Beta: Szmarag Drac. Dziękuję!


2. Chłopiec-Który-Się-Nie-Zgodził


Dalsza część zebrania przebiegała w miarę spokojnie. Nowi członkowie chcieli zaprezentować się z jak najlepszej strony, by zatrzeć wrażenie, które musiała sprawić ich przysięga. Siedzieli w ciszy, nie odzywali się niepytani i starali jak najwięcej zrozumieć.

Hermiona uznała, że wyglądają na trochę rozczarowanych. No tak, po dołączeniu do Zakonu zapewne spodziewali się jakichś tajnych spisków, planów wojennych i niebezpiecznych zadań, a nie wysłuchiwania kolejnych raportów. Mugolski rząd, sytuacja w banku Gringotta i zagraniczne negocjacje raczej wiele im nie mówią, myślała z ironią. Żeby jednak być ze sobą szczerą, przyznawała w duchu, że i ona nie miała zbyt wielu informacji na te tematy. Owszem, wiedziała coś tam o polityce mugoli, ale to coś tam było raczej niewielkie, zważywszy na to, że od jedenastego roku życia spędzała większość czasu w Hogwarcie. Obiecała sobie jednak, że nadrobi wszystkie wiadomości, które mogły być potrzebne do pełnego uczestnictwa w zebraniach.

Kontrowersje wzbudził dopiero temat nowego Ministra Magii.

– Scrimgeour jest najlepszym wyborem na czas wojny – warknął Moody. – Jest zdecydowany, nigdy nie ugnie się przed Voldemortem.

– Tak, na tyle zdecydowany, żeby przywrócić aurorom nieograniczone prawo do używania Niewybaczalnych i zsyłać ludzi do Azkabanu bez procesu. To kopia Croucha! – krzyknął wzburzony Syriusz.

– Lepsze to niż alternatywa – odpowiedział Moody. – Auror w pojedynku ze śmierciożercą, zastanawiający się, czy nie zostanie skazany, jeśli jakiś tępy urzędniczyna uzna, że mógł się obejść bez Avady! – były auror celowo pominął drugi zarzut Blacka. Darzył go szacunkiem i pewną sympatią, więc nie chciał zagłębiać się w jego słowa o Azkabanie, żeby nie musieć przypadkiem zweryfikować swoich poglądów. Sytuację Syriusza uznał za wyjątek, bo tak było mu po prostu wygodniej.

– Niestety, choć sprawia mi to niewysłowiony ból, jestem zmuszony zgodzić się z Blackiem – wycedził Snape. – Metody Scrimgeoura jako szefa aurorów niebezpiecznie przypominały metody Czarnego Pana. Szczególnie jeśli chodzi o przesłuchania i zdobywanie informacji.

– Ojej, Snape, czujesz się pokrzywdzony, bo aurorzy nie głaskali cię po główce? A czego…

– Alastorze, proszę – przerwał Dumbledore. – Za późno na takie debaty, Rufus Scrimgeour został wybrany i żadna opinia tego nie zmieni. Nie ulega wątpliwości, że będzie lepszym ministrem niż Knot; nie jest tchórzem. Trudniej będzie nim manipulować – jednak to oznacza, że nie zmieni swojego punktu widzenia tak samo dla śmierciożerców, jak dla nas. Na razie jednakże nie wiemy niczego o jego zamierzeniach, więc snucie planów jest pozbawione sensu. Obawiam się tylko, że zdaje sobie sprawę z powiązań Kingsleya z Zakonem, więc – by jego podwładni byli lojalni wyłącznie wobec niego – nie mianuje go szefem Biura Aurorów, na co wcześniej liczyłem. Nie zmienia to faktu, że musimy monitorować jego próby porozumienia z mugolskim rządem.

– Mmm… panie profesorze, raczej nie będzie żadnego porozumienia – wymamrotał Harry, trochę zawstydzony tym, że wszyscy zwrócili swoje spojrzenia na niego.

Hermiona nie kryła zaskoczenia:

– Skąd możesz wiedzieć? – uniosła lekko brew.

– No… eee… on jest trochę jak Knot. Znaczy, boi się przyznać, że coś jest nie tak, i uważa chyba, że nasze problemy go nie dotyczą. Nie jestem zresztą pewny, czy on w ogóle w to wszystko wierzy.

– Jak to – nie wierzy? – spytał zaskoczony Lupin.

– Hm… od ucieczki Syriusza zmienił się premier. Znaczy, eee… No tamtemu się skończyła kadencja, a wierzył, a ten został wybrany, znaczy, przegłoso… –zapętlił się Harry.

– Daruj sobie, Potter, wiemy, jak się wybiera premiera – syknął Snape. – Odpowiadaj na pytania, to chyba nie przekracza twoich możliwości, skoro zabrałeś głos? – zakpił.

– Nie, nie przekracza – odwarknął ten. – Obecny premier przez cały lipiec powtarzał ciągle, że nic się nie dzieje i nic nie jest w stanie zagrozić spokojowi kraju. Mówi się, że to odpowiedź na… na… – Harry zająknął się, próbując sobie przypomnieć wypowiedź dziennikarki – Na niezadowolenie obywateli spowodowane wspieraniem wojny z terroryzmem przez jego poprzednika i wysyłaniem żołnierzy do… do… no, gdzieś tam, na wschód.

– Harry, a skąd o tym wiesz? – spytał Dumbledore, uważnie przyglądając mu się zza okularów.

– Eee… bo kiedy odkryłem trzy lata temu, po ucieczce Syriusza, że w mugolskich mediach… eee… to znaczy w prasie, w telewizji i w radio… mogą pojawić się informacje powiązane z czarodziejskim światem, to starałem się ich słuchać podczas wakacji, żeby no… żeby cokolwiek wiedzieć.

– Wspaniale. A czy pojawiło się jeszcze coś interesującego?

– Ee… nie wiem, panie profesorze. Mówiłem, że ten premier jakby w to – w nas – nie wierzył, bo od wyborów nie pojawiło się nic. To znaczy w zeszłym roku nie było niczego, żadnych wzmianek, które można by z czymś powiązać, a w tym… no… byłem tylko miesiąc na Privet Drive, on w kółko mówił, że spokój i żadnych wojen, więc… tak jakby… przestałem słuchać wiadomości. Przepraszam.

– Potter, powiedz mi, jak to się dzieje, że masz zapewne jedyną okazję w życiu, żeby zrobić coś pożytecznego, i ją marnujesz? To jest po prostu fenomenalne – wysyczał Snape tak, że Nagini nie miałaby żadnego problemu ze zrozumieniem jego słów.

– Nie wiedziałem, że to ważne, okej? – warknął chłopiec. – Poza tym to chyba nie mogą być zbyt ważne informacje, skoro każdy mugol może ich słuchać każdego dnia!

– Harry, mugol – być może, jednak nie czarodziej – wtrącił łagodnie Lupin, chcąc zażegnać kłótnię. – Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, że mugolscy politycy aż tak się spowiadają ze swoich działań społeczeństwu, ale nawet jeśli jest tak, jak mówisz, to te urządzenia nie będą działały w żadnym czarodziejskim domu, rozumiesz?

– Jeśli? Jeśli jest tak, jak mówię? – zezłościł się Harry. – Świetnie. W takim razie trzeba było kazać słuchać wiadomości, nie wiem, pani Figg czy komuś tam, a nie czepiać się, że nie robiłem czegoś, skoro nie wiedziałem nawet, że powinienem!

– Ależ nikt cię nie wini, drogi chłopcze – powiedział uspokajająco dyrektor. – Po prostu mieliśmy nadzieję, że możesz powiedzieć coś więcej. A z panią Figg to świetny pomysł, aż wstyd, że sam o tym wcześniej nie pomyślałem. Remusie, czy mógłbyś wysłać sowę do Mundungusa, by przy kolejnej zmianie jej to przekazał?

Lupin natychmiast podniósł się i wymaszerował z pokoju. Dumbledore rozejrzał się po zebranych.

– Dobrze, moi drodzy, jeszcze dosłownie dwa zdania i przejdziemy do dalszej części. Kingsleyu, Nimfadoro, jako aurorzy będziecie prawdopodobnie nadal będziecie mieli największy kontakt z Rufusem. Podejrzewam, że wojna i to, że pochodzi z waszego departamentu, spowodują ścisłą współpracę. Miejcie uszy i oczy szeroko otwarte oraz meldujcie o wszystkich niepokojących sprawach. Arturze, ciebie oczywiście też to dotyczy, jeśli tylko czegokolwiek się dowiesz.

– Oczywiście – odpowiedzieli równocześnie.

– Dziękuję. Teraz natomiast chciałbym przekazać wam najważniejszą informację na dziś. Draco Malfoy zrezygnował z przyjęcia Mrocznego Znaku, udało mu się uciec z miejsca ostatniej próby i będzie walczył po naszej stronie – powiedział spokojnie Dumbledore.

Reakcja nie zaskoczyła go. Artur skrzywił się lekko, bliźniacy snuli historię o Lucjuszu padającym trupem w Azkabanie, a pozostali młodzi dawali werbalnie upust swoim emocjom:

– To chyba dobrze, że zmienił strony… (Hermiona)

– Ta tchórzofretka?! Nigdy w życiu! Chyba mi niedobrze… (Ron)

– Ma całkiem ładny uśmiech… (Luna)

– Na pewno mi niedobrze… (Ron ponownie)

– Malfoy?! Będzie nas szpiegować! (Harry)

– Profesor Snape jest wystarczająco przerażający… (Neville)

– Wy bezmózgie ghule, składaliście przysięgę! (Ginny)

Dumbledore dał im jeszcze dwie minuty na opanowanie oburzenia i odchrząknął.

– Uprzedzałem was, że będziecie mieli okazję już dzisiaj wywiązać ze swojej obietnicy. Macie problem z zaakceptowaniem pana Malfoya po swojej stronie? Wolelibyście, żeby wspierał Voldemorta?

Ron burknął coś niepokojąco przypominającego „tak", ale Ginny szybko zatkała mu usta i odparła ze słodkim uśmiechem:

– Nie, panie profesorze.

Harry wiercił się na krześle. Był rozdarty. Wiedział, że to dobrze, jeśli zyskali sojusznika, ale nie mógł tak po prostu uwierzyć w jego czyste intencje. Poza tym dziwnie nie podobał mu się pomysł przynależności Malfoya do Zakonu Feniksa. Oni pracowali na to całe lata. On ma to dostać na pstryknięcie palców? Chłopiec potrząsnął głową, jakby odpędzał niechciane myśli. Już raz popełnił podobny błąd – kiedy zazdrościł Ronowi odznaki prefekta, kiedy przez krótką chwilę uważał się za lepszego od przyjaciela. A to była o wiele poważniejsza sprawa. To była wojna, gdzie dziecinne emocje nie powinny mieć wpływu na działania. Zwłaszcza, że – zdawał sobie z tego sprawę – zachowanie jego przyjaciół w dużej mierze uzależnione było od jego postępowania. No, może wyłączając Hermionę. Ona zawsze robiła to, co uważała za słuszne, nie oglądając się na innych.

– Panie profesorze – zaczął ostrożnie Harry. – Skąd mamy pewność, że Malfoy nie jest szpiegiem Voldemorta?

– Został przesłuchany pod Veritaserum. Ponadto on musiał złożyć Przysięgę Wieczystą, Harry – wyjaśnił spokojnie Dumbledore.

Chłopiec przygryzł wargi. Poddawanie w wątpliwość serum Snape'a nie miało wielkiego sensu, w końcu Dumbledore mu ufał. No i do tego Przysięga Wieczysta…

– W porządku, panie profesorze – powiedział w końcu Harry i zorientował się, jak to zabrzmiało. – To znaczy, proszę nie uważać, że ja uważam, że ee… no, ja po prostu nie miałem zamiaru, żeby wyszło tak, jakby to zależało od mojej zgody – wymamrotał. – Tylko chciałem, żeby pan wiedział, że nie mam nic przeciwko i eee… no… że postaram się mu to ułatwić. No.

Ron mógł na to tylko wybałuszyć oczy, gdyż Ginny nadal zatykała mu usta, a miał na tyle rozsądku, żeby wiedzieć, że bójka z siostrą nie zostanie odebrana jako przejaw dojrzałości. Pozostali natomiast pokiwali głowami na znak zgody.

Snape przyglądał się Harry'emu z zainteresowaniem.

– No, no, Potter, czyżbyś zaczął dorastać?

– No, no, profesorze, czyżby był pan ciekawy, jak to jest? – odszczeknął się chłopiec.

Dumbledore dla własnego zdrowia psychicznego postanowił nie ingerować.

– Patronus, Severusie – zarządził sucho.

Snape zerknął na dyrektora i skinął głową. Wyjął szybko różdżkę, wymruczał zaklęcie i już po chwili hasała wokół niego srebrzysta łania. Mistrz eliksirów bardzo starał się nie patrzeć na Pottera i Blacka. Szepnął kilka słów w kierunku swojego patronusa i odprowadzał go wzrokiem, dopóki ten nie wybiegł z pomieszczenia. W końcu Snape podniósł oczy na zebranych.

Potter siedział niewzruszony, najwyraźniej nadal przeżywał nawrócenie młodego Malfoya. Granger z Weasley wpatrywały się w drzwi z debilnymi uśmiechami na ustach. Black wykrzywiał ironicznie wargi, ale – na szczęście – milczał. Snape odetchnął z ulgą. Jak się okazało – za wcześnie.

– Jaka śliczna – skomentowała Luna.

– Tak, mała słodka łania, prawda? – dorzucił Syriusz, nie mogąc się powstrzymać. – Harry ma na przykład dumnego jelenia. Tak samo jak James. A Snape ma…

Rzeczony Snape już miał wyrzucić z siebie potok przekleństw pod adresem Blacka, Potterów do dziesięciu pokoleń wstecz i wszystkich możliwych rogatych stworzeń, ale nie zdążył.

– Syriuszu, przestań – poprosił cicho Harry i zaczerwienił się. – Proszę.

Jego ojciec chrzestny był tak zaskoczony zachowaniem chłopca, który zazwyczaj okazywał głęboką niechęć wobec Snape'a, że na wszelki wypadek spełnił jego prośbę. Harry ostatnio faktycznie był dziwny, pomyślał. Nie chciał słuchać o Jamesie od tamtej rozmowy o… No tak, dzieciak pewnie nadal nie wybaczył ojcu tej sytuacji ze Snapem, mimo że tak naprawdę niczego nie rozumiał. Będzie trzeba z nim porozmawiać. Później. A na razie niech Smarkerus cieszy się spokojem. Kolejny Potter go uratował, co za ironia…

Przemyślenia Syriusza przerwał nagły hałas dobiegający zza drzwi. Snape wyszedł bez słowa i po chwili wprowadził do jadalni dwie osoby.

– Malfoy…

Stłumione mamrotanie członków Zakonu przerwał okrzyk Neville'a:

– Babcia?! Co ty tu robisz?

– Ktoś musiał pilnować tego małego ancymona – prychnęła starsza kobieta.

Dopiero teraz pozostali zwrócili na nią uwagę. Pani Longbottom, mimo ciepłej końcówki sierpnia, włożyłaf popielatą suknię z długimi rękawami i cienkie rękawiczki, a dodatkowo na ramionach udrapowała ażurowy szal z grafitowej wełny. Wszystko to przyćmiewał jednak jej tradycyjny kapelusz z wypchanym sępem na czubku, który Hermiona, Harry i Ron mieli okazję podziwiać podczas lekcji obrony przed czarną magią w trzeciej klasie. Sądząc po wyrazie twarzy Snape'a, on również pamiętał zajęcia z boginem.

– No, nie krzyw się tak, Sev, wypadałoby się chyba przywitać, nie sądzisz? Kopę lat! – zakrzyknęła dziarsko staruszka, a złośliwe iskierki zamigotały w jej jasnoniebieskich oczach.

Tu i ówdzie rozległy się niepewne chichoty. Neville wpatrywał się w babcię z doskonale widocznym przerażeniem. Największym szokiem dla wszystkich okazała się jednak reakcja Snape'a.

– Witaj, Augusto – powiedział mężczyzna bez cienia zwykłej złośliwości w głosie i skłonił głowę z szacunkiem. – Rzeczywiście, trochę czasu minęło. Ładne szpilki. Wygodne? – dodał, nie mogąc sobie widocznie darować drobnej uszczypliwości.

Wszyscy automatycznie spojrzeli na buty pani Longbottom. Hermiona w zdziwieniu uniosła brwi. Ona w takich butach nie przeszłaby nawet dwóch metrów. Pantofelki były delikatnie zaokrąglone na czubku, obite szarofioletową satyną, ale największe wrażenie robił obcas. Wyjątkowo wysoka szpilka, tak cienka, że nieprawdopodobnym był fakt, iż nie złamała się pod ciężarem nawet tak drobnej kobiety.

– A, dziękuję, tak, bardzo wygodne. Mogłabym przetańczyć w nich całą noc… Nawet kiedyś to zrobiłam – odparła pani Longbottom z zawadiackim uśmiechem. – Cóż, miło się rozmawia, ale muszę wracać do siebie. Pilnujcie tego jasnowłosego pajaca, zachowuje się czasem jak Urwisek Przedszkolaczek – dodała na odchodnym, patrząc znacząco na Malfoya, który z niewiadomych względów zaczął intensywnie pocierać swoje ucho. Babcia Neville'a pomachała jeszcze Dumbledore'owi i wyszła dziarskim krokiem z jadalni.

– Kim jest Urwisek Przedszkolaczek? – wymamrotał Harry.

– To z takiej bajki dla dzieci – odparła Ginny, trzęsąc się ze śmiechu. – O niegrzecznym chłopcu. Zawsze uważałam go za mazgaja, bo beczał, kiedy tylko coś mu się przytrafiało – wyjaśniła, patrząc wyzywająco na Malfoya.

– Bardzo śmieszne – mruknął blondyn, rozglądając się z nieco większą pewnością siebie po wyjściu Augusty. – Zamknęli mnie z tą wariatką na pół dnia, a ona ciągnęła mnie za uszy! – poskarżył się.

Ginny posłała Harry'emu spojrzenie pod tytułem „A nie mówiłam?" i wzruszyła ramionami.

– Proszę usiąść, panie Malfoy – powiedział w końcu dyrektor. – Została nam ostatnia sprawa do ustalenia. Uciekając z miejsca próby, zabił pan przypadkowego mugola. Zdaje pan sobie sprawę, że Ministerstwo nie przymknie na to oka niezależnie od pańskiej zmiany stron?

– Wiem, ale… Severus… to znaczy, profesor Snape mówił, że pan na pewno… Poza tym to nie było specjalnie! Celowałem w Avery'ego! – odpowiedział przestraszony chłopiec zdecydowanie zbyt głośno.

– Rozumiem, panie Malfoy, ale to zbyt słaba obrona. Minister będzie chciał się pochwalić jakimś sukcesem, zwłaszcza tak szybko od objęcia stanowiska.

– No tak – odrzekł gorzko Malfoy. – Złapanie mordercy mugola, w dodatku syna skazanego na Azkaban śmierciożercy… Świetny wynik. Więc… czy jest coś, co mogę zrobić? – spytał, próbując ukryć zdenerwowanie i utrzymać nonszalancki wyraz twarzy.

– Nie. Ty nie. Ale Harry…

– Tak, panie profesorze? – spytał natychmiast Potter, chcąc udowodnić, że zasługuje na członkostwo w Zakonie. Gdyby w końcu udało mu się zrobić coś dobrze, nie przez przypadek, jak z Kamieniem Filozoficznym czy bazyliszkiem, tylko tak… tak naprawdę… Wykonać zadanie.

– Rufus Scrimgeour będzie chciał pokazać społeczeństwu, że Wybraniec – przepraszam, Harry – jest mu lojalny, tak dla wzmocnienia swojej pozycji. Być może spróbuje zaaranżować waszą współpracę. Jeżeli uwierzy, że ten człowiek zginął z twojej ręki przez przypadek, akt oskarżenia nie zostanie nawet wniesiony. Wystarczy, że przedstawiłbyś mu swoją wersję wydarzeń, my zajęlibyśmy się przygotowaniem odpowiednich dowodów, a pan Malfoy mógłby nadal uczyć się w Hogwarcie – wyjaśnił Dumbledore, patrząc wyczekująco na chłopca.

W pomieszczeniu rozległy się szepty. Do Harry'ego docierało, że większość z nich była pod wrażeniem planu dyrektora. Zaskoczyło go, że nikt nie zastanawiał się nawet, czy on się na to zgodzi. Nikt nie brał pod uwagę odmowy, jakby akceptacja była oczywista. A Harry'emu coraz mniej podobał się ten plan.

– Jak miałbym się znaleźć na miejscu próby Malfoya, żeby walczyć ze śmierciożercami? – spytał w końcu, chcąc zyskać na czasie.

– Nie powiedział mu pan? – spytał słabo blondyn i odwrócił się do rówieśnika z miną sugerującą mdłości. – Potter… H-Harry… ten atak, znaczy, moja próba… – skrzywił się – Ja miałem zabić twoich… troje mugoli. Z Privet Drive 4.

Harry przygryzł wargi. Nie przejął się tym zbytnio. Widział zbyt wiele zła, zbyt wiele razy jego prawdziwi bliscy byli w niebezpieczeństwie, żeby przejmować się Dursleyami. Oczywiście nie chciał tak naprawdę, żeby coś im się stało, ale przejąłby się bardziej atakiem nawet na kogoś obcego niż na nich. Obcy nie mieli okazji go skrzywdzić. Dursleyowie mieli bardzo często i wykorzystywali ją.

– W porządku, Malfoy – mruknął uspokajająco. – Nie mam ci tego za złe. Czy coś im się stało? – spytał bardziej pro forma.

– Nie. Nie przedarłem się nawet przez bariery ochronne. Severus podejrzewa, że to miało tylko pretekstem do ukarania mnie za porażkę ojca.

– Więc, Harry? Jaka jest twoja decyzja? – ponaglił Dumbledore.

Chłopiec westchnął ciężko. Potoczył wzrokiem po zebranych. Czuł, że zawiedzie ich oczekiwania, ale nie mógł inaczej.

– Nie – powiedział cicho. – Nie zgadzam się. Przykro mi.

Zapadła cisza, przerywana tylko szybkimi oddechami obecnych. Nikt, nawet mistrz eliksirów mający jak najgorsze zdanie o Potterze, nie spodziewał się odmowy. Raz, że chłopiec miał skłonność do pomagania wszystkim dookoła, a dwa – po prostu nie odmawiało się Dumbledore'owi.

Równie gwałtownie, jak ucichły rozmowy, pojawiły się głosy oburzenia. Prawie wszyscy zarzucali chłopca uwagami o braku odpowiedzialności, niechęci do zapomnienia o dawnych urazach, niedojrzałości i dziecinnym zachowaniu. Harry miał nadzieję, że chociaż Syriusz wtajemniczony w jego plany i marzenia zrozumie, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej, ale srodze się rozczarował – jego ojciec chrzestny był jednym z najbardziej zgorszonych odmową. Chłopiec poczuł się rozczarowany, zdradzony, a także – wbrew sobie – zazdrosny o Malfoya. Przez chwilę próbował się wytłumaczyć, ale kiedy nikt nie zwracał uwagi na jego słowa, nie wytrzymał. Wszystkie emocje spowodowane tym wydarzeniem i brak zrozumienia musiały znaleźć ujście. Harry walnął pięścią stół, podniósł się i oparł rękami o blat.

– Dziękuję, że pozwoliliście mi wytłumaczyć! – warknął. – Wybaczcie, że Złoty Chłopiec Gryffindoru postanowił mieć własne plany na własne życie! W końcu ono powinno należeć tylko do was! – krzyknął jeszcze i wyszedł, trzaskając drzwiami.


Chłopiec nie cieszył się długo wyłącznie własnym towarzystwem. Kilka minut później Lupin odnalazł go siedzącego po turecku na półpiętrze.

– Harry, przepraszamy… – powiedział łagodnie i usiadł na najwyższym stopniu. – Po prostu przyzwyczaiłeś nas do tego, że zawsze robisz to, co najlepsze dla wszystkich. To nie jest żadne wytłumaczenie, ale…

– Nie, nie jest – burknął chłopiec. – Najlepsze dla wszystkich? Chyba dla wszystkich poza mną… Tylko jakoś nikogo to nie obchodziło – prychnął. Wiedział, że zaczyna się nad sobą użalać, ale nic nie mógł na to poradzić. Ich zachowanie zabolało go. Zawsze starał się myśleć o innych, co prawda różnie to wychodziło, ale nigdy nie żądał od nikogo poświęcania się dla niego. Oni z kolei… Harry otrząsnął się. – Po co przyszedłeś?

– Cóż, chyba nam coś uświadomiłeś swoim wybuchem – odparł Lupin z bladym uśmiechem. – Wszyscy jesteśmy gotowi wysłuchać twoich tłumaczeń. Chcemy ich posłuchać.

– Wszyscy? I dlatego przyszedłeś ty, a nie Syriusz? – chłopiec zaśmiał się gorzko.

– Wiesz… Harry, Syriusz nie pała do Malfoyów wielką miłością, ale jednocześnie wie, jak wygląda dorastanie w rodzinie takiej jak Dracona. Rozumie, jak trudno wyrwać się z tego i jak to jest nagle być zdanym wyłącznie na siebie. Myślę, że Syriusz identyfikuje się z młodym Malfoyem, widzi w nim siebie sprzed lat i chce mu to wszystko ułatwić.

– Szkoda, że moim kosztem, nie? – zadrwił Harry. – No ale w końcu Narcyza to jego kuzynka, więc jest wujem Malfoya. Więzy krwi i te sprawy…

– Harry! To o to chodzi? Przecież Syriusz nigdy nie zrezygnuje z ciebie na rzecz Malfoya! Nawet nie waż…

Harry uniósł dłoń, by przerwać Lupinowi, i oparł się o ścianę. Pomasował skronie i odparł z westchnieniem:

– Wiem… Przepraszam, po prostu… po zakończeniu roku zrobiłem… zachowałem się idiotycznie w gabinecie Dumbledore'a i obiecałem sobie, że to się nie powtórzy. Ale to… musiałem to z siebie wyrzucić, a wolałem teraz niż przy nich. Przepraszam, że padło na ciebie. Wiedziałem, że nie będą zadowoleni, ale zdenerwowało mnie to, że nikt mnie nie słuchał.

Lupin zbył machnięciem ręki przeprosiny chłopca.

– Nie ma problemu. Idziemy?


Kiedy Harry przestąpił próg jadalni, od razu usłyszał syk Snape'a:

– Skoro pan Potter łaskawie raczył wrócić, to może w końcu zaczniemy? Niech nas oświeci, dlaczego pan Malfoy okazał się niegodny jego – jakże wielkiego – poświęcenia.

– Och, przecież to oczywiste! – wyrwało się Hermionie, która jako jedyna patrzyła na przyjaciela z wyraźnym współczuciem.

– Oczywiste? Niestety, Granger, obawiam się, że dar jasnowidzenia nie był nam dany – warknął mistrz eliksirów, nie bacząc na oburzone spojrzenie Trelawney, nagle irracjonalnie niezadowolony z umiejętności kojarzenia faktów Gryfonki.

– Tego się nie nazywa jasnowidzeniem, tylko logicznym myśleniem, panie profesorze – odcięła się szybko dziewczyna, wściekła za słowa mogące ją w jakikolwiek sposób połączyć z wróżbiarstwem. – I tak, jest to oczywiste. Harry chce zostać aurorem, o czym wszyscy wiedzą – łącznie z panem. Zabicie mugola, nawet – a może tym bardziej – przypadkowe, na pewno mu to uniemożliwi. Nikt nie przyjmie na kurs czarodzieja, który tak beztrosko szafował Avadą w młodości. Nawet jeśli ten czarodziej jest Chłopcem-Który-Przeżył i nosi nazwisko „Potter" – wyrecytowała. – Mam rację, Harry?

– A kiedyś jej nie miałaś? – wymamrotał zapytany.

Hermiona zarumieniła się zakłopotana, ale Harry posłał jej uspokajający uśmiech i kontynuował:

– Tak, Hermiona ma w gruncie rzeczy rację. W innych okolicznościach bym się zgodził, naprawdę, ale… teraz to wybór między… no, między moim kursem a nauką Malfoya. Czyli, no nie wiem, między moją, ee... edukacją a jego, między moją pracą a…

– Zrozumieliśmy przesłanie, Potter – warknął Snape. – Tylko że panu Malfoyowi nie grozi wyrzucenie ze szkoły, a Azkaban. Naprawdę jesteś aż takim ignorantem, żeby sądzić, że jakikolwiek kurs jest warty więcej niż wolność?!

– Nie, panie profesorze, nie sądzę tak – odpowiedział cicho Harry, nagle nie mając ochoty pyskować. – Tylko że to dalej wybór między moją przyszłością a przyszłością Mal... Dracona. A to nie ja rzuciłem to zaklęcie, więc nie widzę powodu, dla którego to jego przyszłość miałaby być ważniejsza… dla którego to ja miałbym ponosić konsekwencje.

– No tak, to było do przewidzenia, że słynny Harry Potter będzie miał w nosie ocalenie jego krewnych! Jego kurs jest przecież najważniejszy, a wszyscy inni powinni być wdzięczni, że mogą coś dla niego zrobić!

– No tak, to było do przewidzenia – sparafrazował beznamiętnym tonem chłopiec – że Postrach Hogwartu będzie uważał rezygnację z morderstwa za ocalenie życia. W końcu to przecież Malfoy, wszyscy inni powinni być wdzięczni za to, że nie zabił. A nie, zabił przy tym mugola, ale to nieistotne. I tak był łaskawy, kłaniajmy mu się w pas! Ponieśmy wszyscy za niego karę, z pieśnią na ustach! – Złość znowu powoli przejmowała kontrolę nad Harrym, mimo że ten obiecywał sobie, że do tego nie dopuści.

Dumbledore postanowił powoli kończyć zebranie:

– Harry, wystarczy. To była tylko prośba, nie ma potrzeby się kłócić. Jeśli to twoja decyzja…

– Nie, dyrektorze – syknął mistrz eliksirów. – Nie zgadzam się. Jeśli chodziłoby o twojego Złotego Chłopca, to zmusiłbyś każdego do dożywocia w Azkabanie, ale jeśli chodzi o Malfoya, nic cię nie obchodzi! Przecież twój protegowany musi mieć wszystko, na co ma ochotę! Wszyscy coś poświęcają dla tej wojny, wszyscy, ale przecież nie on!

Harry nie dał dyrektorowi czasu na odpowiedź. Miał już tego dość.

– Wszyscy coś poświęcają poza mną?! Czy to, że moi rodzice nie żyją, to za mało?! Czy to, że praktycznie co roku Voldemort próbuje mnie zabić, to nic takiego?! Czy to, że będzie próbował do skutku albo aż ja go nie zabiję, to nic?! Nic?! Co takiego poświęcił Malfoy w porównaniu ze mną, Snape?! – wykrzyczał Harry ponownie na granicy histerii. Odetchnął kilka razy, zmuszając się do uspokojenia, zebrał myśli i kontynuował: – Każdy z Zakonu ma coś, o co walczy. Czego chce. Jakąś przyszłość, do której dąży i której na drodze stoi Voldemort. I nikt wam tego nie odbiera. A ja chcę tylko dwóch rzeczy. Bezpieczeństwa moich przyjaciół. I zostać aurorem. Potrzebuję tego, tej wizji, żeby walczyć. Muszę mieć o co walczyć. Bo zemsta… – wzruszył ramionami – To nie dla mnie. I… panie dyrektorze, przepraszam za te słowa o roszczeniu sobie prawa do mojego życia – mruknął. – Rozumiem, że pan musi myśleć o wszystkich, i naprawdę nie mam nic przeciwko… pana przewodnictwu. Przepraszam.

– Chyba rozumiem, dlaczego Scrimgeour chciałby Harry'ego – mruknęła Tonks, przyglądając się chłopcu z szeroko otwartymi oczami.

Kilka osób parsknęło cicho. Hermiona z kojącym uśmiechem złapała Harry'ego za rękę. Przez chwilę trwały jeszcze luźniejsze rozmowy, aż w końcu Dumbledore ogłosił koniec zebrania. Mieli jeszcze ponad tydzień na ustalenie nowej linii obrony Dracona. Wszyscy wierzyli, że dyrektor – jak zawsze – coś wymyśli. Wszyscy oprócz samego dyrektora.