9. Co pan potrafi, panie Riddle?
Nie było łatwo Tomowi tylko przeglądać pobieżnie pamiętnik, w którym każde zdanie, każde słowo - było napisane dla niego. Pierwszy raz w życiu dostał coś przygotowanego / przeznaczonego tylko dla niego.
Kiedy Slytherin pisał "moje dziecko" była w tym szczerość, jakiej nigdy nie słyszał w tych samych słowach tak często powtarzanych w Hogwarcie przez opiekuna Gryfonów Dumbledore'a.
O tym, że jego matka nie żyje chłopak wiedział od zawsze, mówiono mu o tym nawet kiedy jeszcze nie rozumiał co to znaczy, ale nikt nic nie mógł powiedzieć mu o ojcu - dopiero kiedy poszedł do Hogwartu dowiedział się, że nie był czarodziejem i wiedział jeszcze to, że nie było go przy jego matce… i że nigdy nie próbował jego odnaleźć.
Lepiej byłoby dla niego, aby był martwy, bo jeżeli porzucił ich i żył gdzieś dalej... Tom sam go odnajdzie...
Ale teraz znalazł innego ojca, prawdziwszego od tego mugola, bo mimo że martwy od wieków zatroszczył się o niego bardziej niż ktokolwiek dotąd, specjalnie dla niego zebrał i zostawił wszystko, czego jego dziedzic mógłby potrzebować.
Każde przeczytane słowo dawało Tomowi siłę, wypełniając pustkę, którą dotąd czuł patrząc na swoich szczęśliwych otoczonych miłością rodziny kolegów. To było dla niego najcenniejsze, ważniejsze niż wszelkie zaklęcia, jakie dotąd poznał i miał jeszcze poznać.
I właśnie, gdy o tym pomyślał jeden z zapisów przyciągnął jego uwagę.
To było dokładnie to czego szukał / czego potrzebował: tarcza ochronna w wężomowie, która właściwie wykonana mogła chronić przed wszelkimi zaklęciami jasnymi i mrocznymi, jedyną granicą jej skuteczności, była granica mocy czarodzieja: "ale wiem, że twoja moc jest większa niż kogokolwiek z żyjących, moje dziecko."
Tarcza wymagała głownie koncentracji, inkantacja była krótka i prosta, delikatny ruch różdżką mógł wykonać nie wysuwając jej z rękawa. Chociaż jak wskazał Slytherin największą moc dałoby rzucanie go niewerbalnie i bezróżdżkowo, niestety z tym jeszcze miał problemy i na taką wersję nie mógł teraz liczyć.
Tarcza była niewykrywalna i niewyczuwalna, dla nikogo poza wężoustym i zaklęcia rzucane w nią miały po prostu wygasać, nie ujawniając jej obecności i jej granic.
Tom wysyczał zaklęcie, niemal niewidocznie i niesłyszalnie, równocześnie lekko poruszając ukrytą różdżką, natychmiast wyczuwając formującą się przed nim osłonę. Liczył w myślach, jak długo się utrzyma - trzynaście sekund. Na pewno stać go na więcej.
W ciągu godziny udało mu się całkowicie opanować zaklęcie, kontrolując rozmiar i kształt osłony i utrzymywać ją prawie bez wysiłku. Pozostało tylko sprawdzenie jej w praktyce - jutro rano.
Nie miał pojęcia, na czym będą polegać te zajęcia, ale nie miał wątpliwości, że tym razem nikomu już nie uda się go zaskoczyć i żadna klątwa go nie dotknie.
Według opisu we wręczonym im na powitanie planie pierwszymi zajęciami Toma w Durmstarngu miały być prowadzone przez Profesora Steina praktyczne ćwiczenia z zaklęć. Zatem rano Tom, tak jak pozostali chłopcy z jego roku nie wziął ze sobą na śniadanie ani otrzymanej razem z planem torby z księgami, ani zwojów.
Założył tylko, naśladując Erica ciepłą szatę – ale nie płaszcz, czy kurtkę, co oznaczało, że ten "wewnętrzny dziedziniec" albo był po prostu dużą salą, czy pieczarą, albo też był chroniony zaklęciami...
Albo to oni sami mieli się rozgrzać - ćwicząc.
Eric nie chciał mu nic na ten temat powiedzieć.
- Sam zobaczysz już za pół godziny. – I Tom nie naciskał, w swoim życiu nauczył się cierpliwości, choć nigdy nie lubił niespodzianek – poza tymi które sam przygotowywał… swoim wrogom.
Po śniadaniu drugi rok ruszył za Profesorem korytarzem prowadzącym zakosami raz w prawo, raz w lego, ale cały czas pnącym się do góry.
Wreszcie po trzech minutach przez nieduże drewniane drzwi wyszli na całkiem sporą przestrzeń, oświetloną dziwnym blaskiem, Tom uniósł wzrok i zobaczył morze kolorów przenikających się, falujących i drgających - to było niebo, a na nim zorza polarna.
- Na górze jest magiczna siatka, utrzymująca tutaj stałą temperaturę. - Eric powiedział do niego cicho, ale nie szeptem.
Tom opuścił wzrok i rozejrzał się wokół siebie: dziedziniec wyglądał dokładnie tak, jak mógł się spodziewać po wnętrzu krateru wulkanu, wokół pokrytej bazaltowymi płytami podłogi, na kilkadziesiąt metrów wznosiły się w jednych miejscach chropowate, nierówne a w innych gładkie i szkliste ściany – czarne, czasem szare lub srebrne, pochłaniające lub odbijające światło.
Za plecami Erica w gładkiej, szklistej ścianie dostrzegł małe otwory, w których widać było nikłe światło.
- To okna Wielkiej Sali: te w ścianie nad naszym stołem, otwory po jej przeciwnej stronie wychodzą na zewnątrz zamku. - Kolejna odpowiedź na niezadane pytanie.
Tom ostatni raz ogarnął wzrokiem otoczenie notując w głowie wielkość i kształt podwórza oraz swoje na nim położenie. Robił to niemal mechanicznie, w każdym miejscu, żeby dokładnie znać swoje pole manewru i nie dać się otoczyć – ani przyprzeć do ściany.
- Zanim rozpoczniemy zajęcia, sprawdzimy, jaki poziom prezentują nasi nowi uczniowie. - Odezwał się Stein martwym bezosobowym głosem. - Panie Riddle, można...? - Wykonał ręką zapraszający gest.
Tom wyszedł przed grupę, stając na wolnej przestrzeni między profesorem a uczniami naprzeciw wyczarowanego przez niego kryształowego sześcianu o brzegu długości pół metra. To miał być obiekt, na który miał rzucać zaklęcia wymieniane przez czarodzieja.
Test zaczął się od podstaw: zaklęcia unoszące, przenoszące, zmieniające, a potem pierwsza klątwa: tnąca. Nie przekraczała poziomu ucznia drugiego roku, ale Stein wiedział, że nie było / nie mogło jej być w programie nauki w Hogwarcie.
Tom jednak wykonał ją bezbłędnie i bez wahania, precyzyjnie rozcinając blok odcinając rogi i zmieniając go w czternastościan. Usłyszał kilka westchnień, ale nie oderwał wzroku od profesora.
Stein nie zmieniał miny, bez przerwy rzucając nazwy kolejnych klątw: niektóre z nich Tom już znalazł i używał, o innych słyszał po raz pierwszy. Wiedział, że jego edukacja w tym zakresie jest chaotyczna, ale te klątwy, które poznał - wykonywał perfekcyjnie.
W końcu z kryształu nie został nawet pył i profesor tym samym suchym tonem zarządził kolejny etap testu.
- Zobaczymy teraz jak radzi pan sobie z obroną, panie Riddle.
Tom szybko rzucił przed sobą odkryte wczoraj zaklęcie - w Hogwarcie pewno uznaliby to za oszustwo, ale Stein nie sprawdzał, czy Tom odrobił pracę domową: chciał wiedzieć co chłopak potrafi i teraz musiał mu pokazać, że jest wart poświęcania mu czasu.
Tym razem profesor nie robił już wstępnych prób od razu zaczynając od mrocznych zaklęć. Tom nie miał dotąd wielu okazji, by naprawdę się przed nimi bronić, ale wykorzystywał znane sobie tarcze, ustawiając je przed swoją osłoną, która miała go ratować, gdyby okazały się one niewystarczające.
Mimo, że reagował bardziej na wyczucie, szło mu całkiem nieźle, ale i tak po kilku minutach już niemal wszystkie klątwy trafiały w osłonę... I znikały bez śladu.
Stein z tą samą beznamiętną miną i niewzruszonym tonem rzucił:
- Crucio!
Chłopak ledwo zarejestrował za sobą zbiorowe wciągnięcie powietrza i krzyk Antoine'a - to już nie było po prostu mroczne zaklęcie, to było Niewybaczalne.
Profesor trzymał wyciągniętą różdżkę utrzymując zaklęcie; sekundy mijały, a Tom stał bez ruchu nie opuszczając różdżki, choć tarcza, jaką oficjalnie rzucił padła w momencie dotknięcia przez klątwę.
Stein musiał to wiedzieć...
Na podwórzu panowała martwa cisza, kiedy tak bez ruchu trwał patrząc w oczy profesora; nie wiedział, ile czasu minęło, zanim wreszcie Stein opuścił różdżkę i przerwał klątwę.
- Dziękuje, panie Riddle.
Tom skinął głową, opuszczając swoją różdżkę i wracając na miejsce obok Erica, ale nie likwidując osłony, otulając się nią jak ciepłym kocem bezpieczeństwa. Spełniła swoje zadanie, był z niej naprawdę dumny i bezgranicznie wdzięczny swojemu przodkowi.
- Le Blanc! - Rozległo się kolejne polecenie i kiedy Antoine blady i drżący wyszedł na środek Tom skojarzył: faktycznie - tak właśnie brzmiało nazwisko Francuza i pasowało do niego: jego bladej twarzy i niewątpliwie jasnej duszy.
Z pierwszymi zaklęciami chłopak radził sobie całkiem nieźle, ale gdy Stein przeszedł do tych nawet nie mrocznych, tylko mniej popularnych chłopak opuścił różdżkę - nie znał żadnego zaklęcia spoza oficjalnie zatwierdzonego programu.
Dalsze próby nie miały sensu: profesor zlikwidował kryształ i polecił mu przygotować się do obrony - ale i tu Antoine nie miał szans. Jego tarcze nie były złe i gdyby Stein je wymieniał z nazwy poradziłby sobie, ale problemem dla niego było wybranie właściwej dla atakującego go zaklęcia.
Było oczywiste, że nigdy nie próbował sam poznać i ćwiczyć czegokolwiek poza zajęciami. Wystarczyły trzy próby, by się poddał, próbując odskoczyć i paść na ziemię zamiast stawiać osłonę.
Stein opuścił różdżkę, czekając aż chłopak się podniesie.
- Proszę zejść na dół do sali transmutacji, panie Le Blanc. Lepiej panu będzie na zajęciach z pierwszym rokiem.
Antoine nie był tym ani zawstydzony, ani obrażony, opuścił ramiona i wyraźnie odetchnął z ulgą, po czym szybko pobiegł do wyjścia, jakby bał się, że profesor może mienić zdanie i jednak go tutaj zatrzymać.
Nie wywołało to jednak ani pogardliwych uśmieszków, ani uwag. Uczniowie nie poświęcili mu nawet spojrzenia, koncentrując się na wykładowcy.
Pozostałe półtorej godziny zajęć szybko minęło dla Toma: nie było tu typowych dla Hogwartu ćwiczeń; jedno zaklęcie i odpowiadająca mu tarcza, Stein stawiał na inicjatywę i naturalność. Uczniowie mieli wykorzystywać do ataku i obrony wszystkie zaklęcia / klątwy, które do tej pory poznali.
Tom ściągnął osłonę i wreszcie ćwiczył i uczył się naprawdę użytecznych rzeczy, z innymi uczniami, pod okiem profesora: tak jak zawsze tego chciał.
Gdyby tylko mógł tu zostać...
Po zakończeniu zajęć, gdy wszyscy zaczęli się zbierać, Stein przywołał go do siebie. Koledzy spojrzeli na to z zaciekawieniem, ale nie próbowali ociągać się, czy podsłuchiwać. Tylko Eric został na swoim miejscu obok niego i profesor nie kazał mu odejść.
- Panie Riddle, wydaje się pan utalentowanym uczniem… i zauważyłem, że już wczoraj odnalazłeś się w towarzystwie panów Rosenblutt i Strand.
Tom skinął głową, chyba już wiedział, o co może chodzić.
- Mamy wspólne zainteresowania. - Stwierdził jednak ostrożnie.
Profesor kiwnął głową, przyjmując to wyjaśnienie.
- Prowadzę z nimi specjalne zajęcia dodatkowe, myślę, że pomimo młodego wieku ty także mógłbyś być nimi zainteresowany...
Tom i tak nie miał wystarczająco wiele czasu na wszystkie swoje plany, ale nad tym się nie zastanawiał. Najwyżej, tak jak mówił Julian – pożyczy wszystko, co będzie musiał i odeśle po wykorzystaniu.
- Tak, profesorze. Dziękuję - Odparł krótko, bez uśmiechu. Bez problemu wpasował się w panujący tu konkretny i bezosobowy wygląd i zachowanie.
Profesor znowu kiwnął głową:
- Pan Rosenblutt przekaże ci wszystko. - Wskazał im drzwi i obaj chłopcy szybko ruszyli z powrotem do wnętrza szkoły. Nie mieli za wiele czasu na przebranie się i kilka zaklęć odświeżających przed lunchem.
Kiedy zeszli przed Wielką Salę, Antoine pozostał z pierwszym rokiem i może wciąż nie do końca tam pasował, ale wyglądał na mniej wyobcowanego niż wcześniej.
Może jednak chłopak przetrwa te dwa miesiące... Nie, żeby Tom specjalnie się tym przejmował.
