7. Komnaty Tajemnic.

Eric poprowadził Toma korytarzem w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyszli do Pokoju Wspólnego.

Mapa, która tworzyła się w głowie Toma, dzięki rzuconemu zaklęciu robiła się coraz dokładniejsza, dając mu coraz lepsze pojęcie o tym miejscu, chociaż na pewno nie dałoby się jej w żaden sposób sporządzić na zwykłej mugolskiej płaskiej mapie.

Korytarze wymijały się na różnych głębokościach, dla patrzącego na nie od góry tworząc skomplikowane splątane wzory.

Kiedy znajdowali się gdzieś poniżej Wielkiej Sali znaleźli się w podobnym jak na tamtym poziomie szerszym holu, od którego odchodziło promieniście kilkanaście kolejnych korytarzy. Między dwoma z nich na ścianie wisiała wielka tablica z bladoróżowego marmuru odcinająca się wyraźnie od wszechobecnej czerni.

Na tablicy były zapisy w dwóch rzędach: lata i nazwiska - Tom przyjrzał się jej uważnie i znalazł znajome nazwisko. Robert Bedalm był wymieniony na tablicy rok po Grindelwaldzie - tak jak mu mówił, dobrze znał Czarnego Pana...

- To tablica wymieniająca najlepszych absolwentów z każdego roku. - Odezwał się Eric. Tom spojrzał na nią jeszcze raz: przy niektórych nazwiskach znajdowały się małe gwiazdki. Jedna z nich była obok Bedlama, ale przy Grindelwaldzie już nie...

Dotknął jednej z nich i kącik jego ust uniósł się w drwiącym uśmieszku: wiedział, co to oznaczało. Eric zauważył to i też się uśmiechnął, rozumiejąc co było jego przyczyną.

- A zatem, panie Riddle, co wiesz o naszej szkole?

Tom przez ułamek sekundy zawahał się. Wszystko wskazywało na to, że trafił do właściwej osoby, ale czy mógł tak po prostu paplać o tych sprawach?

Eric skinął głową, pochwalając jego wstrzemięźliwość i dotknął kilku z gwiazdek znajdujących się na tablicy: Tom zapamiętał kolejność jego ruchów.

Tablica bezszelestnie odchyliła się, odsłaniając niewielki pokoik, w którym nie znajdowało się nic. Eric wszedł do środka, a Tom szybko wstąpił za nim. Kiedy tablica znowu się zasunęła, na ścianie, gdzie zniknęły nawet jej zarysy pojawiła się magiczna kula oświetlająca pomieszczenie, a na środku pomieszczenia zobaczyli w jej blasku dwa fotele, między nimi stolik a na nim dwa kubki z parującym gorącem napojem.

- To tajemny pokój, nie ma go na żadnej mapie, jest całkowicie sekretny i nic o czym rozmawiamy, nie opuści tego pomieszczenia. Nikt poza wybranymi osobami nie może do niego wejść, a zatem, skoro słusznie podejrzewałem, że Lord Bedlam powiedział ci, co to za grupa osób...

Wskazał Tomowi miejsce na jednym z foteli, a sam zajął ten obok.
- Powtórzę swoje pytanie: co wiesz o naszej szkole?


- Wiem, że jeden z twórców Hogwartu założył ją, kiedy opuścił swoich dotychczasowych przyjaciół. Dokładnie określił, jacy uczniowie mają być do niej przyjmowani i jaki ma być program nauczania.

Przerwał na chwilę i dokończył, podając to, o czym nie było w żadnych księgach:
- Stworzył też specjalne komnaty i biblioteki dla wybranych uczniów o wyjątkowych zdolnościach i wyposażył je tak, by jak najlepiej pomagały im realizować ten potencjał.

Nastąpiła chwila ciszy, Eric sięgnął po kubek, popijając łyk gorącego napoju. Tom rozpoznał już ten zapach i poszedł w jego ślady, w tym miejscu gorąca kawa była jak najbardziej wskazana, by rozgrzać ciało i umysł.

- I twój przyjaciel uważa, że to jest miejsce dla ciebie? - Zapytał cicho blondyn.

Tom skinął głową.
- Tak. Uważa, że jestem wybranym uczniem Salazara Slytherina. - Tym razem odparł bez zawahania, patrząc twardo, czekając.

Nastąpiła Kolejna, dłuższa przerwa, podczas której obaj dokończyli swój napój, odstawiając puste kubki na stół, z którego te natychmiast zniknęły.

- Dobrze, zatem chodźmy. - Eric wstał i dotknął magicznej kuli. Drzwi otworzyły się i znowu znaleźli się w holu.

Chłopak ruszył kolejnym korytarzem, ostro nachylonym w dół, co jakiś czas też pochylnię przerywało po kilka stopni.

Na pewno nie była to droga do głównej biblioteki, obok Wielkiej Sali, jednak Tom wiedział, że prowadzi do tej mniejszej, też otwartej dla wszystkich, ale zawierającej księgi o bardziej zaawansowanej, bardziej skomplikowanej i praktycznej magii.


W Durmstrangu nie było klatek schodowych łączących wszystkie poziomy, na każdym z nich schody w górę i w dół były w różnych, często odległych miejscach. Aby przemieścić się o kilkanaście metrów w poziomie i pionie, uczniowie musieli pokonać kilkaset metrów a czasami wręcz kilometry korytarzy.

Po kilkunastu minutach dotarli na najniższy, ostatni dostępny dla wszystkich poziom. Korytarz kończyły kolejne drewniane, okute metalem drzwi, przez nie weszli do biblioteki.

Nie była duża, może z dziesięć na dziesięć metrów, wzdłuż ścian regały, a na środku kilka kanap i foteli naprzeciwko niskiego długiego stolika a po drugiej stronie kilkanaście wysokich małych stołów, przy każdym jedno krzesło.

W środku było tylko kilkoro uczniów.

Eric podszedł do jednego z nich, starszego od siebie - według Toma wyglądał na piąty albo szósty rok. Po cichej rozmowie chłopak nie unosząc głosu rzucił krótko:
- Wszyscy wyjść. - Bez szemrania, bez protestu każdy z obecnych uczniów opuścił salę, zamykając za sobą drzwi.

Tom na znak Erica podszedł do siedzącego na fotelu ucznia. Chłopak promieniował taką samą aurą mocy i autorytetu, jak jego młodszy kolega. Mimo, że był do Erica wcale niepodobny, drobniejszy i ciemnowłosy, wyglądali jak bracia - może to przez ich wyraz twarzy, a może przez podobną moc, łączącą bardziej niż więzy krwi.

Obaj robili dokładnie takie wrażenie, jakie od zawsze było celem Toma.

Blondyn przedstawił go.
- To jest nasz gość z Hogwartu: Tom Marvolo Riddle. - Tom ukłonił się uprzejmie. - To Julian Strand.

Chłopak przyjrzał mu się uważnie.
- A więc, mówisz, że Lord Bedlam powiedział ci o Tej Komnacie. Proszę. Jeżeli możesz tam wejść... to możesz tam wejść. - Uśmiechając się kpiąco, wykonał zamaszysty ruch ręką, nie wskazując konkretnego kierunku.

Jednak Tom wiedział, czego ma szukać. Ale w tym miejscu bardziej niż wiedza prowadziła go magia. Czuł całym sobą, gdzie powinien się kierować i jaki ruch wykonać.

Podszedł do dwóch kolumn stojących obok siebie za półkami przed ścianą, po lewej stronie od drzwi. To tam była prawdziwa wiedza, po którą tu przybył.

Tylko jeden uczeń z każdego roku mógł poznać ten sekret i mógł go przekazać kolejnemu młodszemu uczniowi, który jego zdaniem był tego godny.

Czasem była w danej chwili w Szkole tylko jedna taka osoba, czasem było ich siedmioro - z każdego rocznika.

W tym roku było ich dwóch: Eric i Julian...

...i Tom...


Powtórzył przekazane mu przez starszego Lorda hasło - dla tamtego czarodzieja był to niezrozumiały syk - dla Toma jednak miało znaczenie:
- Otwórz się! - Kolumny cofnęły się wtapiając w ścianę i spomiędzy nich wysunęła się do przodu kamienna płyta - stanowiąca drzwi do kolejnej ukrytej komnaty.

Tom przyłożył rękę do inskrypcji z głową węża na kolumnie po jej lewej stronie i powtórzył jeszcze raz:
- Otwórz się.

Płyta drgnęła i odsunęła się wpuszczając go do małego kwadratowego pokoju, była tam oszklona szafka z kilkoma księgami i marmurowy stolik z drewnianym fotelem, ale Toma bardziej zainteresowała - przyciągała go kwadratowa płytka na ścianie naprzeciwko wejścia.

Pośrodku niej była płaskorzeźba małego węża z czerwonymi oczkami a wzdłuż krawędzi ułożone pozornie bez sensu litery. Wiedział, że uczniowie Durmstarngu od pokoleń próbowali odnaleźć klucz do tego szyfru.

Ale to nie był szyfr.
- Dotknij głowy węża. - Odczytał na głos inskrypcję i mały kamienny wąż w odpowiedzi na to uniósł głowę, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem. Tom wysunął ostrożnie palec by jej dotknąć i kiedy był już blisko gad wysunął kły i uderzył go w niego kłując i wysysając kroplę krwi.

Tom cofnął palec i pokonał odruch, by włożyć go do ust. Patrzył intensywnie na figurkę, nie zauważając zdumionych spojrzeń rzucanych sobie i jemu przez stojących za nim z tyłu Durmstangczyków.

Chłopcy weszli za nim do tajemnej komnaty. Byli tu już nieraz i próbowali też, jak wielu przed nimi odgadnąć tajemnicę schowaną za małym wężem. Nikomu dotąd się to nie udało.

Czyżby ten mały Anglik był...? Bali się to nawet wypowiedzieć...

Kamienny gad zamknął pyszczek a jego oczy stałe się jeszcze bardziej czerwone i trochę... płynne, jakby wypełniła je krew Toma. Wąż popełznął ku prawej krawędzi kamienia a potem w górę, okrążając go i wywołując trzaski zwalnianych zapadek, aż wrócił na prawą stronę, wyprostowany wzdłuż jej boku.

Wtedy płytka od lewej strony zaczęła się otwierać, jak drzwiczki, wykorzystując figurkę węża jako zawias. Tom podszedł i zajrzał do środka: leżała tam jeszcze jedna oprawiona w skórę księga.

Wyjął ją powoli, z szacunkiem i przeniósł na stolik. Nie siadając na fotelu, tylko pochylony otworzył ją i przewrócił kilka kart, w środku były ręczne zapiski w tym samym języku, co na drzwiczkach, najwyraźniej pamiętnik, bo z boku co jakiś czas były rozdzielane datą.

Tom wrócił do pierwszej strony, czytając na głos, chociaż tylko dla siebie:
- Witaj moje dziecko...