Nareszcie mam przyjemność przedstawić trzeci rozdział. Wybaczcie, że trzeba było czekać na niego tak długo. Stało się tak między innymi dlatego, że fragment o Sasuke zamienił się w serię kratek. Dziękuję za komentarze. Podgrzały mnie do walki. A więc alfabetycznie.
Joreth, zmiany będą tylko narastać. Mam nadzieję, że mimo to tekst będzie się trzymał kupy i Ci się spodoba.
Mizerykordio, dziękuję, że dalej siedzisz przy tej historii. Postarałam się o to, by Neji się pojawił.
Po wyjściu dzieci, ojciec Tenten ruszył do swojego magazynu. Jego córka nie miała zbyt wielu znajomych. Gdy jakaś nowa osoba pojawiała się w ich domu, zawsze schodził tu, by skompletować dla niej zestaw. Podobno każdy wieczny genin miał w sobie coś ze zidiociałego marzyciela. On marzył o tym, by nowe pokolenie shinobi nie wymarło z powodu źle sprofilowanej broni.
Poważnie, ta tandeta z importu! Pomyślałby kto, że handlowanie czymś takim to nowa taktyka wroga.
Magazyn był wspaniały. Może nie największy i z najszerszym asortymentem tutaj, w Kraju Ognia, ale za to z pełną gwarancją jakości. Ojciec Tenten umiał nie tylko trafnie ocenić broń, ale też był całkiem niezły w produkowaniu jej, czym mogło pochwalić się niewielu z jego branży. Geninom, gdy nie wykazywali szczególnych zdolności, pozwalano w końcu przejść na nieoficjalną emeryturę i mogli starać się o możliwość podróżowania. Po zapukaniu do wielu drzwi i wypełnieniu niejednego druczku, wyruszył i swojego fachu uczył się u mistrzów, w kraju, z którego pochodzili jego przodkowie.
Zbudował też z pomocą paru starych kolegów, którzy teraz szybowali gdzieś w hierarchii, ten oto podziemny magazyn, z korytarzem, który poprowadzili pod podłogą zaplecza w sklepie, żeby mu się żadne tałatajstwo zdegenerowanych shinobi nie włamywało, by brać, co nie do nich należy, za darmo. Ale przepuszczalność dźwięków była kiepska.
– Mamo! Tato! – Odwrócił się w sam raz, by zobaczyć, jak do środka wpadają zarówno jego córka, jak i nowy kolega, którego ta miała odprowadzić do domu. W pierwszej ćwierci sekundy zirytował się i to nie na żarty, bo mówił jej tysiące razy, żeby byle kogo przez bariery ochronne nie przepuszczała, ale była zadyszana, a chłopcu łzy płynęły ciurkiem zarówno z nosa jak i z oczu. Wytarł je, cały czerwony, ręką i przystanął tuż przy drzwiach, nerwowo marszcząc brwi.
– Co się dzieje?! – warknął, natychmiast przestawiając się na pełną gotowość do obrony. – Zamknęłaś drzwi prowadzące do korytarza?
– Wzięli go! – jęknęło jego dziecko, unosząc ręce do góry.
– Wzięli? Tenten, kto i kogo wziął?
– Takiego chłopaka, Uchihę, przy akademii! Syna głowy rodu.
– Tego geniusza?
Zdziwiła się, że tata wie coś takiego. A więc tamten jednak mówił prawdę.
– Nie, tego młodszego. Wyglądali na ANBU, ale równie dobrze mogli być przebrani. Nie pokazali żadnego listu uwierzytelniającego ani nic, a jedna pani zdjęła nawet maskę. A potem mówili nam, że mamy iść do domu. Kilka razy.
Szczerze wątpił, by wrogowie Konohy byli tak bezczelni, by przebrać się za jej jednostki specjalne i porywać ludzi w biały dzień, w środku wioski, a także, by którykolwiek pokazywał swoje pełnomocnictwa bandzie dzieci, a choć historia ze zdejmowaniem maski rzeczywiście brzmiała osobliwie, mogło istnieć wiele powodów, by tak postąpić.
– Czy wydawało się, że ten Uchiha znał tę kobietę?
– Nie.
– I kiedy go zabierali, nie było z nimi żadnego pełnoletniego Uchihy?
Zaprzeczyła energicznie głową. Decydował się szybko.
– Chodźcie, musimy to zgłosić.
– Komu?
– Policji Konohy, oczywiście. Nawet ANBU nie ma prawa zabierać nieletniego wprost z ulicy, bez uprzedniego powiadomienia rodziców. Nieważne, czy dzieciak uczy się już w akademii. Nie, kiedy ja tu jestem, w każdym razie!
Wiedział, że formalnie to zasady były takie, że ANBU nie obowiązywały zasady, ale policja Konohy to siła, z którą nawet oni musieli się liczyć. A on nigdy zamaskowanych nie lubił. Porwań dzieci tym bardziej. Jeśli się okaże, że cały szum był o nic, trudno. Wieczny genin nie mógł się ośmieszyć bardziej, niż samym swoim istnieniem. W praktyce był teraz cywilem, porządnym obywatelem, zgłaszającym coś, co wzbudziło jego niepokój. I dzieciaki będą miały przy tym trochę frajdy. Bo jak tak nad tym pomyśleć, to nigdy dotąd nie nadarzyła się okazja, żeby zabrać córkę na komisariat.
Otworzył drzwi i poprowadził ich z powrotem przez półmrok podziemnego korytarza. Po niecałych dziesięciu minutach już wygrzebywali się spod ziemi wprost do zagraconego magazynu w kształcie kostki.
– Witajcie na powierzchni – odparł triumfalnie, ale spostrzegł, że mówi do próżni. Dzieciaki już znikały za drzwiami.
– Pospiesz się, tato! Chodzi o ludzkie życie! – doszło go jeszcze i westchnął, zatrzasnąwszy klapę.
Jej krawędzie zadrgały lekko w lewo, trochę w prawo i nagle jakby stopiła się z resztą podłogi. Była gdzieniegdzie widoczna, pod pewnymi kątami, ale tylko dla tego, kto wiedział, czego dokładnie należy szukać.
Na ulicy było... pusto. To pierwsze, co przyszło mu do głowy. I cicho, dziwacznie cicho, jakby ptaki nagle postanowiły przestać ćwierkać. Jasne, było późno.
Ale dlaczego zaczynał się czuć, jakby znajdował się w jednej z pomniejszych wiosek Kraju Wiatru po drugim ostrzeżeniu o burzy piaskowej? Gdzieniegdzie jeszcze szlajali się maruderzy, ale...
– Uff, tu jesteście!
– Mamo!
Nie była zadyszana, ale potrafił dostrzec, że niewiele czasu zajęło jej dotarcie tu. Przez moment wydawało mu się, że dostrzegł jakiś błysk kątem oka. Czy to był ANBU? Zmarszczka pomiędzy jej brwiami pogłębiła się lekko i zmierzyła ich wzrokiem.
– Cała trójka... – Popędziła ich ręką w stronę drzwi. – Dokądkolwiek się wybieraliście, nic z tego. Zaraz wam wszystko wyjaśnię, ale teraz szybko, z powrotem do środka.
Wszyscy w pomieszczeniu widzieli, jak Sasuke zamarł.
– Co się stało? Coś sobie przypomniałeś? – zapytała ostro Nohara.
– Tak – odparł wolno Sasuke. – Chyba wiem kto to zrobił, choć to nie powinno być możliwe.
– Na fajkę hokage! Kto to? – spytał Inoichi.
– Myślę, że to Shisui. Zdobył Mangekyō Sharingana.
– Czym jest Mangekyō Sharingan? – zapytała Nohara.
– To, z tego, co zrozumiałem, kolejny po trzech tomoe poziom ewolucji Sharingana. Dzięki niemu można stworzyć genjutsu, przeciwko któremu nie potrafi się obronić nawet ktoś z Sharinganem.
– Skąd to wiesz?
– Od mojego brata. Widziałem, jak Shisui z niego korzysta. Mój brat też został wtedy złapany w genjutsu. Później powiedzieli mi, że żeby go obudzić, trzeba zabić kogoś, kogo się kocha lub zobaczyć jego śmierć.
– Paskudne – odparła Tōka z niechęcią.
Sasuke wzruszył ramionami.
– Ludzie mówią, że nie żyje, ale nie znaleziono ciała. Tylko on byłby w stanie złapać Sharingan w genjutsu. Poza tym jest silny i szybki, jeśli chodzi o zdolności najprawdopodobniej drugi po Itachim, moim bracie. Zasługuje na to, by nazywać go „geniuszem". To mógł być on. Nikt inny nie przychodzi mi do głowy.
– Chociaż myślę, że napastników może być więcej, to jednak nie wyklucza Shisuiego, zresztą mogę się mylić. Ktoś szybki byłby w stanie po umieszczeniu wszystkich w genjutsu... – pomyślał o tym głębiej i postanowił nie kończyć tej myśli. – Dziękujemy za informację, Sasuke. Być może jednoosobowo znalazłeś rozwiązanie. Przekażemy ją komu trzeba.
– Kto będzie prowadził sprawę? Teraz... gdy policja jest tak... osłabiona? – mimo okoliczności znalazł w sobie trochę dumy, słysząc, że głos mu nie zadrżał. – I w dodatku osobiście zaangażowana?
– Prawdopodobnie ANBU, ale ponieważ tego nie wiemy, przekażemy tę informację hokage. Dobrze – klepnął dłońmi uda. – Myślę, że na dzisiaj wystarczy.
Hayate odkleił plecy od ściany.
– Sasuke, proponuję, żebyś dzisiaj został na noc tutaj. Ktokolwiek to zrobił, prawdopodobnie zdążył już opuścić wioskę. Ale nie możesz jeszcze wrócić do domu.
– Jasne, rozumiem. To w końcu miejsce zbrodni – stwierdził gorzko i wzruszył ramionami, patrząc na swoje kolana.
– W takim razie załatwione – odparł Hayate spokojnie, nie zważając na jego ton.
– Co się dzieje? – spytała Tenten.
– Miał miejsce atak. – Przeszła od razu do rzeczy. – Celem był klan Uchiha.
– Kto odważył się zaatakować najpotężniejszy klan w wiosce?
– A to nie Hyūga są najsilniejsi? – spytał Lee.
Tenten prychnęła.
– Chcieliby. To kto to zrobił?
– Niestety nie wiem nic poza tym.
– Kto ci to powiedział?
– Iruka. Ale nie wiem, skąd miał takie informacje.
Lee wciągnął głośno powietrze.
– Mieszkamy blisko. Muszę wracać i sprawdzić, czy nic się nie stało.
– Odprowadzę cię. Napastnicy prawdopodobnie opuścili już teren wioski, ale przezorny zawsze ubezpieczony.
– Idę z wami.
– Nie.
– Daj spokój, mamo. Jeśli ktoś nas zaatakuje, moja broń się przyda. Muszę walczyć, mam być w końcu shinobi.
– „Mam" to w tym wypadku słowo kluczowe. Ale niech będzie. O, i nie licz za bardzo na walkę, raczej nic się nie stanie. Wokół kręci się mnóstwo ANBU. Ktoś, kto by się ujawnił, byłby prawdziwym głupcem.
–Też idę – stwierdził ojciec Tenten. – No, co. Przecież nie będę gorszy.
– To jak, Rock, mieszkasz z rodziną? – spytała matka, gdy zamknęła drzwi i ruszyli.
Tenten przewróciła oczami. Jej mama najzwyczajniej w świecie nie umiała trzymać swojej ciekawości na wodzy.
– Z babcią. Moi rodzice nie żyją.
Tenten spojrzała na niego ze zdziwieniem. Czyli jednak nie miał za rodziców pary sadystów.
– Wrodzy shinobi?
Ona tak na poważnie?, Tenten spojrzała na nią w szoku. Niby niedoinformowany shinobi to martwy shinobi, ale bez przesady.
– Moi rodzice byli cywilami. Zginęli podczas ataku Kyūbiego.
– Przykro mi.
– Miałem wtedy rok. Nie pamiętam ich, a babcia jest wspaniała. Mogło być gorzej.
– Dlaczego postanowiłeś zostać shinobi?
– Żeby móc bronić cywilów takich jak moi rodzice.
– Szlachetny cel. Godny hokage. Niestety większość misji odbywa się poza wioską.
– Chcę mieć siłę, by ich bronić, ale nie przeszkadza mi, jeśli będę walczyć poza granicami Konohy. W ten sposób pomogę jej zdobyć wyższą pozycję, co być może zmniejszy ryzyko ataku. Taką mam nadzieję.
– Brzmi całkiem sensownie. Chyba, że staniemy się zbyt silni. Wtedy inne wioski sprzymierzą się w obawie przed nami i zaatakują razem, a tego byśmy nie chcieli, nieważne, jak silni byśmy się stali.
– Cóż, do hokage należy odpowiednie zaprezentowanie naszej siły.
– Racja. A nasz świetnie radzi sobie z polityką.
Przez chwilę szli w milczeniu.
– Rock, jak ci poszły pieczęcie?
– Ledwo, ale się udało. Nigdy nie mogę jakoś wbić sobie do głowy „konia".
– Też mam z nim problem.
– Tak, widziałem.
O rany, czyżby jej zawsze grzeczny kolega był zdolny do złośliwości? Kto by pomyślał.
– Jak myślisz, jaką karę szykuje dla nas Iruka-sensei?
– Pewnie będziemy siedzieć po godzinach i odrabiać lekcje.
– Albo przepisywać sto razy jakieś zdanie. Coś jak „nie będę rzucać kunaiami w kolegów z klasy".
– A w koleżanki?
– I w koleżanki.
– Albo „nie będę pozował jako cel dla koleżanek".
Zaśmiali się.
– Podejrzewam, że będziecie raczej robić coś pożytecznego. W moich czasach było to zwykle sprzątanie.
– Twoja mama wie, co mówi. Była chyba jedną z najczęściej karanych uczennic. I uczniów w ogóle. A i tak łapali ją raz na dziesięć.
– Chyba piętnaście!
– Nie przesadzajmy.
– Nie przesadzam.
– Nawet ty nie byłabyś w stanie uciec tyle razy przed Shinchi-sensei.
– Może tak, może nie – wzruszyła ramionami.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział nagle Rock Lee. – Dziękuję za odprowadzenie. Do widzenia!
Pomachał do nich i pobiegł. Gdy zniknął za drzwiami, Tenten spytała:
– I jak, co o nim sądzicie?
– Miły dzieciak. Może będzie w twojej drużynie?
– Może... – odparła z powątpiewaniem. Jeśli Lee nie nauczy się używać czakry, nigdy nie zostanie shinobim.
Gdy Inoichi i jego żona wyszli, Hayate spytał:
– Macie ochotę na coś do picia?
– Wodę poproszę – odparła Yūgao.
– Czy ma pan zieloną herbatę?
– Tak.
– To poproszę.
Po wypiciu rozłożył kanapę. Poszedł do sypialni i z jednej z szuflad wyjął koszulę oraz spodnie. Z innej wyjął koszulę, której często używała Yūgao, gdy u niego nocowała.
– Niestety nie mam nic w twoim rozmiarze, Sasuke. Mam nadzieję, że to nie będzie bardzo uciążliwe.
Sasuke zmierzył wzrokiem złożone w kostkę ubranie w zupełnie nieuchihowskim błękicie.
– Dziękuję – powiedział i poszedł do łazienki się przebrać.
Gdy wrócił, Hayate powiedział:
– Będziesz spał w łóżku. Sypialnia jest po lewej. – Wskazał ręką.
– Dobranoc.
– Dobranoc.
Gdy wyszedł, Yūgao spytała:
– Jak długo będziesz go tu trzymał?
– Jak długo to będzie konieczne.
– Dlaczego powiedziałaś mu, ilu ludzi znaleziono? – Inoichi spytał swoją żonę.
– Bo chciał to wiedzieć. To przecież proste.
– Nie musiałaś mu mówić.
– Nie. Ale mogłam, więc to zrobiłam.
– Jak na inteligentną kobietę jesteś zbyt uprzedzona.
– Uprzedzona? – Uniosła brwi.
– Nie sądziłem, że niechęć do rodu Uchiha wpłynie na twój osąd. Inaczej nie wziąłbym cię ze sobą.
– Wziąłbyś – odparła pewnie. – Dobrze sprawdzam się w podobnych sytuacjach. A niechęć? Jest chyba zrozumiała. W końcu to Sharingan pomógł zabić moją siostrę.
– Wiesz dobrze, że sama rzuciła się, by chronić wioskę.
– To jego słowa.
– Nie zabiłby jej. Była mu droga. Umiem rozpoznać takie rzeczy. Nie tylko Obito jest powodem, dla którego stoi dzień w dzień przed Pomnikiem Pamięci.
Żachnęła się.
– To nie zmieni faktu, że ją zabił.
– Nie chciał tego, kochanie. – Westchnął i zmienił temat. – Idziesz ze mną do hokage?
– Sam go powiadom. Muszę coś załatwić.
Zamierzała z kimś porozmawiać. Po tylu latach wiedziała dobrze, gdzie go znaleźć.
– Co wiesz o Mangekyō Sharinganie?
– Tobie też „dzień dobry", Tōko. – Oderwał wzrok od pomnika i obrócił lekko głowę, by jedynym odsłoniętym okiem spojrzeć na świeżo przybyłą. – Dlaczego pytasz?
– Uchiha zostali wymordowani. Ale to już pewnie wiesz. Dlaczego nie pomagasz przy ciałach?
– Nie jestem sensorem. I posłano tam wystarczającą liczbę ludzi do noszenia ciał.
– Chłodny jak zwykle.
– Co to miało znaczyć?
– Luźna obserwacja.
– Mangekyō Sharingan to potężna broń, najpewniej ostateczny etap ewolucji tego dōjutsu. Niestety nie wiem nic więcej.
– To tyle, co nic. Jego zdolności? Zasięg?
Kakashi wzruszył ramionami.
– Syn Fugaku twierdzi, że jest w stanie rzucać genjutsu, jakiemu niezdolny jest się oprzeć nawet Sharingan.
– Nic o tym nie wiem.
– I że zdobywa się go, widząc śmierć bliskiej osoby lub ją zadając.
Obserwowała uważnie jego twarz, ale jej słowa nie wywołały żadnej widocznej reakcji.
Była przekonana, że nie mówił jej wszystkiego. Zabił Rin. Nawet ona nie wierzyła, by znaczyła dla niego tak mało, by nie obudził Mangekyō Sharingana.
I nie byłby sobą, gdyby nie zbadał jego możliwości.
Pozostało jej wierzyć, że tego, czego nie powiedział jej, nie ukrywał przed hokage. Był wiernym shinobi Wioski Liścia. Pogodziła się z tym, że niczego od niego nie wyciągnie. Postanowiła odejść. Nim jednak zdążyła, Kakashi zapytał:
– Jak on się czuje?
– Sasuke? Poruszony. Ledwo to znosi. Ale jakoś to przetrwa. Zatrzymał się w domu Hayate.
– Nie zamierzam go odwiedzać.
– Szkoda. W końcu jego kuzyn podarował ci oko.
– To raczej nie ma z tym wiele wspólnego.
– Masz dług wdzięczności.
– Pójdę tam i będę go chronić przed możliwym atakiem. Z daleka.
– Słusznie. Właściwie dlaczego jeszcze tam nie jesteś?
– ANBU już go pilnują. Obronią go na tyle długo, by zdołał uciec.
– Może.
– Przynajmniej za część z nich ręczę osobiście.
– Mangekyō Sharingan.
– Przykro mi, ale ci nie pomogę.
– Bo nie możesz, czy nie chcesz?
Wzruszył ramionami, ale przynajmniej nie wyciągnął tej swojej książki. Postanowiła odejść. Ale był to taktyczny odwrót, a nie poddanie się.
Nie wiedział, co go obudziło. Być może czujność właściwa shinobiemu. Zszedł na dół.
– Co się dzieje, czcigodny wuju? – spytał, widząc jak Hiashi idzie do wyjścia.
– Uchiha zostali wymordowani – odpowiedział z właściwą rodowi Hyūga zwięzłością. – Idę pomóc w szukaniu ciał. Inni już tam są, ale proszą o pomoc, bo zwłok jest dużo. Ale ciała są świeże. Ślad czakry powinien jeszcze się utrzymywać.
– Może pomogę?
– Skoro i tak nie śpisz.
– Pójdzie szybciej.
– Tak. Twój Byakugan nie ma sobie równych.
Neji nawet się nie uśmiechnął.
Na miejscu przywitała ich członkini ANBU.
– Jak idą poszukiwania? – spytał Hiashi.
– Znaleźliśmy sześćdziesiąt pięć ciał i stanęliśmy.
– Neji, idź w lewo.
– Jeśli coś znajdziesz, zawołaj ANBU. Musimy zebrać dowody. Nie jesteśmy tak dobrzy jak Uchiha, ale mamy swoje doświadczenie.
Bez zbędnych słów ruszył we wskazaną stronę. Za szóstym domem zauważył niewielkie źródło czakry. Nie dziwił się, że nikt go nie zauważył. Było ledwo widoczne nawet dla jego oczu. Przeszedł do ogrodu. Za jabłonią znalazł ciało czteroletniego dziecka. Widział już zwłoki. Hyūga uczestniczyli w niektórych sekcjach shinobi, by pomóc w odkryciu ich sekretów. Wuj wziął go kilkakrotnie ze sobą. Nigdy jednak nie widział zwłok dziecka. Nie wzdrygnął się. Nie rozpłakał. To nie było w jego stylu. Ale był poruszony na swój własny, cichy sposób.
Odszukał najbliżej stojącego ANBU.
– Znalazłem zwłoki.
– Prowadź.
Tej nocy miał odnaleźć jeszcze pięcioro dzieci.
– Dobra robota – powiedziała jedna z ANBU i położyła mu rękę na ramieniu w geście, który miał mu chyba dodać otuchy. Jakby nie umiał sam radzić sobie z obrazami, jakie zawsze już będą w jego głowie dzięki Byakuganowi i jakby coś takiego miało pomóc. Nie strzepnął jej tylko dzięki doskonałej kontroli i szacunkowi, jaki miał dla tej instytucji. – Znaleźliśmy już wszystkich z wyjątkiem trzech osób. Jedną z nich jest Sasuke Uchiha, który przeżył i jest teraz w bezpiecznym miejscu, dobrze chroniony, drugim Shisui, który zaginął kilka dni temu. Pozostaje trzeci.
– Nikogo nie widziałem – przyznał Neji niechętnie. Traktował to jako porażkę.
– To znaczy, że go tu nie ma – stwierdził Hiashi spokojnie.
Neji spojrzał na niego. Taka wiara w jego zdolności była mimo wszystko niezwykła. I jeszcze do tego wyrażona przy świadku.
– Rozumiem. W takim razie dziękujemy za pomoc i dobranoc. A właściwie miłego dnia.
Podczas poszukiwań granatowe niebo nad Konohą zdążyło pojaśnieć na wschodzie. Hiashi i Neji ruszyli do domu.
Sasuke leżał w łóżku i patrzył w sufit. Była już druga w nocy, a on dalej nie mógł zasnąć.
Zacisnął dłonie w pięści, a potem wolno rozprostował. Zsunął się cicho z łóżka, szybko ubrał, otworzył okno i wyskoczył. Ruszył w stronę terenów należących do klanu Uchiha. Po piętnastu minutach był na miejscu.
Jakimś cudem nie natknął się na niego żaden ANBU, może dlatego, że skorzystał z bocznego wejścia, znanego tylko członkom klanu. Wszedł do swojego domu. Starał się nie rozglądać, ale i tak nie mógł nie zauważyć plamy krwi w korytarzu. Przeszedł tuż pod ścianą, by ją ominąć, a następnie wbiegł po schodach, wchodząc na co drugi stopień.
Z szafy wyjął plecak. Wpakował do niego szczotkę do zębów i kilka ubrań. Ruszył bezszelestnie w stronę pokoju Itachiego. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Nigdy nie zdążyli tego naprawić.
Podszedł do szafy i wyjął z niej stare ubrania Itachiego z czasów, gdy był w wieku Sasuke. Zostawił je z powodów rzadkiego sentymentalizmu, częstego wśród innych shinobich. To był strój, w którym służył jako genin. Wtedy jeszcze na nim wisiał, ale kupił go sam za pieniądze z pierwszej misji i to w nim dokonał pierwszego na długiej liście zabójstwa. Dwie koszulki i tyle samo par spodni.
Sasuke pomyślał, że przyniesie mu szczęście. A przynajmniej doda otuchy. I pomoże uwierzyć, że Itachi przeżył. Był ciekaw, czy dalej nim pachnie. Miał nadzieję, że nie. To byłoby naprawdę niepokojące. I... dziwne. Po prostu dziwne.
Sasuke wciągnął granatową koszulkę z nadrukiem przedstawiającym wachlarz i białe spodnie. Pasowały idealnie.
Drugi zestaw schował do plecaka, zarzucił go na plecy i wyszedł. Na zewnątrz czekało już na niego towarzystwo.
– Ciekawe, ciekawe. Wygląda na to, panie Uchiha, że nie możemy się przestać dzisiaj na siebie natykać – odparła Yūgao z uśmiechem o pewnym odcieniu rozbawienia. – A teraz... Czy mogę wiedzieć, co tu robisz?
– Przyszedłem po parę rzeczy.
– Ktoś mógł cię zaatakować.
– Wokół jest mnóstwo ANBU.
– Hm. Nie wziąłeś chyba nic, co mogłoby stanowić dowód?
– Tylko ubrania i szczotkę do zębów.
– Nowy strój? Dobrze wyglądasz. – Sasuke nie zarumienił się, ale mało brakowało. Był to w końcu komplement od pięknej kobiety. – Chyba gdzieś go już widziałam, a przynajmniej coś podobnego.
– Należał do Itachiego.
– Wyglądasz w nim lepiej od niego. Podkreśla kolor twoich włosów.
Jaka... kobieca rzecz do powiedzenia. Sasuke postanowił zmienić temat.
– Gdzie jest pan...
– Hayate? Zdecydowaliśmy, że ja pójdę. W końcu mam już doświadczenie w znajdowaniu cię. Chcesz wracać do mieszkania czy jeszcze nie?
– Wolałbym nie.
– Nie możesz spać?
– Tak – przytaknął.
– Co powiesz na coś do jedzenia? Znam restaurację otwartą od trzeciej.
– Chętnie.
W rogu sali siedzieli dwaj mężczyźni. Poza tym było pusto. Kelnerka podeszła z kartami.
– Proszę czekać, zamówimy od razu. Na co masz ochotę?
– Poproszę zupę pomidorową.
– A ja sześć mant z mięsem.
Gdy odeszła, Sasuke powiedział:
– Dziwne, ale to dalej do mnie nie dotarło. Śmierć rodziców. Rzeź reszty rodziny. Mam nadzieję, że ktoś żyje.
– Ktoś powinien być na misji.
– Najprawdopodobniej. Właściwie zawsze przynajmniej jeden członek rodziny jest poza wioską. Czasami zostajemy ambasadorami w Kumogakure. Ale ciocia Chikara wróciła na parę dni do domu.
– Może ktoś czekał, aż wszyscy będą w Konosze? Mógł to wiedzieć tylko, gdyby miał dostęp do informacji o przydzielonych misjach w budynku hokage, policji i ANBU. To raczej niemożliwe. O ile w pokoju przydzielających misje na ścianie jest tablica z wszystkimi drużynami, które są zajęte i czym, ANBU nie umieszczają informacji tam, gdzie każdy może je zobaczyć.
– Policja też nie.
– Czyli wracamy do punktu wyjścia. – Westchnęła i odchyliła się na krześle. – Cóż, sami raczej i tak do niczego byśmy nie doszli. A oto i nasze jedzenie.
Postawiono przed nimi zamówienia. Po kilku minutach Sasuke powiedział:
– Pyszne. Tylko moja mama robi... robiła... lepsze.
Yūgao uśmiechnęła się z sympatią.
– Moje danie też jest wspaniałe. Chcesz spróbować?
– Może jednego?
Siedzieli chwilę w ciszy, jedząc. Potem zawołali kelnerkę, podziękowali, pochwalili obydwa dania, zapłacili i wyszli.
– Gotowy na powrót?
– Tak – odparł cicho.
– Nie będziesz w stanie zasnąć, co?
– Raczej nie.
– W takim razie co powiesz na mały pojedynek? Zobaczę, na czym polega sławna technika Uchihów.
Tym razem Sasuke się zarumienił.
– Nieźle – odpowiedziała, starając się, by kunai minął ją o włos. Nie chciała go zdołować. Chyba się jednak zorientował, bo zmarszczył brwi.
– Kiedy mówiłaś, że to załatwisz, myślałem, że zrobisz to szybko – Hayate wylądował obok niej na trawie na polu treningowym, z którego często korzystali ANBU.
– Wybacz.
– Nie pierwszy raz ubolewam nad faktem, że nie jestem sensorem. Witaj, Sasuke.
Młody Uchiha skinął głową w odpowiedzi i rzucił kolejny kunai.
– Hej, to oszukiwanie! – zaśmiała się Yūgao, unikając zranienia.
– Dobry shinobi wykorzystuje każdą okazję – odparł, uśmiechając się kącikiem ust. – Inaczej byłby głupcem.
– Kto tak powiedział?
– Mój ojciec – odpowiedział Sasuke cicho.
– Cóż. Nie powiem, że nie miał racji.
– Był potężnym człowiekiem z dużymi wpływami. Wielu ludzi chciałoby, żeby umarł. Jednak nie rozumiem, dlaczego musieli zabijać resztę. Jeśli on był celem, niczego tym nie ukryli.
– Może zależało im na tym, żeby cały klan Uchihów zniknął z tej ziemi – stwierdziła Yūgao z zastanowieniem. – Może to początek czegoś większego.
– Wojny?
– To możliwe.
– Dobra, dosyć tego. Niedługo będzie świtać. Najwyższy czas, żebyście oboje poszli spać.
– Powiedziałabym, że to dobry moment na śniadanie.
– Nie za wcześnie?
– Poza tym jedliśmy nie tak dawno temu.
– Jak mawiają członkowie rodu Akimichi, nigdy nie mów „nie" na propozycję posiłku.
– Wcale tak nie mówią.
– Skąd wiesz?
– Jestem z jednym z nich w klasie.
– Może nie, ale to mądra myśl.
Hayate i Sasuke wymienili się spojrzeniami i, jakby porozumieli się bez słów, skinęli głowami.
– Jacy rozmowni. Chodźmy.
– Dokąd?
– Do twojego mieszkania, oczywiście.
Neji obudził się po wybiciu dwunastej. Bezszelestnie zszedł na dół. Wypełnił misję w błękitne kwiaty truskawkami i wszedł do salonu, gdzie zobaczył Hinatę, siedzącą na kanapie. Spojrzała na niego, gdy wszedł.
– Kuzynie Neji, gdzie ty i czcigodny ojciec byliście dzisiaj rano? – spytała cicho.
– A więc się budziłaś. Myślałem, że byliśmy cisi.
– Tak, ale nie spałam. Obudziły mnie jakieś hałasy na dworze.
– Uchiha zostali zaatakowani. Pomogliśmy odnaleźć ciała. Udało się odszukać wszystkie z wyjątkiem trzech.
– Nie żyją?
– Tak, to miałem na myśli – odparł, powstrzymując się od niegodnego Hyūgi prychnięcia. Przecież to wynikało jasno z jego wypowiedzi. Hinata była nie tylko słaba, ale i beznadziejnie głupia.
Hyūga Neji, tak jak większość jego rodziny, nie byłby w stanie zrozumieć, że ktoś mówi coś, by po prostu podtrzymać konwersację. Oni uznawali jedynie praktyczny aspekt języka. Hinata pod wieloma względami różniła się od reszty rodu.
– To straszne! – odparła. – Dlaczego mnie nie obudziliście? Mogłam pomóc.
– Nie było takiej potrzeby. Kilku członków naszej rodziny było już na miejscu. Potrzebowali tylko pomocy w odnalezieniu tych, którzy mieli słabo rozwinięte czakroobiegi.
– To znaczy... – połączyła błyskawicznie fakty. – Och, kuzynie Neji, tak mi przykro.
– Niepotrzebnie. To tylko obowiązki.
– W takim razie cieszę się, że zdecydowaliście się nie brać mnie ze sobą.
Neji powstrzymał się przed stwierdzeniem, że z poziomem, jaki prezentował jej Byakugan, nie byłoby z niej wielkiego pożytku. Pewnie nie odróżniłaby dziecka od zwierzęcia.
– Czy dzisiaj pojedynkujesz się z kuzynką Hanabi, kuzynko Hinato?
– Tak – odparła cicho. – Kuzynie Neji... Czy zechciałbyś potrenować ze mną trochę przedtem?
Neji zdziwił się. Rzadko trenowali razem i próbowanie teraz wydawało się niepotrzebnym osłabianiem swoich szans.
– Nie stracisz w ten sposób zbyt dużo czakry?
– Myślę przyszłościowo. – Uśmiechnęła się. – Nawet jeśli teraz przegram, jesteś jednym z najsilniejszych członków naszego klanu. Jeśli mi pomożesz i zrobię, co w mojej mocy, by jak najlepiej wykorzystać tę szansę, powinnam zacząć z nią wygrywać. Tym razem się nie uda, ale może w przyszłości...
Neji patrzyłby na takie przyznanie się do słabości z niechęcią, gdyby nie było to stwierdzenie faktu. Nie mógł się nie zgodzić z jej logiką, a poza tym pochodziła z głównej linii rodu, więc powiedział:
– Dobrze, tylko zjem.
Trawa uginała się pod wpływem lekkiego wiatru, gdy wyszli na zewnątrz.
Powiedział:
– Przygotuj się. Byakugan! – I ruszył.
Odskoczyła, nim ją trafił.
– Byakugan!
Wykonał półobrót na pięcie i trafił ją w plecy. Sięgnęła w tył i zdołała zaatakować jego rękę. Dotknął innego punktu, niżej na jej plecach i przerwał kontakt, nim zdołała narobić więcej szkód. Po mniej niż kwadransie wszystko było skończone. Udało się jej wytrzymać dłużej niż ostatnim razem. Jako Neji, był niezadowolony, jako partner, który miał sprawić, by wygrała z siostrą, miał nadzieję na więcej.
– Na dzisiaj skończmy. Musisz odzyskać siły przed pojedynkiem.
Ukłoniła się tak, że włosy zasłoniły jej twarz.
– Dziękuję, kuzynie Neji.
Oddał ukłon.
– Proszę bardzo.
Następnego dnia po południu Tenten znalazła się przed drzwiami wejściowymi bloku, w którym mieszkała rodzina Lee. Zadzwoniła domofonem. Weszła po schodach i zapukała pięć razy. Drzwi otworzył jej Rock.
– O, hej! – powiedział, wyraźnie zaskoczony.
– Hej! – Uśmiechnęła się i pomachała.
– Zapraszam, wejdź. – Odwzajemnił uśmiech, przesunął się bliżej drzwi i machnął ręką do tyłu w zapraszającym geście. – Przepraszam za bałagan. Rzadko mamy gości.
Bałaganem okazała się szklanka w zlewie i zwiędłe kwiaty w wazonie na parapecie. Odsunął dla niej krzesło jak prawdziwy gentleman. Usiadła z wdzięcznościa.
– Masz ochotę na coś do picia?
Poprosiła o wodę, nie wiedząc ze zrozumiałych względów, że Gai-sensei zwykł nazywać ten napój najlepszym dla młodego ciała i aspirującego shinobi.
– Myślałam o wczorajszym dniu – zaczęła, gdy Lee postawił już na stole ciastka z dżemowym środkiem i dołączył do niej na drugim krześle.
– Tak?
– To straszne, co się stało – mruknęła nieszczęśliwie.
– To prawda – odparł równie grobowym tonem.
– Nie umiem sobie wyobrazić, przez co przechodzi teraz Sasuke. I gdybyśmy go nie spotkali, kto wie, czy nie zostałby kolejną ofiarą. Być może ocaliliśmy mu życie. To czyni z niego naszą odpowiedzialność.
– Słucham?
– Jest takie powiedzenie, że jeśli uratujesz komuś życie, jesteś za niego odpowiedzialny.
– Nigdy go nie słyszałem.
– Jest popularne w stronach, z których pochodzi moja rodzina.
– Kraj Wiatru?
– Zapamiętałeś! W każdym razie pomyślałam, że może moglibyśmy go jakoś wesprzeć.
– To fantastyczny pomysł! – Przytaknął tak entuzjastycznie, że Tenten miała wątpliwości, czy przypadkiem nie odpadnie mu głowa. – Przyznaję, że podobne pomysły chodziły mi po głowie.
– Nie wiem, gdzie jest teraz i jeszcze nie zdążyłam go poszukać.
– To zacznijmy. Nikt nie powinien być sam w takiej chwili.
– Nie sądzę, żeby był sam. Pewnie ktoś go pilnuje.
– To nie to samo, co przyjaciel.
– Przyszło mi do głowy, że może ktoś jeszcze przeżył i są teraz razem. W takim wypadku nasza interwencja byłaby co najmniej niepotrzebna.
– Nie dowiemy się, póki go nie znajdziemy. – Zjedli po ciastku i Lee poszedł, by pożegnać się z babcią. Gdy wrócił, ruszyli do wyjścia. – Masz pomysł, gdzie może być? – spytał, gdy wyszli.
– Raczej nie w domu.
– Dlaczego?
– To pewnie miejsce zbrodni. Ale może znajdziemy tam kogoś, kto będzie wiedział, gdzie go znaleźć. Pewnie kręcą się tam ANBU albo inni ludzie w tym stylu. Raczej nie zostawiliby takiego miejsca bez ochrony.
– Racja. Chodź, to w tamtą stronę.
– Dzień dobry – powiedziała Tenten grzecznie. ANBU, pierwszy, na jakiego trafili, skinął głową w pozdrowieniu. – Jesteśmy kolegami Sasuke z akademii. Zastanawiamy się, czy mógłby pan nam powiedzieć... – Miała nadzieję, że to mężczyzna. – Gdzie możemy go znaleźć?
ANBU chwilę milczał.
– Jest w domu Hayate Gekkō – stwierdził w końcu. Wyjął kawałek papieru i zapisał na nim adres szybkimi, zdecydowanymi pociągnięciami. – To przy głównej drodze.
– Dziękujemy – powiedział Lee. – Do widzenia.
– Do widzenia.
– To było zaskakująco łatwe – odparła Tenten, gdy byli już poza zasięgiem słuchu. – Pewnie nie wyglądamy na kogoś niebezpiecznego. Ale hej, pozory mylą! Ja się uważam za niebezpieczną.
– Pewnie, tylko nie aż tak, jak wczorajsi napastnicy.
– Racja. I chyba nie było ich dużo. Ktoś by coś zauważył.
– Może zauważył, ale go zabili albo jeszcze o tym nie wiemy. Może to zbagatelizował.
– Tak, tak mogło być.
– Tak, czyli jak.
– Wszystkie opcje są możliwe.
– Dzięki.
Tenten zastanowiła się, jak często ktoś przyznaje Lee rację.
– Jak myślisz, kim jest ten Hayate Gekkō?
– To pewnie jakiś kuzyn albo jōnin.
Chwilę szli w milczeniu.
– To ta ulica. – Wskazała tabliczkę. – Nie..., nie..., nie... O, to tutaj.
Spojrzała jeszcze raz na kartkę i wystukała numer na domofonie. Po chwili już byli przed drzwiami.
Lee trochę się stresował. Wytarł ręce o materiał spodni, nim otwarto drzwi.
Tenten też się niepokoiła. Nagle nie była pewna, czy przypadkiem nie narzucali się w nieodpowiedniej chwili. Ona pewnie chciałaby, by coś lub ktoś zajął jej myśli, ale może Sasuke był inny. Może było za wcześnie na odwiedziny kogoś, kogo ledwo znał. Ale zapukała i już było za późno na wycofanie się, poza tym przedstawili się i ich wpuścili.
Otworzył im mężczyzna o dość niezdrowym wyglądzie. Jeśli to miała być ochrona, nie była pod wrażeniem.
– Dzień dobry. Znajomi Sasuke? Wchodźcie, wchodźcie.
– Dzień dobry – odpowiedzieli, przeszedłszy przez próg.
Z jednego z pomieszczeń wyszedł do przedpokoju powód ich odwiedzin. Miał lekko zmarszczone brwi.
– Cześć.
– Cześć! Pomyśleliśmy, że cię znajdziemy i wyciągniemy z domu.
Sasuke spojrzał na gospodarza.
– Chętnie.
– Pomyślałam, że moglibyśmy coś zjeść – zaproponowała Tenten, gdy już byli na dole.
– Ostatnio wszyscy zapraszają mnie na jedzenie.
– Nie myśl, że zapłacę! To co, może ta knajpa na rogu? Wygląda nienajgorzej.
– Niech będzie.
– To co, jacy są twoi znajomi z klasy? – spytała, gdy złożyli zamówienia.
– Nie znam ich zbyt dobrze. Są raczej słabi. Nigdy nie przegrałem walki, a nie używamy nawet nic poza siłą fizyczną.
– Może dlatego? Nigdy nie wiesz, czy nie znają jakichś jutsu.
– Możliwe, ale wątpię. Niektórzy mają techniki klanowe, choćby Byakugan, ale byłbym w stanie sobie z nimi poradzić.
– Nie bądź taki pewien. W naszej klasie też jest ktoś, kto ma Byakugana i jest nieznośny.
– Ona nie jest zbyt silna. Widziałem, jak walczy.
– Może nie daje z siebie wszystkiego? – zasugerowała, jak zawsze skłonna do bronienia kobiet.
– Niby po co?
To typowe dla mężczyzn, by nie rozumieć, że ktoś może nie chcieć popisywać się swoimi umiejętnościami. Tenten pominęła wygodnie fakt, że sama nie wahała się przed pokazywaniem tego, co potrafi.
– Może nie chce, by wszyscy wiedzieli, jak jest silna.
– Po co?
– Żeby, jak już wam dołoży, było to o tyle bardziej upokarzające.
– Jakoś wątpię.
– Ja też – stwierdziła.
– Sasuke, naprawdę umiesz aktywować Sharingana? – spytał nagle Lee.
– Nie. To dōjutsu jest inne niż Byakugan. To tylko możliwość, nie u każdego się pojawia.
– A co go aktywuje?
– Różne rzeczy. Silne uczucia. Niebezpieczeństwo. I Sharingan jest silniejszy od Byakugana.
– Jasne.
– Jest! Może skopiować każdą technikę.
– Każdą?
– Z wyjątkiem kekkei genkai. Ale nikt, kto go nie odziedziczył, tak czy inaczej nie może z niego korzystać.
– Rany, dlaczego ja nie mogę mieć czegoś takiego!
– I tak masz lepiej niż ja. Możesz korzystać z czakry.
– Daj spokój, to na pewno przejściowe.
– Jesteście pewni, że nie macie kekkei genkai albo jakichś klanowych technik? Jest ich dużo w wiosce.
– Raczej nie. Rodzice coś by o tym powiedzieli. Uwielbiają się chwalić.
– Moi byli cywilami.
– Byli? – spytał, przełknąwszy kawałek onigiri.
Tenten zdziwiła się. Swoją matkę jeszcze była skłonna podejrzewać o zbytnią ciekawość, ale Sasuke?
– Atak Kyūbiego – odpowiedział krótko. Sasuke skrzywił się. – Byłem wtedy mały. W ogóle ich nie pamiętam.
Tenten nie miała zamiaru czuć się głupio za to, że jako jedyna przy stole miała żyjących rodziców. Postanowiła zmienić temat.
– Hej, chcielibyście może trochę potrenować? Tylko pięści i kopniaki, żadnej broni i jutsu.
– Stoi.
– Ja nie mam wyboru, więc mi pasuje. Ale chyba nie robisz tego z mojego powodu?
– Nie – odparła, chociaż tak właśnie było. – Walka wręcz to podstawa. Musimy być w niej dobrzy, nim zajmiemy się czymś innym. Idziemy?
Zapłacili i ruszyli.
– To dokąd idziemy?
– Znam jedno miejsce. To pole treningowe, które powinno być puste.
Zaprowadził ich na teren należący do klanu Uchiha. Pasy wypalonej trawy były wskazówką.
– To kto chce walczyć pierwszy?
Manty to wspaniałe, duże pierogi kuchni uzbeckiej i szerzej, środkowoazjatyckiej oraz tureckiej, złączone na górze.
Na pytanie, dlaczego Sasuke miałby nosić strój Itachiego w oryginalnej serii: wydaje mi się, że to możliwe, dlatego że chce się zemścić, a to pomaga mu pamiętać i pielęgnować nienawiść. Taki luźny pomysł.
Co do Pomnika Pamięci. W internecie jest wspomniane, że Kakashi stoi przed nim z powodu Obito, ale Rin też zasługuje, by tam być, więc ją na nim umieściłam.
Co do słów Sasuke... Można chyba bezpiecznie założyć, że nie wie o Kakashim i Yamato.
