Bardzo, bardzo dziękuję mizerykordii za komentarz! Choć ten rozdział pisał się w ślimaczym tempie, muszę przyznać, że brnęłam przez niego głównie dzięki Twojej entuzjastycznej reakcji!

Postaram się wsadzić tu jak najwięcej Nejiego. I jak najwięcej Nejiego w Nejim, choć nie jest to człowiek najprostszy do pisania.

Cóż, Sasuke jest jeszcze trudniejszy. T.T


Wieczór przyniósł ze sobą wiatr, ale Taka była zadowolona. Nie miał wiele wspólnego z burzami piaskowymi w okolicach Suny (i niech ją glizdonogi z Kraju Bawełny pożrą, jeśli nie uzłośliwiły się te draństwa od kiedy przenieśli swojego demona do nowego ciała) ani śnieżnymi zawiejami, z którymi drużyna musiała mierzyć się ostatnio.

Radość zakłócał pewien zgrzyt, przykry szczegół, z jakim nad wyraz często stykali się ci, co mieli szczęście, by dostać misję na własnych śmieciach. Zwykle oznaczało to grzebanie w nich.

– Jesteśmy jak psy szefa – powiedziała do Yamato, z którym czekała na dwóch pozostałych członków dzisiejszej wachty. Nie, żeby się spóźniali. W drużynie szefa nikt z wyjątkiem jego samego nie przychodził po czasie. – Grzebiemy w śmieciach, aż dogrzebiemy się do najbardziej cuchnącej ryby, a potem taplamy się w niej radośnie dopóty, dopóki coś z tego smrodu nie przylepi się nam do sierści.

– Nie mów o niczym, co mogłoby zdradzić naszą tożsamość.

– I to wychodzi od faceta, który jako jedyny w całym ANBU nie nosi maski.

– Nie przepadam za czymś, co zasłania twarz – powiedział, odruchowo sięgając ręką w okolice nosa.

Wzruszyła ramionami. Pewnie jakieś oro-dziwactwa.

– A poza tym szansa, że ktoś nas podsłuchuje, jest minimalna.

– Jest większa, niż ci się wydaje. Spójrz na tych czających się mężczyzn. – Kiwnął głową w stronę grupki, która skradała się wzdłuż ściany.

– Stoimy na dachu publicznej łaźni, Yamato. To zwykli podglądacze – odparła, skonsternowana.

– Czasami zastanawiam się, co robisz w ANBU – stwierdził, marszcząc lekko cienkie, jasne brwi. Czasami myślała, że to niemożliwe i że musi je modelować. Czasami myślała o Orochimaru i jego brwiach i zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem nie przelewał części siebie na swoje eksperymenty. Dobrze, że nie poszło to dalej. Yamato z białą twarzą wyglądałby niedorzecznie.

– Sam mnie tu zaprosiłeś. Czasami zastanawiam się, co robisz w wolnym czasie – odparowała, kładąc ręce na biodrach i porzucając myśli o mężczyznach w bieli.

– Dzielimy jedno mieszkanie – zauważył spokojnie.

– To nie tak, że często w nim bywasz! – mruknęła, udając naburmuszoną. Było to tym trudniejsze, że ona akurat miała na sobie maskę, ale jakoś temu podołała. Lata praktyki w roli siostry zrobiły swoje, nawet jeśli pół życia spędziła pod ziemią a drugie pół w elitarnej jednostce. Yamato radził sobie z tym gorzej, ale też próbował.

– Mówiąc takie rzeczy jakbyś mi serce przebijała osikowym kołkiem – mruknął, przykładając dłoń do piersi.

– Osikowy kołek jest na upiory, mój drogi, ale jakby się tak nad tym zastanowić… – Pomacałaby się po brodzie, gdyby nie ta nieszczęsna maska. – Zawsze byłeś podejrzanie dobry ze spania głową w dół na drzewie – mówiła teraz powoli, z zamyśleniem. – A dzięki swoim drewnianym technikom mogłeś wystrugać dla siebie trumnę i wywalić łóżko wieki temu. Ach, to dlatego nie mogę tam teraz wchodzić!

– I tak to robisz.

– Aj tam, nieprawda!

– I nie mów o niczym, co mogłoby zdradzić naszą tożsamość – powtórzył z lekkim zniecierpliwieniem.

– Ej! To jest Yamato, mistrz drewna! – wrzasnęła, wskazując na niego palcem. – Widzisz, nikogo to nie…

– Ma fajne cycki? – Doszło z dołu.

– To facet, idioto! – odkrzyknęła i wychyliła się lekko ku krawędzi, używając maskującego genjutsu.

– Po co to zrobiłaś? – Yamato szeptał za nią wściekle.

– Ej, głuptasie. Dziewczyny zaraz się na nich rzucą – odparła nie bez satysfakcji.

Istotnie, kilka młodych dam wypadło z łaźni. Ręczniki zafalowały na nich wojowniczo, gdy przy pomocy kombinacji taijutsu i ninjutsu przyprawiły podglądaczy najpierw o grupowe krwawienie z nosów, a potem o połamane kości.

– Po co to zrobiłaś? – powtórzył z cieniem rozpaczy, ale wychylił się, jak ona, by popatrzeć na paradę krwi, łez i śliny płynącej pod nimi litrami.

– Jak to? Każdemu wedle zasług – mruknęła, uśmiechając się pod maską.

– No tak. Jesteśmy w końcu służbą porządkową.

– Daj spokój. Mieli lepsze widoki, niż kiedykolwiek w życiu! – odparła radośnie.

– Co stało się z tą delikatną i dziewczęcą siostrzyczką, którą tak uwielbiałem? – spytał sklepienia niebieskiego, ciemniejącego z sekundy na sekundę nad ich głowami.

– Powiedzmy, że zgubiła się na drodze życia. – Zachichotała.

– Jesteś za dobra do tej roboty – zdecydował, opierając ręce na biodrach. – Chłoniesz zgubne wpływy jak gąbka.

– To dlatego znalazłeś Anko i przekonałeś ją, by mnie przyjęła na nauki? – spytała niewinnym tonem, splatając ręce za plecami w geście czystej dziewczęcości.

– Byłem bardzo zagubionym, młodym człowiekiem – mruknął obronnym tonem.

– Czyli przyznajesz, że to twoja wina?

– Życie nie jest sprawiedliwe. – Westchnął.

Wiatr szarpnął koronami drzew i zajęczał, przemykając między budynkami. Kobiety wróciły do łaźni, a mężczyźni odczołgali się w stronę szpitala. Taka zwróciła się do dwóch pozostałych ANBU, nim jeszcze zdążyli wylądować na dachu:

– Co powiecie na to, żebyśmy ruszyli już teraz, by zastąpić naszych osobliwych współpracowników?

Facet, który miał tego dnia dowodzić grupą, wzruszył ramionami.

– To nie tak, że moglibyśmy skoczyć teraz na kolację.

– Ale to pomysł do rozważenia na później! – wtrącił drugi.

– Żeby nie było wątpliwości, tym razem nie ja stawiam – powiedział Yamato, gdy przedzierali się już przez Konohę w typowym tempie ANBU.

Pozostała trójka zgodnie postanowiła tego nie usłyszeć.


Pierwszym, co ją uderzyło, była cisza. Nawet ptaki zamilkły i nie usłyszała ani razu trzepotu skrzydeł wśród liści, dźwięku tak typowego dla lasów otaczających dzielnicę Uchiha. Czy było już tak późno?, zastanawiała się. Dlaczego niczego… niczego nie słyszę?

Taka czuła niepokój i nie mogła go zrozumieć. Zawsze była kiepskim sensorem. Zerknęła w stronę Yamato, jakby chcąc z jego milczącej formy, przemykającej tuż obok, pożyczyć sobie wiedzę lub spokój.

Gdy jego twarz mignęła między koronami drzew, zobaczyła tylko maskę, jakby gipsowy odlew w miejsce jego zwykłej miny.

Inni zawsze patrzyli na tę twarz i widzieli tylko to. Ona nauczyła się dostrzegać i doceniać lekkie ruchy mięśni. Gdy była dzieckiem, uznała, że stara się specjalnie dla niej i nigdy z tego nie wyrosła.

Teraz jego twarz była martwa.

Też to czuł, cokolwiek to było. Yamato się bał.

Wszyscy czworo zwolnili. Dowódca ustawił się bezpośrednio przed nią i między jednym skokiem a drugim przesłał jej wiadomość za pomocą kodu migowego.

Nie wyczuwam czakry naszego celu.

Przez ułamek sekundy nie mogła pojąć wiadomości. Nie mieli przecież żadnego celu. A potem zrozumiała, co oznaczało to nierzeczywiste uczucie, które ją opanowało. Znała teorię i nawet wypytywała o to kilkakrotnie Yūgao. Wiedziała, że wyczuwanie czakry wiązało się z gromadzeniem własnej w okolicach uszu. Ludzie, którzy nie mieli podobnych zdolności, nieraz zwracali uwagę na coś, co nazywali nienaturalną ciszą. Jakby cały świat nagle zamilkł i zamarł w miejscu, w którym właśnie się znajdowali. Zwykle wyjaśniali to sobie zabiciem przeciwników, ale Yūgao powiedziała jej kiedyś, że nieświadomie odbierali informacje z otoczenia, w którym wygasła właśnie duża ilość czakry. Uchiha byli potężnym klanem, posiadającym ponad stu członków i często poruszali się po tych lasach.

Dlatego właśnie członkowie drużyny Ro nosili płaszcze, skonstruowane przy współpracy kilku jōninów. Miała powody, by przypuszczać, że szef był jednym z nich.

Ich cel był prosty. Miały ukrywać użytkownika przed czujnymi oczami Sharingan i tłumić jego czakrę, nawet jeśli Uchiha nie byli znani z uzdolnień sensorycznych. Jednocześnie płaszcze nie powinny blokować sensorów ANBU, którzy mieli je akurat na grzbiecie. Dotąd tak się nie działo.

Wyczuwali Uchihów i omijali ich. Wyczuwali ich nawet, gdy już odeszli. Zostawali ślad, jak zapach perfum. Yūgao tłumaczyła jej, że las Uchihów jest wypełniony tą czakralną mgiełką. Że każdy sensor czuje źródło, pulsującą potęgą dzielnicę klanu, już z odległości wielu kilometrów.

Jeśli to prawda, a nie jakaś wada sprzętu, która po tygodniach pracy pojawiła się znikąd, co to oznaczało?

Co mogło sprawić, że z powierzchni ziemi zniknął z dnia na dzień czakralny ślad ponad stu osób?

Ręka dowódcy powędrowała w stronę miecza.

Nigdy nie lubiła tej drugiej drużyny. Jej członkowie nosili w sobie chłód doskonałego wyszkolenia, zbyt dobrego, by dało się o ich psychice powiedzieć cokolwiek. Dlatego niemożliwe było zaufanie lub sympatia, lub jakiekolwiek inne uczucie w stosunku do nich, bo było tak, jakby podobne ludzkie zdolności wymknęły im się kompletnie i człowiek mimo woli odwzajemniał im się obojętnością. Wiedziała, że to niemożliwe, a nie mogła pozbyć się wrażenia, że są puści jak kartka papieru.

Jak białe płachty prześcieradła, suszące się na podwórzu, o których nie wiedziała, że mogą tak wisieć, dopóki nie wyszła spod ziemi. Doceniła piękno obrazka, ale czy było w tym coś jej? Coś bliskiego?

Teraz przypominali je bardziej niż kiedykolwiek w swoim lalkarstwie, ale nie w urodzie.

Półmrok okrywał trzy ciała, poszarzałe dodatkowo, z krwią ciemną i gęstą wypływającą gdzieś spomiędzy żeber. Wieczór był chłodny, ale dzień całkiem słoneczny i ciepły, pomimo wiatru i chmur przemierzających niebo. Krew zdążyła zaschnąć, a muchy się zlecieć, grube i błyszczące, przyjaciele tych, którzy w podartym ubraniu szukają rany. Odpędziła je i sprawdziła puls, ale nie było po nim nawet śladu. Nad jej głową dowódca wykrzykiwał rozkazy.

– Znaleźć czwartego. Taka?

– Nie żyją.

– Zawiadom hokage.

Nie zamierzała się dziwić, że wysyłają ją natychmiast. Yamato. Yamato mógł do niej dotrzeć, gdy dowiedzą się więcej. Ta cisza. Ta przeklęta cisza.

Cokolwiek było jej powodem… Ktokolwiek nim był, czy krył się w płaszczach podobnych do tych na ich grzbietach?

Ci czterej ANBU, teraz trupy, sami w sobie byli całkiem szybcy, a nie zdołali wysłać nawet sygnału.

Czarne znaki zaczęły pokrywać ukryte pod ubraniami ciało. Lata morderczych treningów pozwoliły jej poruszać się bezszelestnie, z prędkością niedostępną dla większości nawet uzdolnionych w tej dziedzinie shinobi, a wiatr jej dzisiaj sprzyjał, więc ruszyła nie zwlekając, gnana myślą, że w tym przeklętym lesie… Ktoś ich już mógł obserwować.

W mgnienie oka stała się drobnym obłokiem, szybującym w stronę siedziby hokage i wszelkie siły musiała skupić na pamiętaniu, żeby po całej tej podróży odzyskać swoje człowieczeństwo.


Genma stał jej na drodze. Zwykle był przystojnym, dowcipnym mężczyzną, więc go ignorowała. Dzisiaj poszła o krok dalej, przelatując przez niego bez chwili zastanowienia.

– Ej… – warknął, wyczuwając pewnie mgiełkę jej czakry lub coś podobnego, przeklęty sensor. W jego dłoni pojawiły się trzy senbony. Zaśmiałaby się, gdyby mogła. W tej postaci nie miał szans jej trafić i powinien o tym wiedzieć. – Raidō, Aoba.

Zbadała pobieżnie, czy ani skrawka jej ciała nie wciągnął przypadkiem do nosa (mimo że wydychał, sprawdziła to, nie była samobójczynią) i skupiła się w gęstszą chmurę.

Drugi ochroniarz ruszył korytarzem, czuła drgania i wiedziała mniej więcej, skąd nadchodzi. Trzeci?

Ostre światło jarzeniówek podołało i wydobyło na podłogę słaby, drżący cień, ale tyle wystarczyło. Ręka pokryta długim rękawem standardowej koszulki chūnina wystrzeliła wprost spod niej i wsunęła się pomiędzy kłęby dymu.

W mig pojęła, że przedobrzyła.

– Wciągnij powietrze, a zaduszę. – Zagroziła wisząca w powietrzu głowa, którą w ciągu tej kluczowej ćwierci sekundy zdołała zmaterializować razem z szyją, kawałkiem torsu i jedną ręką. Nie kłopotała się maską ani ochraniaczami, bo doprawdy nie były kluczowe dla jej przetrwania, ale koszulka zmaterializowała się na swoim miejscu i wkrótce podążyło za nią to, co się pod nią powinno ukrywać. Bielizna wyskoczyła jakby znikąd. Spodnie wkrótce zakryły ją, zafurkotały i wypełniły nogami. Druga ręka wyskoczyła z rękawa, jak niemalże węże Anko, palce zacisnęły się oraz rozprostowały parokrotnie.

Zaraz też odzyskała włosy, ekwipunek i maskę. Spadła na ziemię z gracją prawie zwierzęcą, otrzepała się, dyskretnie sprawdzając, czy wszystko jest mniej więcej na miejscu i powiedziała:

– Dziękuję za uwagę. Trzy trupy, najprawdopodobniej cztery, a potencjalnie kryzys na skalę krajową. – Mogą się z niej później śmiać, gdy się okaże, że cały klan Uchiha wyjechał na wycieczkę i ktoś postanowił ich o tym nie powiadamiać. Mieli trzech nieboszczyków praktycznie w ogródku, a w promieniu kilometra ani żywego ducha, więc trzymanie się faktów i tylko faktów postanowiła chwilowo odłożyć na półkę pełną przepisów w kodeksie, których nie zamierzała się trzymać. – Muszę się natychmiast widzieć z hokage – zażądała i ruszyła, nie czekając na ich pozwolenie, długim, jasnym korytarzem.

Oczywiście z miejsca podążyli za nią, co było dobre, bardzo dobre, skoro mieli cienistego. Ci jego pokroju byli szybcy niemal jak ona, przemieszczający się z punktu do punktu, za budynkami zaczerpujący powietrze jak pływacy w stylu żabki.

Czas był teraz tak drogi.

– Czcigodny hokage – zaczęła, gdy tylko za ostatnim z nich zamknęły się drzwi. Nie ufali jej, nie do końca, po tym osobliwym wejściu, nawet jeśli znak Ro miała widoczny jak na dłoni dla tych, co wiedzieli, gdzie szukać. Zdziwiła się, że hokage, widząc to i mając w pamięci charakter ich misji, nie nakazał ochroniarzom z miejsca zrobić w tył zwrot, ale nie miała czasu zastanowić się nad tym głębiej, bo chłopcy z jej drużyny mogli być właśnie rozczłonkowywani przez bandę genialnych napastników, więc musiała złożyć raport, choćby w biurze siedziało pięćdziesiąt dodatkowych uszu, cyrk i całe ZOO. – W lesie okalającym dzielnicę klanu Uchiha znaleźliśmy trzy zwłoki. Dowódca powiadomił mnie, że nie wyczuwa żadnej czakry w promieniu kilometrów. – Powiedzmy, ale nie pisała przecież raportu w zaciszu swojego mieszkania, a czas gnał ją jak wściekły. – I prosi o posiłki.


Zaczyna się, pomyślał Sarutobi i błyskawicznie podniósł się z fotela. Wykonał pieczęcie potrzebne do zdjęcia zabezpieczeń. Pchnął lekko otwartą dłonią szufladę biurka znajdującą się po środku, wprost nad jego nogami, gdy siedział. Po pozłacanej gałce przemknęło coś jakby odblask. Wyszarpnął ją i jeszcze wewnątrz rozłożył zwój przywołania. Przegryzł palec i puknął weń bez wykonywania pieczęci.

W ciasnym skądinąd biurze zaroiło się od ludzi. Przywołani, gdyby nie byli najlepszymi z najlepszych, z pewnością pozwalaliby się wzajemnie z nóg.

– Macie niezwłocznie zjawić się w dzielnicy Uchiha – zagrzmiał zza biurka do całego oddziału ANBU, który mógł przywołać specjalnym zwojem, gdy czas był mu szczególnie drogi. – Zezwalam wam na wtargnięcie do środka, jeśli strażnicy nie wyrażą zgody. Aoba, Raidō, idźcie z nimi. Gdy zdobędziecie więcej informacji, niech jeden z was tu wróci. Drugi ma zostać na miejscu, by zameldować mi o dalszym rozwoju sytuacji. Tako, znajdź kapitana Ro. Kiedy przywoła resztę drużyny, udajcie się do dzielnicy Uchiha.

Czy na pewno tak właśnie zachowałby się, gdyby dostał podobne informacje i nie wiedział, co dokładnie oznaczają? Liczył niejako na to, że ANBU, który do niego pierwszy przyjdzie, będzie mógł z całą jasnością poinformować o masakrze.

Bez tej kluczowej danej czy jego zachowanie nie wydawało się odrobinę wyolbrzymione?

Ale chodziło o najpotężniejszy klan w wiosce. Czy więc z drugiej strony rozkaz o strażnikach był roztropny? Wszystko, wszystko przez ten przeklęty brak jasności.

Myślałby kto, że nie pospieszą się tak z raportem.

Jego ludzie nie byli głupi. Czasem niestety.

Czy będą umieli wyłączyć wszystko poza chęcią do wypełnienia rozkazu, jak to zwykle im się udawało, gdy staną przed sprawą takiego kalibru?

Metody Danzō… czasem były obrzydliwie kuszące, jak podszepty demonów. Patrzył w bystre oczy pobłyskujące zza masek i wiedział, że to on ma rację. Potencjał na zawsze zmarnowany, oto, czym były wyczyny radnego. Jednak nie mógł strząsnąć z siebie wrażenia, że lepiej może by zrobił, angażując w sprawę wyłącznie ludzi Danzō.

Za późno, zawsze za późno. Nie miał już sił na rozpatrywanie z każdego kąta serii kombinacji, które właśnie teraz przemieniały się jedna po drugiej w komplikacje.

Nie bez powodu w biurze hokage okna były zawsze otwarte. Kłęby dymu pokryły całe pomieszczenie. Biel masek mignęła na granicy jego wizji, gdy kilka osób wydostało się przez framugę.

ANBU, która złożyła raport, uleciała jako ostatnia tą samą drogą. Jej kekkei genkai było fascynujące. Jedno z tych, na których z pewnością ktoś chętnie położyłby… Jego krzaczaste brwi zmarszczyły się jeszcze wyraźniej, boleśnie. Tak, przecież ktoś już to zrobił.

Sarutobi, jak każdy stary człowiek i z pewnością każdy kage, miał wiele rzeczy, o których wolał nie myśleć, ale które ciągle mu o sobie przypominały.

Orochimaru, jego błyskotliwy uczeń, który przemienił się w potwora, był jedną z nich. Danzō… O nim musiał teraz myśleć, jakkolwiek nie miał na to najmniejszej ochoty.

Sarutobi ostatnimi czasy zastanawiał się, zastanawiał się poważnie, czy był na pewno najlepszym możliwym hokage, najlepszym możliwym kandydatem te lata temu. Tobirama zaufał mu i całe życie starał się podołać. Czasami myślał, że rządzenie było straszliwym ciężarem, niczym więcej, zmaganiem się z porażkami i bólem, niewdzięczną pracą, po której czujesz jedynie zgryzotę.

Ale Danzō z pewnością nie podzielał tej opinii. Ze względu na niego Sarutobi nie mógł odejść. Po Minato nie znalazł się następca, który miałby dość siły, by rządzić, nawet na przekór radzie. Zwłaszcza na jej przekór, bo choć hokage cenił tych ludzi, zrozumiał już lata temu, że nie zawsze można było na nich polegać.

Im dalej, tym bardziej stawali się ciężarem, kolejną siłą, z którą należało się liczyć. Czasami bał się, że jego myśli zbyt przypominają chore zapędy dyktatorskie.

Wiedział jednak, że nie upadł i nie podążył tą drogą. Prawda była taka, że jedynym, czego Sarutobi pragnął, był spokój. I im dłużej żył, tym wyraźniej dostrzegał, że za jego kadencji to najwyższe pragnienie, właściwy cel jego rządów, nie zostanie spełnione.

Marzenia dzieci, starców i głupców, oto, co pozwalało mu trwać, a co jak mgła poranna rozwiewało się, pozostawiając jego oczy szeroko otwartymi. Pragnął, by Jiraiya wrócił. Może wtedy…

Ale wiedział, że ani Jiraiya, ani Tsunade nie powrócą nigdy po to, by ulżyć jego cierpieniu. Ślimacza księżniczka najprawdopodobniej nie postawi stopy w swojej rodzinnej wiosce.

– Czcigodny hokage. – Raidō wychynął z cienia biurka w niespotykanym dotąd akcie naruszenia prywatności i z szeroko otwartymi oczami, tonem, który wskazywał na to, że sam nie do końca pojął jeszcze znaczenie tego, co mówi, kontynuował bez czekania na pozwolenie: – wygląda na to, że klan Uchiha został tej nocy wymordowany przez nieznanych sprawców. Pozostałe oddziały proszą o posiłki.

– Czy reszta Ro już do nich dołączyła? – spytał, wydobywając z szuflady dwa zwoje, tym razem wzywające wyłącznie kapitanów.

– Tak.

– Zbierzcie wszystkich swoich ludzi i ruszajcie do dzielnicy Uchiha – powiedział dwóm przybyłym. – Jej mieszkańcy zostali zaatakowani przez nieznanych napastników. Raidō?

– Liczba zwłok to co najmniej pięćdziesiąt. Energia miejsca wskazuje na to, że na terenie nie pozostał nikt żywy. Nie wiemy, kto jest sprawcą i nie zdołaliśmy go na razie zlokalizować.

– Zajmijcie się odnalezieniem ich i żywych członków klanu Uchiha – zniknęli z cichym „puff" i maskami kryjącymi wyraz niedowierzania, który mógł na nich widnieć. – Aoba? – Zwrócił się w stronę drzwi i drugi ochroniarz niemal wpadł przez nie, mówiąc:

– Członkini drużyny Ro odnalazła chłopca imieniem Uchiha Sasuke na polu treningowym akademii. – A więc brat ułatwił Itachiemu zadanie. Hokage ucieszył się z tego bladego promyka. Jak dobrze, że nie musiał oglądać, jak jego bliscy giną i zastanawiać się nad tym, dlaczego został oszczędzony. – Prosi o wsparcie ANBU i…

– Tak?

– Inoichiego – odparł z trudem, jakby podobną prośbę uważał za niepotrzebną ekscentryczność. Sarutobi nie mógł się z nim zgodzić.

– Raidō, dogoń kapitanów i poproś ich, by oddelegowali część ludzi do ochrony chłopca. Aoba, wezwij Inoichiego. Wyjaśnij mu sytuację. Niech dobierze sobie ludzi, jeśli uzna to za stosowne.

Jego ochroniarze wyszli tak szybko, jak weszli, a on potarł skronie, czując, jak zbliża się ból głowy wraz z przygniatającymi wyrzutami sumienia.

Czy wszystko stałoby się tak samo, gdyby rządził ktoś inny? Te i podobne myśli, o wielu śmierciach oraz stratach, prześladowały Sarutobiego jak upiory, wgryzając się w jego siwiejącą głowę i chłepcząc starczą krew, zepsutą przez lata zgryzot.

Jaką ohydną rzeczą była władza. Gry z Danzō napawały go obrzydzeniem. Gry z własnymi ludźmi, jeszcze większym.

Ryzyko było przerażające. I często wątpił. Wątpił nawet w swojego zmarłego mistrza.

Co by się stało, gdyby lata temu postąpiono inaczej? Dwa wrogie rody założyły wioskę. Jeden zawsze w glorii i chwale, niemal wymarł.

Drugi, zawsze spychany na margines, nie da się ukryć! Mógł kiedyś siłą swoich potomków dostąpić wreszcie najwyższych zaszczytów. Wszystko to jednak przekreśliły wydarzenia dzisiejszego dnia i rozkaz wydany przez niego osobiście.

A gdyby założyciele nie bawili się w obłudę? Wykrwawili się w wojnie lub wreszcie rządzili na równych prawach?

Rada, podjudzana przez Danzō, wiecznie uniemożliwiała mu zmienienie czegoś w tej sprawie, każdy jego pomysł torpedując własnym, przeciwnym.

Jak rasowy przeciwnik, jego były przyjaciel przewidywał jego ruchy, łatwe zresztą do prześwietlenia, dążące zawsze do zgody i zacieśniania więzi, śmieszne być może w swej prostocie. Jego zdradliwy język obracał je w faworyzowanie, obrzydliwą niesprawiedliwość i nawet sam daimyō w końcu znalazł się wśród jego popleczników.

Mógłby się zaśmiać, gdyby nie czuł zacieśniających się na jego szyi więzów. Tak, jak się teraz sytuacja prezentowała, więcej ciepłych słów miał dla niego daimyō Kraju Wiatru, niż jego własny zwierzchnik.

– Danzō… Czemu zawdzięczam przyjemność? – spytał, splatając ręce na biurku i wpatrując się w oczy radnego, który właśnie przekroczył próg jego gabinetu, jakby to był jego własny.

Promienie potężnego genjutsu otoczyły ich. Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.

– Wszystko poszło zgodnie z planem.

– Dlaczego twoi ludzie nie żyją?

– Klan Uchiha nie istnieje. Los paru moich podwładnych nie jest tak istotny, jak to zwycięstwo.

Danzō… Pragnienie władzy było zbyt proste. Radny stanowił zagadkę.

– Itachi – zauważył cicho.

– Itachi nie jest już istotny – odparł ze zniecierpliwieniem.

– Dlaczego tu jesteś, radny Shimuro i dlaczego potężnym genjutsu omotałeś mojego ochroniarza?

– Widać nienajlepszy to ochroniarz.

– Twoje genjutsu poprawiło się ostatnimi czasy.

– Ludzie, gdy nie rządzą, więcej mają czasu na doskonalenie swoich technik.

– Imponujące. Ale ty rządzisz przecież, radny Shimuro.

– Być może. Jestem tu dlatego, że części ANBU należy zmodyfikować pamięć.

– Słucham? – Fotel odsunął się od biurka z głośnym zgrzytem, ale hokage się nie podniósł.

Danzō skrzywił się ledwo zauważalnie i kontynuował.

– Za dużo już wiedzą i z pewnością połączą wszystkie informacje, a nie należy im ufać.

– To wojownicy, którzy nigdy nie naruszą tajności – odparł z naciskiem.

– A nie naruszą jej z pewnością, kiedy nie będą wiedzieć.

– Nie zmodyfikuję pamięci moim podwładnym, gdy nie ma takiej potrzeby.

– Sprawa tej skali… W niepowołanych rękach… Wróg zawsze może dostać się do ich umysłów.

– Czy to właśnie robisz swoim ludziom? – zapytał z nutką niedowierzania.

– Tak – odparł bez cienia wahania i wstydu.

– Dlatego ich mózgi…

– Dlatego są tak skuteczni.

– Nie możesz…

– Musimy. Prawda jest taka, że podobna sprawa nie może nigdy wyjść na światło dzienne, a tym bardziej, pogrzebana, znaleźć drogi do uszu naszych wrogów. Moim zadaniem jest, byś to pojął, nim będzie za późno.

– Nie mów do swojego hokage, jakby był zniedołężniałym starcem. Trzymam się jeszcze na nogach i nie pozwolę, by mój umysł opętała złudna prostota podobnych rozwiązań.

– Szlachetny, jak zwykle. Podziwiałbym cię, gdyby czasy nie wymagały mojego podejścia. Jesteś hokage pokoju.

– Jedną wojnę wioska przetrwała już pod moimi rządami.

– Dzięki moim metodom nie musi się zmagać z drugą.

– Gdybyśmy dali Uchihom więcej swobody ruchu…

– Sięgnęliby po władzę tym chętniej. Po co mówić o czymś, co się już nie stanie?

– Bo nie możemy sobie pozwolić na mordowanie naszych własnych ludzi.

– Robimy to od zawsze, gdy są zdrajcami. A Uchiha od zarania dziejów pragnęli władzy.

– I nigdy jej nie otrzymali, choć może należała im się.

– Ich oczy to gwarancja szaleństwa.

– Czasami sądzę, że podobne szaleństwo widzę w twoich.

– Nie jestem tu po to, by mnie obrażano. Słuchałeś mnie dotąd. – Bo nie pozostawiono mi wyboru. – Ta dyskusja jest pozbawiona treści. Teraz już z pewnością władzy nie otrzymają.

Za mała w tobie wiara w nowe pokolenie, pomyślał, w pamięci ciągle mając chłopca, który teraz pewnie płakał z powodu straty wszystkich bliskich. Danzō z pewnością niedługo się o nim dowie. Sarutobi był przygotowany na związaną z tym konfrontację, ale nie cieszył się.

Tyle jeszcze bólu musiał przysporzyć temu chłopcu. Temu Sasuke.


Romans Yūgao z wywiadem trwał parę lat i podczas tego okresu zdołała opanować sztukę pozyskiwania agentów, nim przesadzono ją do wnętrza kraju. Chłopiec przed jej oczami nie był jednak potencjalnym informatorem i zdobywanie jego zaufania rozmaitymi gestami dłużej niż to konieczne budziło w niej niechęć.

Musiała jednak poczekać na Inoichiego wraz z lokalizacją. Co prawda istniał oddział nazywany powszechnie „kondolencyjnym". Yūgao miała to gdzieś. W tym wypadku mogli jej zdaniem przejść śmiało do opcjonalnego zwykle wsparcia psychologicznego. A skądinąd wiedziała, że Inoichi był w Kraju Ognia jednym z lepszych w te klocki, nawet jeśli porzucił je ostatnio na rzecz bzdetów.

Sprawę komplikowały dwie rzeczy, druga bardziej niż pierwsza. Sasuke wyglądał jej na bardzo emocjonalnego chłopca. Możliwe, że każde dziecko było takie. Może nie był geniuszem, ale swój rozum miał, w każdym razie intuicję.

Podejrzewała, że gdy stanęła przed nim w masce, do głowy przyszły mu wszystkie złe rzeczy, które przeskrobał. Hayate raczył ją kiedyś poinformować, że niektórzy używają ANBU jako straszaka. Wyobraziła sobie mowy staruszków, którzy tak lubią chodzić po ulicach i strofować dzieci, jak kręcą nad nimi palcami pomarszczonymi, wykrzywionymi artretyzmem, owiniętymi skórą cienką jak błona i grożą, że po te niegrzeczne przyjdzie groźny ktoś, kto nosi pomalowaną, ptasią maskę i porywa młodzież na tortury.

Wtedy może ją to nawet rozbawiło. Teraz uznała, że podobne głupoty stanowią jednak od czasu do czasu kłopot w jej pracy, więc nie zwlekając zdjęła ją.

Ale dzieci nie są głupie, o nie. I po takim geście chłopak już wiedział, pod skórą, że się coś wielkiego i paskudnego święci.

Drugi problem był natury bardziej namacalnej oraz w dwóch osobach.

– P-proszę p-pani… S-sasuke nie zrobił nic złego – odezwała się jak na zawołanie jedna z jej komplikacji, chłopiec. – C-co pani chce mu zrobić?

Obronić jednoosobowo przed nieznaną grupą shinobi, której udało się wymordować w jeden dzień większość członków klanu Uchiha na ich własnym terytorium.

Nie wiedzieli o nich niczego, gdy po pierwszych doniesieniach wyruszała na miejsce zdarzenia. Nawet bez swojego wieloletniego doświadczenia umiałaby się domyślić, że pewnie chętnie dobraliby się do reszty, kimkolwiek byli. Te lata mogły się przydać, gdyby przyszło jej walczyć.

Ale daleka była od pychy i przekonania, że przeciwko tej klasy oponentom miałaby szansę. Podejrzewała rzecz jasna, że atak na podobną skalę to prędzej jedno, porażające uderzenie i błyskawiczne wycofanie się niż seria ataków, ale nie mogła mieć całkowitej pewności. Gdzie więc było wsparcie, ktokolwiek? Te dupki z Ro nie muszą co do jednego grzebać wśród trupów i możliwych ocalałych tam, na miejscu. Ktoś mógłby się tu wreszcie pofatygować. Myślała w swej naiwności, że gdy informacje dojdą do reszty, parę tyłków z miejsca podniesie się i tu przybiegnie, obywając się bez specjalnego zaproszenia. Czy chcieli, na wszystkich hokage, by tego chłopca ktoś zaciukał na środku pola treningowego przy akademii? I ją, tak przy okazji?

Ładnie by to wszystko wyglądało, przy całym ANBU z łbem podniesionym na alarm. Ładniej chyba tylko zabicie samego hokage w jego własnym budynku.

– Spokojnie. Nic ci ze mną nie grozi – powiedziała, kłamiąc bez zająknięcia. Przez ułamek sekundy chciała dodać żartobliwie, że dopóki oczywiście nie zdradzi wioski, ale ugryzła się w język. Może nie znała się na dzieciach, ale robienie sobie z nich dowcipów zawsze uważała za marną taktykę, jaką można z czystym sumieniem zostawić nielubianym wujkom, ale do której nie powinna raczej sięgać reszta populacji. W dodatku żaden kiepski tekst nie byłby w stanie uczynić ich położenia mniej katastrofalnym. Nie zamierzała nikogo wpędzać w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza na parę minut zaledwie. W końcu, jeśli nawet Sasuke miał nielubianego wujka jeszcze tego ranka, szanse, że ma go dalej, były niestety nikłe. – Jak się nazywacie? – zwróciła się do chłopca i dziewczynki. Zdecydowała ostatecznie, że nie chce trzymać ich tutaj na wszelki wypadek. Nie była tak zimnokrwista, trenerzy z ANBU mogli jej nagwizdać.

– Rock Lee.

– Tenten.

– Dobrze. W takim razie, Tenten, Rocku Lee, muszę was prosić, żebyście wrócili do domów. Ręczę, że Sasuke włos z głowy nie spadnie, dopóki mam w tej kwestii coś do powiedzenia.

– Dobrze – odpowiedziała dziewczynka, Tenten, łapiąc chłopca za ramię i odciągając go, czemu poddał się bez przekonania. – Cześć, Sasuke.

– Do poniedziałku! – dodał Lee.

Cóż to miało być, zawoalowane wyzwanie? Podobała jej się podobna twarda postawa u tak niepozornego stworzenia. Kto wie, czy nie spotkała przyszłego oficera prowadzącego?

A dziewczynka, ta Tenten? Ostrożność, jeśli nie wynikała ze strachu, była bardzo obiecująca. Zmarszczenie brwi i czujne spojrzenie zwiastowały, że trybiki kręcą się w tej głowie. Taktyczny odwrót. Niech będzie potępiona, jeśli nie zamierzała jej ta dziewczynka sprawić za plecami jakichś kłopotów.

Ech, chyba zbyt dużo czasu spędzała ze znajomymi Hayate, skoro wszędzie zaczynała dostrzegać młodociany potencjał, nawet kiedy ta chodząca przyszłość Konohy akurat jej zawadzała.

I zdecydowanie zbyt wiele z Anko. Zawsze umiała dobrze dostosowywać się do otoczenia. Gdy otoczeniem była ta kobieta, trzeba się było liczyć z brutalnością, nie tylko w sferze językowej. Czasami myślała o ludziach w kategoriach użyteczności. Cóż, tylko w jej pracy można patrzeć na kogoś i w jednej chwili zastanawiać się nad tym, czy nadawałby się na żywą tarczę, a w następnej doszukiwać się w nim osławionej siły młodości. Z takimi znajomymi dorobi się jeszcze rozstrojenia osobowości. Ale o ile lżej by jej było na duszy, gdyby się tu pojawili.

– Przepraszam, że tyle tu stoimy, ale musimy poczekać na paru moich znajomych. Nie będę ci ich opisywać, bo myślę, że woleliby przedstawić się sami. – Miała nadzieję, że nie brzmiało to, jakby ściągała tu Ibikiego wraz z jego ekipą od załatwiania długiego, bolesnego oraz nieuchronnego rozpłynięcia się w powietrzu.

– Czy coś się stało mojemu bratu? – spytał cichutko i z trudem, jakby słowa z ledwością przedzierały mu się przez gardło.

Przybycie Inoichiego wraz z drużyną ocaliło ją od konieczności odpowiadania. Zwłaszcza na widok jednej twarzy odetchnęła głębiej. Do najwspanialszych zalet tego konkretnego Yamanaki zaliczyć należało trafny dobór współpracowników.

Pozdrowili się skinięciami głów. Czuła, jak w okolicy narasta ilość znajomej czakry. Drużyny Hō i jej Ro dawały w ten sposób znać, że wreszcie przybyły, by stanowić dla nich wsparcie.

– Witaj, nazywam się Yamanaka Inoichi – przedstawił się barczysty, długowłosy blondyn, którego tak sobie ceniła. Patrząc w oczy chłopcu ani jedną nutą w głosie i ani jednym drgnięciem twarzy nie zdradził się, że rozmawia z dzieckiem. –To Nohara Tōka, jesteśmy rodzicami twojej koleżanki z akademii, Ino. A to nasz współpracownik, Gekkō Hayate. – pozdrowili chłopca skinięciami. – Od hokage otrzymałem adres miejsca, w którym będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

– Ale dlaczego nie mogę pomówić z panem w domu? To znaczy… Nazywam się Uchiha Sasuke – ukłonił się. – Jeśli… jeśli cokolwiek się stało, mój tata, Uchiha Fugaku, powinien być przy tej rozmowie.

Żadne klanowe dziecko nie było na tyle nieprzygotowane, by bez chwili namysłu pójść w nieznanym kierunku z obcymi ludźmi. A większość, nawet tych cywilnych, miała się na baczności, gdy podróż proponował dorosły mężczyzna.

Yūgao położyła chłopcu rękę na ramieniu i wtrąciła się:

– Spokojnie, Sasuke. Ten człowiek naprawdę działa z ramienia hokage. Nie zrobi ci żadnej krzywdy. – Tylko pewną informacją zmiażdży ci dzieciństwo. Ale długo była w zawodzie. Choć nie wniosła do rozmowy nic ponad to, co już w niej padło, wydawał się przetrawiać jej słowa z wielką uwagą. Potrafiła mówić uspokajające bzdury, patrząc prosto w oczy dziecka. Mogłaby kłamać innym kage, wielkim potęgom z zamorskich krajów, mogła i sierocie. Bo jeśli chłopiec był tym, za kogo się podawał, o śmierci jego rodziców wiadomo było z całą pewnością. ANBU w pierwszej kolejności udało się do siedziby głowy rodu i raport z tego odkrycia zdążył do niej dotrzeć wraz z kapitanem.

Inoichi zerknął na nią bystro.

– Czy gdyby Yūgao poszła z nami, czułbyś się bezpieczniej?

– Yūgao? – spytał Sasuke podejrzliwie.

– To moje imię – odparła, posyłając Inoichiemu pytające spojrzenie. – Nazywam się Uzuki Yūgao.

Sasuke zmarszczył brwi i po chwili skinął niepewnie głową.

– Dobrze. Będziemy się przemieszczać za pomocą Shunshin no Jutsu. Sasuke, czy ktoś kiedyś zastosował tę technikę z tobą jako pasażerem? – Zastanowił się przez sekundę, jak to opisać i w końcu wpadł na możliwie najprostsze: – człowiek znika w kłębie dymu, na przykład.

– Nie… Ale widziałem to kilka razy.

– Masz więc pewne pojęcie na temat tego, jak działa. Z kim chciałbyś się przenieść?

Sasuke spojrzał na nią wzrokiem pełnym niepewności i nadziei. Inoichi bez słowa podał jej kartkę z adresem. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że przyglądał się im przy tym dziwnie kalkulującym wzrokiem. Hayate patrzył tak na nich od początku, łatwy do niedocenienia dla wrogów, ale nigdy dla niej. Postanowiwszy zostawić to do późniejszego rozważenia, skinęła głową. Wiedziała, gdzie zmierzali i nie potrzebowała instrukcji. Właściwie, widząc podany adres, z ledwością powstrzymywała zdumienie. To także zdecydowała się pominąć milczeniem, ale nie na długo. Nie pozostawało jej nic innego, jak pochylić się lekko w stronę chłopca z ostrzeżeniem.

– Uważaj, za pierwszym razem może być odrobinę nieprzyjemnie. Byłeś kiedyś na karuzeli? To trochę podobne. Dlatego lepiej trzymaj się mnie mocno obiema rękami.

Objął ją za brzuch. Przygarnęła go do siebie dodatkowo i zacisnęła dłoń na cienkim ramieniu.

Jego oczy momentalnie spłynęły łzami, gdy wypuściła dym, maskujący ich ruchy. Zaczęła kumulować czakrę, przechodząc przez kolejne pieczęcie. Chłopiec w jej ramionach rozpaczliwie mrugał, próbując zwalczyć pieczenie oczu bez pocierania ich pięściami. Gdy pierwszy raz skoczyli, zacisnął ręce z całą swoją dziecięcą siłą, której, jak się okazało, nie miał wcale tak mało.

– Jesteśmy na miejscu – odparła. – Już możesz mnie puścić. Sasuke, nim mnie udusisz.

Odskoczył od niej, lekko się rumieniąc. Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. Nie miało w sobie ni krzty tradycyjnego posmaku i z pewnością tak dalekie było od korytarzy rezydencji Uchiha, jak tylko mogło ze swoją jasną kanapą, szklanym stolikiem i podłogą obitą ciemną wykładziną. Ściany przysłaniała częściowo komoda oraz szafa. W rogu stała lampa, pobłyskująca metalowo w słabym świetle padającym zza klosza wiszącego u sufitu. W drugim łóżko pościelone niedbale i fotel z leżącą na nim zieloną kamizelką, zwojami oraz chustką, a na trzeciej ścianie drzwi. Hayate odezwał się po raz pierwszy:

– Nie ściągajcie butów, chyba że macie taką potrzebę.

Sasuke spojrzał na niego dziwnie i zabrał się za zapięcia swoich sandałów. Najwyraźniej nie spotkał się jeszcze z kimś, kto by wolał widzieć swoich gości w butach. Ale Hayate już taki był. Nigdy w życiu nie kupił kapci i nie zamierzał zaczynać. Reszta pozostała tak, jak stała. Yūgao odłożyła swoją maskę na komodę.

– Siadajcie, proszę – odparł, ściągając rzeczy z fotela na łóżko, a potem podsuwając go bliżej stolika. – Przyniosę wodę.

Gdy Yamanaka oraz Nohara siadali na kanapie, zauważyła, jak cień rzucany przez mebel lekko zadrgał, blednąc na moment, nim przyjął do siebie dwie nowe sylwetki.

– Pomogę mu – powiedziała szybko. – Co się dzieje? – spytała, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi.

– Wszyscy, którzy znajdowali się w dzielnicy Uchiha w chwili ataku, nie żyją. Zidentyfikowano już oficjalnie Fugaku-samę i Mikoto-samę.

– Na podstawie struktury czakry?

To było wyjątkowo istotne. Jeżeli ofiara przed śmiercią zdążyła stoczyć walkę, w jej ciele jeszcze kilka godzin po zgonie zostawał naturalny ślad. Jeśli starcie było wyjątkowo zażarte, w ciele mógł zachować się cień jego przebiegu.

Nie mówiąc o tym, że na tej podstawie można było dokonać identyfikacji. Wystarczyło tylko mieć godnego zaufania sensora w drużynie. Gdy sprawa mogła skończyć się postępowaniem sądowym, do zwłok dopuszczało się ich całą grupę, powołaną z urzędu. Nieraz z niejednego kraju, w wypadku, kiedy potrzeba było neutralnych specjalistów w sprawie o wielkim potencjale. Takiej, jaka mogła stanowić iskrę do rozpętania kolejnej wojny.

Było to o tyle skomplikowane, że należało zgromadzić takich, którzy z nieboszczykiem mieli do czynienia w czasach, gdy chodził jeszcze pośród żywych. Wybitni medycy z Wioski Mgły opracowali metody, by zachowywać czakrę ofiar na dłużej i po trzeciej wojnie podzielili się nimi między innymi z Konohą, podczas gdy wcześniej pięć wielkich wiosek opierało się głównie na próbkach krwi, niektóre mniejsze natomiast w ogóle nie prowadziły rejestru DNA swoich shinobi. Historia znała kilka poważnych fałszerstw przeprowadzonych na zwłokach. Mimo to niektóre wioski dalej nie wprowadziły obowiązkowego pobierania krwi. Prawdę mówiąc Yūgao nie była pewna, czy wraz z nadejściem metod czakralnych Konoha również nie zrezygnowała z magazynowania próbek od swoich shinobi. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy oddawała jakąś do tego celu. Ale mogła o tym nie wiedzieć.

– Nie jestem pewien – odparł Hayate.

Jeśli nie byliby w stanie zidentyfikować ich za pomocą czakry, znaczyłoby to, że wróg zdołał zamknąć Uchihów w potężnym genjutsu lub wprost zabić podczas snu i w dodatku zrobić to dobre parę godzin temu. Nie wyobrażała sobie, by to było możliwe, ale tak samo do dziś nie sądziła, że można w jedną noc wymordować większość członków jednego z najpotężniejszych klanów, jaki kiedykolwiek nosiła konoszańska ziemia.

W takim wypadku można było już tylko skorzystać z próbek krwi, nie widziała innego sposobu.

– Ile zwłok odnaleziono do tej pory? – spytała.

– Wiem o pięćdziesięciu ośmiu.

– Kto miałby się zdobyć na mistyfikację tej skali? – Rozważała na głos. – Jednak… To, że to prawda, jest jeszcze bardziej nie do pomyślenia. Kto mógłby w jeden wieczór zabić ich wszystkich w ich własnym domu? Ale powiedz mi lepiej, dlaczego jesteśmy w twoim mieszkaniu.

– Później. Będą się zastanawiać, dlaczego tyle nam zajmuje przygotowanie kilku szklanek i dzbanka.

– Chcesz go tu zatrzymać, prawda?

– Musi przespać się gdzieś, gdzie będzie bezpiecznie – odparł, wzruszając ramionami. Obronny gest, który wyniósł pewnie jeszcze z dzieciństwa. Tak, po Hayate było widać, że nie siedział nigdy w ANBU. Mógł też być świetnym aktorem, ale wierzyła mu, gdy mówił, że nie, nie jest.

– Bezpiecznie? – spytała, marszcząc brwi. Nie zamierzała mu urządzać kłótni ani niczego podobnie bezsensownego, o czym zapewne myślał, że już na niego szykuje. Ale postanowiła też, że cokolwiek się tu wyprawia, nie odwróci się i nie pójdzie bez słowa, by odmeldować się lub pisać pełen usprawiedliwień raport. Nie, gdy Hayate oraz jego miękkie serce wpadli w sam środek tej szalonej, niemożliwej, tragicznej sprawy. – W takim razie ja też tu zostanę.

– Ale dlaczego? – spytał, najwyraźniej zupełnie zapominając o szklankach, wodzie oraz dzbankach. – Musisz… nie powinnaś zgłosić się do kapitana?

Jego troska była doprawdy niemal urzekająca.

– Dodatkowa obrona nigdy nikomu nie zaszkodzi. Mój kapitan rozumie to doskonale. Podejrzewam nawet, że to on posłał po cienistego, który ukrywa się za kanapą?

– Raidō? Możliwe. Hokage dba o chłopca. Ten cienisty to jego osobisty ochroniarz. Jeśli cokolwiek zacznie się dziać, ma go złapać i przenieść wprost do gabinetu Sandaime.

– Pomysłowe. I odrobinę ryzykowne. Tym bardziej muszę zostać.

– Już postanowiłaś, prawda? Gdy wyjdą, zmienię ci pościel na łóżku.

– Bez obaw. Wystarczy mi kanapa.

Oboje wiedzieli, że jeśli chodzi o wygodę, niczym się nie różnią.


Sasuke cudem powstrzymywał się od wybuchnięcia gniewem. Na zewnątrz okazywał tylko lekkie zniecierpliwienie, tak jak się tego nauczył od taty. Podnosił lekko brwi i wpatrywał się w tych dwoje dziwnych ludzi na kanapie wzrokiem, który, miał nadzieję, był wystarczająco onieśmielający, by wreszcie powiedzieli mu, co się dzieje albo najlepiej wypuścili go precz.

W tym samym czasie przez jego głowę przebiegała parada wrogich myśli. Dlaczego nie pozwalali mu wrócić do domu? Dlaczego nie poszli z nim do taty, skoro tak chcieli rozmawiać? Dlaczego skoro tak chcieli rozmawiać, niczego nie mówili? Dlaczego ci wszyscy ANBU biegli w stronę… w stronę dzielnicy, w której mieszkała cała jego rodzina?

Potrzebował wrócić do domu. Musiał w tej chwili wrócić do domu. Jeśli poszli do Itachiego… Jeśli poszli zabrać Itachiego… Skąd ta myśl w ogóle się wzięła?

Itachi był niewinny. Wiedział, że jest. Itachi nie mógł niczego zrobić Shisuiemu. Po prostu nie mógł!

Sasuke wiedział, że nie mógł. Wiedział też, że on sam powinien kochać cały swój klan, ale wściekłość aż go skręcała, gdy słyszał oszczerstwa z ust własnej rodziny. Myśleli, że jest zbyt młody, by to dostrzegać? By widzieć, jak na niego patrzą, słychać tego, co o nim mówią i rozumieć niemal każde ich słowo? I by wiedzieć doskonale, co tak naprawdę się za tym kryje? Zazdrość. Mała, żałosna, odrażająca zazdrość. Brat był geniuszem i przyszłą głową rodu i nikt nie mógł mu tego odebrać. To, że ludzie potrafią mówić takie rzeczy z zazdrości, wywoływało w nim obrzydzenie. I rozczarowanie, że jego własna rodzina jest gotowa się do czegoś podobnego posunąć.

Ale ANBU nie mogło w to wszystko uwierzyć. Musieli wiedzieć, że Itachi jest niewinny. Może chcieli go tylko przesłuchać? Ale jeśli tak było, dlaczego poszło ich tam aż tylu…

Nienawidził tej dwójki przed sobą za to, że blokują mu możliwość wrócenia do domu i dowiedzenia się wszystkiego. Zareagowania jakoś na tę niesprawiedliwość. Nie miał jeszcze planu, ale mógł improwizować. Musiał improwizować.

Nie był już małym dzieckiem. Nie potrzebował ochrony. Nie powinni go odsuwać, gdy bratu działa się krzywda.

Jeśli zamierzali oskarżać Itachiego, chciał o tym wiedzieć.

Miał ochotę wstać i uciec.

Miał ochotę wstać i pochodzić trochę, żeby zebrać myśli. Nigdy mu się dobrze nie myślało, gdy siedział bez ruchu. Tata zawsze mu powtarzał, że nie powinien się wiercić.

Tata zawsze myślał o nim jako o kompletnym dziecku.

Ale może… Może miał rację, trzymając go od tego z daleka? Był taki wściekły. Taki nieskończenie wściekły na tę sytuację.

Westchnął ciężko i wbił wzrok w wykładzinę. Był głupi. Bardzo, bardzo głupi. Przecież Itachi nie potrzebował jego pomocy. Jego pomocy? To w końcu Itachi. Na pewno się wybroni, nim Sasuke w ogóle zdąży wrócić do domu. Podejrzewanie go było śmieszne. Shisui… To musiał być wypadek. Albo atak wrogiego shinobi. Powinni biegać i szukać go, zamiast dręczyć Itachiego.

Oczywiście, gdy Sasuke wróci do domu, będzie tak, jakby nic się nie stało w czasie, w którym on pod byle pretekstem siedział w tym obcym mieszkaniu z obcymi ludźmi. A kiedy już się tam znajdzie, wszystkiego będzie musiał się domyślać ze spojrzeń i półsłówek, jak zwykle. Dziwił się tylko, że nie zamknęli go z mamą w kuchni, u babci albo u cioci Chikary.

Sasuke był już niemal spokojny. Prawie wybaczył tym znajomym rodziców, że trzymali go z dala od wszystkiego. W końcu był trochę dzieckiem. Strasznie spanikował na widok tych wszystkich ANBU. A gdy jeden obok niego wylądował… A to okazała się taka piękna pani! Tylko mama była od niej piękniejsza. I ciocia Chikara. I może parę innych osób.

Pewnie miała rację, że go tu wzięła. Co mógłby zmienić? Tylko by pewnie zawadzał.

Nie mówiąc o tym, że Itachiemu byłoby przykro, gdyby tam był. Znał swojego brata. Nigdy nie chciał, żeby Sasuke był świadkiem podobnych scen.

Innym jego starszy brat mógł wydawać się zimny, ale on umiał dostrzec, jak troszczył się o innych. Jak troszczył się o Shisuiego. Zawsze o Shisuiego.

Wiedział, że jego śmierć go zdruzgotała. Bardziej niż kogokolwiek.

Paru członków klanu tak otwarcie okazywało żal i ból, porzucając bezwstydnie zasadę o zachowaniu we wszystkim dystyngowanego chłodu, że to po prostu musiało być sztuczne. A jeśli chodzi o niego… O swojej reakcji Sasuke nie chciał zbyt dużo myśleć.

Ale żałoba Itachiego była czysta. Sasuke nie miał co do tego wątpliwości.

I jeśli głupia wioska postanowiła słuchać głupiej części rodziny, on… On po prostu musiał o tym wiedzieć. Nie chciał tu siedzieć! Nie chciał!

Tata nasłał tych ludzi, żeby Sasuke nie mógł się wtrącić, gdy będą brać Itachiego. Zawsze mówił, że nawet najgorsze przeciwności trzeba przyjmować z godnością. Bał się, że zrobi coś żenującego, że złapie brata za nogę i nie będzie chciał puścić. Ideałem taty było stać godnie i bezczynnie, gdy będą rzucać się całą grupą na Itachiego. Tylu ich tam poszło, tych ANBU, co to mieli ich wszystkich niby bronić! Jakby już byli przekonani, że jest winny, że będzie uciekał lub walczył.

Itachi nie uciekał. I nie zraniłby nikogo z wioski. Nigdy.

Gdy tylko Sasuke zaczynał wątpić w swoją teorię, dochodził do wniosku, że nie może być innego powodu, dla którego jest tu przetrzymywany. Wszystko składało się w sensowną, przerażającą całość.

Musiał zobaczyć brata, nim będzie za późno! Musiał się stąd wydostać!

Nawet jeśli to nie spodobałoby się jego bratu. Za bardzo się bał. Nie mógł… Nie mógł…!

Był beznadziejnym dzieckiem. Wszyscy mieli rację. Nie nadawał się do niczego. Itachi i tata mogli sobie być nim później rozczarowani, ile im się żywnie podobało. Musiał. Wrócić. Natychmiast!

Podniósł głowę i złapał kontakt wzrokowy z panem z blond włosami, który siedział na kanapie. Tata mu mówił, żeby zapamiętywał nazwiska ludzi, z którymi się zetknął, ale jakby wata zablokowała mu mózg i nie potrafił, nie potrafił sobie tego przypomnieć. Może nawet był ojcem jakiejś dziewczyny z akademii. Pamiętał, że jedna z nich wyglądała całkiem podobnie. Ale to nie miało teraz znaczenia. Otworzył usta, by wypowiedzieć swoje żądanie.

– Sasuke, nie mogę pozwolić ci wrócić do domu – odparł ten człowiek, nim zdążył się w ogóle odezwać. Jego oczy były poważne i nawet smutne, ale Sasuke słysząc to, niemal się zatrząsł. Nie mógł się zdobyć na to, by czuć wobec niego coś oprócz gniewu, skoro stał mu na drodze. – Sasuke. To, dlaczego tu jesteśmy, nie dotyczy twojego brata. W każdym razie nie wyłącznie.

– Nie? – Wyrwało mu się, nim zdążył się powstrzymać.

– Nie – potwierdził spokojnie.

– C-co to znaczy? – spytał, nienawidząc się za to, jak z wzburzenia trzęsie mu się głos. Nikt go nie weźmie na poważnie, jeśli nie nauczy się rozmawiać bez okazywania emocji. Chrząknął, próbując oczyścić gardło. Sięgnął po szklankę z wodą, którą postawił przed nim pan, stojący teraz w rogu i zakrywający usta chusteczką. – Dlaczego?

– Dzisiejszego wieczoru w dzielnicy klanu Uchiha miał miejsce atak. Nie wiemy jeszcze, kto go dokonał. Wszyscy, którzy znajdowali się w tym czasie na miejscu zdarzenia, nie żyją.

Sasuke wpatrzył się w niego szeroko otwartymi oczami. Czuł, jak twarz zastyga mu w gipsową maskę. „Nie żyją?", „nie żyją?" jak echo błąkało się po jego głowie i choć teoretycznie rozumiał je, nie mógł ich pojąć. Jakby mózg mu ktoś owinął watą. Jakby ktoś stłukł coś gdzieś, kiedyś, a on tylko obrócił głowę w tamtą stronę i wzruszył ramionami.

Jakby to nie do niego było.

– Jak… wszyscy? – spytał ze zdziwieniem, błądząc oczami między panem a panią usadowionymi na kanapie. Obydwoje odpowiadali na jego wzrok bez zawahania. Piękna ANBU wyglądała przez okno lub po prostu wpatrywała się w nie. Sasuke też chciał uciec, ale czuł, jakby jego nogi coś sparaliżowało. Nie mógł się ruszyć i szybko przestał próbować. Jakie to miało znaczenie, teraz? Jego myśli rozwiewały się jak dym z fajki lub rozbiegały na wszystkie strony na podobieństwo wstrętnych robaków. Pan pod ścianą zakaszlał w chusteczkę. Jaki denerwujący to był kaszel! Gdzieś w tle coś buczało. Wentylacja? Lodówka? – W jakim sensie… wszyscy?

Pani z kanapy podciągnęła rękaw. Wyglądała tak bardzo jak nauczycielka od zajęć cywilnych z jasnymi włosami upiętymi w ciasny kok, grubymi szkłami i ustami ściśniętymi w cienką linię, że niemal jakby z tego żartowała. Już wyobrażał sobie, jak sprawdza godzinę na zegarku przymocowanym do cienkiego paska, który opinać miał jej przegub. Tego Sasuke by chyba nie wytrzymał.

Ale mylił się. Zamiast zegarka na przegubie i dalej, po przedramieniu ciągnął się sznur napisów. Nie do odczytania z tej odległości.

Podniosła wzrok, poprawiając okulary i gdy złapała z nim kontakt wzrokowy, powiedziała:

– Twoi rodzice nie żyją. – Jej oczy nie były łagodne. Nie były też litościwe ani całkiem zimne. Jeśli już do czegoś można to było porównać, to do odpytywania z tabliczki mnożenia i w jakiś sposób tak było lepiej. Ile jest dziewięć raz pięć, młody człowieku? Ostatkiem sił zdusił histeryczny śmiech, który skradał mu się do gardła.

– Pani się myli – powiedział, mając gdzieś to, że powinien do starszych zwracać się zawsze z nienaganną uprzejmością.

– Czy twoi rodzice to Mikoto i Fugaku Uchiha, głowa rodu?

– T-tak.

Jeśli by się tak zastanowić, tkwiła w tym przerażająca logika. Kogo atakować pierwszego, jak nie dowódcę? Ale dlaczego mamę! Dlaczego także ją!

– To niemożliwe. Mój tata… nie umarłby… tak po prostu. – Zakończył bezradnie. Od dawna, od śmierci jednego z członków starszyzny, może od zawsze, bo przecież od zawsze miał zostać shinobi, wiedział, że każdy może umrzeć tak po prostu.

Ale czy jego ojciec nie walczył? Czy wszyscy nie walczyli?

– Jak? – Nie… to nie było teraz najważniejsze. Powstrzymał się z wyraźnym trudem i przeszedł od razu do tego, co mogło najbardziej zaboleć. Musisz wszystko znosić godnie i zawsze dowiadywać się wszystkiego. Nie pozwól czułości… – Mój brat? C-co z… z Itachim? I z ciocią Chikarą? I… z dzia-dziad-kami?

– Większość ciał nie została jeszcze zidentyfikowana.

Pan z blond włosami przestał patrzyć na niego i zamiast tego przeniósł wzrok na tę panią.

– Ile… już? Ile – chrząknął. – Mam na myśli…

Spojrzenie pana stało się ostre, ostrzegawcze. Oboje go zignorowali.

– Siedemdziesiąt pięć – odparła spokojnie.

To znaczyło, że… że nie wszyscy musieli nie żyć! Było ich więcej! Wiedział, że musiało być ich więcej! Ilu… ilu? Ktoś musiał być przecież na misji.

Nie cała jego rodzina była martwa.

Tylko co z tego?

Mama… Tata… Nie umiał tego nawet objąć rozumem.

Sasuke odkrył, że błaga, błaga, by to Itachi okazał się jednym z ocalałych. Mały, egoistyczny dzieciak, który dba tylko o swojego braciszka. Czuł do siebie nienawiść, ale nie mógł przestać, bo Itachi. Mógł. Nie żyć.

Czy nie miał iść na misję?

Jakąś misję?

Nie. Miał przyjść i odebrać Sasuke z akademii.

– Czy mój brat? Proszę mi powiedzieć! Błagam! – Złapał się za głowę i zaczął ją drapać, próbując zmusić się do myślenia. – Ma na imię Itachi. – I dochodząc do wniosku, że to najprawdopodobniej nie mogło wiele powiedzieć tym ludziom, dodał: – Długie, czarne włosy – myśl, młotku! Opisujesz większość swojej rodziny. Wstał szybko i wskazał ręką najwyżej jak potrafił. – Tej wysokości, chyba. I… – wiem! – I ma tu takie dwie głębokie, głębokie zmarszczki.

To nie było najmilsze, co mógł powiedzieć. Ale nie umiał odszukać w pamięci innych znaków szczególnych. Po prostu nie znał żadnych.

Sasuke spyta go o to kiedyś. Bo Itachi musiał żyć, skoro inni… Nie zostawiłby go! Nie on, nie mógłby, po prostu nie mógł!

Ile razy mówił, „później, Sasuke"?

Gdyby… gdyby tym razem przyszedł…!

A gdyby Sasuke wrócił do domu na czas?

– Identyfikacja wszystkich zajmie wiele godzin – powiedział pan z blond włosami.

– Na razie nie wiemy, co z twoim bratem – dodała pani po kolejnym zerknięciu na swoją rękę. – Gdy zostanie zakończona, o wszystkim ci powiemy – zapewniła twardo i Sasuke z miejsca jej uwierzył.

– Na tę chwilę wiemy tylko tyle, że ich śmierć była bardzo szybka – wtrącił pan.

Jak mogła być szybka? Każdego z nich? To niemożliwe. Musieli się bronić. Ktoś musiał ocaleć, uciec choćby z raną!

Jaka siła spadła niespodziewanie na dzielnicę Uchiha, na Konohę?

– Przecież brakuje jakichś… Jestem pewien, że brakuje kilku osób. Czy na pewno nikt nie uciekł?

– Nie wiemy jeszcze wszystkiego…

Sasuke myślał, że głowa mu wybuchnie. Nim się zorientował, już stał, z rękami zaciśniętymi po bokach w pięści. Jego nogi działały więc jednak. Ale mózg mógł wkrótce przestać i wtedy kto wie, może rzuci się na tego pana, on skręci mu kark i będzie po wszystkim. Wizja śmierci, gdy się nie wie! Jednak nie był w stanie się uspokoić.

– To jak może pan mówić, że wszyscy nie żyją! – wrzeszczał. – Przecież ktoś mógł przetrwać. Jeśli uciekł albo, albo…

– Z dotychczasowego dochodzenia wynika, że wszyscy zostali złapani w potężne genjutsu – wtrąciła pani z kokiem, obserwując go z dołu.

Założyła nogę na nogę i splotła dłonie na kolanach.

– To niemożliwe! Sharingan powinien złamać każde. Jeśli to miałaby być prawda, to… To…

Przypomniał sobie pewne popołudnie nie tak dawno temu, choć może należałoby powiedzieć raczej, że wspomnienie spadło na niego z siłą worka cementu, nagłe i niespodziewane.

Wiatr burzył co jakiś czas korony konoszańskich drzew. Tak, to chyba było wiosną, gdy słońce przygrzewa mocno, ale mimo to dni bywają całkiem zimne.

Od tygodni dręczył brata i ten w końcu zgodził się, ten jeden raz, by mały Sasuke mógł mu kibicować podczas walki, jeśli tylko jego przeciwnik się zgodzi. Treningowej, oczywiście, ale i tak wszystkie włosy się na głowie jeżyły, bo miał pojedynkować się z Shisuiem.

Był prawie pewien, że Itachi wygra, oczywiście. Prawie, bo jednak cały klan mówił o szybkości kuzyna, o pięknie jego techniki i potędze Sharingana.

Cóż, jego brat był za to geniuszem. Sasuke wiedział to od zawsze, ale nie do końca pojmował, co oznaczało w praktyce. Miał więc cichą nadzieję, że dzisiejsze widowisko trochę mu sprawę przybliży.

Gdy zobaczył, że Itachi wychodzi, wyskoczył za nim, jakby goniło go stado ciotek. Shisui stał już na werandzie w pozie rzadko spotykanej u Uchihów, jedną rękę opierając na biodrze.

– Co tu robisz, młody? – spytał przyjaznym tonem, którego Sasuke nie znosił. Chociaż tyle, że przy nim nie ukucnął.

– Kuzynie Shisui, kuzynie Shisui, czy mógłbym oglądać wasz dzisiejszy trening? Bardzo proszę – powiedział, wpatrując mu się w twarz szeroko otwartymi oczami.

Już lata temu zauważył, że przy dorosłych, którzy traktują cię jak dziecko, najwięcej zyskasz, zachowując się jak ono. Nawet jeśli twoja duma ucierpi po drodze troszeczkę.

Sasuke potrafił sam przed sobą przyznać, że i on nie wpisuje się najlepiej w kanony zachowań przyjętych przez Uchihów. Szczęściem był w takim wieku, że ludzie akceptowali drobne uchybienia.

Dzieciństwo wydawało mu się wtedy największym błogosławieństwem.

Shisui zaśmiał się i potrząsnął lekko głową.

– Nie ma sprawy.

– Czyli mogę? – dopytywał się czujnie.

– Tak! – Zerknął rozbawionym wzrokiem na kuzyna i Sasuke też spojrzał w tamtą stronę, ale Itachi tylko wpatrywał się w nich z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Pewnie wcale nie był zadowolony, choć przecież Sasuke nie zamierzał przeszkadzać.

– Chodź. – Shisui i Itachi ruszyli w stronę lasu, dosyć wolno, by był w stanie za nimi nadążyć, ale i tak na jeden ich krok, on musiał stawiać dwa i po dwudziestu minutach takiego marszu odrobinę brakło mu oddechu.

Słońce przedzierające się przez gałęzie grzało mu plecy, zakryte bluzą, ale nie chciał jej zdejmować, bo w cieniu, blisko ziemi, gdzie ze swoim wzrostem zawsze się znajdował, było całkiem zimno.

Potknął się o wystający korzeń i sapnął.

– Dokąd idziemy?

– Jeszcze trochę, Sasuke.

Shisui posłał im przez ramię cokolwiek rozbawione spojrzenie.

– Ale naprawdę? – Miał prawo by pytać, bo szli już tak całą wieczność.

– Z całą pewnością. – Westchnął Itachi. – Chcesz wejść mi na barana?

– Nie… – Ale oczy zabłysły mu na samą myśl i musiał się bardzo schylać, by brat tego nie zauważył.

Kolejne westchnięcie i już unosił się w górę, w górę, aż znalazł się na barkach starszego brata.

– Uważaj na gałęzie – mruknął Itachi i ruszył.

Plask. Wielki liść przejechał Sasuke po policzku, zostawiając mokry ślad.

– Fu – skomentował dobitnie, przejeżdżając po wilgotnej powierzchni wierzchem dłoni.

– Sasuke… – stwierdził Itachi z konsternacją. – Nie odgarnę wszystkich gałęzi.

– Zrobiłeś to specjalnie!

Itachi niczego nie odpowiedział, ale w kąciku jego ust błąkał się cień uśmiechu.

– Co mogę na to poradzić? – zapytał i tak, jego ton był zdecydowanie (jak na Itachiego) rozbawiony.

– Jak dla mnie możesz je spalić, blee…

– Hej, przynajmniej nie żyją w nich wielkie, włochate pająki – stwierdził Shisui.

– Nie boję się pająków!

– Ech, a ja tak! Przynajmniej tych z Kraju Bawełny. Mówię ci. Są taakie wielkie. Prawda, Itachi? – Szturchnął go łokciem.

– Hm.

– Ej, to nie jest odpowiedź! No. – Przystanął i oparł się ręką o biodro. – Jesteśmy na miejscu.

Sasuke rozejrzał się i odkrył, że stoją na wielkiej polanie.

– To byliśmy tak blisko? – zdziwił się. – To po co mnie wziąłeś na barana?

– Hm – mruknął Itachi.

– Nie zauważyłeś? – spytał Shisui, gdy brat zdejmował go sobie z pleców.

– Ale czego?

– Chodź, Sasuke – powiedział Itachi. – Stąd będziesz dobrze widział. – Zdjął bluzę i położył ją na zwalonym drzewie. Sasuke zastanowił się, czy to odpowiednie, by siadać na rewersie wyszytego na niej herbu klanu. – Będzie ci wygodniej – dodał, więc Sasuke usadowił się posłusznie. – Spokojnie, nie podrze się – uśmiechnął się lekko. Może geniusz Itachiego polegał na jego zdolności do czytania w myślach? – Przesiądź się na trawę, jeśli tak będzie ci wygodniej, ale bluzę sobie podłóż.

– Hej, dam radę!

Itachi położył mu rękę na głowie.

– Jeśli przegram, nie martw się za bardzo.

Sasuke miał tylko czas, by spojrzeć na niego ze zdziwieniem, nim zniknął i pojawił się naprzeciw Shisuiego, kilka metrów dalej.

Wkrótce pożałował, że musi mrugać. Walka zaczęła się jak taniec, drobnymi piruetami, zabawą w czyste uderzenia, uniki, pokaz najwspanialszego taijutsu. Później porzucili ziemię, pięści i kopniaki. Itachi skakał i Shisui odpowiadał na to własnym skokiem. Odbijali się od gałęzi, gonili między koronami, szybowali w powietrzu. A każde minięcie kończyło się tornadem broni. Kunaie i shurikeny śmigały wokół, odbijając się od siebie z metalicznym zgrzytem, nigdy jednak nawet nie zbliżając się w okolice siedzącego na trawie Sasuke, który jak otworzył usta, tak zapomniał je zamknąć.

I znienacka jak ruszyli, zastygli, obaj na gałęziach, skryci częściowo między cieniami. Bez słowa zeskoczyli na ziemię, wpatrując się w coś, czego on sam nie mógł jeszcze dostrzec.

Sasuke zmarszczył brwi, niczego nie rozumiejąc. I chociaż o tyle dobrze, że w porę się zorientował, że siedzi z rozdziawioną nieelegancko buzią, bo zza drzew wychynął jeden z członków starszyzny, ojciec Shisuiego.

– Co wy wyprawiacie? – Jego niski głos zadudnił w lesie.

– Trenujemy, ojcze – odparł Shisui z twarzą pozbawioną emocji.

– Nie rób ze mnie idioty, synu. – Sasuke wytrzeszczył oczy, słysząc te niemal dobrotliwie wypowiedziane słowa. – Dlaczego nie używacie Sharinganów? Czyżby popisywanie się przed młodszym bratem było dla ciebie ważniejsze od uczciwej walki, Itachi?

– Ojcze! – Niemal wysyczał Shisui. Tym razem Sasuke otworzył usta. W jego świecie nie mieściło się mówienie do własnego ojca takim tonem. – Czy przeszedłeś tu, by obrażać następną głowę rodu?

– Shisui… – powiedział cicho Itachi, ale Shisui jeszcze nie skończył.

– To ja, jeśli musisz wiedzieć, ojcze… – Jeśli musisz wiedzieć! – Poprosiłem o walkę bez użycia Sharingana.

– Dlaczego, synu, skoro musisz go trenować?

– Znasz moje powody.

– Czy głupie sentymenty mogą uniemożliwić karierę największemu geniuszowi naszej rodziny?

Sasuke miał ochotę nad tym podyskutować, ale tata Shisuia go przerażał. A poza tym Itachi posłał mu zza jego pleców spojrzenie, którego nie dało się zinterpretować inaczej, jako ostrzegawczego. Jakim cudem on zawsze wiedział?

Shisui zareagował za niego.

– Nie jestem największym geniuszem tej rodziny. Itachi nim jest.

Itachi wyglądał przez chwilę tak, jakby żałował, że Shisuiemu też nie posłał jednego ze swoich znaczących spojrzeń. Jego ojciec, doprawdy nie da się tego inaczej nazwać, prychnął.

– Użyj więc na nim swojego Sharingana, Shisui, a zobaczymy.

Itachi położył kuzynowi rękę na ramieniu. W skąpym języku ciała, jakim dysponował, znaczyło to błaganie. Shisui je zignorował.

– Sharingan, ten pełnoprawny, u niego potężniejszy jest niż u mnie – ciągnął uparcie, z wrażenia wpadając w patetyczne tony, zarezerwowany zwykle dla nudnych mów okolicznościowych, których nawet nie musiał wygłaszać.

Sasuke ćwiczył się w tym trochę, nawet jako młodszy syn i co nieco na ten temat wiedział. Itachi chyba pojął w końcu beznadziejność sytuacji albo szykował coś własnego, bo odsunął się bez słowa i czekał.

Sasuke miał nadzieję, że to drugie. Ciężka atmosfera była niemal dusząca.

– Co oznacza pełnoprawny w twoich ustach? Czy ty jeden z nas wszystkich nie osiągnąłeś pełnoprawnego Sharingana? Czy nie zasługuje na to miano najwyższa forma potęgi, którą opanowałeś?

– Nie opanowałem jej i nie chcę opanować.

– Z powodów, których nie mogę pojąć! Mógłbyś być wielki! Mógłbyś, mój synu, stać się panem iluzji w najczystszej postaci! Mógłbyś pokonać nas wszystkich!

– Może zabić? – zapytał nagle i Sasuke aż ciarki przeszły po plecach.

Jego ojciec jednak tylko popukał się po brodzie.

– Z twoją potęgą?

– Mam tego dosyć! – warknął i ruszył w stronę lasu.

Ojciec ani nie zatrzymał go, ani nie przywołał do porządku. Co więcej, powiedział do nich:

– Idźcie za nim, niedługo się uspokoi. – I odszedł, jakby nic zupełnie się nie stało.

Bracia chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Będziesz mi musiał znowu wskoczyć na barana, jeśli chcemy go dogonić.

Sasuke bez słowa otrzepał bluzę i podał mu ją. Itachi szybko obwiązał sobie materiał wokół pasa. Jednym, płynnym ruchem podniósł brata i usadowił go na swoich barkach.

Shisui nie był wcale bardzo daleko albo to tylko Sasuke się tak wydawało, bo pędzili z prędkością dotąd dla niego niedostępną. I tym razem żaden liść nawet go nie musnął. Wiedziałem!

Chwilę biegli w ciszy i Sasuke już niemal pogodził się z tym, że nigdy się nie dowie, o co w tym wszystkim chodzi, gdy, już zbliżając się do domu, Itachi nie zapytał:

– Dlaczego nie używasz swojego Mangekyō Sharingana?

Powiedział to tak cicho, że Sasuke nie sądził, by Shisui w ogóle mógł to dosłyszeć. Ponownie się zdziwił, gdy ten odpowiedział:

– Nie ma takiej potrzeby.

– Hm? – Itachi tak rzadko pytał, ale Sasuke zawsze, jak i tym razem, miał mu ochotę za to przyklasnąć. Niech no jeszcze ktoś mu wyjaśni, czym właściwie jest Mangekyō Sharingan i będzie cały szczęśliwy.

– Już go opanowałem. – Odwrócił się lekko, tak że mogli spojrzeć mu w twarz.

Sasuke natychmiast wbił wzrok w jego oczy. Czuł, że nie umiałby oderwać się od nich nawet, gdyby chciał. Ledwo widział je z tej odległości, ale dostrzegał, że w czerwieni wiruje wściekle coś czarnego. I nagle, ni stąd, ni zowąd, Shisui rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pojawiło się stado kruków, które zatrzepotały chwilę w powietrzu i usadowiły się na kilku gałęziach. Cały las zadrgał. Powoli, powoli, a potem coraz szybciej wszystkie liście na drzewach zabarwiły się na fioletowo, gałęzie przybrały kolor czerwieni, a ziemia stała się zupełnie żółta.

– Co się dzieje?! – krzyknął, nie mogąc powstrzymać zdumienia.

Itachi zatrzymał się. Sasuke pochylił się i zobaczył, że jego oczy zalśniły na czerwono. Sharingan!

– Co się dzieje? – szepnął, choć sam nie do końca wiedział, dlaczego nagle odczuwa potrzebę, by mówić tak cicho. To nie tak, że Shisuiemu coś się stało albo że szykuje się, by zrobić im krzywdę.

– Trzyma nas w genjutsu – odparł spokojnie jego brat.

– Nas? Ale to przecież…

– Niemożliwe? Z Mangekyō Sharinganem wszystko jest możliwe.

– Hej! Nie przesadzajmy. – Doszło do nich z góry.

Sasuke zadarł głowę i zobaczył nad sobą Shisuiego. Jeden z kruków podleciał i usiadł mu na ramieniu.

– To tylko parę sztuczek – powiedział i szalone kolory zaczęły spływać powoli z otaczającego świata, jakby wsiąkając w ziemię. Gdzieniegdzie pozostały tylko kałuże koloru i przestrzeń wokół Shisuiego dalej mieniła się fioletem oraz czerwienią, dzięki czemu Sasuke wiedział, że w rzeczywistości dalej są uwięzieni.

– Czym jest Mangekyō Sharingan? I jak się go zdobywa? – zapytał z ekscytacją, z niemal nabożną czcią wpatrując się teraz w kuzyna, który znienacka urósł do rangi potęgi.

– To nic miłego, młody – powiedział Shisui i brzmiał tak, że Sasuke nawet nazwanie go „młodym" puścił natychmiast w niepamięć.

– Ale jak? – zapytał ciszej, licząc na to, że Itachi mu odpowie. Bał się, że jeśli teraz nie naciśnie, nie otrzyma odpowiedzi przez najbliższe dwadzieścia lat, a do tego czasu ciekawość z pewnością go zadusi.

– Trzeba zabić kogoś, kogo kochasz – powiedział Shisui i ruszył, nim Sasuke zdążył zrobić cokolwiek.

– To chyba nieprawda… – powiedział z odcieniem rozpaczy.

– Nie wszystko jeszcze o Mangekyō Sharinganie wiadomo – odparł Itachi i zacisnął mocniej ręce na jego nogach. – Czasami wystarczy oglądanie śmierci ukochanej osoby…

Wtedy Sasuke uspokoił się trochę. A więc Shisui nie zabił nikogo, kogo kochał!

Natomiast tego Sasuke, który stał w obcym mieszkaniu i niemal groził przed momentem dwóm w pełni wyszkolonym shinobim, oblał zimny pot. Nogi zadrżały pod jakby były ze słodkiej galarety, opadł więc na fotel i tak zamarł. To jedno wspomnienie sparaliżowało go, jak nic nigdy w jego dotychczasowym życiu.

Śmierć rodziny miała dotrzeć do niego nocą, gdy sam będzie leżał wśród obco pachnącej pościeli. Na cmentarzu, podczas samotnych posiłków i gdy przez pustą dzielnicę będzie wracał do domu.

Teraz jednak zrozumiał, że jedynym człowiekiem, który mógł wymordować klan Uchiha, był Shisui.