Dziękuję za komentarze! Dobrze wiedzieć, że ktoś zagląda i czyta. Nie mówiąc o tym, że karmią wena, co jest chyba oczywiste.

Na razie rozdziały dość często, jako że naprodukowałam ich do numeru 11., później - zobaczymy. Jednak spokojnie, średnio wychodzi mi 2-4 na miesiąc, jeśli nie pojawiają mi się jakieś brzydkie pożeracze czasu - więc to nie tak, że nagle na aktualizację będzie trzeba czekać miesiącami. :P


ROZDZIAŁ PIĄTY – POŚWIĘCENIE


– Crucio – syknęła wysoka postać w czarnej szacie, wskazując różdżką na Severusa Snape'a. – Poleciłem ci być w Hogwarcie i pilnować, by ten stary miłośnik mugoli nie wchodził mi w drogę. A jednak znajduję cię tutaj, Severusie…

Skulony mężczyzna zagryzł wargi, z których – mimo klątwy – nie wydostał się jeszcze żaden dźwięk.

– Panie, dowiedziałem się, że Potter…

– Nie prosiłem o wyjaśnienia, Severusie – odparł Voldemort z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach. – Nie wypełniłeś mojego rozkazu, jesteś tutaj, zapewne by uratować rodziców tej szlamy… Czyż nie tak, mój niewierny sługo?

– Nie, mistrzu – wystękał mistrz eliksirów.

Cruciatus był silny, ale Snape znosił już gorsze tortury. Ta nie była problemem. Jak dotąd. W każdym razie jeszcze mógł jasno myśleć i mówić.

– Błagam o wysłuchanie, panie. Potter przybył tutaj, walczyliśmy z…

– Minął czas, kiedy wierzyłem w twoje zapewnienia, Severusie – przerwał Czarny Pan niemal z radością. – Teraz, kiedy twoja zdrada ostatecznie jest pewna, nie będę cię potrzebował. Zawiodłeś mnie, jednak nie jestem zdziwiony. Od dawna podejrzewałem twoją podwójną grę… Wiesz, jak kończą zdrajcy, prawda? Moi słudzy… Należy im się trochę zabawy. Ciekawe, czy ten stary głupiec rozpozna twoje ciało, gdy je tutaj odnajdzie, cóż… szkoda tylko, że tego nie zobaczę.

Przemowę Voldemorta przerwało zmaterializowanie się węża u jego stóp. Przerwał Cruciatus, spojrzał ze złością i pewnym zaskoczeniem na gada, po czym machnął różdżką tak, że ten zniknął w kłębach czarnego dymu.

– Czy to jakiś dowcip, Severusie? – spytał ze złowrogą miną, unosząc różdżkę.


– Zadowolony?! – fuknęła Hermiona i spojrzała z mieszaniną irytacji i niepokoju na Harry'ego.

Chłopiec jakby nie dostrzegał jej zniecierpliwienia, bo tylko przytaknął z podekscytowaniem. Przeturlał się na miejsce obok dziewczyny tak, żeby nie można było dostrzec ich z dołu. Z jego miny wynikało, że stało się dokładnie to, czego się spodziewał.

– Hermiono, widziałaś?! W ogóle nie zareagował na tego węża, Voldemort by… nie wiem, na pewno zrobiłby coś innego! Chciałby się dowiedzieć od niego, jak się tu znalazł albo coś! Bo dlaczego wężousty miałby go odesłać?! – przekonywał Harry gorączkowo.

– No nie wiem, może dlatego, że jest zajęty torturowaniem zdrajcy? – odparła z ironią dziewczyna.

Wbrew pozorom Hermiona czuła się bezradna i tylko maskowała to sarkazmem. Nie była pewna, jak dała się namówić Harry'emu na ten idiotyczny pomysł z wężem, ale właściwie nie miała innego wyjścia. Kiedy jej przyjaciel oznajmił, że to nie Voldemort pojawił się na dole i uparł się, żeby to udowodnić, dała w końcu za wygraną. Miała nadzieję, że jeśli już spełni jego zachciankę, będą mogli zająć się… Cóż, sama nie wiedziała czym. Planowaniem powrotu do domu, ratowaniem Snape'a, informowaniem Zakonu… czymkolwiek, co mogło być istotne w tej sytuacji. A rzucenie Serpensortii, ukrycie węża pod Zaklęciem Kameleona, lewitowanie go do stóp Voldemorta i cofnięcie kamuflażu takie nie było, przynajmniej w jej mniemaniu.

– Harry, posłuchaj… – zaczęła niepewnie. – przecież widzisz, że on tam stoi, prawda? Więc może…

– Widziałem też Syriusza schwytanego przez Voldemorta – warknął chłopiec, zły, że przyjaciółka mu nie wierzy.

– Ale to była wizja! A wizja nie torturowałaby Snape'a i byłaby widoczna tylko dla ciebie!

– Jezu, Hermiono! Przecież nie mówię, że to wizja! Chodziło mi tylko o to, że w magicznym świecie są różne możliwości, nie zawsze to…

– Są różne możliwości, tak, ale to nie oznacza, że wszystko jest możliwe! I magia, owszem, nauczyła mnie wierzyć w rzeczy, których nie widać, ale nie odwrotnie! – Hermiona wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić. – Harry, proszę… Posłuchaj mnie. Przecież ty mnie właśnie próbujesz przekonać, że człowiek, który stoi kawałek dalej, nie istnieje, mimo że wszyscy go widzą, mimo że wchodzi w interakcje z otoczeniem.

Harry automatycznie podniósł rękę do czoła i przygryzł wargi. Westchnął.

– Nie, że nie istnieje, tylko, że to nie on. Nie boli mnie blizna. Nie czuję go. A po tym, jak mnie opętał w Ministerstwie…– chłopiec urwał i wzruszył ramionami. – Hermiono, jestem pewny, że to nie on. Nie wiem, jak, kto, ale wiem, że to nie jest Voldemort.

– Z Syriuszem też byłeś pewny, Harry – powiedziała cicho dziewczyna, mimo wszystko patrząc przepraszająco na przyjaciela.

Wiedziała, że ma on wyrzuty sumienia z powodu narażenia ich wszystkich na niebezpieczeństwo, że nie może darować sobie, że jego ojciec chrzestny niemal zginął, ale musiała przemówić mu do rozsądku. Z miny towarzysza wyczytała jednak, że był to próżny wysiłek. Podczołgała się do brzegu dachu i ostrożnie wyjrzała znad gzymsu. Pięciu mężczyzn stało nad Snapem, rozmaite klątwy przecinały powietrze. Hermiona cofnęła się i machinalnie odgarnęła włosy z czoła; podjęła decyzję.

– Dobrze, Harry, teraz to i tak nieistotne. Poczekamy, aż profesor użyje świstoklika i wrócimy. Wyjdziemy drugą stroną budynku, pod peleryną polecimy na Pokątną, a stamtąd zafiukamy do Dumbledore'a – zarządziła energicznie. Poczuła się zdecydowanie lepiej, kiedy porzuciła temat niejasnych przeczuć przyjaciela i mogła zająć się planowaniem dalszych działań.

Harry skinął głową, również nie miał ochoty na kontynuowanie rozmowy o Voldemorcie. Teraz mieli pilniejsze sprawy na głowie. Przykryli się szybko peleryną i podpełzli do krawędzi dachu.

Mijała minuta za minutą. Snape wciąż był torturowany. Voldemort trzymał go przez cały czas pod Cruciatusem, wykrzywiając wargi w groteskowej parodii uśmiechu. Śmierciożercy wykazywali się większą kreatywnością, rzucając rozmaite czarnomagiczne zaklęcia.

Nagle powietrze przeciął przeraźliwy wrzask mistrza eliksirów.

– Podobała ci się moja Sectumsempra, Snape? – krzyknął jeden z popleczników Czarnego Pana. – Może jeszcze raz, co? Żebyś mógł w pełni docenić swoje – he he he – dzieło!

Snape nadal krzyczał, a jego głos był z każdą chwilą coraz bardziej zachrypnięty. W końcu od czarnej, zakrwawionej kupki szmat, znanej również jako naczelny postrach Hogwartu, dobiegały już tylko ciche, pełne bólu jęki.

Harry z Hermioną spojrzeli na siebie przerażeni. Obydwoje zrobili się zielonkawi na twarzach. Dopóki Snape znosił klątwy w ciszy, odbierali to nad wyraz spokojnie, jednak teraz… Dopiero krzyki nauczyciela w pełni im uświadomiły, jak wielkiemu cierpieniu był poddawany.

– Dlaczego on nie wykorzystuje świstoklika? – wycharczała Hermiona, wyrażając na głos to, o czym myślał Harry. – Na co on czeka?

Jęki Snape'a zmieniły się powoli w niewyraźne rzężenie, które już ledwo dobiegało do uszu Gryfonów.

Harry z trudem przełknął ślinę. Nagle zrozumiał zachowanie nauczyciela, tylko że… Westchnął ciężko. Tak bardzo nie chciał tego mówić, tak bardzo nie chciał o tym rozmawiać…

– Hermiono, on go nie użyje – powiedział w końcu słabo. – To był świstoklik dla ciebie, a oni powiedzieli, że zostawią tu jego ciało dla Dumbledore'a…

– Och, Harry! Przenosisz swoją potrzebę ratowania ludzi na innych – bezradnie pokręciła głową dziewczyna. – On zaraz się… on go aktywuje, pewnie tylko czegoś chce albo… Nie wiem, ale… – rozważała gorączkowo i dodała, jakby chciała samą siebie uspokoić – Profesor nie poświęci się dla mnie.

– Nie. Ale dla mnie to zrobi – szepnął chłopiec, po raz kolejny tego dnia czując mdłości. Dlaczego to zawsze musiało tak się kończyć? Dlaczego chociaż raz to on nie mógł cierpieć za kogoś innego? Wiedział, że wszyscy uznaliby to pragnienie za absurdalne, ale Harry od dłuższego czasu borykał się z potężnymi wyrzutami sumienia, które jeszcze zamiast maleć – rosły. Cedrik. Przyjaciele w Ministerstwie. Ranny, bliski śmierci Syriusz. Teraz Snape. Ilu jeszcze? Ile jeszcze osób miało się poświęcać dla niego albo przez niego cierpieć?

Harry westchnął i spojrzał na Hermionę, gotowy, by jej wszystko wyjaśnić. Dziewczyna jednak spojrzała na niego z namysłem i odezwała się pierwsza.

– Masz chyba rację, Harry. W końcu profesor Snape jest po naszej stronie, a bez ciebie nie wygramy, więc możliwe, że on chce nam zostawić świstoklik. To nawet…

– Nie czas na analizę – warknął chłopiec, nagle irracjonalnie zły na przyjaciółkę. Nie podobało mu się, że dla niej momentalnie wszystko zrobiło się tak oczywiste. On to zrozumiał, bo cały czas zastanawiał się, kto będzie musiał się dla niego poświęcić, ale ona? Fakt, że było to jasne również dla kogoś innego… Harry odbierał to tak, jakby wykradziono mu pilnie strzeżony sekret. Ciężko było przyjąć do wiadomości swoje znaczenie dla wojny, jeszcze ciężej – pogodzić się z tym, ale żyć ze świadomością, że wszyscy dookoła wiedzą? Wiedzą, że jego życie jest ważniejsze od ich życia? Że on jest ważniejszy od nich? To było… to było…

– Harry, to przecież nie twoja wina – szepnęła miękko Hermiona, widząc, co przeżywa jej przyjaciel. Położyła mu rękę na ramieniu. – To oczywiste, że tego nie chcesz, ale tak po prostu jest. Nikt z nas nie ma ci tego za złe.

– Nikt z nas? Z nas? – pisnął Harry z rozpaczą w oczach. Mimowolnie wyobraził sobie swoich bliskich siedzących przy stole i ustalających, kto i kiedy będzie miał zaszczyt oddać życie za Chłopca-Który-Przeżył-I-Żyć-Dalej-Musi. – Więc wy… więc wszyscy wiedzą?

– Harry…

– Nie, Hermiono – oznajmił chłopiec z nagłym spokojem, ale i determinacją. – Może masz rację, ale musimy coś zrobić. Musimy uratować Snape'a. Przecież oni go zamęczą!

Hermiona przygryzła wargi. Ona też chciała pomóc mistrzowi eliksirów. Powoli skinęła głową.

– Możemy spróbować – odpowiedziała ostrożnie. – Ale co zrobimy?

– Nie wiem – mruknął chłopiec, ale wizja działania zdecydowanie podniosła go na duchu. –Żeby odciągnąć ich na parę kroków chociaż, to moglibyśmy podlecieć do Snape'a i aktywować świstoklik, może nawet udałoby się nam zabrać razem z nim… Ale dopóki stoją wkoło niego, to nic nie zrobimy, bo sami czymś oberwiemy. Może… gdyby zrobić podobnie do tego, co mieliśmy zrobić ze Snapem, żeby ratować ciebie… No, wiesz, ja na miotle, a ty do Snape'a w pelerynie, ale wtedy nie będziesz miała jak uciec, kiedy już go odeślesz… – zastanawiał się Harry na głos. – Chyba że odwrotnie. Dam ci miotłę, uciekniesz potem na niej, a ja w pelerynie jakoś sobie potem poradzę.

– Harry, przecież mnie trafią pierwszym zaklęciem, ja nie jestem graczem quidditcha – prychnęła Hermiona, niezadowolona, że musi przyznać się do braku umiejętności. – Poza tym ty sam w pelerynie z czwórką śmierciożerców i Voldemortem? Chyba oszalałeś!

– No to już nie wiem – mruknął chłopiec. – Ech, gdyby któreś z nas było brzuchomówcą… Można by coś do nich zawołać z innego miejsca, może na chwilę chociaż przerwaliby rzucanie klątw i moglibyśmy…

– Harry! – wydała zduszony okrzyk Hermiona. – Jesteś genialny!


Kwadrans później Gryfoni byli zakamuflowani tak, jak nigdy wcześniej. Hermiona rzuciła Zaklęcie Niewidzialności na miotłę, Kameleona na siebie i na Harry'ego, po czym obłożyła ich jeszcze kilkoma czarami wyciszającymi. Dopiero wtedy stwierdziła, że są gotowi i pozwoliła przyjacielowi okryć ich peleryną.

Kiedy Harry poderwał miotłę, Hermiona objęła go mocno w pasie. Uznała, że mogłaby nawet polubić latanie, gdyby zawsze miała kogo się trzymać. Napisze o tym do Wiktora, ucieszy… Skrzywiła się lekko, przerywając rozważania. Krum to przeszłość, musi o tym pamiętać! Dziewczyna złajała się w myślach za brak skupienia na zadaniu i wbiła oczy w punkt, do którego zbliżali się, ostrożnie okrążając śmierciożerców.

Hermioną złapała Harry'ego delikatnie za ramię.

– Wystarczy – szepnęła cicho, mimo wszystkich zabezpieczeń.

Chłopiec gwałtownie zatrzymał miotłę; Hermiona natychmiast zweryfikowała swoje poglądy o ewentualnym polubieniu latania i potrząsnęła głową. Wyjęła różdżkę i zacisnęła palce na gładkim drewnie. Rozejrzała się pospiesznie, oceniając sytuację. Znajdowali się teraz po przeciwnej stronie niewielkiego kręgu śmierciożerców. Voldemorta mieli niemal dokładnie naprzeciwko siebie. Dziewczyna odetchnęła głęboko i zerknęła jeszcze w stronę dachu, z którego wystartowali. Czysto.

– Dobrze, Harry. Kiedy rzucę na ciebie zaklęcie, będę musiała zdjąć wszystkie bariery wyciszające, żeby zadziałało. Tylko… mówiłam ci, że normalnie to zaklęcie rzuca się na siebie, a nie na kogoś innego, więc… będziesz musiał się skupić na kierunku. Chociaż ja i tak spróbuję je przekie…

Harry obrócił się do niej i przerwał instrukcje, machając niecierpliwie ręką.

– Tak, wiem, pamiętam. Mówiłaś mi o tym jakieś dziesięć minut temu. Zaczynaj.

– Ale jeśli coś pójdzie nie tak…

– Hermiono, na litość boską! Zdejmujesz tylko Silencio i jemu podobne! Wciąż jesteśmy ukryci, w razie czego po prostu odlecimy. Pospiesz się!

– Dobrze – odparła krótko Hermiona. – Nie odzywaj się pod żadnym pozorem, dopóki nie zdejmę zabezpieczeń.

Harry skinął głową.

– Ut loquilonginum – powiedziała wyraźnie dziewczyna.

W pierwszej Harry'emu wydawało się, że nic się nie stało – nie było iskier, snopów światła, kolorowych promieni – jednak kiedy opuścił wzrok, zauważył dziwnie drgające powietrze pomiędzy nim a końcem różdżki przyjaciółki. Wyglądało tak, jakby dążyło do dziewczyny, ale nie mogło się przebić przez niewidzialną barierę.

Hermiona zmarszczyła brwi i przymknęła oczy. Jej skupienie było wręcz namacalne. Z całych sił starała się skierować zaklęcie na przyjaciela. Czytała, że nie wymagało to wielkich pokładów mocy, a jedynie wzmożonej koncentracji. Już po chwili zrozumiała, że ma tylko jedną szansę, jej zmęczenie psychiczne rosło w zastraszającym tempie, wiedziała, że musi dać z siebie wszystko albo ich plan legnie w gruzach. W końcu drgania zaczęły bardzo powoli przesuwać się w stronę Harry'ego. Hermiona ledwo zarejestrowała ten fakt, cała jej uwaga skumulowana była w mentalnej walce z efektem zaklęcia.

Kiedy skrajne wyczerpanie doprowadziło dziewczynę niemal do omdlenia, Harry bez zastanowienia pochylił się w kierunku wibrującego powietrza i po prostu wchłonął je. Poczuł lekki wstrząs, jakby ktoś nagle wyrwał go z głębokiego snu; wzdrygnął się i spojrzał pytająco na przyjaciółkę.

Hermiona, półżywa, złapała drżącą dłonią trzonek miotły i odetchnęła głęboko. Próbowała opanować ogarniającą ją słabość i zawroty głowy. Zagryzła wargi aż do krwi, mając nadzieję, że ból wyrwie ją z otępienia. Harry przyglądał się jej z niepokojem. Widział, że jest prawie nieprzytomna. Powinna siedzieć przed nim, mógłby ją podtrzymywać w razie czego, pomyślał. Pamiętając o tym, że nie może się odzywać, szarpnął przyjaciółkę za rękę. Kiedy uniosła wzrok, pokazał na migi, żeby zamienili się miejscami.

– Nie ma czasu, Harry – szepnęła słabo Hermiona. – Dam radę. Pamiętaj tylko, żeby skupić się na miejscu, z którego ma dochodzić głos – przypomniała jeszcze i zaczęła powoli zdejmować zaklęcia wyciszające.

Harry spojrzał na nią z powątpiewaniem, ale wolał się nie kłócić, zresztą przymus milczenia dość skutecznie mu to uniemożliwiał. Kiedy zabezpieczenia zostały zdjęte, obrócił się w stronę „ich dachu" i skoncentrował na nim tak mocno, jak potrafił.

– Ej! – krzyknął głośno, gotowy do ucieczki, gdyby tylko coś nie zadziałało.

Zaklęcie Hermiony było jednak perfekcyjne. Harry, mimo że teoretycznie powinien być przygotowany na taki efekt, sam nie mógł powstrzymać zaskoczenia, kiedy usłyszał swój donośny głos dobiegający z naprzeciwka. Zerknął przez ramię na przyjaciółkę i wyszczerzył się radośnie, a w jego oczach błysnęły psotne ogniki.

– Voldemort, hejka! No, nie przywitasz się? – wrzasnął ponownie, ledwo hamując śmiech na widok konsternacji na twarzy wroga i popłochu wśród jego sług.

– Słuchaj, ja też nie lubię tego dupka, odbiera nam punkty i takie tam, ale mógłbyś go zostawić? Widzę, że podoba mu się leżenie u twoich stóp jak pies. Cały czas mówiłem Dumbledore'owi, że to parszywy zdrajca… Myślę, że mamy prawo zadać mu parę pytań, nie sądzisz?

– Potter! – z ust Voldemorta wyrwało się dziwnie niepasujące do niego warknięcie.

Wszyscy śmierciożercy odwrócili się w stronę niewielkiego bloku, zostawiając Snape'a w spokoju.

– Oj, wiem, ale możemy umówić się tak, że jak Dumbledore już go przesłucha, to odeślemy ci go i postawisz go sobie do kąta, dasz mu klapsa, szlaban na eliksiry czy co ty tam zwykle robisz? – Harry nie mógł zatrzymać słowotoku, poza tym czuł się dziwnie bezpiecznie, kiedy widział, że wszyscy przeciwnicy zwróceni są w drugą stronę. W głębi duszy musiał też przyznać, że okazja do bezkarnego naigrywania się z Voldemorta – nawet jeśli nie wierzył, że to rzeczywiście on – była zbyt kusząca, by z niej nie skorzystać.

– Harry Potter… – czarnoksiężnik zdążył już opanować emocje. – Tym razem sam przyszedłeś do mnie, naprawdę, doceniam to. Musimy…

– Musimy pogadać, wiem. Dawno nie było okazji – krzyczał Harry, zastanawiając się, co jeszcze może powiedzieć, żeby odciągnąć Voldemorta od Snape'a. Wykorzystał już pomysł Hermiony – zasugerowanie, że mistrz eliksirów jest lojalnym śmierciożercą przez poddanie w wątpliwość jego wierności Dumbledore'owi, co miało pomóc mu w utrzymaniu pozycji szpiega – i teraz musiał polegać na własnej inwencji twórczej.

Najlepiej byłoby go czymś wkurzyć… Ale co może wkurzyć Voldemorta, skoro nawet ten kretyński styl mówienia go nie ruszył?

– No dobra, teraz na poważnie, Voldemort – wrzasnął Harry. – Co tam u ciebie? A u twojego mugolskiego tatusia…?

Voldemort zacisnął palce na różdżce tak, że aż pobielały mu kłykcie. Harry uśmiechnął się triumfalnie.

– Ups…! Czyżby to była tajemnica? Że mimo że tak dzielnie oczyszczałeś świat z mugolaków, to sam spędziłeś dzieciństwo w mugolskim sierocińcu? Oj, nie martw się, twoje śmierciojady na pewno to zrozumieją…

– Harry Potterze – syknął Czarny Pan – ja jestem…

– Taa, wiem. Samozwańczym Lordziem Voldziem. No daj spokój, pogadajmy poważnie…

– Kiedy z Tobą skończę…

– Skończysz ze mną? A może ja z tobą, co, stary? – Harry uśmiechnął się pod nosem. Dostrzegł kolejną szansę na odciągnięcie Voldemorta od Snape'a. – Słuchaj, nie mam za wiele czasu. Może załatwimy nasz malutki konflikt tu i teraz, a potem pójdziemy – cóż, przynajmniej ja pójdę – w swoją stronę?

– Znajdźcie go – syknął czarnoksiężnik do swoich sług. – I przyprowadźcie żywego.

Śmierciożercy posłusznie ruszyli w stronę budynku. Voldemort przechadzał się spokojnie w pobliżu Snape'a, jednak cały czas nie odrywał wzroku od dachu domu. Harry uznał, że lepszej szansy nie będzie – kiedy poplecznicy Czarnego Pana stwierdzą, że dach jest pusty, Voldemort odkryje podstęp. Chłopiec zerknął na Hermionę i machnął ręką w stronę mistrza eliksirów. Hermiona prawie niezauważalnie skinęła głową.

Harry delikatnie skierował miotłę w stronę Snape'a.

– Akuku! – ryknął jeszcze, chcąc podtrzymywać wersję o swojej obecności na dachu.

Wtedy nagle poczuł coś dziwnego. Przez jego miotłę przeszły krótkie wibracje, a w okolicach jego przepony pojawił się dziwny nacisk. Harry spojrzał w dół i zobaczył Błyskawicę. O nie… źle… bardzo źle… Zaklęcia przestawały działać!

– Hermiona – jęknął bezmyślnie i z przerażeniem zauważył, że jego głos wydobywa się dokładnie z jego gardła.

Odtąd wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Voldemort odwrócił się z wściekłym grymasem, jednak nadal nie mógł ich dostrzec – mieli pelerynę. Harry przeleciał kawałek, chcąc zmienić pozycję i spojrzał na Hermionę na tyle prędko, by zobaczyć, jak nieprzytomna osuwa się z miotły. Spadła. Jej bezwładne ciało uderzyło w Snape'a. Mężczyzna jęknął cicho, podczas gdy Voldemort z wyrazem satysfakcji w oczach uniósł różdżkę.

– Avada…

Harry okrył szybko miotłę peleryną i podleciał w górę. Wiedział, co się zaraz stanie. Uśmiechnął się z zadowoleniem i spojrzał w dół.

Hermiona i Snape zniknęli.


W jadalni domu przy Grimmauld Place panowało poruszenie. Wszyscy wiedzieli już o misji ratunkowej Harry'ego i Severusa. Weasleyowie pojawili się w kwaterze głównej niezwłocznie po otrzymaniu wiadomości i teraz nie mogli sobie znaleźć miejsca. Molly załamywała ręce, nie zważając na pocieszającego ją Artura.

– Mówiłeś, że nie będą wysyłani na misje! – wyrzucała co chwilę Dumbledore'owi.

Dyrektor kiwał tylko niezobowiązująco głową, uznając, że lepiej jej się nie narażać. Obserwował też uważnie Syriusza i Rona. Pierwszego Remus powstrzymywał przed natychmiastowym udaniem się na ratunek, z drugim dyskutował Malfoy.

Draco nie lubił rudzielca, gardził jego brakiem opanowania, ale zdawał sobie sprawę, że jeśli otwarty konflikt między nimi nie zostanie zażegnany, to może stracić nawet tę wątłą nić porozumienia z Granger i Potterem. Nie to, żeby od razu się do nich przywiązał, ale Hermiona była inteligentna, Harry – zabawny, a poza tym stanowili jego jedyne towarzystwo w tym okropnym domu, więc nie mógł wybrzydzać. W dodatku – choć nigdy w życiu by się do tego nie przyznał – zaimponowało mu to, że potrafili zapomnieć o wszystkim, co było między nimi do tej pory. Naprawdę wierzyli w cel, którym było pokonanie Czarnego Pana, co stanowiło dziwnie przyjemną odmianę po przebywaniu wśród śmierciożerców, z których każdy chciał ugrać coś dla siebie. Oni – wprost przeciwnie, w imię tej wojny byli w stanie rezygnować z różnych rzeczy. I choć Malfoy uważał dotąd niewykorzystywanie sytuacji za naiwne i głupie, rozumiał, że gdyby nie to, jego zmiana stron byłaby o wiele bardziej przykra. Przypomniał sobie słowa Severusa „nie oczekuj braw ani wdzięczności, Draco, to nie będzie łatwe ani przyjemne, ale tak, to jedyna właściwa droga". Jak na razie jednak nie było tak źle. Cóż, a przynajmniej dopóki w domu Blacka nie zaczął się zjazd Weasleyów.

– Słuchaj, Weasley, Snape sobie poradzi…

– Ja się nie martwię o Snape'a, Malfoy – warknął Ron. – Tylko o Harry'ego!

– Domyślam się – mruknął Draco i spróbował innej taktyki. – Dumbledore jest spokojny, więc…

– Ach, a teraz Dumbledore jest dla ciebie jakimś wyznacznikiem, tak?!

Malfoy powoli zaczynał tracić cierpliwość.

– Nie, dla mnie nie. Ale dla ciebie chyba powinien.

– Każdy może popełnić błąd. A ten tłustowłosy dupek nienawidzi Harry'ego i może wykorzystać okazję, żeby się go pozbyć!

– Weasley! Dotąd sądziłem, że masz mniej pieniędzy niż rozumu – nie wytrzymał Malfoy. – Widzę jednak, że się myliłem.

– Malfoy! Ty…

– Ronaldzie, uspokój się natychmiast! – rzuciła autorytarnie Molly. Jeżeli coś było w stanie odciągnąć ją od zamartwiania się o Harry'ego, to było to nieodpowiednie zachowanie jej latorośli.

– Ale, mamo…

Jednak kłótnia nie miała szansy się rozwinąć, ponieważ na dywanie przed kominkiem pojawił się nagle mistrz eliksirów z leżącą na nim uczennicą. Wszyscy zamarli, wpatrując się w nich z szokiem wymalowanym na twarzach.

– Przepraszam, że przerywam wam kontemplowanie tego zapewne niesamowicie frapującego widoku – przerwał ciszę zduszony syk Snape'a – Ale czy ktoś mógłby uwolnić mnie od wątpliwych wdzięków Granger?

Zebrani, raptownie wyrwani z oszołomienia, wzdrygnęli się jak na komendę i zarzucili nauczyciela pytaniami.

– Nic jej nie jest?!

– Co wam się stało?!

– Gdzie jest Harry?!

Dumbledore podniósł rękę, nakazując milczenie.

– Co się stało, Severusie?

– Zaraz… dostałem Sectumsemprą… mógłbyś…

Zanim Snape skończył swoją urywaną wypowiedź, Dumbledore już przelewitował Hermionę na kanapę, pochylił się nad młodszym kolegą i zaczął przesuwać różdżką tuż nad jego ranami, szepcząc zaklęcia uzdrawiające. Po chwili podniósł się i wyjął z kieszeni szaty dwie fiolki z eliksirami.

– Wypij, Severusie – nakazał. – To z twoich prywatnych zapasów, złożyłem ci wizytę przed przybyciem tutaj – wyjaśnił jeszcze, kiedy Snape przyglądał się podejrzliwie miksturom.

Mistrz eliksirów skwitował prychnięciem tak jawny brak poszanowania prywatności, ale posłusznie opróżnił zawartość fiolek.

– Dobrze, teraz powiedz, co się stało. Gdzie jest Harry? I dlaczego panna Granger…?

– Nie wiem, Albusie – warknął Snape już w wyraźnie lepszej kondycji, choć nadal słabym głosem. – Byłem półprzytomny, kiedy Granger spadła na mnie z nieba.

– CO zrobiła, Severusie? – Dumbledore spojrzał ze zdumieniem.

– Spadła. Na mnie. Z nie… Z góry! – syknął mistrz eliksirów i zarumienił się lekko, przyłapany na tak nieślizgońskim określeniu. – Podejrzewam, że leciała gdzieś z Potterem, obudź ją, to ci lepiej wyja...

– Dzień dobry! – krzyknął raźno Harry, pojawiając się nagle w drzwiach. Wiedział, że sytuacja była poważna, ale nie mógł nic poradzić na to, że czuł euforię na myśl o wykonanym zadaniu. Wciąż był nabuzowany, pełen adrenaliny.

Jednak kiedy tylko Dumbledore zażądał dokładnego opisu wszystkiego, co się stało, podekscytowanie chłopca minęło zastąpione poczuciem winy i odpowiedzialności. Ponownie pojawiły się niepewność, strach i napięcie.

– …no i wtedy chciałem lecieć na Pokątną, ale pomyślałem o tej knajpce, z której korzysta Hermiona, a oni miotali się tylko na dole, Voldemort był wściekły, więc pomyślałem, że zanim skończy ich karać, to nic mi nie grozi. No więc poleciałem tam, a stamtąd dostałem się tutaj – zakończył nieco bez ładu i składu chłopiec.

– Dziękuję, Harry. Arturze, udaj się, proszę, do Ministerstwa i poinformuj Tonks i Kingsleya o ataku. Trzeba też wysłać ekipę, która sprawdzi i ewentualnie wymaże pamięć mieszkającym w pobliżu mugolom.

Pan Weasley natychmiast wstał i wyszedł.

– Harry – kontynuował Dumbledore – Chciałbym, żebyś teraz się skupił i opowiedział bardzo dokładnie, jak przebiegała twoja rozmowa z Voldemortem.

Zanim Harry zdążył się odezwać, do jego uszu dobiegł osobliwy dźwięk przypominający duszenie się. Chłopiec rozejrzał się szybko i wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Zresztą nie tylko on. Pozostali również wpatrywali się ze zdumieniem w Severusa Snape'a, który siedział na fotelu i trząsł się, wydając z siebie te dziwne, zduszone odgłosy. Harry zamrugał. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że zwykle poważny mistrz eliksirów, teraz, najzwyczajniej w świecie, mimo usilnych starań, nie mógł powstrzymać chichotu.

– Hejka – wystękał Snape między jednym spazmem a drugim. – Powiedział mu „hejka". Potter powiedział „hejka" do Czarnego Pana!


Wieczorem Harry z Hermioną odłączyli się od przyjaciół, zostawiając Ginny pacyfikowanie Rona w kontaktach z Malfoyem. Najmłodsza z Weasleyów oznajmiła Draconowi na wstępie, że uważa jego ojca za dupka i jeżeli mu to nie przeszkadza, to ona jest skłonna zapomnieć o ich wcześniejszej nienawiści. Malfoy skwitował to wzruszeniem ramion, co Ginny uznała za „na początek wystarczające". Z kolei komentarz Rona dotyczący zdradzania rodziny otrzymał zdecydowane „poniżej oczekiwań", w związku z czym autor komentarza oberwał ścierką po rudej czuprynie. Draco wydawał się zachwycony, bo kiedy Harry z Hermioną wychodzili z kuchni, proponował Ginny „prawdziwe, gorzkie kakao".

Dwójka przyjaciół udała się do pokoju Harry'ego. Wesoły nastrój szybko ich opuścił. Każde z nich przeżywało na nowo tortury, którym został poddany Snape. Co innego było znać skutki klątw z książek czy opowieści, a co innego oglądać je na własne oczy i wiedzieć, że pośrednio było się ich powodem. W końcu gdyby nie oni, mógłby ich uniknąć.

– Harry… – szepnęła Hermiona. – To było takie… nie wiem, co mamy zrobić, ale nie możemy tego tak zostawić!

– Wiem – mruknął chłopiec. – Czuję się z tym okropnie. Nigdy nie myślałem o tym, jak on się poświęca dla tej wojny. Dla nas. Nie doceniałem go.

– Nikt z nas go nie doceniał – odparła pocieszająco Hermiona, ale Harry tylko pokręcił głową.

– Ty go zawsze broniłaś, ale ja… W dodatku zrobiłem coś… coś strasznego w zeszłym roku, wiesz, wtedy, kiedy przestał mnie uczyć oklumencji. Zdaję sobie sprawę, że to głupie, ale chciałbym jakoś… tak… no wiesz, tak jak z Malfoyem. Ułatwić mu życie. Ale przecież nie zaproponuję mu meczu quidditcha na poprawę humoru!

Hermiona pokiwała głową. Rozumiała w pełni przyjaciela. Też miała nieodpartą chęć wynagrodzenia profesorowi Snape'owi tego, co musiał znosić jako szpieg. Ale co mogli zrobić?

– To może… na początek… bądźmy dla niego mili? I ee… nie przeszkadzajmy na lekcjach i takie tam? – dziewczyna zauważyła ze złością, że zaczyna się jąkać, ale nie umiała nad tym zapanować. Mimo że było już po wszystkim, czuła się bliska histerii.

– Hermiono! – jęknął Harry. – On się daje za nas torturować! Voldemortowi! A ty chcesz… ty chcesz być po prostu dla niego miła?! Traktować go z szacunkiem?!

– Wiem, jak to brzmi! – krzyknęła urażona dziewczyna. – Ale co mamy innego zrobić? Może będzie mu łatwiej, chociaż odrobinę, jeśli będzie wiedział, że ktoś docenia jego poświęcenie, nawet jeśli nam tego nie okaże! Bo miałeś rację, że nikt tego nie docenia! Nie licząc Dumbledore'a, wszyscy albo go jedynie tolerują, albo otwarcie nie znoszą – jak na przykład Syriusz i… cóż, i niemal wszyscy uczniowie. A to… to, co on robi, jest godne podziwu! Więc możemy albo dalej zachowywać się tak, jak dotąd, pokazując, że mamy gdzieś to wszystko, albo zrobić coś, cokolwiek, żeby wiedział, że my… że my jesteśmy wdzięczni. Bo ja jestem! I skoro na razie mogę „być tylko miła", to będę!

Harry przeczesał palcami włosy i spojrzał na krążącą po pokoju przyjaciółkę. Westchnął głęboko; wiedział, że miała słuszność.

– Hermiono, nie chciałem cię zdenerwować... Ja się z tobą zgadzam. Nadal go nie lubię, ale to, co robi… Cóż, ja też jestem mu wdzięczny i też uważam, że to godne podziwu. Zwłaszcza, że on nas nie znosi, a mimo to… robi wszystko, co może, wszystko, co powinien. Bez wahania. Nie widziałaś go wtedy u Dumbledore'a, kiedy dowiedział się, że poszłaś do rodziców. On… tam nie było żadnej dyskusji. Po prostu wstał i… i zaczął się szykować. Więc będę traktował go z szacunkiem, nie dlatego, że tak mówisz, tylko dlatego że… ja faktycznie dopiero teraz zacząłem go szanować.

– Nie sądziłam, że to kiedykolwiek powiem, ale… mam nadzieję, że jeśli będę miała okazję, to będę umiała zachować się tak, jak on. Nie patrząc na siebie, tylko…

Harry zerwał się z łóżka. Hermiona nie tylko ubrała jego własne myśli w słowa, ale i uświadomiła mu coś ważnego. On miał okazję, żeby zachować się tak, jak zachowałby się Snape. Miał okazję i zamierzał ją wykorzystać.

Nie patrząc na przyjaciółkę, Harry wstał i podszedł do biurka. Wyjął z szuflady pergamin, pióro i atrament i zaczął pisać list. List do Ministra Magii.