5. Warto mieć marzenia.

Zevi, przy pomocy Abraxasa (który nie był małostkowy i nie obraził się na przyjaciela o przegraną) przed wyjazdem do Beauxbatons zaopatrzył się w trzy nowe wyjściowe szaty i kilkanaście codziennych zestawów: eleganckich, modnych i w miarę wygodnych, bo poza podrywaniem pięknych panien miał też brać udział w zajęciach, w końcu dlatego wybrano najlepszych uczniów.

Nawet po użyciu zaklęcia zmniejszającego jego bagaż był dość spory, ale w porównaniu z tym należącym do Toma prawie niezauważalny. Na przygotowanej dla Hogwartczyków przez ich opiekuna z Dumrmstrangu liście nie było szat wyjściowych i strojów na uroczyste obiady, kolacje i wycieczki; zamiast tego były grube swetry, kombinezony, kurtki, płaszcze i futra. Mundurek szkolny też miał być uszyty z grubej wełny.

Szkoła mieściła się na dalekiej północy i najwyraźniej zarządzający nią czarodzieje uznali przesadne ogrzewanie wnętrz za zbędny luksus i marnowanie magicznej energii. A podwórza i dziedzińców tym bardziej zaś sądząc po ilości zewnętrznych szat na pewno będą mieli także duże ilości jakiś zajęć poza szkołą.

Tom nie dostał listy zaproponowanych atrakcji, jaką przygotowali dla Zeviego Francuzi, miał więc nadzieję, że jego gospodarze odpuścili sobie puste rozrywki, jakich całe mnóstwo zaplanowali w Beauxbatons. On sam jechał z zamiarem nauczenia jak najwięcej z samej magii (czarnej magii). Miał tam być tylko dwa miesiące i nie chciał marnować ani sekundy.


Ponieważ Durmstarng jest szkołą dla chłopców, a w Hogwarcie konkurs na wyjazd do nich wygrali także sami chłopcy i do tego sami Ślizgoni uczniowie z wymiany mieli po prostu zająć ich miejsca w Slytherinie.

Z ekipą z Beauxbatons było nie tak prosto - skoro do Durmstarngu mogli od nich jechać tylko chłopcy, żeby było sprawiedliwie do Hogwartu konkurs był tylko dla dziewcząt, na szczęście dla chłopców z Anglii, dyrektor Dippet nie wpadł na taki pomysł.

Ale za to na nieszczęście dla Ślizgonów oprócz Zeviego jechali tam Krukoni - chłopak z trzeciego roku i dziewczyna z szóstego - zatem żeby gości nie rozdzielać dla wszystkich Francuzek przygotowano miejsca w Ravenclaw.

Ślizgoni, którzy liczyli na przyjęcie przynajmniej jednej ślicznotki byli zawiedzeni, ale i tak mogli się szczycić, że aż czworo z nich wygrało konkurs, gdy z Krukonów tylko dwójka, a Gryfoni i Puchoni całkowicie odpadli z konkursu.

Mieli wszelkie powody by się puszyć i patrzeć z góry na swoich głównych rywali, zwłaszcza drugoroczni z podwójną wygraną nie przepuszczali żadnej okazji by dogryźć Gryfonom i ich przegranemu przywódcy.

Charlus Potter nie mógł udawać, że to nie miało znaczenia. To że przegrał może zostałoby mu wybaczone ale zachowanie, które było tego przyczyną potępiali i uczniowie i profesorowie - ze wszystkich roczników i wszystkich Domów. Żadne tłumaczenia nie mogły tego zmienić - to on zaczął całą sprawę i nie zrobił nic, by powstrzymać złośliwości swoich kolegów.

Przegrał z Riddlem - na wiele sposobów, teraz mógł tylko zejść wszystkim z oczu i skupiając się na nauce czekać aż cała rzecz przycichnie.


Wreszcie nadszedł wyczekiwany przez nich dzień. Zevi i Tom wstali przed wszystkimi i od razu zawołali skrzaty, żeby sprzątnęły ich posłania i szafki - ponieważ zwalniali dwa łóżka, ich gość miał sobie wybrać, czyje miejsce woli zająć.

Prince włożył szatę wyjściową na zapowiedziane uroczyste powitalne śniadanie w Beauxbatons, a Tom przebrał się w swój nowy, gruby mundurek, zrezygnował z zakładania szaty, przerzucając ją przez ramię, bo i tak na razie było mu w nim wystarczająco gorąco.

Ich bagaże zostały już zabrane przez skrzaty i ustawione przed kominkiem dyrektora Dippeta skąd mieli się udać w drogę.

Pół godziny przed zaplanowanym śniadaniem w Pokoju Wspólnym Slytherinu pojawił się Opiekun Domu. Tom i Zevi oraz ich dwóch starszych kolegów już wcześniej pożegnali się z przyjaciółmi więc bez ociągania wyszli w towarzystwie Slughorna odprowadzani radosnymi okrzykami i gwizdami.

Pozostali zasiedli na kanapach w Pokoju Wspólnym, czekając na przybycie gości.


W gabinecie Ślizgoni zastali już dwójkę Krukonów z ich Opiekunem Domu. Powitali się zdawkowo, ale uprzejmie i wszyscy z niecierpliwością oczekiwali przybycia gości.

Pierwsza pojawiła się w kominku grupa z Durmstarngu. Trójka, która miała tu zostać powitała się z nimi tylko krótkim dzień dobry i uniesieniem rąk a że w gabinecie nie było miejsca na większe zgromadzenia tymczasowi Ślizgoni natychmiast zostali zabrani przez Slughorna do lochów, podczas gdy skrzaty zniknęły z ich bagażami.

Zostali z nimi tylko chłopcy, czekający na podróż do Beauxbatons i ich Opiekun - niemiecki profesor Magnus Stein.

Zevi od razu zaczął rozmowę z najmłodszym chłopakiem - obaj będą gośćmi w nowej szkole więc lepiej się zaprzyjaźnić. Za to Tom przyglądał się uważniej ich profesorowi a od dzisiaj na najbliższe dwa miesiące swojemu Opiekunowi.

Czarodziej w niczym nie przypominał Opiekuna Slytherinu, za to wyglądał dokładnie tak, jak Tom sobie wyobrażał mrocznego czarodzieja - był wysoki i przeraźliwie chudy, co było widać nawet w jego grubym kożuchu. Twarz miał pociągłą, zapadłe policzki, wąskie, blade usta a nad nimi orli nos i głęboko osadzone podkrążone oczy, kiedy zdjął futrzaną czapkę pokazała się łysa, pokryta tatuażami czaszka.

Chociaż wyglądał na zmęczonego miał ostre, przenikliwe spojrzenie, którym szybko przesunął po swoich nowych podopiecznych.

Powitał Dippeta tylko skinieniem głowy i od razu zwrócił się do nich nakazując założenie przygotowanych szat i futer.
- W Durmstarngu nie ma dostępu do fiuu, więc udajemy się do najbliższej mu gospody w lesie i stamtąd pojedziemy saniami.

Chłopcy grzecznie skinęli głowami i od razu zrobili, jak im kazano. Na szczęście nie musieli się w w ciężkich ubraniach długo męczyć, bo właśnie w tej chwili zjawili się Francuzi. Wszyscy obecni z równym zachwytem przywitali śliczne długonogie blondynki, ale nie zdążyli nacieszyć oczu, bo Opiekun Ravenclaw od razu zabrał je ze sobą, zostało tylko trzech chłopców z opiekunką.

Teraz przyszedł czas na grupy opuszczające Hogwart. Stein ustąpił miejsca francuskiej Madame de Mignion - równie ślicznej i równie filigranowej blondynce jak jej uczennice, która z uśmiechem powitała serdecznym uściskiem najpierw Dippeta, a potem i jego.

Po czym aż klasnęła w dłonie, z zachwytem przyglądając się swoim nowym uczniom.

- Tak się cieszę, moi kochani, będziecie się u nas cudownie bawić, - i szybciutko, jednym machnięciem różdżki umieściła w kominku ich bagaże, rzucając na nie garść proszku, a po zniknięciu kufrów i toreb zagoniła do kominka także chłopców (i dziewczynę) i z promiennym pożegnalnym uśmiechem rzuciła hasło.

Stein nie mógł być gorszy od takiej damulki, więc kiedy kominek opustoszał także przeniósł bagaże uczniów jednym ruchem, mimo że było ich cztery razy więcej, a potem kiedy zniknęły zagonił ich do kominka.


Jedno mgnienie płomieni później wyszli z paleniska w ponurej, mrocznej, kamiennej gospodzie. Była kompletnie pusta, może ze względu na nich, a może po prostu nie było chętnych do skorzystania z jej gościny.

Tom postawiłby na drugą opcję. Pomimo zapalonego w drugim z kominków ognia w pomieszczeniu było nie tyle zimno, co lodowato. Chłopcy natychmiast dokładnie zapięli do tej pory luźno narzucone długie grube futra i naciągnęli czapki na uszy, dodając też dodatkowe okręcenie szalików, wcześniej ledwo owiniętych wokół szyi a na końcu wciągając rękawice z jednym palcem - mało poręczne do czarowania, ale za to cieplejsze.

Miejsce chyba dawno nie było sprzątane i zapewne tylko panujący w nim chłód sprawiał, że nie było tu pełno pajęczyn, jak i śladów bytowania innych owadów. Stoły i krzesła były równie stare i popękane jak blat, za którym stał ponury drab, przecierający suchą, brudną szmatą ceramiczne kufle.

Mężczyzna nie zareagował na ich pojawienie się, a i Stein też nawet nie spojrzał w jego stronę. Wykonał za to małe kółko różdżką i po kilku sekundach do budynku wszedł pękaty karzeł w krótkim kożuchu ale za to znikających pod nim wysokich futrzanych butach i podbitym futrem rogatym hełmie, spod którego wystawały czarne skołtunione długie włosy. Gdy się odwrócił zobaczyli wystający spod kożucha ogon zakończony tak samo czarna i tak samo skołtuniona kitką.

Stein nie przedstawił go a i on sam nie odezwał się do chłopców, tylko zgarnął bagaże bliżej drzwi a potem w kilku turach przeniósł na zewnątrz. Kiedy już wszystkie zabrał, Stein polecił także im opuścić to nieciekawe miejsce.

W Anglii gdy wyjeżdżali za oknami było już jasno, tutaj panowała ciemna mroźna noc, chłopcy wychodząc na dwór owinęli się jeszcze dokładniej futrami. Francuzi wyraźnie się trzęśli, Ślizgoni jeszcze nie, w końcu na pewno nie aż takie, ale w Anglii też były mroźne zimy.

Niebo zakrywały kłębiaste chmury, więc nawet gdyby wzeszedł księżyc, zza chmur nie byłoby go widać, ale Tom nie był pewien jego obecności. Z tego co czytał Durmstarng leżał na dalekiej północy i o tej porze roku słońce tylko na krótko tuż po południu wychylało się nad horyzont a za niewiele ponad miesiąc miało w ogóle się nie pokazywać aż do stycznia - kiedy już ich tu nie będzie.

Tomowi to nie przeszkadzało - mroczne miejsce nadawało się idealnie do uprawiania mrocznych sztuk. Nie pamiętał jak tu było z Księżycem, ale wkrótce sam się przekona...

Na razie nie widzieli wiele - karczma stała na naprawdę małej polance, już kilkanaście metrów dalej rosły wysokie, stare drzewa i mimo że ich korony łączyły się zasłaniając niebo, na ziemi w lesie zalegała gruba pokrywa śniegu, a ta na wolnym terenie była wyższa nawet od Steina, otulając też sam budynek.

W zaspach był tylko wykopany i udeptany niewielki kilkumetrowy placyk przed samymi drzwiami, na którym się stłoczyli, czekając aż karzeł zapakuje bagaże i profesor wskaże im, że mogą wsiąść. Tom obejrzał się na gospodę - niska kamienna budowla bez okien była całkowicie pokryta śniegiem, łącznie z ostrym czterospadowym dachem, z kominem na szczycie o bocznych otworach zabezpieczonymi szerokimi okapami.

Budowla przystosowana idealnie do tego miejsca i panującej pogody, podobnie jak ich sanie - a raczej wagon na płozach, do którego zaprzężone były dwie duże jaszczurki promieniujące ciepłem - chyba jakieś krzyżówki smoka i salamandry. Zapewne tylko dzięki temu mogły jechać przez tak głęboki śnieg - roztapiały sobie drogę.

Z boku sań było troje drzwi, przez jedne - na końcu karzeł ładował ich bagaże. Skończywszy wszedł do środka przez te pierwsze, najwyraźniej i jego siedzisko było zabudowane - nic dziwnego, w takim miejscu wiatr mógłby zabić woźnicę w kilka sekund, niezależnie od jego ubioru.

Dopiero, gdy i te drzwi zostały już zamknięte, a teraz już wszyscy chłopcy (także i Tom) zmienili się w trzęsące się z zimna kulki futra Stein otworzył środkowe wejście, ale nie zobaczyli za nim wnętrza, bo wisiała tam gruba futrzana kotara, czarodziej wskazał gestem, by najmłodsi najpierw weszli do środka, sam wszedł na końcu i zatrzasnął drzwi. Wtedy dotąd chłodne (choć nie mroźne) słabo oświetlone wnętrze rozbłysło zarówno światłem i ciepłem.

Profesor kazał im usiąść na ławach i w tej samej chwili sanie ruszyły a już po kilku minutach zrobiło się na tyle ciepło, by mogli rozpiąć futra i zdjąć czapki i rękawice.

Przestali też obawiać się otwarcia ust i zaczęli rozmawiać.

Nazwisko profesora wszyscy znali z listów powitalnych, które otrzymali ze wskazówkami, jak przygotować się do wymiany, ale grupy nie znały siebie nawzajem. Tom teraz dopiero przyjrzał się uważniej Francuzom - wszyscy byli blondynami, w typie Abraxasa, zastanowił się, czy czasem nie było to jednym z warunków przyjęcia do Beauxbatons.

Cała szóstka z wymiany (jak i ich Opiekunka) mogłaby być uznana za kuzynów, a matka Abraxasa, którą jego ojciec tam poznał, też wyglądała jak starsza wersja panien, które spotkali dzisiaj.

Ten najmłodszy z blondynków, który przedstawił się jako Antoine de Cośtam (Tom nawet nie próbował tego zrozumieć ani zapamiętać) od razu przysunął się do niego i zaczął zawzięcie paplać, szczerząc się uroczo.

Na pewno nie wyglądał na osobę, która mogłaby pasować do Durmstrangu. Tom z trudem zdołał przerwać jego "pasjonujące" wywody na własny temat, by wtrącić pytanie:
- A tak właściwie, to dlaczego zgłosiłeś się do tej wymiany?

Słodki chłopczyk zmarszczył brwi, ale zaraz znowu uśmiechnął się i wyjaśnił:
- Udział w wymianie to dodatkowe punkty na egzaminach i potem też jest pomocny dla dobrej pracy, wszyscy woleli jechać do was, więc ja zgłosiłem się tutaj, - wzruszył ramionami. - Ojciec mi kazał, ale w końcu to tylko dwa miesiące, dam radę.

Tom słuchał tego osłupiały - ten dzieciak był kompletnym ... - nawet nie wiedział, jak go nazwać. To było bardziej niż niewiarygodne i co jeszcze bardziej nie do pojęcia ten "..." najwyraźniej planował trzymać się jak najdalej od gospodarzy, a za to przyczepić się do niego.

Tom nie miał zamiaru się na to zgodzić. Jego planem było znaleźć tę najmroczniejszą grupę wśród miejscowych i nauczyć się od nich, czego tylko zdąży. Jeżeli Antoine myślał, że będzie z nim siedzieć w pokoju i paplać o głupotach to się zawiedzie.

Tom postanowił przy oficjalnych okazjach go ignorować a poza nimi natychmiast znikać mu z oczu. Zerknął na pozostałych chłopaków. Ślizgoni siedzieli milcząco, z podobnie martwą miną jak jego, a wszyscy blondynkowie uśmiechali się równie radośnie jak Antoine, a usta im się nie zamykały.

Profesor Stein obserwował ich z nieczytelną miną, nie włączając się do rozmów. Jechali prawie dwadzieścia minut, ale wreszcie powóz zatrzymał się. Profesor wskazał by się pozapinali, przez kotarę otworzył drzwi i polecił żeby za nim wyszli - poczynając od najstarszych chłopców.

Gdy była już ich kolej, Tom przepuścił Antoine'a, tymczasem wnętrze pojazdu przygasło i wyraźnie pochłodniało. Wziął głęboki wdech i odsunął ręką futro, wychodząc z sań.

Dotarł wreszcie do miejsca, o którym marzył, od kiedy o nim usłyszał, ale nigdy nie miał nadziei rzeczywiście tu dotrzeć.

Warto mieć marzenia.