Gdy Harry wślizgnął się do Wielkiej Sali, śniadanie już się kończyło, jednak wciąż było w niej więcej uczniów, niż by sobie tego życzył.

Zobaczył Draco, który jak zwykle otoczony był wianuszkiem znajomych. Z ulgą zauważył, że nigdzie nie ma Astorii. Chyba nie dałby teraz rady spojrzeć jej w twarz.

Gdy tylko wszedł do środka, wszystkie oczy skierowały się na niego. Harry udając, że tego nie dostrzega, poszedł i usiadł na swoim zwykłym miejscu. Szepty dokoła nie dawały mu szansy choćby na moment zapomnieć o zmianach w jego życiu.

Pierwszą lekcją tego dnia były eliksiry, na które oczywiście się spóźnił, bo po skąpym śniadaniu musiał wrócić do pokoju po niezbędne rzeczy.

- 10 punktów od Ravenclaw panie… - Snape zawahał się przez krótki moment, po czym dokończył - Malfoy.

I znów za jego plecami rozbrzmiał szmer głosów.

- Cisza! - huknął profesor, obrzucając uczniów groźnym spojrzeniem.

Harry usiadł sam w wolnej ławce. Na całe szczęście, Snape już więcej nie zwracał na niego uwagi.


Cały ten dzień wyglądał podobnie. Mąż nie zbliżał się do niego i chyba usiłował oszukiwać samego siebie, że Harry nie istnieje. Wieczorem Draco wciąż nie wrócił do ich wspólnych komnat, ale Harry nie miał czasu się tym przejmować. Nie mógł zatrzymać torsji, które targały nim coraz silniej. Był pewien, że ma to coś wspólnego z magią, którą Draco bez przerwy z niego wyciągał. Harry czuł się słaby, jego skórę pokrywała warstwa potu i było mu bardzo zimno. Zwymiotował po raz kolejny, choć nie miał już czym.

Wreszcie usłyszał trzaśnięcie drzwi wejściowych. Zawołał Draco po imieniu, ale chłopak nie zjawił się. Próbował jeszcze kilka razy, zanim nie poczuł kolejnego silnego ucisku w swoim wnętrzu i nie stracił przytomności.


Obudził się w Skrzydle Szpitalnym i natychmiast zerwał się do pozycji siedzącej, przechylił przez bok łóżka i zwymiotował żółcią. Potem leżał na plecach, oddychając z trudem i drżąc na całym ciele, jak po wielkim wysiłku. Usłyszał zbliżające się kroki i zobaczył obok siebie profesora Snape'a.

- Chłoszczyść – nauczyciel usunął skutki jego wymęczonego żołądka, które leżały na podłodze.

- Co się ze mną dzieje? - wymamrotał Harry.

Do łóżka zbliżył się Draco, który dotychczas siedział w pewnym oddaleniu, i stanął obok wuja. Snape przypatrywał się Harry'emu z pewnym niepokojem.

- Nie wiemy. Po rytuale magia powinna działać poprawnie, ale niestety z jakiegoś powodu, tak nie jest. Czy czujesz, gdy Draco jej używa?

- Bez przerwy – odparł Harry zmęczonym głosem. - Na początku był to tylko nieprzyjemny ucisk, ale jest coraz gorzej. Teraz to takie uczucie, jakby ktoś ściskał mi wnętrzności rozżarzoną obręczą.

Snape nachmurzył się jeszcze bardziej.

- I nie pomyślałeś, że powinieneś był mi o tym powiedzieć, ty głupi chłopaku?

- A kiedy miałem to zrobić? Rano nie było tak źle, dopóki Draco nie zaczął więcej czarować. A potem już nie byłem w stanie ruszyć się z łazienki. Co niby miałem zrobić?

- Wygląda na to, że twoja magia, choć poddała się nakazowi bycia wykorzystywaną przez kogoś innego, to nie jest wcale pokonana. Reaguje bardzo negatywnie i tym samym karze ciebie, bo nie może odmówić podporządkowania się.

Milczący dotąd Draco odezwał się:

- Wuju, mówisz zupełnie tak, jakby ta moc była świadoma.

Snape odpowiedział:

- Bo tak właśnie, do pewnego stopnia, jest. Nikt z nas nie wie, jak dokładnie funkcjonuje magia, jednak nie można zaprzeczyć, że ma własną wolę i intencję. Najwyraźniej, z jakiegoś powodu nie podoba jej się, że się nią posługujesz.

- Przecież właśnie po to poślubiłem Pottera! Jeżeli i tak nie mogę korzystać z jego mocy, to po co było to wszystko? - Twarz Draco wykrzywiła się, a w jego oczach pojawiły się łzy bezsilności.

Snape objął chrześniaka i głaskał go uspokajająco po plecach, mówiąc do niego łagodnie:

- Jeszcze nie wszystko stracone. Wiem, że miałeś ciężki okres, ale nie ma co płakać. Musimy się tylko dowiedzieć, dlaczego magia protestuje i zastanowić się, co można z tym dalej zrobić.

Gdy chłopak trochę się uspokoił, obaj przypomnieli sobie, że nie byli w pomieszczeniu sami.

Harry siedział oparty o wezgłowie łóżka i ponuro wpatrywał się w pościel okrywającą jego nogi.

- Czy czujesz cokolwiek, gdy ty sam używasz magii, Potter? - profesor najwyraźniej nie mógł przemóc się, by użyć jego nowego nazwiska.

- Nie, było tak jak zwykle. Gdy sam wcześniej czarowałem, nie zauważyłem żadnych zmian.

- Mógłbyś spróbować teraz rzucić jakieś zaklęcie?

Harry wziął różdżkę ze stolika obok i powiedział:

- Lumos.

Zaklęcie przyszło mu bez trudu, nie poczuł też żadnego bólu.

- Draco, zrób teraz proszę to samo.

Malfoy wyraźnie zawahał się, jednak również rzucił zaklęcie.

- Lumos.

Harry natychmiast zgiął się wpół i krzyknął z bólu, który odpuścił dopiero po kilku minutach. Oddychając ciężko, osunął się powoli do pozycji leżącej. W tym czasie Snape rzucał jakieś nieznane mu czary, mrucząc coś pod nosem, a jego brwi marszczyły się coraz silniej. Powoli zwrócił się do Draco:

- Chyba już wiem, w czym leży problem. - Zamilkł na dłuższą chwilę, jednak chrześniak popędził go zniecierpliwiony.

- Wuju, co się dzieje? Da się z tym coś zrobić?

Twarz profesora zmieniła się w maskę, z której nic nie można było wyczytać. Niepewnie zaczął mówić:

- Zdaję sobie sprawę, że wcześniej nie mieliście ze sobą zbyt wiele do czynienia, ale odkąd byliście zmuszeni spędzić ze sobą trochę czasu, mam nadzieję, że wasze relacje trochę się poprawiły?

Odpowiedziała mu cisza.

- Draco, zostaw nas proszę samych na moment.

Chłopak spojrzał zaskoczony, ale odparł tylko:

- Dobrze – i opuścił pokój.

Snape przez chwilę przypatrywał się wymizerowanej twarzy Harry'ego, po czym usiadł na krześle obok łóżka.

- Potter, nie jestem raczej odpowiednią osobą do takiej rozmowy, ale niestety nie ma tu nikogo innego. Nie chciałbym też, żeby powód twojej choroby rozniósł się po szkole, nawet pomiędzy innymi nauczycielami. Domyślasz się przyczyny obecnych trudności, prawda?

Harry zagryzł wargę i odpowiedział cicho:

- Chyba tak profesorze.

- Twoja magia jest wyjątkowa, bardziej świadoma, niż u osób w twoim wieku, a nawet i u dużo starszych. W ten sposób zachowuje się moc u czarodziejów, którzy często musieli się bronić i była ona ich jedynym ratunkiem w dzieciństwie – ponownie urwał, patrząc na ucznia tak, jakby go widział po raz pierwszy.

Harry z trudem przełknął ślinę przez zaciśnięte gardło. Był pewien, że wie, dokąd zmierza ta rozmowa. Skinął głową, potwierdzając słowa mężczyzny, który westchnął ciężko.

- To dlatego jesteś tak potężny, choć na pierwszy rzut oka nie można tego stwierdzić, bo bardzo dobrze się ukrywasz. Być może także przed samym sobą. Twoja magia musiała się wykształcić bardzo wcześnie, bo nie miała innego wyboru.

Harry tym razem nie zareagował. Snape był zbyt przenikliwy. Kontynuował swój wywód dalej, ostrożnie, jak gdyby bał się, że jednym nieopatrznym słowem może sprawić, że chłopak siedzący przed nim rozpadnie się na kawałki.

- Powodem, dla którego zareagowałeś tak silnie wtedy, w mojej sali, był fakt, że poczułeś się zagrożony. Straciłeś kontrolę nad uczuciami. Jednak, gdy tylko Draco cię dotknął, natychmiast uspokoiłeś się, żeby nie zrobić mu krzywdy. I myślę, że tutaj leży sedno problemu. Twoja magia nie chce się poddać, ale nie jest w stanie zadawać bólu Draco, a że nagromadzona energia potrzebuje jakoś się wydostać, to musi atakować ciebie. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego tak negatywnie reaguje dopiero teraz? Mówiłeś, że początkowo był to tylko lekki dyskomfort, być może spowodowany brakiem jakiejkolwiek pozytywnej więzi pomiędzy wami. Przynajmniej ze strony twojego męża. Co się stało potem?

Harry w obliczu tych pytań nie mógł więcej odsuwać od siebie tego, co wydarzyło się w noc poślubną. Targnął nim szloch i skulił się, chowając twarz w kolanach.

- Sądziłem, że fizyczna strona waszego związku przyjdzie potem, gdy poznacie się bliżej.

- Powiedział, że według kontraktu mamy 24 godziny na zrobienie tego – z trudem wymamrotał Harry, wciąż szlochając.

- Przeklęty Lucjusz, co on sobie myślał dodając tę klauzulę? Co prawda gdybyście nie skonsumowali małżeństwa, miałbyś jeszcze szansę je anulować, ale znając ciebie, nie wydaje mi się, żebyś miał z niej skorzystać. Ale najwyraźniej Lucjusz nie chciał, żeby pozostał ci choćby cień takiej możliwości – profesor skrzywił się ze złością.

Harry pierwszy raz słyszał przeklinającego nauczyciela. Zaczął się trochę uspokajać.

- To było okropne – wyszeptał. - Nie spodziewałem się, że będzie przyjemnie, ale nigdy w życiu nie czułem takiego upokorzenia. Draco chyba wypił jakiś eliksir, żeby w ogóle mógł to zrobić. Rzucił zaklęcia, żeby nie musiał mnie dotykać i po prostu… to zrobił. A potem sobie poszedł – zadrżał na samo wspomnienie i znów poczuł się brudny i wykorzystany.

Snape wyglądał na wściekłego. Wstał z krzesła i wyszedł za drzwi, a po krótkiej chwili do Harry'ego dobiegł odgłos uderzenia i cichy okrzyk. Gdy wrócili do pokoju, Draco trzymał się za policzek, a wciąż wściekły profesor ciągnął go za sobą za szatę, jak nieposłuszne dziecko, i mówił:

- Coś ty sobie myślał, Draco? Po co go okłamałeś, że musicie skonsumować związek? Byłem pewien, że to pomysł twojego ojca. Jeszcze nigdy nie było mi tak bardzo wstyd za ciebie.

Harry zrozumiał, że to, co Draco mu zrobił było niepotrzebne i mogło poczekać. Świeża fala łez wezbrała mu w oczach. Na twarzy męża zobaczył poczucie winy, gdy ten odezwał się zduszonym głosem:

- Przepraszam Harry. Nie wiem, co ja sobie myślałem. Bałem się, że będziesz chciał się wycofać, że zmienisz zdanie, a ja nie potrafię żyć bez magii. Gdy dowiedziałem się, że już nigdy jej nie odzyskam, chciałem umrzeć. Potem ojciec powiedział mi, że jeśli zostaniemy małżeństwem, to znów będę mógł czarować i chyba straciłem rozum, bo nic innego się dla mnie nie liczyło.

- Przecież to ja zdecydowałem się pomóc ci, nikt by mnie nie zmusił, gdybym sam tego nie chciał – Harry'ego ogarnęła wściekłość. - Od samego początku robiłem wszystko, żeby tylko ci ułatwić całą tę sytuację! A ty ani mi nie podziękowałeś, ani nawet nie byłeś dla mnie miły! Zachowywałeś się jakby mnie nie było albo jakbym był zupełnie niegodny twojej uwagi! - krzyczał coraz głośniej. - I jeszcze na sam koniec zrobiłeś mi coś tak okropnego, po czym porzuciłeś mnie, a ja musiałem prosić twojego ojca, żeby pomógł mi się dostać z powrotem do Hogwartu, bo nie mogę się teleportować! Zresztą, nawet gdybym mógł, to przecież nie miałem pojęcia, gdzie właściwie był ten Dworek.

Twarz Draco wyrażała teraz tylko wstyd.

- Na Merlina, Harry, tak mi przykro, nie pomyślałem o tym. W ogóle o niczym nie myślałem. - Chłopak ukrył twarz w dłoniach i opadł na krzesło.

Złość opuściła Harry'ego i teraz czuł już tylko zmęczenie.

Snape, który wcześniej przysłuchiwał się ich rozmowie bez słowa, odezwał się:

- Dobrze, że chociaż tyle sobie wyjaśniliście. Draco, wciąż uważam, że to co zrobiłeś było okrutne i bardzo samolubne. Tyle dobrego, że wreszcie sam zdałeś sobie z tego sprawę.

- Powiesz ojcu? - spojrzał na wuja ze strachem.

Snape westchnął i powiedział:

- Mógłbym powiedzieć Lucjuszowi, ale czy to cokolwiek zmieni? Byłby tobą równie zawiedziony i rozczarowany co ja. Musisz zrozumieć, że nie jesteś już dłużej dzieckiem. Masz męża i obowiązki, nie możesz więcej zachowywać się jak rozpieszczony bachor, bo nie jesteś pępkiem świata. Sam powinieneś wiedzieć najlepiej, że twoje zachowanie było niedopuszczalne. Musicie jakoś dojść do wspólnego porozumienia, bo będziecie razem całe życie. A jeśli nie wypracujecie pomiędzy sobą co najmniej poprawnych stosunków, to możesz zapomnieć o używaniu jego magii, bo ona byle od ciebie uciec, gotowa jest go zabić. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Draco wyglądał jakby dostał obuchem w głowę.

- Tak, wuju – powiedział potulnie.

Harry miał nadzieję, że Malfoy rzeczywiście zrozumiał powagę sytuacji i że dotarło do niego jak wielką krzywdę mu wyrządził.

Snape wygonił Draco ze Skrzydła Szpitalnego i kazał mu wrócić do swoich komnat.

- Śpij – powiedział do Harry'ego. - I nie myśl sobie, że jeszcze nie wrócimy do kwestii tego, dlaczego twoja magia stała się tak silnie ochronna - rzucił mu groźne spojrzenie, ale chłopak nie czuł prawdziwej wrogości. Mężczyzna odwrócił się i wyszedł.

Harry zasypiał z poczuciem, że po raz pierwszy komuś zależy na tym, co się z nim dzieje. Komuś zależy na nim.