Rozdział 8. Dziedzic Slytherina.

Tom przerwał czytanie, słysząc z tyłu słowa starszego ucznia, który niezauważony przez niego (został zaskoczony już drugi raz w ciągu tego samego dnia: naprawdę powinien wziąć się w garść) podszedł do niego zaglądając do księgi i wciągając ze świstem powietrze, na widok nieczytelnych zapisów.
- A więc to prawda.

- Co jest prawdą? - Zapytał, chociaż dobrze wiedział o czym mowa. Chciał to usłyszeć, chciał żeby ktoś powiedział to na głos.

- Salazar Slytherin pozostawił tę komnatę dla swoich wybranych uczniów, którzy mieli przekazywać dalej jej tajemnicę, ale ten schowek miał być dostępny tylko dla jednego z nich - szczególnego wybrańca... - Zaczął Julian, przerywając jakby wciąż miał wątpliwości - albo bał się to wypowiedzieć.

- ...Dziedzica Slytherina. - Dokończył bez wahania Eric.

Tom zamknął księgę, na chwilę przymknął oczy i wyprostował się odwracając do nich - obaj chłopcy, nawet starszy od niego Julian skłonili głowę, uznając jego pozycję.

Wreszcie, pierwszy raz w swoim życiu młody Ślizgon naprawdę wiedział, kim jest i dokąd zmierza.

Kiedy usłyszał od Bedlama historię o założycielu Durmstrangu i jego tajemnych komnatach nieśmiało snuł marzenia, jak przyjeżdża tutaj i po wiekach to właśnie on - zdobywa ten niedostępny dla nikogo dotąd sekret, to dziedzictwo.

Ale nie pozwalał sobie zagłębiać się w tych myślach, tłumacząc sobie, że to tylko mrzonki, bez rzeczywistych podstaw - w końcu każda biedna sierota marzy, ze tak naprawdę jest zaginionym księciem i kiedyś odnajdzie swój prawdziwy dom i przeznaczenie.

A jednak ta historia okazała się prawdą i to dla niego - bo właśnie to tutaj odnalazł, nie był już Tomem Marvolo Riddlem - żebrakiem półkrwi, walczącym o przetrwanie. Był Dziedzicem Slytherina.

I teraz jeszcze bardziej zaczęło mu przeszkadzać jego mugolskie nazwisko: musi wymyślić sobie nowe, godne tego kim był. Takie, żeby każdy kto je usłyszy wiedział z kim ma do czynienia, żeby każdy od razu rozumiał, że nie jest pospolitym czarodziejem.

Podniósł pamiętnik i schował do kieszeni szaty. Pozostałe księgi z tej biblioteki Slytherin zostawił dla uczniów Durmstrangu, ale ta była przeznaczona tylko dla niego.

Żaden z chłopaków tego nie skomentował. Miał do tego prawo.

Jednak to, że był dziedzicem największego mrocznego czarodzieja i jego tajemnic nie zmieniało faktu, że wciąż był tylko dwunastoletnim czarodziejem z Hogwartu, który sam i z trudem zdobywał podstawy wiedzy, jaką ci dwaj i każdy z pozostałych uczniów Durmstrangu mieli podaną przez najlepszych nauczycieli.

Nie przyjechał tutaj, aby napawać się dumą, tylko aby się uczyć. Spojrzał na kredens stojący pod ścianą - znajdowało się w nim około dwudziestu ksiąg, wielkich i zapewne pełnych skomplikowanych magicznych teorii i konkretnej wiedzy.

Przy pomocy żadnych zaklęć nie zdoła ich przeczytać i zapamiętać przez dwa miesiące. Zacisnął palce na znajdującym się w jego kieszeni pamiętniku: może tam jest na to stosowne zaklęcie?

Ale na razie...
- Czy któreś z tych ksiąg można skopiować lub przepisać? - Nie spodziewał się odpowiedzi twierdzącej i faktycznie obaj chłopcy zaprzeczyli.

No cóż, skrzywił się, najchętniej zabrałby je wszystkie, ale nie powinien: Slytherin je tu umieścił nie tylko dla niego. Ta wiedza miał być dla wszystkich wybranych przez niego, mrocznych czarodziejów.

Przywołał zatem czysty zwój pergaminu z głównej sali i wyjął z szafki i otworzył pierwszą z brzegu księgę. Spróbował z zaklęciem kopiującym. Litery pojawiły się na pergaminie ale zaraz rozlały się i znikły.

W porządku, przecież naprawdę nie wierzył, ze to będzie tak proste - przywołał pióro i atrament i spróbował kolejny raz, tym razem po prostu przepisując fragment, księga byłą tajna, więc i jej treści nie mógł stąd tak po prostu wynieść - dlatego użył wężomowy. Mijały sekundy i tekst pozostawał.

Jego koledzy wciągnęli ze świstem powietrze, najwyraźniej im nawet to się nie udawało - może sekret tkwił właśnie w użytym przez niego do zapisu języku.

Świetnie, zawsze to coś. Musi zrozumieć i zapamiętać prostsze rzeczy (prychnął w duchu - zdefiniuj: prostsze), a te bardziej skomplikowane i bardziej dla niego przydatne będzie przepisywać.

Miał na to dwa miesiące - poza lekcjami i ćwiczeniami - czyli wolne wieczory i niedziele. Nie będzie to łatwe i proste, ale da radę - musi.


Ze względu na opóźnione przez ich przybycie śniadanie, do lunchu pozostało już tylko półtorej godziny, jednak Tom nie mógł marnować czasu - podziękował kolegom odprawiając ich i wziął się do pracy: wyciągnął wszystkie księgi z szafek i zaczął je przeglądać, dzieląc na dwie podstawowe grupy: te o magicznych teoriach odłożył na górne półki - będzie je brać ze sobą na zewnątrz i czytać, starając się zrozumieć, a co ważniejsze rzeczy wynotowywać.

Julian oo prawda powiedział, że oni nie mogli wynosić tych ksiąg z ukrytej sali, ale Tom nie miał wątpliwości, że on nie będzie miał z tym problemu, tak samo jak z przepisywaniem.

Zerknął na pergamin, na którym przepisał parę zdań z pierwszej księgo, wciąż były widoczne - czyli tutaj to faktycznie działa, ale dla pewności jeszcze zabierze go ze sobą na górę, żeby sprawdzić, czy tekst rzeczywiście pozostanie nienaruszony.

Lepiej żeby tak było, bo z ksiąg, które zawierały konkretne zaklęcia - a tych nie wystarczy tylko czytać ze zrozumieniem - będzie musiał je przepisywać. Może mógłby spróbować z samonotującym piórem, czytanie na pewno jest szybsze niż przepisywanie ręcznie i tu kolejne "ale": nie będzie mógł syczeć przy ludziach - tylko w tej sali.

Westchnął, uspokajając się: udało mu się znaleźć prawdziwy mroczny skarb, to i tak wiele, nie może przecież spodziewać się, że nie będzie go to kosztować żadnego wysiłku.

Pomyślał o Julianie: on był już tu dłużej od Erica, przez kilka lat na pewno przeczytał wiele, a może wszystkie z tych ksiąg, mógłby mu o nich opowiedzieć, tak aby Tom nie musiał marnować czasu na sprawdzanie rzeczy, które może sobie odpuścić. Chociaż nie liczył, że wiele takich będzie: Slytherin na pewno odłożył dla swoich uczniów księgi, które są dla nich wartościowe / użyteczne.

Wstał zatem i wyszedł do głównej sali biblioteki, gdzie siedzieli jego towarzysze.
- Nie powiedziałeś, na którym jesteś roku? - Zwrócił się do starszego chłopaka.

- Na siódmym. - Padła natychmiastowa odpowiedź. Tom lekko się zdziwił, jak dla niego wyglądał raczej na piąty - może szósty. Pewno to jego drobna budowa i duże zielone, aż nazbyt piękne oczy, sprawiały że wcale nie wyglądał na poważnego i niemal dorosłego mrocznego czarodzieja.

Z kolei Eric, mimo dziecinnej twarzy, przez swoją solidną budowę i wysoki wzrost wyglądał na starszego niż drugi rok, a na pewno na starszego od Toma, który może nie był tak drobny jak Julian, ale wciąż niezbyt wysoki i chudy.

- Będę potrzebował twojej pomocy. Mam na to tylko dwa miesiące, nie zdołam przeczytać i zrozumieć wszystkich tych ksiąg, a nie chcę ich stąd zabierać, Slytherin zostawił je dla tutejszych uczniów.

Julian zagryzł wargę z namysłem.
- Oczywiście, że ci pomogę, ale myślę że w razie potrzeby nie powinieneś mieć oporów przed zabraniem którejś z nich, albo kilku ze sobą. - Tom też zagryzł wargę, rozważając ten pomysł. Julian kontynuował: - Ja będę tutaj do końca roku, ale Eryk nawet przez kolejne pięć lat, jak skończysz z nimi, to po prostu odeślesz je do nas sową.

Czy to mogło być takie proste? Sowia poczta nie jest aż tak niezawodna, jak chcieliby czarodzieje, wynoszenie takich ksiąg poza szkołę, a tym bardziej przesyłanie ich wydawało mu się zbyt ryzykowne, zbyt lekkomyślne.

Chłopak chyba zorientował się w toku myślenia Toma, bo uśmiechnął się unosząc brwi.
- Chyba potrafisz rzucać zaklęcia zabezpieczające księgi i zmieniające ich treść dla obcych oczu? Przecież nie mogłeś wnieść mrocznych ksiąg do Hogwartu, a jestem pewien, że miałeś je tam ze sobą i niektóre z nich na pewno wziąłeś też jadąc do nas.

Policzki Toma niemal niezauważalnie poróżowiały, na szczęście nie miał nigdy tendencji do rumieńców, bo byłby teraz naprawdę czerwony. Julian miał rację. Za bardzo sugerował się tą koniecznością zachowania tajemnicy i za bardzo kombinował, a przecież często właśnie te najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Jeżeli będzie musiał po prostu pożyczy któreś z tych ksiąg, ale dopóki tu jest spróbuje przeczytać i przepisać wszystko, albo prawie wszystko - tyle, ile zdoła.


Tom ułożył księgi na półkach w odpowiadającym mu porządku, a że z okazji święta, aż do kolacji mieli dzień wolny, umówił się ze starszym chłopakiem, że spotkają się tutaj znowu po lunchu i potem po obiedzie, żeby mu przekazał wszystko, co sam dotąd znalazł i co wiedział o tych pozycjach.

Wtedy będzie mógł je ostatecznie posegregować i zależnie od tego ustalić konkretny plan działania.

Na razie wszyscy troje opuścili tajną komnatę i udali się na górę do Wielkiej Sali. W tej szkole spóźnianie się na lunch, jak to zdarzało się w Hogwarcie - szczególnie Puchonom i Gryfonom - nie wchodziło w grę. Zresztą Tom dzisiaj już dał plamę i nie chciał się więcej wyróżniać, a na pewno nie w ten sposób.

Uczniowie schodzili się do holu przed wejściem grupkami lub pojedynczo i zbierali rocznikami. Julian pożegnał ich idąc do swoich kolegów, a Tom z Erikiem poszli do swojej grupy.

Na ich widok natychmiast oderwał się od niej rozżalony Antoine zwracając się do niego z pretensją:
- Gdzie byłeś przez cały czas? Zostawiłeś mnie samego z nimi, a ja nawet nie znam języka.

Tom patrzył na niego zimno: marudne zachowaniu francuzika wcale go nie zdziwiło, bo trochę już go poznał, ale nie miał zamiaru się na nie godzić.
- Nikt nie powiedział, że mamy cały czas trzymać się razem: przeciwnie zgodnie z założeniami powinniśmy integrować się z miejscowymi uczniami, a nie trzymać tylko w swoim towarzystwie. - Nie zdołał powstrzymać pogardliwego uśmiechu, dodając jeszcze:

- A jeżeli chodzi o języki to chyba były jednym z warunków tej wymiany: właśnie po to, żebyśmy mogli sobie na miejscu bez problemu poradzić. Skoro ich nie znasz to już przed wyjazdem powinieneś opanować zaklęcia tłumaczące. Miałeś dwa miesiące od początku roku szkolnego, żeby się dobrze przygotować.

Chłopak patrzył na niego urażony i także wystraszony: chyba naprawdę myślał, że Tom będzie jego niańką - a tutaj, taki szok. Ślizgon nie miał jednak zamiaru marnować na niego więcej czasu i bez słowa oddalił się od Francuza stając obok Erica.

Antoine chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wszyscy wokół się na niego patrzą i to bynajmniej nie z sympatią: nie pasował tutaj i sam dobrze o tym wiedział. Rzuciwszy mu ostatnie zranione spojrzenie wrócił do grupy, a raczej przed grupę, bo nikt się nie przesunął, aby umożliwić mu wejście.

Najwyraźniej już zdążył wszystkich do siebie zrazić: jeżeli tak zaczyna to te dwa miesiące będą dla niego bardzo długie, ale to nie był problem Toma - nawet gdyby czuł jakąś litość dla niego, to i tak nie miał na nią czasu. W końcu chłopak zajął miejsce na końcu szeregu, to do którego tak się spieszył przy śniadaniu...

Ponieważ nie było tutaj wchodzenia do Wielkiej Sali, kiedy komu się życzyło, tylko drzwi otwierano o konkretnej porze, jeszcze kilka minut czekali, ustawiając się w rzędach zgodnie z zajmowanymi miejscami. Tom stanął po lewej stronie Erica, chłopak, którego dotychczasowe miejsce zajął rzucił tylko okiem blondyna i bez słowa się przesunął.

Nie tylko w ich grupie to zauważono. Koledzy Juliana z siódmego roku też obserwowali ich z zainteresowaniem: zauważyli, że chłopak przyszedł z młodszymi uczniami pod salę i że ten nowy gość już po kilku godzinach w Durmstrangu zajął główne miejsce wśród najmłodszych.
- Co to za maluch? - Spytał Juliana szeptem jeden z kolegów.

- To bardzo utalentowany czarodziej. - Padła krótka odpowiedź, a po chwili: - Będę mu pomagał w nauce.

Dalszych pytań już nie było. Julian był nie tylko najlepszym uczniem, ale też niekwestionowanym liderem nie tylko na swoim roku, ale w całej szkole. Kiedy w ubiegłym roku, od razu po jego przybyciu wziął pod opiekę Erica ten bardzo szybko okazał się być małym geniuszem i urodzonym przywódcą...

A teraz zajął się tym Anglikiem - czyli on też, mimo że niezbyt dobrze się zaprezentował przy wejściu miał jakieś talenty, które ich kolega od razu dostrzegł. Warto mieć na małego oko.


Tak jak się umówili, Julian pomagał Tomowi przeglądać księgi po lunchu, a potem także po obiedzie, na szczęście Ślizgon przed opuszczeniem Hogwartu założył już wyjściowe szaty i nie musiał się przebierać przed uroczystą kolacją. Kolejne szczęście, że w Durmstrangu była to tylko kolacja a nie bal, jak u nich i we Francji.

Czekając pod Wielką Salą Tom zdał sobie sprawę, że jeszcze nie minął nawet jeden dzień, Dopiero co dzisiaj rano opuścił Hogwart i Anglię, a czuł się, jakby to stało się to wieki temu - tak bardzo zmieniło się jego życie i tak bardzo na swoim miejscu czuł się tutaj ze swoimi nowymi kolegami.

Po kolacji wszyscy rozeszli się do swoich dormitorium i z zadowoleniem przyjął, że nie było dalszego ciągu imprezy w Pokoju Wspólnym - może dlatego, że jutro był normalny dzień szkoły, a może dlatego, że tutaj po prostu nie mieli takiej potrzeby - wszyscy wzięli się za naukę, poza Antoinem, który był zbyt zmęczony (lub rozżalony) i położył się spać nie czekając na ciszę nocną. Zresztą nie miał na kogo czekać.

Wcześniej miał mieszkać w pokoju z Tomem, tyle że po jego szybkim zakolegowaniu z Erikiem, tak samo jak przy stole, nikt nie zadawał pytań i rzeczy Toma znalazły się w pokoju blondyna, którego współlokator znalazł sobie tymczasowe miejsce, dostawiając łóżko u kolegów w pokoju obok.

Skoro wszyscy uczniowie czytali księgi albo ćwiczyli zaklęcia, Tom wcale się nie wyróżniał, kiedy wyciągnął znaleziony dziś pamiętnik. Miał ochotę czytać go powoli i po kolei, ciesząc się każdym słowem, ale z tym musiał jeszcze poczekać. Teraz przeglądał go szukając praktycznych porad i zaklęć.

Jutro po śniadaniu mieli mieć pierwsze zajęcia - właśnie Zaklęcia i to ćwiczenia praktyczne na wewnętrznym dziedzińcu. Był ciekaw, jak to tutaj wygląda i cieszył się, że będzie miał okazję pokazać, co naprawdę potrafi.