Beta: SzmaragDrac. Dziękuję!
1. Zakon Feniksa
– Witaj, Albusie. Przepraszamy za spóźnienie, ale mieliśmy problem z odesłaniem dzieci do Rumunii. W kółko rozprawiają o wojnie, nawet smoki nie zdołały ich zainteresować. – Pani Weasley skrzywiła się lekko, wychodząc z kominka.
– Witajcie, Molly, Arturze – uśmiechnął się Dumbledore i zaprosił ich gestem do jadalni, w której tłoczyli się już pozostali członkowie Zakonu. Odliczył w myślach do trzech i czekał. A raczej miał taki zamiar, gdyż pełen oburzenia krzyk Molly rozległ się praktycznie natychmiast.
– Co oni tu robią?! Mieli zostać u Charliego! I – i Neville, i Luna… przecież ona jest w wieku Ginny… Ginny?!
Dumbledore westchnął ciężko.
– Molly, poprzedni rok…
– Albusie, to są dzieci!
– …udowodnił, że lepiej…
– Że lepiej nie mieszać ich w nic, co wiązałoby się z wojną!
– …kiedy są przynajmniej do pewnego stopnia…
– Albusie, oni dwa miesiące temu walczyli w Ministerstwie ze śmierciożercami!
– …wtajemniczeni w sprawy Zakonu. Molly, proszę – powiedział z naciskiem Dumbledore i uniósł dłoń, widząc, że pani Weasley zamierza kontynuować – ta bitwa była właśnie konsekwencją odsuwania Harry'ego i jego przyjaciół od informacji. Na szczęście w ostatecznym rozrachunku jej efekty okazały się dla nas pozytywne, niemniej jednak było to niebezpieczne i nie możemy dopuścić, by to się powtórzyło.
– Ale…
– Na litość Merlina, Molly, nikt ich nie zamierza wysyłać na akcje! – warknął Syriusz. – Bądź rozsądna, nie tylko ty się martwisz!
Harry i Ron, do tej pory siedzący cicho, żeby nie ściągnąć złości pani Weasley na siebie, parsknęli śmiechem. Hermiona spojrzała na nich wzrokiem, w którym politowanie mieszało się z rozbawieniem.
– To było coś, prawda, stary? – powiedział teatralnym szeptem Fred, szturchając brata bliźniaka.
– No, nigdy nie sądziłem, że doczekam takiej chwili… – odparł George i urwał myśl, pozwalając bratu dokończyć.
– W której jeden z naszych bohaterów…
– Wzorów do naśladowania…
– Słynnych huncwotów…
– Będzie uczył naszą matkę rozsądku! – dokończyli unisono.
Niemal wszyscy zgromadzeni roześmiali się, spoglądając jednak niepewnie na panią Weasley. Jej nadopiekuńczość była wręcz legendarna i nikt nie chciał stać się kolejnym celem wybuchu. Wyglądało jednak na to, że kryzys chwilowo został zażegnany, gdyż i Molly, mimo surowego spojrzenia, drgały kąciki ust.
– Dobrze, porozmawiamy o tym jeszcze, ale najpierw usiądźmy – ostatecznie załagodził kłótnię Dumbledore. – Jako że spotkaliśmy się w nieco liczniejszym gronie niż zazwyczaj, przydałoby się więcej miejsca. Syriuszu?
Mężczyzna tylko machnął ręką.
– Rób, co uważasz za stosowne, Albusie. Zgodziłem się, by ten dom nadal był kwaterą główną Zakonu, i wolałbym, żeby właśnie tak był traktowany – a nie jako moje mieszkanie. Czujcie się tu swobodnie.
Dumbledore skinął głową i wykonał kilka skomplikowanych ruchów różdżką. Harry, choć przyglądał się uważnie, uznał, że nie byłby w stanie powtórzyć żadnego z nich. Hermiona natomiast wpatrywała się w dyrektora z fascynacją i czymś na kształt zrozumienia.
– Och, czy to to zaklęcie, które jest wbudowane w czarodziejskie namioty? – nie wytrzymała i pisnęła, kiedy pokój zaczął się powiększać.
Ron przewrócił oczami, jednak Hermiona tego nie zauważyła.
– Słyszałam, że…
– Tak, panno Granger, jednej z trwałych odmian tego zaklęcia używa się między innymi w namiotach – przerwał jej Dumbledore. – Przykro mi, ale szczegóły musi pani odłożyć na później, mamy dzisiaj wiele spraw do omówienia. Na pewno Remus albo Syriusz wszystko chętnie pani wyjaśnią – dodał łagodnie, widząc jej pełne zawodu spojrzenie. – A teraz zajmijcie, proszę, miejsca. Wszyscy – zakończył z naciskiem, rzucając stanowcze spojrzenie pani Weasley.
Sam wyczarował sobie obity purpurowym aksamitem fotel i zasiadł u szczytu stołu. Przesunął uważnie wzrokiem po twarzach wszystkich zgromadzonych: Syriusz i Remus, Fleur, Bill, Charlie i bliźniacy, Minerwa, Filius, Sybilla i Poppy, Artur i Molly, Tonks, Kingsley i Alastor, a do tego najmłodsi – Harry, Ron, Hermiona, Neville, Ginny i Luna. Dyrektor po raz kolejny nie mógł powstrzymać westchnienia. Niewielu, jednak pozostali mieli zadania, których nie mogli ot tak porzucić. Z tych, którzy mieli się pojawić, brakowało tylko jednej osoby.
– Dobrze, skoro są już wszyscy oprócz Severusa, myślę, że możemy zacząć od sprawy, którą niejako poruszyła Molly – rozpoczął. – Nowi członkowie Zakonu Feniksa. Teraz chętnie posłucham waszych ewentualnych zastrzeżeń.
Pani Weasley ukryła twarz w dłoniach.
– Nowi członkowie? – jęknęła. – Myślałam, że chcesz im po prostu coś przekazać!
– Molly, to najlepsze wyjście. Te – jak powiedziałaś wcześniej – dzieci i tak są w niebezpieczeństwie, choćby przez to, co stało się w czerwcu. A zważywszy, że udowodniły wtedy większą lojalność wobec Harry'ego, niż moglibyśmy się spodziewać – tu dyrektor spojrzał przepraszająco w stronę zaczerwienionego z zażenowania chłopca – jestem całkowicie spokojny o sprawy Zakonu.
– Ale ja się nie obawiam o sprawy Zakonu, tylko o nich, Albusie!
– Mamo… byliśmy już w większym niebezpieczeństwie – mruknął zawstydzony Ron.
– Ronaldzie Weasley! – krzyknęła Molly. – Nie jesteś pełnoletni i dopóki…
– Do cholery jasnej, on ma rację! – warknął Moody i jakby na potwierdzenie swoich słów stuknął drewnianą nogą w podłogę. – Czym im zagrozi samo członkostwo w Zakonie? A może dotąd nie byli w nic zamieszani? Może Potter nie zmierzył się z Sama-Wiesz-Kim nie wiadomo ile razy? Może Granger nie została spetryfikowana? I w końcu – czy może Twojej jedynej córki nie opętał Sama-Wiesz-Kto?!
Pani Weasley zbladła. Mimo że od tamtych wydarzeń minęły niemal cztery lata, dziennik Toma Riddle'a nadal był wspomnieniem zbyt bolesnym, by o nim mówić.
– Molly – zaczął cicho Dumbledore – Alastor, choć można było to ująć w nieco inny sposób, ma niestety słuszność. Harry, panna Granger i Twoje dzieci już wcześniej były… albo bywały w niebezpieczeństwie. Przynależność do Zakonu niczego nie zmieni. A skoro przyjmujemy ich, możemy również przyjąć pannę Lovegood i pana Longbottoma.
– P-przyjmujemy? – zapytała słabo pani Weasley. – O nie, ja… ja się nie zgadzam. Oni nie mogą… to jeszcze…
– Tak, Molly, wiemy, to jeszcze dzieci – wtrącił zniecierpliwiony Syriusz. – Tak się jednak składa, że to ja jestem nieformalnym opiekunem jednego z nich i ja wyrażam zgodę, by Harry dołączył do Zakonu.
– Dzięki, Syriuszu – mruknął cicho chłopiec, zerkając z poczuciem winy na panią Weasley. Nie chciał jej martwić, ale to była również jego wojna. Może nawet – przede wszystkim jego. Był w to zamieszany bardziej niż ktokolwiek inny i wiedział, że nie ma sensu odsuwanie go od niej.
– A czy pomyślałeś… – zaczęła pani Weasley, ale urwała na widok zaciętej miny Syriusza. Zrozumiała, że jej słowa w tym konkretnym przypadku nie przyniosą żadnego efektu, więc spróbowała od innej strony:
– A Neville? I Luna?
– M-moja babcia zgodziła się od razu – mruknął Neville, wpatrując się w swoje dłonie. – Była nawet zadowolona – wymamrotał jeszcze, najwyraźniej speszony faktem, że go o coś pytają.
– Mój tatuś też stwierdził, że nie ma nic przeciwko temu. Powiedział, że pan Black może wiedzieć coś o specjalnej odmianie nargli zamieszkującej Azkaban – dodała rozmarzonym głosem Luna.
Syriusz spojrzał z przerażeniem na Lupina, szukając u niego pomocy, jednak ten tylko parsknął śmiechem, którego nie udało mu się zamaskować kaszlem.
– Może cytrynowego dropsa, Remusie? – spytał Dumbledore z uprzejmym zainteresowaniem.
– Nie trzeba, panie dyrektorze, dziękuję – odparł ten szybko, choć jego ramiona wciąż drżały od ledwo powstrzymywanego śmiechu.
– To na pewno guzmy, profesorze. Niech pan zje zupę z pora, ona je przegoni – poradziła Luna łagodnie.
Syriusz nie wytrzymał i odsunął się od niej, jak najdalej mógł – aż do krzesła Remusa – i łypał na dziewczynę z wyraźnym przestrachem w oczach. Tego było już za wiele dla osłabionej zbliżającą się pełnią samokontroli Lupina. Zaczął się zwijać ze śmiechu, podczas gdy Luna patrzyła na niego z coraz większym współczuciem.
– Mówiłam. To na pewno te guzmy – oznajmiła ze smutkiem.
– Może zawołamy Stworka… – rzucił Fred.
– Tak, zupa z pora sama się nie zrobi – odparł George.
– Dość! – McGonagall w końcu straciła cierpliwość. – To nie czas na zabawę. Albusie?
– Tak, tak, Minerwo, dziękuję. Jak rozumiem, wszystkie zgody już mamy i możemy oficjalnie…
– Jak to – wszystkie zgody? Przecież ja nie… – przerwała nagle pani Weasley i zacisnęła usta w wąską linię, której nie powstydziłaby się nawet McGonagall. Nieprzyjemne podejrzenie zalęgło się jej w głowie. Poczuła się tak, jakby wszystkie elementy układanki wskoczyły na właściwe miejsce, ale wynik był zbyt niespodziewany, by od razu w niego uwierzyć.
– Arturze Weasley – zaczęła złowrogim szeptem i stopniowo zwiększała natężenie głosu – Czy zechcesz mi wyjaśnić, jakim cudem nasze dzieci znalazły się tutaj, na Grimmauld Place 12, niewątpliwie w Anglii, skoro miały być w Rumunii? Jakim cudem dotarły tutaj przed nami, skoro ty aportowałeś się z nimi rzekomo do obozu Charliego i wróciłeś do Nory, by udać się na zebranie razem ze mną? Dlaczego Albus uważa, że ma wszystkie zgody opiekunów?! I najważniejsze: DLACZEGO TY, ARTURZE WEASLEY, NIE JESTEŚ ŻADNĄ Z TYCH RZECZY ZASKOCZONY?!
Pan Weasley przełknął pospiesznie ślinę i spojrzał na żonę, która teraz już stała, opierając się o blat stołu, i wpatrywała się w niego z niekłamaną furią.
– Cóż… kochanie, pomyślałem, że może… że… Albus na pewno… – wymamrotał Artur, rozglądając się po zebranych w poszukiwaniu ratunku, ale wszyscy uparcie podziwiali sufit, podłogę lub ściany z taką intensywnością, jakby miało od tego zależeć ich życie. Pan Weasley ostatecznie wlepił błagalne spojrzenie w Dumbledore'a, jednak ten dla odmiany był pochłonięty przez kręcenie młynka kciukami.
Artur wzruszył ramionami w poczuciu beznadziei, zwrócił wzrok na żonę i mruknął jeszcze na swoje usprawiedliwienie:
– To i tak by się stało prędzej czy później.
Pani Weasley zmrużyła oczy jak kotka, wpatrując się w męża z nienaturalną intensywnością. Ten nagle zaczął wymachiwać rękami, jakby się od czegoś opędzał.
– To też by się stało prędzej czy później – prychnęła Molly i uśmiechnęła się z satysfakcją, po czym usiadła spokojnie, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło.
Kandydaci na członków Zakonu nie byli pewni, jak powinni się zachować, jednak dorośli, przyzwyczajeni do podobnych sytuacji, wymieniali tylko rozbawione spojrzenia.
– Wow, mamo, to był najlepszy bezróżdżkowy upiorogacek, jakiego widzieliśmy! – zawołał jeden z bliźniaków, patrząc na matkę z nabożnym szacunkiem.
Molly zbyła tę uwagę machnięciem ręki, ale zarumieniła się z zadowolenia.
– Tak, już przynajmniej wiadomo, po kim Ginewra odziedziczyła ten wyjątkowy talent – odparł natychmiast drugi z niesławnych dowcipnisiów.
– Nie nazywaj mnie Ginewrą – fuknęła Ginny ze złością.
– Ależ kochana siostro…
McGonagall już-już miała po raz kolejny przywrócić spokój, jednak ubiegła ją Hermiona, markując delikatne, acz natarczywe chrząknięcie.
– Khem, khem…
– Przepraszamy, profesor Umbridge! – krzyknęli natychmiast bliźniacy i ukłonili się nisko. – Będziemy już grzeczni i ręczymy, że Harry nie będzie opowiadał kłamstw.
Dumbledore westchnął ciężko, sam nie wiedział, który już raz.
– Proszę, nie sprawiajcie, żebym zaczął żałować swojej decyzji – powiedział, patrząc po swoich obecnych oraz byłych uczniach. – To zrozumiałe, że Molly się niepokoi, ale dla was nie znajduję żadnego wytłumaczenia.
Najmłodsi pospuszczali głowy ze wstydu. Nawet na twarzach Freda i George'a malowało się coś zbliżonego do poczucia winy.
– Przepraszamy, profesorze – mruknęli. – To się nie powtórzy.
– Cóż, czasami powinno się powtórzyć. W najbliższym czasie trochę szczerego śmiechu przyda się nam wszystkim – odpowiedział Dumbledore już z dobrotliwym uśmiechem. – Postarajcie się jednak wybierać nieco bardziej odpowiednie momenty.
– Rozkaz, profesorze! – rzucili bliźniacy i zasalutowali, ale posłusznie nie przeciągali żartów dalej.
Dumbledore skinął głową i szybko zlustrował stan członków Zakonu. Uprzedził ich wcześniej, że to zebranie może się przeciągnąć, i poprosił o cierpliwość i wyrozumiałość. Jak na razie wszyscy wywiązywali się z tego bez zarzutu. Trelawney była nawet na tyle cierpliwa i wyrozumiała, że drzemała spokojnie oparta o krzesło pani Pomfrey, co powodowało z kolei niebezpieczne drgania nozdrzy McGonagall. Dyrektor postanowił to zignorować; wiedział doskonale, że Minerwa prędzej zacznie śpiewać Sybilli kołysanki mimo całej swojej niechęci do niej, niż zrobi coś, co mogłoby spowodować kolejne przedłużenie zebrania.
– Dobrze, moi drodzy – Dumbledore zwrócił się do najmłodszych uczestników – Przejdźmy do rzeczy. Wasze członkostwo w Zakonie Feniksa zostało zaakceptowane, jednak chciałbym, byście dobrze zrozumieli, co się z tym wiąże. To nie jest zabawa ani sposób na przeżycie kolejnej przygody. Trwa wojna, a od waszych działań może zależeć życie każdego z nas. Musicie o tym pamiętać. Zawsze.
Hermiona gorliwie pokiwała głową, Neville nerwowo przełknął ślinę, a pozostali wpatrywali się w Dumbledore'a, nie chcąc uronić ani jednego słowa.
– Kilka zasad, których musicie przestrzegać. Pierwsza – bezwzględne posłuszeństwo wobec mnie jako głowy Zakonu – kontynuował dyrektor poważnym tonem. – Druga – nie możecie poszukiwać ani starać się uzyskać w żaden sposób informacji, które nie zostaną wam przekazane. Dotyczy to również zebrań Zakonu, na które nie zostaniecie zaproszeni. To nie jest kwestia zaufania, a bezpieczeństwa. Każdy otrzymuje wyłącznie takie wiadomości, które mogą być mu potrzebne. Czy to jest zrozumiałe? – Dumbledore spojrzał surowo na Harry'ego.
– Tak, panie profesorze – mruknął chłopiec. – Tamto… tamto się nie powtórzy. I przepraszam.
– Wiem, Harry, rozmawialiśmy już o tym i nie ma potrzeby więcej przepraszać. Nowy wystrój mojego gabinetu także mi się podoba – odparł dyrektor, uśmiechając się lekko. – Uznałem tylko, że warto o tym przypomnieć, przypomnieć wam wszystkim. Tak… Kolejna zasada. Pod żadnym pozorem nie podejmujecie sami żadnych decyzji związanych w jakikolwiek sposób z działalnością Voldemorta, chyba że wyraźnie zostanie wam nakazane inaczej. Zawsze kontaktujecie się najpierw z dowolnym dorosłym członkiem Zakonu, niezależnie od waszych sympatii i antypatii. One są nieistotne, musicie tylko współpracować. I na zakończenie – choć, mam nadzieję, nie muszę o tym wspominać – absolutna dyskrecja. Nie możecie przekazywać wiadomości, które uzyskacie jako członkowie Zakonu, nikomu spoza niego, ale także innym członkom, jeśli nie będzie takiej konieczności. Czy możecie to przyrzec? – zakończył Dumbledore i spojrzał pytająco na grupkę kandydatów.
Zapadła cisza przerywana jedynie przez Hermionę, która szukała czegoś energicznie we wnętrzu pokaźnej torby. Zdawało się, że pozostali wpadli w trans – nie zauważyli, że dyrektor skończył tę krótką przemowę, i czekali na dalszy ciąg.
– Co pani robi, panno Granger? – spytał po chwili Dumbledore z łagodnym zainteresowaniem. Rozumiał, że dla nich dołączenie do Zakonu było przeżyciem większym niż dla przeciętnego czarodzieja, jednak takiej reakcji się nie spodziewał i – krótko mówiąc – nie był na nią przygotowany.
– Och, ja szukam… już… hm… momencik – wymamrotała zaczerwieniona dziewczyna, nie podnosząc głowy znad torby.
Dumbledore spojrzał pytająco na McGonagall, jednak ta wzruszyła tylko ramionami w odpowiedzi. Już miał coś powiedzieć, gdy Hermiona gwałtownym ruchem wyjęła różdżkę i machnęła nią nad stołem z takim entuzjazmem, że posypały się iskry.
– Mam! – krzyknęła triumfalnie.
– Emm… tak, Hermiono. To różdżka. A hm… do czego jej potrzebujesz…? – spytał łagodnie Lupin, widząc konsternację dyrektora.
– Do przysięgi, oczywiście – odparła dziewczyna z pewnością siebie i przyklękła przed dyrektorem, pochylając głowę.
– Przysięgam! – krzyknął nagle Neville i stanął na baczność.
Krzyk Neville'a pozwolił się ocknąć pozostałym. Harry nie był pewny, czego się od niego oczekuje, a bardzo nie chciał się zbłaźnić. Z jednej strony Hermiona klęczała z różdżką, z drugiej Neville stał wyprostowany jak struna. Pierwsza była najgenialniejszą czarownicą, jaką znał, drugi wychowywał się od dziecka wśród czarodziejów. Harry przygryzł wargi i rozejrzał się. Wszyscy wpatrywali się w nich, szeroko otwierając oczy, tylko Trelawney przeciągała się przez sen. Znikąd pomocy, pomyślał. W końcu odsunął się od stołu, wyprostował się, wyjął różdżkę i trzymał ją prawą ręką na piersi, jakby szykował się do odśpiewania hymnu. Był jednak gotowy do rzucenia się na kolana w każdym momencie, gdyby to okazało się właściwym postępowaniem. Mimo zdenerwowania starał się stać bez ruchu, ale po chwili nie wytrzymał i zerknął na pozostałych kandydatów.
Fred i George patrzyli na nich z obłędem w oczach i jakby… zazdrością? Ron kiwał się w przód i w tył, trzymając się za głowę, i mamrotał coś niewyraźnie. Ginny wlepiała pełne rozpaczy spojrzenie we własne kolana. Tylko Luna siedziała spokojnie i uśmiechała się lekko do dyrektora. Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś poszło niewyobrażalnie nie tak. Albo że po prostu zrobili coś głupiego. Albo jedno i drugie. Na wszelki wypadek nie ruszał się jednak, by nie ściągać na siebie niczyjej uwagi.
Trzaśnięcie drzwi przerwało nagle pełną napięcia ciszę.
– Jest u niej, czekają na patronusa, przybędą razem – ostry głos przeciął powietrze.
Postać odziana w czarne szaty przeszła szybko przez próg, po czym zatrzymała się wpół kroku i rozejrzała z niedowierzaniem.
– Dziękuję, Severusie – powiedział machinalnie Dumbledore. – Może cytrynowego dropsa? – zapytał jeszcze z nieco żałosną miną.
– Nie, dziękuję bardzo – wycedził mistrz eliksirów. – Czy coś mnie ominęło?
Dumbledore wzruszył bezradnie ramionami. Snape uniósł brew i uśmiechnął się szyderczo. Od kogo by tu…
– Granger – warknął – dlaczego klęczysz przed dyrektorem, dźgając różdżką powietrze?
– Bo… my właśnie… – mruknęła niepewnie Hermiona.
– Całym zdaniem! – przerwał jej Snape, chcąc wprowadzić atmosferę z lekcji eliksirów. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie wrażenie wywiera na uczniach, i postanowił to wykorzystać do zaprowadzenia porządku.
– Klęczę przed dyrektorem, dźga… – zaczęła automatycznie dziewczyna i potrząsnęła głową. – Klęczę z różdżką przed dyrektorem, ponieważ zamierzam złożyć Wieczystą Przysięgę.
– A Przysięgę zamierzasz złożyć, gdyż…?
– Gdyż wymaga tego dołączenie do Zakonu Feniksa, profesorze.
– Ciekawe od kiedy – zadrwił Snape. – Wstawaj, usiądź i nie rób z siebie większego pośmiewiska niż zazwyczaj – rozkazał nieznoszącym sprzeciwu głosem, po czym odwrócił się do pozostałych. – Potter, Longbottom, a wy? Też składacie wieczyste przysięgi?
– Niejataktylkostojębobabciamówiłażetodoniosłachwilawmoimżyciu – wymamrotał drugi z wymienionych.
Snape nawet nie próbował udawać, że cokolwiek z tego zrozumiał, tylko machnął ręką w kierunku krzesła.
– Siadaj. A ty, Potter? Masz atak serca czy zdążyłeś dostać szlaban?
– Odwal się od niego, Snape – warknął Syriusz natychmiast. Nie zrozumiał niczego z tego, co się stało, więc złośliwości Snape'a skierowane w stronę Harry'ego stanowiły miły przebłysk normalności i pozwoliły mu jakkolwiek zareagować.
Snape tylko uśmiechnął się sardonicznie. Nie było sensu marnować sił na Blacka, skoro o wiele skuteczniejsze okazywało się zawsze dokuczanie temu dzieciakowi.
– Potter, czy zaszczycisz nas dzisiaj odpowiedzią, czy może właśnie dyskutujesz mentalnie z Czarnym Panem, więc my, proch marny, musimy poczekać na swoją kolej?
Harry był tak zażenowany tym, co zrobił, że nawet nie przyszło mu do głowy odpyskować.
– To… to ja już może usiądę.
– Tak byłoby najlepiej. Dyrektorze?
– Dziękuję raz jeszcze, Severusie – skinął głową Dumbledore. – Moi drodzy, nie musicie składać Przysięgi Wieczystej ani… prężyć się przed nami. Nie potrzeba nam takich dowodów lojalności. Wystarczy zwykła obietnica – wyjaśnił dyrektor i zachichotał na widok min Harry'ego, Hermiony i Neville'a. Byli tak czerwoni na twarzach, że mogliby stanowić żywą dekorację Gryffindoru. Weasleyowie natomiast patrzyli na nich z mieszanką rozbawienia i politowania.
– W takim razie… obiecujemy stosować się do wymienionych przez pana zasad – powiedziała w końcu Hermiona, starając się brzmieć tak spokojnie, jak tylko mogła.
– Tak, obiecujemy – przyrzekli wszyscy po kolei.
– Dziękuję – powiedział prosto Dumbledore i spojrzał na nich uważnie. – Mam nadzieję, że weźmiecie tę obietnicę do serca. A z tego, co powiedział profesor Snape, będziecie mieli okazję udowodnić to już dziś wieczorem. Severusie?
Snape skinął głową, ale nie patrzył na dyrektora. Jego czarne, niewyrażające żadnych emocji oczy zwrócone były w kierunku Harry'ego Pottera.
