Tort pochodzi ze strony durszlak pl. Przepis na niego figuruje tam pod nazwą "tort matcha z czerwoną fasolą". Przyznam się, że jak smakuje, nie wiem, ale brzmi rewelacyjnie. Jak ktoś wypróbuje, to niech mi zaraz daje znać, jak poszło.
Anonim, długo, długo, ale oto jest!
Anonim, co myśleć o tym, że jestem lepsza w elementach epistolarnych od Goethego, przynajmniej na krótką metę? Cieszę się najbezwstydniej, oczywiście.
Sama też nie spotkałam się z pomysłem wakacji w fanfiku narutowym, ale jestem niemal pewna, że musieli je mieć, nawet jeśli to akademia shinobi. Podejrzewam, że w przyszłości nieraz napiszę tekst o konieczności uropu już w czasie kariery, ale jeszcze nie teraz.
Uwielbiam wplatać do fabuły nietoperze pocztowe i inne takie elementy świata przedstawionego.
Jeśli chodzi o Sakurę i Mizukiego to tak, dokładnie. Ale on celuje głównie w coś trochę innego.
Naruto w niemal żadnym z fanfików nie ma lekko. U mnie nie wszystko jest i będzie źle. Poza Ichiraku Ramen i hokage będzie miał tu nie tylko luźne kontakty z Kibą, ale i z innymi ludźmi, z którymi jest to sugerowane w kanonie, przynajmniej jeśli chodzi o anime. Nie zawsze idę tam, dokąd ono, nawet niezbyt często, ale w tym wypadku akurat tak. Wyłonią się też pewne niespodzianki.
Co do Hinaty, to w oryginale nie ma chyba żadnej sugestii, by zawarła z kimś bliższą znajomość. Biorąc pod uwagę jej charakter, najbardziej prawdopodobne, że ciągnęłoby do niej ludzi apodyktycznych, moim zdaniem. Postanowiłam jej tego oszczędzić.
Uznałam za sensowny pomysł, że w nauce pieczęci pomaga osoba z Byakuganem i stąd pojawiła się Hikari. Jest to kolejne z moich posunięć w celu ubogacenia oryginalnego świata, ale wplatam ją w fabułę, jakby zawsze tam była.
Joreth, ach, gdyby to była prawda! :D
Jak cudownie! Cieszę się z każdego słowa! Zwłaszcza, że posiedziałam nad tymi listami, próbując sprawić, by były pod wszystkimi względami prawdopodobne.
Co do Naruto, pojawi się. A nawet pojawią.
Już ma coś w rodzaju kumpla w postaci Kiby. Jeśli chodzi o Naruto w oryginalnej historii, to autor naprawdę nieźle to obmyślił. Nie ma możliwości, by wszystkie dzieci nie lubiły Uzumakiego, dlatego że rodzice im kazali. Od kiedy każdy nieletni słucha starszych? Ale jest taki rodzaj klasowego klauna, którego inni nie lubią.
Tylko moim zdaniem Naruto ma coś, co sprawia, że nie każdy go do tej kategorii wepchnie.
Poza tym to jak jest traktowany przez mieszkańców Konohy, on sam mógł sobie wyjaśnić w bardzo konkretny sposób. Nie spotkałam się nigdy z fanfikiem, w którym ktoś postarał się, by Naruto znalazł prawdopodobne wytłumaczenie dla ich zachowania, a przecież musiał się nad tym zastanawiać.
I dlaczego nigdy nie pytał o możliwą tożsamość rodziców? Niedługo zaproponuję pewną odpowiedź.
Gdyby zdarzyło mu się to kiedykolwiek wcześniej, Naruto zapewne po prostu by się wycofał, ale on zdębiał. Poza tym jakaś jego strona i to niemała chciała stanąć do walki, więc zamarł, zakleszczony pomiędzy dwiema możliwościami.
Ludzie czasem przechodzili na drugą stronę ulicy, szeptali między sobą i obserwowali czujnie, jednak nie nazwali go nigdy złodziejem w twarz, o wymachiwaniu nożem nie mówiąc.
To dziwaczne przekonanie, że jak dzieciak ze sierocińca, to zaraz kradnie, najwyraźniej ciągnęło się za nim nawet wtedy, gdy już przestał w nim mieszkać. Skąd tak wielu ludzi zdawało się wiedzieć, że tam w ogóle był, stanowiło kolejną nieprzeniknioną tajemnicę w życiu Naruto, ale nie to było najważniejsze. Za te głupie stereotypy też zamierzał się zabrać, kiedy już zostanie hokage.
Ale co robić teraz?
Wyciągnął ręce do przodu. Facet zrobił wolny krok w jego stronę.
– Wyno-o… Ha! – Ostatnia sylaba zamieniła się w jego ustach w coś bardziej przypominającego zachłysnięcie się, gdy żylaste ciało z wielką siłą rzuciło się na niego zza pleców Naruto, powalając na ziemię.
Kobieta krzyknęła. Mężczyzna wrzasnął głośniej.
Do podłoża przygniatał go warczący nisko pies. Wydawał się dość duży, zwłaszcza dla kogoś, komu za porównanie służył głównie Akamaru, ale Naruto nie miał pojęcia czy długo będzie w stanie przyciskać dorosłego człowieka do ziemi.
Inni ludzie zaczęli się zbiegać z głównej ulicy. Mężczyzna szarpnął się raz i drugi, ale zwierzę nie dawało za wygraną i zmieniało pozycję, uniemożliwiając mu wstanie. W końcu zirytował się i z warknięciem wbił psu nóż w bok. Zwierzę zaskowyczało i nim Naruto zdążył ruszyć i spróbować jakoś interweniować, odskoczyło. Krew pociekła mu z rany czerwoną strugą po jasnej sierści. Utkwiło spojrzenie w ręce mężczyzny, a następnie, ignorując ból, skoczyło i wbiło mu w nią zęby.
– Co tu się dzieje? – krzyknął ktoś zza pleców Naruto, ale on nie odrywał oczu od zwierzęcia, tak na wszelki wypadek. Żadne dotąd go nie lubiło a nie zamierzał skończyć jak ten palant na ziemi.
Zwierzę wypuściło rękę z pomiędzy szczęk i odwróciło łeb w stronę Naruto. Zmierzyli się wzrokiem, człowiek i pies.
Krew spływała z arsenału wyszczerzonych kłów, wykrzywionych w czymś, co złudnie przypomniało upiorny uśmiech.
– Ugryzła mnie! Ugr-ryzła! – warknął tamten, próbując zepchnąć je z siebie. Pies mrugnął raz, niezwykle powoli, patrząc Naruto prosto w oczy, a potem obrócił łeb i ruszył. – Na co czekacie? – spytał mężczyzna z niedowierzaniem. – Łapcie tę sukę!
Naruto chciał pobiec za nią, gdy nagle z góry, najprawdopodobniej z dachu, zeskoczyła pomiędzy nich jakaś osoba tak blisko niego, że mógł się jej dobrze przyjrzeć. Przynajmniej na tyle, na ile pozwalał długi, szeroki płaszcz. Czyli w sumie zobaczył niewiele. Jej ciemne sandały zderzyły się cicho z ziemią. Po białej masce prześlizgiwały się promienie słoneczne. Chyba patrzyła, jak pies ucieka. Nikt nie odważył się jej minąć. Spojrzał do tyłu. Za jego plecami stało dwóch niemłodych mężczyzn i kobieta z najbardziej dziwaczną fryzurą jaką Naruto widział w życiu. Różowe włosy Sakury były urocze. Ona miała je ciemne, ucięte po bokach tak, że zakrywały częściowo uszy dwoma grubymi pasmami, nad czołem zaś były jeszcze krótsze i układały się na kształt zębów, kończąc się na środku czoła. Z tyłu splecione były w długi warkocz, który swoją niestarannością przebijał wszelkie w stylowy sposób, luźno puszczone pasemka Ino czy przedziwny kolec, jaki wyłaniał się po lewej stronie gwałtownie z i tak krzywo uciętych w czymś w rodzaju długiego pazia włosów Ami jak miecz lub krucze pióro.
– To chyba nie jeden z Inuzukowych – powiedziała zamaskowana osoba spokojnie. Jej głos brzmiał na żeński.
– Ten pies zaatakował mojego męża – stwierdziła drżącym głosem kobieta w białym stroju, pomagając mężczyźnie wstać.
– Pani mąż groził komuś nożem – odparła i czy to była irytacja w jej głosie?
Dzisiejszy dzień nie przestawał Naruto zdumiewać.
– Mógł coś ukraść z torebki mojej żony – odparował mężczyzna zmęczonym głosem, zaciskając dłoń w miejscu ugryzienia. – Równie dobrze mógł wpaść na nią celowo. Ten pies nie powinien sam się pałętać. Gdzie jest właściciel?
– Jej partnerka nie żyje. I to była Inuzuka – wtrąciła nagle kobieta z dziwaczną fryzurą.
– To Inuzukowie już nie usypiają bezpańskich psów? – spytała żona poszkodowanego. – Przecież to niebezpieczne! Wszyscy wiedzą, że one potrafią być agresywne.
Zamaskowana osoba oparła dłoń o biodro.
– Jak wieść gminna niesie… – mruknęła, unosząc głowę w stronę nieba.
– Trzeba to zgłosić – kontynuowała kobieta w białym stroju. – Powinni go uśpić.
– Hej – powiedział Naruto. Wyszło to trochę cicho i chropowato, więc powtórzył. – Hej! Ten pies to dziewczyna, tak? – spytał nerwowo. – W każdym razie chciała dobrze przecież! Nie można jej za to zabijać. Bo to znaczy "uśpić", prawda? Chcecie ją zamordować!
– Bystry chłopak – powiedział krwawiący mężczyzna. – Ta suka atakuje ludzi. Innego wyjścia nie ma.
– Przecież tylko ugryzła cię w rękę – zauważył ze zdumieniem. – I to po tym, jak wbiłeś jej nóż. Palancie!
– Nazwij mnie tak jeszcze raz… – warknął mężczyzna.
– Nie mogę pozwolić panu zadać mu żadnych trwałych obrażeń.
– Spokojnie. Nie będą trwałe – zapewnił z ponurym jadem.
– Proszę się wycofać, a rana na ręce pozostanie jedynym pańskim zmartwieniem – powiedziała, zbliżając się o krok.
– Nie może mi pani grozić. Ta sprawa jest poza zakresem obowiązków ANBU.
– Wręcz przeciwnie – odparła. – Ale ja panu nie grożę. W obliczu nieobecności służb policyjnych, przejmujemy kontrolę nad porządkiem publicznym.
– To wojskowa tyrania! – krzyknął mężczyzna, oburzony. – Gdy nie ma Uchihów, nikt nie patrzy wam na ręce.
Słysząc to nazwisko, Naruto mimo woli się zainteresował. O co w tym chodziło?
– Zapewniam, że oni także nie akceptowaliby przemocy.
– Dlatego trzeba zgłosić atak tego psa – wtrąciła żona poszkodowanego mężczyzny.
– Proszę to w takim razie zrobić – powiedziała ANBU.
– Jakie są procedury? – spytała natychmiast.
– Nie wiem – odparła i zniknęła w kłębach dymu.
– Oburzające – powiedziała zirytowana żona. – Państwo widzieli całe wydarzenie, prawda?
– Tak – potwierdził starszy z mężczyzn.
– Czy mogliby panowie podać nam swoje dane, by w razie czego być świadkami?
Jeden z mężczyzn natychmiast odwrócił się i zaczął odchodzić.
– Proszę pana? – krzyknęła za nim kobieta.
Nie zareagował.
– A państwo? – spytał jej mąż.
– Proszę poczekać, już szukam kartki – powiedział jeden z gapiów.
– Chwila, przecież to głupie – spróbował Naruto.
– Nie przejmuj się – odparła kobieta z dziwną fryzurą. – Wszystko będzie dobrze.
– Nie będzie! Ten pies tylko chciał pomóc! Arg!
Musiał coś wymyślić.
Zastanowił się czy powinien pójść z tym do hokage. Ale przecież teraz staruszek przygotowywał się do wieczornych uroczystości i najpewniej nie będzie go mógł wysłuchać. Nie, najlepiej po prostu poczekać, aż go odwiedzi.
Może powinien pójść z tym do Kiby? Jeśli to był pies należący do jego rodziny, pewnie najlepiej się tą sytuacją zajmą. Ale pamiętał, co powiedziała ta irytująca kobieta. Co, jeśli zwierzę miało być uśpione, ale na przykład uciekło?
Naruto podjął decyzję. Namówi hokage do współpracy, używając wszystkich dostępnych metod, a w międzyczasie coś załatwi.
Wbił oczy w ziemię i czujnie podążył za śladami krwi i psich łap, tylko raz robiąc przerwę, by odbić na moment w stronę apteki.
W końcu znalazł się na ścieżce leśnej. Zaniepokoił się. Jeśli zwierzę dokądś skręciło, będzie miał duże trudności ze znalezieniem go. Jego niepokój okazał się uzasadniony, gdy w pewnym momencie ślady zaczęły prowadzić między krzaki. Z głośnym westchnięciem zagłębił sie w gęstwinę. Nagle wydało mu się, że coś słyszy. Wytężył uwagę. To było coś w rodzaju przeciągłego gwizdu. Ruszył w stronę, z której wydawał się dobiegać dźwięk. W końcu dotarł do rozłożystego, iglastego krzaka. Zajrzał pod spód i zobaczył psa. Lizał swój bok, wpychając grzbiet pomiędzy gałęzie.
– Cześć, mała – powiedział najbardziej kojącym, pogodnym tonem, na jaki było go stać. Pies ułożył się na boku i spojrzał na niego oczami, których kolor z powodu odległości i cienia był nie do odgadnięcia. Z gardła zwierzęcia zaczął się wydobywać ostrzegawczy, przeciągły warkot. – Dobrze, dobrze. – Wyciągnął ręce dłońmi skierowanymi w stronę psa. – To nie był mój najlepszy tekst. Nie złość się na chłopaka, skoro próbuje, he he. – Zwierzę szczeknęło ostro i głośno, a potem drugi raz. – Dobra, zaraz sobie pójdę. Tylko mam tu bandaże, pomyślałem, że cię opatrzę? Mistrzem bandażowania nie jestem, ale trochę tego mieliśmy w akademii. Zawsze mi mówią, że moje opatrunki wyglądają jak warkocz oscypkowy… – Wiedział, że papla, ale miał nadzieję, że to chociaż trochę je uspokoi. Bardzo powolnym ruchem sięgnął do torby, cały czas pod uważną obserwacją i wyjął z niej rulon bandaża, gazy oraz środek odkarzający. – Jakbym wiedział, co to oscypki, głupie palanty. Ale lepiej nie będzie. Chyba, że mam przyprowadzić jakiegoś Inuzukę?
Kiba zawsze twierdził, że ich psy doskonale rozumieją, co się do nich mówi, ale Naruto nie był taki pewien. Czuł się jak ostatni pajac, pytając zwierzę o opinię. Jego kolega sobie mógł, miał tę głupotę we krwi, ale on nie i gdyby go teraz Sasuke zobaczył, pewnie udusiłby się z pogardy. Pies kłapnął szczęką i zmierzył go wzrokiem, po czym obrócił się na brzuch i wyczołgał spod krzaka, by w końcu stanąć przed nim w pełnej okazałości. Naruto wydał się on raczej duży, zwłaszcza, że za skalę porównawczą służył mu głównie Akamaru, na którego z dużą łatwością dałoby się nadepnąć.
Kark tego zwierzęcia znajdował się wyżej od kolan Uzumakiego. Miał duży łeb z czarnym pyskiem a znad niego dwoje czerwonych oczu o głębokim, bystrym i jakby nieco melancholijnym wejrzeniu obserwowało go z czujnością niespokojnego, cierpiącego stworzenia.
– Jasne. – Oblizał spieszchnięte usta. – Eee, to teraz opatrunek, nie? Super. Tylko się nie załam, bo ja jestem w tym naprawdę ostatnia noga. Żeby nie było, ten teges, że nie ostrzegałem.
Pies chyba kichnął, ale Naruto uznał, że równie dobrze mógło to być pełne zniecierpliwienia prychnięcie i bez dalszej zwłoki zabrał się do roboty. Ukląkł i psiknął kilka razy na ranę środkiem odkarzającym, na co zwierzę nie zareagowało w żaden sposób, a potem przyłożył gazę i zaczął owijać jego bok bandażem.
– A tak w ogóle to serdeczne dzięki za ratunek tam, w uliczce – mówił wesoło dalej, od czasu do czasu muskając szorstką, płową sierść. – Rany, nikt nigdy do mnie nie wystartował z nożem. Jasne, wioska shinobi, ale żeby tak? No i trochę mnie zamurowało, nie? – Zmarszczył brwi w determinacji. – Następnym razem tak nie zamarznę. Nie pozwolę, żeby kogoś jeszcze zraniono w mojej obronie, uwierz mi.
Pies niczego nie odpowiedział, ale dla Naruto każda obietnica była tak samo ważna i tej złożonej w lesie zwierzęciu zamierzał twardo dotrzymać.
Co by się nie działo, chciał być samodzielny. Nie miał za sobą całej policji Konohy. Jakby się tak nad tym zastanowić, to właściwie od jakiegoś czasu żadnego z tych bufonów nie widział. Co właściwie powiedział ten facet? Nie pamiętał. Zresztą nie miało to wiele sensu. Może wypyta staruszka, jeśli będzie pamiętał. Chociaż w sumie co go to obchodziło?
– Dobra, skończone – powiedział w końcu, po czym podniósł się, otrzepał i poprawił gogle. – Nie wygląda nawet tak nędznie, co? – Wzrok psa zdawał się wskazywać, że ma swoje wątpliwości. – To co, chcesz skoczyć ze mną na coś do jedzenia? Ja stawiam. – Zwierzę całkiem nieoczekiwanie zamerdało ogonem. – Tylko nie jestem pewien czy możesz iść do wioski. To zabijanie bezpańskich zwierząt to jakaś bujda? – Pies po prostu ruszył w stronę zabudowań. – No i to rozumiem. Mam nadzieję, że lubisz ramen, nie?
– Wszystkiego najlepszego, Naruto! Och, jaki piękny! – powiedziała Ayame, jeden z jego ulubionych ludzi na całej Ziemi. – Co mu się stało?
– To ona – odparł z dumą. – Wyciągnęła mnie z tarapatów i została zraniona.
– Jak to? – Zdenerwowała się. – Ktoś cię zaatakował?
Naruto machnął ręką.
– To nic takiego.
– Powinieneś to zgłosić, prawda, tato? – spytała stojącego obok właściciela Ichiraku, który przyglądał się ulubionemu klientowi ze zmartwieniem.
– Oczywiście – powiedział natychmiast. – Najlepiej samemu hokage.
– Nie chcę zawracać mu głowy – stwierdził, drapiąc się po głowie i ignorując fakt, że chciał zajmować mu ją losem bezpańskiego psa.
Ojciec i córka spojrzeli na siebie.
– To nie jest zawracanie głowy – odrzekł poważnie Teuchi.
– Nikt tu nie ma prawa cię tknąć – wtrąciła Ayame stanowczo.
Brwi Naruto podjechały w górę.
– Do-obra – powiedział wolno i niepewnie. – To może powiem o tym komuś innemu a nie od razu hokage? – rozważał.
Ayame pokręciła głową.
– Nie. Najlepiej będzie, jeśli pójdziesz prosto do niego. Wtedy będziesz miał pewność, że sprawa zostanie odpowiednio załatwiona.
Teuchi posłał jej ostre spojrzenie. Wzruszyła lekko ramionami, jakby chciała powiedzieć "no, co, to prawda". Westchnął.
– Naruto, to bardzo ważne, żebyś z nim o tym porozmawiał, dobrze?
Nie zamierzał zrobić nic podobnego. Poradzi sobie sam. Nie chciał jednak okłamywać właściciela, więc zamiast odpowiedzieć, wzruszył ramionami.
– Proszę – powiedziała Ayame, już zupełnie wychodząc ze swojej roli.
– Dobrze, zrobię to – odparł niechętnie, patrząc w bok. Córka właściciela rozpromieniła się.
– Skoro to mamy za sobą – zaczął Teuchi. – Przejdźmy do przyjemniejszych rzeczy. Na co masz dzisiaj ochotę?
– I co przygotować dla twojej nowej przyjaciółki?
Uśmiechnął się tak, że blizny na policzkach prawie podjechały mu za uszy. Poważnie, gdyby nie Sakurcia, oddałby jej pewnie nie tylko żołądek, ale i serce.
I nagle coś do niego dotarło. Pierwszą w życiu randkę miał z psem. Ale niech będzie. Przynajmniej mógł bez problemów wybrać miejsce.
Miał nadzieję, że nikt nie zacznie się nagle rzucać, by ją usypiać.
Ayame pochyliła się i postawiła pełną miskę przed psem. Pochylił łeb i zaczął chłeptać. Cóż, ta dziewczyna nie jadła też lepiej od niego.
– Wiesz, jak ona się wabi? – spytała córka właściciela z uśmiechem.
– Nie – powiedział, gdy wciągnął kluski. – Wiem tylko, że to pies Inuzuków, ale bezpański.
– Taki duży? – zdziwiła się.
– Jego… właścicielka? Albo właściciel. Nie żyje.
– Ach! – powiedziała ze zrozumieniem.
– Tak – odparł ponuro. – Dobrze, dzisiaj tylko dwie porcję, bo mam poślizg i muszę wrócić do domu.
Właściwie, gdy tak spojrzał na zegarek, to miał pół godziny do przyjścia hokage. Zsunął się ze stołka.
– To jak, zjedzone? – zapytał psa. – Masz ochotę iść ze mną? – Jednak zwierzę obróciło się i odeszło. Wzruszył ramionami. – Było miło, póki trwało – skwitował i uśmiechnął się krzywo. – Dziękuję za posiłek!
Zapłacił i pędem ruszył do domu. Tym razem postanowił trzymać się z dala od bocznych uliczek. Choć trwało właśnie przemówienie hokage, część tłumu spacerowała głównymi ścieżkami, które były dodatkowo węższe niż zwykle, ponieważ zajmowały je budki i stragany, wokół których kłębili się ludzie. Jednak dalej na tyle szerokie, że bez większego trudu przedostał się do domu. Zwłaszcza, że się przed nim rozstępowali. Jej, to w sumie miało swoje plusy.
– Zapraszam! – krzyknął z kuchni, gdy usłyszał pukanie.
– Witaj, Naruto – powiedział trzeci hokage, najpotężniejszy wojownik w całej wiosce i wdepnął w pudełko po ramenie.
Gospodarz wychylił głowę zza drzwi, jego dłonie ciągle zajęte wycieraniem talerza za pomocą błękitnego ręcznika i znieruchomiał, zmartwiały, po czym zacisnął wargi, by nie wybuchnąć śmiechem.
Hokage spojrzał na niego bystro.
– Ja nie zdążyłem jeszcze do końca – zaczął Naruto szybko. – Posprzątać tutaj, bo dużo się zdarzyło, he he. Zaraz całą historię sprzedam jak nic. A teraz co mogę podać do picia, staruszku?
Hokage pociągnął z fajki i wypuścił wielki kłąb dymu.
– Jeszcze się jakoś trzymam, Naruto – powiedział spokojnie. – I kawę. Z mlekiem i cukrem, poproszę.
– Ta jest! – krzyknął wesoło i zniknął w kuchni. – Za-apraszam!
Hokage wszedł do jasno oświetlonego, niewielkiego pomieszczenia. Na środku stał okrągły stół, przykryty pomarańczowym obrusem, który okalały kuchenka, pralka, suszarka do ubrań i lodówka. Nad nimi znajdowały się szafki z naczyniami i ukryty ociekacz. Wszystkie z jasnymi drzwiami. W mieszkaniu Naruto nie zdejmowało się butów, więc podeszwy ich sandałów stukały o żółte kafelki. To było słoneczne, ciepłe pomieszczenie w dzień, ale chłodne promienie lampy częściowo tłumiły ten efekt wieczorami.
Obrus i Naruto były jedynymi naprawdę niedotkniętymi tym elementami. Może to prawda, że sposób, w jaki się ubierasz, wpływa na twój nastrój, bo Uzumaki był bliski nucenia, nawet jeśli zapewne sprzątał przez ostatnie godziny.
Niewiele z tego widać, ale z pewnością się starał. Hokage nie wiedział, jak mieszkanie wyglądało wcześniej.
– Oto twój tort, Naruto – powiedział, kładąc na blacie duże, białe, papierowe pudełko.
Oczy chłopaka zalśniły.
– Dziękuję, staruszku!
Z szybkością przyszłego shinobi zdjął pokrywkę. Jego oczy się rozszerzyły.
– Czy to jest mech?! – krzyknął. – Czy tarpan?
Tort przykryty był cienką warstwą czegoś ciemno-zielonego, co w dodatku sprawiało wrażenie, że jest lekko włochate.
– Zobaczysz. – Uśmiechnął się. – Ichiraku Ramen nie wprowadziło jeszcze sprzedaży tortów, niestety – powiedział z westchnięciem.
– Nie szkodzi. Jak zostanę hokage, zmuszę ich do tego dekretem.
– Już próbowałem – odparł natychmiast. – Niestety rada nie popiera tego projektu.
– Spokojna głowa, ja się już nimi zajmę! – zapewnił, nie odrywając oczu od tortu.
– Mam nadzieję, że nie odliczasz dni do mojej śmierci, Naruto. Wolałbym jeszcze pożyć.
– Oj, spokojnie, staruszku. Przecież jestem za młody, by rządzić.
– Niektórzy uznaliby to za impertynencję.
– Eee?
– Bezczelność – wyjaśnił spokojnie.
– Jasne – powiedział z poważną miną. Pokroił tort, który prawie się przy tym nie rozpadł i zabrali się za jedzenie. – Ojej – stwierdził powoli. – Czy to…?
– Tak, czerwona fasola. – Uśmiechnął się w widelec.
– Jesteś najlepszy!
– Dziękuję, Naruto. W końcu nazywają mnie Bogiem Shinobi, to zobowiązuje.
– Eee?
Kiedy skończyli jeść, hokage rozpoczął ich typową pogawędkę, uzbrojony w fajkę w jednej dłoni i kubek z kawą w drugiej, który był biały i miał czerwony znak liścia, jakżeby inaczej.
– Jak sobie tu radzisz, Naruto? – spytał serdecznie.
– W mieszkaniu? Dobrze. Raz była awaria prądu, ale jak ktoś z opieki studenckiej przyszedł, to zaraz naprawił.
– Następnym razem od razu do nich pójdź i poproś o pomoc.
– To samo powiedzieli.
Hokage ufał ludziom, którzy zarządzali pracownikami tych służb i miał swoje powody. Nigdy nie zawiedli jego zaufania. Większość dorosłych w chwili ataku demona mieszkańców wioski wiedziała, kim jest Naruto, co do tego nie należało mieć złudzeń, ale zawsze udawało się znaleźć takich, którzy nigdy tej wiedzy nie pozyskali, mieli informacje wpływające pozytywnie na ich ocenę lub po prostu starali się wykonywać swoją pracę rzetelnie, niezależnie od okoliczności.
Pojawiali się też tacy, którzy szczerze chłopca lubili. Kobieta, u której zaopatrywał się w stopniowo coraz jaskrawsze ubrania, dzielnie zdobywająca takie ze znakiem wiru. Pracownicy sklepu papierniczego, którzy zaopatrywali go w materiały dla początkującego psotnika. Ichiraku Ramen, oczywiście. O tych wiedział. A byli jeszcze i inni.
Niezwykle rzadko zdarza się człowiek, który na świecie jest zupełnie sam i Naruto nigdy nim nie był. I nie dlatego że zawsze miał zapewnione nieuświadomione towarzystwo Dziewięcioogoniastej Bestii.
– A jak twoje zdrowie, Naruto?
– Dobrze. Nie przeziębiłem się wieki całe. A twoje, staruszku?
– Ach, kaszel, katar. To przepracowanie. – Pokiwał smutno głową. – Nawet sobie nie wyobrażasz, ile ja dziennie muszę przeczytać papierów.
– Zamierzam zatrudnić kogoś do czytania – zapewnił Naruto. – Może Sakurcię? Wtedy byłaby blisko. – Rozmarzył się. – Albo Sasuke. Miałby drań za swoje.
Hokage zdziwił się, że tak szybko po tragedii Naruto tak mówił o ocalałym członku klanu Uchiha.
– Może spróbuj być dla niego bardziej wyrozumiały? – zasugerował pół żartem, pół serio.
Naruto wzruszył ramionami. Kiedy hokage skończył kawę, ożywił się.
– Hej! To już po kawie czyli koniec odpytywania i teraz ja mogę opowiedzieć, jak mi minął dzień? – Uśmiechnął się niewinnie.
– Tylko pod warunkiem, że zrobisz mi następną – stwierdził spokojnie i przyłożył fajkę do ust.
– Zaatakował mnie jakiś facet z nożem – powiedział wesoło Naruto.
Fajka nie wypadła mu z ręki, ale prawie pękła pod wpływem jego uścisku.
– Opowiedz mi to ze szczegółami, nalegam – odparł cicho.
– Oj, spokojnie, to nic poważnego, naprawdę! – Hokage szczerze w to wątpił. – I zdobyłem przyjaciela!
– Może opowiesz mi wszystko od początku?
I tak otrzymał niezwykle chaotyczną relację z wydarzeń tego dnia, z której dzięki wieloletnim doświadczeniom zrozumiał więcej niż prawdopodobnie byłby w stanie jakikolwiek inny człowiek na ziemi, może z wyjątkiem Ōnokiego.
Bez wątpienia raport z tego wydarzenia leżał już gdzieś na jego biurku. Bez wątpienia mężczyzna został poinformowany o konsekwencjach grożenia ludziom nożem. Niestety w świetle prawa Naruto wraz z udaniem się do akademii uzyskiwał częściową dorosłość. Działo się tak między innymi po to, by zniechęcić ich do wchodzenia w konflikty z rówieśnikami. Jeśli mężczyzna udał się potem do szpitala, by udokumentowano jego obrażenia, niczego to najprawdopodobniej nie zmieni. Gdy Naruto niepewnie pytał, co stanie się z bezimiennym psem, zapewnił go, że działał w jego obronie a Inuzuka nie usypiają już zwierząt pozbawionych partnera.
Był przekonany, że na tym sprawa się zakończy.
– Do-obra, to gdzie są wszyscy?
Tenten rozglądała się, odkąd wyszła na ulicę i nie mogła trafić na nikogo z grupy swoich znajomych.
Minął ją tłum Hyūgów, wśród których najprawdopodobniej ukrywał się Neji. Widziała też przez chwilę równie charakterystyczny, wytatuażowany klan z psami i kilkunastu ludzi w okularach i ubraniach zakrywających większość ciała, zapewne również stanowiących rodzinę. Sasuke umiałby pewnie coś o nich powiedzieć, ale gdzie go znaleźć? Wydawało jej się też, że mógł minąć ją jakiś Yamanaka, ale z pewnością nie była to Ino i nie zdążyła go o nią spytać.
– Czyżbyś chciała nas zostawić? – spytała mama.
– Jak okrutnie! – dodał ojciec.
– Hej, dajcie spokój. – Machnęła ręką. – Jestem z wami od początku, a już po mowie hokage jest! Zostawili mnie, no, normalnie zostawili!
– Och, kochanie, zawsze masz nas! – krzyknął ojciec.
– Tylko mi tu nie kochaniuj. – Przewróciła oczami. – Idę sobie coś kupić, tak na pocieszenie.
Gdy wybierała pierogi, jej tata zauważył:
– Jesteśmy jedynym w swoim rodzaju klanem.
– M-m?
– Tylko w naszej rodzinie kobiety lubią baraninę.
Tenten zaśmiała się. Nagle trochę na lewo od niego, w oddali, zauważyła Sakurę.
– Oj, to moja koleżanka! – powiedziała, wskazując ją ręką.
– Jedna z tych, z którymi trenujesz do upadłego? – spytała mama.
– Można tak to nazwać – stwierdziła.
– To idź, my się sobą zajmiemy – zaproponowała, kładąc partnerowi rękę na ramieniu.
– Świetnie, super, nie chcę znać szczegółów. – Pomachała im na pożegnanie. – Hej, Sakura!
Koleżanka odwróciła głowę od ludzi, którzy najprawdopodobniej byli jej rodzicami, jeśli włosy ojca i twarz matki były jakąkolwiek podpowiedzią i pomachała w jej stronę.
Tenten zdążyła usłyszeć:
– Wrócę do domu za dwie godziny, dobrze? – I już Sakura ruszyła w jej stronę.
To było długo, zwłaszcza, że ciemno zrobiło się już jakiś czas temu, ale jej rodzice nie protestowali, nawet jeśli byli zdziwieni.
Tenten nie była pewna, o czym będzie rozmawiać przez tyle czasu z osobą, której właściwie nie znała, tak, by wszystko nie zeszło zaraz na temat jej miłości, ale postanowia spróbować.
– Hej, Tenten! Widziałaś może Sasuke?
No i to by było na tyle.
– Nie. – Pokręciła głową, siląc się na nieprzewracanie oczami.
– Och. – Na chwilę straciła zapał, ale zaraz rozejrzała się. – Próbowałaś już czegoś do jedzenia?
– Tak. – Uśmiechnęła się. – Pierogi z baraniną na tamtym stoisku są po prostu wybitne.
– Pierogi, mówisz? Oby mieli coś innego od baraniny! – skrzywiła się.
Zaśmiały się i w dobrych humorach ruszyły na zdobywanie pożywienia. Może nie będzie tak źle?
Gdy nie znalazły żadnej wolnej ławki, czego należało się tylko spodziewać, Tenten zdjęła kurtkę i usiadły wprost na trawie na najbliższym od centrum Konohy polu treningowym. Czasem mijali je ludzie, ale nie było w pobliżu żadnej obściskującej się pary, więc uznała, że wyszły na tym zwycięsko, nawet jeśli po drodze prawie wdepnęła w czyjeś wymioty.
– Jeśli nas jakiś pijak zaatakuje, wbiję mu kunai w oko – zapewniła.
– Nigdy tak o tym nie myślałam – powiedziała Sakura w zamyśleniu.
– O czym? – zdziwiła się.
– Chodzi mi o to, że Konoha wydaje się taka bezpieczna. Nigdy nikt mnie tu nie zaatakował, wiesz?
– Cóż. Ja uważam, że powinno się więcej mówić o tym, co może spotkać dziewczynę i jak się bronić – stwierdziła Tenten rozsądnie. – I dzieci też. Nawet, jeśli jako studentki już nie jesteśmy za nie uważane. – Sakura skinęła głową, jakby od dawna zdawała sobie z tego sprawę. – Rany, ty naprawdę jesteś chodzącym podręcznikiem.
Haruno wzruszyła ramionami.
– Jak nie potrafię być dobra w taijutsu, to staram się rozwijać inne umiejętności.
– A twoje genjutsu? – spytała.
– Nie ma o czym rozmawiać – odparła sucho.
Tenten przyjrzała się jej.
– Wiesz, co? – spytała pod wpływem chwili. – Możemy razem potrenować, jeśli masz ochotę. Taijutsu, rzecz jasna. Nie jestem w tym taka zła.
– Bardzo chętnie – powiedziała Sakura. – Ale nie dzisiaj. Która jest godzina? Bo chyba muszę już wracać.
Tenten nie umiała odpowiedzieć na to pytanie, ale była przekonana, że nie minęło tyle czasu, by mówiła prawdę.
Dobrze, więc Tenten to nie Ino, która kiedyś była przyjaciółką Sakury i zapewne przyszłą królową plotkowania. Ani Rock Lee, szerze w niej zauroczony. Ale pamiętała treść jego listów i zauważyła, jak inni się wokół niej zachowywali.
– Hej, to może cię w takim razie odprowadzę? – zaproponowała z uśmiechem.
– Nie warto – powiedziała spokojnie. – Mieszkam naprawdę niedaleko.
– A, dobrze – odparła szybko. – No, to ja idę. Do zobaczenia!
– Do zobaczenia.
Tenten skręciła pomiędzy drzewa i, gdy już ledwo mogła Sakurę dostrzec poprzez okoliczną florę, zaczęła iść równolegle do niej. Prawie się nie zdziwiła, gdy zrozumiała, że ona wcale nie zamierza iść w kierunku wioski. O ile jej rodzice nie mieli chatki na którymś z pól treningowych, Sakura nałgała jej prosto w oczy.
Wyprzedzała ją o kilka metrów, ale i tak z relatywną łatwością zobaczyła, z kim się spotkała. Dobrze, to było dziwne. Dlaczego nie powiedziała prawdy?
A potem Tenten zastanowiła się. Spotykanie się późnym wieczorem z senseiem z akademii brzmiałoby podejrzanie. I było takie!
Zmarszczyła brwi i ułożyła się wygodniej w krzakach. Zamierzała przyjrzeć się temu bliżej.
Naruto wyruszył z domu wczesnym rankiem, czyli około jedenastej, z zamiarem odnalezienia tajemniczego psa. Postanowił najpierw pójść tam, gdzie odnalazł go ostatnio, ale po wejściu do lasu nawet nie był w stanie przypomnieć sobie drogi. Zrezygnowany postanowił poprosić Kibę o pomoc.
A potem uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, gdzie Inuzuka mieszka. Jęknął. Świetnie, po prostu świetnie.
I wtedy zobaczył sukę o płowej sierści, jak wałęsa się po ulicy tuż przed nim.
– Ej, ty! Ej! – krzyknął. – Pies obrócił na moment łeb, po czym przybrał na powrót dawną pozycję i zaczął się od Naruto oddalać. Bez jednego szczeknięcia. Uzumaki poczuł się urażony i ruszył w pogoń. – Hej, nie bądź taka! – Kilka osób spojrzało na niego dziwnie, ale to zignorował. – Nie chcesz zostać przyjaciółmi? – Jedyną odpowiedzią psa było to, że jeszcze przyspieszył. – A co z uratowaniem mi życia? Z ramenem? To nic dla ciebie nie znaczy? – Pies przystanął i stanął bokiem, czekając na niego i obserwując. – Tak trzymaj, mała. – Uśmiechnął się szeroko. Pies spojrzał na niego z pogardą. – Co, mała nie? To może, he he, Sakura? – Zwierzę szczeknęło rozdzierająco. – Ej, to absolutnie ładne imię. – Zastanowił się. – Ale rozumiem, dlaczego nie chcesz nazywać się od czegoś, co jest różowe, nawet jeśli to po najładniejszej dziewczynie na świecie. – Czy ten pies właśnie przewrócił oczami? – Dobra, to może… Kakuni? Co, to jeden z najsmaczniejszych składników ramenu! Bierz albo skończysz jako coś naprawdę głupiego. Idziemy, Kakuni! Ludzie w Ichiraku czekają na swoich najlepszych klientów! – Ruszył, by odkryć, że ta uparcie stoi w miejscu. – Cho-odź! Do nogi. Proszę? Nie bądź taka, Kaku-uni. Pomyśl o długim makaronie, o aromacie sosu sojowego, o pulpetach! Ciesz się, że cię Pulpet nie nazwałem. Nie bocz się i chodź! – W końcu poddała się i ruszyła. – Dziękuję! – Rozpromienił się. Chwilę obserwowała jego twarz a potem wyszczerzyła kły. – Hej, chyba nie chcesz mnie ugryźć, co? – spytał zaniepokojony. – Wtedy szybko je schowała.
Kurczę, to było dziwne.
– Ej, Kiba! Czy psy mogą się uśmiechać?
Inuzuka przystanął.
– Rany, Naruto, skąd ty się urwałeś? – Parsknął śmiechem. Świetnie, zrobił z siebie głupka. – Czego one nie umieją! Nasze nawet gadają!
– Co?! Czyli Akamaru! Co?! – Prawie się opluł.
– Nie, jeszcze nie. Ale nauczy się, spokojna głowa. Co nie, Akamaru?
– Hau!
– Dobra, to jest super dziwne. A wasze dorosłe psy. One wszystkie umieją?
– Z tym to różnie. Zwykle to w ogóle gadają tylko ze swoimi partnerami, ale czasem nigdy się tego nie uczą albo przestają się odzywać.
– Dlaczego? – spytał Naruto cicho.
– Zwykle, jak im ktoś umrze. – Wzruszył ramionami. – Jak się psy do kogoś przywiążą, to na zawsze i nie da się tego spaprać.
– Czyli już wiadomo, dlaczego twój pies z tobą wytrzymuje – stwierdziła Ino, przechodząc obok. – Mimo że masz mózg wielkości wiewiórczego żołądka.
– To i tak lepsze niż żołądź, którym jest twój! – warknął Kiba.
– Czyli twój mózg jest wielkości wiewiórczego żołądka! – stwierdziła triumfalnie.
– Co?!
– Sam tak powiedziałeś.
– Niby kiedy!
– Właśnie teraz!
– Kiedy teraz?
Naruto uznał, że na razie więcej się nie dowie.
– Mów, o co w tym wszystkim chodzi? – Skończyli już kolejną sesję treningową. Sasuke znowu pokonał Lee, ale nie poszło mu łatwo. Tenten systematycznie zwiększała listę ogniowych pocisków i zaczęła niezobowiązująco zastanawiać się, jak przytwierdzić je do broni. Gdy tylko się rozeszli, ruszyła za Sakurą i teraz stanęła z ramionami opartymi o biodra przed zdziwioną dziewczyną.
– Nie wiem o czym mówisz? – powiedziała ze zmieszaniem.
Tenten nie kupowała tego ani przez chwilę.
– Ty i Mizuki. Spotykacie się wieczorami i trenujecie. To do niego tak znikasz, prawda?
– To jest tak bardzo nie wasza sprawa – powiedziała Sakura niechętnie. – A poza tym to Ino sama to zaproponowała – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
– No, dobra. – Wycofała się. – Ale twoi rodzice wiedzą o tym wszystkim, prawda?
– Rany, Tenten, nie robimy niczego niewłaściwego! On mnie tylko uczy genjutsu.
– To po co te sekrety?
– Bo to by źle wyglądało. Nie, Tenten, poczekaj. Chodzi o to, że to jest faworyzm. Wykorzystuje swój wolny czas, by mnie uczyć. Dużo czasu. Ale my wyłącznie trenujemy. Kurcze, Tenten, ile ja mam lat? Skąd ci się takie rzeczy biorą?
– Strasznie się bronisz jak na kogoś, kto robi coś zupełnie niewinnego – zauważyła ostrożnie.
– Bo nie chcę, żebyś zaczęła o tym gadać. Wreszcie mam coś swojego, w czym mogę być dobra, zrozum. Wszyscy mają rodziny, od których mogą się uczyć, ale ja nie.
– Lee też nie. Widzisz, żeby biegał za… – Przypomniała sobie o dziwnym stalkerze. – Dobra, rozumiem. Będę siedziała cicho, jeśli… – Uniosła palec. – I tylko jeśli natychmiast kogoś powiadomisz, gdy zacznie się działo coś złego. Rany, nie podoba mi się to – powiedziała. – Naprawdę mi się to nie podoba.
– Mogę ci pokazać, co robimy – zaproponowała Sakura. – Nie, naprawdę. Jak się tego nauczę, to zobaczysz, dobrze?
– Dobrze – powiedziała, ciekawa mimo woli. – Ale poważnie, Sakuro. Jakby coś się działo, coś złego, to powiesz o tym, dobrze? I nie ścianie ani miesięcznemu dziecku, tylko dorosłemu, odpowiedzialnemu człowiekowi.
– To tacy istnieją? – zaśmiała się Sakura.
Tenten miała nadzieję, że nie popełnia błędu. Dopiero później zorientowała się, że koleżanka niczego jej w końcu nie obiecała.
– Neji, wyzywam cię na pojedynek! – Młody Hyūga był niebezpiecznie bliski przewrócenia oczami. Zamiast tego przeszedł na bok w sam raz, by dłonią zablokować pięść zbliżającą się mu do twarzy.
Zastanawiał się czy zauważyć, że atakowanie kogoś bez zapowiedzi nie jest zbyt honorowe w przypadku pojedynku, ale to znaczyłoby zwrócenie większej niż minimalna uwagi na Rocka Lee a to było niedopuszczalne. Poza tym on już dawno przestał mu odpowiadać, więc nic dziwnego, że ten pozbawiony podstawowych umiejętności pajac w końcu postanowił nie dręczyć go słowami, tylko od razu przechodzić do rzeczy.
Zamiast wyrywać dłoń z uścisku, Lee zamachnął się drugą. Zrobił to jednak trochę zbyt zamaszyście. Neji odepchnął ją łokciem i kopnął go w brzuch. Lee zdążył niemal odskoczyć, pomimo wciąż unieruchomionej dłoni zgiąwszy rękę, ale cios trafił go w bok. Nie tracąc wiele czasu na dojście do siebie, sam wycelował w jego lewą stronę, co dało Nejiemu wspaniałą okazję, by podciąć mu nogę, co też bezzwłocznie uczynił.
– Czy mógłbyś wreszcie przestać dręczyć mnie swoją bezużyteczną osobą? – spytał chłodno.
– Nigdy! – Doszło go z ziemi i Lee podparł się rękoma, wypluwając trochę trawy. – Żądam kolejnego pojedynku!
W Nejim coś pękło.
– Nie – powiedział jadowitym tonem. – Nie będziesz marnował mojego cennego czasu.
Ku jego dobrze zamaskowanemu zdziwieniu, Lee rozpromienił się.
– Czyli jeden raz dziennie wystarczy! – podsumował zwięźle.
Gdyby Neji miał słabszy charakter, chyba by w tamtym momencie jęknął.
Panienka Hinata była urocza i człowiek miał ochotę pogłaskać ją po głowie, gdyby nie czujny wzrok jej ojca. Niepodparty Byakuganem, bo starali się wszyscy zachowywać cudzą prywatność nienaruszoną w obrębie rodziny, ale Hiashi Hyūga nie potrzebował dōjutsu, by dokładnie wiedzieć, co dzieje się na ich terenach. A szczerze nienawidził podobnych gestów, jako zmiękczających charakter.
Hikari osobiście uważała, że powinien takie przekonania sobie wsadzić i zakorkować, choć nigdy w życiu nie powiedziałaby niczego podobnego. A teraz, gdy została jedną z nauczycielek następnej głowy rodu, dodatkowo znajdowała się w pozycji, która uniemożliwiała jej okazywanie jej szczególnej sympatii.
Jednak młody brat stryjeczny, jako członek bliskiej bocznej gałęzi, nigdy nie omieszkał okazać pogardy dalszym krewnym. W sposób charakterystyczny dla Hyūgów czyli wykalkulowany, chłodny i ledwo dostrzegalny, który mógł kłuć w oczy jedynie członka spostrzegawczego klanu.
Tu głowa pochylona w pozdrowieniu trochę za mało, kiedy indziej płaski ton wypowiedzi.
Nawet jeśli przygotowywano ją na stanowisko nauczycielskie, które dla każdego chūnina jest największym honorem, nie urosła w jego oczach ani o jotę. Wręcz przeciwnie. Im dłużej spędzał z nią czas, tym chłodniej ją traktował.
Są takie sytuacje, w których nawet najlepszy nauczyciel trochę się gubi. A ona dopiero zaczynała i choć nie brakowało jej pasji i samozaparcia, nie miała wielu pomysłów. Neji podszedł do niej i pozdrowił jak zwykle z lekkim lekceważeniem, ale zamiast przejść obojętnie dalej, zatrzymał się.
– Dlaczego nie sprawdza się przyszłych studentów pod kątem czakry? – Brzmiało to bardziej jak rozkaz niż pytanie.
– Chodzi o twojego kolegę z klasy, Rocka Lee? – Utrzymywał nieruchome spojrzenie. – Co powiesz na to, żebyśmy usiedli na tamtej ławce? – Ku jej zdziwieniu ruszył w tamtą stronę bez słowa. Być może pierwszy raz miała mu do powiedzenia coś, czego jeszcze nie wiedział. Zastanowiła się, co dokładnie mu przekazać, ale zdecydowała się na szczerość. – Widzisz… W przeszłości klan Hyūga miał wpływ na to, kogo przyjmowano do akademii. To było na początku jej funkcjonowania, ale po pewnym czasie odkryto, że bardzo mało nieklanowych dzieci zostaje do niej przyjętych. W dodatku zauważono, że niektórym z nich lata później zaproponowano wejście do bocznych gałęzi. Urodziło się kilka uzdolnionych dzieci i w końcu ktoś dokładnie przyjrzał się sprawie. Okazało się, że choć część nieprzyjętych z powodu testów osób miałaby duże problemy z opanowaniem swojej czakry a czasem byłoby to niemożliwe, niektóre wręcz przeciwnie miały ponadprzeciętny talent w tej dziedzinie.
– I wydano je za mąż za Hyūgów – dokończył Neji spokojnie, nawet jeśli coś dziwnego błysnęło mu w oku. – Dziękuję za to wyjaśnienie.
Zaczął wstawać.
– Zaczekaj! – powiedziała szybko. – To jeszcze nie koniec. – I kolejna niespodzianka, zamiast pytać, co tu jeszcze można dodać, posłusznie usiadł. – Niedługo po tym, jak zrezygnowano z tej metody… – W oparach skandalu, ale tego nie musiała chyba dodawać. – Zaczęto przyjmować do akademii każdego i, co było nieuchronne, pojawili się studenci, którzy mieli problemy z czakrą, a w końcu i nieliczni nieumiejący kontrolować jej wcale. Zwykle pozostawali w rezerwach, ale nagle znalazł się niezwykle uparty uczeń, który rok w rok próbował zostać geninem. Trzeba pamiętać, że wtedy egzamin wyglądał inaczej i był dużo bardziej ukierunkowany na taijutsu. Opanował tę dziedzinę tak dobrze, że w końcu zdał. A potem tak długo nosił ten stopień, że ludzie zaczęli go nazywać Wiecznym Geninem. I pozostał nim do śmierci – powiedziała uroczyście.
– Rozumiem – powiedział Neji odrobinę za wolno.
– Szczerzę wątpię. Ten jeden człowiek stanął naprzeciwko Siedmiu Mistrzów Miecza, najbardziej elitarnej jednostki Kirigakure i korzystając z technik taijutsu, zabił czterech z nich. Brzmi to może nieprawdopodobnie, ale tak właśnie było. I to nie oni go zabili, ale jego własna technika, której stworzenie najprawdopodobniej mogłoby go uczynić jōninem, gdyby tylko nie była samobójcza. Jak widzisz czasem człowiek samym taijutsu żyje i od niego umiera. Kiedy patrzę na Rocka Lee, to przypominam sobie o tamtym człowieku. Nigdy się nie poddaje, prawda? To chyba twój przyjaciel?
Miała być może niepowtarzalną szansę zobaczyć, jak Neji lekko się krzywi.
– Nie – powiedział krótko. – Dziękuję za odpowiedź.
Czyli coś jeszcze było w stanie poruszyć tę konkretną skałę.
Tajemniczy człowiek bez zdolności innych niż taijutsu. Ciekawe czy go zmyśliła? Nie podała jego imienia, więc to prawdopodobne, ale nie uważał, by tak było.
Członkowie rodu Hyūga nie mieli w zwyczaju kłamać. Klan, którego oczy umiały przejrzeć każde łgarstwo, uważał to za dyshonor. Ale Neji nie zamierzał się nad tym, co mu powiedziała, zastanawiać. Cóż go obchodził człowiek, który zginął?
Czterech Mistrzów Miecza… Wiedział o tej organizacji, jak chyba każdy. Może Kirigakure nie była zbyt potężna? Czterech Mistrzów Miecza…
Patrząc na Rocka Lee, nie wyobrażał sobie, że ten byłby kiedykolwiek w stanie pokonać choćby jednego z nich. Ale co ludzie mogli myśleć o Wiecznym Geninie, kiedy jeszcze chodził po tej ziemi?
Ostatnio tracił kontrolę nad swoimi myślami. Za dużo czasu spędzał z Rockiem Lee, tym ślamazarnym przybłędą, by nie okazało się to szkodliwe, najwyraźniej. Cóż, właściwie od dawna nie był już ślamazarny, jeśli miał być całkiem szczery.
Ale dlaczego na takiego słabeusza zwracał uwagę jakiś jōnin? Pokręcił głową. Musiał iść potrenować.
– Udało się – powiedziała Yūgao z uśmiechem. – Opanowałeś kolejny sposób na dostrzeganie genjutsu i rozpraszanie go.
Przesunęła rękę do skaleczenia i po chwili i technice medycznej, wydzielającej zielone światło, nie było po nim śladu.
– Dlaczego właściwie nie używa się od razu tej metody? – zastanawiał się na głos Sasuke.
– Ponieważ technika podstawowa pomaga w kontrolowaniu czakry i nie może się przy niej wdać zakażenie – wyjaśniła krótko. – A teraz co… Zupa pomidorowa zwycięstwa?
Sasuke zawsze był ładny, ale kiedy się cieszył, stawał się po prostu uroczy. A działo się tak zawsze, gdy zasłużył na zupę pomidorową zwycięstwa.
Nie, żeby czymś się różniła od zwykłej.
Hayate ani ona nigdy nie odważyli się kupić makaronu w kształcie zwierzątek, choć zawsze zamarzali nad nim na dłuższą chwilę z niezdrowymi uśmiechami. Sasuke by im tego nie wybaczył.
Najmłodszy żywy Uchiha pozbył się Ino i Sakury, polujących na niego jak dwa, wychudłe kojoty, ale nie ruszył w stronę mieszkania Hayate, tylko w zupełnie przeciwną. Miał nadzieję wbrew wszelkiemu rozsądkowi, że ANBU nie patrolują już miejsca, do którego się udawał, a przynajmniej nie przekażą zaraz wszystkiego Yūgao.
Gdy dotarł na miejsce, odkrył, że nawet jeśli ktoś całego terenu pilnował, nie umiał go zauważyć. Ruszył ostrożnie, starannie nie rozglądając się na boki.
Gdy dotarł do swojego starego domu i rozsunął drzwi, natychmiast skierował się w stronę schodów i zaczął po nich szybko wspinać z niezwykle wstydliwą myślą, że nie miałby ochoty spędzać tu nocy już nigdy w swoim życiu. Zawahał się dopiero przed drzwiami do pokoju. Co, jeśli się nie uda?
Zmarszczył brwi. Musiało się udać.
A co, jeśli w ten sposób naruszał prywatność?
Trudno, to było konieczne.
Wszedł do środka i rozejrzał się. Nie zauważył niczego na wierzchu. Zajrzał do szafy, szuflad pod biurkiem i nawet, sfrustrowany, pod łóżko. I inne meble. Bez rezultatów.
Już miał z powrotem otwierać szafę, gdy przyszło mu do głowy najgłupsze miejsce na ukrycie podobnej rzeczy. Nigdy by na coś takiego nie wpadł, gdyby Ino i Sakura nie otruły mu kiedyś mózgu rozmową przeprowadzaną w jego pobliżu. Jak sobie o tym w ogóle przypomniał, nie miał pojęcia. Widać trucizna była mocna, bo zwykle wyrzucał ich bezsensowną paplaninę drugim uchem. Czując się absolutnie głupio, podniósł poduszkę. Zmrużył oczy. Nic. Przestrzeń była tak samo biała tu, jak gdzie indziej i marszczyła się podobnie. Następnie, starając się nie myśleć nad tym zbyt dogłębnie, przejechał językiem po prześcieradle. Dotknął go gdzie indziej i zauważył lekką różnicę. Niech będą pochwalone dziewczyny i ich pamiętniczki! Gdyby zrobił to odwrotnie lub nie trafił, zapewne jego mózg nie pozwoliłby mu niczego zauważyć. Ale skoro nie miał wcześniej pojęcia, jakie prześcieradło jest w dotyku i smaku, genjutsu musiało polegać na wrażeniach, jakie odczuł zakładający je.
Nawet największy geniusz musiał się z czymś w końcu zdradzić. Albo cień miał za małą gęstość, coś było nie tak z rozkładem gromadzącego się kurzu, źle się układały fałdy lub szuflada nie wydawała odpowiedniego dźwięku. Jakiś szczegół w końcu nawalał, jeśli nie zaglądało się do iluzji długo.
Sasuke najprawdopodobniej znalazł to, czego szukał.
Odkrycie genjutsu to jedno. Złamanie go przynosiło ze sobą serię nowych problemów. Przez następne piętnaście minut próbował na różne sposoby dobrać się do zawartości. Bezskutecznie.
Usiadł i podparł ręką podbródek, wpatrując się uporczywie w białe prześcieradło. Co tu zrobić?
Z jednej strony był szczęśliwy, że coś znalazł. Ale nie był pewien czy to o to mu chodziło. Może coś innego trzymał pod poduszką?
Może pamiętniczek!
To by dopiero było.
Jeśli to były jego zapiski, to z pewnością cenił prywatność, bo ukrył je pod niezwykle imponującą iluzją. Sasuke miał też cichą nadzieję, że naprawdę coś znalazł a nie tylko polizał naprawdę stary pot.
Zaczynał też podejrzewać, że nie tylko brakowało mu czystych umiejętności.
Nie, Sasuke nie miał czegoś ważnego, co mogło być kluczem do rozwiązania tej sprawy.
Nie udało mu się dotąd obudzić Sharingana.
– Kto cię tak pocętkował? – spytał z uśmiechem Hayate, gdy w końcu Sasuke wrócił do jego mieszkania.
Długo mu zajęło, nim ten poważny, chorowity człowiek objawił coś w rodzaju poczucia humoru, ale teraz korzystał z niego od czasu do czasu. Sasuke wzruszył ramionami i natychmiast skłamał.
– Ta dziewczyna, która tu kiedyś była, potrafi korzystać ze swojej broni. – Hayate uniósł brwi i zaśmiał się, co szybko zamieniło się w kaszel. – Co w tym zabawnego? – spytał, skonfundowany i bardziej niż trochę zirytowany.
Ten w odpowiedzi zakaszlał tylko głośniej.
– Hej, Naruto! – zaczepił go Kiba.
– Co jest? – spytał szybko.
– Nie znudziły ci się już te zajęcia z ninsrutsu? Bo ja rzygam już pieczęciami jak kot przedwczorajszym kłaczkiem.
– Dlaczego ty zawsze porównujesz wszystko do zwierząt? – spytała Ino.
– Co, teraz cytujesz Sakurę? – zaśmiał się Kiba.
– Zapamiętałeś jej słowa? Nie wierzę. To chyba miłość! – odparła natychmiast.
– Jak ona szczeka! – zirytował się. – Po prostu słucham, co się do mnie mówi, zamiast podsłuchiwać cudze rozmowy.
– Twojego szczekania nie da się nie słyszeć, Kiba. Jak chcecie obmyślić jakiś plan, to musicie posłużyć się językiem migowym, bo szeptanie to dla was pomysł z innej planety.
– Co za strzyga. – Przewrócił oczami. – Dobra, chodź do męskiego. – Zaproponował cicho. Gdy zamknął za nimi drzwi, krzywiąc się niemiłosiernie, zaczął tłumaczyć. – Chcemy się zerwać z chłopakami i pomyślałem, że może też masz ochotę.
Naruto przytaknął. Miał już serdecznie dosyć tych zajęć i jeśli okazja sama pchała mu się w ręce, zamierzał z niej skorzystać.
– Z chłopakami czyli z kim? – spytał mimo to podejrzliwie.
– A, tylko z Shikamaru i Chōjim – powiedział niedbale.
– Dobra. Bo nie chciałbym robić czegoś takiego z tym… palantem, Sasuke.
– Żartujesz? Nikt by nie chciał. No, może te wariatki.
– Masz na myśli pół klasy? – spytał Naruto ponuro.
– Ej, nie wszystkie na niego lecą!
– Lecą?
Kiba spojrzał na niego dziwnie.
– Na jakim ty świecie żyjesz? Skończmy z Sasuke. Słuchaj, potrzebny nam jakiś plan, żeby odciągnąć uwagę nauczycieli.
– Spokojna głowa. Powiedzcie tylko kiedy i zatkaj nos. Od dawna chciałem wypróbować te śmierdzące bomby.
– Nosisz coś takiego ze sobą?
– Kiba, na dowcip to ja zawsze jestem przygotowany!
Shikamaru przez moment kusiło, by spytać świata, co Naruto z nimi robi, ponieważ jeśli chciał w ogóle myśleć o zdaniu, to akurat podstawowe techniki musiał opanować a był w tym na razie całkowicie najgorszy. Ale powiedzenie tego w nawet najkrótszy sposób byłoby zbyt męczące, poza tym brzmiałby jak Ino, więc sobie darował.
Wiedział, że Kiba go poprosi. To było tylko logiczne. Zauważył, jak się traktują. I jego zdolności w zastawianiu pułapek na nauczycieli były w tym wypadku cenne.
Kiedy w korytarzu nagle zmaterializował się Iruka-sensei, w sam raz na to, by załapać się na znikającego za oknem Chōjiego, Naruto krzyknął:
– Kiba, uwaga!
Zatkał nos, ale gdy bomby stworzone przez Uzumakiego zderzyły się z ziemią u stóp Iruki-senseia, miał niezły rzut, i tak zakrztusił się i Shikamaru musiał go złapać a potem siłą przepchnąć przez okno, pod którym czekał jego najlepszy przyjaciel.
Kiba wpadł mu prosto w ramiona.
– He he, romantycznie – zaśmiał się Naruto, zeskakując na trawę przy tylnej ścianie akademii.
Ruszyli szybko w stronę miejsca, gdzie brakowało jednego prętu w ogrodzeniu, najpewniej stworzonego przez poprzednie pokolenia specjalnie dla takich jak oni.
– Weź sobie wsadź głowę do klozetu i wodę spuść, dobra? – wycharczał Kiba, przeciskając się na wolność. – Ugh, wciąż czuję to paskudztwo – dodał, wydostawszy się.
– Nie bez powodu to śmierdzące bomby, nie?
– Dobra, przyznaję, zadziałały. Ale nigdy więcej.
– Nie było chyba tak źle, co? – zaśmiał się.
Kiba spojrzał na niego ciężko.
– Było.
Suka, którą poznał Naruto, jest wzorowana na rasie Malinois, często wykorzystywanej w jednostkach specjalnych i policji. Nie znalazłam informacji na temat tego czy w oryginalnej historii psy Inuzuków były inspirowane prawdziwymi.
Dziwi mnie Akamaru. Ja wiem, że pewnie autor chciał wprowadzić zaskakujące zmiany, pokazać upływ czasu, bla, bla… Ale ten pies był z Kibą pewnie nim ten zaczął akademię i przez cały ten okres pozostał mały. Czym go faszerowali te dwa lata?
