Beta: SzmaragDrac. Dziękuję!
Ostatnie dni wakacji upływały dość spokojnie.
Harry szybko pogodził się z Syriuszem, choć było to poprzedzone burzliwą kłótnią, w której chłopiec wykrzyczał wszystko, co leżało mu na sercu. Jego ojciec chrzestny dowiedział się, że Harry widział w nim kogoś, kto w końcu będzie o niego dbał, kogoś, dla kogo jego dobro będzie ważniejsze niż wojna czy inni ludzie, kogoś, kto będzie stał za nim murem i chronił przed każdym niebezpieczeństwem, choćby miało to być tak irracjonalne jak zachowanie pani Weasley w stosunku do jej dzieci. Kiedy Syriusz usłyszał na koniec ciche słowa o uznaniu za kogoś w rodzaju ojca, nie był w stanie zrobić niczego poza wychrypieniem „Harry!" i wzięciem chrześniaka w objęcia. Zrozumiał, że chłopiec, mając go za opiekuna, podświadomie założył, że nie musi już się poświęcać, żeby zdobyć czyjąś troskę i miłość. A Syriusz postanowił mu udowodnić, że się nie mylił; Harry swoimi słowami bardzo go wzruszył i ostatecznie podbił mu serce nie jako syn Jamesa, ale po prostu Harry, jego chrześniak. Nie wracali więcej do tej rozmowy, ale za każdym razem, kiedy Syriusz widział chłopca, patrzył na niego z zachwytem i dumą, mając na twarzy uśmiech, który Snape określiłby jako zdecydowanie kretyński, a każdy inny – jako czuły.
Hermiona przeniosła się z Hogwartu na Grimmauld Place, gdzie mieszkała, odkąd jej dom był chroniony Fideliusem, i razem z Harrym pomagała Malfoyowi w oswojeniu się z nową sytuacją. Początkowo stosunki między nimi opierały się na nieco wymuszonej uprzejmości i omijaniu niewygodnych tematów, ale z każdym dniem zaczynało im to coraz bardziej ciążyć.
Pierwszy, czego Hermiona kompletnie się nie spodziewała, złamał się Malfoy. Siedzieli wtedy w obszernej kuchni i poruszali wątki rzędu pogody, mniej (Harry i Draco) lub bardziej (Hermiona) odrobionych zadań domowych i posiłków. Chłopcy wdali się nawet w bardzo delikatny spór dotyczący wyższości kakao nad gorącą czekoladą (lub odwrotnie – w zależności od chłopca), dopóki nie przerwała go Hermiona, ogłaszając autorytarnie, że najlepsze jest „prawdziwe, gorzkie kakao rozpuszczane w gotującym się mleku, takie, jak się dodaje do ciast, a nie jakieś neskłiki czy inne puchatki". Malfoy spojrzał pytająco na Pottera; nie zrozumiał żadnej z nazw podanych przez dziewczynę.
– Te, ee… neskłiki i pychotki to jakieś eliksiry? – zapytał w końcu ostrożnie.
– Nie, Draco – odparł Harry. – Nesquick i Puchatek to marki mugolskiego kakao, takiego, o jakim ja mówiłem cały czas. Czyli, no wiesz, szklanka mleka, trochę kakao, zamieszać. Zimne, ciepłe, gorące – bez znaczenia.
– A to, co mówiła Hermiona? – chciał się dowiedzieć Malfoy. – Wiecie, ja nigdy w sumie nie gotowałem niczego, ale to brzmi trochę jak eliksiry… – dodał lekko zawstydzony.
Hermiona roześmiała się.
– Nigdy nie piłeś takiego kakao? To może po prostu je przygotujmy – zaproponowała. – Tylko gdzie tu… Harry, mógłbyś poprosić Stworka, jeśli ma wolną chwilę?
Draco już-już miał przewrócić oczami, ale powstrzymał się siłą woli. Harry natomiast z podejrzanie błyszczącymi oczami powiedział Hermionie, żeby sama go wezwała. Dziewczyna wzruszyła ramionami i przygryzła wargi.
– Wiesz, że on nigdy…
– Och, po prostu wezwij go, Hermiono – zniecierpliwił się Harry.
– Mmm… Stworku? Czy możesz… – zaczęła, ale przerwało jej pojawienie się skrzata.
– Tak, panienko? Czego panienka sobie życzy? Stworek zaraz przyniesie panience, co panienka tylko chce!
Hermiona otworzyła usta ze zdziwienia i spojrzała skonsternowana na przyjaciela. Ten jednak tylko uśmiechnął się zachęcająco.
– Więc… hm… Stworku, czy macie tu może gorzkie kakao? Takie, jak się daje do ciasta?
– Oczywiście, panienko! To porządny dom, jest kakao, Stworek dba!
– Zechciałbyś przynieść? Zrobilibyśmy sobie do picia…
– O, nie, panienko! Stworek sam zrobi, Stworek nie pozwoli panience, panienka tylko powie co i Stworek przyniesie!
Hermiona już miała zaprotestować, ale powstrzymało ją szturchnięcie Harry'ego. Westchnęła cicho i przekazała skrzatowi instrukcje. Jednak kiedy tylko pojawiły się przed nimi kubki pełne parującej cieczy, wbiła wzrok w przyjaciela.
– A gdzie nędzne szlamy i plugastwo? – warknęła. – Co wy mu zrobiliście?!
Harry zaczął się wiercić na krześle. Kiedy chciał pochwalić się Hermionie przemianą Stworka, ograniczał się w myślach do pokazu jego właściwego zachowania. Nie to, że zakładał, że dziewczyny to nie zainteresuje. Wręcz przeciwnie, teraz zdawał sobie sprawę, że powinien to przewidzieć, tylko że… wcześniej po prostu się nad tym nie zastanawiał. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu ratunku, ale oczywiście napotkał spojrzenie Malfoya zamiast Rona, które w dodatku wydawało się jeszcze bardziej „nie-wiem-o-co-chodzi" niż jego własne.
– Wcześniej Stworek nie chciał normalnie spełniać poleceń Syriusza ani moich – wyjaśnił Draconowi Harry, grając na zwłokę. – On… obrażał wszystkich, którzy się tu pojawiali, mniej więcej tak jak portret matki Syriusza – dodał, wiedząc, że Malfoy już poznał możliwości tego szczególnego obrazu.
– Nie zmieniaj tematu! – prychnęła Hermiona. – Nie tęsknię za tym, ale wcześniej nawet groźby Syriusza nie działały, więc…?
– No, wiesz… – bąknął niepewnie Harry, czując się jak na lekcji eliksirów. – Możliwe, że zasugerowałem, że oddamy go tobie. I że ty będziesz mu płacić. No i… że będzie musiał ubierać się jak Zgredek. Wiesz, dużo nowych, kolorowych ubrań. Możliwe także, że zaprosiłem tu Zgredka, żeby Stworek zobaczył to na własne oczy.
Harry nie śmiał podnieść wzroku na przyjaciółkę. Wiedział, że w złości potrafi być gorsza od pani Weasley, a temat skrzatów domowych był zawsze drażliwy… Hermiona jednak nie wydawała się zła. Zaśmiała się nawet cicho.
– Sprytnie, Harry – pochwaliła. – Faktycznie, mnie nienawidził najbardziej – dodała rozbawiona.
– Taa… Więc, słuchaj… jakbyś mogła nie informować go, że, no wiesz… Że byś go nie wzięła. Byłoby miło.
Hermiona nie odpowiedziała. Wpatrywała się ze skupioną miną w Malfoya, który wyglądał, jakby w pobliżu ponownie znalazła się Augusta Longbottom – czyli na o wiele bardziej niepewnego niż zazwyczaj. Splótł palce, podrygiwał nierytmicznie nogami i zerkał nerwowo na swoich towarzyszy. Hermiona uznała, że całą swoją postawą aż krzyczy, że ma im coś do powiedzenia, ale nie jest pewien, czy to dobry pomysł.
– Draco? Coś się stało? – spytała łagodnie.
Odpowiedzi, jakiej udzielił, zdecydowanie się nie spodziewała. Zawsze – choćby pozornie – opanowany Ślizgon wstał, oznajmił, że nic się nie stało, usiadł, wziął łyk kakao, stwierdził, że jest bardzo wykwintne, skrzywił się, wstał ponownie, stwierdził, że to wszystko bez sensu, po czym zrobił dwa okrążenia wokół stołu, powtarzając w kółko, że o nic mu nie chodzi i dlaczego miałoby, a w końcu opadł na swoje miejsce, obwieszczając, że to zrozumiałe, nie ma pretensji i byłby bezrozumnym Puchonem, gdyby oczekiwał czegoś innego. Wszystko to zrobił w towarzystwie wodzących za nim spojrzeń dwóch zdumionych do granic możliwości Gryfonów.
– Emm… Draco? – po tym przedstawieniu nawet elokwencja Hermiony wydawała się być na urlopie. – Bo chyba jednak chciałbyś może… coś nam powiedzieć? Ee… porozmawiać?
Malfoy podniósł na nią zrezygnowane spojrzenie. Niepokojące wrażenie, że właśnie zachował się jak tenże bezrozumny Puchon, nie chciało go opuścić. Westchnął cicho. Uznał, że nie ma wyjścia i powinien im to wyjaśnić. Mogłoby być tylko gorzej, jeśli do tego wszystkiego doszłoby przekonanie, że jest wariatem.
– Słuchajcie, ja… po prostu ta wasza rozmowa o skrzacie była pierwszą normalną, jaką słyszałem, od kiedy tu się pojawiłem. I wiem, że dotąd nasze, ee… kontakty były raczej – mówiąc oględnie – nieprzyjemne, przyznaję też, że głównie z mojej z winy, i rozumiem, że za szybko o tym nie zapomnicie, ale po prostu mam już dość takich rozmów! – zakończył Draco gwałtownie.
Gryfoni wymienili pytające spojrzenia. Nadal nie do końca rozumieli, o co chodzi Malfoyowi.
– Jakich rozmów? – spytała ostrożnie Hermiona. – Czyżbyśmy cię czymś urazili?
– Nie! – krzyknął wzburzony Ślizgon. – I właśnie takich rozmów! Czuję się cały czas jak na proszonej kolacji z rodzicami u jakiejś Bardzo-Ważnej-Osoby-Na-Której-Trzeba-Zrobić-Wrażenie. Skaczemy wokół siebie jak ten przyg… jak Hagrid wokół sklątek. Zobacz, zachowałem się przed chwilą jak idiota, a wy, zamiast normalnie mnie wyśmiać czy rzucić jakąś ciętą uwagę, wymieniacie przestraszone spojrzenia i pytacie, czy mnie nie uraziliście!
Tym razem Harry z Hermioną spojrzeli na siebie porozumiewawczo i uśmiechnęli się. Rozmawiali już o tym wcześniej, nie sądzili tylko, że Draco dojdzie do takich wniosków.
– Słuchaj, ty uważasz, że odnosimy się do ciebie w taki sposób ze względu na hm… twoją wcześniejszą wrogość? – postanowił upewnić się Harry.
Malfoy tylko skinął głową.
– To nie tak. Już zanim się zjawiłeś, ustaliliśmy, że to dobrze, że zmieniłeś strony i no… mniej więcej, że puścimy to w zapomnienie, bo w końcu na pewno nie będzie ci łatwo.
Tym razem Malfoy w odpowiedzi wymamrotał coś kompletnie niezrozumiałego, a jego twarz przyozdobił bladoróżowy rumieniec.
– Przestań – mruknął Harry. – To normalne. Więc no… naprawdę nie mamy nic przeciwko tobie, chociaż może Hermionie należałoby się jakieś „przepraszam" za te szlamy – uśmiechnął się złośliwie chłopiec.
Malfoy ponownie skinął głową i przygryzł wargi.
– Skoro to nie chodzi o to, co było wcześniej, to dlaczego? – zapytał.
Tym razem to Harry się zarumienił i wbił wzrok w podłogę.
– Och, Harry, daj spokój – rzucił zniecierpliwiony Malfoy. – Miejmy to już za sobą. Skoro nawet mówimy do siebie po imieniu, to załatwmy i to. Nie chcę przepuścić więcej okazji, w których mogę pośmiać się z tej wszy Hermiony, a i tobie pewnie dobrze zrobi możliwość podstawienia mi nogi zamiast otwierania drzwi!
I Harry wyjaśnił w imieniu swoim i Hermiony. Mówił o tym, że nie chce zmieniać decyzji, ale że mimo to czuje się winny wobec niego w kontekście grożącego mu Azkabanu. O tym, że nie był pewny, jak Draco odbiera swoją zmianę stron. O tym, że nie wiedział, czy Draco w ogóle życzy sobie znajomości z nimi, bo w końcu wystarczy, że sojusznicy będą współpracować. A Draco słuchał w ciszy, czasami jedynie potakująco kiwając głową.
A kiedy Harry skończył, Draco zabrał głos. Nie przepraszał. Po prostu również starał się wyjaśnić, może nawet usprawiedliwić, jednak widać było, że nie żąda wybaczenia, raczej – zrozumienia jego motywów. Jedynie na końcu swojej krótkiej przemowy zrobił wyjątek – kiedy, zaczerwieniony już dość mocno, przeprosił Hermionę za nazywanie jej szlamą. A Hermiona przyjęła przeprosiny nonszalanckim skinięciem głowy, ale wyglądała na równie przejętą. Nie słowami arystokraty, a jego wyglądem – bo Draco wyglądał tak żałośnie, tak bardzo było widać, że mu głupio, że Hermiona – mimo że obiecywała sobie wcześniej, że nigdy, przenigdy tego nie zrobi – wybaczyła mu bez mrugnięcia okiem.
Kiedy nie zostało nic więcej do powiedzenia, siedzieli w ciszy, wpatrując się przez okno w wieczorne niebo. Żadne z nich nie czuło się już w obowiązku prowadzenia wymuszonych konwersacji, jednak nagle Harry odchrząknął, zwracając na siebie uwagę towarzystwa.
– Emmm… Draco? – zaczął z niewinną miną. – Wspominałeś w sumie o tym, że teraz możemy już o wszy, potykaniu i tak dalej, nie?
Malfoy, ukrywając zaciekawienie, potwierdził skinięciem głowy.
– No, bo wiesz, jest coś, co chcę ci powiedzieć, od kiedy Tonks wpadła na obiad, czyli od… – tu zerknął na zegarek – Od jakichś sześciu godzin.
Ślizgon spojrzał wyczekująco na Harry'ego, który aktualnie złośliwie się uśmiechał.
– Wiesz… nie wiem, jak tam zwyczaje w starych rodach czystej krwi… ale u nas… raczej chodzi się z zapiętym rozporkiem.
Na dwa dni przed wyjazdem do Hogwartu Hermiona siedziała zwinięta w kłębek na fotelu w bawialni i czytała książkę o fascynującym tytule „Wiedza o czarodziejskim społeczeństwie. Polityka XIX i XX wieku". Co jakiś czas przeciągała się jak kotka, chcąc rozprostować kości. W jednym z takich momentów znaleźli ją chłopcy i stanęli, przestępując z nogi na nogę. Gryfonka uniosła brwi i spojrzała na nich ponaglająco. Jej spojrzenie mówiło „zamelduj, co chcesz, i won, czytam!".
– Hermiono, a umiałabyś rzucić takie zaklęcie powiększające pomieszczenie jak Dumbledore na zebraniu? – zaczął bez wstępów Harry, patrząc na przyjaciółkę z podejrzanie niewinnym wyrazem twarzy.
– Nie wiem, Harry – odparła szczerze dziewczyna. – Nigdy nie próbowałam. Znalazłam inkantację, ale nie jestem pewna, czy potrafię powtórzyć ruch nadgarstka w końcowej fazie – wyjaśniła zamyślona.
– Och, na pewno by ci się udało! W końcu jesteś najmądrzejszą czarownicą, jaką znam! – zawołał Draco z przymilnym uśmiechem.
Granger zmrużyła oczy i przyjrzała się chłopcom z uwagą.
– A po co wam to zaklęcie?
Harry wzruszył ramionami.
– No wiesz, nie możemy stąd wychodzić, ale pomyśleliśmy sobie, że jakbyś nam tak porządnie powiększyła któryś pokój, to moglibyśmy polatać na miotłach – oznajmił, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Hermiona potrząsnęła głową.
– Nawet gdyby mi się udało, Harry, to nie mogłabym zrobić tego tutaj. To znaczy, mogłabym, ale tej dodatkowej, wyczarowanej przestrzeni nie obejmowałyby zaklęcia ochronne, więc odpada.
– Więc jak Dumbledore ostatnio…?
– Nie jestem pewna. – Hermiona zagryzła wargi. – To może mieć związek z tym, że dyrektor ustawiał obecne bariery Kwatery Głównej. Potencjalnie dało mu to możliwość rozciągnięcia ich; to łatwiejsze niż tworzenie zabezpieczeń od nowa. Sprawdziłabym, tyle że musiałabym skoczyć do domu po książkę.
– Czyli nie rzucisz tego zaklęcia? – spytał nadąsany Malfoy.
Hermiona pokręciła z rozbawieniem głową, ale zanim sformułowała odpowiedź zrównującą inteligencję Dracona z ziemią, do okna zapukała wielka jasnobrązowa sowa. Dziewczyna podniosła się i wpuściła ptaka do środka. Ten podleciał do Harry'ego i upuścił mu na kolana list.
Chłopiec podniósł ostrożnie kopertę i przyjrzał się jej uważnie. Pieczęć Hogwartu. Pismo przypominające bardziej starodawną kaligrafię niż zwyczajny, naturalny charakter. Harry skrzywił się lekko, obracając kopertę w dłoniach. Dobrze wiedział, kto jest nadawcą listu, i wcale nie był z tego powodu zadowolony. Czego może chcieć? Chyba nie będzie wymagał zmiany zdania w sprawie Dracona? Ciekawe, czy udałoby mi się przetrzymać sowę do jutra i udawać, że się spóźniła… Ptak jednak jakby wyczuł jego myśli i uszczypnął go w ucho. Harry machnął ręką, odpędzając zwierzę, ale Hermiona była szybsza. Złapała sowę, pogłaskała ją pieszczotliwie po głowie, po czym przywołała z kuchni miseczkę z wodą i przysmak dla ptaków.
– Może otworzysz ten list, Harry? Nie wygląda na bombę – powiedziała ironicznie.
– Nie byłbym tego taki pewien. To od Dumbledore'a. Boję się, że…
– Oszalałeś?! Otwieraj natychmiast! Nieważne, czego ty się boisz, teraz jesteś członkiem Zakonu i nie odpowiadasz tylko za siebie! Tam może być coś ważnego – złościła się dziewczyna, wpadając w mentorski ton.
– Dobrze, już dobrze – mruknął zirytowany Harry, chcąc uniknąć kazania. Wiedział, że w gruncie rzeczy Hermiona miała rację, ale to wcale nie poprawiało mu humoru. Łatwo jej mówić. W końcu to nie ona podpadła na zebraniu i nie ona dostała teraz list.
– Prosi, żebym wpadł do niego do gabinetu. Dzisiaj – oznajmił Harry grobowym głosem, kiedy w końcu przeczytał wiadomość. – Pisze, że musi ze mną porozmawiać.
– No to na co czekasz, Harry? Idź. Ja w tym czasie skoczę do domu po tę książkę i od razu pożegnam się z rodzicami, a Draco dokończy zadanie domowe z transmutacji – zarządziła Hermiona nieznoszącym sprzeciwu tonem i skierowała się w stronę kominka, po czym jeszcze na moment odwróciła się w stronę Malfoya.
– Aha, i jak wróci Syriusz, to mu przekaż, gdzie jesteśmy.
– Tak, mamo – wymruczeli obaj, wzruszając ramionami. Nawet Draco nauczył się już, kiedy nie należy spierać się z Hermioną.
Kiedy Harry wyszedł z kominka, za biurkiem czekał już na niego uśmiechnięty Dumbledore. Chłopiec nie był pewny, czego ma się spodziewać, więc wymamrotał coś na kształt powitania, zrobił parę kroków do przodu i przystanął, wpatrując się w Fawkesa z takim skupieniem, jakby miało od tego zależeć jego życie.
– Widziałeś już Fawkesa, Harry – zauważył łagodnie dyrektor. – Może usiądziesz?
– Tak, panie profesorze, dziękuję. Ee… chciał mnie pan widzieć.
– Owszem. Chciałem porozmawiać o ostatnim zebraniu.
Harry skrzywił się na te słowa. Przecież wiedział o tym od momentu otrzymania listu.
– Przepraszam, panie dyrektorze, ale ja naprawdę nie mogłem…
– Och, Harry. Obawiam się, że mnie źle zrozumiałeś. To ja pragnę powiedzieć, że mi przykro – wyjaśnił Dumbledore. – Nie pomyślałem nawet o twoich planach dotyczących późniejszej kariery. Prawdę mówiąc, ostatnio nieczęsto zdarza mi się wykraczać w zamierzeniach poza wojnę, więc… – urwał dyrektor, wzdychając ciężko. – W każdym razie, to nie było celowe i nie chciałbym, żebyś uznał, że twoje marzenia są dla mnie nieistotne. Poza tym miałeś rację, ty już wystarczająco poświęciłeś dla tej wojny…
Harry rozdziawił usta ze zdziwienia.
– Eee… w porządku, proszę pana – mruknął. – To nie pana wina. Po prostu… – Chłopiec zawahał się, nie będąc pewnym, czy wypada to powiedzieć – Po prostu dotąd pan starał się robić wszystko, co dla mnie najlepsze. Chronił mnie pan, nawet ustalał miejsce spędzania wakacji, żeby tylko mi się nic nie stało. Przejął pan automatycznie obowiązki mojego opiekuna, a ja nie protestowałem. W pierwszej chwili byłem więc zdziwiony, że nagle, no... oczekuje się ode mnie, że zrezygnuję z czegoś dla Malfoya. Chyba profesor Snape ma rację – zakończył z łobuzerskim uśmiechem. – Naprawdę jestem rozpuszczonym bachorem.
Dumbledore zachichotał.
Przez chwilę rozmawiali jeszcze o tym, jak układa mu się życie pod jednym dachem z Draconem i Hermioną, aż w końcu Harry zaczął się zbierać do powrotu na Grimmauld Place. Pożegnanie jednak przerwało pojawienie się Snape'a w kominku.
Mistrz eliksirów nawet nie spojrzał na chłopca. Podszedł szybkim krokiem do biurka, wbił wzrok w dyrektora i oznajmił sucho:
– Grangerowie przeniesieni. Moja pozycja ponownie pewna. Od południa obserwują dom, atak za pół godziny.
– Ach, Seve… – zaczął dyrektor, jednak przerwał mu zduszony okrzyk Harry'ego.
– Grangerowie?!
– Nie przerywaj, Potter, to nie two…
– Zamknij się! – warknął rozemocjonowany chłopiec. – Panie dyrektorze, Hermiona wybierała się do domu! Miała iść zaraz po mnie!
