To już ostatni i jednocześnie najdłuższy rozdział tej opowieści. Zapraszam do lektury
Rozdział 5: Rzecz między ojcem, a synem
Usłyszał potężne uderzenie, jakby jakiś wielki worek czegoś ciężkiego uderzył w metalową podłogę. Miał wrażenie, że cały statek aż się zatrząsł i już wiedział, że wszystko poszło zgodnie z planem, choć nie było łatwo. Oddychając z pewnym wysiłkiem stanął na nogi, przeszedł kilka kroków i usiadł na fotelu pierwszego pilota. Nie minęła minuta, jak do kokpitu zajrzała jak zwykle radosna twarz Thora. Gromowładny spojrzał na niego zaskoczony.
– Loki? A co ty tutaj robisz? Coś się stało Miriady? – zapytał zaniepokojony, podchodząc bliżej. Nic dziwnego, na przestrzeni tych wszystkich lat, kiedy odwiedzał Sakaar, to zawsze ona pilotowała statek.
– Wszystko w porządku, zatrzymały ją obowiązki.
Thor spojrzał na niego z pewnym powątpiewaniem. Loki chyba wyszedł z wprawy, skoro nawet jego naiwny brat, wyczuł kłamstwo na kilometr. Choć po prawdzie, to nawet nie do końca było kłamstwem, jedynie lekkim nagięciem rzeczywistości.
– Co tam słychać w Asgardzie? – zapytał, szybko zmieniając temat.
Thor ponownie się uśmiechnął i usiadł w fotelu drugiego pilota.
– Powiedzieć, że niewiele nowego, to byłaby duża nadinterpretacja. Wiesz, jak jest, tam czasami potrafi nic się nie wydarzyć przez lata.
Loki zaśmiał się lekko.
– Przyznaj lepiej, że po prostu nie wiesz, bo cały czas siedziałeś z Jane.
Rozbrajający uśmiech na twarzy starszego z braci wystarczył za całe wytłumaczenie.
– Co poradzę, że Ziemia jest obecnie dużo ciekawszym miejscem, niż dom i to nie tylko z powodu Jane. Tam po prostu stale coś się dzieje.
– No to opowiadaj – zachęcił go Loki, po czym zawrócił maszynę w stronę Sakaar.
Przez większość podróży Thor zabawiał ich opowieściami z Midgardu. O tym jak Stark wyprodukował nową sztuczną inteligencję, która chciała pozabijać ich wszystkich, o tym, że Kapitan Ameryka starał się poprawić wizerunek Avengersów, po ostatnich wybrykach konstruktor i o tym jak Lady Natasha i Clint zaginęli bez wieści na Bliskim Wschodzie, polując na terrorystów, a potem Thor znalazł ich opalających się na plaży na wyspie zwanej Madagaskar.
Loki już dawno zauważył, jak wiele emocji wzbudza Midgard w jego bracie. I z pewnością nie chodziło jedynie o zauroczenie panią astrofizyk, ale także o zdobytych tam przyjaciół. Niby Thor nigdy nie mógł narzekać na brak towarzystwa, ostatecznie zawsze gromadził wokół siebie tłumy wielbicieli, w Asgardzie jednak wciąż pozostawał księciem. Nawet Lady Sif czy wojownicze trio, mimo, że byli jego przyjaciółmi, pozostawali również jego wasalami, a to w naturalny sposób wpływało na stosunki między nimi. W sumie jeśli się nad tym dłużej zastanowić, to właśnie Loki był jedynym, który zawsze otwarcie wytykał mu wszystkie błędy i nigdy nie hamował się w słowach, w obawie przed urażeniem następcy tronu. I może z tego też powodu łącząca ich więź zdołała przetrwać, mimo tak wielu zawirowań.
Z Midgardczykami było tak samo, dla nich Thor, było po prostu Thorem. Nie traktowali go jakoś specjalnie z uwagi na jego status czy pochodzenie. Potrafili się z niego naśmiewać i wyolbrzymiać jego nieprzystosowanie do tamtejszych standardów. Ostatecznie oni wszyscy byli dość niezwykli, więc na ich tle Gromowładny nie wyróżniał się jakoś znacząco. I zapewne dlatego tak dobrze czuł się w ich towarzystwie. Oczywiście, kiedyś on zostanie władcą Asgardu, a oni z uwagi na swoje pochodzenie zestarzeją się i umrą. Ale póki co, mieli jeszcze długie lata wspólnych przygód i Thor zamierzał czerpać z tego pełnymi garściami.
Po około trzech godzinach dotarli na Saakar, gdzie Loki z niemałym trudem zdołał posadzić maszynę na wskazanym lądowisku. Nie robił tego zbyt często, więc daleko było mu do wprawy posiadanej przez Miriady. Oczywiście Thor nie zostawił suchej nitki na jego umiejętnościach pilotażu, ale wyjątkowo mag musiał się z nim zgodzić.
– Pewnie już nie zwracasz na to uwagi, ale zawsze jak wysiadam ze statku, to mam wrażenie, że powietrze pachnie tutaj słodyczami – powiedział Thor, kiedy opuścili pojazd. – Taki dziwny, słodki zapach, coś jakby migdały w połączeniu z miodem.
Loki zaśmiał się nieznacznie.
– Tobie to wszystko kojarzy się z jedzeniem, nawet Sakaar.
– No akurat to miejsce wybitnie kojarzy mi się z wami. Niemniej jak jakieś dwa tygodnie temu byłem z Jane na zakupach i weszliśmy do cukierni, to tam pachniało dokładnie tak samo. To dziwne, że dwa tak odległe miejsca mogą mieć ze sobą cokolwiek wspólnego.
Loki spojrzał na niego kątem oka.
– Normalnie cię nie poznaję, jeszcze trochę, a pod wpływem swojej pani doktor zostaniesz filozofem.
– Staram się nadrabiać zaległości. Jakby nie patrzeć ona ceni inne cechy niż władanie mieczem czy siłę mięśni. – Thor wydawał się wręcz lekko zakłopotany, wypowiadając te słowa.
Tymczasem Loki uśmiechnął się złośliwie.
– W takim razie niewiele zostało cech, które mogłaby w tobie cenić.
Gromowładny zmarszczył brwi i szturchnął brata pięścią w ramię.
– Najwyraźniej dostrzega we mnie zalety, o których istnieniu ty nie masz pojęcia.
– Jak na przykład?
– Jestem… dowcipny. Do tego kulturalny, elokwentny i dobrze wychowany. Potrafię się obchodzić z kobietami, co wydaje się być umierającą tradycją na Ziemi.
Loki teatralnie odetchnął z ulgą.
– Całe szczęście, już myślałem, że inne przymioty masz na myśli.
Thor zrobił się czerwony, kiedy pojął aluzję brata, ten widząc to, tylko głośniej się roześmiał.
– A więc to tak – zamyślił się mag, niby to analizując twarz Gromowładnego. – Czy matka wie jak sobie poczynasz, ze swoją śmiertelniczką?
– Zamilknij bracie, jesteś niepoprawny.
Loki zaśmiał się już całkiem otwarcie.
– Już dobrze, dobrze. Przecież doskonale wiem, jak daleki jesteś od zachowań godnych Fandrala – odparł pojednawczo mag, a potem spojrzał na Thora kątem oka, złośliwy uśmiech wciąż wykrzywiał mu usta. – Czyli matka nie wie.
– Oczywiście, że nie wie. Jeszcze tylko tego brakowało, bym dzielił się z nią podobną wiedzą.
– Czyli wie, tylko udaje, że nic nie dostrzega.
Thor spojrzał na niego niby to zaskoczony, a potem również się uśmiechnął.
– Nawet ty nie potrafiłeś nigdy niczego przed nią ukryć – skwitował ostatecznie, po czym niespodziewanie spoważniał. – Bardzo za tobą tęskni. Chciałaby przybyć tu ze mną, ale wie, jak ojciec źle znosi nawet jej krótkie podróże do ojczyzny. Obawia się, że gdyby w tym czasie ojciec zapadł w sen, Asgard zostałby bez żadnego członka rodziny królewskiej.
Loki również spoważniał i pokiwał głową.
– Mam tego świadomość. Domyślam się, że Wszechojciec nie jest szczęśliwy nawet z twoich podróży tutaj.
Thor skrzywił się nieznacznie.
– Myślę, że już zdał sobie sprawę, że i tak nie odwiedzie mnie od tego. Tylko na początku stawiał opór, teraz wydaje się być bardziej zainteresowany nimi niż zmartwiony. Wbrew pozorom on też przeżywa całą tę sytuację, na swój prywatny sposób. Dobrze wiesz, że nigdy nie był specjalnie wylewny.
Loki prychnął nieznacznie, po czym na jego twarz ponownie wypłynął uśmiech, tym razem jednak cierpki i mocno wymuszony.
– Mimo wszystko sądzę, że jego smutek skutecznie jest zagłuszony przez ulgę, którą musi czuć, pozbywszy się problemu, jaki stwarzała moja osoba – rzucił, po czym uciszył Thora gestem ręki, widząc, że ten chce wejść mu w słowo. – Bądźmy szczerzy, na przestrzeni ostatnich stuleci więcej miał ze mnie problemów niż pożytku. Nie winię go, ani nie dziwię się, myślę, że na jego miejscu zrobiłbym to samo. Ostatecznie i tak oddał mi przysługę, wszak mógł mnie zabić.
– Ojciec nigdy by tego nie zrobił.
– Nie zrobił tego z uwagi na ciebie i matkę, nie przez wzgląd na własne sentymenty.
Thor spojrzał na niego poważnie.
– Mylisz się. Dla niego zawsze pozostaniesz synem, którego kocha, żadne twoje czyny tego nie zmienią.
Loki zamyślił się nad słowami brata. Przez stulecia zabiegał o miłość i uznanie ojca. Tak wiele błędów popełnił, próbując je zyskać. Czy możliwe... czy możliwe, że przez cień nie dostrzegał, że zawsze je posiadał? Przed samym sobą wolał nie odpowiadać na to pytanie. Po co się zadręczać, kiedy to już niczego nie zmieni.
Tymczasem dotarli pod dom i wsiedli do windy. Po chwili znaleźli się na właściwym piętrze i Loki wprowadził Thora do środka.
– Miriady, już jesteśmy.
Thor przez dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się bratu, kiedy jechali windą. Chyba nie powinien był wspominać ojca, to zawsze wprowadzało nieprzyjemną atmosferę. A teraz Loki miał ten nieprzyjemny wyraz twarzy, jaki przybierał, kiedy dręczyły go czarne myśli. Rozpogodził się jednak szybko, gdy weszli do apartamentu. Kiedy zawołał swoją towarzyszkę, jego głos był już zupełnie normalny, absolutnie nie zdradzający wcześniejszych przemyśleń.
– Cieszę się, że dotarliście bez przeszkód – odezwała się kobieta z drugiego pomieszczenia, a po chwili dołączyła do nich.
Thor stanął jak wryty. Miriady weszła do salonu, trzymając na rękach niemowlę. Zawinięte w biały kocyk, spojrzało w stronę Gromowładnego wielkimi czerwonymi oczami, które tak samo jak kolor skóry, z pewnością odziedziczyło po matce. Thor autentycznie nie wiedział co powiedzieć. Przelotnie spojrzał na brata, który uśmiechał się podstępnie, wyraźnie zadowolony z niespodzianki. Naraz stało się jasne, dlaczego przez ostatnie miesiące ciągle twierdził, że jest niesamowicie zajęty i nie ma czasu na odwiedziny. Przebrzydły kłamca, jak zwykle go okpił.
– Rozumiem, że mam bratanka – powiedział w końcu, kiedy odzyskał panowanie nad głosem.
– Bratanicę – odparła Miriady podchodząc bliżej. – Nazywa się Sleipnir, urodziła się miesiąc temu.
Thor przez dłuższą chwilę przyglądał się z fascynacją dziecku. Było piękne, tym samym egzotycznym pięknem, jakie posiadała Miriady. Z wyglądu w żaden sposób nie przypominała ojca, co nasuwało pewną niebezpieczną konkluzję.
– W ogóle nie jest do ciebie podobna – rzucił w stronę Lokiego, a podstępny uśmiech wypłynął na jego twarz. – Obawiam się, że w takim razie odziedziczy po tobie charakter.
Mag prychnął nieznacznie.
– A co jest nie tak z moim charakterem?
– Mam wymieniać w kolejności alfabetycznej? – kontynuował Thor, już całkiem otwarcie kpiąc z brata.
Loki zacietrzewił się, ale mimo to z jego twarzy również nie znikał uśmiech.
– Przynajmniej z pewnością nie odziedziczy niczego po tobie – mruknął w odpowiedzi.
Gromowładny zaśmiał się lekko, po czym wyciągnął dłonie i ostrożnie, z dużą dozą delikatności, wziął dziecko na ręce.
– Za to wszystkiego ją nauczę, prawda Sleipnir? Wujek będzie zabierał cię na polowania i zadba, żebyś była lepszym wojownikiem niż twój ojciec.
Dziecko zareagowało na tą wypowiedź nader entuzjastycznie, wyciągając ręce i chwytając Thora za włosy.
– Obawiam się, że podoba jej się ta perspektywa – dodała od siebie Miriady.
Thor spędził na Sakaar trzy dni, początkowo pragnął zostać dłużej, ale doskonale wiedział, że opieka nad małym dzieckiem jest bardzo zajmująca, a widząc zmęczoną twarz Miriady, nie miał serca zbyt długo nadużywać ich gościnności. Mała Sleipnir zdobyła jego serce już pierwszego dnia. Jej wielkie, rubinowe oczy zdawały się chłonąć każdy kształt, każdy uśmiech, każde doświadczenie. Może zupełnie nie przypominały oczu jego brata, ale Thor był przekonany, że to dziecko będzie tak samo łaknąć wiedzy, jak jej ojciec. Wobec tego wszechświat będzie musiał się przygotować na wybryki kolejnego, nieobliczalnego trickstera i to zapewne szybciej niż można przypuszczać.
Przez większość pobytu Thor niemal nie wypuszczał bratanicy z rąk, za co Miriady była mu wyraźnie wdzięczna. Dostrzegł również pewną subtelną zmianę w zachowaniu brata. Loki stał się znacznie bardziej czujny. Może nie okazywał tego słowami, ale Thor widział jak jego wzrok cały czas wędruje za dzieckiem, nawet jeśli sam zajmował się czymś zupełnie innym.
– Będziesz chciał ją uczyć? – zapytał w pewnej chwili Gromowładny, kiedy Miriady zabrała od niego córkę, by ją nakarmić.
Loki wzruszył ramionami.
– Nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. Dopiero oswajam się z myślą, że jest tutaj. Jak podrośnie i będzie tym zainteresowana, to na pewno jej tego nie odmówię. Ale będzie dzieckiem Sakaar, a tutaj jest wiele fascynujących rzeczy wartych poznania.
Thor uśmiechnął się nieznacznie.
– Czyli jak będzie chciała zostać mistrzem Areny, to również jej pozwolisz.
Mag prychnął.
– Oczywiście – po czym dodał, konspiracyjnym szeptem. – Jak skończy piąte stulecie.
Gromowładny roześmiał się otwarcie. Naprawdę trudno było mu sobie wyobrazić Lokiego jako odpowiedzialnego ojca, ale cóż, zawsze lubił wszystkich zaskakiwać. I najwyraźniej Sleipnir miała być jego ostateczną psotą.
Wróciwszy do Asgardu, Thor niemal od razu skierował się do prywatnych kwater rodziców. Z szerokim uśmiechem na twarzy, zapukał w drzwi komnaty matki, a kiedy usłyszał wezwanie, bez skrępowania wszedł do środka. Frigga właśnie omawiała coś ze swoimi damami, ale widząc syna, lekkim gestem głowy odprawiła je wszystkie. Te wyszły pośpiesznie, każda mijając Thora, kłaniała się nieznacznie.
– Witaj, matko – odezwał się ten, kiedy zostali sami.
Szybko podszedł bliżej i ucałował ręce kobiety.
– Dobrze widzieć cię z powrotem. Jak podróż?
– Bez żadnych komplikacji. Przywożę ci niesamowitą nowinę – kontynuował entuzjastycznie Thor, siadając wraz z matką na jednej z kanap. – Oficjalnie zostałaś babcią.
Frigga spojrzała na niego zaskoczona, jedną ręką przysłaniając usta.
– A więc Loki i ta kobieta...
Thor skinął głową.
– Mają córeczkę. Nazywa się Sleipnir, jest przepiękna i niesamowicie urocza, nawet jak na niemowlę. Wierz mi, nie mogłabyś oderwać od niej wzroku. Pokochałabyś ją od pierwszego spojrzenia.
Thor doskonale wiedział, jak wielką sympatią jego matka darzy wszystkie dzieci. Choć jej synowie już bardzo dawno temu wyrośli z wieku dziecięcego, to Frigga zawsze bardzo radośnie reagowała na każdego młodocianego mieszkańca pałacu. Dzieci, choćbym najpośledniejszego ze sług, zawsze bez trudu wkupywały się w łaski królowej. Wiedział więc doskonale, że ta wiadomość ją ucieszy. Tym bardziej zdziwił się, kiedy Frigga niespodziewanie odwróciła wzrok, a jej ramiona zadrżały niebezpiecznie.
– Matko...
I naraz wszystko zrozumiał. Bez kolejnego słowa objął kobietę ramieniem i przygarnął do siebie. Pamiętał, jak w dzieciństwie wielokrotnie Frigga tuliła go, by odgonić smutki czy strachy, teraz przyszedł czas, by jej się zrewanżował. Czuł pod rękoma, jak królowa bezgłośnie szlocha i przez dłuższy czas nic nie mówił.
– Powinnam być zadowolona – odezwała się w końcu Frigga, jej głos wciąż daleki był od zwyczajowego spokoju, a jej głowa spoczywała na ramieniu syna. – To w końcu ja zasugerowałam mu, że w Asgardzie, gdzie pętały go wspomnienia przeszłości, nigdy nie odnajdzie spokoju.
Thor spojrzał na matkę zdumiony.
– Tak synu, to moje słowa przekonały go do odejścia. To ja sprawiłam, że odszedł, by szukać szczęścia z dala od nas. Jest szczęśliwy, prawda?
Mężczyzna przełknął ciężko narastający w gardle ciężar. Zawsze sądził, że to Odyn stał za odejściem jego brata, nigdy nie przypuszczał, nawet przez myśl mu nie przeszło, że odpowiadała za to matka. Ta, która zdawała się kochać Lokiego najbardziej. Jednak czy widząc smutek Friggi, mógł ją za to winić? Zapewne dla niej to wcale nie była łatwa decyzja i przez lata w milczeniu i samotności dźwigała ciężar tej odpowiedzialności.
– Nigdy nie widziałem go szczęśliwszym – odpowiedział w końcu.
Matka westchnęła nieznacznie, ostatecznie puszczając go i ocierając twarz.
– Przepraszam, Thor. Nie powinnam cię tym obarczać.
Gromowładny pokręcił głową.
– Wręcz przeciwnie. Jesteśmy rodziną i powinniśmy się wspierać. Wiele złych rzeczy wydarzyło się, właśnie przez to, że w swojej dumie, nigdy nie prosiliśmy o pomoc czy zwykłą rozmowę – odpowiedział poważnie, a widząc zdumione spojrzenie matki, dodał. – Wiesz, tego nauczyłem się na Ziemi. Oni tam dużo więcej rozmawiają ze sobą. Może dlatego, że ich życie trwa tak krótko, to nie chcą go marnotrawić. Jeśli coś ich boli lub martwi, jeśli pojawia się jakiś konflikt, starają się o tym rozmawiać, dyskutować, aż nie znajdą rozwiązania. Czasami myślę, że gdybyśmy mieli podobne podejście, gdyby Loki czasami po prostu dał mi w zęby za moje głupie zachowanie, to nigdy nie doszłoby do tego wszystkiego – zakończył, uśmiechając się przekornie.
Wreszcie udało mu się rozbawić matkę, bo cień uśmiechu pojawił się również na jej twarzy.
– W dzieciństwie biliście się całkiem często.
– Pamiętam. Loki zawsze lądował z podbitym okiem, kiedy kończyły mi się argumenty. A potem nauczył się tworzyć iluzje i już nie tak łatwo było go trafić.
A później przestał wchodzić z nim w dyskusję. Thor nie potrafił przywołać dokładnego momentu, kiedy to się stało, ale przyszedł taki czas, że cokolwiek Thor zrobił, czy powiedział, Loki po prostu to ignorował. Nawet jeśli uwaga go zabolała albo zwyczajnie nie zgadzał się ze słowami brata, to wszystko zachowywał dla siebie. To musiało być niezwykle frustrujące i zapewne w końcu czara goryczy została przelana i popchnęła go do szalonych czynów. Ale wtedy Thor tego nie dostrzegał.
Nic z tego nie powiedział jednak matce, widząc jak wspomnienie ich dzieciństwa poprawia jej samopoczucie.
– Byliście strasznie niepoprawni. W tamtym czasie naprawdę trudno było zapanować nad waszym zachowaniem. Odyn zawsze powtarzał, że potraficie sprowadzić Ragnarok między śniadaniem a obiadem i nie potrzeba do tego żadnej przepowiedni.
Thor zaśmiał się otwarcie. Kiedy teraz o tym myślał, to musieli być strasznymi dziećmi.
– Nie smuć się, matko. Teraz jest dobrze, naprawdę. Może nie żyjemy wszyscy razem tak jak w przeszłości, ale jesteśmy szczęśliwi. Nie powinnaś winić się za odejście Lokiego. Miałaś rację, jak zwykle twój osąd był nieomylny. Odnalazł szczęście i ty również powinnaś się cieszyć.
Frigga uśmiechnęła się i pokiwała głowa, a potem ucałowała syna w skroń.
– Stałeś się mądrym i wspaniałym mężczyzną. Zyskałeś cechy, których nie spodziewałam się u ciebie ujrzeć. Na przestrzeni ostatnich lat dojrzałeś bardziej niż przez wszystkie wcześniejsze stulecia.
Gromowładny skinął głową na to oświadczenie i po raz drugi tego dnia ucałował dłonie swojej matki.
Sleipnir biegała wokół nich jak oszalała, wyraźnie podekscytowana zbliżającą się podróżą. Miała zaledwie dwa i pół roku, a wyglądała na co najmniej cztery. Tę cechę też zapewne musiała odziedziczyć po matce. Z tego co Loki wiedział Jotuni podobnie jak Asgardczycy dojrzewają dość powoli, osiągając dorosły wygląd dopiero między trzydziestym, a czterdziestym rokiem życia, tymczasem Sleipnir rosła w niesamowitym tempie i mimo młodego wieku już potrafiła wypowiadać wiele słów i łączyć je w proste zdania. Jej rozwojem najbardziej zafascynowany był Thor, który pojawiając się co kilka miesięcy, ledwo poznawał swoją bratanicę. Ta jednak zawsze reagowała na niego bardzo entuzjastycznie i gdyby nie świadomość, że nie łączą ich więzy krwi, Loki mógłby przysiąc, że w jakiś tajemniczy sposób odziedziczyła pogodę ducha Gromowładnego. A może to po prostu on zawsze zachowywał się jak wieczne dziecko?
Teraz Sleipnir biegała wokół całego lądowiska, oglądając z fascynacją tak sam statek, jak i wszystko znajdujące się na około. Pięć razy zdążyła już wejść do środka i wybiec na zewnątrz, a także osiem razy spytała, kiedy wreszcie ruszą w drogę. Ostatecznie więc Miriady wzięła ją na ręce i razem z Thorem weszli do środka.
Loki pomachał córce, kiedy ta wyglądała z okien kokpitu, a kiedy Mistrz 15 wystartował i zniknął wśród innych latających pojazdów, mag zszedł z lądowiska i udał się w stronę domu.
Kiedy wszedł do mieszkania uderzyła w niego cisza, jakiej nie słyszał tutaj od bardzo dawna. Pokoje były puste, a on został sam. Ostatnimi czasy nie miał zbyt wiele okazji do samotności. W sumie to odkąd przybył na Sakaar niemal piętnaście lat temu. Dawniej cisza i samotność były dobrze znanymi towarzyszkami jego życia. Przesiadywał w bibliotece, próbując wiedzą wypełnić tę pustkę, którą czuł w środku. Nigdy nie myślał o tym w ten sposób, ale teraz zastanawiając się nad tym, dochodził do wniosku, że książki były jego jedyną ucieczką przed rzeczywistością. Jego jedynym sposobem na zagłuszanie bólu.
Podszedł do kuchennego blatu i nalał sobie do szklanki, zostawioną przez Miriady, lemoniadę, a potem przeszedł do salonu i usiadł na kanapie, wsłuchując się w ciszę.
– Piętnaście lat… – wyszeptał sam do siebie.
Wiele się w tym czasie wydarzyło. Poznał Miriady, pojednał się z Thorem, przez niemal półtora roku był mentorem Clinta, a w końcu został ojcem Sleipnir. Sakaar rzeczywiście okazało się dla niego łaskawą przystanią i niewątpliwie lubił to miejsce, z jego chaosem i szaleństwami Arcymistrza. A jednak teraz, siedząc w tej przejmującej ciszy, nie mógł odegnać nieprzyjemnych myśli. Za kilka godzin cała jego rodzina, wszyscy którzy kiedykolwiek byli i teraz są dla niego bliscy, znajdą się w Asgardzie. Początkowo nie chciał się zgodzić, obawiał się, że Sleipnir jest za mała na taką podróż, teraz jednak już nie miał tego argumentu. Szybko wyrosła, a Loki wiedział, jak bardzo Frigga pragnie poznać wnuczkę. Nie miał prawa jej tego odmówić. I teraz został sam. Pośród pustych, cichych pokoi ich wspólnego domu. Dom… to nie miejsce, to osoby, które są dla ciebie ważne. A wszystkie te, dla niego najważniejsze, zmierzają do miejsca dla niego niedostępnego. Tam gdzie on nie mógł za nimi podążyć. I choć nie chciał sam przed sobą się do tego przyznać, ta świadomość doskwierała mu bardziej niż kiedykolwiek.
Opuścisz Asgard, tym razem na zawsze. Będziesz wolny, ale twoja noga już nigdy tu nie postanie…
Słowa Odyna dudniły mu w uszach. Pochylił się do przodu i wsparł przedramiona na kolanach, wciąż w dłoniach trzymając pustą już szklankę. Westchnął ciężko, starając się zapanować nad emocjami. Nie chciał patrzeć na to w ten sposób, spoglądać w przeszłość i rozpamiętywać swoje błędy i porażki. To niczego już nie zmieni. A jednak czuł jak nieprzyjemna, żelazna obręcz zaciska się wokół niego. Nie potrafił się od tego uwolnić. To była jego kara. Choć musiało minąć wiele lat, nim zrozumiał, że Odyn nie ofiarował mu tylko wolności. W swej cierpliwej sprawiedliwości znalazł sposób, by Loki dogłębnie pożałował swoich czynów. A tylko taka kara ma sens, taka która odpowiednio zaboli, nawet jeśli nie nastąpi to od razu. Odyn był jednak doświadczonym sędzią. Znalazł dla Lokiego dotkliwą karę, za którą jednocześnie Loki nie potrafił go nienawidzić. Bo jak mógłby go nienawidzić za swoją banicję, skoro tutaj spotkało go tyle szczęścia.
Mag jeszcze raz ciężko westchnął, a potem spojrzał w sufit, choć jego wzrok spoglądał dużo dalej. Daleko poza Sakaar, na drugi skraj wszechświata, gdzie w wielkiej sali tronowej asgardzkiego pałacu, na złotym tronie zwykł zasiadać Odyn.
– Wszechojcze… – wyszeptał, choć słowa dziwnie więzły mu w gardle. – Mam nadzieję, że jesteś zadowolony. Myślę, że osiągnąłeś pełny sukces. Udało ci się sprawić, że tęsknię za Asgardem, miejscem, które zdawało się, że ze wszech miar znienawidziłem. Teraz nie czuję już nienawiści, ani do Złotego Królestwa, ani do Thora, ani nawet do ciebie. Nie wiem, może tak naprawdę nigdy jej nie czułem, tylko sobie ją wmawiałem, by usprawiedliwić swoje czyny, by uprawomocnić gniew.
W swej mądrości pokonałeś mnie, w ogóle ze mną nie walcząc. Pokonałeś mnie, dając mi do ręki najniebezpieczniejszą z broni – wybór. Zazdroszczę ci przenikliwości, chciałbym też kiedyś osiągnąć podobną wprawę. Wiedziałeś od początku, prawda? Wiedziałeś, że bez względu jaką decyzję podejmę, będę jej żałować. Przecież mi to powiedziałeś, w swój przewrotny sposób. Życzyłeś mi bym nie żałował swego wyboru, choć doskonale wiedziałeś, że taki dzień w końcu nadejdzie. A dziś bezradnie patrzyłem, jak cała moja rodzina mnie opuszcza i żałowałem każdej jednej myśli, która doprowadziła do tej sytuacji. Gratuluję ci, Wszechojcze i w nagrodę posyłam do ciebie mój największy skarb – naraz głos, choć nie głośniejszy od szeptu, wyraźnie mu zadrżał. – Proszę, opiekuj się nimi, bo to najcenniejsze co posiadam.
Westchnął, tłumiąc emocje i opuścił głowę, która ciążyła mu od nadmiaru myśli. Wiedział, że teraz czeka go wiele dni, w czasie, których będzie miał mnóstwo czasu na rozpamiętywanie wszystkiego. Wcale tego nie chciał, ale czuł, że kiedy już zaczął, nie łatwo będzie mu przestać. W ciszy pustego mieszkania…
– Wracaj do domu, Loki. – Naraz usłyszał głos Odyna, tak wyraźnie, jakby ten stał tuż obok niego.
Uniósł głowę i ponownie spojrzał w sufit. Pusta szklanka, którą dotychczas trzymał, wypadła mu z dłoni i poturlała się po podłodze.
Odyn siedział w dużym, skórzanym fotelu ustawionym nieopodal ogromnego, marmurowego kominka. W środku płonął przyjemny, jaskrawy ogień, który oświetlał całą komnatę. Loki przez dłuższą chwilę obserwował ten jakże znajomy obrazek. Ile razy w przeszłości, wraz z Thorem, siadali na rozłożonych na podłodze wilczych skórach i słuchali opowieści o pradawnych czasach. Tych historii, które nigdzie nie zostały spisane, a które znał tylko Wszechojciec.
A teraz stał w tej komnacie i czuł się jak intruz. Loki znał wiele z tajemnych ścieżek, także tych, dzięki którym mógł samodzielnie opuścić Sakaar i dostać się do pałacu w Asgardzie zupełnie niepostrzeżenie. Ścieżek, których nie znał nikt innych, ani Odyn, ani nawet Heimdall. Wzrok tego drugiego był zresztą obecnie skupiony na Thorze, który wraz z Miriady był już w Alfheim. Kilka minut temu, na chwilę przed tym, jak Loki znalazł się w pałacu, otworzył dla nich przejście do krainy elfów. Za parę minut i oni tutaj się znajdą. Teraz jednak nie potrafił o nich myśleć, jego wzrok i umysł skupione były na siedzącym przed nim władcy.
Odyn z pewnością wyczuł jego obecność, a mimo to nie odzywał się, najwyraźniej czekając, żeby to Loki uczyni pierwszy krok.
– Wezwałeś mnie, Wszechojcze – odezwał się ten, wciąż stojąc w kącie pomieszczenia. Zupełnie niczym odbywające karę dziecko.
Odyn westchnął nieznacznie, po czym wstał z fotela i spojrzał w stronę maga. Jego twarz była poważna i jak zwykle nie zdradzająca żadnych emocji. A jednak we wzroku władcy było coś niespodziewanego, choć Loki nie potrafił tego do końca rozszyfrować.
Wszechojciec podszedł bliżej i przez długą chwilę milczał, wpatrując się w maga intensywnie. Ten w końcu nie wytrzymał i spuścił wzrok. Wtedy też Odyn odwrócił spojrzenie i wyjrzał przez okno.
– Mam nadzieję, że nie policzysz mi tego, jako złamania naszej umowy – odezwał się w końcu Loki, czując, że nie wytrzyma dłużej ciszy.
Naraz przez twarz Odyna przeszedł cień smutnego uśmiechu.
– Loki…
Mag miał nadzieję usłyszeć coś więcej, tymczasem Odyn dalej milczał. To było bardzo do niego niepodobne. Z drugiej strony Loki nie chciał dopuszczać do siebie zbyt wiele nadziei. Wszak wyroki Wszechojca były ostateczne. A mimo to nie potrafił dłużej zachować spokoju.
– Czy naprawdę pozwalasz mi wrócić? – zapytał pośpiesznie, jakby obawiając się, że zabraknie mu odwagi.
Władca pokiwał głową.
– Tak, Loki.
Te dwa słowa, tak odmienne od tego, co usłyszał lata temu, kiedy Odyn przedstawiał mu swoją propozycję.
– Ale przecież powiedziałeś…
– Pamiętam doskonale, co powiedziałem. Powiedziałem dokładnie to, co miałeś usłyszeć. – W końcu ponownie Odyn spojrzał w jego stronę, a mag wreszcie odgadł, co dostrzega w oczach władcy. Wzruszenie. – Znam cię, Loki. Lepiej niż zapewne byś sobie tego życzył. Dlatego też tamtego dnia usłyszałeś taką, a nie inną propozycję. Gdybym określił jakieś ramy czasowe twojego wygnania, dziesięć, piętnaście, czy choćby sto lat. Żyłbyś tylko z myślą, kiedy twój wyrok dobiegnie końca, a w efekcie zmarnotrawiłbyś ten czas. W taki sposób dałbym ci jedynie sposobność na podsycenie twojego gniewu. Znam twój charakter, wiem, że jesteś niemniej uparty, od twego brata, choć okazujesz to w zupełnie inny sposób. Gdybyś wiedział, że kiedyś wrócisz, wykorzystałbyś ten czas na planowanie swojej zemsty na nas. Perspektywa powrotu zaślepiłaby cię tylko jeszcze bardziej i wtedy już zupełnie zgasłaby nadzieja na to, iż dojrzysz prawdę.
– Prawdę?
– Przecież wiesz, o czym mówię. Czego najbardziej żałujesz?
Loki poczuł, jak na szyi zaciska mu się obręcz. Spuścił głowę i spojrzał gdzieś w bok.
– Że nie dostrzegałem tego, co było dobre – powiedział przez ściśnięte gardło. – Widziałem tylko cień, nic ponadto. – Naraz, chyba dopiero teraz w pełni opadła kurtyna mroku, która go spowijała przez tak długi czas. Mroku, który sam wokół siebie stworzył, swoją zazdrością, pychą i gniewem. – Nie dostrzegałem nawet, że ty…
Niespodziewanie poczuł, jak Odyn obejmuje go ramieniem i przygarnia do siebie. Loki nie wiedział, jak na to zareagować, w pierwszej chwili cały zesztywniał, ale potem ogarnęło go tak przemożne uczucie ulgi, że nie potrafił dłużej stawiać oporu.
– Przepraszam… ojcze.
– Mój uparty, niepoprawny, chłopcze. – Głos Odyna był ściszony do szeptu, jakby te słowa miały dotrzeć tylko do uszu maga. – Nigdy więcej nie wątp w miłość twojej rodziny.
Loki nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Walczył, by jak dziecko nie zanieść się płaczem. Choć, kiedy obejmowało go silne ramię ojca, naprawdę czuł się z powrotem jak mały chłopiec. Jakby wszystko co złe, było jedynie sennym koszmarem.
Trwali tak przez długą chwilę, w końcu jednak Loki zebrał w sobie siłę, by wyprostować się i spojrzeć na ojca. Wtedy też dostrzegł stróżkę na policzku Odyna. Nigdy nie przypuszczał, że dojrzy coś podobnego na zwykle surowej twarzy władcy. Poczuł bolesne ukłucie, kiedy zdał sobie sprawę, jak wiele bólu zadał tym, którzy byli mu przecież tak bliscy. Nigdy nie zdoła już tego naprawić, żadne słowa nie zrekompensują zadanych krzywd. Teraz jednak mógł mieć przynajmniej nadzieję, że w przyszłości nie popełni tych samych błędów.
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz prosił o cokolwiek Odyna. Kiedy teraz o tym myślał, już dawno przestał się łudzić, że ojciec spełni jakąkolwiek jego prośbę, z tego też powodu przestał w ogóle prosić. Tylko czy rzeczywiście tak było? Czy znowu gniew nie przysłonił mu rzeczywistości? Po raz kolejny postanowił spojrzeć poza cień.
Tamtego dnia z wielkim niepokojem wszedł do sali tronowej, gdzie obok schodów stał zagniewany Odyn. Był wściekły, po tym jak dotarła do niego wieść, że Loki notorycznie wykręca się od pobierania lekcji fechtunku. Był wtedy jeszcze bardzo młody, ale już zauważył, że nigdy nie dorówna Thorowi w sztuce władania bronią. Dlatego szukał każdej możliwej wymówki, by nie stawiać się na polach treningowych. Albo po prostu zaszywał się gdzieś w jakimś kącie, gdzie nikt nie mógł go znaleźć.
Doskonale wiedział, że ojciec tego nie pochwali i czuł się jak ostatni tchórz.
– Co masz mi do powiedzenia? – zapytał Odyn, spoglądając na syna.
Loki wzruszył ramionami.
– Nie będę więcej uciekał przed treningami – mruknął, wiedząc, co pragnie usłyszeć ojciec.
Odyn westchnął ciężko, kręcąc nieznacznie głową.
– Wiem, że cenisz magię wyżej nad władanie bronią i wiem też, że już dawno się do tego zniechęciłeś. Niemniej jako książę, nie możesz w ten sposób uciekać od obowiązków. Jesteś przykładem dla innych. Jeśli syn Odyna może podchodzić do nich w tak lekceważący sposób, to dlaczego pozostali mają postępować inaczej?
Loki spojrzał gdzieś w bok, nie mogąc znieść dłużej surowego spojrzenia ojca. Gdzieś w głębi wiedział jednak, że ma on rację.
– Przepraszam, nie patrzyłem na to w ten sposób.
– Wiem, dlatego właśnie zwracam ci na to uwagę. Wiele oczu, nie zawsze przychylnych, spogląda w naszą stronę. Niektórzy tylko wypatrują naszych porażek.
Loki skrzywił się nieznacznie.
– No to będą mieli dużo okazji do satysfakcji. We władaniu bronią nie dorównuję nawet Sif.
Odyn uśmiechnął się nieznacznie.
– To akurat nie jest ujmą na honorze, w końcu to wyśmienita wojowniczka.
Loki również lekko się uśmiechnął. Ojciec podszedł bliżej, tak że stał teraz zaledwie krok od niego.
– Thor nie lubi lekcji historii, a mimo to nigdy ich nie opuszcza – dodał po chwili.
Loki nie cierpiał takich porównań, zwłaszcza jak były tak boleśnie prawdziwe.
– Postaram się bardziej – odpowiedział w końcu.
– Niczego więcej nie oczekuję.
Przez chwilę panowało milczenie i Loki zaczął się zastanawiać, czy może już iść, kiedy Odyn odezwał się ponownie.
– Rozmawiałem ostatnio z Friggą na twój temat. Twierdzi, że nie jest w stanie nauczyć cię już niczego więcej.
Loki skrzywił się. To była jedna z kwestii, którą chciał poruszyć z ojcem. Teraz jednak był chyba najgorszy z możliwych momentów na to. W obecnej chwili, szczerze wątpił, by Odyn przystał na jego prośbę.
– Chciałbym udać się do Alfheim – rzucił bez większej nadziei.
– Elfy posiadają olbrzymią wiedzę w zakresie magii. Wbrew jednak pozorom oni również przykładają dużą wagę do innych aspektów.
Loki pokiwał głową, doskonale rozumiejąc aluzję. Naraz poczuł ciężką rękę ojca na swoim ramieniu.
– Jeśli wszyscy trzej wasi nauczyciele uznają twoje postępy za wystarczające, otworzysz sobie drogę do Alfheim i ich wiedzy – stwierdził ostatecznie Odyn.
Przypominając sobie tamten dzień, Loki w pełni pojął słowa Friggi, o tym że Odyn nie robi niczego bez przyczyny. Nic bardziej nie zmotywowało młodego maga do treningów niż tamte słowa ojca. A umiejętności jakie wtedy nabył, wielokrotnie uratowały mu skórę w przyszłości. Czy więc teraz też mógł liczyć, że jego prośba zostanie spełniona, nawet jeśli zapewne kłóciła się z planami Wszechojca?
– Pragnę pozostać na Sakaar – powiedział, spoglądając na Odyna. – To ojczyzna Miriady i tam urodziła się Sleipnir. Chciałbym jednak, by Asgard pozostał dla mnie otwarty, jeśli to możliwe.
Widział wyraźnie, jak Odyn zmarszczył brwi.
– Nie ukrywam, że liczyłem na coś innego – odparł po chwili namysłu. – Nie zamierzam jednak trzymać cię tutaj na siłę. Jeśli tam jesteś szczęśliwy, nie będę cię zatrzymywał. Choć wątpię, by równą wyrozumiałością wykazała się twoja matka.
Loki uśmiechnął się nieznacznie.
– Dziękuję, ojcze.
Odyn spojrzał w stronę okna i naraz jego twarz całkiem się rozpogodziła.
– O wilku mowa, właśnie przybyli – dodał, gestem głowy wskazując na dwie osoby z dzieckiem zmierzające w stronę pałacu. – Chodźmy, zakładam, że ucieszą się na twój widok.
Loki skinął głową i razem opuścili komnatę.
Wyszli na pałacowe schody w momencie gdy Frigga, która wyszła naprzeciw gości, właśnie brała na ręce małą Sleipnir i śmiała się do niej w ten niezwykle ciepły sposób, który Loki tak dobrze pamiętał z dzieciństwa. Teraz już pamiętał.
– Tato! – zawołała dziewczynka, kiedy dostrzegła go znad ramienia królowej.
Cała trójka spojrzała w jego stronę, a na ich twarzach odmalowało się nieskończone zdumienie, kiedy zobaczyli, jak zbliża się do nich w towarzystwie Odyna.
– Ale jak to… – pierwsza odezwała się Frigga, gdy stanęli przy nich.
Wszechojciec wciąż uśmiechał się lekko i Loki nie mógł odeprzeć wrażenia, że dostrzega w jego oku autentyczne rozbawienie. Zupełnie jakby… zupełnie jakby właśnie wykręcił żart stulecia własnej małżonce. Nigdy, przenigdy nie posądzałby Odyna o podobne poczucie humoru.
– Myślę, że to odpowiedni moment, by rodzina znowu znalazła się w komplecie – odpowiedział Wszechojciec.
Oczy królowej zalśniły niebezpiecznie łzami, po czym delikatnie odstawiła dziecko na ziemię i podeszła do syna. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Loki miał wrażenie, że zaraz ugną się pod nim kolana. Zebrał się jednak w sobie i bez słowa objął matkę. Był skończonym draniem, skoro potrafił zadać tej kobiecie tyle bólu i ostatnim głupcem, że tego nie dostrzegał. I największym szczęściarzem, że ona wciąż potrafiła mu to wszystko wybaczyć.
Kątem oka dostrzegł uśmiechających się Miriady i Thora. Uśmiech tego ostatniego po prostu nie mógł już być szerszy.
Z pewnym niepokojem Loki musiał przyznać, że Odyn miał rację. We wszystkim, także w tym, że matka absolutnie nie brała pod uwagę, by mieli szybko wrócić na Sakaar. Jeszcze tego samego dnia w pałacu odbyła się wielka uczta, gdzie całemu dworowi został przedstawiony nowy członek rodziny królewskiej. Sleipnir, ze swoim radosnymi i żywiołowym usposobieniem bez trudu zjednywała sobie wszystkich, a jej głośny śmiech słychać było w całym pałacu.
Loki wiele godzin spędził w towarzystwie matki, opowiadając jej tak o swoich podróżach, jak i życiu na Sakaar. Frigga autentycznie nie odstępowała go na krok, jakby w obawie, że gdy go zostawi, to on znowu zniknie na kolejne lata.
Ostatecznie postanowili pozostać w Asgardzie nieco dłużej niż zakładał początkowy plan. I kiedy uroczysta atmosfera nieco opadła, a życie wróciło na bardziej normalne tory, Loki niespodziewanie poczuł się jak za dawnych lat. Znów mógł swobodnie przemierzać pałacowe korytarze i choć wciąż niektórzy spoglądali na niego podejrzliwie, to teraz już zupełnie nie zwracał na to uwagi. Nigdy nie był ulubieńcem tłumów, ale doświadczenie nauczyło go, że wcale nie jest mu to potrzebne do szczęścia.
Kilka dni później, kiedy stał na jednym z pałacowych tarasów i cieszył oczy widokiem zachodu słońca nad Złotym Królestwem, usłyszał zbliżające się w jego stronę kroki. Zbyt delikatne jak na wojownika, ale jednak nie pasujące do żadnej damy dworu. Sif.
Zarówno jej, jak i wojowniczego trio nie widział od czasu ich wizyty na Sakaar. W czasie powitalnej uczty też nie towarzyszyli Thorowi jak zazwyczaj. Oczywiście widział gdzieś przemykającą wojowniczkę, ale najwyraźniej ona nie zamierzała specjalnie radować się z jego powrotu. Cóż, nie zamierzał jej winić.
Kiedy kobieta zatrzymała się kilka kroków od niego, odwrócił się i przywitał ją gestem głowy.
– Lady Sif.
Wojowniczka skinęła głową i przez dłuższą chwilę przyglądała mu się z zaciętą miną. Ostatecznie jednak podeszła bliżej i również wsparła się o balustradę tarasu. Nie miała na sobie zwyczajowej zbroi, lecz cienką, srebrną tunikę, która doskonale sprawdzała się w czasie asgardzkiego lata.
– Słyszałam, że nie zamierzasz zostać w pałacu na stałe – odezwała się w końcu.
A więc o to chodziło. Przyszła się upewnić, czy rzeczywiście jego osoba nie będzie zatruwać ich życia zbyt długo.
– Możesz być spokojna, za kilka dni wracamy do domu – odparł lekkim tonem, jakby zupełnie nie dostrzegł podtekstu ukrytego w jej słowach. Niektórych po prostu nie zdoła przekonać, nie zamierzał się z tego powodu zadręczać. Sif była i wciąż jest nieprzejednana.
Tylko czemu w takim razie dostrzegł jakby nieznaczny grymas rozczarowania na jej twarzy.
– Thor wie? Będzie niepocieszony.
– Rozmawiałem z nim. Zaakceptował moją decyzję, choć jestem zaskoczony. Widocznie dojrzał na tyle, by wreszcie dostrzegać, że niektórzy mogą mieć inne zdanie od niego.
Sif prychnęła nieznacznie.
– On zawsze to dostrzegał, nie jest głupi.
Tym razem Loki nie wytrzymał i jego twarz wykrzywił nieco złośliwy uśmiech.
– Proszę cię, Sif. Kogo próbujesz oszukać? Przecież sama w to nie wierzysz. Może rzeczywiście nie jest głupi, ale z pewnością uparty. Ile razy w przeszłości próbowaliśmy do czegoś go przekonać? Ile razy nawet ty odniosłaś porażkę w tej materii?
Kobieta spojrzała na niego z dezaprobatą kątem oka, jakby jego spoufalający się ton, co najmniej ją obraził. Potem jednak westchnęła ciężko i ponownie rozgoryczenie wypłynęło na jej twarz. Ewidentnie coś jej ciążyło, jakieś myśli, choć wciąż nie była zdecydowana, czy chce się nimi dzielić akurat z Lokim.
– Nie zamierzam wracać do tego, co było dawniej – dodał już zupełnie poważnie.
– Szkoda… – mruknęła i było to chyba najbardziej nieoczekiwane ze stwierdzeń.
Nie wiedział, jak na to zareagować, nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, kobieta spojrzała na niego otwarcie, a smutek wyraźnie odmalował się na jej twarzy.
– Może ty nie tęsknisz za przeszłością, ale ja tak. I nie chodzi mi tutaj o ciebie, ale o nas wszystkich. Przez stulecia żyliśmy razem, bawiliśmy się razem i razem walczyliśmy. Wydawało się, że będziemy podążać ramię w ramię aż do nastania Ragnaroka. Tymczasem teraz wszystko się rozpadło. I choć wydaje się to absurdalne, wszystko zaczęło się wraz z twoim odejściem. Mimo, że zawsze stałeś nieco na uboczu, pochłonięty innymi sprawami, mający inne cele od reszty, to jednak byłeś naszym towarzyszem. I po tym jak ciebie zabrakło, wszystko zachwiało się w posadach.
Niespodziewanie głos Sif stężał i miejsce smutku zajął gniew. O dziwo jednak tym razem nie był skierowany na Lokiego.
– Thor jest wiecznie nieobecny. Sprawy Midgardu i śmiertelników zajmują go bardziej niż Asgard. Hogun wrócił do ojczyzny, Volstagg ostatecznie osiadł na wsi wraz z rodziną, a Fandral… – Wyraz obrzydzenia na twarzy kobiety wystarczył za cały komentarz na temat obecnego zajęcia szermierza. – Zostałam sama.
Loki już miał na końcu języka kąśliwą uwagę, ale powstrzymał się. Kopanie leżącego nie było w jego stylu.
– Nawet gdybym został w Asgardzie, to i tak niczego by nie zmieniło – odpowiedział za to.
Kobieta pokiwała nieznacznie głową. Gniew powoli ją opuszczał.
– Wiem. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale zazdroszczę ci elastyczności. Jesteś jak woda, zawsze odnajdziesz swój kształt, bez względu na naczynie, w którym się znajdziesz. Potrafiłeś odnaleźć się nawet w sytuacji wydawać by się mogło beznadziejnej i przekułeś ją na własną korzyść.
Loki prychnął nieznacznie. To chyba były pierwsze słowa uznania ze strony Sif, jakie usłyszał od… usłyszał kiedykolwiek.
– To zrób to samo – odparł po chwili. – Jesteś wystarczająco silna i zapalczywa, by wykuć sobie własną ścieżkę. Poza tym Thor wróci. Prędzej czy później Asgard upomni się o swego przyszłego króla, a kiedy to nastąpi, będzie potrzebował kogoś, kto go wesprze i będzie głosem jego rozsądku. Wiem, że w przeszłości ojciec widział mnie na tym miejscu, ja jednak uważam, że to rola pisana dla ciebie.
Sif spojrzała na niego zaskoczona, najwyraźniej był ostatnią osobą, od której spodziewała się podobnych słów.
– Zmieniłeś się…
– Jak my wszyscy, czyż nie?
Chyba pierwszy raz wojowniczka zgodziła się z nim, nie doszukując się w tym zdaniu żadnego podstępu.
Strażnik Obserwatorium jak zwykle przywitał go lekkim skinieniem głowy i spojrzeniem nie wyrażającym ani cienia emocji. Clint zdążył już do tego przywyknąć i nawet zazwyczaj odpowiadał uprzejmym uśmiechem i kilkoma konwencjonalnymi słowami powitania. Nie miał ochoty wchodzić w konflikt z Heimdallem, zwłaszcza, że to dzięki niemu mógł korzystać bez ograniczeń z zasobów zawartych w wielkiej asgardzkiej bibliotece.
Przybywał tutaj przynajmniej raz w miesiącu, by oddać wcześniej pożyczone tomy i wziąć następne. Początkowo sprawujący pieczę nad biblioteką Gulst patrzył bardzo krzywo na śmiertelnika ośmielającego dotykać się jego bezcennych zbiorów. Teraz jednak, po niemal dwóch latach regularnych wizyt, witał go wręcz z radością i często był skłonny nawet służyć radą, co do następnych wyborów. Zapewne to, że Clint zawsze oddawał księgi w nienaruszonym stanie, miało duży wpływ na wzrost sympatii bibliotekarza.
– Witaj, przyjacielu Barton – odezwał się Gulst, kiedy zobaczył Clinta w drzwiach. Łucznik nadal zachodził w głowę, co Asgardczycy mają z tymi "przyjaciółmi". Zdążył zauważyć, że nazywają tak każdą znajomą osobę, choćby poznali ją ledwo godzinę temu.
– Cześć, Gulst – odparł Clint, stawiając przy obszernej ladzie przyniesioną ze sobą torbę, z której zaczął po chwili wyjmować kolejne książki.
Bibliotekarz oglądał każdą skrupulatnie, po czym odkładał na stos przeznaczony do późniejszej segregacji.
– Macie jakieś święto, czy coś? Widziałem pełno flag królewskiej rodziny rozwieszonych w mieście.
Gulst odłożył ostatnią księgę, po czym otworzył usta by odpowiedzieć, ale niespodziewanie zamknął je jakby z wahaniem. Jego wzrok przez chwilę zatrzymał się w jakimś odległym punkcie biblioteki. Odruchowo Clint spojrzał w tamtą stronę, ale nie dostrzegł niczego nadzwyczajnego. Skupił się przez moment, by aktywować Wzrok Jastrzębia, jak lubił nazywać umiejętność dostrzegania przepływu energii w otoczeniu. Nic to jednak nie dało, wszystko nadal wyglądało zupełnie normalnie.
– Coś się stało?
– Nie, nic. Musiało mi się wydawać, że widziałem jakiegoś gryzonia – odparł Gulst już zupełnie spokojnie. – A odpowiadając na twoje pytanie, to tak, tydzień temu odbyła się spora uroczystość w rodzinie królewskiej, flagi wciąż wiszą, bo zwykle po takich wydarzeniach biesiady trwają przez wiele dni.
– Wy to wiecie jak robić imprezy.
– Nic nie wprawia Asgardu w lepszy nastrój niż dobre jedzenie, wino i muzyka.
Clint zaśmiał się nieznacznie, po czym skinął głową w stronę bibliotekarza i ruszył między regały z książkami. Nie minęła nawet minuta, gdy coś przykuło jego uwagę. Między dwoma rzędami półek, na środku przejścia, leżał jakiś oprawiony w skórę wolumin. To było co najmniej niecodzienne, Gulst dostałby zawału, gdyby to zobaczył. Chcąc uchronić Asgardczyka przed podobnymi stresami, łucznik podszedł bliżej i podniósł książkę. Znał ją, była jedną z pierwszych, którą w ogóle czytał. Kiedy przyjrzał się bliżej, zobaczył, że spośród stron wystaje jakaś karteczka. Wyciągnął ją i odczytał.
"Według teorii przepływów, energia zawsze będzie dążyć do równowagi, przepływając między punktami silniejszymi do tych słabiej zasilanych."
Pamiętał to zdanie, aczkolwiek mógłby przysiąc, że nie pochodziło ono z tej książki. Tknięty dziwnym przeczuciem, odłożył tom na półkę, po czym zaczął poszukiwać tego, który zawierał cytowany fragment. Po dwóch, góra trzech minutach zdołał go odnaleźć i z lekkim drżeniem ekscytacji odkrył, że w nim również znajdowała się podobna karteczka.
"Vaslo Trotison zakładał bilans materii przedstawiany w postaci piramidy wpływów. Dopiero po dogłębnej analizie można dostrzec luki w jego rozumowaniu."
Teraz Clint miał już niemal pewność, że ktoś zabawiał się z nim w jakiś dziwaczny quiz wiedzy. Oczywiście zamierzał podjąć rękawicę. Na szczęście zawsze miał dobrą pamięć do przeczytanych tekstów.
W ciągu kilkunastu kolejnych minut zagłębiał się coraz bardziej w bibliotekę, odnajdując kolejne zagadki. Zauważył również, że każda kolejna dotyczyła bardziej skomplikowanych zagadnień, powodując, że odnalezienie właściwej księgi stawało się coraz trudniejsze. Przy ostatniej dopiero trzecia próba okazała się trafiona. Wtedy też, kiedy znalazł wreszcie upragnioną wskazówkę, zobaczył na karteczce napisane tylko dwa słowa: "odwróć się". Wykonał polecenie, nim nawet w pełni jego umysł zdążył przetworzyć wiadomość i zobaczył stojącego pod ścianą, perfidnie uśmiechniętego Lokiego.
– Naprawdę nie szkoda ci energii na wyprowadzanie mnie w pole? Nawet dla ciebie utrzymanie tyle czasu iluzji musi być obciążające.
Loki zaśmiał się niemal otwarcie.
– No wiesz, Clint, spodziewałem się po tobie nieco więcej.
Łucznik zmarszczył brwi, po czym aktywował wzmocniony wzrok i w jednej chwili zrozumiał swój błąd.
– Co ty do cholery robisz w Asgardzie?! – zawołał, lecz nim mag zdążył odpowiedzieć, powiązał fakty. – Ta impreza tydzień temu... Była z twojego powodu.
Loki wzruszył ramionami.
– Po części.
Clint uśmiechnął się i podszedł bliżej.
– A twierdziłeś, że Asgard jest już na dobre dla ciebie zamknięty.
– Cóż, Wszechojciec okazał się bardziej miłosierny niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać.
Tym razem łucznik zaśmiał się już całkiem otwarcie.
– A więc to ciebie widział Gulst, kiedy z nim rozmawiałem. To ty byłeś tym "gryzoniem".
Uśmiech na twarzy maga stał się jeszcze bardziej podstępny.
– Poprosiłem go niewerbalnie, by zachował milczenie, inaczej zepsułby całą niespodziankę. On akurat jest jednym z nielicznych mieszkańców Asgardu, którzy mają dla mnie nieco szacunku, więc nie musiałem uciekać się do gróźb.
– Mam wrażenie, że on szanuje wszystkich, którzy szanują książki.
– Istotnie.
Clint nigdy głośno by się do tego nie przyznał, ale naprawdę ucieszył się na widok maga. Dobrze wiedział, że zakaz wstępu do Asgardu ciążył Lokiemu, choć oczywiście on nigdy o tym głośno nie mówił. Ale Clint wiedział, spędzili razem wystarczająco dużo czasu, by nauczył się rozpoznawać pewne jego specyficznie zachowania. Na przykład teraz był niemal przekonany, że Loki nie mówi mu wszystkiego.
– Miriady też tu jest? – zapytał, po krótkiej chwili milczenia.
Loki skinął głową, po czym ruszył w stronę niewielkiego balkonu, gestem głowy dając znać agentowi, by ten podążył za nimi. Kiedy wyszli na zewnątrz, Clint zobaczył rozciągające się poniżej pałacowe ogrody. Niemal natychmiast dostrzegł również dwie kobiety, siedzące na ławce i rozmawiające o czymś z przejęciem. Jedna z nich, w złotej sukni i takich samych włosach, z wyglądy zbyt podobna był do Thora, by mogła być kimkolwiek innym niż królową Firggą, natomiast kolor skóry drugiej nie pozostawiał cienia wątpliwości, że była to towarzyszka Lokiego. Nie były jednak same, tuż obok nich, na trawie, siedziała i zrywała kwiatki mała dziewczynka o charakterystycznej różowej skórze.
– Nazywa się Sleipnir – rzucił Loki, kiedy zobaczył, na czym skupił się wzrok łucznika. – I to dzięki niej wróciłem do łask.
– O rany, skóra zdjęta z matki – odparł Clint, a widząc nieco zniesmaczone spojrzenie maga, szybko dodał. – Tak się u nas mówi, znaczy że podobna.
Loki skinął nieznacznie głową i przez dłuższą chwilę obserwowała kobiety na dole.
– I co teraz? Zostaniecie w Asgardzie?
Mag zaprzeczył gestem głowy.
– Nie, za kilka dni wracamy na Sakaar.
Loki nie musiał tłumaczyć dlaczego. Może uzyskał amnestię u ojca i rodzina przyjęła go z otwartymi ramionami, ale na tyle, na ile Clint zdążył poznać Asgardczyków, to łatwo było się domyśleć, że "zdradziecki" brat Thora nie prędko będzie tutaj mile widziany. Tak jak sam powiedział, Gulst ma do niego nieco szacunku, inni zapewne nie są tak wyrozumiali. Jego dziecko zostałoby tutaj napiętnowane.
– Zejdźmy do nich, Miriady ucieszy się na twój widok – zasugerował Loki, po czym dosłownie moment później stali kilkadziesiąt metrów niżej, na miękkiej, soczyście zielonej trawie pałacowego ogrodu. Niemal natychmiast obie kobiety spojrzały w ich stronę.
– Clint! – zawołała młodsza z nich, poderwała się z ławki, szybkim krokiem pokonała dzielącą ich odległość i objęła go za szyję. – Jak miło znów cię zobaczyć – dodała, całując go w policzek.
– Ciebie również, do twarzy ci w tych asgardzkich ciuszkach – odparł rozbawiony Clint. Przyzwyczajony był raczej do skąpych strojów, które zwykła nosić w upalnym Sakaar, teraz natomiast miała na sobie długą, biała suknię, z kilkoma złotymi dodatkami. – Wyglądasz jak księżniczka.
Miriady zamyśliła się na moment.
– W końcu jestem dziewczyną księcia, nie? – odparła i oboje zaśmiali się na to oświadczenie.
Z niemal bolesną świadomością Clint zdał sobie sprawę, jak strasznie tęsknił za nimi, za Sakaar, za tym wszystkim co zostawił za sobą ponad dwa lata temu. Wiedział, też że dla nich minęło znacznie więcej czasu.
– Sleipnir, chodź, poznasz wujka Clinta – zawołała po chwili Miriady, kiedy już oswobodziła go z uścisku.
Kilkuletnia dziewczynka właśnie biegała dookoła zbliżającej się w ich stronę królowej. Na słowa matki zmieniła kierunek i podbiegła do nowej osoby. Była niesamowicie podobna do Miriady, taka sama różowa skóra, czerwony oczy i włosy. A jednak wyraz jej twarzy, choć nadal bardzo dziecinny, nie pozostawiał wątpliwości, kto jest jej ojcem.
– Cześć, maleńka – powiedział Clint, kucając przy dziecku i tarmosząc jego włosy.
Dziewczynka zaśmiała się, a potem pobiegła dalej, najwyraźniej mając zbyt wiele energii, by móc ustać na dłużej w miejscu.
– Ty musisz być Clinton Barton, przyjaciel naszej rodziny z Midgardu – odezwała się królowa, kiedy stanęła koło nich.
Łucznik wyprostował się i powitał władczynie gestem głowy.
– Pani. To dla mnie zaszczyt – odparł, starając się nadać swemu głosowi jak najbardziej oficjalny ton. Mimo że znał Thora i okazjonalnie pojawiał się w Asgardzie, nigdy nie miał okazji spotkać żadnego członka rodziny królewskiej. Ostatecznie był tylko śmiertelnikiem pośród bogów.
– Wiele dobrego słyszałam o tobie i twoich towarzyszach – dodała Figga, uśmiechając się w bardzo łagodny i przyjazny sposób.
Królowa wydawała się promienieć i dopiero po chwili Clint zrozumiał, że przecież przed paroma dniami odzyskała syna. Oczywiście nie było między nimi ani krzty podobieństwa, ale doskonale pamiętał z opowieści Lokiego, że to właśnie ona przekazała mu całą swoją magiczną wiedzę. O niej jednej mag nigdy nie powiedział złego słowa i zawsze nazywał nie inaczej jak "matka". Chcąc nie chcąc, Clint musiał przyznać, że Loki był naprawdę głupi, skoro dla zaspokojenia własnych ambicji, omal nie stracił czegoś tak cennego. Łucznik pamiętał własną matkę jak przez mgłę, zginęła w wypadku samochodowym, kiedy był jeszcze dzieckiem. Tym łatwiej było mu docenić podobny skarb.
– Jestem tylko agentem wypełniającym obowiązki, żaden ze mnie bohater.
– Przemawia przez pana ogromna skromność. Czy zechcesz dołączyć do nas przy wieczerzy?
– Nie planowałem zostać w Asgardzie tak długo, przyszedłem tylko zwrócić książki.
Naraz Miriady uwiesiła mu się na szyi.
– Nie wygłupiaj się, Clint. Przecież królowej się nie odmawia.
– Skoro tak stawiasz sprawę, to nie pozostawiono mi wyboru.
Asgardzkie uczty, nawet te będące zwykłą kolacją, były niczym uczta weselna na Ziemi. Wszyscy śmiali się, tańczyli i zalewali się litrami tutejszych alkoholi. Dla spokoju ducha Clint wolał nawet nie próbować go pić, chciał jednak wrócić do domu o własnych siłach. Nie było to jednak łatwe, ponieważ siedział przy jednym stole z Thorem i jego towarzyszami, z których jeden, imieniem Volstagg stanowczo nie znosił abstynentów.
– To wielka ujma dla asgardzkiego domu, że odmawiasz napicia się z nami – naciskał brodaty wojownik.
– Uważaj, Clint. Volstagg jeszcze gotowy wyzwać cię na pojedynek z tego powodu – rzucił Loki, który siedział po drugiej stronie stołu. – Jeszcze ze dwa czy trzy pucharki wina i z pewnością to zrobi.
Mówiąc to mag, przesunął po stole kufel wypełniony piwem, wprost pod nos łucznika. Ten zrezygnowany chwycił go i pociągnął kilka głębokich łyków, ku radości tak Volstagga, jak i pozostałych. Choć nie dał po sobie nic poznać, zauważył, że mimo iż trunek pachniał i wyglądał jak piwo, to w smaku był zupełnie obojętny, niczym czysta woda.
– Dlaczego mam wrażenie, że to twój ulubiony alkohol – skomentował, spoglądając w stronę maga. Ten na potwierdzenie tych słów, uniósł pucharek z winem w geście toastu.
Znając już w pewnym stopniu tajniki sztuki magicznej, Clint doskonale rozumiał, dlaczego Loki wolał zachować trzeźwość umysłu. Aż strach pomyśleć do czego byłby zdolny, gdyby w pijackim amoku stracił panowanie nad sobą.
– Jego ulubiony? Chyba żartujesz, on zawsze tylko sączy te swoje cienkie winka – rzucił Volstagg.
– Wybacz, przyjacielu, ale obawiam się, że moje wino zwaliłoby cię z nóg, nim podaliby przystawki.
– Oszczerstwo, nie ma takiego napitku, który...
– A pamiętasz swoją wizytę na Sakaar – wtrącił Thor, wyraźnie rozbawiony przechwałkami wojownika.
– Właśnie, zasnąłeś nim skończyliśmy jeść obiad – zgodziła się Sif.
– Co na takie zachowania powiedziałaby twoja szanowna małżonka? – zapytał Loki, uśmiechając się podstępnie.
– Jej w to nie mieszaj. Jest w domu i nie musi wiedzieć, że dołączyłem do waszej kompanii.
– Czyli miało cię tutaj nie być?
Wojownik zaśmiał się, choć wyraźnie zakłopotany.
– Powiedzmy, że oczekiwała mojego powrotu po południu.
– Czeka cię jutro ciężki dzień, przyjacielu – skomentował Thor, na skutek czego wszyscy się roześmiali.
Naraz, w połowie drugiego dania, do ich stołu podszedł strażnik Bifrostu.
– Witaj, Heimdallu. Czy dołączysz do nas? – zapytał Gromowładny.
Strażnik skinął głową na powitanie najpierw jemu, potem Lokiemu i Miriady, a w końcu pozostałym zebranym.
– Niestety przynoszę złe wieści – to mówiąc, spojrzał w stronę Clinta. – Niepokojące rzeczy mają właśnie miejsce w Midgardzie.
– Niepokojące? Co masz na myśli?
– W sercu wielkiego miasta, Nowego Jorku, otworzył się portal i potężna istota przedostała się do waszego świata.
Clint natychmiast poderwał się z krzesła. Inwazja Chitauri stanęła mu przed oczami.
– To nie te same legiony, co przed laty – uprzedził jego pytanie Heimdall. – Tym razem to demoniczny byt, który nie powinien się nigdy znaleźć w Midgardzie.
– Muszę wracać!
Strażnik skinął głową i ruszył w stronę wyjścia. Clint podążył za nim.
Od stołu wstał także Thor, a po chwili również Loki. Mag był pełen złych przeczuć. Skoro to nie Chitauri czy inni słudzy Szalonego Tytana, to odpowiedź zdawała się być tylko jedna. Najwyraźniej Stark odniósł sukces, choć zapewne liczył na zupełnie odmienny efekt swoich działań. Wciąż jednak był związany układem zawartym z Odynem. Wcześniej rozmawiali na temat Asgardu, więc nie był pewien, czy jego amnestia obejmuje również Midgard. Loki odwrócił się w stronę głównego stołu w sali i spojrzał pytająco na ojca. Ten jedynie bardzo nieznacznie skinął głową, jednak to wystarczyło mu za całą odpowiedź. Bez dalszego wahania ruszył w stronę drzwi, podążając za Clintem i Thorem.
– Czy aktywowała się sfera, którą badał Stark? – zapytał Loki w czasie drogi.
– Na to wygląda – odparł strażnik.
Słysząc to, Thor spojrzał najpierw na Heimdall, a potem na brata.
– Zdołamy ją zatrzymać?
– Zobaczymy, jak dotrzemy na miejsce.
Gromowładny uśmiechnął się zawadiacko.
– Widziałem, że ojciec się zgodził. Wracają stare dobre czasy.
Mag prychnął nieznacznie.
– Jak zwykle przyjdzie mi ratować twoją skórę. Ciężko to nazwać przyjemnym wspomnieniem.
– Bo już ci uwierzę. Przecież widać, że aż się palisz – skomentował Thor, klepiąc Lokiego po ramieniu. Ten wywrócił oczami, ale nawet nie próbował zaprzeczyć.
Po kilku minutach znaleźli się w Obserwatorium i strażnik aktywował Bifrost.
– Przeniosę was najbliżej jak to możliwe miejsca, gdzie wcześniej znajdowała się sfera.
Thor skinął głową i po chwili strumień światła porwał ich do Midgardu.
Wylądowali w sercu Nowego Jorku, a to co zobaczyli, gdy zgasło światło przejścia, przerosło ich oczekiwania. Avengers Tower było niemal w totalnej ruinie, duża część jej wschodniej ściany zawaliła się, odsłaniając poszczególne piętra. Dalej od wieży widać było szeroką wyrwę między budynkami, jakby coś wyrżnęło sobie ścieżkę. Coś naprawdę dużego. Tuż nad wieżą można było dostrzec także niewielki portal, wciąż emanujący silną energią.
Światło otwartego Bifrostu musiało zostać dostrzeżone, bo po chwili zadzwonił telefon Clinta. Łucznik odebrał bez wahania.
– Dobra, idziemy. Przekaż reszcie, że przyprowadziłem wsparcie. Tak, tak... nie... obydwaj. Nie żartuję, wyjaśnię jak przyjdziemy. – Po tej krótkiej wymianie zdań, rozłączył się i spojrzał na Asgardczyków. – Stark i reszta są w wieży, a raczej w tym co z niej zostało.
Bracia skinęli głowami i razem ruszyli, opustoszałą już niemal ulicą Manhattanu. Najwyraźniej po ostatnim ataku, ludzie poprawili swoje metody ewakuacyjne, bo teraz widzieli zaledwie kilku spóźnionych uciekinierów.
Wejście do wieży było otwarte i zapraszało każdego, przede wszystkim dlatego, że szklane drzwi były rozsypane na milion kawałeczków. Weszli do środka i Clint poprowadził ich schodami w dół, do podziemi, gdzie dotychczas przetrzymywana była sfera. Po chwili weszli do dużego laboratorium, które Loki pamiętał z dnia, gdy pomógł stabilizować rozchwianą kulę. Niemal natychmiast dostrzegli Starka ubranego w swój skafander, choć z odsłoniętą twarzą, Kapitana Amerykę i agentkę Romanov. Obok nich, na dużym holograficznym projektorze wyświetlane było nagranie z satelity pokazujące duży, dość bezkształtny, obiekt, sunący powoli między budynkami. Tuż obok na drugim, mniejszym ekranie widoczny był portal, którym istota dostała się tutaj. Zaskakujące, że tak duże stworzenie zdołało przejść przez tak relatywnie małe przejście.
Kiedy weszli do środka, od razu zebrani spojrzeli w ich stronę. Wszystko zadziało się błyskawicznie. W jednej chwili Stark opuścił przyłbicę zbroi, kapitan Rogers uniósł tarczę, a Czarna Wdowa wymierzyła w nich pistolety.
– Co on tu robi? – rzucił Tony, gotowy potraktować ich swoją bronią. A konkretnie jednego z nich.
– Spokojnie, przyjaciele. To jest zupełnie zbędne – powiedział Thor, wychodząc przed szereg i z rozmysłem stając między Avengersami, a swoim bratem. – Loki jest tutaj by pomóc.
– Chyba, że od początku taki był jego zamiar – warknęła Natasha, nie spuszczając maga z oczu. – Może specjalnie pomógł Starkowi, żeby sprowadzić to coś na Ziemię.
– Ostrzegałem, że nie wiadomo, co może się kryć po drugiej stronie – odparł spokojnie Loki, krzyżując ręce na piersi.
– W sumie nie mogę zaprzeczyć – zawahał się Tony. – Coś tam wspominał takiego?
– I znając ryzyko kontynuowałeś badania?! – zawołał Steve.
– Liczyłem na przełomowe odkrycie, a nie że z środka wylezie wielki, radioaktywny pudding.
Clint nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
– Posłuchajcie, możemy tutaj długo teraz obrzucać się oskarżeniami, w tym czasie ten przerośnięty deser będzie dewastował Manhattan.
– Ręczę za Lokiego – dodał z przekonaniem Thor.
– Odważnie – mruknął ten, nawet nie próbując ukryć ewidentnego rozbawienia całym zamieszaniem.
– Ja również – dorzucił od siebie Clint, co ostatecznie przekonało także Natashę, bo po chwili opuściła broń.
Cała trójka podeszła bliżej, do miejsca gdzie jeszcze nie dawno była aparatura utrzymująca sferę. Teraz pozostał tu jedynie spory krater i mnóstwo zgliszczy.
– Domyślam się, że sfera rozpadła się – rzucił Loki.
– Bingo, Sherlocku. Kiedy otworzył się portal, przyszliśmy, by spróbować ją dezaktywować, niestety nie było już czego wyłączać.
– Prawdopodobnie była zbyt stara, by wytrzymać kolejną transmisję.
– Za stara? – spytała z powątpiewaniem agentka Romanov.
Loki wzruszył ramionami.
– Nawet potężne artefakty nie są w pełni odporne na upływ czasu. Jedne niszczeją inne stają się bezużyteczne.
– Ale w takim razie, skoro sfera uległa zniszczeniu, to czemu portal wciąż jest otwarty – zapytał Thor, spoglądając w górę, gdzie w dziurze w suficie prześwitywało niebo i nieprzyjemny, nieregularny otwór.
Mag podszedł bliżej, przykucnął i podniósł coś, co wyglądało jak fragment wcześniejszej kuli. Teraz nie był jednak delikatnie plastyczny, a zupełnie stwardniał, niczym zastygła lawa.
– Wykaż się, Clint – powiedział, rzucając element w stronę łucznika.
Ten chwycił odłamek, wziął głęboki wdech, a po chwili spojrzał w stronę portalu. Przez dłuższy moment wszyscy w milczeniu go obserwowali.
– Coś po drugiej stronie zasila tak portal, jak i tę dziwną istotę. Wyraźnie widać jak energia jest pompowana w jego stronę.
– Czy to dlatego wydawało nam się, że z każdą chwilą jest większy? – zapytał Steve.
Clint pokiwał głową.
– Czyli priorytetem jest zamknięcie portalu – skwitował Tony. – Tylko jak?
– Obawiam się, że jest tylko jeden sposób. Od drugiej strony.
Wszyscy spojrzeli na Lokiego z niedowierzaniem. Najwyraźniej żadne z nich nie miało ochoty na tę samobójczą misję.
Z pewnością ani Clint, ani Tony nie tak sobie wyobrażali równoległy wszechświat. Po prawdzie liczyli na jakąś rozwiniętą cywilizację, pełną zupełnie nowych, gotowych do poznania wynalazków. Tymczasem trafili do świata, który wydawał się być zdominowany przez wielkie, powoli pożerające wszystko, czerwone gluty. Stali w ruinach czegoś, co mogło być pozostałościami dawnej, zapewne od wieków upadłej cywilizacji. Czy to inwazja tych pokracznych ameb doprowadziła do jej zapaści, trudno było teraz stwierdzić. Nie mieli zresztą czasu, żeby to analizować. Każda minuta spędzona tutaj powodowała, że kolejne obszary Nowego Jorku ulegały destrukcji.
– Czy widziałeś kiedyś coś podobnego? – zapytał Tony w stronę Thora, który jako trzeci dołączył do wyprawy. Tylko on jako Asgardczyk, Stark w swoim skafandrze i Clint chroniony magią, mogli przetrwać w tym nieprzyjaznym otoczeniu.
– Te istoty wyglądają niczym niektóre poczwary zamieszkujące Muspelheim. Może kiedyś zdołały przedostać się do tego świata i doprowadziły go do takiej degeneracji.
– Wolałbym, żeby Ziemia nie podzieliła tego losu.
– Jak żaden z nas.
– Chodźmy, artefakt musi być gdzieś niedaleko – pośpieszył ich Clint, który z pomocą Wzroku Jastrzębia śledził przepływ energii do portalu.
– No to prowadź, ptasi móżdżku.
– Przymknij się, konserwo.
Wymieniwszy uprzejmości, ruszyli wśród ruin, aż do wielkiej, rozsypującej się wieży, która wyglądała niczym mroczne alter ego Avengers Tower.
Stark zeskanował całe otoczenie, a potem z pomocą lasera zdoła wyciąć odpowiedni otwór, na tyle duży by dostać się do środka, a jednocześnie nie zawalić im na głowę całej konstrukcji. Ta ewidentnie chwiała się w posadach.
– Gdzie dalej? – zapytał Tony, kiedy w środku nie znaleźli nic ciekawego.
Clint rozejrzał się dookoła, po czym wskazał palcem w niebo.
– Na górę, sfera musi tu gdzieś być.
Stark spojrzał w sufit, gdzie wśród rozsypujących się skał, dostrzegli niewielki szyb prowadzący na wyższe kondygnacje budowli. Bez dłuższego zastanowienia chwycił Bartona w pasie i razem wlecieli w otwór. Thor z pomocą Mjolnira podążył za nimi.
Po kilkunastu sekundach znaleźli się na dachu konstrukcji, gdzie na niewielkim postumencie rzeczywiście znajdowała się rzeczona kula. Wirowała w ten sam sposób, w jaki zachowywała się ta na Ziemi, przed otwarciem portalu.
– Nie traćmy czasu, trzeba ją zniszczyć. Do dzieła, Iskierko.
– Przyjacielu Stark, przez nadawanie głupich przezwisku, zamkniesz sobie drogę do wiecznego szczęścia w Valhalli – rzucił z udawaną powagą Thor.
– Jakoś to przeboleję. Dajesz.
Gromowładny uśmiechnął się nieznacznie, po czym zakręcił kilka razy młotem i skierował go w tutejsze czarne niebo. Po chwili zaczęły się zbierać nad nimi, upiorne czerwono–brązowe chmury, a kiedy ich natężenie było już wystarczające, w sferę uderzyło potężne wyładowanie energii. Całą trójkę odrzuciło do tyłu, a powietrze wypełnił gryzący dym. Kiedy pył opadł zobaczyli, że kuli już nie ma, tak samo jak otwieranego przez nią portalu.
– Wygląda na to, że się udało – skomentował Clint.
– Ta – mruknął posępnie Tony. – Udało się nam utknąć w tym paskudnym świecie. Oby twój brat nie wystawił nas do wiatru – dodał w stronę Thora.
– Wierzę, że zrobi wszystko co w jego mocy, by sprowadzić nas z powrotem.
– Ech, dlaczego jakoś nie podzielam twojego entuzjazmu. Co teraz?
– Wyślę sygnał.
Po tych słowach Clint wyciągnął przed siebie prawą dłoń i spojrzał na nią intensywnie. Po chwili zaczęła się nad nią formować jasna kulka, która powiększała się z każdą sekundą. Kiedy osiągnęła wielkość grapefruita, łucznik pchnął ją do góry. Wystrzeliła w mroczne niebo, a gdy znalazła się jakieś dwadzieścia metrów nad nimi, eksplodowała silnym światłem.
– Teraz pozostaje nam czekać.
– Mam nadzieję, że nie potrwa to długo. Obawiam się, że tutejsi mieszkańcy nie pochwalili naszych działań – stwierdził Tony, wskazując na trzy sunące w ich stronę, olbrzymie poczwary, każda z nich była tak duża, że sięgała przynajmniej do połowy wysokości wieży, na której się znajdowali.
Loki siedział ze skrzyżowanymi nogami na dachu Avengers Tower. Tuż koło niego stali agentka Romanov i Kapitan Rogers. Ich przyjaciele już niemal pół godziny temu zniknęli w czeluściach wiszącego nad nimi portalu, a ten wciąż pozostawał otwarty. W oddali widać było również wielką, czerwoną sylwetkę, zrównującą z ziemią kolejny budynek.
– Chyba trochę zwolnił – stwierdził Steve. – Najwyraźniej Hulk zdołał odwrócić jego uwagę.
– Mogliby się pośpieszyć – mruknęła Natasha, a potem dość niechętnie zwróciła się w stronę siedzącego maga. – Czy jeśli portal zniknie, to coś również.
– Szczerze wątpię, ale bez zasilania z drugiej strony, powinniście być w stanie go zniszczyć. Teraz jego regeneracja jest niemal nieograniczona.
Agentka zasępiła się na to oświadczenie. W tej samej jednak chwili usłyszeli dziwny, jakby bardzo odległy i stłumiony huk eksplozji, a kiedy ponownie spojrzeli w niebo, to było na powrót nieskazitelnie czyste.
– Udało im się! – zawołał Kapitan. – Teraz musisz ich sprowadzić do nas.
Loki powstrzymał się od komentarza, jakoby nic nie musiał, jedynie mógł. W tej chwili nie był to odpowiedni moment na podobne uwagi. Zamiast tego bez słowa wziął głęboki wdech, zamknął oczy i skupił wszystkie zmysły na energii Clinta, którą ten miał uwolnić, kiedy tylko zniszczą sferę. Sekundy płynęły, a on nadal nic nie wyczuwał. Po dobrze ponad minucie przepełnionej napiętym milczeniem, otworzył oczy i z powrotem zaczął oddychać.
– I co?
– Nie mogę ich namierzyć. Gdziekolwiek są, są ZA daleko.
– Jak to nie możesz?! – Steve podszedł do niego nerwowym krokiem, chwycił za połę płaszcza i pociągnął do góry. – To był twój pomysł! Teraz masz ich sprowadzić!
Loki zmarszczył brwi i gniewnym gestem oswobodził się.
– Nie jestem cudotwórcą. Póki portal był otwarty wyczuwałem ich bez problemu. Teraz jednak są poza moim zasięgiem.
– Tam są nasi przyjaciele!
Widział, że kapitan pod wpływem emocji, robi się coraz bardziej nerwowy, to nie mogło w żaden sposób pomóc.
– I mój brat – odparł z naciskiem.
– Wybacz, ale jakoś dawniej niespecjalnie przejmowałeś się jego losem.
To nie miało sensu, musieli działać, a nie wchodzić w słowne utarczki.
– Brałeś pod uwagę taki scenariusz? – zapytała Romanova, patrząc na niego podejrzliwie.
Na twarz Lokiego wypłynął złośliwy uśmiech.
– Oczywiście. I chciałbym znaleźć na niego rozwiązanie, ale ktoś, kto nie wnosi nic do sprawy, stoi mi na drodze.
Kapitan zacisnął pięści, ale ostatecznie ustąpił i odsunął się.
Mag w ułamku sekundy teleportował się do zniszczonego laboratorium, rozejrzał się i dostrzegł to, czego szukał. Mała niebieska kulka, choć nieco przysypana tynkiem, leżała na jednym ze stołów. Chwycił projektor i wrócił na dach.
– Chcesz się z nimi skontaktować?
– Coś więcej. Ten przedmiot jest magazynem mojej energii, dzięki temu mógł nawiązywać połączenie z Sakaar nawet bez mojego bezpośredniego udziału w tym.
– Jak kondensator?
– Można to tak nazwać.
Loki przez moment wpatrywał się w kulę, po czym ta zaczęła lśnić niemal oślepiającym blaskiem. Wtedy też tuż obok zmaterializowała się szkatułka, do której bez wahania włożył projektor. Światło zgasło gwałtownie, kiedy zamknął wieczko pudełka.
– W jaki sposób to ma nam pomóc?
– Są za daleko, by Clint samodzielnie zdołał wygenerować wystarczająco silny sygnał. Nie ma co go winić, ostatecznie jest dopiero nowicjuszem.
– Chcesz by go wzmocnił twoją własną mocą – bardziej stwierdziła, niż zapytała Agentka.
Uśmiech na twarzy maga był złowieszczy.
– Wysłany im sygnał, wyczułbym nawet, gdyby byli w najgłębszym kręgu Helheimu.
– I co teraz? Utknęliśmy? – zapytał nerwowo Tony, patrząc z coraz większym niepokojem na zbliżające się do nich istoty. – Jakieś sugestie?
– Możemy spróbować wezwać Heimdalla, ale wątpię by to coś dało – odparł Thor. – Jeśli Loki nas nie widzi, to Strażnik Bifrostu tym bardziej.
– Myślałem, że widzi wszystko.
– Wszystko w granicach Yggadrasila – odpowiedział Clint. – A obawiam się, że jesteśmy daleko poza jego granicami, może nawet dalej niż znajduje się Sakaar.
– Chyba, że wasz brato/mentor zachował się zgodnie ze swoim zwyczajem i wystawił nas do wiatru – mruknął Stark.
– Nie zrobiłby tego, nie po tym wszystkim, co ostatnio się wydarzyło – zdecydowanie ujął się za bratem Thor. – Musimy zaczekać, jestem przekonany, że...
– Szkatułka – przerwał mu niespodziewanie łucznik, po czym jednym gestem zmaterializował na dłoni swoje pudełko. Miało uchylone wieczko, spod którego wydobywało się oślepiające wręcz światło.
Clint z pewnym wahaniem wyjął przedmiot i niemal natychmiast pojął intencje maga. Schował szkatułkę, a kulę wysłał wysoko w niebo. Kiedy eksplodowała, w okolicy zrobiło się jasno niczym w letni, słoneczny dzień. Nie spodobało się to trzem stworom, które były w pobliżu, bo przyśpieszyły znacząco. Jeden z nich dotarł do wieży i zaczął trząść nią w posadach. Ta wydawała się gotowa w każdej chwili zawalić.
– Zakopią nas żywcem – zawołał Tony, ledwo utrzymując równowagę. – Jak to możliwe, że ta budowla przetrwała tyle czasu w towarzystwie tych pokrak?
– Zapewne wcześniej była chroniona przez energię sfery, a teraz kiedy jej zabrakło...
Clint nie zdążył dokończyć zdania, kiedy między nimi zmajaczyła niewyraźna, falująca sylwetka Lokiego.
– Bracie!
Widmo maga coś powiedziało, bo było widać ruch ust, ale nie dotarł do nich żaden dźwięk. Mimo to kiedy Loki wyciągnął przed siebie rękę z zaciśniętą pięścią, wszyscy trzej od razu pojęli, co muszą zrobić. Po kolej umieścili swoje dłonie, we wskazanym punkcie, choć iluzja nie dawała żadnego realnego oparcia. Z nich trzech tylko Clint wyczuł znajomą energię, przepływającą przez sobowtóra Lokiego.
Chwilę później ostatnia budowla tego zapomnianego przez wszystkich świata, legła w gruzach. Na szczęście oni byli już daleko.
Kiedy trzej zaginieni Avengersi pojawili się na dachu budynku Starka, Loki odetchnął ciężko. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio w jednej chwili zużył tyle posiadanych przez siebie magicznych zasobów. A przecież to jeszcze nie koniec. Wciąż musieli zniszczyć tę istotę, która dostała się do Midgardu.
– Nic wam nie jest? – zapytał Steve, podchodząc do przybyłych.
– Na szczęście jesteśmy cali. Ale nie chciałbym tego powtarzać. I tak, znowu będę miał koszmary – mruknął Tony. – Co teraz?
– Trzeba zniszczyć tego stwora. Bez wsparcia z drugiej strony, powinien być bardziej podatny na ciosy – wyjaśnił Loki, wstając ze swojego miejsca na ziemi. Ze złością poczuł, jak drżą mu kolana. Nie zamierzał jednak niczego dać po sobie poznać, mimo to widział, że Thor spogląda na niego z niepokojem. Na szczęście Gromowładny nie zamierzał tego komentować.
– W takim razie zajmijmy się puddingiem, a potem chodźmy na shoarmę – odparł Stark, po czym odpalił silniki i poleciał w stronę znajdującego się na horyzoncie potwora.
Dosłownie moment później podążył za nim Thor. Pozostała czwórka nieco bezradnie patrzyła na odlatujących przyjaciół.
– Chodźcie, po drugiej stronie dachu stoi Quinjet – powiedziała Natasha, kiwając na nich głową.
Kolejne wybuchające strzały uderzały w stwora, jednak nie czyniąc mu przy tym żadnej większej krzywdy. Clint ze swojego miejsca na dachu miał doskonały obraz całego pola walki. Rzeczywiście zamknięcie portalu poprawiło nieco ich sytuację. Po pierwsze istota przestała tak drastycznie zwiększać swoje gabaryty, a po drugie, zmieniła się konsystencja jej ogromnego cielska. Wcześniej rzeczywiście przypomniało bardzo gorący, krwistoczerwony pudding, natomiast teraz stwór jakby stężał, stał się twardszy, choć nie mniej gorący. Niczym dopiero co zastygła lawa. Boleśnie przekonał się o tym Hulk, którego wielkie łapy, były już niemal czarne od powstałych oparzeń. Niestety mimo, że potwór wydawał się być teraz nieco bardziej wrażliwy na ciosy, to ani wybuchowe strzały, ani pociski Starka, ani nawet błyskawice Thora nie robiły na nim większego wrażenia. Wciąż sunął w sobie tylko znanym kierunku, pochłaniając wszystko na swojej drodze.
– Przyjrzyj się dobrze – odezwał się Loki, kiedy zmaterializował się na dachu obok Clinta. Łucznik niemal od razu zobaczył, że mag jest blady jak ściana, a jego oczy są nieco zapadnięte i podkrążone. Wyglądał nieco tak, jak w dniu gdy przybył na Ziemię, by zdobyć Tesseract. Zapewne tak objawiało się u niego wyczerpanie zapasów energii. Nie był jednak czas na podobne rozważania.
– On pochłania materię nieorganiczną i przekształca ją w energię. Dlatego wasze ataki są nieskuteczne.
– Czyli trzeba by go wyprowadzić gdzieś w miejsce, gdzie nie będzie miał czego pożreć. Cóż to może być dość problematyczne, jakbyś nie zauważył jesteśmy w centrum miasta – rzucił z irytacją Clint i sięgnął po kolejną strzałę.
Ponieważ Loki nie miał swojego komunikatora, Barton przekazał tę uwagę pozostałym.
– Zwabmy go nad zatokę, wygląda na takiego, co może nie lubić wody – zasugerował Tony. – Thor spróbuj zainteresować go swoją osobą. Kapitanie, ty z Natashą postarajcie się przekonać Hulka do współpracy. Ja oczyszczę nam drogę.
Potwora od najbliższej przystani dzieliło jakieś osiemset metrów. Niemal kilometr, gdzie wciąż w budynkach mogli znajdować się ludzie. Stark latał od jednego do drugiego i zachęcał zauważone tam osoby do jak najszybszej ucieczki. Tymczasem Thorowi udało się za pomocą kolejnej błyskawicy nakłonić stwora, by nieco zmienił kierunek. Po chwili dołączył do niego Hulk, który także prowokował istotę, rzucając w nią samochodami, latarniami, czy czymkolwiek innym, co wpadło mu w łapy.
Clint podążał z boku ścieżki wyznaczonej przez potwora, przeskakując między dachami. Kiedy w końcu pojawił się na najbardziej skrajnym budynku, gdzie przed nim rozciągały się już tylko pomosty i kołyszące się na wodzie jachty, zatrzymał się i obejrzał okolicę. Przed nim, trochę na prawo, rozciągało się szerokie molo, zastawione samochodami zapewne zostawionymi przez właścicieli jachtów.
– Stark, widzisz ten szeroki pomost na czternastej? – zapytał.
– Co z nim?
– Przypuszczam, że to coś nie będzie chciało po dobroci wejść do wody. Można je tam zagonić, a potem zdetonować całość. Idę o zakład, że mu się to nie spodoba.
– Normalnie nie poznaję cię, Legolasie. Od czytania tych asgardzkich książek chyba przybyło ci kilka szarych komórek.
– Wybacz, że przyćmiłem twój geniusz, a teraz do dzieła. Masz czym zaminować pomost?
– A czy ty masz przy sobie strzały? – zapytał retorycznie Stark, po czym poleciał w stronę pomostu.
Po kilku minutach Clint zobaczył, jak do przystani zbliża się Kapitan wraz z Natashą, tuż za nimi wbiegł tam Hulk, a potem na jednym z dachów wylądował Thor. Kilka kolejnych celnie wystrzelonych błyskawic i stwór znalazł się tuż przy pomoście. Wtedy jednak zatrzymał się i zabulgotał nieprzyjemnie.
– Obawiam się, że wyczuł wasz podstęp. Może nie ma mózgu w waszym rozumieniu tego słowa, ale i tak w jakiś sposób jest w stanie analizować otoczenie – odezwał się Loki, który również pojawił się na dachu koło Clinta.
Naraz łucznik przypomniał sobie, jak będąc w innym wymiarze, te stwory zareagowały na impuls energii, który wysłał jako sygnał. Bez wahania chwycił strzałę, jej grot naładował do oporu energią i wysłał ją na drugi kraniec pomostu.
– Sprytnie, przynęta – skomentował mag.
Niewielka eksplozja mocy spowodowała, że stwór zakołysał się ponownie i ruszył do przodu, dokładnie tam, gdzie chcieli, by się znalazł.
– Co prawda dziś nie czwarty lipca, ale czy ktoś zamawiał fajerwerki – zapytał wyraźnie rozbawiony Stark. – Polecam kryć się.
Iron Man odczekał, aż wszyscy, oczywiście za wyjątkiem Hulka, zdołają znaleźć jakąś osłonę w terenie, po czym zdetonował zainstalowane materiały wybuchowe.
Całą okolicą wstrząsnęła eksplozja, a potężna fala najpierw ruszyła w przeciwną stronę, a potem odbiła się od nabrzeża i wróciła, zalewając pomost, jak i stwora. Dźwięk, jaki ten z siebie wydał, był trudny do opisania. Wszyscy zatkali uszy, chroniąc je przed tym ogłuszającym piskiem, który aż przyprawiał o zawroty głowy. A potem przez okolicę przeszła fala uderzeniowa powietrza, która zmiotła okoliczne statki, porywała samochody, a przede wszystkim zwaliła z nóg tak stojącego najbliżej Hulka, jak i wiszącego powyżej Tony'ego.
Kiedy wszystko wreszcie ucichło i Clint mógł wyjrzeć ze swojej kryjówki na dachu, miał nadzieję zobaczyć dogorywającego stwora. Ten jednak, choć ewidentnie nie czuł się komfortowo w wodzie, to wcale nie wyglądał na martwego. Miotał bezładnie amebowymi kończynami, jakby próbował odgonić wciąż napływającą wodę. Łucznik rozejrzał się w poszukiwaniu towarzyszy. Thor nieco ogłuszony i zdezorientowany stał na przeciwległym dachu, Natasha i Steve pozostawali ukryci za niewielkim murem oddzielającym drogę od nabrzeża, a Stark leżał hen po drugiej stronie zatoki, na jednym z ocalałych jachtów. Wyglądało na to, że żyje, bo ruszał bezładnie rękoma, ale jego skafander był już mocno uszkodzony po ostatnim ataku istoty. Tylko jednego z Avengersów nigdzie nie mógł dostrzec.
– Widzi ktoś zielonego? – zapytał w interkom.
– Ja widzę tylko mewę, która właśnie narobiła mi na maskę – skomentował Stark.
– Nigdzie go nie widzę, może odrzuciło go gdzieś dalej albo do wody – zasugerował Steve.
– Boże mój, Bruce! On jest tuż koło stwora! – zawołała Natasha. – Musiał stracić przytomność.
Clint lustrował nerwowo wzrokiem okolicę zniszczonego nabrzeża, by w końcu dostrzec niewielką sylwetkę pływającą niebezpiecznie blisko potwora.
Wszystko wydarzyło się błyskawicznie.
– On go zmiażdży! – zawołała Natasha, kiedy jedno z potężnych odnóży stwora uniosło się i opadło dokładnie w miejscu, gdzie leżał doktor. – Nie!
Istota, choć zapewne nie robiła tego z premedytacją, jeszcze kilkukrotnie uderzyła w to samo miejsce, na co wszyscy patrzyli w przerażającym milczeniu, a potem skierowała się bardziej w prawo. Po doktorze nie było już śladu.
– Bruce… – wyszeptał Clint przez ściśnięte gardło. Łatwo było zapomnieć, że bez ochrony Hulka, doktor był tylko zwykłym człowiekiem.
W interkomie słyszał ściszony szept Kapitana i rosyjskie przekleństwa Natashy.
– Długo jeszcze będziecie tak lamentować – odezwał się Loki.
Clint w złości zacisnął pięści, ale gdy się obrócił, w jednej chwili gniew go opuścił. Mag siedział na posadzce, jego ubranie całe było mokre, a obok leżał nieprzytomny Banner.
Barton pozwolił sobie na głęboki wdech, by zapanować nad emocjami, po czym skinął w stronę Lokiego.
– Wszystko gra, Loki ma doktora.
– Chwała niech będzie Odynowi za twój refleks, bracie – zawołał Thor ze swojego dachu.
– To akurat nie jest jego zasługa – mruknął mag z wysiłkiem, a jego ciałem coraz silniej targały wyraźnie bolesne dreszcze. Clint już chciał o nie zapytać, ale ten zbył go gestem dłoni.
– Patrzcie! Zaczyna się rozpadać – zawołał Steve, wskazując na stwora, którego kolejne fragmenty, te najbliżej wody powoli odrywały się i ginęły wśród fal.
Kapitan w jednej chwili wyskoczył zza muru i jednym celnym rzutem swojej tarczy, odrąbał istocie całą kończynę, która z impetem uderzyła w wodę. Clint nie potrzebował więcej zachęty. Bez wahania wyciągnął kolejne wybuchowe strzały i posłał je tam, gdzie widział, że powinny zadać największe obrażenia. Po chwili dzieła dokończył Thor, który skoczył na stwora i przepołowił go potężnym uderzeniem Mjolnira. Ostatecznie po kilku minutach wszelkie jego pozostałości zniknęły w wodach zatoki.
Minęło sporo czasu nim zdołali dostać się z powrotem do Avengers Tower. Teraz jednak wszyscy siedzieli w zdewastowanym lobby, które jednak ucierpiało znacznie mniej niż dolne poziomy wieży. Tutaj posypało się tylko nieco tynku. Tony, jak tylko zdołał się wydostać ze skafandra, oczywiście zajął miejsce przy barze, a teraz mocno gestykulując, zamawiał odpowiednią ilość jedzenia na wynos. Thor i Kapitan wciąż nabuzowani adrenaliną omawiali ostatnie wydarzenia, siedząc na sofie, a Agentka Romanov stała w kącie i rozmawiała przez telefon, zdając relację swoim przełożonym. Najbardziej milczący był doktor Banner, który siedział przy barze i zmęczonym wzrokiem obserwował zmagania Starka z obsługą baru. Odzyskał przytomność jeszcze zanim wrócili do wieży, ale najwyraźniej po przemianie w Hulka wciąż był otumaniony.
Loki starał się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi i trzymać fason, choć wciąż czuł jak boli go niemal każdy nerw. Typowy objaw, kiedy stanowczo przeholował z wykorzystaniem swoich zasobów. Już wyciągnięcie trójki z innego świata wypaliło go niemal do zera, a potem jeszcze kilka razy sam się teleportował. W tamtej chwili z pewnością nie powinien wykorzystać już ani krzty więcej, tymczasem zrobił coś zgoła innego. I teraz pokutował, za swoją nadgorliwość.
Nie zamierzał się jednak z tym zdradzać, zwłaszcza przed Thorem, który zaraz wszcząłby zupełnie niepotrzebny alarm. Jednak o ile jego brat nigdy nie należał do osób szczególnie spostrzegawczych, to nie dało się tego powiedzieć o Bartonie. Ten właśnie podszedł do niego i usiadł na fotelu obok.
– Wyglądasz, jakby cię ktoś przeżuł i wypluł – rzucił, bez cienia rozbawienia. – Wszystko gra?
– Bywało lepiej. Trochę się przeforsowałem.
– Osiągnąłeś swój limit? Zastanawiałem się, czy to w ogóle możliwe.
– Jeszcze nie. Z doświadczenia wiem, że mam trzy progi – zaczął tłumaczyć, choć mówienie przychodziło mu z pewnym trudem. – Przy pierwszym tracę wyostrzenie zmysłów, przy drugim przestaje działać poprawnie układ nerwowy, przy przekroczeniu trzeciego zapadłbym w śpiączkę na kilka dni.
– Coś jak sen Odyna?
Mag pokiwał głową.
– Zakładam więc, że obecnie jesteś po drugim, stąd to drżenie mięśni i ból.
– Dokładnie. Bez obaw już to przerabiałem nie raz. Poskręca mnie kilka godzin i przejdzie.
Clint skinął głową ze zrozumieniem. On też wielokrotnie w czasie ich ćwiczeń się przeforsowywał, choć nigdy raczej nie do tego stopnia.
– Warto poznać swoje limity i ich symptomy. Kiedyś może ci to uratować życie – dodał Loki, przypominając sobie stare dobre czasy, gdy wykładał łucznikowi wiele podobnych magicznych tajników.
– Może jesteśmy w stanie jakoś ci pomóc – odezwał się niespodziewanie doktor Banner, który nie wiedzieć kiedy, znalazł się tuż koło nich. – Jakieś anestetyki albo morfina?
– Raczej wolałbym teraz nie zapadać w sen. Mimo wszystko mam świadomość, że moja obecność tutaj nie jest mile widziana – stwierdził Loki, starając się, by jego ton nie miał cienia ofensywnej nuty. – Poza tym trudno powiedzieć czy wasze medykamenty odniosłyby na mnie jakikolwiek skutek.
– A moim zdaniem powinieneś spróbować – rzucił Clint. – Nie warto w takiej chwili unosić się honorem. Myślę, że morfina mogłaby ci dobrze zrobić, zwłaszcza, że widząc minę Natashy, zapewne niebawem będziesz musiał się jeszcze zmierzyć twarzą w twarz z pewną furią.
Doktor Banner zaśmiał się urwanie, na takie określenie dyrektora TARCZY, po czym zwrócił cię z powrotem do maga.
– Dwa piętra niżej jest małe ambulatorium, tam możemy znaleźć coś odpowiedniego dla ciebie.
Loki westchnął nieznacznie.
– Bo wygadam się przed Thorem, że jesteś cierpiący i będziesz miał na głowie jego braterską nadopiekuńczość – ostrzegł Clint, uśmiechając się w perfidny sposób. Ten człowiek stanowczo za dobrze poznał jego usposobienie.
Pokonany moralnie mag, ze sporym wysiłkiem podniósł się z fotela i ruszył w ślad doktora, starając się jak najmniej przyciągać uwagę zebranych. Przy odrobinie szczęścia zaaferowany ostatnimi wydarzeniami Thor nawet nie zauważy jego krótkiej nieobecności.
Po chwili znaleźli się w windzie, którą zjechali niżej, po czym Banner poprowadził go do niewielkiego pomieszczenia o nieco szpitalnym wyglądzie. Kiedy weszli do środka, doktor wskazał mu miejsce na niskiej, zielonej kozetce, a sam zaczął przeglądać zawartość szafki z lekami.
– Czasami zastanawiam się czy Tony nie obrabował jakiegoś szpitala – powiedział, chyba bardziej z potrzeby zagłuszenia nieprzyjemnej ciszy niż rzeczywistej potrzeby rozmowy. – Choć znając jego, to raczej po prostu go kupił.
Loki nie zamierzał tego komentować. Pomijając swój niezbyt zadowalający stan, doskonale pamiętał ostatnie spotkanie z Bannerem, a raczej jego zielonym alter ego. Z tego też powodu nie czuł się w tym towarzystwie zbyt komfortowo. Niemniej doktor chyba nie miał teraz względem niego wrogich intencji, stąd po prostu go obserwował, kiedy po chwili zbliżył się do niego z jakąś fiolką i strzykawką.
– Podwiń rękaw. Co prawda nie mam pojęcia,r jak zareagujesz na morfinę, ale przypuszczam, że zwykła dawka podawana człowiekowi będzie zbyt słaba.
– Mój organizm szybko metabolizuje i usuwa wszelkie trucizny, jeśli o to pytasz.
– No właśnie – zgodził się doktor, po czym odmierzył odpowiednio większą dawkę i bez trudu zaaplikował ją w podstawioną rękę.
– Możesz się położyć i trochę odpocząć. Powinna zacząć działać w przeciągu kilku minut.
– Wolę siedzieć.
Doktor skinął głową na zgodę, wyrzucił strzykawkę do kosza i zdjął lateksowe rękawiczki, które również tam wylądowały. Loki nie mógł odeprzeć wrażenie, że Banner chce jeszcze coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie wiedział jak zacząć. W końcu jednak westchnął lekko i spojrzał w stronę maga.
– Natasha powiedziała mi, co zrobiłeś nad zatoką. Wygląda na to, że jestem ci winny podziękowania za uratowanie skóry. Tak więc dziękuję.
Loki spojrzał na doktora uważnie. Widać było, że dziękowanie komuś, kto kilka lat temu był gotowy zabić ich wszystkich, nie przychodziło mu łatwo. Zresztą on sam raczej nie oczekiwał wdzięczności. Zadziałał instynkt i odruch, nie było w tym raczej zbyt wiele sentymentu. Niemniej to miło, że jego poświęcenie zostało docenione. Nie siedziałby teraz tutaj i nie zwijał się z bólu, gdyby zostawił Bannera swojemu losowi.
Ostatecznie więc wzruszył ramionami i uśmiechnął się nieznacznie, mając tylko nadzieję, że przez skurcze mięśni nie wszedł mu z tego złowrogi grymas.
– Polecam się na przyszłość, choć mam nadzieję, że nie będzie to konieczne.
Na twarzy doktora również odmalował się cień uśmiechu, kiedy skinął głową na zgodę.
W salonie panowało spore zamieszanie, a to za sprawą dziesięciu kartonów z pizzą, które właśnie wylądowały na głównym stole. Na widok pachnących placków wszyscy natychmiast zapomnieli o zmęczeniu i zaczęli sięgać po kolejne kawałki. Prym w tym wiedli oczywiście Thor i Steve, którzy obaj mogli zjeść jedzenie, którego w innych okolicznościach starczyłoby dla pułku wojska.
Naraz jednak radosną atmosferę zakłóciło silne wyładowanie światła, które uderzyło w taras na zewnątrz. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę wyraźnie zaniepokojeni, by po chwili dostrzec sylwetkę kobiety i dziecka.
– Miriady! – Pierwszy z odrętwienia wyrwał się Thor i ruszył, by otworzyć jej drzwi do środka. – Co tutaj robisz? Coś się stało?
Kobieta zaprzeczyła gestem głowy i odparła:
– Królowa powiedziała, że jest już bezpiecznie, więc nie mogłam się powstrzymać, by nie zobaczyć Midgardu, o którym tyle słyszałam. – Po czym przywitała zebranych, kłaniając się lekko. – Witajcie Avengersi, cieszę się, że mogę was poznać osobiście, jestem Miriady z Saakar, a to jest moja córeczka, Sleipnir.
Steve i Tony przywitali ją nader entuzjastycznie, natomiast Natasha swoim zwyczajem jedynie skinęła nieznacznie głową.
– Pamiętam cię – zaczął Stark, podchodząc bliżej. – Widziałem cię w mieszkaniu Lokiego, kiedy się z nim kontaktowaliśmy.
– Po prawdzie, to też jej mieszkanie – wtrącił Clint, coraz bardziej rozbawiony całą sytuacją. Odliczał sekundy, kiedy zwoje mózgowe Starka w końcu zaprażą. Po tym jak Natasha patrzyła na dziecko, nie miał wątpliwości, że ona już się wszystkiego domyśliła.
– Zaraz – Tony ukucnął i przyjrzał się mniejszej wersji Miriady. – Jeśli mieszkasz z Lokim, a to twoja córka, to znaczy, że…
– Tata! – uprzedziła go dziewczynka, kiedy pobiegła w drugi koniec salonu, gdzie właśnie pojawili się doktor Banner i mag.
Loki z pewnym wysiłkiem zdołał unieść roześmiane dziecko i posadzić sobie na przedramieniu. W tym czasie Stark zbierał szczękę z podłogi, a Clint chichotał, widząc jego minę.
– Ale jak… powiedzcie mi, jak taki drań, może mieć, takie śliczne dziecko.
– Wdała się w matkę – odparł Loki, również rozbawiony, przynajmniej na tyle, by całkowicie zignorować nazwanie go draniem.
– Cieszę się, że leki Bruce'a zadziałały, widzę, że czujesz się lepiej – stwierdził Thor, podchodząc do nich wraz z Miriady.
Loki spojrzał na niego z niekrytym zdumieniem.
– Nie patrz tak na mnie. Przecież od razu widziałem, że ledwo siedzisz. Znam cię jednak wystarczająco dobrze, by wiedzieć, jak nie lubisz, gdy zwracam uwagę na takie kwestie. Dlatego wolałem zostawić cię w opiekuńczych ramionach Bruce'a.
Clint również spojrzał zaskoczony. Stanowczo nie docenił Gromowładnego, widać Thor był bardziej spostrzegawczy i miał więcej wyczucia chwili niż można było przypuszczać.
– Nigdy nie sądziłem, że to powiem – odparł Loki – ale jestem pod wrażeniem.
Thor zaśmiał się, czemu zawtórowali Clint i Miriady.
Kątem oka Clint dostrzegł, jak do pokoju weszła Natasha wraz ze Starkiem. Nieznacznie machnął im ręką na powitanie, ale tak poza tym nie odezwał się ani słowem i nie spuszczał wzroku z szachownicy, która i tak niebezpiecznie zafalowała na skutek tego krótkiego rozproszenia uwagi.
Było trochę po dziesiątej rano, dzień po ataku niszczycielskiego puddingu. Wszyscy sądzili, że po objedzeniu się pizzą, Asgardczycy udadzą się w drogę do domu, jednak powstrzymała ich Natasha, twierdząc, że Fury jest obecnie w Europie i najbliższym samolotem wraca do Nowego Jorku, by ich szczegółowo wypytać o całe zamieszanie. Miał się pojawić w Avengers Tower dziś koło południa i do tego czasu, wszyscy mieli zakaz opuszczania wieży, choćby, jak to stwierdził, na ulicy obok wybuchł Armagedon. Stąd też Tony rozdzielił im pokoje na niezniszczonych piętrach budynku, gdzie z zapadnięciem nocy wszyscy się udali.
Clint wstał wcześnie, jak zwykle zresztą. Doprowadził się od porządku, poćwiczył nieco na siłowni, a potem poszedł do salonu, by zorganizować sobie jakieś śniadanie. Wtedy też zobaczył Lokiego, stojącego na lądowisku budynku. Jak się okazało, Miriady i Sleipnir przekonały go, by z pomocą iluzji dopasował ich wygląd do midgardzkich standardów i z samego rana poszły zwiedzać miasto. Ich jedynych, jako że nie brały udziału w całym zamieszaniu, nie obejmował zakaz Fury'ego.
Clint rozumiał, dlaczego Loki stoi na zewnątrz. W odróżnieniu od Miriady, on doskonale wiedział, jak niebezpieczny potrafi być Nowy Jork, szczególnie dla kogoś tak łagodnego jak jego towarzyszka. Z drugiej jednak strony jej naturalny dar powinien uchronić ją przed większością czyhających zagrożeń, w końcu już na kilometr będzie w stanie wyczuć nieczyste intencje.
Ostatecznie łucznik przekonał maga, że niepotrzebnie się niepokoi i żeby zająć im czas oczekiwania, postanowili starym zwyczajem zagrać w szachy. Ponieważ nie mieli pod ręką żadnej szachownicy, stąd w ramach ćwiczenia, Clint musiał zarówno utrzymywać iluzję planszy, jak i poruszać własnymi pionkami, a także animować ataki. Loki stał nieco z boku, wciąż wyglądając przez okno i nawet nie spoglądając w jego stronę, poruszał własnymi figurami.
Właśnie w takiej chwili zastali ich Tony i Natasha, którzy również zeszli do lobby, by zjeść na śniadanie nieco z tego co pozostało z wczorajszej pizzy. Jakoś nikt nie był bardziej kreatywny, jeśli chodzi o wyżywienie.
– Nieźle, to twoje dzieło? – zapytał Stark, podchodząc bliżej i spoglądając na planszę.
Clint pokiwał głową, wciąż nic nie mówiąc. To już nawet nie była kwestia podtrzymania magii, tego typu sztuczki opanował całkiem nieźle. Jego skupienie wynikało z czegoś zgoła innego. Pierwszy raz w historii widział realną szansę na swoje zwycięstwo. Może Loki był rozproszony nieobecnością Miriady i Sleipnir, może nie odzyskał jeszcze pełni sił, a może to wina tego, że nawet nie patrzył na planszę, niemniej Clint, jak nigdy, przewidywał wszystkie jego zagrania i sam bez pudła wprowadzał w życie swój plan. Mogły mieć na to wpływ również liczne partie rozegrane na przestrzeni ostatnich lat z Brucem, który również okazał się miłośnikiem szachów.
Tym bardziej nie chciał, by teraz Stark go rozproszył. Dał mu znak ręką, by ten się nie odzywał. Kątem oka widział, jak Natasha również podchodzi bliżej i skupionym spojrzeniem analizuje rozmieszczenie figur na szachownicy.
Minuty płynęły, kiedy niespodziewanie, nim Clint zdołał zadać ostateczny cios, czarnemu królowi Lokiego wyrosły dwie małe rączki, zatoczył się jak pijany, jedną ręką złapał za głowę, drugą na wysokości gdzie mógłby mieć serce, po czym padł na planszę, niczym rażony piorunem.
– Tak! – zawołał łucznik, unosząc pięść w triumfalnym geście. – Oto nastał dzień, gdy Asgardczyk poległ w walce ze śmiertelnikiem.
Loki odwrócił się i uśmiechnął z przekąsem.
– Następnym razem będę musiał już patrzeć na szachownicę.
– Nawet nie próbuj umniejszać mojego sukcesu – zaśmiał się Clint, rozsiadł wygodniej na fotelu i sięgnął po zapomniany kubek z kawą. Nie chciał psuć sobie tej wiekopomnej chwili, choć gdzieś z tyłu głowy, natrętny głosik podpowiadał, że nie wiadomo czy, a jeśli tak, to kiedy będzie miał znowu okazję zagrać z Lokim w szachy. Dziś, zaraz po spotkaniu z Furym, zapewne udadzą się w drogę do Asgardu i dalej na Sakaar. Lekko potrząsnął głową, by odgonić te myśli. Nie chciał wspominać tamtego miejsca, w końcu tutaj był jego domu. Nieprzyjemny posmak w ustach zatuszował gorzką kawą.
Szachownica zniknęła, ku wielkiemu rozczarowaniu Starka.
– Jarvis, mam nadzieję, że wszystko zarejestrowałeś.
– Oczywiście, sir.
Tony skinął głową, po czym skierował się w stronę bufetu. Tymczasem Clint złapał spojrzenie Natashy, które znał aż za dobrze. Kobieta bez słowa wyszła z salonu, a on odstawił pusty już kubek i podążył za nią. Po chwili oboje znaleźli się w pustym o tej porze pokoju gier, gdzie prócz stołu do bilardu, były konsole i automat z rzutkami. Natasha oparła się o stół i spojrzała na niego poważnie.
– Coś się stało? – zapytał, teraz już poważnie zaniepokojony.
Kobieta nie odpowiedziała od razu, przez chwilę jeszcze mu się przyglądała, by ostatecznie westchnąć nieznacznie i rozluźnić się zupełnie. Skrzyżowała ręce na piersi i dopiero odpowiedziała:
– Powinieneś wrócić z nimi.
– Co?
– Na tamtą planetę, na Sakaar.
Clint spojrzał na nią kompletnie zaskoczony takim oświadczeniem.
– O czym ty mówisz? Przecież tutaj mam pracę, Fury by mnie…
– Nie zasłaniaj się Nickiem – warknęła zirytowana. Nagle odsunęła się od stołu i podeszła w stronę stanowiska z konsolami.
– Wcześniej zastanawiałam się, jak to możliwe, że wytrzymałeś tam tyle czasu – zaczęła, nie patrząc w jego stronę. – W końcu nienawidziłeś Lokiego do żywego. A jednak po pobycie tam zmieniłeś się, widzę to każdego dnia, w czasie każdej misji, jaką razem odbyliśmy od twojego powrotu. Widzę wyraźnie, że straciłeś kompletnie zapał i serce do tego, co robisz. Wykonujesz rozkazy, wypełniasz polecenia, ale tak naprawdę wcale nie chcesz tu być. To cię pochłonęło, Clint. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie raz widziałam, jak zarywałeś noce, by przeczytać sprowadzoną z Asgardu księgę i opanować to, co było w niej zapisane.
Początkowo myślałam, że to minie, że zapomnisz, ale teraz już się nie łudzę. A dziś, kiedy zobaczyłam jak grasz z nim w szachy, zrozumiałam, dlaczego tak się dzieje. To po prostu cię uszczęśliwia. I dlatego zawsze z takim sentymentem wspominasz Sakaar, dlatego zawsze z takim zaangażowaniem uczysz się nowych rzeczy.
– Tasha… – mruknął, próbując wejść jej w słowo, ale ona uciszyła go gestem ręki.
– Nie zrozum mnie źle, nie mam o to do ciebie pretensji czy żalu. Jesteś moim przyjacielem, jedną z nielicznych osób, które określam tym mianem. I wyraźnie widzę, że ta cała magia cię uszczęśliwia. Dlatego uważam, że powinieneś jechać z nimi. Tam, jak mówiłeś, czas płynie szybciej, więc spokojnie możesz zostać tam przez choćby kolejne dziesięć lat. My sobie damy radę. Przestań zasłaniać się obowiązkami i gadaniem o domu. Bo to tam, na Sakaar byłeś szczęśliwy, nie tutaj.
Clint przez długą chwilę patrzył na Natashę w milczeniu. Zawsze była doskonałym obserwatorem, ostatecznie w dużej mierze na tym polega jej zawód, nie sądził jednak, że wyjdzie z podobną propozycją. Czy aż tak było widać jego rozdarcie? To, że czasami rzeczywiście poświęcał noce na naukę, wiedząc, że w dzień obowiązki mu na to nie pozwolą? A może po prostu za dużo o tym opowiadał, za często wspominał o magii i Sakaar? Po prawdzie jednak rzeczywiście fascynowało go to bardziej niż jakiekolwiek zajęcie, którym zajmował się na co dzień tutaj. To niestety było silniejsze od niego. A perspektywa spędzenia kolejnych lat na doskonaleniu umiejętności była niezwykle kusząca. Tylko czy mógł sobie pozwolić na taki egoizm?
Jego rozważania przerwał Jarvis, który właśnie obwieścił przybycie dyrektora TARCZY. Na skutek tego zrobiło się spore zamieszanie. Fury co prawda zachował zimną krew i wbrew słowom Clinta, nie wpadł w furię na widok Lokiego, był zresztą uprzedzony przez Natashę o jego obecności. Z trudem jednak przyjął fakt, że mag został ułaskawiony w Asgardzie i solennie przysiągł, że jeśli zobaczy Lokiego samodzielnie szwędającego się gdziekolwiek na Ziemi, to zadba, by ten zgnił w najciemniejszej celi, najcięższego z więzień w USA. Potem poprosił każdego Avengersa z osobna o złożenie raportu, a kiedy cały ten cyrk się wreszcie zakończył, wsiadł do podstawionego Quinjeta i poleciał w stronę Helicarriera.
Tymczasem Clint wciąż bił się z myślami, nie mogąc podjąć żadnej decyzji. Wiedział, że nie zostało mu dużo czasu, podskórnie miał świadomość, że jeśli teraz się nie zdecyduje, to prawdopodobnie nigdy nie będzie miał lepszej okazji. Siedział więc z pozostałymi w salonie i rozmyślał ciężko.
Doskonale wiedział, że Thor i Loki czekają już tylko na powrót Miriady, by zabrać się razem do Asgardu. Teraz siedzieli na jednej z sof i razem ze Stevem oglądali w telewizję relacje z wczorajszych wydarzeń. Tony i Bruce nieco z boku omawiali jakieś swoje naukowe zagadnienia, zapewne związane z nieodżałowaną przez nich sferą, a Natasha sączyła drinka przy barze i spoglądała na niego od czasu do czasu wymownie. To wszystko byli jego najbliżsi przyjaciele, rodzina niemal. Razem spędzili nie jedną tak wesołą, jak i smutną chwilę, i wcale nie miał ochoty ich zostawiać. Czuł się w obowiązku wspierać ich w misji obrony Ziemi, w końcu właśnie dlatego zyskał tytuł Avengersa. Z drugiej jednak strony Natasha miała rację. Tu nie był szczęśliwy, przynajmniej nie w sposób, w jaki był na Sakaar. Praca agenta z każdym zadaniem coraz bardziej go męczyła i drażniła. Sam czuł, że zupełnie stracił zaangażowanie. Dzisiejsza gra w szachy boleśnie dała mu do zrozumienia, że to właśnie tego typu wyzwania, bardziej niż cokolwiek innego, obecnie go fascynują. Chciał dalej rozwijać się w tym kierunku, a po ostatnich latach wiedział, że sam, zajęty sprawami Ziemi, nigdy nie osiągnie zadowalających rezultatów. Próbował złapać dwie sroki za ogon, a to nigdy nie kończy się dobrze.
Nie chciał zostawiać przyjaciół, ale właśnie dlatego, właśnie przez to, że byli jego przyjaciółmi, wiedział, że to zrozumieją i wybaczą mu. Kiedy więc wróciła Miriady wraz ze Sleipnir i wszyscy zaczęli zbierać się do drogi powrotnej, łucznik wstał z fotela i podszedł do całej grupy.
– Zaczekajcie chwilę – powiedział, zatrzymując ich. Ostatni raz ciężko przełknął formułujące się w gardle wątpliwości i dodał nie do końca solidnym głosem. – Jeśli nie mielibyście nic przeciwko, chciałbym zabrać się z wami.
– Oczywiście, wiem, że zostawiłeś swoje rzeczy w pałacu – odparł radosnym tonem Gromowładny, zupełnie opacznie rozumiejąc jego słowa.
Clint przelotnie spojrzał na Natashę, a ta uśmiechnęła się i skinęła głową, jednocześnie unosząc trzymany kieliszek w geście toastu. "Szerokiej drogi" zdawała się mówić.
– Nie to miałem na myśli. Chcę wrócić z wami na Sakaar.
Steve i Tony wydali z siebie okrzyk zaskoczenia, natomiast Loki i Miriady tylko uśmiechnęli się w dość specyficzny sposób i wymienili spojrzenia, jakby właśnie rozwiązali jakiś zakład między sobą. Byli niemożliwi, żadne nie odezwało się nawet słowem, a widocznie oboje doskonale wiedzieli, jakie wątpliwości go dręczą. Byli jednak na tyle powściągliwi, by na niego nie naciskać, by to była rzeczywiście jego decyzja.
A potem Miriady spojrzała w jego stronę i rozpromieniła się zupełnie, topiąc tym wszystkie jego pozostałe wątpliwości.
– Będzie nam niezwykle miło gościć cię u nas ponownie – odparła, a potem po prostu podeszła i uściskała go serdecznie.
Co prawda trwało dłuższą chwilę, nim zdołał przekonać Starka i Steve'a, że nie oszalał i że właśnie robi dokładnie to, czego pragnie, ale ostatecznie oni również dali za wygraną i wszyscy razem wyszli na lądowisko.
– Trzymaj się, Sokole oko – powiedział Tony, ściskając jego dłoń na pożegnanie. – Nie daj sobie znowu usmażyć mózgu.
Clint zaśmiał się i pokiwał głową na zgodę. Pożegnał również Steve'a i Bruce'a, którzy życzyli mu powodzenia, a ostatecznie podszedł do Natashy.
– Zostaw Fury'ego mnie, już ja go przekonam, by nie wysłał za tobą listu gończego – odezwała się z uśmiechem kobieta, po czym uścisnęła go w niezwykle jak na siebie serdeczny sposób i pocałowała w policzek, po czym szepnęła do ucha. – Trzymaj się, Clint.
– Wrócę – odparł przez niebezpiecznie ściśnięte gardło.
Niestety tak chciało przeznaczenie, Norny czy cokolwiek to było, że zawsze musiał żegnać się z którymś ze swoich przyjaciół. Zawsze musiał wybierać.
Chwilę później światło Bifrostu rozświetliło Avengers Tower i porwało całą grupę do Asgardu.
Loki czuł się nieco rozdarty. Jutro z samego rana mieli wracać na Sakaar i to napawało go tak radością, jak i smutkiem. Wiedział, że tak będzie lepiej, zarówno dla niego, ale też dla Miriady i Sleipnir. Może teraz Asgard był nieco oszołomiony jego powrotem, zwłaszcza w tak niecodziennym towarzystwie, ale z czasem zapewne powrócą dawne animozje i niechęć. Stanowczo chciał im tego oszczędzić, one nie były winne jego błędów, dlaczego więc miałyby odczuwać ich skutki.
Z drugiej jednak strony, teraz kiedy patrzył na złote miasto poniżej, czuł się bardziej na miejscu niż kiedykolwiek wcześniej. Asgard był tak swojski, tak znajomy, tak niezmienny, że wydawało mu się, że opuszczał go raptem wczoraj. Tutaj jak zwykle nic się nie zmienia mimo upływu lat. Znał to miejsce, wszystkie ulicy, dowolne zakamarki, każde ukryte przejście. Mógłby się tutaj poruszać z zamkniętymi oczami. Żadne inne miejsce we wszechświecie nie było mu tak bliskie, nawet Sakaar, które okazało się dla niego tak życzliwe.
A jednak, mimo tylu lat, gdzieś w głębi wciąż czuł ten tępy ból, związany ze wszystkim, co się wydarzyło. Może kiedyś zdoła w pełni wybaczyć tak Asgardowi, jak i samemu sobie i może wtedy to uczucie zniknie. Teraz jedynie mógł je tylko zaakceptować.
– Loki. – Usłyszał niespodziewanie za sobą głos Odyna.
Skinął lekko głową, kiedy władca podszedł bliżej i stanął obok, również obrzucając miasto spojrzeniem.
– Frigga przekazała mi, że jutro wracacie – dodał Wszechojciec spokojnym tonem.
– Najwyższa pora zakończyć zamieszanie spowodowane naszym przybyciem – stwierdził Loki.
Na twarzy Odyna pojawił się cień uśmiechu, było w nim jednak nieco smutku.
– Najwyraźniej Norny postanowiły w ten sposób osądzić moje błędy. Obaj moi synowie wybrali inne światy za swoje domy.
Loki chciał coś odpowiedzieć, ale Odyn go powstrzymał.
– Rozumiem twoje motywy i nie zamierzam cię odwieść od tego pomysłu, tak samo jak nie próbuję przekonywać do niczego Thora. Jesteście dorośli, już dawno powinienem przestać decydować za was.
Mag tylko pokiwał głową. Czuł ulgę, że ojciec nie próbuje go zatrzymać, prawdopodobnie nie potrafiłby odmówić.
Patrząc na Odyna, zdał sobie sprawę, że nie pamiętał już, kiedy tak po prostu, tak zwyczajnie ze sobą rozmawiali. Bez gniewu, wzajemnych pretensji, z trudem krytej niechęci. Tak po prostu jak ojciec z synem. Nie pamiętał. Wręcz nie był pewien czy kiedykolwiek. Ale teraz mógł stać przy Odynie z podniesioną głową i nie czuł już niczego z tych dawnych, trawiących go uczuć.
– Wrócę – odparł, spoglądając na ojca. – Kiedyś wrócę, przysięgam, kiedy już w pełni uporam się z cieniem. I wtedy zajmę miejsce, które dla mnie przygotowałeś. Tymczasem Lady Sif mnie zastąpi. Jest wystarczająco mądra i odważna, by nie szczędzić Thorowi słów krytyki.
Odyn skinął głową na zgodę.
– Niczego więcej nie oczekuję. Wierzę, że obaj znajdziecie właściwą ścieżkę.
Loki również zgodził się gestem głowy, a potem obaj w milczeniu obserwowali miasto poniżej.
– Dziękuję – odezwał się ponownie po dłuższej chwili mag, a widząc pytające spojrzenie ojca, dodał. – Zdałem sobie sprawę, że w swoim gniewie, nigdy nie pomyślałem, że gdybyś nie zabrał mnie z Jotunheimu, to nie byłoby mnie tutaj. A to przecież takie oczywiste. Wyobrażam sobie, jak często musiałeś żałować tej decyzji.
Niespodziewanie Odyn zmarszczył brwi i spojrzał na niego gniewnie.
– Niejednokrotnie czułem gniew, tak na ciebie, jak i na Thora. Obaj wielokrotnie powodowaliście, że miałem ochotę zamknąć was na kilka stuleci w jakimś ciemnym i wilgotnym miejscu, byście przemyśleli swoje postępowanie. Nigdy jednak nie żałowałem, tak narodzin Thora, jak i tego, że zabrałem cię wtedy ze świątyni. Zbyt wiele radości wnieśliście w życie moje i Friggi.
Mag przełknął ciężko, kiedy poczuł, że coś mocno ściska go za gardło. Powinien był zaprzeczyć, w końcu doskonale wiedział, iż to nie radość, a coś zgoła przeciwnego, wnosił do ich rodziny w ostatnich latach. Ale przecież Odyn o tym wiedział, a mimo to… potrafił spojrzeć ponad to, i widzieć to, co było dobre i piękne. Tego właśnie chciał go nauczyć.
Loki przymknął na moment oczy, by uspokoić emocje, a kiedy miał pewność, że panuje nad własnym głosem, odparł z pełnym przekonaniem.
– Kocham Asgard, to miejsce zawsze będzie moim domem. I kocham ciebie, ojcze. Nawet jeśli byłem zbyt wielkim głupcem, by to należycie okazać.
Odyn uśmiechnął się przelotnie i położył rękę na jego ramieniu.
– Ja cię kocham, mój synu.
Tyle zła musiało się dokonać, by wreszcie usłyszał te słowa, a przecież tak niewiele trzeba było, żeby to osiągnął. Wystarczyło, by sam przyznał się do własnych uczuć, tych które tłumił i którymi gardził przez tak długi czas.
Przez kilka minut stali w milczeniu, czując, że żadne kolejne słowa nie są potrzebne. W końcu jednak to Odyn przerwał ciszę.
– Nim wrócisz na Sakaar, jest jeszcze jedna kwestia, którą pragnę z tobą poruszyć. Mimo twojej rzekomej śmierci, ataku na Midgard i późniejszego wygnania, ani ja, ani królowa, nigdy się ciebie nie wyparliśmy jako naszego syna. Wobec tego musisz pamiętać, że w oczach prawa i mieszkańców Złotego Królestwa, wciąż pozostajesz drugim księciem Asgardu, a to pociąga za sobą pewne konsekwencje.
Loki spojrzał na ojca pytająco.
– Asgardzki książę nie powinien mieć dzieci z nieprawego łoża.
Mag zaśmiał się przelotnie, słysząc to oświadczenie. Rozumiał, do czego Odyn zmierza.
– Idea małżeństwa jest raczej dość obca na Sakaar, ale postaram się to jakoś wyjaśnić Miriady.
Odyn pokiwał głową.
– Zostawiam to w twoich rękach – odparł, po czym obaj ruszyli w stronę wielkiej sali, gdzie właśnie odbywała się wieczerza.
Dokładnie rok później, w rocznicę swego powrotu, Loki Odinson, stanął przed obliczem Wszechojca i mając za świadków rodzinę, jak i przedstawicieli Midgardu, Alfheimu i Vanheimu, pojął za żonę Miriady z Sakaar. Tego dnia, otoczony przez wszystkie bliskie mu osoby, w miejscu, które było jego najcenniejszym domem, wreszcie odegnał wszelki cień. Tego dnia poczuł się prawdziwie szczęśliwy.
Koniec.
I to już wszystko kochani. Tego fanfika pragnę zadedykować mojemu wspaniałemu tacie, którego niestety już nigdy nie dane mi będzie przytulić i powiedzieć jak bardzo go kocham.
A wszystkim tym, którzy czytają te słowa polecam iść do tych, którzy są wam najbliżsi i przypomnieć im, jak bardzo są dla was ważni, jak bardzo ich kochacie. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień, więc nie czekajcie. Z miłością nie ma co czekać. Pozdrawiam wszystkich i życzę wam wiele szczęścia.
