Rozdział 4: Dorotko, pożegnaj się z Kansas.

W środku nocy zbudziło ich charakterystyczne, ciche brzęczenie. W pierwszej chwili Loki nie wiedział, co się dzieje, ale po chwili dostrzegł błękitną poświatę dobiegającą z drugiego pokoju. Mag przeciągnął się nieznacznie, po czym wstał i wyszedł z sypialni, by zobaczyć, że uruchomił się projektor. Kiedy podszedł bliżej, ujarzał zdenerwowaną twarz Starka. Od ich ostatniego kontaktu w sprawie sfery, na Sakaar minęło niemal półtora roku, czyli u nich jakieś sześć miesięcy. Czyżby udało im się uzyskać odpowiedź?

– Halo, słychać mnie?! – zapytał konstruktor, wątpiąc, czy projektor działa poprawnie.

Loki stłumił ziewnięcie i skinął głową.

– Co się dzieje?

Stark wyglądał na nieco zawstydzonego. Cokolwiek zrobił, najwyraźniej kontaktowanie się z Lokim, uważał za ujmę na honorze.

– A raczej co popsuliście? – Zmienił pytanie mag, widząc zachowanie konstruktora.

– Nic nie popsuliśmy, ale sfera się zdestabilizowała. Zmieniałem amplitudę drgań, jak co dwa tygodnie, żeby wejść na nowe pasmo. I nagle sfera zaczęła wariować.

Na potwierdzenie tych słów Stark odsunął się nieznacznie, by pokazać błyskawicznie wirującą kulę, która od nadmiaru energii, aż świeciła niepokojącym blaskiem.

– A czy dostosowałeś częstotliwość przesyłu do amplitudy?

– Nie urągaj mojej inteligencji. Współczynnik był poprawny. Jarvis, jaki był współczynnik?

– Dziewięćdziesiąt osiem koma sześć, sir.

– No właśnie, czyli mieścił się w założonych granicach.

Loki zamyślił się na chwilę.

– W takim razie nasze wyliczenia musiały być błędne. Ewidentnie próg tolerancji został przekroczony. Próbowałeś zmniejszać częstotliwość?

Stark skinął głową.

– Manipulowałem też amplitudą, nic to nie daje. Musiało dojść do jakiejś autoreakcji. Niestety zmiany następowały automatycznie według schematu, kiedy wystąpiły problemy Jarvis dał mi znać, ale zanim wróciliśmy, wszystko zdążyło się już rozkręcić.

– Trzeba ustabilizować przepływ energii, w przeciwnym razie, reakcja będzie się samonapędzać, aż do nieodwracalnych skutków.

– Jak nieodwracalnych?

– Jak szybko jesteście w stanie ewakuować Nowy Jork?

– Ha, ha, ha, niesamowicie śmieszne – żachnął się konstruktor, ale widać było, jak panika odmalowuje się na jego twarzy.

Loki westchnął ciężko. Z jednej strony to nie była jego sprawa, po części chętnie popatrzyłby, jak jeden z Avengersów doprowadza do zagłady miasto, które poprzysięgali bronić. Z drugiej jednak, jeśli miał podtrzymywać dobre stosunki z bratem, to powinien pomóc jego przyjaciołom, ostateczne sam przykładał rękę do wyliczeń, które okazały się błędne.

– Daj mi chwilę – rzucił, po czym wyłączył projektor.

Kątem oka zobaczył, że Miriady stoi w drzwiach sypialni i obserwuje bez słowa całą sytuację. Nie było czasu na wahanie. Usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami, zamknął oczy i skupił całą uwagę na stojącym przed nim zadaniem. Zazwyczaj potrzebował kilkunastu minut, by dobrze przygotować się do podobnego działania, ale teraz nie miał czasu na takie luksusy. Wyobraził sobie laboratorium w Avengers Tower, to samo które chwilę wcześniej widział w projektorze. Po prawdzie wcale nie trudno było je namierzyć, gdyż sfera emitowała tak wielkie ilości energii, że czuć ją było nawet daleko poza granicami Midgardu.

Po paru chwilach iluzoryczna postać Lokiego zmajaczyła po środku pomieszczenia. Mag mógł mieć tylko nadzieję, że Odyn nie potraktuje tego, jako naruszenia wcześniejszych ustaleń. Kiedy zyskał pełną ostrość widzenia, dostrzegł lekko wstrząśniętego Starka, a także ku własnemu zaskoczeniu, wymierzoną w niego strzałę.

– Agencie Barton, cóż za niespodzianka – rzucił z niekrytym rozbawieniem. – Naprawdę planujesz zastrzelić iluzję?

– Iluzję? – syknął mężczyzna.

– Jak może pamiętasz, nie wolno mi przebywać w Midgardzie. To jest jedynie materializacja mojej woli. Ja wciąż jestem na Sakaar – odparł z cierpliwością, o którą się nie posądzał.

– Iluzja czy nie, chcę mieć twoje ręce na widoku – warknął agent.

Loki postanowił zignorować nerwowego łucznika i zamiast tego zbliżył się do sfery.

– Dasz radę to zatrzymać? – zapytał Stark.

– Zaraz się przekonamy.

Po tych słowach Loki rozejrzał się po pomieszczeniu, a ostatecznie wyciągnął rękę w stronę błyszczącej kuli. Niestety ta nie dotarła do celu, nim zdołał ją dotknąć, jego dłoń zafalowała i rozmyła się.

– Nic z tego – mruknął z niechęcią. – Energia sfery za bardzo destabilizuje moją iluzję.

– To co teraz? Mamy stać i patrzeć?

– Proponowałbym raczej uciekać.

– Masz strasznie wisielcze poczucie humoru.

Loki wiedział, co należy zrobić, wiedział jednak również, że im się to bardzo nie spodoba.

– Któryś z was musi to zrobić?

– Wiadomość dnia, żaden z nas nie jest magiem z tysiącletnim doświadczeniem – rzucił Stark, wyraźnie sarkazmem zagłuszając strach.

Loki spojrzał na niego wymownie.

– Mogę pokierować waszymi ruchami, znaczy twoimi nie mogę, z uwagi na reaktor łukowy. Już wcześniej dobrze chronił cię przez moim wypływem. Ale jego mogę – mówiąc to, wskazał głową na agenta Bartona.

– Nie ma mowy! – krzyknął na poły wściekły, na poły przerażony Clint. – Nie będziesz mi mieszał w głowie! Nigdy więcej!

– W takim razie szybko znajdźcie kogoś bardziej chętnego.

Jakby na potwierdzenie słów Lokiego, z kuli wydobył się strumień energii, który uderzył w sufit laboratorium. Naraz w stropie pojawiło się spore pęknięcie, z którego wyleciały trzaskające iskrami kable.

– Clint! – zawołał Tony. – Wszyscy pozostali są w ratuszu, zajmie kilka minut zanim zdążę kogoś sprowadzić.

– Powiedziałem NIE! Nie rozumiesz?! Nie dam temu maniakowi znów grzebać mi w umyśle!

Loki wywrócił oczami.

– Nie zamierzam przejąć nad tobą kontroli, wątpię, bym zdołał to uczynić z takiej odległości. Po prostu pokażę ci co zrobić, by to zatrzymać, a konkretnie co ja bym zrobił, gdybym miał tutaj materialne ciało.

– Clint! Przestań się użalać nad własnym umysłem, ptasi móżdżku! Tu chodzi o Nowy Jork.

Barton patrzył na Starka, jakby temu co najmniej wyrosła druga głowa, w końcu jednak westchnął ciężko i opuścił broń.

– Jeśli zrobisz coś, cokolwiek, co mi się nie spodoba, to dopadnę cię na tym twoim kosmicznym zadupiu i ukręcę ci łeb.


To był zły pomysł. Fatalny wręcz. Zapewne najgorszy pomysł w tym stuleciu, a z pewnością znajdujący się w pierwszej dziesiątce. Nie wierzył, że dobrowolnie się na to godzi. Kiedy Loki ruszył w jego stronę, włożył wiele wysiłku, żeby nie zrobić ani jednego kroku do tyłu. Chciał uciekać. Nigdy nie przyznawał się do tego przed innymi Avengersami, może z wyjątkiem Natashy, ale postać Lokiego prześladowała go w nocnych koszmarach. Mimo, że minęły już prawie trzy lata od tamtych wydarzeń, nadal czasami, zwłaszcza kiedy był w jakimś tłocznym miejscu, zdarzało mu się wpaść w panikę, gdy kątem oka dostrzegał znajomą sylwetkę. Było to irracjonalne, i wiedział, że to umysł płata mu figle, ale niestety przerażenie pozostawało. I poczucie winy.

A teraz stał naprzeciwko swojego nemezis i wiedział, że za chwilę wszystko może się powtórzyć.

– Nic nie poczujesz – mruknął Loki, po czym niespodziewanie położył rękę na jego ramieniu i zniknął.

Clint rozejrzał się dookoła, wciąż starając się powstrzymać narastającą panikę.

– Bierzmy się do pracy. – Usłyszał niespodziewanie głos Lokiego w swojej głowie.

To rzeczywiście było zupełnie inne odczucie. Wcześniej jego umysł pracował sprawnie, ale zdawał się być zainfekowany obcymi myślami. Teraz natomiast nie czuł nic podobnego, za wyjątkiem głosu z tyłu głowy, zupełnie jak u schizofrenika.

– Co mam robić? – zapytał, starając się skupić na zadaniu. Im szybciej to zrobią, tym prędzej pozbędzie się intruza. Przynajmniej taką miał nadzieję.

– Za chwilę zobaczysz to zjawisko moimi oczami – odparł spokojny głos Lokiego, a potem nagle Clint stracił ostrość widzenia.

Nie zdążyła go nawet dopaść panika, kiedy odzyskał wzrok, choć to co ujrzał wykraczało daleko poza jego wyobrażenie. Całe pomieszczenie było wypełnione świetlistymi wiązkami, które tworzyły coś na kształt skomplikowanej sieci pająka. Cała ta plątanina wyraźnie gęstniała w miejscu wirującej sfery, która lśniła blaskiem niczym nowonarodzone słońce. Na jej powierzchni dało się nawet dostrzec niewielki protuberancje.

– WOW – wyrwało się z ust agenta.

Choć oczywiście nie widział twarzy Lokiego, to miał nieodparte wrażenie, że drań uśmiechnął się na ten niewybredny komentarz.

– Przyjrzyj się uważnie, przepływ energii jest zaburzony. Powinieneś móc dostrzec skupiska nagromadzonej mocy.

Clint rozejrzał się po pomieszczeniu i rzeczywiście po chwili widział kilkanaście punktów, które również jarzyły się jaśniejszym światłem.

– Widzę je.

– Dobrze. Twoje strzeleckie umiejętności mogą się okazać przydatne. Weź łuk i spróbuj trafić w jeden z tych punktów.

W pierwszej chwili chciał zapytać o sens takiego działania, ale szybko doszedł do wniosku, że pewnie i tak nie zrozumiałby odpowiedzi. Dlatego po prostu uniósł łuk i posłał strzałę prosto w pierwszy punkt. Kiedy ta uderzyła centralnie w to miejsce, zobaczył, że od strzały do jego dłoni prowadzi podobna do pozostałych, drżąca świetlista wiązka.

– Czego strzelasz w moim laboratorium?!

– Cicho bądź, Stark. To ja tu jestem pierdzielonym medium, nie ty.

Kolejne strzały trafiały w następne punkty, tak że w końcu Clint miał w dłoni kilkanaście lśniących lin.

– Ostatnią wyślij w stronę sfery.

Kiedy to uczynił, cała sieć niebezpiecznie zawirowała.

– To była ta łatwiejsza część, teraz najważniejsze. Niektóre punkty są naładowane dodatnio, inne ujemnie. Trzeba je połączyć tak, by maksymalnie zrównoważyć przepływ.

Clint spojrzał na trzymane w dłoniach wiązki i nie potrafił nic z nich wyczytać, wszystkie wyglądały tak samo.

– Nie widzę żadnej różnicy.

– Nie zobaczysz jej oczami, to trzeba poczuć. Najprościej skup się na temperaturze połączeń.

Dopiero kiedy Loki to powiedział, Clint rzeczywiście zauważył, że istotnie jedne wiązki były cieplejsze niż inne. A kilka było wręcz lodowato zimnych.

– Rozumiem, że mam połączyć przeciwstawne.

– Dokładnie.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Barton przez dłuższą chwilę ważył w ręce poszczególne wiązki, starając się określić, które będą pasować. Trwało to stanowczo za długo, a w tym czasie pęknięcie na suficie wyraźnie się powiększyło. Po minucie dostrzegli Starka, który ubrany w pancerz, zawisł w powietrzu i podtrzymywał strop przed zawaleniem.

– Cokolwiek robisz, lepiej się pośpiesz, Clint.

Nie było czasu na dalsze zastanawianie. Wybrał dwie wiązki i złączył je razem. Linki splątały się, zadrżały, a potem zniknęły. Przestały również istnieć wskazywane przez nie zawirowania mocy.

– Pierwsze koty za płoty – mruknął do siebie agent, po czym zaczął łączyć następne.

Koniec końców w ręce zostały mu dwie ostatnie, w tym jedna prowadząca do samej sfery. Kiedy je złączył, całość zafalowała, a potem kula jakby przygasła, zwolniła znacząco, aż w końcu zatrzymała się, pulsując lekkim, jednorodnym światłem.

– Gratulacje, agencie Barton. Właśnie zaliczyłeś pierwszą lekcję magii.

– Bardzo zabawne, a teraz wypad z mojej głowy.

Kilka sekund później widmowa sylwetka Lokiego pojawiła się tuż obok niego, co przyjął z prawdziwą ulgą.

Stark naprędce zabezpieczał sufit, by nie zwalił się na urządzenie, po czym wylądował obok nich.

– Co zrobiłeś? – zapytał maga.

– Po prawdzie to ja nic nie zrobiłem, wskazałem jedynie Bartonowi jak wykorzystać jego naturalny potencjał. Jak postąpić, by wszystko uregulować.

– Dobra, w sumie to nawet nie wnikam, co tak naprawdę się tutaj stało. Z pewnością jednak obniżę próg tolerancji, nie mam ochotę na powtórkę. Muszę też jeszcze raz sprawdzić wyliczenia.

Stark podszedł do komputera, ale kiedy spojrzał w stronę Lokiego, maga już nie było.

– Jak ja nie cierpię magii.


Clint leżał w łóżku. Było już grubo po drugiej w nocy, wiele godzin po feralnym zdarzeniu, a on wciąż czuł drżenie rąk. Nie potrafił na tym zapanować, mimo gorącego prysznica, kilku piw i ekstra dużej porcji kebaba. Wciąż czuł się roztrzęsiony, co doprowadzało go do furii.

Zirytowany do granic możliwości stanął na nogi, założył podkoszulek i wyszedł z pokoju. Skierował się do przestronnego lobby Avengers Tower, z zamiarem rozprawienia się z problemem na sposób Tony'ego. Jeśli piwo nie pomogło, to może podwójna szkocka odpowiednio go znieczuli.

A przecież nic takiego się nie stało, przecież to był tylko krótki incydent, który niczego nie zmienił. Dlaczego wciąż nie mógł przestać o tym myśleć. Nadal był sobą, z pełną świadomością mógł przyznać, że tym razem Loki nie zdołał zdominować jego umysłu, a mimo to zostawił w nim kolejną bliznę, która teraz nie pozwalała mu zasnąć.

A jednak sam przed sobą musiał przyznać, że to było zgoła inne doświadczenie niż trzy lata temu. Wtedy był tylko bezmyślną marionetką, teraz natomiast… sam nie wiedział jak to nazwać. To była chyba jedna z dziwniejszych rzeczy, jaka mu się w życiu przydarzyła. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przerażony nachodzącą go konkluzją. To zakrawało na czyste szaleństwo, idiotyzm, skrajny brak instynktu samozachowawczego. A jednak kiedy teraz rozważał całą sytuację na spokojnie, kiedy opuściło go uczucie paniki, zdał sobie sprawę, że wcale nie czuje strachu, a ekscytację.

Uderzył z nadmierną siłą szklanką w blat baru, tak że na grubym denku pojawiło się nieregularne pęknięcie. Ten nagły przypływ gniewu nie zdołał jednak wyrugować tej dziwacznej myśli, która zainfekowała jego umysł. Nie powinien, ba!, nie mógł w ten sposób o tym myśleć. To było chore i nie mogło dobrze się skończyć. A jednak, choć wydawało się to całkowicie absurdalne, gdzieś w głębi czuł, że nie jest w stanie tego zwalczyć. Kiedy przypominał sobie całe wydarzenie, to co widział i czuł w tamtej chwili, nie potrafił postrzegać tego tylko przez pryzmat własnego strachu. Oczywiście, był przerażony, ale nie tym, co się działo, a tym co mógł zrobić ten przeklęty mag. To co się tam wydarzyło, było... niesamowite.

Clint usiadł ciężko na rozłożystej sofie, odstawił szklankę na podłogę i złapał się obiema rękoma za głowę. Tony miał rację, on też nienawidził magii. Powinien jej nienawidzić, za wszystko co przez nią wycierpiał, za całe zło, które mu uczyniła. A jednak ten irytujący szept gdzieś z głębi podświadomości nie ustawał w przekonywaniu go, że teraz czuje coś zupełnie odmiennego. Fascynację.

Musiał to w końcu przyznać sam przed sobą i żadna ilość alkoholu tego nie zagłuszy. To co zobaczył dziś w laboratorium... nie wiedział dokładnie, co Loki zrobił z jego oczami, ale to było jakby naraz zobaczył zupełnie innych świat, bogatszy, pełniejszy, kompletny. Dla łucznika zmysł wzroku był najważniejszy, a dziś został magicznie podkręcony i Clint wiele by dał, aby na stałe zyskać taki wzrok na sterydach. Aż strach pomyśleć, co mógłby osiągnąć jako Hawkeye, gdyby potrafił na zawołanie tak manipulować swoimi oczami.

Mężczyzna z frustracją potarmosił włosy. O czym on w ogóle myślał?! Przecież ten maniak ostatnim razem zrobił mu kisiel z mózgu, przez co do dziś ma senne koszmary. Nigdy nie powinien o tym zapominać.

– Niech to szlag! – warknął, chwycił szklankę, wychylił jej zawartość i wrzucił ją z impetem do kubła na śmieci (Tony i tak nie zauważy braku), po czym skierował się do windy.

Po kilkunastu sekundach wszedł do laboratorium, gdzie nieszczęsna sfera wirowała powoli, teraz pracując w zupełnie stabilny sposób. Jednak nie ten artefakt przykuł jego uwagę. Na jednym z biurek leżała mała, niebieska kulka. Był przy tym jak Tony ją uruchomił, wiedział też, że to nie był pierwszy raz, kiedy za pomocą tego przedmiotu nawiązywali kontakt z drugą stroną galaktyki, jakkolwiek absurdalnie to brzmiało.

Podniósł piłeczkę. W dotyku była miękka, lekko naddawała się przy nacisku, wyglądała tak niepozornie.

– Chyba żartujesz – mruknął sam do siebie, odłożył ją na blat i ruszył z powrotem w stronę windy.

Nie zdołał jednak tam dotrzeć, kiedy gwałtownie zawrócił, chwycił kulkę i nim mógł jeszcze raz to przemyśleć, ścisnął ją mocno, po czym rzucił na stół. Oszalał, definitywnie i jednoznacznie oszalał. Fury go zabije, gorzej, Natasha go zabije! A mimo tych czarnych myśli z rosnącym napięciem obserwował formujący się obraz. Nie minęło więcej jak minuta, kiedy niespodziewanie w zasięgu jego wzroku pojawiła się jakaś kobieta o dziwnej, różowej skórze i niepokojących, czerwonych oczach. Tony coś o niej wspominał, ale teraz Clint nie był w stanie przypomnieć sobie szczegółów.

Kobieta zmierzyła go pytającym spojrzenie, a potem uśmiechnęła się delikatnie.

– My się chyba jeszcze nie znamy – odezwała się pogodnie. – Jesteś jednym z midgardzkich przyjaciół Thora?

Łucznik przełknął głośno ślinę, bo od rosnącego napięcia kompletnie zaschło mu w ustach, po czym pokiwał głowa.

– Chyba można tak powiedzieć, nazywam się Clint Barton. A ty to?

– Miriady – odparła uprzejmie, choć jednocześnie coś zmieniło się w jej spojrzeniu po tym, jak się przedstawił i nie mógł odeprzeć wrażenia, że ona doskonale wiedziała, co wydarzyło się między nim, a Lokim. Mimo to wciąż się do niego uśmiechała. – Jak mogę ci pomóc, Clint?

– Jest Loki?

Miriady skinęła głową, przeprosiła go na moment i znikła z kadru. Clint wziął kilka głębszych wdechów i wytarł dłonie o spodnie, bo czuł, że pocą mu się niemiłosiernie. Choć nie trwało to dłużej jak minutę, on w tym czasie zdążył pięć razy zmienić zdanie, a kiedy w końcu zobaczył na ekranie sylwetkę Lokiego, już całkowicie nie wiedział, co ma zrobić.

– Agent Barton, to dość nieoczekiwane – powitał go mag, a uśmiech zdobiący jego twarz przyprawiał Clinta o mdłości. – Jakiż to tragiczny splot wydarzeń sprowadził cię do mnie?

Łucznik zacisnął zęby i pięści. O czym on w ogóle myślał, przecież to absurdalne! Nie było szans, żeby...

– Możesz mnie tego nauczyć? – wyrzucił z siebie pytanie.

Konsternacja jaka zapanowała między nimi, trwała naprawdę długą chwilę, a zdumienie Lokiego wyrażało się głównie w wysoko uniesionych brwiach. Co by nie powiedzieć, udało mu się zaskoczyć mistrza manipulacji, samo to już było jakimś osiągnięciem. Powinien coś jeszcze powiedzieć, coś więcej wytłumaczyć, ale słowa uwięzły mu w gardle i za nic nie mógł ich uwolnić.

– Powiedziałeś, że wykorzystałeś mój naturalny potencjał – wydusił w końcu, wykorzystując przedłużające się milczenie Lokiego.

Mag zmarszczył brwi i niespodziewanie uśmiech zniknął z jego twarzy. Przyglądał się łucznikowi, jakby doszukiwał się jakiegoś podstępu.

– Ty mówisz poważnie. – To nie było pytanie, raczej konkluzja.

Clint tak silnie zaciskał pięści, że miał wrażenie, iż za moment połamie sobie palce. Irytacja walczyła w nim o palmę pierwszeństwa z chęcią ucieczki. Wiedział, że za chwilę padną słowa, po których będzie czuł obrzydzenie do samego siebie, za tę żałosną próbę. Oczami wyobraźni widział już ten sadystycznie zadowolony z siebie uśmiech wypływający na twarz Lokiego, kiedy będzie brutalnie kpił z jego pytania. Oj, długo nie dadzą mu o tym zapomnieć.

Już otwierał usta, żeby zakończyć ten poroniony pomysł, kiedy w końcu Loki ponownie się odezwał.

– Za jakiś tydzień Thor będzie gościł u mnie, jeśli rzeczywiście chcesz się czego nauczyć, to zapraszam na Sakaar.

I nie dodając nic więcej zakończył przekaz.

Clint usiadł na podłodze i oparł się plecami o biurko. Naraz spłynęła na niego fala totalnego przerażenia. W sumie nie poświęcił ani jednej myśli na to, w jaki sposób Loki miałby go tego nauczyć. Jakiś kurs korespondencyjny, zaoczne zajęcia, praca zdalna? Przecież nie mógł spakować manatów i polecieć na drugi kraniec wszechświata, prawda? Nie, to absolutnie nie wchodziło w grę!


Tydzień później

Clint z trudem utrzymał się na nogach, kiedy potężny, kolorowy strumień rzucił go z parkingu pod supermarketem wprost do Asgardu, a konkretnie do dziwacznej kopulastej budowli, którą Thor nazywał Obserwatorium. Pierwszą osobą jaką zobaczył, był wysoki, czarnoskóry wojownik, ubrany w złotą zbroję z potężnym mieczem w ręku, a chwilę później dostrzegł znajomą sylwetkę ich Gromowładnego przyjaciela. Ubrany jak zwykle w zbroję i powiewającą pelerynę, przez ramię miał przewieszoną sporą skórzaną sakwę.

– Za pierwszym razem zwykle jest to nieco oszałamiające – rzucił Thor podchodząc bliżej. Jak zwykle był uśmiechnięty i z entuzjazmem poklepał Clinta po plecach. – Z czasem przywykniesz.

– Nie zamierzam tego powtarzać zbyt często – mruknął mężczyzna, starając się jednocześnie zapanować nad błędnikiem.

– W takim razie nie ucieszy cię zapewne wiadomość, że za chwilę będzie powtórka.

– Jak to?

– Teraz jesteś w Asgardzie, tymczasem my potrzebujemy dostać się do Alfheim i stamtąd ruszymy dalej.

Clint przełknął z trudem ślinę. Wcześniej nie dopytywał się Thora, jak będzie wyglądać ich podróż. Oczekiwał jakiegoś magicznego hokus pokus, czy coś w tym stylu, tymczasem chyba nie będzie to tak proste.

– No to nie traćmy czasu – powiedział, prostując się, jednocześnie robiąc dobrą minę do złej gry. Miał nadzieję, że Thor nie dostrzegł, jak drżą mu ręce.


O dziwo jednak kolejna podróż nie wywarła na nim aż takiego wrażenia. Może dlatego, że wiedział już, czego się spodziewać, choć nadal bez cienia gracji wylądował tyłkiem na trawie. Kiedy zdołał zebrać kości i sportową torbę, którą miał ze sobą, zobaczył jak Thor wyjmuje małą szkatułkę, wrzuca do niej zwitek papieru, po czym najzwyczajniej w świecie siada na ziemi, a z torby wyjmuje kosz z jedzeniem.

– Częstuj się, przyjacielu. Musimy teraz około godziny poczekać, więc równie dobrze możemy się posilić.

Clint podszedł bliżej i usiadł ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko towarzysza. Z pewnym wahaniem zajrzał do środka i sięgnął po coś wyglądającego jak wędzona noga kurczaka.

– Jak inni zareagowali na ten pomysł? – zapytał po chwili Thor.

Łucznik westchnął ciężko.

– Fury'ego poprosiłem o urlop zdrowotny z powodu odnowienia kontuzji barku, natomiast Tony i spółka myślą, że jestem w Nevadzie i szkolę rekrutów.

Thor zaśmiał się krótko.

– Nie podejrzewałem cię o takie tchórzostwo. Nie powiedziałeś nawet Lady Natashy?

– Zwłaszcza jej. Wyprułaby mi flaki i zawiesiła na haku, byle zatrzymać mnie na Ziemi. Gorzej, pomyślałaby, że w końcu oszalałem. W sumie pewnie miałaby rację. Niemniej proszę cię o dyskrecję. Póki nie wrócę, wolę, by o niczym nie wiedzieli.

Asgardczyk skinął głową na zgodę.

– Muszę przyznać, że gdy mnie wezwałeś, sam również obawiałem się o stan twojej psychiki.

– Dzięki. Twoje wsparcie jest niezwykle cenne – mruknął Clint.

– Stwierdzam tylko fakt. Oczywiście nie widzę nic złego w łaknieniu wiedzy, bardziej dziwi mnie, że po tym wszystkim zwróciłeś się do mojego brata.

– Wiesz, nie znam zbyt wielu magów. Jeśli możesz zaproponować kogoś innego, to chętnie przyjmę.

Thor uśmiechnął się przekornie.

– Oczywiście, że znam kilku, ale zawsze dobrze jest uczyć się od najlepszych.

Barton prychnął nieznacznie.

– Jasne, gorzej jak w przypływie złego humoru, przerobi mnie na stertę lepkich glutów.

– Bez obaw, przyjacielu. Rozumiem, że wcześniejsze zdarzenia kładą się cieniem na waszych relacjach, to oczywiste, jednak zapewniam cię, iż mój brat zawsze cenił wiedzę ponad wszystko i z pewnością nie zniży się do podobnych zagrywek w stosunku do kogoś, kto po tę wiedzę do niego przychodzi. Jak to mówicie na Ziemi… to nie w jego stylu.

Clint nie czuł się specjalnie podniesiony na duchu tą wypowiedzią, ale to było wszystko, na co mógł liczyć. Szczerze wątpił, by w spotkaniu jeden na jeden na obcej planecie, miliardy kilometrów od domu, miał najmniejsze szanse w starciu z Lokim. Czemu więc tak ryzykował? Chyba po prostu oszalał.

– Często pokonujesz tą trasę? – zapytał, zmieniając temat.

– Średnio co miesiąc lub dwa, kiedy tylko czas i obowiązki mi pozwalają – odparł Thor i jego entuzjastyczny uśmiech nieco przygasł. Przez moment milczał, a potem westchnął nieznacznie i dodał. – Wiesz, że za swoje zbrodnie, Loki został wygnany z Asgardu. Paradoksalnie jednak z czasem to poprawiło stosunki między nami. Teraz jest… dobrze, lepiej niż było przez kilka ostatnich stuleci. On się zmienił i ja także. Dlatego staram się to podtrzymać, nawet jeżeli muszę w tym celu przemierzyć pół galaktyki. To niewielki koszt, za odzyskanie brata.

Clint pokiwał ze zrozumieniem głową. Doskonale pamiętał opanowanego rządzą władzy maniaka, który próbował szturmem zdobyć Ziemię. Jak łatwo zapomnieć, że ta sama osoba była najbliższą rodziną siedzącego tutaj Asgardczyka.


Niespełna godzinę później, kiedy opróżnili zawartość koszyka i zebrali swoje rzeczy, koło wysokiej, jasnej skały przy której siedzieli, zmaterializowała się iluzoryczna postać Lokiego. Thor dał Bartonowi znak głową i kiedy obaj dotknęli dłońmi obelisku, porwał ich snop jasnego światła.

Tym razem Clint nie miał wątpliwości, że długo będzie odchorowywał ten kosmiczny rollercoaster. Poważnie żałował, że jadł cokolwiek tuż przed drogą i teraz wyraźnie czuł, że wszystko chce znaleźć drogę powrotną na zewnątrz. Światło było oślepiające, a przeciążenia niemal pozbawiały go przytomności.

W końcu jednak, kiedy wydawało mu się, że nie zdoła dłużej utrzymać świadomości, wszystko urwało się brutalnie, a on upadł na twardą, metalową podłogę. Jęknął przeciągle, starając się odzyskać oddech, a kiedy otworzył oczy, zobaczył nad sobą zmartwioną twarz Thora, jak i widzianą wcześniej kobietę.

– Napij się – powiedziała, podając mu kubek wody.

Usiadł z wysiłkiem i wziął go drżącą dłonią. Chłodny płyn zagłuszył nieco nawracające falami mdłości.

– Z pewnością nie chcę tego powtarzać – odezwał się, gdy odzyskał kontrolę nad oddechem. – Powiedzcie, że za chwilę nie będzie trzeciej przesiadki.

Thor zaśmiał się gromko, pomagając mu wstać.

– Spokojnie, dalsza podróż będzie bardziej odpowiadać twoim standardom.

– Całe szczęście.


O jednym Thor zapomniał wspomnieć. Może podróż dalej rzeczywiście odbywała się w przyjemniej atmosferze, ale w żaden sposób nie przygotował Clinta na to, co zobaczy, gdy zbliżą się do Sakaar. Time Square w godzinach szczytu wydawał się przy tym spokojnym miejscem. Barton, sam będąc pilotem, podziwiał zdolności Miriady w lawirowaniu między setkami, jeśli nie tysiącami innych latających maszyn.

– Bardzo tu dziś niebiesko – rzucił Thor, kiedy zbliżali się do lądowiska. Istotnie wokoło wiele było barwnych błękitnych akcentów.

– Arcymistrz zarządził tydzień niebieskiego koloru – wytłumaczyła Miriady. – Ostatnio przechodzi dziwną fascynację kolejnymi barwami, więc co chwilę miasto przemalowują na inny kolor.

Clint chyba nie chciał wnikać ani w to kim jest rzeczony Arcymistrz, ani jakimi dziwnymi prawami rządzi się to miejsce. Zbyt silnie zaczynał odczuwać zdenerwowanie zbliżającym się spotkaniem. Oczywiście obecność Thora była nieco uspokajająca, aczkolwiek wiedział, że Gromowładny zabawi tutaj zaledwie kilka dni, tymczasem jemu przyjdzie zostać znacznie dłużej. Nadal nie potrafił sobie wyobrazić przebywania sam na sam z Lokim, a z drugiej strony wiedział, że ta chwila w końcu nadejdzie. Poza tym nie mógł się chować za plecami Asgardczyka, w przeciwnym razie straciłby resztę szacunku do siebie samego.

Miriady poprowadziła ich wąskimi, krętymi uliczkami, przez które przelewały się tłumy zdumiewających istot. Clint starał się zapamiętać jak najwięcej z mijanej okolicy, choć trudno było mu się na tym w pełni skupić. A kiedy wyszli na otwartą przestrzeń i skierowali się do jednego ze smukłych wieżowców, zrozumiał, że są już prawie na miejscu.

Westchnął ciężko, wsiadając do windy, w marnej próbie uspokojenia nerwów. Chwilę później weszli do sporego apartamentu, który przypominał nieco, mieszkalną część Avengers Tower, gdyby nie ogromne sterty książek, leżące w każdym możliwym miejscu. Nie trwało długo, jak Clint dostrzegł znajomą sylwetkę mężczyzny stojącego w drzwiach do sąsiedniego pomieszczenia.

– Proszę, proszę. Jestem mile zaskoczony twoją determinacją, agencie Barton – odezwał się Loki z tak dobrze znanym uśmiechem przyklejonym do twarzy. – Choć w sumie chyba nie powinienem być, zawsze byłeś konsekwentny.

Clint nie wiedział, jak odpowiedzieć na takie powitanie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Loki z premedytacją pije do czasów, kiedy razem „pracowali". Nawet jeśli nie robił tego dobrowolnie, to działał z tą samą stanowczością i pieczołowitością, jak przy wszystkich innych misjach. Niestety musiał przyznać sam przed sobą, że Loki go znał. Zdążył doskonale poznać wszystkie cechy jego charakteru i umysłu, choć wyciągnął tę wiedzę siłą.

– Witaj, bracie – odezwał się Thor, podchodząc bliżej i kładąc sakwę na stole. – Przywiozłem to, o co prosiłeś.

Loki skinął głową i podszedł bliżej. Z zainteresowaniem zaczął wyciągać z środka kolejne książki. Oglądał je uważnie, niektóre pobieżnie wertował, by w końcu rozłożyć je na trzy mniej więcej równe stosy. Jeden z nich, zawierający pięć tomów, podniósł i podszedł do Clinta.

– Jeśli rzeczywiście chcesz się czegokolwiek nauczyć, zacznij od przeczytania tego – powiedział, wciskając mu w ręce książki.

Barton spojrzał na pierwszą okładkę, ozdobioną dziwnymi runami.

– Przecież ja nie potrafię czytać po asgardzku – mruknął skonsternowany.

Loki obrzucił go krytycznym spojrzeniem i pokręcił nieznacznie głową. Tymczasem Thor zaśmiał się szczerze.

– Naprawdę sądzisz, że my mówimy w twoim języku? – zapytał wyraźnie rozbawiony.

Niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia mag dotknął jego czoła dwoma palcami. Clint odskoczył, upuszczając książki na podłogę.

– Co ty… – Już chciał zapytać, ale wtedy spojrzał ponowienie na jedną z okładek i naraz bez trudu odczytał znaczenie znajdujących się tam słów. – Aha, to dużo tłumaczy – stwierdził, wciąż starając się trzymać nerwy na wodzy. – Następnym razem przynajmniej mnie ostrzeż – wysyczał ostatecznie, obrzucając Lokiego nienawistnym spojrzeniem.

Ten prychnął nieznacznie.

– Lepiej zacznij się przyzwyczajać.

Jak na złość wciąż towarzyszył im gardłowy chichot Thora.


Clint położył torbę w nogach łóżka, a sam rozejrzał się po sporym pokoju, który został mu wskazany przez Miriady. Urządzony był w nienachlany sposób i utrzymany w lekko pastelowych kolorach. Te oczywiście znacznie bardziej pasowałyby do kobiety, ale łucznik nie zamierzał narzekać. Miał wygodne łóżko, stolik z lampką i sporą szafę, a także duże okno, z którego rozciągał się widok na sporą część tego dziwacznego miasta. Miał świadomość, że przyjdzie mu spędzić nieco czasu w tym miejscu, więc chyba powinien jak najszybciej przywyknąć do wszystkiego, co było tu odmienne od rzeczy znanych na Ziemi. Po prawdzie jednak Sakaar wydawało się mimo wszystko dość swojskie. Gdyby przymknąć oczy na różne dziwne istoty, jakie chodziły w okolicy, to można by pomyśleć, że to po prostu jakiś dziwny, orientalny kraj, gdzieś na dalekim wschodzie Azji. Taki typowy kulturowy tygiel, trochę jak Hong Kong.

Ta myśl nieco go uspokoiła, kiedy usiadł na łóżku i spojrzał na leżące obok książki. Nie spodziewał się, że w taki sposób rozpocznie się jego przygoda z magią, choć z drugiej strony może rzeczywiście warto było poznać podstawy. Nie umknęło też jego uwadze, że Loki poprosił Thora o sprowadzenie tych książek z Asgardu, więc najwyraźniej wbrew temu, co powiedział, raczej spodziewał się, że Clint podejmie rękawicę.

Barton opadł ciężko na łóżko i spojrzał w kremowy sufit. Obiecywał sobie, że nie będzie skupiał się na fakcie, że znalazł się bardzo daleko od domu. Do tego w jednym miejscu z jedynym człowiekiem we wszechświecie, z którym nie chciał mieć nigdy więcej do czynienia. Dobra, oszalał, to już zdążył zauważyć, otwarte pozostawało pytanie, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje.

Kiedy odświeżył się i przebrał w nieco lżejsze ubranie (rzeczywiście było tutaj niesamowicie gorąco), wyszedł z pokoju i skierował się w stronę sporej kuchni, z której dolatywały całkiem apetycznie zapachy. Gdy stanął w drzwiach, zobaczył jedynie różowoskórą kobietę, która przy rozległej wyspie na środku pomieszczenia, kroiła jakieś warzywa, owoce, czy cokolwiek to było.

– Wszystko w porządku? Pokój ci odpowiada? – zapytała, kiedy go spostrzegła.

– Tak, dziękuję. Gdzie pozostali?

Mówiąc to, podszedł bliżej i wsparł ręce na dużym, białym blacie.

– Wszyli na taras. Jak chcesz możesz do nich dołączyć.

Clint szybko pokręcił głową, nawet we własnym mniemaniu za szybko. Jednak perspektywa mieszania się w prywatne sprawy asgardzkich braci wydała mu się dość nieprzyjemna.

– W takim razie, proszę – dodała z uśmiechem kobieta, podając mu nóż. – Wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje czymś zająć ręce… i umysł.

Spojrzał na nią pytająco, chwytając drewnianą rękojeść kuchennego noża.

– Thor coś wspominał. Ty czytasz w myślach, tak?

Miriady zaśmiała się lekko i pokręciła przecząco głową.

– Nic z tych rzeczy. Potrafię jedynie odczuwać emocje, ich podłoże jest już tylko kwestią mojej interpretacji.

– Rozumiem. Dogadałabyś się z Natashą. To moja przyjaciółka, ona też umie czytać z człowieka jak z otwartej księgi, choć nie posiada żadnych nadludzkich zdolności. Wiesz, gesty, spojrzenia, nerwowe tiki. Potrafi z tego wyciągać daleko idące wnioski.

Clint zaśmiał się lekko na to wspomnienie. Ciekawe ile czasu zajmie Tashy odkrycie prawdy.

– Musi być ciekawą osobą.

– Istotnie, choć lepiej nie siadać z nią do kieliszka. To Rosjanka, jej metabolizm alkoholu wykracza daleko poza przyjęte standardy.

Kobieta zaśmiała się nieznacznie, po czym podała mu jakieś warzywo, które wyglądało jak skrzyżowanie marchewki z porem.

– Wzdłuż czy w poprzek?

– W poprzek, drobno, bo inaczej będzie twarde.

Paradoksalnie, takie trywialne zajęcie jak siekanie poromarchwi, było rzeczywiście uspokajające. Jakoś łatwiej było zaakceptować fakt, że tuż za ścianą jest Gromowładny bóg i jego podstępny, młodszy brat, kiedy tutaj gotowała się aromatyczna potrawka.

– Nie musisz obawiać się tego miejsca – powiedziała po chwili kobieta, przyciągając jego spojrzenie. – Na Sakaar jest raczej przyjemnie i zabawnie.

– Nie miejsca się obawiam – stwierdził, chyba bardziej do siebie, niż do niej.

Mimo to Miriady przeniosła wzrok na drzwi prowadzące na taras.

– On nie ma względem ciebie złych intencji. Oczywiście bywa złośliwy i na pewno będzie próbował nie raz wyprowadzić cię z równowagi, taka już jego natura, ale zaimponowałeś mu swoją prośbą, choć nigdy się do tego nie przyzna otwarcie.

– Doprawdy?

– Tak, przede wszystkim dlatego, że potrafiłeś wznieść się ponad gniew i nienawiść.

Clint wzruszył ramionami.

– Staram się nie być specjalnie pamiętliwy. Jasne, nie ufam mu za grosz, ale… – westchnął nieznacznie, nie sądził, że przejdzie mu to przez gardło. – Każdy zasługuje na drugą szanse, nie?

– Och, jak niezwykle wielkodusznie z twojej strony – odezwał się sarkastycznie mag, kiedy wraz z Thorem weszli do pomieszczenia. – Gdyby Wszechojciec był równie łaskawy, już dawno byłbym z powrotem w domu.

Łucznik obrzucił go zirytowanym spojrzeniem, wcale nie chciał, by ten padalec usłyszał te słowa. Nie umknęło jego uwadze również, jak uśmiech na twarzy Thora wyraźnie przybladł.


Clint leżał w swoim łóżku i trzymał w powietrzu czytaną właśnie książkę. To była naprawdę dziwna lektura, trochę jakby połączyć teorię względności z Opowieściami z Narnii. Niektóre rzeczy wydawały się logiczne inne zwyczajnie trzeba było brać na wiarę. Mógł mieć tylko nadzieję, że z czasem to wszystko nabierze nieco więcej sensu, w przeciwnym razie cała wyprawa okaże się daremna. Loki zdawał się być przekonany o sukcesie całego przedsięwzięcia, przynajmniej takie można było odnieść wrażenie z tych kilku zdań, które wymienili ze sobą w czasie paru ostatnich dni. Choć oczywiście wszystko to mogło równie dobrze być wymierzone w zakpienie z wysiłków Bartona.

Clint odłożył lekturę, bo zdał sobie sprawę, że tak się rozproszył, iż stracił wątek jakąś minutę temu. Podniósł się do pozycji siedzącej i poczuł, jak zaschło mu w gardle. Jednak na myśl o pójściu do kuchni po wodę, przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Miriady jakiś czas temu wyszła z domu, by odeskortować Thora na szlak do Asgardu. Niestety znaczyło to, że w apartamencie pozostał tylko on i Loki. Idealny moment jeśli mag planował jakieś intrygi.

Mężczyzna pokręcił głową i zganił się w myślach. Nie mógł pozwolić sobie na atak paniki. Będzie tu mieszkał zapewne przez długie miesiące i prędzej czy później przyjdzie mu spędzać czas sam na sam z magiem. Jeśli teraz nie przezwycięży własnego lęku, to równie dobrze może podwinąć ogon pod siebie i wracać do domu. Zmotywowany tą myślą wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Jeśli ten drań będzie coś kombinował, to zarobi strzałę prosto między oczy.

Było wczesne popołudnie i mieszkanie wypełniało jaskrawe światło tutejszego słońca, powodując jednocześnie, że momentami upał stawał się trudny do wytrzymania. Sam Clint miał na sobie jedynie cienką szarą podkoszulkę i spodenki w kolorze khaki. W kuchni wciąż unosił się zapach późnego śniadania, które jedli kilka godzin temu, a w zlewie piętrzyła się sterta naczyń. Łucznika rozbawiło wyobrażenie Lokiego zmywającego brudne talerze, ale potem uświadomił sobie, że pewnie przebrzydły mag i na to zna jakąś sztuczkę.

Po chwili odnalazł czysty kubek, nalał sobie nieco wody i ruszył w stronę tarasu. Nie zamierzał się chować w swoim pokoju. O dziwo jednak taras był pusty, tymczasem kątem oka dostrzegł, że Loki siedzi ze skrzyżowanymi nogami na podłodze w salonie. Miał zamknięte oczy, a jego ręce spoczywały na kolanach. Cokolwiek robił, musiało mieć to związek z magią, bo powietrze wokół niego niepokojąco drgało. Raczej nie było dobrym pomysłem teraz mu przerywać, więc Clint jedynie oparł się plecami o balustradę tarasu i w ciszy obserwował.

Naraz ciało Lokiego zalśniło zielonkawą poświatą. Otworzył oczy, ale można było odnieść wrażenie, że nie widzi otoczenia. Najwyraźniej teraz był daleko stąd, zapewne w miejscu tego skalnego obelisku, gdzie otwierał drogę powrotną dla Thora.

Nie trwało to dłużej jak pięć minut, a potem wszystko się uspokoiło. Loki ponownie otworzył oczy, teraz już w pełni świadomy tego, co znajduje się wokoło, po czym wstał z pewnym wysiłkiem. Dopiero wtedy dostrzegł obserwującego go łucznika.

– Wszystko zgodnie z planem? – zapytał Clint, czując potrzebę przerwania tej dziwnej ciszy.

Mag pokiwał głową i sam również sięgnął po szklankę, która stała na niskim stole.

– Przy jednej osobie, to nie jest specjalnie trudne – odparł, również wychodząc na taras. – Gorzej jak raz postanowił sprowadzić ze sobą towarzyszy i nawet nie raczył mnie o tym uprzedzić. Norny były dla nich łaskawe, że żaden nie zaginął gdzieś po drodze.

– A co jest między naszymi światami, a Saakar?

– Otchłań – mruknął Loki, dziwnym głosem. – Mroczna i nieprzyjazna pustka.

– Coś jak przestrzeń kosmiczna?

– Niedokładnie, w próżni międzyplanetarnej nadal jednak znajduje się gwiezdny pył, fale świetlne i magnetyczne. W otchłani poza gałęziami Yggadrasilu nie ma niczego, ani światła, ani odrobiny ciepła, żadnego śladu czegokolwiek.

– Nieco przerażające.

– Żebyś wiedział.

Coś w tonie głosu Lokiego sprawiło, że Clint spojrzał na niego badawczo.

– Byłem tam – dodał mag, widząc wzrok agenta. – Nie polecam nikomu.

– Ale jak to możliwe? Ja rozumiem, że Asgardczycy są długowieczni i trudno ich uśmiercić, jednak chyba nawet wasza wytrzymałość ma swoje granice.

Loki uśmiechnął się w dziwny sposób, niby kpiący, ale też jakiś nieco zgorzkniały.

– Istotnie, żaden Asgardczyk nie zdołałby tam przetrwać. Rzecz w tym, że ja jestem Jotunem, Lodowym Gigantem z Jotunheimu. Moja wrodzona odporność, wraz z magią uratowały mi życie, na nieszczęście Midgardu.

Clint zmarszczył brwi.

– To tam spotkałeś Chitauri?

– Otchłań, choć sama jest totalną pustką, prowadzi do przeróżnych światów, zamieszkałych przez różne plugawe rasy.

– Jakoś nikt nie zakładał, byś spotkał ich na obozie harcerskim. Otchłań poza światami brzmi znacznie bardziej prawdopodobnie – prychnął Clint, dopił resztę wody i ruszył w stronę kuchni.

Kusiło go, by wypytać o więcej szczegółów związanych z inwazją na Ziemię, ale to chyba nie był temat przy którym byliby w stanie zakopać topór wojenny. Bolesne wspomnienia wciąż były zbyt żywe.

Odstawił pusty kubek na blat i ponownie spojrzał w stronę Lokiego.

– A jak znalazłeś się w otchłani?

Mag wzruszył ramionami.

– Spadłem z Bifrostu.

– Tak po prostu?

– Konkretnie to puściłem Gungnir, który trzymał Thor, którego trzymał Odyn. To dość skomplikowane.

Mimo że zdanie to wypowiedziane było lekkim, niemal rozbawionym tonem, to Clintowi nie umknęło jedno konkretne słowo.

– Puściłeś?

Loki również podszedł do blatu, ale zamiast czegoś do picia, sięgnął po stojące w misce małe, różowe owoce, które jak Clint zdążył zauważyć, smakowały nieco jak winogrona, choć o bardziej ostrawym posmaku.

– Powiedzmy, że to nie był najszczęśliwszy okres w moim życiu.

Chyba Clint nie chciał wiedzieć, co popchnęło tego szalonego maga do tak desperackiego kroku. Sam miał wiele mrocznych epizodów w swoim życiu, nigdy jednak nie próbował odebrać sobie życia. No ale on nie był żyjącym stulecia Asgardczykiem, Jotunem, kimkolwiek on tam ostatecznie był.

– To od czego zaczniemy?

Lokiemu najwyraźniej spodobała się zmiana tematu, bo chwycił jeszcze kilka pseudowinogron, po czym rozsiadł się na pobliskiej sofie. Clint wciąż stał przy blacie, jednak odwrócił się i wsparł plecami o kuchenną wyspę.

– Jak ci idzie lektura?

– Kończę drugą z książek.

– A czy tylko ją czytasz, czy próbujesz zrozumieć? – Wyraz twarzy Lokiego wyraźnie sugerował, że nie wierzył w to drugie.

Clint skrzyżował ręce na piersi w nieco defensywnym geście.

– Nie lubię bezsensownie marnotrawić czasu, nawet jeśli czytam o jakichś gałęziach między światami, strumieniach energii i równowadze kosmosu.

– Dobrze więc. Dzięki tej wiedzy, będzie ci łatwiej zrozumieć to, co będę ci tłumaczyć. Z czasem pokażę ci, które z zawartych tam informacji są błędne, ale tymczasem od jutra zaczniemy przygotowania.

– Przygotowania?

Loki zjadł ostatni z trzymanych owoców, po czym wykonał krótki gest ręką i na jego dłoni pojawił się duży, barwny motyl.

– Każda magia, od prostej iluzji, aż do potężnych zaklęć zmieniających rzeczywistość, opiera się na zasobach energii, jakie posiada mag. Ten zasób jest jak mięsień im więcej się go ćwiczy, tym jego pojemność się zwiększa. Jak więc łatwo zgadnąć twoje zapasy są minimalne, gdyż nigdy ich nie wykorzystywałeś. Każda istota posiada pewien bazowy potencjał, najważniejszą więc kwestią nie jest poznanie zaklęć, ich mechaniki działania i możliwości. To przyjdzie z czasem i jest niejako wtórne. Istotne jest by rozbudzić i powiększyć swoje zasoby, bo to one będą determinować użyteczność stosowanej magii.

Było coś niezwykłego w tym, jak Loki opowiadał o magii. Od razu widać, że to zagadnienie niezwykle go fascynuje, że jest to coś, czemu podporządkował całe swoje życie. Ponadto, mimo szczerych chęci Clint nie potrafił oderwać wzroku od motyla na dłoni mężczyzny. Był ogromny jak na owada i tak pięknie barwny. Do tego powoli, z niezwykłą gracją poruszał foremnymi skrzydłami.

– Jak więc mam zwiększyć swoje zasoby?

– W najprostszy możliwy sposób – odparł Loki, uśmiechając się przebiegle. – Używając magii.


– Skup się, Clint – mruknął Loki, nawet na niego nie spoglądając. – Zaraz ci zgaśnie.

Łucznik siedział ze skrzyżowanymi nogami na macie na środku pokoju. Jego oczy ponownie magicznie wzmocnione przez maga, obserwowały przepływ energii z jego ciała, poprzez dłonie, do niewielkiego naczynia, które trzymał w rękach. W tej małej, białej miseczce było nalane nieco wody, a tuż ponad jej powierzchnią płonął niewielki, pomarańczowy płomień. Było to ćwiczenie, które do znudzenia powtarzał od ponad dwóch tygodni. Początkowo to Loki tworzył ogień, a zadaniem Clinta było go tylko podtrzymywać. Jedyne co musiał robić, to determinować przepływ energii w swoim ciele, tak by kierowała się ona do płomienia i zasilała go. Trwało to zawsze do chwili, gdy całkowicie zużywał swoje zasoby i wtedy zazwyczaj opadał ciężko na podłogę i walczył z mdłościami i zawrotami głowy.

Początkowo wystarczało zaledwie kilka minut i dwa słodkie ciastka, którymi częstowała go Miriady, by poczuł się lepiej. Z każdym kolejnym razem jednak jego odpoczynek się wydłużał. W tej chwili potrzebował niemal pół godziny, by w pełni odzyskać siły. Nie musiał już też czekać na Lokiego, by ten zapalił płomień. Zaledwie wczoraj po raz pierwszy zdołał zrobić to osobiście. Jego radość była niewspółmiernie duża do wielkości tego osiągnięcia, ale jak by nie patrzeć, był to jego pierwszy, samodzielnie wykonany czar. Co prawda Loki nie podzielał jego entuzjazmu, ale mimo to Clint dostrzegł specyficzną nutę zadowolenia rysującą się na twarzy maga.

Początkowo sądził, że pobieranie nauk u Lokiego będzie drogą przez mękę, tymczasem on okazał się nader cierpliwym nauczycielem. Zwłaszcza na początku, kiedy Clint jeszcze nie ogarniał tego, co ma zrobić, mag z uporem godnym lepszej sprawy, tłumaczył mu wszystko krok po kroku. Potrafił dziesięć razy powtarzać jedną czynność, tak długo, aż nie było to więcej konieczne. Zazwyczaj jednak po prostu leżał na kanapie nieopodal, z nogami na bocznym oparciu i bawił się niebieską piłeczką, która służyła mu za komunikator z Avengers Tower. Był spokojny i niespodziewanie wyrozumiały. Co prawda nie szczędził łucznikowi złośliwych komentarzy i przytyków, ale wynikały one dużo bardziej z jego podstępnej i przewrotnej natury, niż prawdziwej chęci utrudnienia całości nauki.

Clint odstawił miskę i położył się na podłodze, czując że jeszcze chwila, a zupełnie go zamroczy. Ręką poszukał stojącej z boku butelki z wodą i pociągnął kilka głębszych łyków. To stanowczo był najmniej przyjemny element całej nauki, ten krótki moment, kiedy zastanawiał się czy utrzyma świadomość i czy nie przypomni o sobie ostatni zjedzony posiłek. Z drugiej strony ten czas, kiedy leżał na podłodze i odzyskiwał siły, był jedynym, gdy mogli spokojnie porozmawiać. Normalnie w czasie ćwiczenia, Clint musiał być zbyt skupiony, by wypowiadać więcej niż pojedyncze słowa. Teraz jednak miał okazję poruszać dowolne kwestie. Najczęściej w tym czasie pytał o niejasności związane z tym co przeczytał, ostatecznie w tym celu tu przybył, więc nie zamierzał marnować czasu na pogaduszki o pogodzie. Czasami jednak nachodziły go inne pytania.

– Kiedy wykonałeś swoje pierwsze zaklęcie?

Loki zamyślił się na chwilę.

– Jeśli się zastanowić, to w pierwszych godzinach życia.

Gdyby Clint nie był tak wycieńczony, zapewne teraz usiadłby i spojrzał na niego zaskoczony, zamiast tego zakrztusił się wodą.

– Jak to? – zapytał, kiedy już odzyskał oddech.

– To nie było świadome działanie. Niemniej zmieniłem swój wygląd, dostosowując się do osoby, która mnie trzymała. To była bardzo pierwotna magia, do tego stopnia, że przez większość życia nie miałem świadomości jej istnienia.

– Niech zgadnę, chodzi o to, że wyglądasz jak Asgardczyk, choć jesteś całym tym Lodowym Gigantem.

Mag pokiwał głową.

– To był raczej instynkt samozachowawczy, dopasowałem się do wyglądu Odyna, czując, że tylko tak mogę przetrwać.

– Inaczej by cię zabił?

– Jego ręce spływały krwią setek Jotunów, ale taka jest domena czasów wojny. Brutalne czasy powodują, że nikt nie potrzebuje małego, słabego dziecka. Odyn znalazł mnie, kiedy zostałem porzucony na pewną śmierć. Okazał litość jotuńskiej sierocie i zabrał mnie do Asgardu.

– Ładne mu się odpłaciłeś – rzucił Clint, zanim zastanowił się nad kompletnym brakiem własnego wyczucia.

Loki wyraźnie skrzywił się na to oświadczenie, jakby bolesna prawda, wyraźnie go zakuła.

– Po ponad dziesięciu stuleciach życia łatwo zapomnieć o takich podstawowych kwestiach, choć to raczej marne usprawiedliwienie.

– Fakt. Chociaż nie jestem w pozycji kogoś, kto może to oceniać, sam nie jedno w życiu odwaliłem, a mam ledwo czterdziestkę na karku. No dobra, bo robi się dziwnie sentymentalnie. To ile miałeś lat, kiedy wykonałeś pierwsze świadome zaklęcie?

Mag chyba ucieszył się, że jego wątpliwie chwalebna przeszłość przestała być tematem dyskusji, bo z jego twarzy zniknął ten nieprzyjemny grymas.

– Jak miałem jakieś sześć, może siedem lat, zabrałem z pokoju matki jedną z książek, a potem wieczorem podpaliłem zasłony w swojej komnacie.

– Twoi rodzice musieli być zachwyceni.

– Nie byli najszczęśliwsi, zwłaszcza, że w tamtym czasie to Thor sprawiał więcej problemów niż ja. Jednak dało im to do myślenia. Matka postanowiła zacząć uczyć mnie magii, wiedząc, że tak czy inaczej dotrę jakoś do tej wiedzy, więc lepiej żeby to było na jej zasadach. Niemniej nim skończyłem dwadzieścia lat, Asgard w pełni doświadczył mojej magicznej pomysłowości.

Clint zaśmiał się lekko. Jakoś łatwo było sobie wyobrazić nastoletniego maga, który zbiera cięgi za przemalowanie asgardzkiego pałacu na fioletowo. Strach pomyśleć, co takiego musiało się wydarzyć, że Loki, który ewidentnie czerpał czystą przyjemność z robienia sztuczek ku uciesze zebranych, postanowił wykorzystać te same umiejętności, by zdobyć władzę i odegrać się na bracie. Łucznik doszedł jednak do wniosku, że raczej nie jest w pozycji kogoś, kto może pytać o podobne rzeczy. Może kiedyś Loki zechce coś więcej o tym opowiedzieć, jednak to nie był z pewnością ten dzień.


Wieczory w Sakaar były naprawdę niezwykłą porą. Niby już zapadał zmrok, ale i tak na ulicach było wciąż jasno jak w dzień. Wszędobylskie światła, błyszczące napisy, płonące ognie. Nie milknął również gwar rozmów, a wręcz przeciwnie, po zmroku tłumy zdawały się gęstnieć, zapewne z uwagi na nieco niższą temperaturę. Ogólnie bez względu na dzień i godzinę, wydawało się, że trwa tu nieustanna fiesta, a z każdej strony zapraszały różnorakie rozrywki. Mimo że Clint spędził tutaj już ponad trzy miesiące, miał wrażenie, że nie odkrył nawet procenta tutejszych miejsc zabaw. I tak jak na przykład dzisiaj, Miriady wyciągnęła ich do łaźni, która choć znajdowała się na otwartej przestrzeni, to składała się z rozlicznych termalnych źródeł, tworzących naturalne baseny.

Był już późny wieczór, więc na dworze zrobiło się przyjemnie rześko. Tym chętniej Clint zanurzył się w ciepłej, choć dość mętnej wodzie. Skóra miło szczypała od gorąca, a spracowane mięśnie łaknęły ostrego pulsowania bąbelków. Niby ostatnio nie miał wiele wysiłku fizycznego, ale magiczne ćwiczenia wyczerpywały na równi tak jego ciało, jak i umysł. Chwilę później dołączyli do niego Miriady i Loki, a także dwóch dziwnych osobników, o wielkich, sarnich oczach. Ci przynajmniej mieli po dwie ręce i nogi, więc w sumie nie stanowili jakiegoś ewenementu.

Clint już po miesiącu pobytu na Sakaar przestał się przejmować, kto dosiada się do ich stolika (tutaj była to jakaś dziwna maniera, nikt nigdy nie czekał na zaproszenie, wszyscy natychmiast stawali się znajomymi). Jego ulubieńcem był wielki, posiadający sześć rąk, właściciel pobliskiej gospody, w której często jedli kolację. Barton zawsze dostawał u niego darmowe drinki w zamian za łucznicze sztuczki.

W ogóle mimo początkowych obaw, Sakaar rzeczywiście okazało się bardzo przyjaznym miejscem. Co więcej leżąc teraz po szyję w gorącej wodzie i słuchając opowieści jednego z tajemniczych przybyszów, wcale nie tęsknił za Ziemią. Biorąc pod uwagę, że tam czekało na niego mnóstwo roboty, wypełniania nudnych raportów, a przede wszystkim oglądanie wiecznie strutej twarzy Fury'ego, to wcale nie palił się do powrotu. Oczywiście tęsknił za Natashą i pozostałymi Avengersami, ale póki co ta rozłąka nie była jeszcze tak dotkliwa. Oni zapewne nawet nie zwrócili uwagi na jego nieobecność.

Nie zamierzał się teraz tym przejmować. Ziemia była daleko, tak samo jak wszystkie związane z nią problemy. O dziwo tutaj jakoś tych problemów było znacznie mniej. Nigdy nie przypuszczał, ale tutejsza dyktatura szalonego Arcymistrza bardzo pozytywnie wpływała na stopień przestępczości w okolicy. Niewielu było chętnych, by zostać wykopanym na drugi kraniec galaktyki, a wszystkie drobniejsze zatargi rozwiązywano zazwyczaj w stary, rycerski sposób. Rozwalony nos, bądź podbite oko stanowiło decydujący argument. Poza tym jednak było to miejsce zaskakująco spokojne, mimo panującego chaosu. Zajęło trochę czasu nim Clint przyzwyczaił się, że jeśli ktoś podbiegał do niego szybko na ulicy, to nie chciał zwinąć mu portfela, ale zapewne za chwilę zostanie ofiarą jakiegoś żartu.

Nie zamierzał tu zostać do końca życia, ale coraz bardziej traktował to jak długie, zabawne wakacje. Co więcej nawet towarzystwo w jakim się znalazł szybko przestało mu przeszkadzać (znacznie szybciej niż sam przed sobą chciał przyznać). Miriady była urocza i słodka jak cukierek, a jej wrodzony dar powodował, że trudno było czuć się źle w jej obecności, natomiast Loki... cóż, kiedy nie planował podboju kolejnej planety, był nawet zabawnym facetem. Nie dało się nie zauważyć, że na niego Sakaar również miało pozytywny wpływ. Z dala od Asgardu, rodziny i ciążącej mu przeszłości, jakoś przepadła gdzieś cała mania wielkości i żądza władzy. Pozostał tylko Loki, podstępny mag, lubujący się w sztuczkach, uwielbianych zresztą przez tutejszych mieszkańców. Rzadko kiedy zdarzało się, by wyszli z domu i ktoś nie zaczepił go na ulicy, z prośbą o magiczny pokaz. Nawet teraz niespodziewanie woda w której siedzieli nabrała tęczowych kolorów, a pod powierzchnią zdawały się pływać duże, złote ryby. Jedno było pewne, wiele czasu jeszcze upłynie, zanim Clint zdoła zrobić coś podobnego.


– To jest naprawdę przepyszne – stwierdził Thor, zajadając się dziwnym, wielowarstwowym deserem.

Jane uśmiechnęła się łagodnie, widząc jak Gromowładny pochłania piąty kawałek tortu. Oboje zostali zaproszeni do Avengers Tower, gdzie świętowali urodziny Pepper. Zebrało się mnóstwo gości, wśród, których nie znali zbyt wielu osób, dlatego trzymali się głównie w towarzystwie Steve'a Rogersa, Natashy i doktora Bannera.

– Szczerze ci współczuję, Jane – odezwał się kapitan, również zjadając któryś z kolej kawałek ciasta. – Zbankrutujesz, jeśli przyjdzie ci go żywić.

– To bardzo możliwe, z pensji wykładowcy nie mam zbyt wiele. Dobrze, że teraz TARCZA dorzuca się do moich badań, przynajmniej nie pójdę z torbami – odparła z rozbawieniem kobieta.

– Nie zachowujcie się, jakbym sam pochłonął cały ten wyśmienity tort – rzucił z fałszywym oburzeniem Asgardczyk, wskazując na duży, trzypiętrowy deser. – Jeszcze sporo zostało.

– A wyglądasz, jakbyś był do tego zdolny – dorzucił od siebie Bruce, który na odmianę sączył Martini.

– Jesteście okropni.

Thor zrobił minę urażonego dziecka, ale mimo to bez skrupułów wsadził do ust ostatni kawałek ciasta. Na szczęście przyjaciele więcej nie dręczyli go swoimi żartami.

W pewnej chwili przysłuchująca się wszystkiemu Natasha, wstała i odeszła gdzieś na bok, porozmawiać przez telefon.

– Jest jakaś nieobecna, nie wydaje ci się? – rzuciła Jane, patrząc za odchodzącą kobietą.

– Czyli nie tylko ja to zauważyłem – dodał doktor Banner. – Nigdy nie była specjalnie wylewna, ale teraz jest myślami zupełnie gdzieś indziej.

– Może Fury nie daje jej spokoju nawet w weekend – odparł Steve.

Thor poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle. Niestety spośród nich wszystkich on jeden domyślał się, co mogło być przyczyną niepokoju agentki. Ostatecznie tutaj minęły już ponad dwa miesiące odkąd zabrał ze sobą Clinta. On sam widział go raptem tydzień temu, ale łucznik dalej trwał w zaparte, by zachować jego miejsce pobytu w tajemnicy. Swoją drogą przy każdej wizycie na Sakaar Thor nie mógł wyjść ze zdumienia jak dobrze Barton dogadywał się z Lokim. Kiedy zostawiał go tam po raz pierwszy, miał okropne wyrzuty sumienia, czując, że może dojść do jakiejś tragedii. Ostatecznie stosunki miedzy nimi były bardziej niż napięte. Tymczasem, kiedy odwiedził ich ponownie, byli na niemal przyjacielskiej stopie. Rozmawiali całkiem normalnie, nawet żartowali razem, a Clint popisywał się tym, czego zdążył się nauczyć. Niewątpliwie Loki musiał czuć się mile połechtany świadomością, że ktoś traktuje go jak mentora. To wyraźnie podbudowywało jego nadwątlone ego. Po prawdzie całe Sakaar robiło to wyśmienicie. Z pewnym bólem Thor dostrzegał, że umiejętności jego brata nigdy w Asgardzie nie były tak doceniane, jak na tej dziwnej planecie. To z pewnością był świat dla niego i najwyraźniej dla Clinta również.

– Czy coś się stało, Natasho? – zapytał Bruce, kiedy agentka wróciła do ich stolika.

– Nic, o czym mogłabym z wami rozmawiać – odparła nieco oschle.

– A jednak coś cię martwi, może jesteśmy w stanie jakoś pomóc? – dorzucił od siebie Steve.

Kobieta westchnęła nieznacznie.

– Rozmawiałam ostatnio z moim znajomym. Wrócił tydzień temu z Nevady, tam nikt na oczy nie widział Clinta.

Kapitan Ameryka zmarszczył brwi.

– Pytałaś Fury'ego?

– Tak, ale nie był zbyt rozmowny, rzucił coś o jakimś absurdalnym urlopie zdrowotnym. Na kilometr wiadomo, że to bujda. Dyrektor nawet nie liczył, że w to uwierzę, ale nie chciał powiedzieć nic więcej. Mogę się tylko domyślać, że wysłał Clinta na jakaś paskudną misję, taką gdzie nawet jeśli zginie, to nigdy się o tym nie dowiemy.

Thor zacisnął pięści, widząc zmartwioną minę kobiety. Zżerał ją niepokój, kiedy było to zupełnie niepotrzebne.

– Wybaczcie na moment. – Skinął głową do zebranych i poszedł w stronę łazienki.

Opłukał twarz zimną wodą i spojrzał w swoje odbicie w lustrze. Nie chciał łamać danego słowa, a z drugiej strony ciężko mu był patrzeć na zaniepokojonych towarzyszy. Natasha mogła wpakować się w jakieś tarapaty, próbując na własną rękę odnaleźć przyjaciela.

Nie zastanawiając się dłużej, wyjął z kieszeni magiczną szkatułkę.

Przekaż proszę Clintowi, że jego przyjaciele bardzo się o niego niepokoją."

Zapisał na małej karteczce, która po chwili zniknęła w szkatułce. Nic więcej nie mógł poradzić. Decyzja należała do Clinta, powinien jednak wiedzieć, że jego nieobecność jak najbardziej została dostrzeżona.

Thor wrócił na przyjęcie i za wszelką cenę starał się nie dać nic po sobie poznać. Niemniej kiedy jakieś pół godziny później Jarvis obwieścił, że uruchomił się projektor z Sakaar, poczuł wyraźną ulgę.

Tony akurat był w trakcie opowiadania jakieś anegdoty, jednak kiedy otrzymał tę informację, razem z pozostałymi Avengersami zszedł na niższe piętro wieży, gdzie w specjalnym schowku znajdował się projektor. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli po drugiej stronie Lokiego.

– Co tam, Reindeer Games? Jakieś wieści o sferze? U nas kręci się bez zastrzeżeń – zaczął Tony, luzując jednocześnie za ciasny krawat.

– To naprawdę Loki? Wygląda inaczej niż go zapamiętałem – stwierdził Steve, który po raz pierwszy miał do czynienia z transmisją z Sakaar.

Zarówno jemu, jak i Natashy Thor opowiadał o banicji Lokiego, a także o tym, że obecnie przebywa na niezwykle odległej planecie. Zwłaszcza Czarna Wdowa wydawała się usatysfakcjonowana takim rozwiązaniem. Wspomniała nawet coś w stylu „im dalej, tym lepiej". Stąd nie byli specjalnie zaskoczeni widokiem maga, choć zapewne tak jak i dla pozostałych wciąż żywe były wspomnienia ich wcześniejszej walki. Jednak dzieląca ich odległość skutecznie gasiła spory.

– Dotarły do mnie słuchy, że poszukujecie swojego Jastrzębia – odparł mag, nie zważając na komentarz Kapitana.

– Wiesz coś na temat Clinta? – syknęła Natasha, przybliżając się do projektora.

– Tak się składa, że przypadkiem coś wiem.

– Jeśli coś mu zrobiłeś…

Loki uśmiechnął się przebiegle.

– Wiem, że jego los jak zwykle bardzo leży ci na sercu, agentko Romanov. Chciałem ci jednak przypomnieć, że jestem teraz dość daleko, więc twoje groźby są nieco puste.

– Co wiesz na temat Clinta? – wszedł im w słowo Tony, który najwyraźniej zauważył, że gniew Natashy w niczym nie pomaga. – I czego chcesz w zamian za tę wiedzę?

– Oj, naprawdę uważasz, że jestem tak interesowny? Zresztą nie macie nic, czego bym potrzebował. Powiedzmy, więc, iż będziecie mieć wobec mnie dług wdzięczności.

Zdenerwowane miny Avengersów wyraźnie sugerowały jak bardzo nie podoba im się ten pomysł. Thor wolał się nie wtrącać do tej dyskusji, stanął nieco z tyłu, opierając się o ścianę i obserwował przedstawienie.

– Niech ci będzie – mruknęła Natasha. – Mów, co wiesz.

Uśmiech na twarzy Lokiego mógł przyprawić o dreszcze.

– Obawiam się, że nie mam dla was zbyt dobrych wieści – zaczął i niespodziewanie przybrał znacznie poważniejszy ton. – Obawiam się, że wasz przyjaciel postradał zmysły.

– Maczałeś w tym palce? – zapytała agentka.

– Czy ma to związek z tą akcją ze sferą? – dodał od siebie Tony, powodując, że wszyscy pozostali spojrzeli na niego pytająco. – No co? Jakiś czas temu kula się zdestabilizowała i Loki z pomocą Clinta uspokoili ją. Ale Barton nie zachowywał się po tym jakoś inaczej niż zwykle.

– Najwyraźniej jednak musiało to mieć bardziej długofalowe skutki, choć absolutnie nie było to moją intencją – kontynuował mag.

– Zabiję cię – warknęła Natasha. – Znajdę cię na końcu galaktyki i obedrę ze skóry.

– Znowu te puste groźby.

– Gdzie on jest?!

– Obawiam się, że absolutnie poza waszym zasięgiem.

– Przestań z nami pogrywać – dodał od siebie Tony.

Loki westchnął teatralnie.

– Sami widzicie, ja wychodzę do was z pomocną dłonią, a w zamian otrzymuję jedynie groźby i szykany. Wbrew temu co myślicie, nie odpowiadam za to, że wasz Jastrząb zgubił piątą klepkę.

Naraz jakby gdzieś z boku Lokiego usłyszeli stłumione parsknięcie, a potem coraz bardziej otwarty śmiech. Mag najpierw zmarszczył brwi, a potem spojrzał krytycznie w tamtą stronę.

– No i popsułaś całą zabawę – mruknął niby to rozzłoszczony, ale po chwili sam również się uśmiechnął.

– Przepraszam, ale już nie wytrzymałam. Nie wiem, jak ty możesz tak z kamienną twarzą mówić podobne brednie.

– Lata praktyki, moja droga.

Mówiąc to, Loki chwycił swój projektor i przekręcił go, tak że Avengersom ukazali się rozbawieni, a w sumie niemal duszący się ze śmiechu, Clint i Miriady, którzy siedzieli na kanapie obok.

– Mówiłem, że postradał zmysły – dodał mag.

– Clint! – krzyknęli jednocześnie Natasha, Tony i Steve.

– Czołem – odparł łucznik, witając ich gestem ręki.

– Ale jak to? Co ty tam robisz? I jak się tam znalazłeś?

Agent Barton, mimo ewidentnego rozbawienia, był jednak nieco zażenowany, co uwidoczniło się, kiedy w charakterystycznym geście złapał się ręką z tyłu głowy.

– To długa historia. Ogólnie jednak, któregoś razu zabrałem się z Thorem.

Naraz wszystkie spojrzenia odwróciły się w stronę stojącego na uboczu Asgardczyka. Ten poczuł się nieco osaczony, więc podniósł ręce w pojednawczym geście.

– Kazał mi milczeć na ten temat.

– Ale co tym tam robisz, Legolasie? – odezwał się Tony, spoglądając z powrotem w stronę projektora.

– Powiedzmy, że już niebawem będziesz mógł mnie nazywać Gandalfem.

Miny Avengersów spowodowały, że Clint i Miriady znowu parsknęli śmiechem.

– Mówiłem, że oszalał – powtórzył Loki.

– Chcesz powiedzieć, że będziesz robił to samo co on? – zapytała Natasha, wskazując na boga psot.

– Może nie to samo, brakuje mi jakiegoś tysiąca lat doświadczenia, ale tak, uczę się magii.

To zdanie definitywnie przelało czarę goryczy, bo Tony usiadł ciężko na krześle, Steve złapał się za głowę, a Natasha przyglądała się łucznikowi krytycznie.

– Znowu zapanował nad twoim umysłem? – spytała w końcu agentka.

Clint nieco spoważniał.

– Nie, nic z tych rzeczy, a zresztą, co się będę produkował – mówiąc to, Clint wziął krótki oddech, po czym położył dłoń na blacie przed sobą, a kiedy ją uniósł, w tym samym miejscu pojawiła się miniaturowa replika wieży Eiffla. – Taa dam!

– O! Jakie ładne, co to za budowla? – zapytała Miriady, przyglądając się iluzji.

– Nazywa się ją wieżą Eiffla, od nazwiska architekta. Jest w Midgardzie, w Paryżu. Normalnie ma jakieś trzysta metrów wysokości.

– Śliczna, chętnie zobaczyłabym ją w rzeczywistości.

Clint zaśmiał się nieznacznie.

– Może kiedyś oprowadzę cię po największych zabytkach Ziemi.

– Rozumiem z tego, że zamierzasz do nas wrócić – spytał niespodziewanie doktor Banner, który dotychczas tylko się przysłuchiwał.

– Oczywiście, nie wiem jeszcze kiedy dokładnie, ale ponieważ tutaj czas płynie szybciej, to zapewne zobaczymy się już niebawem.

– To dobrze – skwitowała Natasha, po czym po raz pierwszy uśmiechnęła się nieznacznie. – Ale jeśli wrócisz przesiąknięty megalomanią i chęcią zrównania z ziemią Nowego Jorku, to na kopach odeślę cię z powrotem.


Clint czuł jak stróżka potu spływa mu po skroni. Otarł czoło wierzchem dłoni, starając się nie tracić skupienia, mimo to wiedział, że jest w beznadziejnej sytuacji. Cokolwiek by nie zrobił, jakiegokolwiek wybiegu czy fortelu by nie spróbował, efekt będzie taki sam. Totalna klęska.

– Będę tego żałował – mruknął, po czym siłą woli przesunął swojego białego gońca w kierunku czarnej wieży. W jednej chwili figura ożyła, wyjęła ukryty za pasem miecz i przecięła niewielką budowlę na pół.

Wiedział, że to podstęp, niemożliwe, by Loki tak po prostu poddał mu cenną figurę. To musiała być pułapka, jednak mimo wysiłków, Clint nie mógł odgadnąć, na czym miała polegać.

Szachy od pewnego czasu były ich nową rozrywką, z tym jednak utrudnieniem, że żaden z nich nie dotykał planszy, a figury przemieszczali za pomocą magii, do tego zadaniem Clinta było tworzenie iluzji, pokazujących walkę poszczególnych pionków. To absolutnie nie ułatwiało mu skupienia się na samej grze, a niestety Loki nie był łatwym przeciwnikiem. Do tej pory Bartonowi udało się w najlepszym razie dwukrotnie doprowadzić do pata. Teraz natomiast, po kilku kolejnych ruchach, już wiedział, że jest na straconej pozycji. Nim jeszcze Asgardczyk miał okazję ogłosić swoje zwycięstwo, niespodziewanie głowa białego króla eksplodowała w małym, choć niezwykle barwnym wybuchu.

– Nieźle, jeszcze trochę, a w ogóle plansza przestanie być ci potrzebna – skomentował Loki, rozsiadając się na kanapie.

Naraz wszystkie odrzucone na bok figury, jak i te stojące wciąż na planszy, grzecznie w rządku powędrowały do przygotowanego pudełka. Chcąc nie chcąc Clint podziwiał, że Loki jest w stanie kontrolować tyle obiektów jednocześnie, co więcej każdy zachowywał się w inny, indywidualny sposób. Można było wręcz odnieść wrażenie, że niektóre figury są ranne, a inne wciąż tkwią w ferworze walki.

– W sumie wcześniej się nie zastanawiałem, w Asgardzie gracie w szachy? – zapytał, odkładając pudełko na półkę.

– Jest tam wiele różnych gier, niektóre są trochę podobne.

– To skąd ty znasz zasady?

Loki wzruszył ramionami.

– Już dokładnie nie pamiętam, nauczyłem się podczas jednej z wizyt w Midgardzie.

– No proszę, czyli nie zawsze przybywałeś na Ziemię w celu globalnego podboju – zaśmiał się Clint, po czym sięgnął z blatu w kuchni miskę z upieczonymi wcześniej przez Miriady ciasteczkami. Były stanowczo jego ulubionym sposobem na odzyskanie sił. Wrócił do salonu, wyciągnął miskę w stronę maga, a kiedy ten wziął jedno ciastko, Clint usiadł na kanapie i zaczął pochłaniać całą resztę.

– Na siwą brodę Odyna, jakbym widział drugiego Thora – skomentował Loki, wywracając oczami.

– Bardzo zabawne. Może ty masz takie zapasy energii, że mógłbyś oświetlać połowę Sakaar przez rok, ale ja czuję się pusty w środku, a to najlepszy sposób, żeby szybko naładować baterie. Poza tym są bardzo dobre.

Mag prychnął i zabrał kolejne ciastko, póki jeszcze jakieś zostały.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, zakłócana jedynie chrupaniem słodyczy. Gdyby Clint rok temu usłyszał, że będzie siedział z Lokim na jednej kanapie i wcinał ciastka, pomyślałby, że ktoś ma niezwykle bujną wyobraźnię. Tymczasem teraz nawet nie wydawało mu się to specjalne dziwne. Nie był to pierwszy i zapewne nie ostatni raz.

– Często pojawiałeś się na Ziemi? – zapytał, kiedy przełknął ostatnie ciastko.

– Niespecjalnie, w porównaniu z innymi światami, Midgard zawsze pozostawał z tyłu. Przez stulecia nie było tam niczego specjalnie ciekawego, ot królestwo wieśniaków i prostaczków.

– To może trzeba było najechać jakiś inny, ciekawszy świat – mruknął łucznik, zanim zdążył pomyśleć, co mówi.

Dotychczas cała kwestia ataku na Ziemię pozostawała swego rodzaju tematem tabu. Loki nie wydawał się specjalnie chętny do rozpamiętywania swojej porażki, a dla Clinta jednak zbyt żywe wciąż były wspomnienia jego opętania i tego, co wtedy robił. Teraz jednak słowo się rzekło i nie dało się go już cofnąć. Cisza, jaka zaległa między nimi, nie była już tak przyjemna.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał w końcu Clint, przełamując milczenie.

Na twarz Lokiego wypłynął cierpki uśmiech.

– By dopiec Thorowi.

Łucznik spojrzał na niego podejrzliwie.

– Nie posądzałem cię o taką małostkowość.

Mag wzruszył ramionami.

– W tamtym okresie nie działałem zbyt racjonalnie. A ponieważ mój brat obwieścił się obrońcą Midgardu, ten automatycznie stał się celem ataku. Nie ma w tym większej filozofii.

– Czyli oberwało nam się rykoszetem w czasie rodzinnej awantury. W takim świetle to znacząco umniejsza zasług Avengersów – zaśmiał się Clint, choć było w tym coś wymuszonego.

– Można tak na to spojrzeć – odparł Loki, a potem dodał jakby z wahaniem. – Kiedy wpadłem w otchłań, myślałem, że czeka tam na mnie jedynie śmierć. Thor pewnie chciałby wierzyć, że to Chitauri mnie do czegoś zmusili, że nie byłem wtedy sobą. Niestety jedyne, co wtedy mnie opętało, to gniew na niego i Odyna. Kiedy spotkałem Thanosa i jego podwładnych, nie musieli mnie długo przekonywać. Z otwartymi rękoma przyjąłem ich ofertę, a moja znajomość Midgardu w tamtej sytuacji była dla nich bardzo cenna.

Clint przez dłuższą chwilę przyglądał się Lokiemu, który dziwnym wzrokiem podziwiał niezbyt urozmaiconą fakturę sufitu.

– Warto było?

– To że teraz tu jesteśmy i rozmawiamy, jest efektem wszystkich wcześniejszych wydarzeń. Gdyby cokolwiek z tego nie miało miejsca, nie byłoby nas tutaj – odparł nieco wymijająco.

Clint nic nie odpowiedział. Po prawdzie on również starał się niczego nie żałować. Ostatecznie wychodziło na to, że obaj byli zadowoleni ze swego obecnego położenia. Siedząc na kanapie i jedząc pyszne ciastka Miriady, gdzieś na szalonej planecie Sakaar, Clint doszedł do wniosku, że wcale nie pragnął być gdzie indziej. I najwyraźniej Loki również. Choć żaden z nich nie powiedział tego na głos.


– Na przyszły tydzień swoją wizytę zapowiedział Thor – odezwał się Loki, odkładając szkatułkę na półkę.

– Fajnie, trafi akurat na paradę zwycięzców – rzuciła Miriady, po czym postawiła ostatnie talerze na stole. – Siadajcie.

Clint odłożył czytaną właśnie książkę i usiadł na poduszce przy niskim stoliku, który zazwyczaj służył im do jedzenia posiłków. Po chwili dołączył do niego Loki i jego towarzyszka. Bez specjalnej kurtuazji rozdzielili między siebie pieczone mięso i tutejsze warzywa, w smaku przypominające nieco brukselkę, choć zupełnie różne z wyglądu. Miriady podała im szklanki z lemoniadą i przez dłuższą chwilę jedli w ciszy.

Clint jeszcze pamiętał, jak przy pierwszych tego typu posiłkach z trudem był w stanie cokolwiek przełknąć i to bynajmniej nie z uwagi na smak potraw. Wtedy czuł się kompletnie nie na miejscu i miał wrażenie, że z buciorami wchodzi w ich prywatne życie. Teraz jednak podobne odczucia zostały daleko za nim. Wręcz przeciwnie, czuł się prawie jak członek rodziny.

– Czy Arcymistrz już ci wygadał, co w tym roku planuje? – zapytał Loki.

Miriady pokręciła głową.

– Widzę ile wysiłku kosztuje go zachowanie tajemnicy. Aż się w biedaku gotuje. Nie mam serca go wypytywać.

– W takim razie ja go pociągnę za język.

– Loki! Jesteś okropny – zgromiła go kobieta, choć ani przez chwilę nie przestawała się uśmiechać.

Clint doskonale pamiętał paradę w zeszłym roku. Trudno zapomnieć, wtedy miał wrażenie, że pół miasta wyleciało w powietrze. Aż strach pomyśleć, co ten szalony władca planuje w tym roku. Jego wyobraźnia zdawała się nie mieć granic.

Myśl o zbliżającej się paradzie nie napawała go jednak specjalną radością, co innego zaprzątało jego uwagę. Zapowiedź przybycia Thora przypomniała mu o pewnym podjętym postanowieniu. W sumie chyba nie było na co czekać, teraz miał idealną okazję, by poruszyć tę kwestię.

– Myślę, że przy najbliższej okazji zabiorę się z Thorem do domu – powiedział z pewnym wahaniem, ściągając na siebie spojrzenia pozostałej dwójki.

– Tak ci źle u nas? – zapytała Miriady, a jej uśmiech wyraźnie przygasł.

Łucznik uśmiechnął się z przekąsem.

– Przecież doskonale wiesz, że to nieprawda. Uważam jednak, że już wystarczająco długo siedzę wam na głowie.

– Gdybyś jakoś specjalnie przeszkadzał, to już dawno byśmy się ciebie pozbyli – rzucił Loki.

– Tak, wiem, że będziecie ogromnie za mną tęsknić, ale myślę, że półtora roku, to i tak stanowczo za długo, by się gapić na moją paskudną gębę.

Choć Clint wypowiadał te słowa lekkim tonem, to w rzeczywistości wcale nie przychodziły mu one łatwo. Po prawdzie wcale nie miał ochoty wracać na Ziemię. Jakkolwiek absurdalnie to brzmiało, właśnie tutaj, na Sakaar, w domu byłego wroga, czuł się naprawdę dobrze. Wiedział jednak, że nie może dłużej nadużywać ich gościnności. Przez ponad osiemnaście miesięcy dawali mu dach nad głową, karmili go, pokazywali wszystkie możliwe rozrywki tej planety, nie biorąc absolutnie nic w zamian. Nic ponad wdzięczność i przyjaźń.

Tak, kiedy teraz o tym myślał, to wiedział, że z czystym sumieniem mógłby nazwać ich swoimi przyjaciółmi. Widać taka była jego natura. W końcu Natasha też kiedyś próbowała go zabić.

– Jestem wam bardzo wdzięczny, tak za gościnę jak i całą wiedzę, którą tu zdobyłem, ale pora bym wrócił do domu.

Miriady jak zwykle doskonale wyczuła, jak ciężko przychodzą mu te słowa. I zamiast próbować go przekonywać, jedynie skinęła głową i uśmiechnęła się smutno. Mógłby przysiąc, że jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie.

– Ej, tylko mi tu nie płacz, bo i ja się rozkleję – zaśmiał się.

– Spokojnie, na to jeszcze przyjdzie pora – odparła kobieta.


Dwa tygodnie później.

– Wszystko zabrałeś? – spytał Thor, patrząc na sporą torbę i duży plecak ustawione przy nogach Clinta.

– Trochę się tego zebrało, poza tym musiałem wziąć dla każdego jakiś upominek. Nie wiem czy jeszcze nie chowają do mnie urazy.

– Niewątpliwie Lady Natasha obedrze cię ze skóry po powrocie – zaśmiał się Gromowładny.

– Już nie mogę się doczekać – mruknął łucznik.

Po chwili dołączyli do nich Miriady i Loki, po czym cała czwórka ruszyła w stronę lądowiska. Na ulicach jak zwykle panował gwar i tłok. Oprócz jednego razu, kiedy w miasto uderzył deszcz meteorytów, Clint nie przypominał sobie, by kiedykolwiek te ulice były puste. Z pewnym smutkiem stwierdził, że nawet tego będzie mu brakować. Cały ostatni tydzień poświęcił na zamykanie wszystkich swoich spraw tutaj. Miał niespodziewanie wielu znajomych, którzy nagle pragnęli napić się z nim na pożegnanie. Jego ulubiony karczmarz, koniecznie domagał się pamiątkowego zdjęcia i nawet sam Arcymistrz zaprosił go na krótką, bo trwającą zaledwie około minuty, ale za to całkowicie absurdalną audiencję. Co prawda Clint niewiele zrozumiał z paplaniny władcy, ale uprzejmie kiwał głową i ogólnie rozstali się w przyjaźni, z życzeniami bezpiecznej drogi powrotnej do domu.

Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że jeszcze ciężej było mu zebrać się w sobie, a kiedy wczoraj wieczorem Miriady upiekła specjalnie dla niego, pyszne czekoladowe ciasto, to naprawdę przez chwilę zwątpił czy postępuje słusznie. Ale słowo się rzekło i właśnie teraz na horyzoncie dostrzegli sylwetkę Mistrza 15, który to zazwyczaj służył Miriady do podróżowania.

Kiedy Clint umieścił rzeczy w luku bagażowym, po raz ostatni wyszedł na zewnątrz. Miriady wprowadzała już ustawienia w kokpicie i kontaktowała się z bazą naziemną, a tymczasem Thor i Loki rozmawiali o czymś, stojąc na płycie lądowiska.

– Załatwiłem ci dostęp do asgardzkiej biblioteki – rzucił ten drugi, kiedy Clint podszedł bliżej. – Thor szepnie słówko komu trzeba i będziesz mógł korzystać z niej do woli.

– Coś czuję, że życia mi nie starczy, żeby to wszystko przeczytać.

– Z pewnością, nawet mnie się to nie udało – odparł mag. – Ale bez obaw, ucz się dalej, a i kwestię limitowanego czas również zdołasz rozwiązać.

– Sugerujesz, że mogę przestać się starzeć?

– Ja nic nie powiedziałem, zastanów się jednak, dlaczego Merlin z waszych legend jest ukazywany jako długowieczny starzec.

Clint stanowczo nie był w nastroju na podobne rozważania. Wróci może do tego kiedyś, kiedy rzeczywiście zacznie mu brakować czasu. Tymczasem teraz pozostała mu już tylko jedna rzecz do zrobienia. Wziął głęboki wdech i wyciągnął rękę w stronę Lokiego.

– Dzięki za wszystko – stwierdził bez wdawania się w szczegóły. I bez tego obaj doskonale wiedzieli, o co chodziło.

Mag uśmiechnął się z przekąsem, po czym odwzajemnił uścisk dłoni.

– Powodzenia. A to na wypadek, gdybyś nadal miał jakieś pytania – mówiąc to, Loki podał mu małą, drewnianą szkatułkę, do złudzenia przypominającą tą, która stałą w ich mieszkaniu, a także tą należącą do Thora.

Clint przez dłuższy moment przyglądał się pudełku. Teraz to już naprawdę coś ścisnęło go za gardło. Bardzo boleśnie zdał sobie sprawę, że z dużym prawdopodobieństwem po raz ostatni widzi na własne oczy tak Sakaar, jak i Lokiego. I choć nigdy nie posądziłby się o podobne myśli, to wcale nie było mu z tym lekko.

– Dzięki, na pewno się przyda – odparł w końcu z uśmiechem.

Mag klepnął go w ramię i skinął głową, po czym odwrócił się i ruszył w stronę zejścia z lądowiska.

Clint po raz ostatni obrzucił wzrokiem panoramę Sakaar i wszedł na pokład Mistrza 15. Jednego był zdecydowanie pewny. Będzie cholernie tęsknił za tym miejscem i jego mieszkańcami.

Koniec części czwartej.

Kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze zupełnie nie wiem, skąd ten pomysł wpadł mi do głowy, ale wizja Hawkeye'a władającego magią wydała mi się bardzo kusząca. Mam nadzieję, że jest to dość przekonywująca alternatywa wydarzeń.

Co więcej w mojej wersji Clint nie ma żony i dzieci, tak żeby nikt nie sugerował, że drań porzucił ich na tyle czasu.

Odnośnie zaś samego Lokiego, to bardzo nie lubię jak w wielu fikach, jest on totalnie wybielany (zazwyczaj sugerując, że był pod wpływem Thanosa lub został złamany torturami). Moim zdaniem nigdzie w żadnym filmie póki co nie znalazło to potwierdzenia. Tymczasem w małym komiksie pod nazwą Thor: The Dark World Prelude, wyraźnie jest pokazane jak układa się z Thanosem. Dlatego sądzę, że w sytuacji w jakiej Loki wtedy był, Szalony Tytan naprawdę nie musiał się wysilać, by przeciągnąć go na swoją stronę. Stąd stwierdzenie Lokiego, że jedyne co go wtedy opętało to gniew.