powiedzie, więc mieli plan B. Nikt nie wiedział, że to było przeklęte, a mój tata tego dotknął i czarna magia zdołała dostać się do jego krwi. Kiedy już wszystko uprzątnęli tata wrócił do domu i przywitał się z mamą… Dopiero po kilku godzinach Aurorzy zorientowali się, że ten przedmiot był przeklęty. Wezwali tatę na specjalne testy. Okazało się, że jest zainfekowany i że nie ma na to lekarstwa… I wtedy moja mama straciła przytomność i okazało się, że klątwa objęła także ją…

- Ten przedmiot przekazywał na człowieka zaklęcie osłabiające. Zostało stworzone w taki sposób by osłabiać wszystkie osoby w pobliżu, ale ponieważ mój tata był jedyną osobą w pobliżu bo tego dotknął to klątwa przeniosła się tylko na niego, a potem on wrócił do domu i przekazał to też mamie… Moi rodzice spędzili tygodnie w szpitalu, objęci kwarantanną. Byli tak słabi, że nie mogłem się z nimi zobaczyć, ani z nimi porozmawiać. Uzdrowiciele starali się przełamać klątwę i znaleźć sposób na jej powstrzymanie, ale to nowo powstała klątwa. Nie mieli pojęcia w jaki sposób działa.

- James… - Lily nie miała pojęcia co powiedzieć.

- W końcu wypuścili ich ze szpitala. Zostali przykuci do łóżka, mogę ich widywać jedynie pod zaklęciem ochronnym i nie mogę ich nawet dotknąć. Przez większość czasu nie są w stanie nawet mówić. Po prostu leżą tam i… To tak, jakbym już ich stracił.

- Tak mi przykro, James. Nie miałam pojęcia.

- Nie zostało im dużo czasu – chłopak wyglądał na oszołomionego. Słowa, które tak długo powstrzymywał w końcu ujrzały światło dzienne. – Nie sądzę by przetrwali lato.

- Och, James! – Lily poczuła, że także po jej twarzy spływają teraz łzy. Wyciągnęła rękę i całkowicie zamknęła chłopaka w uścisku. James zawahał się tylko przez sekundę, po czym objął ją ramionami i ukrył twarz w zagięciu jej szyi. Całym jego ciałem wstrząsał szloch, a Lily przytuliła go jeszcze mocniej do swego serca, kołysząc się delikatnie.

- Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz ją przytulałem… - wykrztusił przez łzy, a jego słowa były stłumione przez jej skórę. – A teraz już nigdy tego nie zrobię.

Zrozumiała, że mówi o swojej mamie.

W tym momencie serce Lily pękło.

Nie potrafiła wyobrazić sobie utraty rodziców. Zwłaszcza w tak okropny sposób.

On tracił rodziców z powodu czarnej magii.

James milczał, kiedy odsuwał się od Lily. Starł z policzków mokre plamy, ale wciąż wyglądał na wyczerpanego.

- Nie miałem zamiaru ci tego mówić – przyznał cicho.

- Cieszę się, że to zrobiłeś, ja…

- Nie chcę twojej litości – przerwał jej. – To co dzisiaj zrobiłem było okrutne, straszne i okropne. Miałaś rację, nie powinienem tego zrobić Smar… Snapeowi.

- James… - zaczęła Lily.

- Dobrej nocy Evans. – Wstał, chociaż niepewnie. – Myślę… Do zobaczenia.

Lily odczekała kilka minut, żeby dać Jamesowi przestrzeń, której tak desperacko pragnął, a potem także wstała. Spakowała swoje rzeczy i rozpoczęła wędrówkę do dormitorium.


Była pewna, że do tej pory wszyscy zdążyli już zasnąć, ale kiedy otworzyła drzwi została zbombardowana przez energetyczną Alicję, która od razu zaczęła opowiadać o liściku miłosnym, podarowanym jej przez Franka podczas lekcji zaklęć.

W trakcie jej paplaniny Marlena zauważyła pusty wyraz twarzy Lily i malujące się na niej zmęczenie.

- Lily – zaczęła dziewczyna, przerywając przemowę koleżanki. – Wszystko okej?

Lily Evans zawsze była dla wszystkich. Była wsparciem dla Severusa. Dla Syriusza. Remusa, Regulusa i… i teraz też dla Jamesa. Ludzie składali na jej barki swoje brzemię, bo zawsze chętnie słuchała i o wszystkich się troszczyła.

Ale teraz była tak zmęczona.

- Nie – przyznała. – Nie jest okej.

Czuła się jakby sparaliżowana. Nawet nie zdała sobie sprawy, że się porusza dopóki nie poczuła, że materac jej łóżka zapada się z dwóch stron. Lily znalazła się pośrodku pomiędzy Alice i Marleną skulonymi u jej boku.

- Kiedy Alicja się smuci lubi to przegadać – zasugerowała Marlena po jej lewej stronie.

- A kiedy Marlena jest smutna, po prostu lubi mieć kogoś obok – dodała Alicja po prawej.

- A ty, na co masz ochotę, Lils? – zapytała Marlena.

Lily poczuła, że jej oddech znów się urywa, a łzy zaczynają bezgłośnie spływać po policzkach.

- Tylko towarzystwo, poproszę.

Materac zafalował, gdy dwie dziewczyny jednocześnie wtuliły się bardziej do boku rudowłosej dziewczyny. Ciepło ich ciał zapewniało jej komfort, którego nie czuła od dłuższego czasu.

Słodki sen szybko do niej przyszedł. Jednak zanim zasnęła słyszała jak dziewczyny szepczą nad nią, myśląc, że już twardo śpi.

- Myślisz, że chodzi o to co James i Syriusz zrobili Snapowi nad jeziorem? – wyszeptała Alicja.

- Na pewno – odszepnęła jej Marlena. – Co innego to mogłoby być? Snape nazwał ją sama wiesz jak.

- James też był naprawdę okropny. – Głos Alicji zniżał się, kiedy zaczynała zapadać w sen.

- Taa – zgodziła się Marlena.

- Ale naprawdę, naprawdę okropny.

- Wiem Ally.

- Nie mogę uwierzyć, że serio się w nim podkochujesz – to była ostatnia uwaga Alicji, zanim jej pochrapywanie wypełniło pokój.

- Och, zamknij się.

Nikt nie mógł już usłyszeć cichej odpowiedzi Marleny.


- Więc… Słyszałem co się wczoraj stało – zaczął nonszalancko Regulus.

- To tak samo, jak i cała szkoła. – Teraz była kolej Lily by wyjrzeć przez okno w ich słabo oświetlonej klasie. To była kolejna pełnia księżyca i kolejna noc samotnego patrolowania korytarzy.

- Słyszałem też, że Severus próbował przeprosić – kontynuował Regulus. Naprawdę doceniał momenty, który spędzał z Lily Evans. To zawsze było późną nocą, więc nikt postronny nie mógł ich usłyszeć, a on nie mógł się doczekać czasu, który mu poświęcała.

- Próbował – odparła bez emocji.

- Domyślam się, że jeszcze mu nie wybaczyłaś?

- Co sprawiło, że uważasz że kiedykolwiek to zrobię? – warknęła Lily, a jej zielone oczy błysnęły niebezpiecznie. Regulus zwalczył ochotę by uciec przed jej spojrzeniem.

- Ja… Po prostu… Ty…

- Tak masz rację – odgryzła się Lily. – Zawsze wybaczałam mu wszystkie te głupoty, które robił, starałam się go usprawiedliwić, ale to już koniec. Skończyłam z nim i zaczynam nową kartę.

- To dob…

- Żadnego więcej Snape, żadnego Pottera, żadnych dramatów!

- Koniec z Potterem, mówisz? – rzucił cierpko Regulus.

- Co?

- Nic.

- Powiedz mi – nalegała.

- Potter to dupek – zaczął chłopak. – Zawsze nim był.

- O co ci chodzi?

- Zawsze miałaś do niego słabość – stwierdził rzeczowo.

- Co? – Lily wyglądała jak ryba wyciągnięta z wody. – Wcale, że nie!

- Zawsze go odrzucałaś i obrażałaś... – Regulus wzruszył ramionami.

- No właśnie!

- Ale to bardziej wyglądało jak żart. Zazwyczaj wygląda to jak zwykłe przekomarzanie się. – Regulus zrobił dziwną minę. – No oczywiście, z wyjątkiem wczorajszego dnia.

- Co masz na myśli?

- Po prostu nie rozumiem co jest takiego wspaniałego w Jamesie Potterze. – Chłopak skrzywił się i skrzyżował ramiona na piersi.

W bladym świetle księżyca wyglądał na o wiele młodszego niż był w rzeczywistości. Jak małe dziecko z wydętymi w złości ustami.

- Jesteś zazdrosny o Pottera? – drażniła się z nim Lily.

- Nie! – Regulusowi opadła szczęka. – Dlaczego tak w ogóle pomyślałaś?

- Mam dość gadania o Snapie i Potterze. Pomówmy o czymś innym. – Lily z łatwością zmieniła temat, pozwalając chłopakowi ochłonąć. – Wybierasz się w przyszłym tygodniu do Hogsmade?

Myślała, że zmiana tematu pomoże temu dzieciakowi się zrelaksować, ale zamiast tego wyglądał na jeszcze bardziej spiętego.

- Nie, ech, ja… Może. A ty?

Lily wzruszyła ramionami.

- Nie wiem, może. Naprawdę nie jestem w nastroju na takie wycieczki.

- Nie powinnaś iść – stwierdził Regulus, dziwnie przygnębionym głosem. Utrzymał z nią kontakt wzrokowy dłużej niż zwykle, zanim potrząsnął głową. – To znaczy… Mam na myśli, że Hogsmade jest dość nudne. I… W każdym razie to tylko strata czasu.

- Być może – Lily zamrugała skonsternowana. – To może zrobić się nudne, ale sklep Zonka zawsze ma jakieś nowe produkty, a to już całkiem ekscytujące.

- Dlaczego miałoby mnie to interesować?

- Ja tylko…

- Ja nie jestem nim, wiesz? Nie jestem moim bratem, więc jeśli rozmawiasz ze mną bo myślisz, że ja…

- Nie uważam, że jesteś jak on – przerwała mu dziewczyna. – I dzięki Merlinowi za to, nie sądzę bym była w stanie znieść więcej niż jednego Syriusza Blacka. Ale… - Lily zawahała się. – Jesteś do niego podobny o wiele bardziej niż myślisz.

- Mylisz się – jego odpowiedź była szybka i rzeczowa.

- Po pierwsze obaj jesteście niesamowicie uparci i zabawni, na swój własny, dziwny sposób. Oboje macie dziwaczny harmonogram snu, ale tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, że w środku jesteście dobrymi ludźmi.

- To nie prawda.

- Syriusz jest dobrym człowiekiem, Reg. Wiem, że czasami może wydawać się gruboskóry i złośliwy, ale ma serce we właściwym miejs…

- To ja nie jestem dobrą osobą. – Regulus zeskoczył z biurka. – A teraz idę spać. Mam przecież dziwaczny harmonogram snu, pewnie powinienem nad nim popracować.

- Czekaj, Reg…

Zawahał się już przy drzwiach.

- Hogsmade nie jest tego warte… Dobranoc, Lily.

Lily została sama w pustej klasie. Spuściła głowę i głęboko westchnęła. Jak zwykle, nie potrafiła nic powiedzieć, tak żeby wszystko było tak jak należy.


Reszta jej tygodnie składała się z zajęć, milczących patroli, jedzenia, spania i leżenia w łóżku, czekając na nieuchronną zagładę.

- Dość tego smęcenia! – Głos Alicji nie był w stanie wyrwać jej z odrętwienia.

Skulona pod kilkoma puszystym kocami, Lily wydała z siebie tylko niezdefiniowane chrząknięcie i przewróciła się na drugą stronę.

O ile słowa Alicji na nią nie zadziałały, o tyle Marlena, która bezceremonialnie złapała ja za kostki i wyciągnęła z łóżka z pewnością już tak. Lily zwinęła się w kłębek na puszystym dywanie i westchnęła.

- Lily, musisz otrząsnąć się z tej deprechy – nalegała Marlena. – Chodź z nami do Hogsmade.

- Nie – odparła rozdrażniona dziewczyna. – To nudne.

- Ty jesteś nudna – poprawiła ją Alicja. – Każdego dnia patrzymy jak leżysz na tym łóżku godzinami. Musisz stąd wyjść i zacząć żyć. Snape cię zranił, rozumiemy to. Właściwie to nie mamy pojęcia dlaczego w ogóle przyjaźniłaś się z nim kiedykolwiek. Ale teraz masz nas, a my nie pozwolimy, żebyś marnowała swoją cenną młodość na opłakiwanie jakiegoś dupka, który nigdy tak naprawdę nie był twoim prawdziwym przyjacielem.

Lily wciąż milczała. Cała była nakryta kocami, których dziewczyn na szczęście z niej nie zdjęły.

- Poza tym – dodała z wahaniem Marlena. – Alicja na pewno będzie chciała wymknąć się na randkę z Frankiem i zostawi mnie całkiem samą.

- Mówiłam ci, że cię z kimś umówię i pójdziemy na podwójną randkę!

- Merlinie, to by było nawet gorsze! – narzekała Marlena. – Lils, bądź moim ratunkiem!

Odczekały jeszcze kilka sekund, ale kiedy Lily nie dała nawet znaku życia, zrezygnowane odwróciły się od niej by opuścić dormitorium. Nagle usłyszały ciche szuranie i głowa Lily wysunęła się z kokonu zbudowanego z koca.

- Czy mogę wybrać z kim ją umówisz? – zapytała nieśmiało Alicję.

Marlena jęknęła dobrodusznie.

- Nie to miałam na myśli, kiedy prosiłam żebyś z nami poszła!

Alicja pisnęła z podekscytowania.

- Dwie pieczenie na jednym ogniu!

- Co myślisz o nim? – wskazała ręką Alicja.

Marlena zerknęła na chłopaka.

- Nie.

- A ten? – zapytała Lily.

Blondynka zmarszczyła nos.

- Bleee.

- Ten?

- Nigdy!

- Marley, musisz przyznać, że przynajmniej jeden z nich był atrakcyjny! – wykrzyknęła Alicja.

Przyjaciółki spacerowały po Hogsmade, oglądając wystawy sklepowe oraz przechodzących chłopców.

- Już ci mówiłam, Al. Nie musisz mnie z nikim swatać. Poza tym Lily jest tutaj, więc nie będę piątym kołem u wozu podczas twojej randki z Frankiem.

- Ale…

- Żadnych ale. Po prostu dobrze się bawmy i nie myślmy o żadnych chłopcach. Chłopcy to dno.

- Amen – zgodziła się Lily.

- Za wyjątkiem Franka – oświadczyła rozmarzona Alicja. – Frank jest taki kochany.

- Dzięki za komplement, kochanie. – Alicję dobiegł z tyłu głos chłopaka więc szybko się do niego odwróciła. Zachichotała i wskoczyła w jego ramiona, szybko go całując.

- Tęskniłam za tobą, misiu.

Marlene zakrztusiła się.

- Żałuję, że to widziałam.

- A ja myślę, że to urocze – powiedziała Lily, rzucając parze uśmiech.

- Nie tak urocze, jak mój mały cukiereczek – stwierdził Frank, pocierając swoim nosem o nos Alicji.

- Merlinie, jest coraz gorzej! – Marlena przewróciła oczami, ale nawet ona miała uśmiech na twarzy.

- Przyniosłem ci coś – Frank sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę gumy balonowej Droobles. – Wiem, że już kończyły ci się zapasy.

- Och, kochanie, tak dobrze mnie znasz! – Alicja ucałowała go w policzek, po czym włożyła jedną gumę do żucia do ust. Następnie złapała Franka pod ramię i wyglądała jakby już była gotowa na randkę.

- Dobra, gołąbeczki – zakpiła Marlena. – Wy dwoje bawcie się dobrze na randce. Ja zostaję tutaj z tym gołąbkiem. – Złapała Lily pod ramię, w parodii uścisku Alicji i Franka.

- Pa, zakochańce! – Lily puściła parze oczko.

Zanim Alicja i Frank odwrócili się by odejść, dziewczyna zdążyła jeszcze pokazać swoim przyjaciółkom język. Kiedy tylko odeszli Lily natychmiast odwróciła się do Marleny.

- To tak na serio nikt ci się teraz nie podoba?

Dziewczyna kopnęła kamień i posłała go daleko po brukowej uliczce.

- Nie.

Lily zachichotała.

- A mi obiło się o uszy, że podobno podoba ci się Potter.

- Co? – Marlena zakrztusiła się śliną. – Nie, to by było szaleństwo.

To właśnie jej reakcja uświadomiła coś Lily.

- O Merlinie! Bo to prawda, prawda? Lubisz go!

- Ciii! – Marlena odciągnęła ją do mniej zatłoczonego zakątka Hogsmade, z dala od nadstawionych uszu. – I nie, to nie prawda!

- Lubisz go! Naprawdę go lubisz!

- Okej, dobra – ustąpiła dziewczyna. – Może trochę, ale nie zamierzam nic z tym robić – obiecała.

- Dlaczego nie? – zapytała zdezorientowana Lily.

Ukrywanie swoich uczuć zdecydowanie nie było w stylu Marleny. Zawsze była śmiała i odważna, a Lily szczerze to podziwiała. Marlena emanowała pewnością siebie.

- No cóż… - skrzywiła się dziewczyna. – Dlatego, że pomiędzy tobą i Jamesem jest to coś…

- Pomiędzy mną i Potterem? Tam z całą pewnością nic nie ma!

Najpierw Regulus, a teraz Marlena. Dlaczego wszyscy uważali, że ona i James Potter mają ze sobą coś wspólnego?

- Jasne, jasne, nic nie ma pomiędzy tobą a Jamesem – zgodziła się z nią Marlena, nie wyglądając na przekonaną.

- Dokładnie. Dlatego właśnie ty zaprosisz go dzisiaj na randkę! – stwierdziła Lily.

- Ja… Co? Nie!

Na szczęście znajdowali się obok sklepu Zonka, gdzie James i reszta uwielbiali spędzać większość swojego czasu. Lily wpadła do sklepu, a jej oczy natychmiast odnalazły cel.

- Hej, Potter! – wykrzyknęła, ciągnąc za sobą zaczerwienioną Marlenę. Od razu zauważyła, że brakuje reszty chłopaków. – Gdzie wszyscy? – zapytała.

- Remus i Peter postanowili zostać w zamku, a Syriusz sprawdza najnowsze smaki śmierdzących kulek i nie, nie służą one do jedzenia – wyjaśnił chłopak, wskazując głową w głąb sklepu gdzie znajdował się jego przyjaciel.

- Smak? – dopytała Marlena, właściwie retorycznie.

- Słucham? – zapytał James.

Marlena zarumieniła się, bo nie zdawała sobie sprawy, że powiedziała to na głos.

- No… Cóż… Powiedziałeś, że sprawdza ich smaki, a przecież nie są do jedzenia.

- Tego nie wiesz – przekomarzał się James, co doprowadziło Marlenę do chichotu. Chłopak wyglądał na miło zaskoczonego jej reakcją na jego kiepski żart.

Lily nie potrafiła ukryć przebiegłego uśmieszku.

- Potter, ekhm.. Marlena zastanawiała się, czy nie dołączyłbyś do niej w drodze na kremowe piwo.

Koleżanka dyskretnie szturchnęła Lily łokciem.

- Lily miała na myśli, żebyśmy poszli tam wszyscy – rzuciła Marlena ze sztucznym uśmiechem. – Lily, ty, ja i em.. Syriusz.

James uniósł jedną brew.

- Och, okej, w porządku. Brzmi spoko. Pozwólcie tylko, że sprawdzę co z Łapą.

Zostawił dziewczyny, żeby obwieścić Syriuszowi zmianę planów. Kiedy był już poza zasięgiem słuchu, Marlena jęknęła.

- To było straszne, stałam się jąkającym kłębkiem nerwów.

- Nie, nie było! – zapewniła ją Lily. – Flirtowałaś i w ogóle. Jesteś w nim zabujana!

- Po pierwsze, już to ustaliłyśmy, a po drugie nigdy więcej nie mów tego na głos!

- Czy tu jest gorąco, czy to żar twojej miłości do Pottera? – Lily dramatycznie powachlowała się ręką.

- Kobieto, zabiję cię! – zagroziła jej Marlena.

- Zrób to – Lily uniosła brwi. – Wtedy na waszej wyjątkowej randce będziecie tylko ty i Potter.

- I Syriusz – zauważyła Marlena, obserwując zbliżające się postacie.

- Gotowe? – zapytał James, zbliżając się do nich ze swoim najlepszym przyjacielem.

- McKinnon – rzucił Syriusz, swoim typowym, zalotnym tonem.

- Black – odpowiedziała w podobny sposób dziewczyna.

Ta dwójka zaczęła iść przed siebie, wyglądając jakby byli ślepi na cokolwiek innego dookoła. Lily z ciekawością zaobserwowała jak swobodnie Marlena czuła się w towarzystwie Syriusza, w przeciwieństwie do Jamesa, przy którym zaczynała się jąkać.

Wydawało się, jakby ona i Syriusz znali się naprawdę dobrze, nawet pod względem fizycznym. Lily obserwowała jak Marlena stara się sięgnąć i uderzyć go w głowę i jak on udaje, że schyla się i chowa przed jej dłonią. Zastanawiając się nad tym, czy pomiędzy tą dwójką jest jakaś historia, o której nie miała pojęcia, zanotowała sobie by później zapytać o to przyjaciółkę.

Marlena i Syriusz ruszyli naprzód, zostawiając za sobą wędrujących w niezręcznej ciszy Lily i Jamesa. To nie o to chodziło jej gdy planowała zeswatać przyjaciółkę z Potterem.

- Posłuchaj, Evans – zaczął niezręcznie James, czym odciągnął ją od rozmyślań. – Jeśli chodzi o to co powiedziałem ci wtedy… Nie chcę twojej litości.

Lily doskonale pamiętała tamten dzień, tak jakby to było wczoraj. Zdawała sobie sprawę, że jego rodzice zostali przeklęci przez czarną magię i teraz są na zawsze odizolowani od wszystkiego, włączając w to ich syna i najprawdopodobniej umrą, zanim James osiągnie pełnoletność. Właściwie ten fakt, nigdy nie opuścił jej umysłu.

- Do twojej wiadomości, nie lituję się nad tobą. I to, że mi to powiedziałeś nie sprawia, że widzę cię w innym świetle. Poza tym, to Marlena chciała iść na kremowe piwo, nie ja. Nasza żałosna rywalizacja nadal trwa.

- Tak? – dopytywał James, z cieniem uśmiechu na ustach. Pozwolił swojemu zniczowi odlecieć troszkę dalej niż zwykle, zanim go złapał.

- Tak.


W końcu cała czwórka znalazła się w zatłoczonych Trzech Miotłach. Znaleźli wolny boks, a Lily natychmiast wcisnęła się koło Syriusza, ku jego zaskoczeniu. Tym samym zmuszając Jamesa do zajęcia miejsca obok Marleny.

James posłał dziewczynie przyjazny uśmiech, który odwzajemniła. Jednak kiedy tylko odwrócił głowę, spojrzała na Lily, a ta w odpowiedzi mrugnęła do niej bezczelnie. Taka odpowiedz spotkała się z ripostą w postaci kopnięcia w goleń.

- A więc… - Lily skrzywiła się, pocierając miejsce, w którym wylądował but przyjaciółki. – Quidditch?

- Co ty wiesz o quidditchu, Ruda? – zapytał rozbawiony Syriusz.

- Coś tam wiem – broniła się. Starała się tylko znaleźć taki temat, który odpowiadał by Jamesowi i Marlenie, żeby mogli zacząć rozmowę.

- To ilu pałkarzy jest w drużynie? – Syriusz postanowił ją sprawdzić.

- Dwóch – odpowiedziała swobodnie. – Ty i Marley.

- To było za łatwe, Black – wyśmiała go Marlena, pochylając się nieco do przodu. – Lily, ile punktów jest za złapanie znicza?

- Em… Dwadzieścia? – rzuciła niepewnie Lily. Jasne, pozwijcie ją bo nie miała pojęcia o quidditchu poza tym, że ludzie na miotłach wrzucali jakieś rzeczy do obręczy.

Pozostała trójka przy stole wybuchnęła śmiechem. Jednak pozytywnym efektem jej odpowiedzi było to, że wywiązali rozmowę na temat ostatniego meczu pomiędzy drużyną Gryffindoru i Huffelpuffu oraz różnych strategii, których podczas niego używali.

Lily starała się uważać. Naprawdę. Jednak sport nigdy jej nie interesował, więc jej umysł i oczy wkrótce zaczęły błądzić.

Wsłuchiwała się w śmiech uczniów, którzy dzielili się historiami i delektowali przerwą od zajęć lekcyjnych i prac domowych. Słyszała dźwięk nalewanego do kufla kremowego piwa i towarzyszący mu, cudowny zapach ciastek.

Wyjrzała za okno i dostrzegła absolutny chaos.

Nagle okna eksplodowały, a śmiech natychmiast zamienił się w krzyk. Odgłos rozbijających się o podłogę kufli i zapach dymu wypełniły jej zmysły. James szybko wciągnął Marlenę pod stół i zasłonił ją swoim ciałem przed latającymi odłamkami szkła. Znajdowała się najbliżej okna więc to ona przyjęła największy ciężar wybuchu. Syriusz i Lily szybko dołączyli do nich pod stołem. Inni uczniowie zaczęli iść w ich ślady, chowając się za innymi stolikami, ławkami, drzwiami czy beczkami.

- Co się dzieje? – zapytała Lily, którą ogarniała panika.

Głowa Syriusza wychyliła się nad stolikiem. Widział biegających uczniów, błyski zaklęć, ciemne płaszcze i białe maski.

- Atak śmierciożerców.

- Tutaj? – zapytała Lily, bez tchu. – Sądziłam, że tutaj jesteśmy bezpieczni. Dumbledore miał…

- Wszystko będzie dobrze – pocieszył ją James, wciąż obejmując Marlenę ramieniem. – Aurorzy powinni tu zaraz dotrzeć. To się niedługo skończy. – Powtarzał to jak mantrę, jakby chciał przekonać także samego siebie.

Lily zauważyła, że jeden z członków ich grupy w ogóle się do tej pory nie odezwał.

- Marlena? – zapytała, skupiając na niej swoją uwagę.

Marlena zamrugała niczym sowa i uniosła drżącą dłoń do skroni, po której spływała strużka krwi.

- Och! – Oczy Lily się roszerzyły. – Och, nie!

- Szkło i gruz zraniły jej głowę – mruknął James, nadal obejmując dziewczynę ramieniem. Lily dostrzegła, że dziewczyna opierała się na nim całym ciężarem, jakby nie była w stanie utrzymać głowy w górze. Wciąż mrugała nieprzytomnie, jakby nie rozumiejąc co się wokół dzieje.

Krzyki wciąż nie ustawały. Wrzaski wciąż nie ustawały. Bieganie. Świst zaklęć. Eksplozje. Wybuchy.

- Nie ruszaj się – poleciła Lily, z całych sił starając się by nie zadrżał jej głos. – Nie pozwól jej zamknąć oczu.

James przytaknął, przełykając nerwowo.

- Po prostu to przeczekamy i zabierzemy ją do…

Dziwny głos wypełnił ich umysły. Syk, który mogli usłyszeć tylko w swojej głowie.

Przyłączcie się do mojej sprawy, a będziecie bezpieczni.

Marlena jęknęła i zadrżała w objęciach Jamesa. Krew nadal płynęła, ściekając grubymi strużkami po jej twarzy.

Dołączcie do moich szeregów, a nikt nie zostanie zraniony.

Syriusz i Lily przysunęli się jeszcze bliżej do siebie. Chłopak trzymał ją za rękę. Skuliła się przy nim i poczuła jak łza spada w jej włosy, kiedy jego podbródek spoczął na czubku jej głowy.

Dołączcie do mnie, a zostaniecie nagrodzeni.

Głos Voldemorta przeszywał powietrze, a jego przerażająca obecność uciszyła wszystkich. Krzyki ustały, tylko po to, by zamienić się w płacz i duszący szloch.

Nie śmiała nawet sobie wyobrażać jakie szkody były na zewnątrz. Te rany. Śmierć.

- Wszystko będzie dobrze – wyszeptał James. Za każdym razem, gdy wypowiadał te słowa brzmiał coraz mniej pewnie.

Rozległ się świszczący dźwięk otwierania drzwi, a Trzy Miotły wypełnił przenikliwy chłód. Ze swojej pozycji Lily mogła tylko słyszeć szelest i dostrzec fragment długiego, czarnego płaszcza. Widziała jego stopy, gdy przechodził obok. Tuż za nim pełzł jego wąż Nagini. Dziewczyna starała się nie wzdrygnąć, kiedy wąż nawiązał z nią kontakt wzrokowy, po czym ruszył dalej, podążając za swoim panem.

- Czy jest tu ktoś gotowy by do mnie dołączyć i rozpocząć nowe życie? – Głos Voldemorta był silny i dźwięczny. Nie był już tylko w ich głowach, tylko tam, w pubie, zaledwie kilka metrów od nich.

- Ktokolwiek? – Teraz brzmiał niemal na rozbawionego, tak jakby zabawiał małe dzieci. – Może jeśli zademonstruję co was czeka, gdy do mnie nie dołączycie to zmienicie zdanie – powiedział z namysłem. Nastąpiła chwila ciszy, a potem:

- Crucio!

Nie chciała wiedzieć, kto tak krzyczy. Nie chciała wiedzieć, kto wydaje tak straszne, okropne dźwięki. Syriusz mocniej ścisnął jej dłoń i wydał z siebie bezgłośny szloch. Modliła się, żeby to był koszmar, Koszmar, z którego mogłaby się obudzić.

- Lily weź Marlenę – James wyglądał na zdeterminowanego. Próbował delikatnie przenieść dziewczynę w jej ramiona. – A ja spróbuję…

- Nie – szepnęła Lily. Szybko wyciągnęła do przodu rękę i złapała go za ramię, tym samym uniemożliwiając mu opuszczenie schronienia pod stołem. – Proszę, nie.

- On torturuje tego dzieciaka – warknął cicho James. – Nie słyszysz?

Przez pokój głośnym echem przetoczyło się kolejne dzikie zawodzenie i Lily mimowolnie wzdrygnęła się.

- Nie chcę, żebyś to był ty – powiedziała żałośnie, smakując sól z łez, które spływały jej po policzkach.

- Co do cholery będziesz w stanie zrobić? – Syriusz syknął w stronę swojego najlepszego przyjaciela. – Umrzesz zanim zdążysz rzucić swoje pierwsze zaklęcie. Zostań tam, gdzie jesteś.

James spojrzał twardo na Syriusza, ale ten nie bał się odwzajemnić podobnym wyrazem twarzy. Przez chwilę pozostawali w impasie, ale w końcu James ustąpił, pochylając głowę. Przesunął Marlenę tak, by mogła oprzeć się o ścianę i uspokajająco pocierał jej ramiona w górę i w dół. Starał się ją uspokoić i sprawić by nie zasnęła.

- Gdzie oni są? – wymamrotał James. Teraz gdy miał już wolne ręce, wyjął znicz i zaczął się nim bawić. – Aurorzy powinni już tu być.

Wrzaski ustały i jedynym dźwiękiem były teraz skutki tortur. Skowyt i dyszenie.

Voldemort znów się poruszył. Jego stopy stukały w drewniane deski podłogowe, a wąż wciąż podążał za nim. Stanął przed ich stolikiem i nie ruszał się dalej.

Potem ich stół wyskoczył w powietrze. Voldemort jednym, niemym zaklęciem wyrzucił ich stół przez i tak już rozbite okno. Teraz czterech piątoklasistów pozostało bezbronnych, wystawionych na wyrachowane spojrzenie Voldemorta.

- Hmm… - zaczął w zamyśleniu. – Miałaś rację Nagini, mamy tu dużo dobrej krwi.

Przechylił głowę, przyglądając się każdemu z osobna. Jego oczy spoczęły na Lily przez całe dwie sekundy, po czym całkowicie ją zignorował.

- McKinnon, Potter… - jego oczy spoczęły na białej owcy rodziny. – Black.

Cała czwórka pozostała cicho, w ogóle się nie poruszając. W głowie Lily było całkowicie pusto i wyglądało na to, że całe jej ciało przestało funkcjonować.

- Wielka szkoda, że coś takiego przydarzyło się twojemu ojcu Panie Potter – zadumał się Voldemort. – Był wybitnym człowiekiem z honorowego rodu. – Złoczyńca spojrzał na Jamesa porozumiewawczo. – Mam nadzieję, że pewnego dnia przejmiesz jego dziedzictwo i kontynuujesz tradycję czystej krwi.

James wrzasnął, wstając twarzą w twarz z potworem, ale tym razem Syriusz pobił go swoim refleskem.

Dosłownie.

Stał tam, z falującą klatką piersiową i wciąż zaciśniętą pięścią. Syriusz Black wpatrywał się z góry w mężczyznę, którego właśnie uderzył w twarz.

Voldemort otarł usta i policzek wierzchem dłoni i zachichotał.

- Panie Black, to wstyd, że zachowujesz się w taki sposób, kiedy twoja własna rodzina…

- Zamknij tą cholerną gębę na temat nas i naszej rodziny! – warknął James. Rzucił obronne zaklęcie, które Voldemort zniwelował bez mrugnięcia okiem.

- Mogłeś do mnie dołączyć, a wtedy ja bym cię chronił i nagradzał. Wtedy znów przywitaliby cię w rodzinie z otwartymi ramionami. – Voldemort westchnął. – To zawsze marnotrawstwo, zabijać czystokrwistego czarodzieja – lamentował, unosząc różdżkę.

- Nie! – wrzasnęła Lily. – Nie, proszę! Jestem mugolakiem! Najpierw weź mnie…

Ta sekunda rozproszenia wystarczyła by zespół Aurorów mógł wkroczyć do akcji i rozpocząć atak na nikczemnego czarodzieja.

W końcu, otoczony, Voldemort zdecydował się odejść i zniknął z trzepotem płaszcza. Za rozbitym oknem widać było, jak Aurorzy starają się łapać Śmierciożerców, którym nie udało się jeszcze uciec. Oczyszczali miejsce ataku.

- Jesteście już bezpieczni – rozległ się grzmiący głos. – Atak się zakończył. Eskortujemy was do zamku, ale najpierw niech każdy kto został ranny się pokaże, zabierzemy go do uzdrowicieli.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

- Marlena – rzuciła ochryple Lily. Marlena musiała zobaczyć się z uzdrowicielem!

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Syriusz i James nadal stali. Wyglądali na kompletnie oszołomionych, podczas gdy Aurorzy dookoła wyciągali studentów zza stołów i beczek.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

-James! Syriusz! – zawołała LIly.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Otępiali chłopcy, odwrócili się w jej kierunku.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

- Musimy zabrać Marlenę do uzdrowiciela!

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Syriusz skinął głową. Jego czoło było śliskie od potu. To on poruszył się jako pierwszy. Włożył jedną rękę pod kolana Marleny, a drugą pod jej plecy. Lily wychyliła się do przodu i poprawiła zranioną głowę przyjaciółki, tak żeby opierała się o klatkę piersiową Syriusza.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Syriusz ruszył w kierunku wyjścia, a Lily ruszyła zanim. Jednak czyjaś ręka luźno owinęła się wokół jej nadgarstka.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

- Dlaczego to powiedziałaś? – zapytał James szorstkim i ochrypłym głosem. Lekko przyciągnął ją do siebie. – Dlaczego powiedziałaś mu, że jesteś mugolakiem?

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Stali twarzą w twarz, ale Lily szybko potrząsnęła głową, wbijając wzrok w podłogę. Nie mogła mu spojrzeć w oczy.

- Nie mogłam cię stracić. Nie mogłam stracić nikogo z was.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Ciągle nie była w stanie unieść głowy i na niego spojrzeć. Lily poczuła, że ujął jej twarz w swoje dłonie, opuszkiem kciuków ścierając łzy, które wciąż płynęły po jej policzkach. Pomimo, że to był już koniec. Nawet wtedy gdy byli już bezpieczni.

Ciche łzy zamieniły się w pojedynczy szloch, potem kolejny i kolejny, a potem James przeniósł dłonie z jej policzków na ramiona i owinął ręce wokół niej w lekkim uścisku, takim z którego w każdej chwili mogłaby uciec, gdyby tylko chciała. Nie chciała.

Jej własne ramiona przyciągnęły go bliżej, a dłonie zacisnęły się na materiale jego koszulki. Zbliżyła się, tworząc tak ciasny uścisk, że mogła wyczuć każdy ruch, każde drżenie jego ciała.

Byli już bezpieczni. To był koniec.

Więc dlaczego wcale się tak nie czuła?


Lily i James dołączyli do przyjaciół w strefie, gdzie ranni otrzymywali natychmiastową pomoc. Wszystkie obrażenia, które nie były bardzo poważne odsyłano do Pani Pomfrey. Kobieta stała tam w pełnej gotowości, z łóżkami i wszystkimi potrzebnymi sprzętami. Krytyczne przypadki natychmiast transportowano do Świętego Munga.

Marlenie zaaplikowane szybkie zaklęcie leczące, które zasklepiło ranę z boku głowy. Jednak i tak musiała zostać zabrana do Skrzydła Szpitalnego na obserwację. Trzeba było ocenić stopień urazu głowy i ewentualny wstrząs mózgu.

Lily rozejrzała się po okolicy i dostrzegła, że wielu uczniów ma podobne skaleczenia, jak to, które zaklęciem zadał Jamesowi Severus. To była czarna magia.

Na noszach wynoszono z Trzech Mioteł Mary McDonald. Jej ciało jeszcze nie przestało wić się w spazmach i drżeć od szoku jaki wywołała klątwa Cruciatus.

Lily poczuła jak żółć podchodzi jej do gardła. Mary. Ta słodka, miła Mary McDonald była tak okrutnie torturowana. Jej krzywki wciąż dźwięczały w jej uszach.

Lily wciąż nie dostrzegła nigdzie śladu Alicji i Franka, modliła się o to by bezpiecznie dotarli do zamku.

Pomału strefa pomocy medycznej zaczęła pustoszeć. Syriusz wziął na siebie dopilnowanie czy Marlena bezpiecznie znajdzie się w Skrzydle Szpitalnym. Lily miała zamiar ruszyć za nim w stronę zamku, ale powstrzymał ją czyjś głos.

- Hej! Co robisz? – głośno krzyknął James.

- Cofnij się dzieciaku i zostaw to profesjonalistom – rzucił apatycznie Alastor Moody.

- Mówię ci, że to moje! Cały czas miałem go w kieszeni!

Lily rzuciła spojrzenie w stronę oddalających się Marleny i Syriusza, po czym odwróciła się do Jamesa.

- Co się dzieje?

- Naszym zadaniem jest przeskanowanie terenu pod kątem potencjalnych zagrożeń. Nie chcemy by zostało tu coś niebezpiecznego. – Mężczyzna był szorstki w obyciu i nie wydawał się zbyt przejęty tą rozmową. Przechadzał się dookoła, badając teren, a James podążał za nim.

- A ja mówię ci, że mój znicz to żadne zagrożenie! Musiał mi wypaść z kieszeni i…

Szalonooki Moody odwrócił się tak szybko, że James musiał cofnąć się o krok, żeby się z nim nie zderzyć.

- Ze wszystkich ludzi akurat ty powinieneś wiedzieć lepiej, że należy uważać na pozostałości na polu bitwy!

Jego wszystkowiedzące oczy zwęziły się, przyglądając chłopcu. James wzdrygnął się jakby mężczyzna go uderzył. Nie potrzebował żadnych wyjaśnień co Moody miał na myśli. Wszyscy już wiedzieli co stało się z rodzicami Jamesa i jakie konsekwencje może mieć styczność z przeklętymi przedmiotami.

- Alastorze, wystarczy – zażądał głos należący do Kingsleya Shacklebolta.

Moody odpowiedział mu jedynie chrząknięciem i odwrócił się by kontynuować swoje zajęcie.

- Przepraszam za niego. – Shacklebolt wziął zapakowany do inspekcji przez Moodego znicz i trzymał go teraz w dłoni.

- Nieważne. – Wyraz twarzy Jamesa pociemniał. Chłopak odszedł, zostawiając Lily samą ze starszym Aurorem.

Mężczyzna patrzył za nim ze współczuciem.

- Dzieciak wiele przeszedł – powiedział. Spojrzał na Lily. – Wszyscy sporo przeszliście.

Lily skinęła głową i wytarła resztki łez z policzków

- Proszę. – Mężczyzna wręczył jej pudełko ze zniczem, zanim postanowił odejść. – Na pewno chce go z powrotem. Musieliśmy po prostu włożyć go do tego pudła, by sprawdzić czy jest bezpieczny.

Lily ostrożnie wzięła znicz w swoje ręce i przyjrzała mu się. James nosił go ze sobą wszędzie. Najwyraźniej był on dla niego bardzo cenny, skoro wyrobił sobie nawet nawyk bawienia się nim. Zazwyczaj brał go w ręce i obracał między palcami, a potem puszczał, pozwalając mu odlecieć. Potem łapał go i wypuszczał ponownie. Lily nieświadomie zapamiętała wszystkie te drobne ruchy i sztuczki , które z nim robił.

Otworzyła pudełko, a jej wzrok podążył za złotym zniczem, który wzbił się w powietrze i latał przed nią zygzakiem. Wolną ręką złapała go i zbliżyła do siebie.

Czuła jego pulsujące wibracje na dłoni i łaskoczące ją skrzydełka.

Dwoma palcami przytrzymała znicz i przyjrzała mu się uważniej. Zauważyła, że jest na nim coś wygrawerowane i zaczęła przyglądać mu się jeszcze skrupulatniej.

Kiedy wreszcie zdała sobie sprawę z tego co się na nim znajduje, westchnęła cicho i włożyła znicz z powrotem do pudełka, by oddać go później właścicielowi.

Ten piękny znicz był prezentem.

Na jego boku wygrawerowano napis: Mojemu synowi: Zawsze goń za marzeniami.


-D-r-o-g-i-P-a-m-i-ę-t-n-i-k-u- Rogaty Dzienniku,

Spędziłam cały rok, starając się dorosnąć i stać się bardziej dojrzałą, ale jaki jest w tym sens? Dlaczego tak bardzo chciałam by ludzie traktowali mnie poważnie? Dlaczego marzyłam o dorosłości?

Petunia zawsze nabijała się ze mnie, że jestem dziecinna… za spisywanie moich myśli i… i wydaje mi się, że to mnie bolało.

A teraz marzę by cofnąć czas. Żałuję, że nie mogę zapomnieć tego roku i znów stać się dzieckiem, którego największym problemem było to kiedy i gdzie James zaprosiłby minie na kolejna randkę.

Teraz wszystko jest takie skomplikowane, a kiedy byłam dzieckiem świat wydawał się być bardziej czarno-biały.

Snape był moim przyjacielem i była pewna, że nigdy nie zrobiłby nic złego – pierwsza szarość.

James znęcał się nad Snapem i chociaż nikt nie zasługuje na takie traktowanie, to jego zachowanie wynikało z ogromnego bólu i zranienia. To nie było tylko dręczenie dla samego dręczenia. Kolejna szarość.

Regulus urodził się w rodzinie Śmierciożerców i w przeciwieństwie do Syriusza, nigdy tak naprawdę nie miał szansy na ucieczkę. Może i nie zgadza się z ich poglądami, ale tez nie stawia się przeciwko nim. I jeszcze cała ta sprawa z Hogsmade… Znów szarość.

Mam już dość tych cholernych szarości.

I tak bardzo boję się tego co będzie.

Wszystko się zmienia i to wcale nie na lepsze. Boję się, że będzie tylko gorzej i nie wiem czy to wytrzymam.

Nawet James się zmienił. Nie jest już tym pełnym energii dzieciakiem, który włóczył się po korytarzach zamku. Stał się synem, który już rozpoczął żałobę.

Chciałabym znów stać się dzieckiem. Być z dala od zbliżającej się wojny. Z dala od bólu. Z dala od tego wszystkiego.

Chciałabym zachować swoją niewinność, ale obawiam się, że już na to za późno.

Przed jej oczami znów rozbłysły światła zaklęć rzucanych podczas ataku w Hogsmade. Wypełniły i przytłoczyły wszystkie jej zmysły, aż Lily musiała na chwilę odłożyć piór i wziąć kilka głębokich oddechów. Czasem wydawało jej się, jakby wciąż znajdowała się pod tym stołem w Trzech Miotłach. Kiedy już uspokoiła się na tyle by znów wziąć piór, wróciła do ostatniej listy „Powodów dla których nienawidzę Jamesa Pottera" i zaczęła wpatrywać się w powód numer trzy.

3. Jest wredny dla Severusa, dziecinny i znęca się nad innymi.

Ich relacja nigdy nie była tak czarno-biała i nigdy nie była jednostronną rywalizacją.

Trzęsącymi się dłońmi skreśliła najważniejszy jak do tej pory argument na swojej liście. Teraz sprowadzała się ona jedynie do dwóch punktów, a Lily zdała sobie sprawę, że być może to były tylko wymówki.


Hej, ciekawe czy ktoś tu jeszcze jest! Przepraszam, ogromnie się spóźniłam z tym tłumaczeniem. Zwłaszcza, że wiem, że akurat na ten fragment historii wszyscy bardzo czekaliśmy (och, jak ja nie mogłam się go doczekać!). Niestety życie prywatne nie rozpieszcza i nie miałam czasu na tłumaczenie. Urlop mnie i Was uratował i jest 😊

Piszcie jak wrażenia, jak Wam się podobało, czy uważacie że James został odpowiednio usprawiedliwiony? Ja osobiście jestem zachwycona! Bo jak napisała Lily – pełno tu szarości, nic nie jest czarno – białe.

Pozdrawiam!

Puhinka