Anonim, zgodnie z sugestią jest więcej opisów. Mam nadzieję, że ten rozdział okaże się znacząco lepszy w czytaniu. Być może podejdę jeszcze do poprzedniego i go poprawię. W pewnym sensie Sakura ma potencjał, by najszybciej się z nich wszystkich uczyć dzięki świetnej kontroli czakry. Było to widać w kanonie i zawarłam to też tutaj. Co do żywiołu czakry, spróbuję w tym tekście w sposób wiarygodny wyjaśnić, dlaczego nie skacze się i nie robi tego już w akademii.
Cieszę się, że inne podejście do postaci Sakury i Ino Ci się podoba.
W pewnym sensie rozumiem, dlaczego Haruno nie trenowała przez ten miesiąc. Kakashi nie miał czasu i nikogo jej nie wskazał. Dlaczego jednak przez kolejne lata nie nauczył jej ani jednej techniki? Wyobrażam sobie, że medyczne jutsu po prostu bardzo konsumuje czas. Co oczywiście nie wyjaśnia, dlaczego nie trenował jej w czymś kompletnie innym, zamiast pozwolić odejść do Tsunade.
Wracając do fanfika. Zmiana Nejiego jest powolna, ale coś tam się z nim zrobi. Itachi chyba długo nie pojawi się jeszcze osobiście, ale będzie z nami duchem.
Ilit015, dziękuję za pochwałę dotyczącą odwzorowania charakterów! To naprawdę wiele dla mnie znaczy.
Po twojej uwadze dotyczącej Lee postanowiłam dać mu w tym rozdziale trochę więcej miejsca. Wkradają się tu stopniowo kolejni bohaterowie (następne postaci z sufitu na mnie spadają), ale Rock nie zniknie w tłumie. Interesująco się go pisze, gdy nie jest jeszcze pod wpływem Guya.
W poprzednim rozdziale czasem zależało mi, by nie było do końca wiadomo, kto mówi. Na przykład, gdy sensei informuje, że nie będą mogli zdawać wcześniej. Ale rozumiem, że to może być irytujące. Mam nadzieję, że w tym wszystko jest absolutnie jasne.
Sasuke stał przed kolumbarium z kwiatami od Yamanaków w rękach. Zastanawiał się nad tym, co członkowie jego klanu widzieli tamtej nocy. Czy był to Itachi, z mieczem w ręku i blaskiem Sharingana w czerwonych oczach, czy ktoś zupełnie inny, potężniejszy i nieznany?
Przypomniał sobie pogrzeb. Gdy wkładali urny jego rodziców do środka, nie mógł oderwać wzroku. Hayate położył mu wtedy rękę na ramieniu i wcale nie było to irytujące.
Jak należało się spodziewać, okazało się to ogromną uroczystością, na którą przyszli chyba wszyscy mieszkańcy wioski. Nigdy w życiu nie rozmawiał z tyloma osobami i był bardziej zagubiony niż smutny, nawet jeśli składali tylko kondolencje.
Podczas stypy trzymał się blisko Hayate i Yūgao. Proponowali, by jej nie organizował, ale on się uparł. Uchiha musieli mieć swoją własną. W efekcie zmierzył się ze swoim dawnym domem. Wśród posiłków i muzyki chūnini i jōnini, którym przyszło bliżej z nimi współpracować, żegnali się z najpotężniejszym klanem Konohy w mocno alkoholowej atmosferze. Tego także chcieli uniknąć, ale on znowu postawił na swoim. Nie mogło być tak, by jego rodzinę opłakiwano bez dobrej sake.
Kakashi stał pod ścianą. Po kilku nieskutecznych próbach wciągnięcia go w rozmowę, Anko i Guy w końcu się poddali i odpłynęli w kierunku stołu.
Mogłoby się zdawać, że wspominał Obito. I rzeczywiście myślał przez jakiś czas nad jedynym Uchihą, którego udało mu się lepiej poznać. Dlaczego zaprosili go tutaj? Po śmierci kolegi z drużyny zachował swoje oko, oczywiście, klan uszanował ostatnią wolę członka nawet pobocznej, wymarłej gałęzi, ale bez wielkiego zachwytu.
Rozważał możliwość, że jest więcej ludzi takich jak on, którzy biegali po świecie ze zdobytym Sharinganem. Hyūga stracili jedno oko w walkach z wrogami. Wiedział to, ponieważ szukał. Ale nigdy nikogo takiego nie znalazł, co było zdumiewające.
Głównie jednak myślał o swoim ojcu.
Poza nim na pogrzebie były ze trzy osoby. I, co jeszcze dziwniejsze, sam hokage. Paroletni Kakashi stanął przed trumną.
– Zasłużyłeś sobie. – Wbił ręce w kieszenie i odszedł, nie patrząc na nikogo.
Później Guy wyzwał go na pojedynek. Złamał mu wtedy szczękę, nim tamten zdążył skończyć zdanie.
Przez następne kilka godzin wałęsał się po ulicach, dopóki jego samozwańczy Wieczny Rywal nie znalazł go znowu, bez trzeszczącej szczęki i ze łzami w oczach i przeprosił za swoją bezmyślność. Najwyraźniej nikt nie uznał za stosowne wspomnieć mu, dlaczego dokładnie ma unikać drażnienia Kakashiego i dowiedział się tego już po szkodzie.
Hatake tyle się domyślił.
Jakimś cudem Guyowi udało się wtedy zaciągnąć go na curry w jego domu, podobno najlepszy posiłek dla rozwijającego się ciała, który okazał się zaskakująco jadalny jak na coś zrobionego przez wąsatego faceta po trzydziestce.
– Miło się patrzy, jak między młodymi rozkwita rywalizacja – powiedział jego gospodarz ze łzami w oczach. Kakashi zaczynał podejrzewać, że dużo się płacze w tej rodzinie. – Czy Guy wyzwał cię już na pojedynek?
Jedzenie zatrzymało się na chwilę w drodze do ust jego syna i do Hatake dotarło, że najwyraźniej nikt także nie kłopotał się, by przekazywać wieści Wiecznemu Geninowi. Cała wioska o tym szeptała a on pozostawał w mroku niewiedzy? Żadna kobieta w sklepie, żaden kolega z drużyny? Żadnego "hej, a słyszałeś, co przytrafiło się Białemu Kłowi?". Już nie Białemu Kłowi, poprawił się gorzko, ale Hatake. Jakby, w przeciwieństwie do tytułu, to samo w sobie było wyzwiskiem.
Nie wiedział, dlaczego tamtego dnia poszedł do domu Guya. Nie był pewien czy był tam kiedykolwiek wcześniej. Nie znał powodu do dzisiaj.
Guy podszedł do niego ponownie z sake w ręku. Kakashi mógł winić parę rzeczy za to, co wypadło z jego ust. Wypił już sporo a choć przy tym nie rozwiązywał mu się język, potrafił być okrutny. Rodzina Obito niemal wymarła. Pamięć o jego ojcu go prześladowała. Kilka jego ostatnich misji dla ANBU było wyjątkowo paskudnych. A także miał w głowie to jedno wspomnienie.
– Guy, powiedz, nie uważasz, że nazywanie nas Wiecznymi Rywalami jest jak kpienie z twojego ojca?
Zmarszczył brwi, ale nie wyglądał, jakby miał spontanicznie otworzyć Ósmą Bramę.
– Co masz na myśli?
Chciał cofnąć swoje słowa, ale było już za późno, więc rozwinął.
– Wszyscy go nazywali Wiecznym Geninem.
– Ach. – Wzruszył ramionami. – To proste. On to wymyślił.
Kakashi spytał tego wieczoru Guya, jak często odwiedza grób swojego ojca.
– Raz na kilka miesięcy. – Kakashi zdziwił się. Facet był idolem dla swojego syna. Guy nigdy nie przeżył fazy buntu i nie porzucił na przestrzeni lat nawet pomarańczowych getrów. – Tatko stoi też u mnie na półce w puszce po swoim ulubionym likierze.
– Myślałem, że jest tam likier.
– Uhonorowaliśmy go w ten sposób, cała moja drużyna, a potem jakoś tak wyszło, że w niej skończył. Wierz mi lub nie, ale to by mu się spodobało.
– Brzmi jak coś, na co wpadłby Genma. Albo Ebisu – dodał po namyśle. – Albo twoja sensei, tak w gruncie rzeczy. Nie przestaje mnie zdumiewać, że miała coś wspólnego z rodem Hyūgów. Była tam?
– Oczywiście, że była. Niezwykła kobieta. Ogień młodości płonął w niej mocno. Genma zawsze powtarzał, że jak już będzie dość wysoki, to jej się oświadczy. Ach, dobre czasy – dodał, wpatrując się w przestrzeń z uśmiechem.
– Ja nie byłem na grobie swojego ojca od pogrzebu.
Guy położył mu rękę na ramieniu.
– W takim razie będzie dla mnie zaszczytem towarzyszenie ci tam, jeśli nie masz nic przeciwko. Z radością złożę wizytę jednemu z najdzielniejszych ludzi, jakich wydała nasza ziemia.
Kakashi pojmował oczywiście, że ten próbuje go wesprzeć, ale miał wiele powodów, by zrobić to sam, wstyd spośród nich nie znajdował się ostatni na liście. Nie wiedział, co mogły zrobić z grobem lata porzucenia. I nie zamierzał się tam wybierać jeszcze teraz.
Minęło kilka misji, nim zebrał się w sobie. Spodziewał się zarośniętego a nawet zagrabionego miejsca pochówku. Nie był przygotowany na kwiaty ani starannie skoszoną trawę. Poczuł podejrzaną wilgoć na wewnętrznej stronie ochraniacza na czoło. Winił Obito. Starannie zignorował to, co działo się z drugim.
– Ach, tato – mruknął i usiadł po turecku na trawie. – Przepraszam, że tyle lat było mi nie po drodze.
Jego odczucia odnośnie Sakumo nawet po ponad dwóch dekadach były mieszane. Najpierw nienawidził ojca za to, że okrył rodzinne nazwisko hańbą. A, gdy już postanowił być ze sobą szczery, za to, że ostatecznie nie potrafił znieść konsekwencji swoich decyzji i zostawił go samego. Potem dowiedział się, dlaczego jego misja była tak ważna. Ścigał najgroźniejszego zbiegłego shinobiego od czasów Madary. I zaczął go nienawidzić w imieniu tych, na których Orochimaru robił eksperymenty. Nie mógłby ocalić dzieci z Konohy, ale prawdopodobnie setki innych ludzi. Nic dziwnego, że nawet jego własna drużyna miała mu to za złe.
Później wybuchła Trzecia Wielka Wojna Shinobi, w której Biały Kieł zrobiłby wielką różnicę. A tak wysłano na kluczową misję drużynę składającą się z świeżynek i Kakashi sam złamał zasady. I Obito umarł.
Ale nie dlatego że się mylił. Po śmierci Rin Kakashi po prostu dopracował jego poglądy. I tak też trenował swoją drużynę. Ale nie uczył ich, by go szpiegowali.
– O co chodzi, Kinoe?
– Tobie też "dzień dobry", Kakashi-senpai – odparł cokolwiek cierpko. – I nie Kinoe.
– Siła przyzwyczajeń. Proszę, nie krępuj się i kontynuuj. – Zaczął kręcić ręką młynki w powietrzu, by podkreślić swoje słowa.
Nie-Kinoe westchnął cierpiętniczo.
– Nie tutaj, Kakashi-senpai. Jeśli można. To sprawa raczej prywatnej natury.
– Moje mieszkanie?
– Brzmi doskonale.
Kakashi natychmiast wyczuł, że ktoś jest w środku. Jego pułapki były nienaruszone, nikt nie skorzystał z klucza, pozostawiało to jedynie jedną osobę na tyle bezczelną i z odpowiednimi zdolnościami.
– Och, cześć, Kakashi-senpai, Tenzō. – Yukimi pomachała im z kanapy, na której rozsiadła się. Bez. Pozwolenia.
– Tenzō, Yamato, Kinoe. Pogubić się w tym można – jęknął Hatake.
– Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę, kapitanie.
– Nie nosisz maski, Ya-ma-to – dodała swoje Yukimi. – Jaki jest sens w posiadaniu tylu imion, jeśli wszystkie są przypisane do tej samej twarzy?
– Noszę poza wioską – odparł z urazą.
– I kiedy musi się pokazać przed hokage – dodał pomocnie Kakashi. – A imię Tenzō jest zarezerwowane tylko dla ciebie.
– Mam się śmiać czy obrazić? – spytała Yukimi. Nigdy nie sprawdzili, czy rzeczywiście są spokrewnieni. Uznali, że są rodziną i kropka. W końcu oboje wylądowali w ANBU, ale w innych drużynach i nie brali ze sobą długich, groźnych misji jak na bliskich przystało.
ANBU znana jako Taka tylko okazjonalnie nosiła znaki Ro, ale zdążyła w ciągu kilku lat wyrobić w sobie zwyczaj nazywania Kakashiego szefem.
– Jesteś szczególna – stwierdził Hatake podstępnie.
– A ty niemożliwy, Kakashi-senpai. Ale przyszłam przekazać ci wieści osobiście, bo tak tęskniłam za tym okiem. – Wskazała jego twarz a raczej to, co było z niej widać.
– Mam oczywiście nie pytać, skąd je masz – stwierdził konwersacyjnym tonem.
– Lepiej nie – odparła z uśmiechem.
– Czyli dalej przyklejasz swoje uszy w różnych absolutnie nielegalnych miejscach? – spytał natychmiast Hatake.
– Nie przyklejam swoich uszu, ile razy mam powtarzać, że tak się nie da? – jęknęła.
– W końcu znajdę kogoś, kto rozrzuca swoje działające narządy po okolicy, mówię ci.
– Tak, tak, nasz zakład dalej jest ważny. – Zamachała dłonią. – Na wieczność, bo to jest fizycznie niemożliwe.
– Ta sake na mnie czeka. – Rozmarzył się. – Ale do rzeczy.
– Tak. – Wyprostowała się. – Uchiha mieli być niby wszyscy pod działaniem genjutsu, ale okazuje się, że niektórzy najprawdopodobniej stoczyli jednak walkę, wyobraź sobie. I niewiele z nich zostało.
Kakashi natychmiast spoważniał.
– Co z oczami?
– Cóż, mam na myśli, że naprawdę niewiele tego było.
– Sprecyzuj.
– Głównie kości? Albo ktoś ich wyjątkowo nie lubił, albo chcieli coś ukryć.
– Wiesz, czyje to były zwłoki?
– Trochę zapamiętałam. Chikara, Akane, Akihiro, Kazuhiro i Akinori.
– Gdy oddawaliśmy należny hołd umarłym… – Wtrącił Yamato.
– Rzuciliśmy okiem i co się okazało?
– Że byli ambasadorami w Kumogakure – odpowiedział bez wahania Kakashi.
– I tak właśnie skończył nasz punkt kuliminacyjny – stwierdził Yamato grobowym tonem.
– Moją pracą jest wiedzieć takie rzeczy – odparł teatralnie oburzony.
– Kto by pomyślał?
– Itachi nie wziąłby oczu – ucięła Yukimi. – Shisui też. Bo i po co?
– Nie będę nawet pytał, skąd wiesz, że są podejrzani.
– Jestem taka dumna, Kakashi-senpai. A to na kilometr śmierdzi Kumo.
– Albo wrabianiem Kumo. Zdajesz sobie sprawę, że jestem jednym z najbardziej zaufanych ludzi trzeciego hokage i pewnie i tak by mi o tym powiedział?
– Nie – stwierdził spokojnie Yamato, gdy Yukimi mina zrzedła. – A przynajmniej niekoniecznie. Jesteś w tę sprawę w pewnym sensie osobiście zaangażowany, kapitanie. – Jego podwładny rzucił mu spojrzenie. – I międzynarodowe afery to coś nie dla ciebie.
W poszukiwaniach zabójców Kakashi brał udział i szybko dostali cynk, że mogło chodzić o Shisuiego. Brakowało mu Yūgao, ale nie mógł narzekać, bo dostał Fū, który był dziwnym palantem, nawet jak na standardy ANBU, ale sensorem pierwsza klasa.
A Itachi bezpośrednio pod nim służył i należało go o tę współpracę wypytać, gdy zmienił styl na pochmurny łamane przez terrorystyczny.
Ale Yamato już i tak popełniał niedyskrecję, mówiąc tyle, ile powiedział, przy Yukimi. Poszczególni członkowie Ro i ich okazjonalni współpracownicy mieli różne stopnie dostępu do wiedzy.
Kakashi jednak rzeczywiście nie nadawał się do spraw, które mogły wywołać kolejną Wielką Wojnę.
– Powie mi, bo mogą chcieć i mojego oka.
– A po co im takie nie do pary? – zaśmiała się Yukimi, bo Kakashi kiedyś upił się i powiedział, że wygrał je w zakładzie.
Żeby zdobyć Mangekyō Sharingan. Ale tego nie powiedział.
– Teraz, jak będą chcieli to powtórzyć, to mają niewielki wybór – odparł spokojnie.
– Dotarły do mnie te twoje ciekawe informacje – powiedział Jiraiya w ramach powitania. – I przyszedłem, jak tylko mogłem. Nie ma mnie chwilę, a już najpotężniejszy klan zostaje wymordowany.
Hiruzen postanowił pominąć milczeniem, ile ta chwila trwała. A także, że samo przyjście nastąpiło po jakimś tygodniu podglądania dziewcząt w łaźniach. Ale jednej rzeczy nie mógł nie skomentować.
– Wydajesz się przesadnie radosny, zważywszy na okoliczności – zauważył kwaśno.
Jiraiya spojrzał na niego bystro.
– Dotarł do mnie również pewien kruk. I przekazał mi słowo "banan", tak się dziwnie składa. – To było ich hasło na zainstalowanie agenta w Akatsuki. – Można mu wierzyć?
– To jeden z moich najwierniejszych ludzi – zapewnił hokage.
– Cóż, cieszę się.
– Pamiętam dobrze o twoich podejrzeniach.
– Wykonują działania, które świadczą o groźnych zamiarach. To jedno porwanie im się nie udało, ale to, że teraz nie próbują, nie znaczy, że nie zrobią tego ponownie. A z drugiej strony czasami biorą udział w pozytywnych wydarzeniach. Jeszcze nie wiem, co właściwie jest ich celem. To organizacja pełna sprzeczności i czuję, że przysporzy mi bólu głowy.
– Tak, pamiętam, że z ich pomocą został zaprowadzony pokój w jednej z pomniejszych wiosek – wygrzebał z pamięci hokage.
Dyskutowali o informacjach, które Jiraiya pozyskał podczas swoich podróży. W ramach wymiany dawny sensei opowiedział mu, co działo się przez ten czas w wiosce.
Następnie przeszli do pomysłów na najnowsze "Eldorado…".
– Myślisz, że sześciokąt to jednak przesada? – spytał Jiraiya.
– Cóż – zaczął tonem, który był jednym z powodów, dla których zyskał przydomek "profesor". – Ludzki mózg może przyjąć tylko pewien stopień złożoności. Musisz w tym wypadku uważać na problem intencjonalności.
– Oczywiście. Złośliwi twierdzą, że w moich powieściach nie ma zbyt wiele myślenia, ale fabuła często opiera się o komedię pomyłek. Zawsze pilnuję, by zachować jakieś pięć rzędów intencjonalności. Rzadko to przekraczam, bo inaczej czytelnik się gubi w tym, kto myślał co o tym, co myślał ktoś inny.
– Dlatego między innymi twoje powieści są tak poczytne – pochwalił jego były sensei. – To i znakomita fabuła, oczywiście. Wiesz, że zainteresowali się tym nawet wyżsi rangą ANBU?
– Nic dziwnego – powiedział Jiraiya, szczerze zaskoczony. – Fabuła jest stworzona dla inteligentnych shinobi. – Hokage nie wytrzymał i parsknął śmiechem. – Najlepszym przykładem jesteś ty sam.
Gdy zbierał się do wyjścia, Sarutobi rzucił:
– Tak jak ciebie prędzej czy później można znaleźć przy łaźniach, tak Naruto zwykle w końcu trafia do Ichiraku Ramen.
Jiraiya uśmiechnął się z wdzięcznością i opuścił jego gabinet.
Siedział w podobno ulubionym miejscu jego chrześniaka, aż w końcu zdecydował, że musi już wyruszać. Był trochę rozczarowany, ale miał pracę do wykonywania i kobiety do podglądania. Jeszcze zdąży go poznać.
Kuzynka Hinata była żałosna. Gdyby nawet shinobi z Kumogakure zdobyli jej oczy czy mieliby z tego jakikolwiek pożytek? Ciekawe, skąd wzięła tyle odwagi, by w ogóle poprosić go o treningi? Nie, poprawił się, to w ogóle nie było ciekawe.
Ich walki trwały od kilku do kilkunastu minut, ponieważ przez większość czasu nie zatykał jej tenketsu, ograniczając się głównie do blokowania ataków.
Stanowiło to wszystko razem ponury obraz głębokiej niekompetencji.
Odblokował punkty, nawet nie westchnąwszy nad uosobieniem marnotrawstwa, jakim była jego kuzynka.
– Wrócimy tu za pół godziny i zaczniemy jeszcze raz – stwierdził, hamując irytację.
Nie musiał niczego zjeść ani usiąść, więc postanowił spędzić ten czas na chodzeniu bez celu. Jego myśli, zaskakująco, odpłynęły w kierunku Rocka Lee. W kilka miesięcy zdołał zdobyć cennego sojusznika. Kto by pomyślał, że Uchiha będzie chciał utrzymywać kontakty z pozbawionym klanu i predyspozycji pośmiewiskiem.
Wiedział, że Lee jest czymś więcej niż tylko słabeuszem. W dniu, w którym Tenten i on postanowili wykonać pokaz głupoty, zobaczył oczywiście, w jakim stanie jest jego czakroobieg. Takiego widoku nie zastał w żadnym cywilu. Był zdeformowany i w pewnym sensie niedorozwinięty. U źródeł za gruby, na końcach cieńszy od włosa. Najprawdopodobniej wydzielanie czakry przysparzało mu bólu. Blokowanie jego tenketsu byłoby tak samo skuteczne jak zwykłych użytkowników ninjutsu pod pewnymi względami, ponieważ potrzebował przepływu, by normalnie się poruszać. Skoro jednak w przeciwieństwie do nich nie mógł korzystać z technik, nic dziwnego, że w końcu poświęcił się treningowi taijutsu. Neji był tylko zdziwiony, że zdawał się mieć wyraźne postępy. Dalej opierał się na stylu uczonym w akademii, preferującym wysokie kopnięcia i pięści, powoli jednak stawał się coraz silniejszy i szybszy. Szczerze mówiąc miał wątpliwości czy kuzynka Hinata by z nim wygrała. Miała przewagę Byakugana, oczywiście. Jednak mógłby przy odrobinie szczęścia znokautować ją silnym kopnięciem w głowę, gdyby zaatakował najszybciej jak potrafi.
Nie było sensu teraz tego rozważać. Przecież nie naśle na nią Lee. Dlaczego w ogóle zaczął się nad tym zastanawiać?
W końcu kuzynka Hinata wróciła. Bez słowa zajęli pozycje naprzeciwko siebie.
Ruszyła. Odepchnął jej rękę, nim zdążyła się zbliżyć do jego piersi. Odsłoniła się tak, że mógłby kopnąć ją w brzuch. Sama próbowała trafić go z boku. Nie odsunął się, tylko zablokował jej nogę dłonią. Korzystając z tego postanowił ją podciąć, ale podskoczyła. Wyrwała się z uścisku i chciała dostać się do jego barku, nim się podniesie, ale zablokował przedramieniem i przesunął w bok.
Jej styl nosił w sobie wiele naleciałości z akademii. Neji tego nie potępiał, był w rzeczywistości zadowolony, że najwyraźniej kuzynka Hinata włożyła wysiłek w obmyślenie taktyki, która uwzględniała zarówno fakt, że był znacznie lepszy w czysto klanowych technikach, jak i to, że był mężczyzną, skupiając się na pracy nóg. Dostosował się do tego płynnie i skupił w większej części na używaniu przedramion niż dłoni.
Pozwolił jej jeszcze na kilka ataków, nim zasugerował, że powinna raczej popracować nad rodzinnym stylem. Zaczerwieniła się i przyznała mu rację. Dostała się do paru punktów na jego rękach, nim w końcu zniecierpliwił się i zaatakował jej brzuch.
Zakończyli treningi na ten dzień.
Inoichiemu zajęło zawstydzająco dużo czasu, nim zorientował się, że Ino przestała bywać w domu. Rzecz jasna wracała na noc i czasem, gdy nie był na misji i trafił do kuchni wystarczająco wcześnie, znajdował ją na śniadaniu.
– Ino zaczęła znikać czy tylko mi się tak wydaje? – zapytał swoją żonę żartobliwie.
Przyjrzała mu się badawczo.
– Bądź jutro na obiedzie.
To sprawiło, że naprawdę zaczął się niepokoić.
– Co się dzieje? – spytał, marszcząc brwi.
– Chciałam z tobą porozmawiać o tym już od jakiegoś czasu – zaczęła. Poczuł się winny. – Ino zaczęła znowu spotykać się z Sakurą.
– To chyba dobrze, prawda? – spytał, rozluźniając się lekko. Ich nienawiść nigdy nie stała się tak silna jak ich przyjaźń, przybierając formę raczej zaciętej rywalizacji. Miał wrażenie, że prędzej czy później się pogodzą. I nadzieję, że nie przerodzi się to w relację taką jak ta łącząca Guya i Kakashiego. Choć mogłoby to pomóc im niejako w karierze, dalej byłoby całkowicie dziwaczne.
– Ciągle skupiają się wyłącznie na Sasuke, to się nie zmieniło – odparła z niechęcią, ale przynajmniej mówiła o nim po imieniu. – Ino odkryła, że zaprzyjaźnił się z jakimiś starszymi dziećmi z akademii i dołączyła do ich grupy a Sakura wkrótce potem.
– Sasuke? Zaprzyjaźnił się? – Z opowieści córki wyłaniał się obraz samotnika. Jednak musiał przyznać, że chłopak, jakiego poznał tamtej nocy, trochę odbiegał od tego wizerunku.
– Teraz trenują razem całymi godzinami – mówiła dalej, z powodów dla niego niezrozumiałych ponura. – Taijutsu, głównie. Ale zajmują się też podstawowym manipulowaniem ogniem i wodą. I, wyobraź sobie, medycznym jutsu.
– Przecież to niebezpieczne – odparł, zdumiony tym, że jego córka pozyskała potrzebne zwoje i na własną rękę rozpoczęła eksplorowanie jednej z najbardziej ryzykownych dziedzin.
– Ostrzegłam ją przed możliwymi niebezpieczeństwami. Powiedziała, że już o tym wie. Podobno eksperymentują tylko na rybach – powiedziała takim tonem, że jasne było, że nie jest gotowa do końca w to uwierzyć.
– Pomagają im oddychać? – spytał z nadzieją, odgrzebując w głowie resztki wiedzy na temat treningu medycznego. To by było wystarczająco niegroźne.
Żona spojrzała na niego tak, jakby chciała powiedzieć, by nie marnował jej czasu.
– Nie. Już je ranią. Nie wiem czy się powstrzymają przed eksperymentowaniem na sobie.
– Sakura zawsze była niezwykle odpowiedzialna – zauważył rozsądnie. – Choć przyznaję, że z Ino są pewne problemy, ona ją powstrzyma.
– Zapominasz, że ze sobą rywalizują. Być może zaryzykują, by jedna drugą przerosnąć. – Po raz kolejny przypomniał sobie o Guyu i Kakashim. – Rozmawiałam już o tym z rodzicami Sakury – odpowiedziała na wątpliwość, której jeszcze nie zdążył zgłosić. – Wiedzą o wszystkim i nie zamierzają jej zniechęcać, ponieważ, jak zauważyłeś, zawsze była rozsądna. Podobno jest w tym bardzo dobra i chce w czymś przodować a nie ma klanowych jutsu. – Spojrzała na niego znacząco.
Siostry Nohara też ich nigdy nie miały. Z pewnością rozumiała chęć udowodnienia swojej wartości, którą odczuwała Sakura. Jednak przede wszystkim, jako żona głowy rodu przez tyle lat, miała świadomość, że nieskupianie się na rodzinnych jutsu było niemile widziane, gdy się je miało. Inoichi zdał sobie sprawę, że zaniedbał swoje obowiązki ojcowskie. Gdyby była starsza, uznałby to całe trenowanie z innymi za objaw buntu. A tak był przekonany, że w grę wchodzi wyłącznie fascynacja Sasuke, co wcale nie czyniło całej sprawy łatwiejszą. Westchnął.
– Ino się to nie spodoba – stwierdził niechętnie.
– Jestem przekonana, że się zainteresuje, jeśli stworzymy wystarczająco pociągający plan treningów – odparła z błyskiem w oku.
Jak na człowieka, który nie mógł wykonywać technik Yamanaków, jego żona spędziła zaskakująco dużo czasu w ich rodzinnej bibliotece, zafascynowana tematem. Gdyby nie wiedział lepiej, powiedziałby, że wyszła za jego jutsu.
– Nie będę jej uczył, jak grzebać w cudzych umysłach – powiedział, krzyżując ręce na piersi.
– Własnej córce nie ufasz? – zaśmiała się jego żona.
– Nie, kiedy w pobliżu jest Sasuke. I Sakura. I wiele innych osób, które teraz nie przychodzą mi do głowy.
Było kilka powodów, dla których żaden Yamanaka nie został dotąd hokage. Obawa przywódców innych wiosek była jednym z nich. Co innego mieć respekt dla potężnego shinobi a co innego świadomość, że może wyczytać plan prosto z twojej głowy.
– Myślałam, żebyś na początek podszlifował jej Zamianę Umysłu. Ale żeby skutecznie ją odciągnąć od treningów ze znajomymi, potrzeba będzie czegoś więcej.
Nie podobał mu się błysk w jej oku.
– Co proponujesz?
– Widzisz… Długo się nad tym zastanawiałam. Parę dni przeglądałam materiały w bibliotece, przygotowując się do tej rozmowy. I myślę, że najlepiej będzie zachęcić ją Pokrewnymi Duszami – powiedziała, unikając jego wzroku.
– Słucham? – spytał, mając nadzieję, że jakimś cudem się przesłyszał.
Nohara zmarszczyła brwi i wyprostowała się.
– Ino jest zainteresowana Sasuke. To może ją zmotywować.
– Nie pozwolę rzucić tej techniki na siebie i z pewnością nie wykonam jej na wrażliwej, podatnej na sugestię, młodej osobie.
– Daj spokój, Inoichi – żachnęła się. – Samo nauczenie się tego jutsu zajmie jej pewnie lata.
– Nie tak wiele, jakbym chciał.
– Jest przydatne w walce – kusiła, niezrażona.
– Musimy znaleźć coś innego – powiedział zdecydowanie.
Ino była tego dnia trochę markotna. Sakura zerknęła na nią z ciekawością. Wyczuwała dobre wieści. I nie zawiodła się, bo na przerwie powiedziała jej i Sasuke, że nie przyjdzie na dzisiejszy trening.
– Rodzice poprosili mnie, żebym była na obiedzie – powiedziała niechętnie.
Sakura się wtedy na nią prawie wydarła. Jak mogła nie dbać o to, jakie Sasuke mógł przechodzić teraz cierpienia. Nie miał już rodziców a ona bezmyślnie sypała sól na tę ranę, choć podobno tak go kochała. Zrobiłaby to, gdyby Sasuke nie wzruszył tylko ramionami, kompletnie obojętny.
– Dobry pomysł, Ino-świnio – powiedziała tylko. – Nie będziemy musieli oglądać twojej paskudnej twarzy.
– Powiedziała ta, co ma różowe włosy – odgryzła się, ale bez zwyczajowego ognia. Musiało ją to naprawdę przybić.
Sakura była zachwycona.
– Och, Sasuke… Może chciałbyś się wybrać ze mną dziś wieczorem do restauracji? – zwróciła się do chłopaka, siedzącego przy oknie. – Widzisz…
– Nie – odparł krótko i wrócił do patrzenia w przestrzeń.
Sakura zmarkotniała a dzień Ino stał się trochę lepszy. Może to nie będzie taka wielka strata, jeśli raz nie przyjdzie?
– Ino – powiedział ojciec, odkładając pałeczki. – Chciałbym pójść z tobą dzisiaj do biblioteki.
– Po co? – spytała, ponieważ jeszcze jakiś czas miała ćwiczyć tylko Zamianę Umysłu.
– Postanowiłem zaproponować ci kolejną technikę do nauki i chciałbym wiedzieć, co by cię interesowało.
– Ale przecież podobno Zamiana Umysłu jest doskonałym jutsu na początek. – Wszyscy Yamanaka przechodzili przez etap, gdy uczyli się tej konkretnej techniki. Otwierała drogę do bardziej finezyjnych klanowych jutsu, pomagała w budowaniu zapasów czakry a jej opanowywanie wymagało samozaparcia, ponieważ trwało wyjątkowo długo. Gdy się ją wreszcie stabilnie utrzymywało przez długi czas, bez spontanicznego opuszczania ciała przeciwnika, można było przejść do kolejnych jutsu, które okazywały się po takim wstępie znacznie łatwiejsze. Stąd tak jawne kwestionowanie jego decyzji nie było w jej ustach impertynencją, ale wynikiem szczerego zdziwienia, wynikającego z lat doświadczeń.
– Pomyśleliśmy, że przydałoby ci się drobne urozmaicenie – powiedziała mama spokojnie.
Poszła z nimi do budynku biblioteki. Tereny należące do Yamanaków w żadnym wypadku nie były tak duże jak Uchihów ani nawet Narów, którzy mieli pokaźny kawałek lasu na własność, ale składała się na nie kwiaciarnia, kilka domów i parę niewielkich budynków. Znajdowali się w jednym z nich.
W rodzinnej bibliotece Yamanaków można było znaleźć nie tylko klanowe techniki ani nawet wyłącznie jutsu, ale też potężną kolekcję literatury.
Minęli pełne półki i skierowali się do części, chronionej przez dwóch członków rodziny, którzy mieli akurat dyżur. Pozdrowili ich i skierowali wzrok na zwoje.
– Powiedz, która sekcja najbardziej cię interesuje?
Ino znała odpowiedź na to pytanie. Przeglądała chwilę półki dla zachowania pozorów.
– Może coś o czytaniu w myślach…? – spytała z wahaniem i uroczym uśmiechem.
Mama posłała ojcu spojrzenie, które zdawało się przekazywać "a nie mówiłam?".
– Techniki czytania umysłu są jednymi z najtrudniejszych do opanowania, Ino. Jeśli chcesz, zdradzę ci coś, ale tego nie powtarzaj, nawet swoim przyjaciołom.
– Nikomu nie powiem – obiecała zdecydowanie.
– Możemy poznać tylko aktualne myśli osoby, jeśli nie chcemy, by wiedziała, że dostaliśmy się do jej umysłu. Wtedy potrzebujemy kontaktu wzrokowego. Albo klanowej pieczęci, ale to w większości przypadków jednak niweczy zachowanie ofiary w nieświadomości. Gdy szukamy czegoś konkretnego, będziemy przeglądać jej wspomnienia razem z nią. Ponadto bardzo trudno jest zachować nasz wewnętrzny monolog w tajemnicy, kiedy to robimy. Telepatyczne jutsu, polegające na bezgłośnej rozmowie, są łatwiejsze.
– Rozumiem – stwierdziła, zniechęcona. – Chociaż wtedy miałabym taką przewagę nad wrogiem! Mogłabym być nawet lepsza od Shikamaru w obmyślaniu strategii. – Spojrzeli na nią, zdziwieni.
– Za parę lat nauczę cię poznawania powierzchniowych myśli – obiecał ojciec pod wpływem chwili. – Jeśli będziesz ciężko trenować i odnosić sukcesy w opanowywaniu innych naszych technik.
Rozpromieniła się.
– A to? – Dotknęła zwoju. – Zaburzenie Ciała i Umysłu?
– To technika, dzięki której przejmujesz ciało przeciwnika, bez konieczności opuszczania swojego. Przekazujesz tylko część świadomości i pozostajesz przytomna, tak samo jak ten, kto został zaatakowany. Nie może tylko kontrolować swoich ruchów.
– Czy można w ten sposób kogoś zabić? – spytała, pamiętając dobrze, że podczas Zamiany Umysłu ciało użytkownika pozostawało nie tylko nieprzytomne, ale i każda rana na przeciwniku pojawiała się też na wykonującym jutsu.
Ojciec zaśmiał się.
– Wtedy nasz klan byłby od wieków wymarły! Nie, ale można zranić zarówno przeciwnika jak i innych wrogów, wykorzystując przejęte ciało. Nie da się jednak zadać w ten sposób śmiertelnych ran, ponieważ nie można zmusić kogoś do zabójstwa. Ani za pomocą naszych technik, ani fuinjutsu.
– Dlaczego nasz klan byłby wymarły?
– Bo przez takie umiejętności każdy chciałby nas zabić.
Ino nieprzyjemnie przypomniało to o Uchihach.
– Jakie właściwie klanowe techniki posiadała rodzina Sasuke? – spytała niepewnie.
– Uchiha mają kekkei genkai – odezwała się niespodziewanie jej mama. – O nazwie Sharingan. Mieści się w ich oczach, ale słyszałam, że odpowiada za zmiany w całym czakroobiegu. Nic dziwnego, ponieważ jego podstawową umiejętnością jest kradnięcie jutsu, więc muszą dostosowywać się do różnych żywiołów z relatywną łatwością.
– Kradnięcie? Czyli mogą korzystać z naszych jutsu?
– Nie. By je opanować, potrzeba całej serii rodzinnego fuinjutsu i wieloletniego dostosowywania czakry oraz rozwijania jej w sposób, który nie ma niczego wspólnego z żywiołami – wyjaśnił ojciec.
– Nie mogą też skopiować kekkei genkai – dodała mama.
– Czyli ukraść czy skopiować? – zniecierpliwiła się.
– Skopiować – powiedział spokojnie ojciec. – Nie mogą pozbawić kogoś techniki, której się nauczył.
To, co potrafili i tak aż za dobrze wyjaśniało, dlaczego ktoś postanowił ich wymordować.
– Chciałabym spróbować opanować to Zaburzenie Ciała i Umysłu – zdecydowała.
Gdy wrócili do domu, ojciec powiedział poważnie:
– Ino, wiem, że ostatnimi czasy nie poświęcałem twoim treningom zbyt wiele czasu. Zamierzam to zmienić. Słyszałem, że ćwiczysz ze znajomymi, ale uważam, że spędzenie tyle samo czasu na twoich własnych, unikatowych technikach, byłoby bardziej opłacalne. W ten sposób mogłabyś ich zaskoczyć i stać się niezastąpioną siłą w każdej drużynie – kusił. – Chciałbym, żebyś od teraz się na nich skupiła i zajmowała się nimi po lekcjach w akademii.
Pierwszą reakcją Ino był gniew. Dlaczego chciał odbierać jej cenny czas z Sasuke? Ale potem zastanowiła się głębiej. Jeśli on miał Sharingana, potrzebowała czegoś, czym mogłaby mu zaimponować. Zamiana Umysłu to było za mało. Jeśli chciała podzielić swój czas na dwie techniki, z których druga wymagała znacznie mniej inwazyjnego podejścia, potrzebowała go naprawdę dużo. Podejrzewała, że liczyło się to w latach.
– Czy mogę zostawać ze znajomymi dwa razy w tygodniu? – spytała z nadzieją. – W ten sposób będę wiedzieć, nad czym pracują.
– To wydaje się rozsądne – stwierdził z ulgą jej ojciec. – Ale bądź ostrożna, ćwicząc medyczne jutsu.
– A czy ja kiedykolwiek nie jestem rozsądna?
Zaśmiał się, przypominając sobie, jak zbyt wcześnie spróbowała Zamiany Umysłu na wronie.
– Kochanie? – zaczepiła ją mama.
Ino obróciła się, zdziwiona.
– Tak? – spytała na tyle grzecznie, na ile zwraca się do rodzica dziecko, które się dokądś spieszy.
– Chcę ci coś pokazać, ale musisz obiecać, że nie powiesz niczego ojcu – powiedziała poważnie.
Ino zastrzygła uszami, zapominając o zakupach.
– Nie powiem. – Zaczynała mieć dużo rzeczy, o których miała nie mówić, ale podejrzewała, że takie jest właśnie życie shinobi.
Mama wyjęła z torby zwój, który natychmiast rozpoznała jako pochodzący z ich biblioteki. Miał czerwone drążki z namalowaną na nich nazwą techniki. Gdy wzięła go do ręki, odczytała ją.
– Pokrewne Dusze? – Nigdy nie spotkała się nawet ze wzmianką o tym jutsu, ale implikacje fascynowały ją i niepokoiły jednocześnie. Coś takiego powinno być chyba nielegalne, prawda? – Na czym to polega? – spytała podejrzliwie.
– Ta technika znacząco różni się od innych, które znasz. Przywołuje najbliższego człowieka naszego przeciwnika i zmusza go do walki z nim. To niezwykle wymagająca technika, do której potrzebne jest opanowanie Zaburzenia Ciała i Umysłu.
– Najbliższego człowieka? Czyli co, członka rodziny? – Nie, to nie miałoby sensu.
– Dokładny mechanizm nie jest znany. Czasem jest to krewny, ale zdecydowanie nie dzieje się tak zawsze. Jest to ktoś, kto najlepiej z tobą współgra. Najczęściej tkwi w tym potencjał do romantycznego uczucia. Jednak uwaga. Zdarzały się przypadki, że ktoś, na kim wykorzystano Zaburzenie Ciała i Umysłu, był już po ślubie z zupełnie inną osobą niż ta, która mu się ukazała. I choć związki, jakie może ujawniać ta technika, nie są zawsze miłosne, przyjęło się ją za moralnie wątpliwą. To wszystko jest w uwagach i ostrzeżeniach na końcu, ale wolę cię już teraz poinformować, bo nie wiem czy będziesz miała ochotę do nich dotrzeć. – Uśmiechnęła się.
Zdumiewające, jak od razu założyła, że Ino będzie zainteresowana. Choć oczywiście była. Nieprzyzwoicie.
– Mamo – zaczęła z wahaniem. – Czy da się wykonać tę technikę tak, by zaatakowany nie musiał walczyć z przywołaną osobą?
– Tak. Musisz po prostu anulować tę część, w której jutsu kontroluje jej ciało.
– Czy trzeba to zrobić podczas wykonywania pieczęci? – Nohara była zadowolona, że jej córka ma tyle pytań związanych z każdą nową techniką. Jej dociekliwy umysł był bardzo cenną cechą w ich świecie. Ale trochę niepokojący był brak zmartwienia kwestią moralności. Cóż, Ino była jeszcze młoda.
– Z tego, co pamiętam, zawsze robi się to później i tak samo jak przy Zaburzeniu Ciała i Umysłu – stwierdziła łagodnie.
Wiele lat minie, nim Ino będzie w stanie spełnić warunki, by w ogóle zacząć myśleć o tej technice, ale jej mama była przekonana, że to bardziej niż cokolwiek innego zachęci ją, by starać się mocniej.
– Czy rzucanie tej techniki na kogoś, kto nikogo nie ma, też jest złe? – spytała Ino dziwnym tonem.
– Żadna technika nie jest zła sama w sobie – stwierdziła rozsądnie. – Nawet te zakazane nie zawsze takie są. To powody, dla których się z nich korzysta, się najbardziej liczą. Po prostu niektóre techniki narosły przez lata złą sławą i to jest jedna z nich.
– Dlaczego więc nie mogę powiedzieć o tym ojcu? – Och, zbliżały się do niebezpiecznych wód.
– Ponieważ nie poinformowałam go, że zamierzam dać ci ten zwój – stwierdziła spokojnie. Postanowiła nie dodawać, że zasugerowała to i był przeciwny. – Dlatego, jeśli zaproponuje ci nauczenie się tej techniki, proszę, nie wspominaj, że już podjęłaś kroki, by ją opanować. I że w ogóle o niej słyszałaś, jak już przy tym jesteśmy. Prawdopodobnie stanie się to w ciągu najbliższych kilku lat. – Nie miała zupełnej pewności, ale był to jeden ze zwojów zwyczajowo przeznaczonych dla głównej linii rodu. Nie sądziła, by miał tego zaniechać. Chyba tylko śmierć mogłaby go powstrzymać przed przekazaniem całej wiedzy jedynej córce.
– Czyli będę mogła tego używać, gdy już opanuję Zaburzenie Ciała i Umysłu? – chciała się upewnić.
– Podejrzewam, że tak. Po jakimś czasie skupiania się na tym. Nie wiem, ile dokładnie może zająć uczenie się tej techniki, ale przypuszczam, że długo. Pamiętaj też, że przywołanie kogoś pochłania dużo czakry, więc musisz nad tym także potrenować.
– Rozumiem – stwierdziła, zdeterminowana, chowając zwój do torby. Miał nie pozostać tam długo.
Zamierzała wziąć się ostro za treningi. I osiągnąć spektakularny sukces.
Ta technika to był najlepszy prezent, jaki ktokolwiek mógł jej dać. Już teraz, ot tak, w jej głowie formowało się kilka niezwykle użytecznych zastosowań.
– Ino, pamiętaj, że ta technika nie bez powodu ma złą opinię – powiedziała jej mama, nagle zaniepokojona. Jakby Ino zamierzała wykorzystywać ją na mężatkach. – Używaj jej z rozwagą, ostrożnością i wyczuciem. Może zjednać ci wiele wrogów.
– Jak to?
– Ludzie boją się tych, którzy mają władzę nad ich uczuciami i mogą odkryć głęboko skryte tajemnice.
– Zawsze wystarczy powiedzieć, że to między nimi to taka rodzinna bliskość. – Wzruszyła ramionami.
– Po pierwsze, ludzie mogą nie uwierzyć. Po drugie, jeśli rzucisz to na kogoś, kto jest podatny na tego rodzaju sugestie, prawdopodobnie wyrządzisz mu wielką krzywdę – powiedziała spokojnie.
Ino przynajmniej wyglądała, jakby to rozważała. Musiała tym się zadowolić. Wierzyła w swoją córkę, a poza tym była przekonana, że zdąży jeszcze dorosnąć, nim w ogóle zabierze się za Pokrewne Dusze. Nie sądziła, by Ino miała wykorzystać ją bez dokładnego przemyślenia sprawy.
Noce były najgorsze. W dzień Sasuke siedział w akademii albo z Tenten, Rockiem Lee i, co nie przestawało go sekretnie zdumiewać, Sakurą i Ino, jego najbardziej nieustępliwymi fankami.
Patrzyły na niego z podziwem i generalnie przez większość czasu śledziły wzrokiem, ale dużo czasu przeznaczały na kłócenie się między sobą i… rzeczywiste trenowanie, więc właściwie nie mógł narzekać. Co go nie powstrzymywało przed robieniem właśnie tego.
– Pomyśl, któraś z nich może trafić do twojej drużyny – powiedziała Tenten, kiedy spytał ją, dlaczego ma znosić obecność dwóch tak irytujących osób. – Chyba nie chcesz ich ratować? To by dopiero była wieczna miłość.
Sasuke zadrżał z obrzydzenia.
– Nie, najpewniej bym je dobił.
Tenten zaśmiała się.
– Nie są takie złe. W sumie spodziewałam się, że będzie gorzej.
Sasuke też tak sądził, ale nie zamierzał się do tego przyznawać.
– Zapraszają mnie na… spotkania i nieustannie chcą siedzieć w jednej ławce w akademii. Przychodzę wcześniej, by zająć miejsce przy oknie i pozbyć się przynajmniej jednej z nich.
Pierwszego dnia, gdy się pojawiła, Sakura zaprosiła go na randkę. Odmówił z wściekłością, przeklinając głupotę Tenten i Lee. Ino odciągnęła ją wtedy i odprowadziła do domu, zamiast też zadać to idiotyczne pytanie, rzecz sama w sobie dość szokująca.
Nie potrwało jednak długo, nim go zaczepiła. Co jakiś czas słyszał kolejne zaproszenie z ust jednej lub drugiej, ale nigdy nawet nie zbliżyło się to do codziennego nawyku.
Były na tyle nieirytujące, że nawet zdarzyło mu się wybrać z całą grupą na obiad, chociaż dalej próbowały usiąść obok niego przy każdej okazji.
Sasuke ani razu w swoim życiu nie szukał aktywnie przyjaciół. I nie zamierzał nazywać tak żadnego z nich. Tenten i Lee, choć przypadkiem, najpewniej uratowali mu życie. Sasuke tak na początku tłumaczył sobie fakt, że znosił ich obecność w swoim życiu.
Tenten szybko zabrała ich na pole treningowe, którego częścią były kawałki drewna z narysowanymi tarczami.
Wyjęła pięć kunaiów, błyszczących, naostrzonych i świetnie wywarzonych, bez zabezpieczenia.
Wsunęła pierwszy w lewą dłoń i rzuciła. Przeciął powietrze prawie bezdźwięcznie i utkwił w samym środku z cichym puknięciem. Kolejne dwa umieściła między palcami i wypuściła po kolei w stronę sąsiednich tarcz. Czubki ostrz zakryły zupełnie małe, czerwone kropki. Ostatnimi kunaiami wbiła je mocniej w drewno z metalicznym stuknięciem.
– No i który z was tak potrafi, co? – spytała triumfalnie.
Sasuke przypomniał sobie Itachiego i nagły przypływ uczuć ścisnął mu boleśnie gardło. Następnego dnia czekał na nich, oparty o ścianę bloku Hayate.
Gdy pierwszy raz przyszedł z mieczem, zapytała czy mogłaby go obejrzeć. Broń świszczała, tańcząc w jej dłoni.
– Wspaniale wywarzony – powiedziała z uznaniem. – Prosty, ale skuteczny. I wygląda na to, że z naprawdę niezłego materiału, choć niestety nie będzie w stanie przepuszczać czakry. Taka broń jest jednak rzadka i wymaga dodatkowego wysiłku, rzecz często niewarta zachodu. No – stwierdziła, oddając mu ją. – Pierwszy miecz to zawsze coś szczególnego. Dbaj o niego, Sasuke.
Po jakimś czasie nie mógł się już dłużej się oszukiwać, że spędzanie z nimi czasu ułatwiało mu radzenie sobie ze stratą. Musiał rozmawiać, wychodzić z domu i wysilać się fizycznie. Rzadziej niż częściej coś przypominało mu o rodzicach i wszystkich krewnych, których mniej lub bardziej znał i kochał.
Jednak bardzo powoli ci ludzie również stawali się dla niego ważni.
Z Hayate i Yūgao było jednocześnie łatwiej i trudniej.
– Musisz trzymać rękę bliżej ostrza, inaczej równowaga jest zachwiana i trudniej nim operować – odparł spokojnie jego nieformalny opiekun, gdy pierwszy raz złapał podarunek od niego.
– Dobrze – powiedział, gdy Sasuke udało się przejechać mieczem po jego broni i odsunąć ją na bok.
– Nienajgorzej – mruknął, gdy ich ostrza się na sobie zatrzymały na wysokości barków Uchihy i spróbował wykorzystać ten moment, by wślizgnąć się pod nie i kopnąć go w nogę.
Wsunął wtedy błyskawicznie broń pod jego miecz i odbił go na bok, tak że Sasuke lekko stracił równowagę.
Yūgao rzadko bywała w domu, ale zawsze miała dla niego uśmiech i ocenzurowaną historię ze służby w ANBU, która być może była zupełnie sfabrykowana.
– Siedzimy w tych drzewach i ten Hyūga przekazuje mi na palcach, że nasz wróg się zbliża. Widzisz, miał przezwisko Szary Niedźwiedź, ten człowiek, którego mieliśmy akurat upolować, bo był wielki i w sumie przypominał zwierzę futerkowe. Nic wartego ukrywania, dodatkowa praca po drodze do ważniejszego zlecenia. Tak czy inaczej czekamy na niego, słyszymy wiele mówiący szelest liści, bo była późna jesień i co wyłania się zza drzew? Prawdziwy niedźwiedź! – powiedziała, rozkładając ręce. – Był wielki i naprawdę przypominał nasz cel.
Nawet się wtedy uśmiechnął. Hayate zaśmiał się ze swojego miejsca przy stole. Sasuke przypuszczał, że taki już był los ANBU, żartować z zabijania i to skutecznie zepsuło mu humor.
– Coś się stało? – spytała, hokage raczy wiedzieć jak wyczuwając zmianę jego nastroju.
– Nic szczególnego. – Wzruszył ramionami i odkleił wzrok od blatu. – Chyba jestem zmęczony.
Gdy kładł się spać, Sasuke godzinami nie był w stanie zmrużyć oka. Próbował zająć myśli treningami i jak się poprawić, ale uparcie atakowały go wspomnienia.
– Spokojnie, Sasuke. Nie powiem nic rodzicom – mówił Itachi, wyciągając nowe prześcieradło, gdy przyszedł do niego śmiertelnie zawstydzony w nocy, nie wiedząc, co robić.
Zwykle prześladowały go takie chwile, ponieważ od zawsze miał tendencję do zadręczania się własną nieadekwatnością i błędami, więc oprócz tęsknoty prześladowała go cała gama bolesnych uczuć, ale czasami pojawiały się wesołe wspomnienia, które teraz tylko go zasmucały.
– Hej! Zrobiłam twoje ulubione danie – zaśmiała się mama, gdy tata był zajęty dochodzeniem do wniosku, że jest za stary i zbyt poważany, by przewracać oczami.
Duma cioci Chikary, gdy wreszcie miał okazję pokazać jej, że nauczył się rodzinnego jutsu.
– Tak dużej kuli ognia nie widziałam od czasu, gdy Itachi pokazał mi swoją – stwierdziła i Sasuke się rozpromienił.
Chciał płakać, jeśli nie z myślą o nich, to o sobie, bo możliwe, że łzy by go ukoiły i pozwoliły zasnąć, ale jakoś nie był w stanie. Może kochał ich za mało. Może był złym człowiekiem, że pozwolił sobie na myślenie w ten sposób.
A poza tym życie z Yūgao i Hayate było pod pewnymi względami jak plucie w twarz swojemu klanowi. Z jakiegoś powodu wszyscy Uchihowie mieszkali razem, to po pierwsze. Sasuke nigdy nie udało się dowiedzieć, dlaczego. Fugaku nie zniósłby swojego syna, młodszego czy nie, żyjącego pod jednym dachem z nieślubną parą pozbawioną odpowiedniego nazwiska. Ich drzewa genealogiczne najpewniej nie znajdowały się nawet w pobliżu jego rodu. Nie pomagali mu zdobyć Sharingana. Nie trenowali w rodzinnym stylu taijutsu.
Z punktu widzenia Uchihów jego obecna sytuacja byłaby godna najwyższej krytyki, zwłaszcza, że pozostałe z czterech szlachetnych klanów były zdolne do objęcia nad nim opieki.
Dlaczego właściwie nikt po mnie nie przyszedł?, nagle do niego dotarło. Dlaczego żaden z pozostałej trójki się mną nie zainteresował?
Temu pytaniu nie towarzyszył ból. Nie dbał o te rodziny. Nawet nie bywali u nich tak często, jakby się nad tym zastanowić.
Niewielu członków znał trochę lepiej niż z widzenia. Przejrzał w głowie tych, z którymi miał bliższy kontakt.
Hinata nie była jego fanką. To samo w sobie było znaczące. Ale nie była nią tak bardzo, że się do niego nie odzywała. Hyūgowie i Uchiha kiedyś byli nawet bliżej ze sobą niż z pozostałymi rodami. Łączyli ich legendarni wspólni przodkowie. Ale rywalizowali o status najsilniejszego klanu w wiosce. Działo się tak od kiedy Senju niemal wymarli. Wiedział to od cioci Chikary, która była jedną z jego ulubionych krewnych, bo nie traktowała go jak dziecko i rzeczywiście informowała o pewnych rzeczach. Ciocia Chikara… A poza tym pieczętowali członków swoich rodów. Uchiha traktowali to jako absolutnie oburzające i próbowali przekonać hokage, by wprowadził prawo zakazujące podobnych praktyk, ale bezskutecznie. Czcigodny ojciec czerpał jakiś rodzaj mściwej satysfakcji, że po tych wszystkich latach jedyne oko Sharingan, które wywędrowało z klanu, zostało oddane przyjacielowi, podczas gdy jakiś wróg z Kirigakure biegał sobie wolno z wszczepionym Byakuganem.
Hinata nie podchodziła do niego, ale się uśmiechała. Nie umiał znaleźć powodów, by wzdrygać się przed mieszaniem z nią.
W domu Akimichich same odgłosy chrupania doprowadziłyby go do szaleństwa.
Mógł się przyznać, jeśli tylko sam przed sobą, że w jakimś sensie lubił Shino. Okazywał mniej emocji niż nawet on w swoje lepsze dni (w gorsze Sasuke potrafił być naprawdę nieprzyjemny), ale nie był pozbawiony okazjonalnego, zaskakującego poczucia humoru.
Poza tym nigdy się nie narzucał, nie przekraczał granic i nie okazywał współczucia biednej sierocie. Oczywiście Sasuke nie widział, jaki ma wyraz twarzy. Ale Shino nie miał dla niego żadnych słów pocieszenia i jego postawa niczego sobą nie zdradzała.
Za to przez pierwsze tygodnie dziwnym trafem siadał obok niego, odgradzając skutecznie od reszty uczniów swoim ciałem i klanowymi cechami dystynktywnymi. Żadna fanka nie lubiła robaków, zdaje się.
Kilka żuków nawet chodziło czasem po jego kołnierzu. Sasuke, gdy to zauważył, był już pewien, że cała rzecz została starannie przemyślana, zaplanowana i wykonana z właściwą Shino precyzją.
Ale ta nietypowa przesada wskazywała na to, że chciał, by on zdawał sobie w pełni sprawę, co robi.
Był to zapewne przykład lojalności jednego ze szlachetnych klanów. Gdyby przyszło co do czego, Sasuke prawdopodobnie przyjąłby ofertę. Ale nigdy nie padła. Czuł się urażony w imieniu Uchihów i zadowolony jako osoba prywatna. Klanowe techniki Aburame były poza jego zasięgiem. Tu uczył się posługiwania mieczem.
Innym problemem Sasuke było to, że nie panował nad swoimi emocjami. Ktoś mógłby się kłócić, że to efekt rzezi, ale on zawsze miał temperament. Potrafił dostawać dziecięcego szału, kompletnego z trzaskaniem drzwiami i wrzeszczeniem. Powoli z tego wyrastał, ale strata całej rodziny nie pomogła jego temperamentowi.
Sasuke był uczony, by nie tracić kontroli wśród obcych i to ciążyło mu teraz niemiłosiernie. Zamienił swoje wybuchy furii na cichy gniew, gdy coś długo mu nie wychodziło. Yūgao się śmiała i wyparowywały z niego złe emocje. Gdy był z Hayate, próbował coraz mocniej, aż w końcu odchodził prawie bez słowa.
Gdy wracał, w mieszkaniu czekała na niego zupa pomidorowa w garnku i jego opiekun, czytający książkę na kanapie.
Następnego dnia trenowali, jakby nic się nie stało.
Hyūgowie by tego nie tolerowali. Aburame pewnie patrzyliby na niego, jak na interesujący gatunek robaka, bo tych ludzi nic chyba nigdy nie wytrąciło z równowagi. Akimichi daliby mu coś do jedzenia, stwierdzając, że człowiek ma humory, gdy jest głodny.
Hayate dobrze ich zastępował.
Ale nie było z nim Itachiego.
Sasuke dużo czasu poświęcił na myślenie o swoim bracie. Nie był głupi i wiedział, co może oznaczać, że chodzi dalej po świecie.
Nie był głupi i wyobrażał sobie, że jest wiele możliwości. Żadna poza zdradą wioski i pomocą w mordowaniu klanu nie przychodziła mu do głowy, ale może nie miał wszystkich danych.
Łatwo byłoby założyć, że pomógł zabijać, gdyby nie fakt, że chodziło o Itachiego.
Nie było lepszego człowieka i inteligentniejszego shinobi i jeśli kiedyś go spotka i brat zechce mu to wyjaśnić, to Sasuke chętnie go wysłucha.
Nie mógł się doczekać, kiedy się spotkają, nawet jeśli pewna mała, nieistotna część jego osoby podpowiadała, że to może się dla niego bardzo źle skończyć. Sasuke pocieszał się, że gdyby chciał go zabić, to mógł to w każdej chwili zrobić, pozorując na przykład wypadek.
To był jeden z powodów, dla których nie wierzył, że Itachi zabił Shisuia. Gdyby to naprawdę zrobił, był wystarczająco sprytny, by dokonać tego tak, by nikt go nie podejrzewał.
Nie, Sasuke skończyłby ze złamanym karkiem po jakiejś ryzykownej zabawie i tyle.
Cichy głosik upierał się, że mógł mieć nieprzyjemne plany wobec niego i tylko dlatego jeszcze żyje. Sasuke uważał, że było więcej lepszych Uchihów do spiskowania przeciwko i że zastanawianie się nad tym teraz nie miało sensu.
Nie, to, co Sasuke zamierzał zrobić, to skontaktować się z Itachim. I być może miał już pomysł, jak to zrobić.
– Od teraz będę mogła spędzać z wami czas po akademii tylko dwa razy w tygodniu – powiedziała Ino, gdy dotarli wszyscy na pole treningowe. Brzmiała smutno, ale nie tak smutno, jak z pewnością okazywałaby Sakura w podobnej sytuacji.
Była oczywiście zachwycona, ale natychmiast nabrała podejrzeń.
– A to dlaczego, Ino-świnio? – spytała, pełna niechęci.
– Co, będziesz tęsknić, Czoło? – odgryzła się. – Postanowiłam przeznaczyć więcej czasu na rodzinne jutsu – powiedziała z dumą.
Sakura oklapła. Cóż, ona zdecydowanie nie miała klanowych technik, nad którymi mogłaby się skupiać.
Przygnębiło ją też to, że najwyraźniej jej zaskakująca wypowiedź przyciągnęła też uwagę Sasuke. Na tyle, że nawet na nią spojrzał. W jego wzroku było coś zagadkowego, co wcale jej się nie podobało. Nie tylko dlatego że czerpała rodzaj dumy z przekonania, że zna i ma dokładnie skatalogowaną całą gamę wyrazów, jakie gościły na jego twarzy. Nie, żeby było tego tak znowu dużo.
– Zazdroszczę – powiedziała Tenten z sympatią.
– Cóż, ja jestem w ekstazie – powiedziała Sakura, ale bez zwykłego zapału.
Ino posłała jej zdziwione spojrzenie.
– W jakich technikach specjalizuje się twoja rodzina? – spytał nieoczekiwanie Sasuke i zmarszczył brwi. – Czy ma to coś wspólnego z manipulacją umysłem wroga?
– O. Coś jak genjutsu? – zainteresowała się Tenten.
Lee tylko stał w zupełnie niecharakterystyczny dla siebie sposób, jakby przygnębiony.
– Nie – zaśmiała się Ino. – Uczę się, jak wskakiwać do cudzego ciała – powiedziała konspiracyjnym tonem.
– Czy możesz wtedy korzystać z technik tej osoby? – zainteresował się nagle Lee.
– Jasne, ale nie bez wiedzy, jak je wykonać. Jak odpowiednio manipulować czakrą, to mam na myśli. No i muszę znać właściwe pieczęci, oczywiście.
– Rozumiem – odparł Lee.
– To niemal odwrotność Sharingana – stwierdził z namysłem Sasuke.
– W tym sensie, że moje techniki przejmują ciało przeciwnika a twoje jego umiejętności? – spytała szybko Ino.
Przez chwilę miał ochotę zapytać, skąd tyle wie, ale uznał, że to pewnie tylko kolejny objaw obsesji na jego punkcie. Absolutnie nie zamierzał się też sam z siebie akurat jej przyznawać, że nie ma jeszcze Sharingana.
– Powiedzmy – powiedział wymijająco.
Gdy Ino pojawiła się następnym razem, w końcu przymierzyli się do genjutsu. Umówili się, że za rzeczy zupełnie nowe i przełomowe zabierać się będą tylko w dni, gdy przychodziła. Nie do końca się z tym zgadzał, ale dostrzegał rozsądek w rozumowaniu, że wprowadzanie tematu w czasie, kiedy kogoś nie było, zmarnowałoby go później więcej z koniecznością wprowadzania nieobecnej osoby i pomaganiem jej w nadrobieniu zaległości.
A, że zabieranie się za kolejną gałąź wiedzy shinobi należało zdecydowanie do przełomowych, czekał w miarę cierpliwie.
– Lekcje genjutsu zaczynają się dopiero za dwa lata – trajkotała Sakura, wyraźnie podekscytowana, gdy czekali na polu treningowym na Tenten i Lee. Sasuke zauważył z pewnym rozbawieniem, że prawie podskakiwała a potem zirytował się sam na siebie i uznał to za irytujące. Zmarszczył brwi, ale zupełnie to przegapiła. – Sprawdziłam – dodała z satysfakcją.
– Rany, czytałaś cały program, Czoło? – zirytowała się Ino.
Gdy rozgorzała między nimi kolejna kłótnia, Sasuke pozwolił sobie na chwilę zdziwienia. Najpierw Ino z własnej woli znacząco ograniczyła czas, w którym z nimi przebywała, w którym przebywała z nim, dla trenowania, ze wszystkich rzeczy na tej planecie. A teraz Sakura nie przykładała najwyższej wagi do każdego drgnięcia jego mięśni.
Sasuke powiedział sobie, że go to w najmniejszym stopniu nie obchodzi. Nawet więcej. Nareszcie zaczynały odchodzić od swojej roli wiecznego utrapienia. W samą porę. Dobrze dla nich. I dla jego zdrowia psychicznego. I dla jego treningów. I sfery prywatnej.
Same plusy.
Gdzie byli Tenten i Lee, gdy ich potrzebował? Nie, żeby potrzebował kogokolwiek, oczywiście, ale dystrakcja byłaby miła.
W końcu wyszli zza drzew, mając czelność nie wyglądać, jakby się w ogóle spieszyli. Widać Sakura była tego samego zdania, bo krzyknęła oskarżycielskim tonem:
– Gdzie się podziewaliście?
Lee podrapał się po głowie, podczas gdy Tenten zawiesiła na niej wzrok, bez mrugnięcia okiem.
– Poszliśmy do kina – zaczęła płasko. – A potem, wiecie, jest taka kawiarnia na rogu…
– Rozumiem, rozumiem – stwierdziła Sakura, zrezygnowana, wystawiając w jej stronę wnętrza dłoni, by pokazać, że nie miała nic złego na myśli. – Po prostu nie mogę się doczekać!
Ino, stojąca obok ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, pokręciła głową, przewracając oczami.
Tenten czuła się trochę przytłoczona tą ilością gestów, rozpuszczona przez Sasuke i w pewnym stopniu przez Lee, który był dramatyczny głównie w słowach, nawet jeśli miał swoje momenty.
– Dobra – powiedzała wolno. – To co wiemy o genjutsu?
– To sztuka wpływania na zdolności kognitywne przeciwnika i jego czakrę – stwierdziła Sakura, pukając się po brodzie. Zerknęła na nich, by sprawdzić czy idzie w dobrym kierunku i postanowiła rozwinąć. – Sprawiamy, że w jego głowie pojawia się fałszywy obraz rzeczywistości. Dzielą się na takie, które wpływają na jeden zmysł i na kilka. Zwykle są tak skonstuowane, że umysł przeciwnika sam wypełnia luki. Czasem przywołane obrazy są wynikiem sugestii i pochodzą wyłącznie z wyobraźni ofiary. Albo mają wyzwolić konkretną emocję. Znam też jakieś kilkanaście przykładów technik, ale nie umiem ich wykonać. Jest kilka sposobów, by uwolnić się spod genjutsu – tłumaczyła im dalej jak bronić się przed iluzjami, którego rodzaju czakry do nich potrzeba (byli pewni, że nigdy o nim nie słyszeli), o przykładowych technikach i jak można wykorzystać je z innymi gałęziami wiedzy.
– Rany, Czoło, połknęłaś podręcznik? – spytała wreszcie Ino.
– Nie, ośla głowo. Podzieliłam go na kilka posiłków – odparła bez mrugnięcia okiem.
– Czyli co, teraz awansowałam na osła?
– Będziemy musieli takie rzeczy wkuć w przyszłym roku? – Jęknęła Tenten. – Ile jeszcze tego zostało?
– Właściwie – zawahała się i wsunęła ręką luźne kosmyki włosów za ucho. – Wiecie, Mizuki-sensei całkiem mnie lubi.
– Poprawiłaś ręką włosy? – spytała Tenten podejrzliwie. – Czy ona poprawiła ręką włosy?
– A co za problem? – zirytowała się Ino. – To tylko gest dziecięcego zauroczenia.
– Co? Nie! – krzyknęła Sakura, rzucając Sasuke spłoszone spojrzenie. – To nic z tych rzeczy. Poprawiam włosy, gdy się denerwuję lub jestem zmieszana. To całkiem świadomy gest i ty dobrze o tym wiesz. I jestem od ciebie starsza, Ino-świnio, nie wierzę, że już zapomniałaś – dodała z wyrzutem, który nie był do końca udawany. – Po prostu to jest coś w rodzaju faworyzowania – westchnęła. – Czasami daje mi dodatkowe lektury. Zebrałam się na odwagę i poprosiłam go o książkę o genjutsu. Powiedzmy, że to, co dla mnie znalazł, nie jest dostępne dla każdego.
– Czy to w ogóle legalne? – zainteresowała się Ino.
Sakura wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, ale nie wsypujcie go. To nie tak, że dał mi coś groźnego. – Tenten lekko się skrzywiła, słysząc ostatnie zdanie. – Według tej książki trzeba więcej niż studenta akademii, by wyrządzić komuś trwałą krzywdę.
– Czyli nie jest to zbyt przydatne – podsumowała bezdusznie Ino.
– Sakura właśnie wyjaśniła nam, dlaczego jest – zaprzeczył żarliwie Lee. Posłała mu pełne wdzięczności spojrzenie, pod którego wpływem się zarumienił.
– Czy znalazłaś coś o Mangekyō Sharinganie? – wtrącił znienacka Sasuke.
Zarumieniła się tylko lekko, nim poważnie się nad tym zastanowiła.
– Nie – powiedziała w końcu. – Chyba nie. Chociaż jest rozdział o kekkei genkai, które ułatwiają obronę przed genjutsu lub nawet nie pozwalają go na kogoś rzucić. Sharingan został wymieniony, ale o żadnym Mangekyō nie było ani słowa. – Zwróciła na tę część szczególną uwagę, gdy tylko dostrzegła nazwisko Sasuke, ale niech myślą, że ma fotograficzną pamięć albo coś w tym stylu.
Wtedy miałabyś to wklejone do głowy, stwierdziła Wewnętrzna Sakura złośliwie. To nie przejdzie. Lepiej go spytaj, co za Mangekyō Sharingan.
Zamierzała tak zrobić, dziwne, że ona o tym nie wiedziała, ale teraz, gdy to właśnie jej radziła, postanowiła siedzieć cicho. Już dawno temu zaczęła i zdążyła nawet skończyć przyjaźń z Ino i była na etapie, w którym uważała, że już naprawdę nie powinna mieć wymyślonej przyjaciółki.
– Szkoda, że nie znam żadnego shinobi od genjutsu – stwierdził Lee.
Nie mogli się z nim nie zgodzić, nawet jeśli niektórzy nie popierali do końca doboru słów.
Dotychczas nic podobnego im nie przeszkadzało. Ninjutsu były wyselekcjonowane spośród tych absolutnie najprostszych. Medyczne jutsu trzymali z daleka od siebie samych. Sakura i Ino wykazały talent do manipulacji elementarnej, który zdawał się wskazywać, że będą miały ułatwioną późniejszą naukę.
Ale nic nie przygotowało ich na genjutsu.
Jak mieli posiąść podstawową wiedzę, jaką było rozpraszanie go? Według Sakury tego przede wszystkim uczono się na początku. Dużo czasu poświęcano analizowaniu podstawowych genjutsu od środka, przechodzeniu przez kolejne etapy pod czujnym okiem instrutora.
A tak musieli zaczynać od środka, poprzez stworzenie z niczego relatywnie złożonej kontrukcji z wielką precyzją, bo nieważne jak mała byłaby iluzja, nosiła w sobie wysoki poziom skomplikowania. Samo zachowanie trójwymiarowości! Bez wydatnej pomocy ze strony samej ofiary nie byłoby możliwe oszukanie nawet najprostszego organizmu. Im dłużej o tym myśleli, tym bardziej dochodzili do wniosku, że wdepnęli w najtrudniejszą dotąd dziedzinę wiedzy.
– Musimy z tym do kogoś iść – powiedziała zrezygnowana Sakura. Ino spojrzała na nią wyczekująco. – No, co? – spytała opryskliwie.
Jakkolwiek Ino na co dzień była wrogiem samej idei, by Sakura miała opanowywać coś szybciej od niej, dostrzegała, że to najłatwiejsza droga.
– Mizuki – zaproponowała spokojnie.
– Nie. Już i tak o zbyt dużo go proszę.
– Daj spokój. Ma coś w rodzaju powołania i to do tego stopnia, że jego zajęcia są czasem ciekawe i najwyraźniej, z powodów, które są ponad moim zrozumieniem, stałaś się jego ulubioną studentką, więc to wykorzystaj.
– Po prostu dobrze się uczę – stwierdziła Sakura. – A parę książek to nie jutsu, których nawet nie ma w programie.
– Gdyby nie chciał, żebyś o nich wiedziała, nie podzieliłby się z tobą tą książką. – Coś do niej dotarło. – Może nawet po to ci ją dał – powiedziała w zamyśleniu.
– Wolałabym nie iść do Mizukiego – stwierdziła Sakura. – Tak czy inaczej.
– Dlaczego? – spytała Tenten. – Facet jest niezłym nauczycielem i najwyraźniej chce ci pomóc.
– I to tyle. Naprawdę jest różnica między dodatkowymi materiałami do nauki a długimi godzinami prywatnych lekcji. Prawdę mówiąc nie wiem czy on komukolwiek je daje.
– Opanowanie którejś z technik nie zajęłoby ci wielu godzin – powiedział Sasuke z pewnością siebie. Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem. Zwalczył rumieniec na widok ich reakcji i wzruszył ramionami. – Na razie idzie nam całkiem szybko a nikt nas nie uczy – usprawiedliwiał się.
Zaczęli się zastanawiać, kto go podmienił.
– No. – Tenten odchrząknęła, szukając w głowie szybkiej zmiany tematu. – Czy ktokolwiek daje dodatkowe lekcje w akademii? – spytała nagle.
Ino na nią spojrzała.
– A wiesz, że nie wiem? – powiedziała. – Wydaje mi się, że nie. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Nie słyszałam, by komulowiek to proponowali, ale też nikt przy mnie nie prosił. – Zerknęła na Sasuke. – Lepsi uczniowie wydają się tacy chyba z powodu własnych treningów. A gdyby był jakiś rodzaj obowiązkowego nadrabiania zajęć dla tych najgorszych, to Shikamaru z pewnością nie spałby codziennie z głową na ławce.
– Kim jest Shikamaru? – zainteresował się Lee.
– Taki kolega z klasy – powiedziała Ino krótko, nie chcąc zagłębiać się w długą historię ich klanów.
– Tak, i Naruto nie radziłby sobie aż tak kiepsko – dodała Sakura w zamyśleniu. – Co w ogóle jest z tym chłopakiem?
– To co robimy z genjutsu? – chciała wiedzieć Tenten.
– Na razie próbujemy przekonać tę tam Czoło, by przestała martwić się triksterem i poszła do Mizukiego, bo doszliśmy do tego, że sami nic nie zdziałamy – powiedziała cierpliwie Ino.
– Triksterem? – dopytywał się Lee.
Sasuke zaczynała ta rozmowa drażnić, ale jeszcze nie na tyle, by odejść bez słowa. Chciał wiedzieć, co w końcu postanowią. W najgorszym razie sam przekona Sakurę, to nie powinno być zbyt trudne.
– Naruto to żartowniś – wyjaśniła Sakura. – Taki raczej błazen, prawdę mówiąc. Na pewno trafiliście na efekty jego działań. – Zerknęła na Sasuke.
– Kilka tygodni temu posmarował część szafek zjełczałym masłem – powiedział z obrzydzeniem i wrogością, ponieważ jedną z nich była jego własna. Najwyraźniej nie mógł znieść lepszych od siebie. Żałosne.
– Ach, to – stwierdziła Tenten. – Musi być nieznośny, co?
– Nawet sobie nie wyobrażasz – jęknęła Sakura z wyraźną niechęcią. – Jest do niczego. – Lee skrzywił się.
– W kółko próbuje zwrócić na siebie uwagę – dodała Ino. – Jest irytujący, głośny i nie umie się zachowywać. Nie ma żadnego uznania dla autorytetów i nieustannie naraża się nauczycielom.
– Ma jakichś przyjaciół? – spytał nagle Lee. – Może zachowuje się tak, bo jest… samotny – powiedział cicho.
– Nonsens – powiedziała Sakura z uczuciem. – Dużo ludzi z nikim nawet nie rozmawia. Hinata i Shino, to po pierwsze. Kiba dużo gada, ale dba chyba tylko o Akamaru. To jego pies. A ja świetnie sobie radzę bez Ino-świni – dodała ze złośliwym uśmiechem.
– Może jemu tego brakuje – nie ustępował Lee.
– Może. – Wzruszyła ramionami. – Ale zjełczałym masłem tego nie osiągnie. Poza tym trochę śmierdzi.
– Wróćmy do genjutsu – powiedziała Ino. – Czoło, idź do Mizukiego.
Sakura chwilę milczała. Potem oklapła.
– Nie mam wyjścia, co? – westchnęła. – Porozmawiam z nim jutro po lekcjach, jeśli jeszcze nie wyjdzie. Czuję, że to może być dłuższa rozmowa.
Ino była szczerze zaskoczona, że nie chciała dalej dyskutować lub zmieniać tematu. Może, jakkolwiek to nierealne, jej dawna przyjaciółka wracała.
– Przyniosłem wafelki bez cukru! – krzyknął Lee, zatrzaskując drzwi i zsuwając z nóg sandały.
– Cieszę się, że już wróciłeś, Rocku – powiedziała jego babcia cioteczna dobrotliwie. Przystanął. Najwyraźniej wpadła na chwilę i skorzystała ze swoich zapasowych kluczy. – Znowu walczyłeś z tym chłopcem?
– Nie… Spotkałem się ze znajomymi.
– To dobrze, Lee. Trzeba dbać o znajomych. – Często wygłaszała takie właśnie mądrości, ale jemu to nie przeszkadzało, tylko… – Może pomogą ci w ćwiczeniach?
Lee nie westchnął.
– Tak. Nawet opanowałem jedną technikę.
– A może zajęlibyście się czymś z programu? – zasugerowała miękko.
– Przerastamy program, babciu. Te egzaminy teraz tak bardzo się nie liczą. Zdaję akurat tyle, ile potrzeba. – Nie było jeszcze takiego nacisku na zadania praktyczne, więc naprawdę sobie radził. Mogli nie zaliczyć kilku egzaminów, o ile nadrobią to w następnym roku. Miał jeszcze sporo czasu.
– Wiem, wiem, kochanie – powiedziała, natychmiast się wycofując. – Tak sobie tylko pomyślałam.
– Rozpakować te wafelki? – spytał szybko.
Przypomniała mu o czymś ważnym. Już od jakiegoś czasu nie wyzwał Nejiego.
Ale nie zmartwiło go to szczególnie, ponieważ chociaż jego dłoń była otwarta a ręka zwisała u boku, wafelki z niej nie wypadły.
Mizuki nienawidził uczyć tego roku. Pokładał w nim wiele nadziei. Klasa, która zawierała tylu studentów ze starych, szanowanych rodów, nie powinna być takim rozczarowaniem.
Shikamaru był beznadziejnie leniwy. Chōji ciągle chrupał i miał to wpisane w prawa rodowe, więc żaden z senseiów nie mógł nawet zwrócić mu uwagi. Sasuke był swojego rodzaju rozczarowaniem, ponieważ nie posługiwał się Sharinganem, jak jego brat w tym wieku. I lepiej było nie zaczynać myśleć o Naruto.
Mizuki miał słabość do utalentowanych uczniów. Poczuł żal, gdy Neji okazał się pozbawiony wielkiego zainteresowania dla umiejętności innych niż jego klanowe techniki.
Ale teraz Mizuki miał Sakurę. I Sakura była inna.
Pod wieloma względami przypominała mu jego samego. Nie miała za plecami wielkiego klanu z unikalnymi zdolnościami, technikami przekazywanymi od pokoleń i tradycjami. Wszystko musiała zdobywać sama. I chłonęła wiedzę jak gąbka.
Była na tyle nierozsądna, by najwyraźniej rozstać się z przyjaciółką, która mogła się przydać, ale potrafił to zrozumieć.
Czasem ciężko znieść faworyzowanie.
Nieuzasadnioną sympatię wszystkich innych, mimo że to ty jesteś tym lepszym i bardziej się starasz.
Tak, Mizuki rozumiał to aż za dobrze.
Manipulowanie nią nie było trudne. Zaczął od poświęcania jej trochę więcej czasu podczas ćwiczeń, podpowiadania i dzielenia się uwagami. Przyzwyczajał ją do myśli, że jest odpowiednim człowiekiem do proszenia o pomoc. Potem zaczęło się przynoszenie dodatkowych materiałów, aż w końcu odważyła się i sama już o nie prosiła. A teraz stała na przeciwko, marząc, by nauczył ją genjutsu. Jeszcze nie tak dawno nie znalazłaby dość odwagi, żeby się do niego zgłosić. Była dokładnie tam, gdzie chciał ją mieć.
– Dlaczego chciałabyś się tego nauczyć? – spytał, by nie zgodzić się zbyt szybko.
Sakura zmieszała się jeszcze bardziej.
– Wiem, że genjutsu nie ma nawet w programie – powiedziała cicho. – I, że zbliża się koniec roku. Ale pomyślałam, że miłoby było mieć własną technikę. Coś, w czym byłabym dobra. Może to naiwne.
– To wcale nie jest naiwne – powiedział szczerze. – Nauczę cię kilku technik. Musisz tylko uzbroić się w cierpliwość, bo to nie będzie proste.
– Jestem na to przygotowana – odparła Sakura z determinacją.
Rodzice Tenten mieli niewielkie pojęcie o genjutsu, skupieni głównie na broni, ninjutsu i taijutsu. Lee i Sasuke nie mieli własnych. Ino nie zamierzała siedzieć z założonymi rękami, podczas gdy Sakura zbierała cenne doświadczenie.
Jej ojciec chciał, żeby skupiła się na rodzinnych technikach. Matka jednak dzieliła się już z nią wiedzą za jego plecami i być może zdecyduje się pomóc swojej córce teraz.
Poczekała, aż będą w domu same i zaatakowała:
– Mamo, czy znasz jakieś genjutsu?
Nohara Tōka oderwała wzrok od czytanej książki i zmierzyła ją wzrokiem.
– Myślałam, że chcesz się skupić na swoich rodzinnych technikach – powiedziała z najlżejszym odcieniem oskarżenia w głosie.
Czyli zamierzała to jednak utrudniać. Świetnie.
– Tak, mamo – zaczęła cierpliwie. – Ale w dalszym ciągu muszę mieć coś na spotkania ze znajomymi.
– Nie specjalizuję się w genjutsu – powiedziała powoli. – Wolałabym, żeby twoimi podstawami zajął się ktoś naprawdę kompetentny. Ale mogę cię nauczyć, jak się przed nim bronić – zaproponowała. To nie powinno jej później niczego utrudnić. W końcu w akademii uczyli tego ludzie, którzy na ten temat mieli nie większe pojęcie od niej.
Ino stwierdziła, że dobre i to.
– To kiedy zaczynamy? – spytała z niecierpliwością.
Jej mama uśmiechnęła się i poprawiła okulary.
– Możemy już teraz. Tylko obiecaj mi, że skupisz się bardziej na Zamianie Umysłu, dobrze?
– Obiecuję. – Przytaknęła.
– W takim razie chodźmy na pole treningowe – zdecydowała, zatrzaskując książkę.
Mogły skorzystać z ogrodu, ale wtedy istniało duże ryzyko, że ktoś z rodziny to zauważy i zacznie zastanawiać się, dlaczego Ino uczy się rzeczy przeznaczonych dla starszego roku, gdy hokage tak jasno zakazał wcześniejszego zdawania. A nawet jeśli ktoś, kto mógł ich przyłapać, o tym nie wiedział, wciąż pozostawało pytanie, dlaczego to ona jej to pokazywała a nie Inoichi. Koniec końców lepiej było skorzystać z terenów treningowych.
– Coś jest nie tak – powiedziała Ino. – Tu nie było tych słupów. Już rzuciłaś na mnie genjutsu?
Jej mama przytaknęła.
– Jeśli przestaniesz je widzieć, znaczy to, że się uwolniłaś.
– Jak to zrobić? – Była zaskoczona. Nie wiedziała, kiedy znalazła się pod wpływem iluzji i to ją trochę irytowało i to w raczej mało motywujący sposób.
– Musisz połączyć w ten sposób kciuk i dwa pierwsze palce a dwa ostatnie spleść ze sobą. To jest jedna z dwunastu pieczęci, "tygrys". Powiedzieć "kai" a następnie zatrzymać swoją czakrę.
– Zatrzymać?
– Sprawić, żeby przestała płynąć.
– Wiem, co to znaczy – powiedziała, zniecierpliwiona. – Ale czy to nie powinno być niemożliwe? To tak jakby sprawić, że krew przestaje płynąć. Brzmi niedorzecznie.
– Czakra bardzo różni się od krwi. Przede wszystkim możemy kontrolować jej przepływ. Na tym polega wykonywanie technik. Ale zgadza się, że to trudne. I nie zawsze skuteczne.
– Wiem. Sakura mi mówiła – wtrąciła Ino. – O przepływie.
Przyjęła to bez słowa komentarza.
– Najprawdopodobniej opanowanie tego sposobu zajmie dużo czasu. Niestety nie mam Byakugana, więc nie mogę ci dawać dokładnych wskazówek. Dzięki niemu widziałabym przepływ czakry a tak musimy się w dużej mierze zdać na twoją inuicję. Spróbuję wyciągać wnioski, oglądając efekty, jakie twoje działania mają na iluzję. Nie widzę jej tak dokładnie jak ty, ale mam pewne pojęcie.
Ino bez słowa podeszła do słupów. Dotknęła jednego. Był twardy pod jej ręką, dokładnie o takiej teksturze, jaką powinien mieć.
Starannie ułożyła ręce w odpowiednią pieczęć.
– Kai – powiedziała. Nic się nie zmieniło.
Gdy Sasuke wrócił do mieszkania, była w nim tylko Yūgao. Dziwne, bo zwykle, jeśli nie było Hayate, ona też się nie pojawiała.
– Hej! – powiedział, ponieważ nalegała, by tak się z nią witać. – Czy znasz jakieś genjutsu?
Wykonała dłońmi pieczęć.
– Dlaczego pytasz? – powiedziała głosem Hayate.
Sasuke prawie się zaśmiał.
– Chciałbym się jakiegoś nauczyć. I zastanawiałem się czy mogłabyś mi pomóc.
– Nie ma problemu – stwierdziła lekkim tonem. – Czy interesuje cię, żeby robiło coś konkretnego?
Sasuke miał gotową odpowiedź.
– Czy istnieje jakieś genjutsu, które pozwala ukryć przedmiot?
Yūgao przyjrzała mu się uważnie.
– Myślę, że na twoim poziomie najlepsze byłyby do tego techniki fałszujące wygląd otoczenia – powiedziała wolno. – Ale są też trudniejsze, przeznaczone do tego, by ukryć jakiś konkretny przedmiot.
– Wolałbym zająć się tym drugim – zdecydował, uznając, że na tym, co go interesuje, jest pewnie coś bardziej skomplikowanego.
– Powiem tak, ten drugi rodzaj naprawdę jest trudniejszy. Da się zrobić, oczywiście, ale to zdecydowanie niestudencki materiał. Proponuję najpierw zająć się którąś z prostszych technik szerszego zasięgu.
– W takim razie tak chciałbym zrobić, jeśli mógłbym prosić – powiedział, nie chcąc, by zaczęła wypytywać, do czego właściwie mu to potrzebne. – I chciałbym oczywiście nauczyć się łamać takie genjutsu – rzucił właściwy powód swojej prośby.
– Och, to powinno być łatwiejsze – zapewniła Yūgao.
Nie pozwolił lekkiemu uśmieszkowi pojawić się na twarzy.
– To może zaczniemy od tej prostszej części?
Yūgao zastanawiała się, dlaczego Sasuke chciał się nauczyć czegoś, co umożliwiłoby mu wgląd w archiwa hokage. Bo, że o łamanie podobnych genjutsu mu chodziło, nie miała wątpliwości. Prawie. W końcu jego celem mogło być ukrycie pamiętnika lub coś równie niewinnego.
Może lata służby w ANBU sprawiły w końcu, że nabawiła się paranoi.
A poza tym najpierw musiałby się tam dostać, myślała rozsądnie. Przez dwóch strażników i serię pieczęci. A potem rozszyfrować kody, w których pisane były naprawdę ważne raporty. Dużo zachodu jak na studenta akademii.
Uznała, że nie będzie zagrożeniem dla bezpieczeństwa wioski, jeśli nauczy jednego dzieciaka paru genjutsu.
W celu ustalenia, co przypomina styl, jakim mogli się posługiwać shinobi w akademii, obejrzałam walkę Sakury i Ino (okazała się znacznie lepsza od tego, co zapamiętałam, zupełnie odwrotnie od tej Nejiego i Hinaty, którą przez lata uważałam za najważniejszą po Gaarze i Lee), ponieważ założyłam, że one nie wyszły poza to, czego tam uczono na zajęciach taijutsu. I ze zdumieniem odkryłam, że mi to najbardziej wygląda na kickboxing. Te akrobacje, pojawiające się później w serii, to nie wiem, do czego porównać.
