Beta: SzmaragDrac
4. Żeby wygrać wojnę
Gdyby Harry miał opisać, jak wyglądała reakcja na jego słowa, miałby problem – nie stało się nic, czego podświadomie oczekiwał. Mianowicie w gabinecie nie zapadła nagle głęboka cisza. Snape nie wrzeszczał na niego ani nie obrażał Hermiony. Dumbledore nie wziął świszczącego wdechu, nie złapał się za serce ani nie wyglądał jak ofiara zawału. Właściwie – gdyby jednak Harry musiał coś na ten temat powiedzieć – porównałby mężczyzn do Dudleya, kiedy ten brał jakieś prochy, by szybciej nauczyć się do egzaminów.
Ich spojrzenia momentalnie się wyostrzyły, a ruchy stały się szybkie, ostre i absolutnie kontrolowane. Dumbledore wyprostował się w fotelu jak struna, Snape stanął niemal na baczność. W jednej chwili spojrzeli na siebie i wpatrywali tak przez dwie, może trzy sekundy.
– Severusie, ja nie…
– Wiem.
– Potrzebujesz…
– Wezmę Pottera.
Dumbledore ściągnął brwi. Harry siedział z otwartymi ustami. Powinienem powiedzieć bliźniakom, że muszą się jeszcze dużo nauczyć, pomyślał bez sensu. Potrząsnął głową i spróbował skupić na dalszym ciągu enigmatycznej rozmowy.
– Albusie, bez niego…
– Dobrze – uciął dyrektor. – Ale daj mu…
– Oczywiście.
– I jeśli coś…
– Wiem, wtedy wszystko – odparł szybko Snape z ledwie zauważalnym skrzywieniem warg. – Potter, za mną! – zakończył już swoim normalnym warknięciem i wyszedł z gabinetu.
Harry był tak skołowany tym, co właśnie usłyszał, że bez sprzeciwów pomaszerował za mistrzem eliksirów. Nie pożegnał się nawet z dyrektorem, ale miał niejasne wrażenie, że nikt tego nie oczekiwał.
Snape czekał na niego przy kamiennej chimerze. Harry nie był pewny, czego powinien się spodziewać. Po głowie błąkało mu się coś o tym, że kilka minut wcześniej kazał się zamknąć znienawidzonemu nauczycielowi, ale ten nawet o tym nie wspomniał. Machnął tylko ręką i szybkim krokiem skierował się w stronę lochów. Chłopiec musiał za nim biec. W głowie kłębiły się mu dziesiątki pytań, ale za każdym razem gdy miał jakieś zadać, gryzł się w język. Był zaniepokojony zachowaniem Snape'a, zwłaszcza tym niesamowitym skupieniem. Miał wrażenie, że jeśli tylko przerwie je jakimś słowem, stanie się… Harry sam nie wiedział co. Coś strasznego. Zdawał sobie sprawę, że było to kompletnie irracjonalne, ale nic nie mógł na to poradzić.
Dylemat chłopca został rozwiązany, gdy weszli do gabinetu Snape'a. Nauczyciel spojrzał na Harry'ego; po raz pierwszy tego dnia wyglądał, jakby się wahał. W końcu wzruszył ramionami i odezwał się z wyraźną rezygnacją:
– Idź na Grimmauld Place, Potter. Weź miotłę, pelerynę niewidkę i wracaj natychmiast – zdejmę blokadę kominka tylko na kilka minut.
Harry zastanawiał się, dlaczego nie mógł przenieść się od razu z gabinetu Dumbledore'a, ale zachował te myśli dla siebie. Posłusznie wziął ze wskazanej mu miseczki garść proszku Fiuu i wykonał polecenie.
Severus Snape nie mógł się zdecydować. Miał problem, a bardzo nie lubił mieć problemów. Zwłaszcza problemów dotyczących Pottera, a aktualny był właśnie jednym z nich.
Dumbledore postawił sprawę jasno. Nie pójdzie uratować dziewczyny, bo cały plan wzmocnienia pozycji Snape'a przez wskazanie ukrytego domu rodziców Granger weźmie w łeb. Pomóc Gryfonce mógł tylko Snape, ale pod warunkiem że nie naruszy to jego wiarygodności w oczach Voldemorta. Co oznaczało mniej więcej tyle, że musiał wymyślić dobry powód, dla którego znalazłby się ponownie na miejscu planowanego ataku. W tamtym momencie za jedyną możliwość uznał Pottera i tu właśnie zaczynały się problemy. Bo o ile życie i wiarygodność szpiega były ważniejsze dla wyniku wojny od życia uczennicy, o tyle życie Pottera było sprawą absolutnie nadrzędną, dla której powinien w ostateczności dać się zdemaskować, torturować czy zamordować.
Snape ze złością zamieszał eliksir, który przygotowywał dla Pottera. Przeklęty bachor, pomyślał. Pewnie niczego nie zrozumie…
Bo mistrz eliksirów, choć nie był z tego zadowolony, rozumiał i akceptował plany i hierarchię dyrektora. Był jednak przekonany, że emocjonalność tego dzieciaka na to nie pozwoli. Uśmiechnął się złośliwie na myśl o reakcji Pottera na słowa „wracamy, zostawiamy Granger, nie mogę się zdemaskować". Wiedział jednak, że musi wyjaśnić to jakoś Potterowi, żeby ten nie zaryzykował jego pozycji nawet nieświadomie. Z drugiej strony – i to właśnie rodziło wątpliwości Snape'a – bachor mógł wykorzystać to do ratowania tej przemądrzałej Gryfonki. Gdyby Potter dowiedział się, że wszystko przestałoby się liczyć, kiedy znalazłby się w niebezpieczeństwie, mógłby specjalnie wystawić się na atak, żeby tylko Snape ściągnął Dumbledore'a i cały Zakon, jeśli byłoby to konieczne do ratowania dziewczyny.
Ponure myśli mistrza eliksirów przerwał wychodzący z kominka Harry.
– Przyniosłem, panie profesorze – powiedział, unosząc miotłę i pelerynę.
– Wypij to – warknął Snape i podał mu fiolkę z eliksirem.
Jakby tu…
– Potter! Czy zdajesz sobie sprawę, że nic – absolutnie nic – nie jest ważniejsze od tego, żeby nie dać Czarnemu Panu powodów do zwątpienia w moją lojalność?
– Ee… rozumiem, proszę pana.
– Czy aby na pewno? – zadrwił Snape. – Nic oznacza również życie twojej drogiej przyjaciółki, Potter...
Harry przełknął nerwowo ślinę i spojrzał na nauczyciela.
– Rozumiem – powtórzył cicho po chwili.
Snape uznał, że dzieciak wygląda, jakby było mu niedobrze. Zrobił się zielonkawy na twarzy, ale w jego oczach płonęła determinacja. Mężczyzna już miał przycisnąć go jeszcze bardziej, jednak okazało się, że chłopiec nie skończył.
– Rozumiem i… i postaram się nie zrobić niczego, co mogłoby temu zagrozić – wyszeptał. – Ale… ale nie… nie mogę obiecać, że nie zrobię wszystkiego, by uratować Hermionę. Nawet jeśli… no… po prostu nie będę brał pod uwagę pana, o to chodzi?
– Mniej więcej, Potter – nauczyciel spojrzał na niego z zagadkowym wyrazem twarzy. – Tylko jeśli już postanowisz stworzyć jakiś własny plan ratunkowy, to bądź tak łaskaw pamiętać o treści przepowiedni. Martwy nie zabijesz Czarnego Pana.
Właściwie to czemu nie? Niech dzieciak myśli, że jeśli zrobi coś głupiego, będzie zdany tylko na siebie. Może to go powstrzyma.
– To znaczy… Możemy pomóc Hermionie, o ile to nie zagrozi pańskiej roli szpiega ani… ani mojemu życiu, tak? – zapytał piskliwym głosem Harry w nagłym przebłysku geniuszu. – A Dumbledore zamiast… zamiast…
– Dumbledore jest od tego, żeby dowodzić, a nie niańczyć uczennice tak głupie, że nie są w stanie usiedzieć na tyłku mimo jasnych poleceń – warknął Snape.
I szlag trafił wszystkie plany…
– Czy twój mały móżdżek może pojąć, że to jest wojna, a każda wojna wymaga of…
– Nie ma potrzeby mi tego tłumaczyć, profesorze – przerwał Potter bezbarwnym głosem. – W porządku. Możemy już iść?
Snape spojrzał na chłopaka.
Obraził się? A zresztą… co mnie to obchodzi… Niech Dumbledore później sobie radzi ze swoim Złotym Chłopcem.
– W takim razie za mną, Potter. Rusz się!
Później Harry pamiętał jak przez mgłę wędrówkę do punktu aportacyjnego. Był całkowicie zatopiony w myślach. Wbrew podejrzeniom Snape'a naprawdę rozumiał dyrektora i właśnie dlatego było mu niedobrze. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to było niewłaściwe. Złe. Jak mógłby nie spróbować chociaż pomóc przyjaciółce, nawet jeśli miałoby to narazić jego czy Snape'a? A z drugiej strony… jeśli rzeczywiście miał zabić Voldemorta, to czy miał prawo podążać za własnymi zachciankami? Część Harry'ego chciała się zbuntować podobnie jak przy Malfoyu i robić wszystko, by żyć normalnie. Druga część przywoływała twarze bliskich, którzy na niego liczyli. Syriusz, Remus... Ron, Ginny, Luna, Neville... Państwo Weasley... Nawet Dumbledore i McGonagall. Co stałoby się z nimi wszystkimi, gdyby zginął? Nawet gdyby uratował Hermionę, to przecież bez niego...
Harry odetchnął głęboko, żeby odegnać mdłości. To było takie okropne… Decydować, czyje życie jest więcej warte. Kto jest bardziej przydatny. Wybierać, kogo uratować i jakim kosztem. Najgorsza jednak w tym wszystkim była świadomość, że jego życie miało być najważniejsze. Nawet nie umiał pomyśleć, że po prostu było. W tym momencie oddałby wszystko, żeby nie wiedzieć o przepowiedni. Żeby mógł podejmować własne decyzje, bez poczucia tej koszmarnej odpowiedzialności za wszystkich dookoła. Żeby mógł działać według własnych wartości, według hierarchii, w której on sam nie musi być na szczycie.
Gdy dotarli na miejsce, chłopiec zmusił się, by wysłuchać planu Snape'a. Kiedy nauczyciel nawrzeszczał na niego za to, że Harry nie poinformował go wcześniej, iż Hermiona nie przenosi się prosto do domu, a do niewielkiej czarodziejskiej knajpki położonej kilkanaście przecznic dalej, Harry zareagował tylko wzruszeniem ramion. Niemniej jednak pomogło mu to oprzytomnieć i już w pełnym skupieniu złapał ramię mistrza eliksirów, by się teleportować.
Hermiona szła wolnym krokiem przez podmiejską część Londynu. Miała jeszcze przynajmniej dwie godziny do powrotu rodziców, a pogoda była tak piękna, że nie miała ochoty korzystać z komunikacji miejskiej. Kiedy wyszła z kominka w Karczmie u Mary, zamówiła impulsywnie największą porcję koktajlu kokosowego i teraz było jej trochę za słodko i zdecydowanie zbyt pełno.
Dziewczyna rozglądała się z lekkim uśmiechem po jakże znajomej okolicy. Harry uważał Hogwart za swój dom, Ron miał Norę, a ona – mimo że chętnie przebywała w obu tych miejscach – najlepiej czuła się właśnie tutaj. Wśród jednorodzinnych domków, wypielęgnowanych ogródków, w tej sielskiej, niemal wiejskiej atmosferze, a jednocześnie rzut beretem od szybkiego, miejskiego życia. Wiedziała, że to ostatecznie nie był jej świat i czuła lekką nostalgię na myśl, że raczej nie spędzi tu swojego życia, ale nie mogła nic poradzić, że każda wizyta u rodziców poprawiała jej nastrój.
Rozleniwiona Hermiona przeciągnęła się, nie zwracając uwagi na ewentualnych gapiów. Zresztą wczesnym popołudniem wszyscy dorośli raczej byli w pracy, a dzieci wolały spędzać ostatnie chwile wakacji w zdecydowanie bardziej rozrywkowych częściach miasta. Ulica świeciła pustkami i panna Granger przyjmowała to z zadowoleniem.
Nagle dostrzegła jakiś ruch. Sporo przed nią (nigdy nie była dobra w szacowaniu odległości, ale nie chwaliła się tym), po drugiej stronie ulicy, majaczyły jakieś cienie. Hermiona wytężyła wzrok. To musiało być w okolicach jej domu. Zmarszczyła brwi. Nikogo tam nie powinno być, nikt poza nielicznymi członkami Zakonu nie mógł nawet dostrzec tej posesji. Skręciła w lewo, potem w prawo i znalazła się w uliczce równoległej do tej, na której mieszkała. Puściła się biegiem. Musiała sprawdzić, co tam się działo, a jedynym pomysłem, jaki miała, była obserwacja z jednego z dwóch niewielkich bloków położonych w pobliżu jej domu. Zadzwoniła pod przypadkowy numer, wymamrotała coś niewyraźnie o tym, że zapomniała kluczy, i weszła do środka. Jako dziecko bawiła się tutaj z koleżankami i kolegami w chowanego, skąd mniej więcej pamiętała rozkład budynku. Wbiegła na samą górę, gdzie znajdowała się drabinka prowadząca do klapy na strychu. Cholera, nie miała przecież jak tego otworzyć, musiała znaleźć kogoś, kto by… Potrząsnęła głową.
– Alohomora – mruknęła Hermiona, zakładając, że ministerstwem będzie się martwić później.
Dziewczyna wdrapała się po drabinie i znalazła na niewielkim stryszku. Podeszła do zakurzonego okna, ale prawie nic nie mogła przez nie zobaczyć. Przetarła szybę rąbkiem koszulki, jednak to nie zmieniło niczego poza kolorem jej ubrania. Zaklęła cicho i rozejrzała się. Pamiętała, że okno się nie otwierało, mogła je najwyżej wysadzić, ale to zwróciłoby uwagę wszystkich w promieniu mili. Do dyspozycji miała jeszcze stare meble, rozpadającą się suszarkę na pranie i worki pełne zapomnianych zabawek. Hermiona pokręciła bezradnie głową i podeszła do kąta, w którym znajdował się uchwyt klapy stanowiącej jednocześnie schody na dach. Mechanizm był prosty, wystarczyło mocno szarpnąć i opuścić na podłogę klapę, która z drugiej strony miała przymocowane deski – stopnie. Dziewczyna przygryzła wargi. Jeżeli dobrze pamiętała, to wyjście prowadziło pod skośny daszek, tak mały, że na pewno nie ochroni jej przed niczyim wzrokiem. Nie miała jednak wyboru. W końcu chodziło o jej rodziców. Hermiona wzięła głęboki oddech i wyszła na dach.
„Jak ci idzie unikanie tłuczków, Potter?", przypomniał sobie Harry drwiące pytanie Snape'a, kiedy wzbijał się w powietrze. Cóż, pomijając te, przy których majstrował Zgredek – całkiem dobrze, a przynajmniej taką miał nadzieję. Liczył też po cichu, że eliksir zwiększający refleks zrobi swoje. Zresztą teraz i tak było już za późno na zmianę planów.
Harry wyleciał zza załomu jednego z domów i wzbił się wyżej. Na dźwięk aportacji Snape'a zrzucił pelerynę, przytwierdził ją do siebie zaklęciem i ruszył szybko w kierunku domu Hermiony.
– Potter!
Chłopiec usłyszał wściekły ryk mistrza eliksirów i odruchowo przełknął ślinę. Wiedział, że to wszystko jest grą, ale mimo wszystko… Jak ktokolwiek mógł mieć wątpliwości co do lojalności Snape'a po takim dźwięku? Przecież nienawiść aż wibrowała w jego głosie…
Koło Harry'ego świsnął różowy promień. Chłopiec natychmiast poderwał miotłę i mimowolnie zanotował w pamięci, że Snape zna różowe klątwy. Potrząsnął głową i nakazał sobie skupienie. Nauczyciel słał za nim jedno zaklęcie za drugim. Najmniejszy błąd mógł go kosztować życie. Chłopiec zaczął tak szybko zmieniać kierunek lotu, że poruszał się niemal zygzakiem. Starał się jak najczęściej robić coś nieprzewidywalnego, żeby zmylić „przeciwnika". Raz zawrócił w jego stronę, innym razem wystrzelił prosto w niebo, by za chwilę ostro pikować w dół, zrobić beczkę tuż przy ziemi i wlecieć między zaparkowane przed jakimś blokiem samochody.
Nagle klątwy przestały za nim lecieć. Harry wiedział, co to oznacza. Zwolnił na moment, by usłyszeć trzask deportacji i wyjął różdżkę. Za chwilę Snape pojawi się tuż przed ogłupiałymi jeszcze śmierciożercami, za chwilę będzie miał na głowie ich wszystkich… Chłopiec podleciał ostro w górę i z – wydawałoby się – bezpiecznej odległości zaryzykował krótkie spojrzenie w stronę przeciwników.
Czterech śmierciożerców stało przed domem Hermiony i wpatrywało się z bezbrzeżnym zdumieniem w Snape'a wywrzaskującego do nich polecenia. Nauczyciel aportował się dwa domy przed nimi, krzyczał coś i machał rękami, wskazując na Pottera, po czym posłał w jego kierunku dwie klątwy. Jednej Harry uniknął z trudem, druga – Cruciatus – była wyjątkowo niecelna. Chłopiec nie zdążył nawet zastanowić się, czy mistrz eliksirów specjalnie posłał Niewybaczalne tak daleko, bo za chwilę pozostali do niego dołączyli. Jeden, z wyraźnym podekscytowaniem, zaczął rzucać Avadę za Avadą.
– Nie zabijać go, kretyni! Czarny Pan chce go żywego! – wydarł się Snape i posłał w kierunku Pottera Drętwotę.
Harry już po kilku chwilach był nieziemsko zmęczony. Z każdej strony atakowali go, nie miał nawet możliwości wykonania pełnych zwodów, nie wspominając już o użyciu różdżki; było za ciasno. Miał wrażenie, że rzuca się jak oszalały między latającymi wokół niego zaklęciami. Musiał odpocząć choć przez moment i wyrwał nagle prosto w górę. Wstrzymał miotłę i przez ramię rzucił zaklęcie oszałamiające, ale chybił, za to jednemu ze śmierciożerców udało się trafić go tnącym w ramię. Zapiekło. Harry natychmiast przycisnął rękę do boku i gwałtownie skręcił w prawo.
Po kolejnej chwili karkołomnych ewolucji pozwolił sobie na krótkie zerknięcie w dół. Śmierciożercy byli w ferworze walki już na tyle, że Snape ostrożnie się wycofał i zaczął rozglądać za Hermioną. Jeszcze tylko dla niepoznaki od czasu do czasu słał w stronę chłopaka jakąś klątwę. Harry nie mógł się powstrzymać i rozejrzał się dokładniej. Poczuł, jak wnętrzności skręcają mu się z nerwów. Nigdzie nie było Hermiony.
Plan Snape'a był prosty i w swojej prostocie genialny. Potter leci na miotle i ściąga na siebie uwagę śmierciożerców, Snape, markując walkę z Potterem, podrzuca Hermionie świstoklik, dziewczyna przenosi się na Grimmauld Place, Potter ucieka, Snape wraca do Czarnego Pana, zrzuca winę na pozostałych śmierciożerców i kilka Cruciatusów później jest z powrotem w Hogwarcie. Łatwizna. Jednak ponieważ nie było zbyt wiele czasu, powstała jedna wersja planu. Nie było też planu B, C, o D nie wspominając. Jeden jedyny plan A zakładał najgorszy scenariusz – obecność Granger miała zostać odkryta, a dziewczyna – walczyć ze śmierciożercami lub leżeć gdzieś pokonana. Tymczasem Granger nie było.
Przecież musiała ich zobaczyć, pomyślał zrozpaczony Harry. I chociaż nie była tak w gorącej wodzie kąpana jak on, to na pewno nie zignorowałaby faktu, że śmierciożercy atakują dom jej rodziców! Chłopiec nie wytrzymał, spojrzał z paniką na Snape'a i poleciał wysoko w górę. Za wysoko, ale skoro nigdzie nie było Hermiony, to odciąganie ich uwagi było pozbawione sensu.
Kiedy śmierciożercy stali się dla Harry'ego wielkości mniej więcej biedronek, zaczął zataczać szerokie koła. Musiał znaleźć przyjaciółkę, a nie wierzył, żeby tak po prostu wróciła na Grimmauld Place.
Nagle zauważył coś jakby nieregularną plamę na dachu jednego z budynków, który mijał po drodze do domu Hermiony. Już chciał się rzucić w tamtą stronę, ale coś go tknęło [zdrowy rozsądek – aŁtorka nie mogła powstrzymać tego komentarza] i wyjął ponownie różdżkę.
– Finite Incantatem – szepnął Harry w kierunku peleryny, zarzucił ją na siebie i już nie tracąc czasu, poleciał w kierunku dziwnej plamy.
Plama rzeczywiście okazała się Hermioną. Nieprzytomną Hermioną. Harry z westchnieniem ulgi wylądował obok przyjaciółki, sprawdził, czy śmierciożercy nie patrzą w ich stronę, i wciągnął ją pod pelerynę.
– Hermiono! Hej, obudź się! – szepnął i nie widząc reakcji, poklepał ją po policzku. Ani drgnęła.
Chłopiec przez chwilę jeszcze próbował mało medycznej metody szeptania połączonego ze szturchaniem, szarpaniem i trzepaniem po twarzy, ale rezultat wciąż był taki sam. A raczej – nie było go wcale. W końcu Harry postanowił znaleźć chociaż odrobinę bardziej ukryte miejsce i tam doprowadzić przyjaciółkę do porządku. Dziewczyna przelewała mu się przez ręce, gdy próbował jednocześnie posadzić ją przed sobą na miotle i utrzymać naciągniętą pelerynę. W końcu sapnął z wysiłku, szarpnął Hermionę może trochę zbyt brutalnie i oparł jej plecy o swoją klatkę piersiową. Odetchnął głęboko, chcąc się uspokoić, objął Gryfonkę w pasie i ostrożnie wystartował.
Harry wzbił się w powietrze nie wyżej niż na trzy stopy, chciał się dostać tylko pod dziwną konstrukcję znajdującą się przy przeciwległej krawędzi dachu. Lot był krótki, więcej było do niego przygotowań, jednak chłopiec nie miał pojęcia, jak inaczej miałby przetransportować nieprzytomną Hermionę, miotłę i siebie z jedną peleryną, nie zostając zauważonym przez śmierciożerców.
Kiedy Harry już kucnął nad przyjaciółką w zaciszu niewielkiego daszku, uznał, że przynajmniej przez jakiś czas powinni być bezpieczni. Tamci z dołu nie mogli ich tutaj dostrzec, więc położył miotłę obok dziewczyny i zdjął pelerynę.
– Rennervate – powiedział cicho, modląc się, by zadziałało.
Udało się. Hermiona poruszyła się i zamrugała oczami.
– Co się stało? – wystękała, wodząc półprzytomnym wzrokiem dookoła.
– Cicho – mruknął Harry. – Nie wiem, musiałaś chyba oberwać jakimś zaklęciem… Jak się czujesz?
Hermiona zmarszczyła brwi, jakby usilnie chciała coś sobie przypomnieć. Nagle usiadła gwałtownie.
– Śmierciożercy! Harry, tu są śmierciożercy, rzucili na mnie Drętwotę, mówili coś… – Zastanowiła się chwilę. – Chyba… jakby myśleli, że jestem przypadkowym mugolem! Dlatego nic więcej mi nie zrobili i…
– Ciszej! – ponownie syknął Harry. – Są na dole, kawałek dalej, przy…
– Moi rodzice! – pisnęła Hermiona, podrywając się na nogi. – Moi rodzice wrócą z pracy i…
– Uspokój się, są bezpieczni.
– Ale…
– Hermiono, usiądź, zobaczą nas! Twoim rodzicom nic nie jest, zostali wcześniej przeniesieni.
– Harry, ale tam…
– Nie wiem dokąd, ale to jakiś plan Dumbledore'a – wyjaśnił Harry, z irytacją patrząc na coraz większe przerażenie Hermiony. Przecież mówi jej, że wszystko w porządku, a ona…
– Harry, ale tam na dole jest jeszcze…
– Tak, Snape, przyszedł ze mną i to on ma świstoklik. Słuchaj, musimy…
– Zamknij się! Harry, na dole jest Voldemort!
