ROZDZIAŁ SZÓSTY – CZEKOLADA
– Chodź ze mną – mruknął Harry do Hermiony, kiedy skończył pisać. Widział, że przyjaciółka ledwo powstrzymywała ciekawość, zmuszając się do niezaglądania mu przez ramię. Chciał ją mieć przy sobie podczas czekającej go rozmowy. Co prawda, wolał, żeby cała sprawa pozostała tajemnicą, ale jednak wsparcie choć jednej bliskiej mu osoby uznał za pożądane.
Hermiona bez słowa ruszyła za przyjacielem. Zeszli na dół, gdzie zajrzeli do kuchni, w której Ron, Draco, Fred i George rozprawiali o czymś – jakby zapomnieli o wzajemnej niechęci – wyraźnie podekscytowani, ku widocznemu niezadowoleniu Ginny i rozbawieniu Syriusza i Remusa. Harry pociągnął przyjaciółkę za rękę i wycofał się cicho, przez nikogo niezauważony.
Hermiona powoli zaczynała się niecierpliwić, ale wyczuwała, że lepiej nie zadawać pytań, więc podążała posłusznie za Harrym. Cała sytuacja kojarzyła jej się z oprowadzaniem gościa po domu, gdyż poszli jeszcze do jadalni (pusta), biblioteki (zamknięta), jedynego pokoju gościnnego znajdującego się na parterze (jak wyżej), by w końcu ruszyć do czegoś, co Syriusz nazywał bawialnią, Harry – salonem, a Molly – obrzydliwie zapuszczoną przestrzenią, którą musi sprzątnąć do świąt.
– Potter, co ty tu robisz? – już od progu powitał ich syk mistrza eliksirów.
– Mieszkam – odwarknął automatycznie chłopiec i zmitygował się, kiedy Hermiona kopnęła go w kostkę. – Uhm… przepraszam, profesorze, ja…
– A czy mógłbyś iść mieszkać w innym pomieszczeniu? – wycedził Snape. – Niestety, dyrektor nalegał, bym został tu do jutra w ramach rekonwalescencji, a jestem pewien, że twoje jąkanie będzie dla niej zgubne w skutkach.
Harry odetchnął głęboko, chcąc się uspokoić. Obiecał sobie, obiecał sobie przecież, że będzie odnosił się do niego z szacunkiem…
– Powiedziałem, że przepraszam – mruknął. – Szukamy profesora Dumbledore'a. Czy wie pan może, gdzie on jest?
– Tak się składa, że wiem – odparł mistrz eliksirów, zniesmaczony tym, że zaskoczyły go przeprosiny chłopaka. – W bibliotece. Jest zajęty – dodał, widząc, że chłopak odwrócił się na pięcie i zamierza wyjść.
– Och. Hm…
– To już nie będziemy przeszkadzać. Pójdziemy do niego później – przerwała Hermiona, włączając się do rozmowy i próbując wyciągnąć Harry'ego z pomieszczenia.
Chłopiec jednak nie zamierzał się ruszyć. Przygryzł wargi, zastanawiając się nad czymś intensywnie, po czym spojrzał niepewnie na swojego nauczyciela.
– Emm… panie profesorze, to może pan mógłby rzucić na to okiem? – spytał i wręczył Snape'owi pergamin, zanim ten zdążył odmówić. – Nie jestem pewien, czy o to chodziło, znaczy, czy może tak brzmieć, więc jakby mi pan powiedział, co jest do poprawy, to bym od razu… no… to napisał.
Hermiona spojrzała z dumą na przyjaciela. Wiedziała, że jeszcze poprzedniego dnia skończyłoby się awanturą, ewentualnie – w najlepszym wypadku – pójściem prosto do Dumbledore'a. Teraz jednak Harry postanowił poprosić o pomoc Snape'a, co było sporym krokiem naprzód. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko do swoich myśli i czekała cierpliwie, aż nauczyciel skończy czytać list.
Harry zaczął przestępować z nogi na nogę. Nie był pewny, czy postąpił właściwie. Chciał zrobić coś, co pokazałoby Snape'owi, że traktuje go normalnie, a może nawet byłoby dowodem zaufania, ale czy nie przesadził? Co jeśli Snape uzna, że Harry specjalnie pokazał mu wiadomość, żeby zrobić z siebie gwiazdę albo zdobyć jakieś punkty czy coś? Chłopiec zdawał sobie sprawę, że nieco przesadza, ale dotychczasowe kontakty z mistrzem eliksirów go tego nauczyły – nigdy nie mógł być pewien, o co akurat zostanie oskarżony. Teraz czekał więc na reakcję profesora jak na wyrok.
Mina Snape'a jednak nie wyrażała niczego. Mężczyzna przeczytał tekst kilka razy. Z jednej strony dlatego, że potrzebował chwili na zastanowienie, z drugiej – zauważył zdenerwowanie chłopaka i chciał je trochę przeciągnąć.
– Dlaczego to robisz, Potter? – spytał w końcu zwodniczo łagodnym głosem.
Harry wzruszył tylko ramionami, ale po chwili ciszy zrozumiał, że nauczyciel nie da się zbyć.
– Bo tak trzeba – odparł w końcu niepewnie, decydując się nie ujawniać prawdy. Wolał nie wyobrażać sobie reakcji Snape'a na coś w stylu „bo zacząłem pana podziwiać". – No i… profesor Dumbledore chyba nie wymyślił niczego dla Malfoya, więc skoro mogę jakoś pomóc… – dodał, wpatrując się uparcie w dywan.
– Och! – wyrwało się Hermionie pełne zrozumienia westchnienie. Więc o to chodziło w liście! Harry zgodził się wziąć winę za śmierć tamtego mugola na siebie!
– Cóż, Potter, tekst jest całkiem znośny – stwierdził Snape, patrząc uważnie na chłopaka – chociaż mógłbyś wykreślić ten akapit o „wszechogarniającym cię przerażeniu na myśl o potencjalnej, ale jakże zasłużonej karze za bezmiar krzywd, które wyrządziłeś" – zakończył ze złośliwym uśmiechem.
Hermiona nie mogła powstrzymać histerycznego śmiechu.
– Naprawdę napisałeś coś takiego, Harry?
Snape bez słowa (za to z drgającymi kącikami ust) podał dziewczynie pergamin. Ta spojrzała pytająco na przyjaciela, który zarumienił się uroczo w odpowiedzi.
– Bardzo zabawne, naprawdę – burknął, przewracając oczami. – No dobra, może trochę przesadziłem, ale…
– Trochę?! – parsknęła Hermiona, przelatując wzrokiem tekst. – Wiesz… nie jestem pewna, czy nazywanie Ministra Magii „czcigodnym i wielce łaskawym" jest dobrym pomysłem… –zachichotała. – Tak samo to o „mrożących twoje jestestwo wyrzutach sumienia"…
Od strony mistrza eliksirów dobiegło podejrzane kaszlnięcie.
– Może cytrynowego dropsa, profesorze? – zapytał z przekąsem Harry, jednak sam nie mógł powstrzymać śmiechu. Faktycznie, treść listu czytana na głos brzmiała koszmarnie.
– Potter…!
– No co... Po prostu chciałem, żeby Minister Magii zrozumiał, jak bardzo ee… boleję nad tym, co zrobiłem.
– Jedyne, co Scrimgeour zrozumie po tym liście, to fakt, że jesteś umysłowo chory, Potter – prychnął Snape. – Treść jest dobra, ale napisz ją normalnym językiem. Granger, sprawdzisz później jego wypociny i jeśli będzie trzeba, doprowadzisz do porządku. Jak mniemam, potrafisz odróżnić oficjalny styl od jego pełnej patosu parodii?
– Tak, panie profesorze.
Harry był już przy drzwiach, kiedy Hermiona postanowiła poruszyć kwestię, nad którą zastanawiała się, od kiedy tu weszła.
– Proszę pana? Dlaczego pan tutaj ee… jest? To znaczy, chodzi mi o to, dlaczego w tym pokoju, przecież to jedyne miejsce, które jeszcze…
– Ponieważ, Granger, w pozostałych pomieszczeniach będzie nocować banda Weasleyów, wilkołak i dwie tępe Francuzki – wycedził Snape, zastanawiając się, dlaczego właściwie jeszcze ich nie wyrzucił. – Co oznacza, że obecnie reszta domu jest okupowana przez grupę osób, z którymi absolutnie nie chcę przebywać.
– Francuzki?
– Delacour razy dwa – warknął mistrz eliksirów. – Czy ma pani jeszcze jakieś pytania, panno Granger? – dodał tonem sugerującym, że zdecydowanie lepiej by było, gdyby nie miała i szybko się wyniosła.
– Tak! – wypaliła Hermiona. – Delacour? Fleur i… Gabrielle? Co one… To Fleur będzie tą nową nauczycielką obrony?!
– Owszem, Granger – potwierdził mężczyzna z miną, jakby właśnie zjadł cytrynę. – W związku z czym profesor Delacour. A teraz ja mam pytanie. Czy bylibyście tak uprzejmi i poszli do diabła?
Kiedy Harry uporał się już z listem, a Hermiona skrupulatnie poumieszczała w tekście brakujące przecinki, postanowili znaleźć Rona i podzielić się z nim informacją o nowej nauczycielce obrony. Okazało się jednak, że niepotrzebnie. W kuchni trwała właśnie żywiołowa dyskusja męskiej części Zakonu o tym, która z panien Delacour ma lepsze nogi. Ginny przypatrywała się temu z mieszaniną rozbawienia i politowania na twarzy, a Molly stała nad chłopcami ze ścierką, gotowa karać za zbyt odważne komentarze. Sądząc po zaczerwienionej twarzy Rona, to on wiódł prym w bezmyślnym wyrażaniu własnych, bardzo pochlebnych, opinii.
– Nie wiecie, czy Dumbledore już skończył? – rzucił Harry i ściągnął na siebie uwagę obecnych.
– Jesteście! Wiecie, kto będzie nas uczył obrony w tym roku?! – krzyknął podekscytowany Ron, kompletnie ignorując pytanie przyjaciela.
– Tak, wiemy. Fleur. Snape nam powiedział.
– Snape?! A wiecie, że są teraz w...
– Tak, w bibliotece. I będą tu nocować. Słuchaj, czy Dumbledore…
– Ja nie wiem, jak się będę mógł skupić, kiedy ona z tymi swoimi… swoimi… – Ron zająknął się, spoglądając z niepokojem na ścierkę matki – swoimi… włosami będzie nas uczyć! – wymamrotał w końcu.
– Nie powtarzałbym tego przy Billu na twoim miejscu… – oznajmił jeden z bliźniaków.
– Robi się zazdrosny, kiedy chodzi o jego małą uczenniczkę – dokończył ze złośliwym uśmiechem drugi.
– Uczenniczkę?
– Och, tak, nie wiedziałeś, Harry? Bill dawał Fleur prywatne lekcje angielskiego, żeby nie miała problemów w Hogwarcie. Przez całe wakacje. Wiesz, ilu prywatnych lekcji można udzielić przez dwa miesiące?
Harry zaczerwienił się lekko.
– Uhm…
– Zawsze zostaje Gabrielle – oznajmił Ron tęsknym głosem.
– Gabrielle? Przecież to dziecko! – rzuciła zszokowana Hermiona.
Harry zmarszczył brwi, przypominając sobie drobną, jasnowłosą dziewczynkę, którą wyłowił niemal dwa lata wcześniej z jeziora.
– Nie taka mała. Będzie w trzeciej klasie.
– To obrzydliwe – mruknęła Hermiona, a Molly zamachała gorliwie ścierką na znak poparcia. – Fakt, myślałam, że jest młodsza, wtedy wyglądała o wiele dziecinniej, ale… trzynaście lat to nadal bardzo mało.
Ron wyglądał, jakby szukał gwałtownie jakichś argumentów, ale przerwał mu Malfoy, przyglądając się ze złośliwym uśmiechem Hermionie.
– Poważnie? Obrzydliwe? Jakże więc okropny musiał być twój związek z Krumem, skoro ty miałaś zaledwie czternaście lat, a on – siedemnaście – zadrwił. – Moje kondolencje.
– Nadal cię nie lubię, Malfoy, ale zaczynam odnajdywać zalety przebywania w twoim towarzystwie – wydusił Ron. – Zagiąć Hermionę? Nam się to nie udało przez pięć lat!
Hermiona nie mogła zasnąć. Położyła się wcześniej, wymawiając się zmęczeniem po zaklęciu brzuchomówstwa, ale tak naprawdę miała inne powody. Wiedziała jednak, że zanim podzieli się nimi z kimkolwiek, powinna dojść do ładu ze swoimi myślami i uczuciami, bo nawet jej wydawały się one nieuzasadnione i cokolwiek niewłaściwe. Przewracając się z boku na bok w szerokim łóżku, dziękowała opatrzności za to, że Ginny jeszcze nie przyszła – zdecydowanie wolała analizować własne wrażenia w samotności.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, zrzuciła kołdrę i położyła się na plecach, rozkładając szeroko ręce i nogi. Było tak duszno, że nie mogła się skupić, a przez wzburzenie nie pomyślała nawet o zaklęciu chłodzącym. Najbardziej denerwowało ją jednak to, że sama nie mogła zrozumieć swoich motywów. No bo dlaczego była zirytowana tym, że wszyscy pytali wyłącznie Harry'ego o to, co się wydarzyło w Londynie? Przecież ona nie chciała o tym opowiadać! A mimo to, kiedy słyszała kolejne podekscytowane głosy wypytujące o atak śmierciożerców, miała ochotę krzyczeć. I przecież nie chodziło o to, że Harry marginalizował rolę Snape'a – nie, przeciwnie, bardzo ładnie o nim mówił, że skoncentrowany na zadaniu, że chciał ją ratować, że na koniec znosił dla nich tortury i chciał się za nich poświęcić. To było w porządku. Więc o co jej naprawdę chodziło? Zdawała sobie sprawę, że przede wszystkim była wkurzona na Harry'ego – kiedy rozmawiali o mistrzu eliksirów, czuła, że rozumieją się w pełni, że ta sytuacja wpłynęła na jego światopogląd tak samo, jak na jej. A tu nagle Harry w towarzystwie reszty przyjaciół śmie zachowywać się tak, jakby nic się nie stało! O, to na pewno denerwowało ją najbardziej! W dodatku czuła się zdradzona. Zdawała sobie sprawę, że to irracjonalne, że nie było w tym nic dziwnego, że Harry uporządkował sobie wszystko szybciej od niej, skoro przeżył tak wiele w swoim życiu, ale…
– A niech to szlag! – warknęła Hermiona w stronę poduszki, uderzyła pięścią w materac i podniosła się. – Dlaczego ja tak nie potrafię?! I przecież powinnam się cieszyć z tego, jak się zmienił w stosunku do zeszłego roku! To dobrze – tłumaczyła sobie, spacerując po pokoju – że Harry pogodził się ze swoją rolą na wojnie. Naprawdę powinnam być zadowolona. Przecież to mój przyjaciel, więc jak mogę złościć się na to, że jest spokojny i zachowuje się normalnie?!
A jednak drażni cię to niepomiernie i właśnie dlatego wyszłaś z kuchni, oznajmił jakiś głosik w jej głowie, tonem niebezpiecznie przypominający Irytka.
– No właśnie, jeszcze to! – prychnęła Hermiona, nie zważając na zdziwione spojrzenia osób uwiecznionych na portretach. – Siedzą sobie wszyscy w kuchni, świętują, jakby było co, gadają o tych zakochanych w sobie Delacour, obgadują Snape'a, świetnie się bawią – i nikt nie widzi nic złego w tym, że on siedzi sam w tym obskurnym pokoju! Ba, nawet nie pomyślą o tym!
Gdzieś na obrzeżach jej świadomości zakołatała myśl, że przecież Snape był ostatnią osobą, która lgnęłaby do towarzystwa i tej świetnej zabawy, ale postanowiła ją zignorować. Podobnie jak to, że tak naprawdę nic nie wie o Fleur, a o Gabrielle – o ile to możliwe – jeszcze mniej.
Dziewczyna podeszła do okna i otworzyła je na oścież.
– A pieprzę to! – wyrzuciła z siebie z dziwną satysfakcją. – Pieprzę! – powtórzyła głośno, złapała szlafrok i wyszła z pokoju.
Kiedy Hermiona pół godziny później stała pod drzwiami i przygotowywała się psychicznie do kolejnego naruszenia prywatności mistrza eliksirów, nie była już tak pewna siebie. Zebrała jednak całą swoją odwagę i zapukała delikatnie we framugę. Uznała, że nie obudzi nauczyciela – Snape albo nie spał, albo rzucił zaklęcia wyciszające na pokój, gdyż w hałasie, jaki czynili pozostali mieszkańcy domu, nie dałoby się bez nich zmrużyć oka. Gdy już miała się poddać i odejść, usłyszała niechętne zaproszenie.
– Dobry wieczór – mruknęła niepewnie, próbując przebić wzrokiem panujący w pomieszczeniu mrok. Jednak niewiele udało jej się zobaczyć – w nikłym świetle księżyca wpadającym przez częściowo zasłonięte okno dostrzegła tylko niską ławę na środku pokoju, dwa fotele i zajętą obecnie przez Snape'a kanapę. Dopiero po chwili, gdy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zaczęła rozpoznawać majaczące pod ścianami kształty – stary kredens, dwie szafy, sekretarzyk i marmurowy, rzeźbiony kominek.
– Jeżeli przestałaś już podziwiać otoczenie, Granger, to może łaskawie zdradzisz, po co przyszłaś?
Hermiona wzdrygnęła się mimo woli i natychmiast spojrzała na mistrza eliksirów, który wpatrywał się w nią z obojętnym wyrazem twarzy.
– Tak, oczywiście – odparła drżącym głosem. – Jak… jak się pan czuje, profesorze?
– Słucham? – wieloletnia rola szpiega pozwoliła Snape'owi powstrzymać wytrzeszczenie oczu, jednak nie zapobiegła ledwie słyszalnej nucie zdziwienia w jego głosie.
– Po tym, co się stało koło domu moich rodziców – wyjaśniła Hermiona już spokojnie. – I przy okazji chciałam panu podziękować. Za to, co pan dla nas – dla mnie – zrobił – dodała.
Te kilkanaście sekund wystarczyło Snape'owi, by się opanować.
– Doskonale, Granger – odparł chłodno. – Nie zrobiłem też niczego dla ciebie, tylko dla wyniku wojny, wypełniałem rozkazy, więc nie ma potrzeby mi dziękować. Jeśli to wszystko…
– Nie – przerwała dziewczyna – nie wszystko.
Snape uniósł brwi, kiedy zbliżyła się i podała mu kubek wypełniony parującą cieczą.
– Co to ma być?! – warknął ze złością.
– Coś dobrego – odparła z psotnym uśmiechem, ale na widok wściekłości malującej się w jego oczach pospieszyła z wyjaśnieniem – Pomyślałam, że nic pan nie jadł ani nie pił wieczorem, a ostatnio robiliśmy sobie z Harrym, Ronem i Draco czekoladę na różne sposoby. Ta jest z bitą śmie…
– Czekoladę? Uważasz, że to zabawne, Granger? – syknął mistrz eliksirów. – Nienawidzę czekolady. Zabieraj to i wyjdź.
– Ale… panie profesorze… nie…
– Czy nie wyraziłem się jasno, Granger?! – wrzasnął i wytrącił jej kubek z ręki. – Wynoś się!
Hermiona spojrzała na Snape'a wzrokiem sugerującym, że faktycznie niczego nie zrozumiała, jednak dzielnie zacisnęła drżące wargi i lewitowała skorupy do kuchni. Tam usiadła przy wielkim stole, oparła głowę na rękach i rozpłakała się. Nagromadzone przez dzień pełen wrażeń emocje musiały znaleźć ujście – najpierw strach o rodziców, potem o Snape'a, omdlenie, poruszająca rozmowa z Harrym i rozdrażnienie zachowaniem przyjaciół. Już tego było dla niej za wiele, a teraz jeszcze Snape na nią nawrzeszczał, chociaż chciała dobrze! To okazało się kroplą przepełniającą czarę. Hermiona rozkleiła się kompletnie, sama nie wiedząc już, czego jej najbardziej żal – wbrew rozsądkowi czuła się jednak opuszczona i niechciana.
– Czego beczysz? Masz okres czy opłakujesz swoją głupotę? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem Draco, wchodząc do kuchni i przyglądając się dziewczynie uważnie.
– Nie – warknęła Hermiona. – Chociaż to drugie jest całkiem prawdopodobne – dodała, ocierając oczy. – Co tu robisz?
– Obawiam się, że wyczerpałem dzisiejszą dawkę tolerancji dla Weasleya, więc postanowiłem zrobić sobie przerwę dla własnego bezpieczeństwa. A tobie – poważnie – co się stało?
Hermiona wzruszyła ramionami i westchnęła głęboko. Właściwie, dlaczego by mu nie powiedzieć? On przynajmniej lubił Snape'a, więc nie obrazi się za próbę bycia miłym dla niego, uznała i opowiedziała szybko, co stało się w pokoju mistrza eliksirów. Spodziewała się kpin Ślizgona, jednak Malfoy zaskoczył ją – zamiast kąśliwych uwag wypowiedzianych drwiącym głosem Hermiona miała okazję wysłuchać głośnego, nawet dość ciepłego śmiechu Dracona. Jej mina musiała wyrażać zdumienie, gdyż Ślizgon, kiedy tylko opanował swój wybuch wesołości, spojrzał na nią ze złośliwymi iskierkami w oczach.
– Powiedzmy, że Snape ma maluteńki sekret – zaczął. – Powiedzmy, że on wcale nie nienawidzi czekolady, tylko ją uwielbia. I powiedzmy, że hm… jakoś trzy lata temu założył się z moim ojcem, że stworzy eliksir, który pozwoli zmieniać smak czegokolwiek na czekoladowy. No i cóż… nie dość, że przegrał sto galeonów, to jeszcze jego ee… wytwór… miał pewne skutki uboczne – wyjaśnił Draco, nieudolnie udając powagę.
– Sto galeonów – wyszeptała Hermiona, szeroko otwierając oczy.
– Tak – machnął ręką Ślizgon – ale to jakby… było najmniej istotne w tym wszystkim – parsknął.
– Więc… te skutki uboczne, to…?
– Dokładnie to nie wiem – przyznał Malfoy – ale kiedy Snape zje czekoladę, robi mu się… nie wiem dokładnie, podsłuchiwałem… no, coś złego w każdym razie. Na tyle złego, że nie je niczego z czekoladą od tamtego czasu. Tak samo z kakao, mlekiem. I – zdaje się – ledwo toleruje cukier. Mógłby sobie posłodzić herbatę, łyżeczkę czy dwie, ale nie tknie ciasta czy czegoś takiego.
– Alergia?
– Yy… to można mieć uczulenie na jedzenie? – spytał zaskoczony Malfoy. – Czarodzieje nie…
– A mugole tak – ucięła Hermiona. – Jeżeli ten eliksir intensyfikował coś… jakby… części składowe czekolady – dziewczyna starała się tłumaczyć jak dziecku – to jeśli on go wypił, możliwe, że ma teraz na nie alergię. Z tym że takie uczulenie powinno mu przejść – mruczała Hermiona, głośno myśląc. – Moja znajoma, mugolka, miała coś podobnego z białkiem, kiedy była na takiej diecie… Jadła samo białko i po kilku miesiącach miała po nim wysypkę… Ale jej to właśnie minęło… Poza tym takie coś z czekoladą? – spytała nagle, patrząc ostro na Dracona, który wyglądał, jakby żałował, że się w ogóle odezwał.
– Przepraszam – odparł na wszelki wypadek. Nie mając wcześniej doświadczeń z Hermioną ogarniętą szałem dążenia do informacji, nie bardzo wiedział, co powinien zrobić. Jednak dziewczyna nawet nie zwróciła na niego uwagi.
– Więc skoro ten eliksir… i czekolada… jeżeli miało zmieniać wszystko, to musiało być silne – mamrotała – mistrz eliksirów na pewno mógłby stworzyć tak silne esencje, że nie zostałyby naturalnie usunięte z ciała, więc to… jakby uczulenie… cokolwiek… mogłoby trwać, tak jakby te składniki były codziennie przyjmowane, mam rację?
– Yy… możliwe… – odparł ostrożnie Draco. – Więc… skoro mnie już nie potrzebujesz, to pójdę sobie, tak? – spytał z nadzieją, ale jedyną odpowiedzią, jakiej się doczekał, było machnięcie ręką – takie, jakim odgania się natrętną i wyjątkową dokuczliwą muchę. Malfoy wzruszył więc ramionami i z ulgą wymaszerował z kuchni. Zawsze bał się osób nieobliczalnych, a do takich chwilowo zaliczył Hermionę.
Dziewczyna nie zauważyła nawet wyjścia Ślizgona. Miała zagadkę do rozwiązania, a to zawsze pozwalało jej się oderwać od rzeczywistości. Uwielbiała wszelkie problemy naukowe, a właśnie tak potraktowała nieudany eksperyment Snape'a. Nagle zaśmiała się tak, że ponownie pociekły jej łzy.
– Eliksir nadający potrawom smak czekolady – zawyła. – Jasne, na pewno „jej nienawidzi, uważasz to za zabawne, wynoś się, Granger" – recytowała między kolejnymi napadami głupawki. Nagle wykrzywiła się złośliwie.
– Tak, profesorze, uważam to za niesamowicie zabawne, zwłaszcza, kiedy wyobrażam sobie pana reakcję po zażyciu feralnego eliksiru. Szkoda tylko, że nigdy nie będę miała odwagi, żeby to panu powiedzieć – powiedziała dobitnie, mając przed oczami obraz kogoś nazywanego przez mugoli szalonym naukowcem. Jej szalony naukowiec miał czarne, tłuste włosy, haczykowaty nos i z wyrazem ekstazy na twarzy przelewał gęstą, brązową miksturę z fiolki do fiolki, podczas gdy za nim podobna maź wędrowała szklaną rurką między różnymi naczyniami.
Myśli Hermiony biegły jednak dwutorowo. Jednocześnie wyobrażała sobie Snape'a podczas tworzenia eliksiru i opracowywała plan. Nie chciała, żeby nauczyciel wziął przyniesienie czekolady za okrutny żart. Mogła mu to jednak wynagrodzić. Skoro Snape uwielbiał czekoladę, a ona miała pewną wiedzę na temat mugolskich sposobów radzenia sobie z alergią…
– Stworku! – zawołała skrzata i kontynuowała raźno, kiedy tylko się pojawił. – Potrzebuję karob, olej kokosowy i bakalie.
Stworek zaczął wyłamywać chude palce.
– Stworek nie wie, co to karob, panienko. I Stworek musi wiedzieć, jakie bakalie panienka chce, panienko. Stworek ma różne bakalie, o tak!
– Karob to szarańczyn strąkowy, Stworku. A bakalie… hm… przynieś mi, proszę, daktyle i migdały.
– Szarańczyn strąkowy to składnik eliksirów, panienko! Stworek nie ma… nie robimy tu eliksirów, panienko – wymamrotał zaskoczony skrzat.
– Czy możesz hm… jak zaopatrujesz kuchnię, Stworku? Czy mógłbyś teraz jakoś ee… załatwić karob?
– Oczywiście, panienko, jeśli tylko panienka każe Stworkowi iść, to Stworek pójdzie i przyniesie. Stworek nie może bez pozwolenia, pan zabronił Stwo…
– Dobrze, Stworku – przerwała Hermiona, przygryzając wargę. – Przynieś mi resztę składników i idź po karob. I w takim razie od razu przynieś mleko w proszku, hipoalergiczny zabielacz do kawy i słodziki. Mugolskie.
Stworek skrzywił się nieznacznie, ale kiwnął głową i zdematerializował się. Po chwili wrócił, ciągnąc za sobą na sznurku pokaźną butlę oleju. Ręce zajęte miał olbrzymimi słojami z daktylami i migdałami. Hermiona nie mogła powstrzymać zdumionego okrzyku. Stworek jednak natychmiast zniknął, by pojawić się dopiero pół godziny później. Taszczył spore pudło, w którym Hermiona znalazła wszystko, o co go prosiła. Nie zdążyła mu jednak podziękować, gdyż zniknął, gdy tylko odstawił je na stół.
Hermiona uśmiechnęła się z zadowoleniem, podwinęła rękawy szlafroka i zabrała się do pracy. Przez następną godzinę mieliła, miażdżyła, mieszała, podgrzewała, topiła, przyprawiała i jeszcze raz mieszała. W końcu odgarnęła włosy z czoła i przyjrzała się swojemu dziełu. Cała kuchnia upaćkana była brązową masą w różnych odcieniach, na meblach i podłodze osiadł biały pył, ale na stole stała wielka misa i dwie prostokątne blachy do pieczenia. Hermiona przesunęła je na brzeg stołu i wyjęła z szafki małe foremki do ciastek, które rozstawiła na tacy. Rozlała do nich brązową zawartość misy, po czym lewitowała wszystkie prosto do zamrażalnika. Zerknęła na zegarek, marszcząc brwi. Masę w dużych formach schłodziła wcześniej, mogła już zacząć ją kroić, ale przyszła jej do głowy jeszcze jedna rzecz.
Dziewczyna wstawiła wodę na herbatę i wyjęła z szafki wiszącej nad zlewem wysoką, smukłą szklankę i delikatną porcelanową filiżankę. Gdy czajnik zaczął wesoło pogwizdywać, zgasiła ogień, nalała wrzątku do przygotowanych naczyń i już po chwili w filiżance naciągała herbata, a w szklance – parzyła się kawa z zabielaczem. Mam nadzieję, że póki mógł, pijał kawę z mlekiem, pomyślała Hermiona ponuro, starając się odpędzić wizję przedstawiającą możliwą reakcję Snape'a na jej uczynność.
W końcu Gryfonce udało się odpędzić czarne myśli. Położyła trzy saszetki ze słodzikiem na spodeczku filiżanki i zabrała się do krojenia czekolady. Jedna blacha zawierała białą, druga ciemną czekoladę. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać i spróbowała kawałek tej drugiej – miała nadzieję, że użycie karobu zamiast tradycyjnego kakao i całkowita rezygnacja z mleka krowiego na rzecz tego z proszku nie wpłynie negatywnie na walory smakowe. Gęsta masa jednak była pyszna – rozpływała się w ustach, była słodka, ale nie przesadnie, a kawałki orzechów, które dodała w przypływie inwencji twórczej, uszlachetniały jeszcze smak. Hermiona spojrzała na swoje dzieło z satysfakcją. Powstrzymała się od dalszego podjadania, pokroiła resztę na kawałki i ułożyła je w dwa stosy na niewielkich paterach, które jeszcze chwilę wcześniej były zwykłymi, obtłuczonymi nieco półmiskami.
Hermiona ponownie zerknęła na zegarek. Rzuciła zaklęcie ogrzewające na szklankę i filiżankę, po czym wyjęła tacę z zamrażalnika. Transmutowała szybko przypadkowy talerz w kolejną paterę, na której wylądowały tym razem czekoladki z foremek.
Skończyła. Hermiona skończyła i wcale nie była z tego zadowolona. Póki oddawała się pracy, nie musiała się nad niczym zastanawiać. Teraz natomiast opadły ją wątpliwości. Dziewczyna przeczesała palcami włosy i spojrzała niepewnie na swoje kulinarne wytwory. Na eleganckiej, srebrnej tacy stały trzy patery, filiżanka i szklanka. Jak niby to miało przekonać Snape'a, że wcześniej naprawdę nie miała nic złego na myśli? Oczami wyobraźni widziała, jak mistrz eliksirów strąca tacę z ławy, a owoce jej pracy lądują na dywanie i fotelach. Niepewnie machnęła różdżką, grawerując na tacy wizerunek węża. Przez chwilę wpatrywała się jeszcze w stół, po czym potrząsnęła głową ze złością. Była Gryfonką, na litość boską! Nie miała żadnego powodu, żeby obawiać się reakcji nauczyciela! Buntowniczo wysunęła brodę do przodu i po raz kolejny machnęła różdżką, dodając lwa stojącego na dwóch łapach obok węża. Kusiło ją jeszcze stworzenie ruchomego obrazu, na którym lew pożerałby węża, ale uznała, że to byłaby już niepotrzebna prowokacja. Miała być – była! – dzielna, nie musiała doprowadzać profesora do wściekłości.
Powtarzając to sobie w myślach, Hermiona przemknęła korytarzem do drzwi pokoju Snape'a i zastukała energicznie.
– Wejść! – Usłyszała burknięcie i poczuła natychmiast, jak opuszcza ją cała odwaga.
Nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić, weszła do środka i – stojąc jak na szpilkach – oczekiwała reakcji nauczyciela. Nie czekała jednak długo.
– Granger! – warknął Snape. – Czy ty zamieniłaś się z Longbottomem na rozumy, czy zostawiłaś mózg podczas jednej z wizyt w bibliotece?! Czy coś z tego, co powiedziałem ci poprzednio, zachęcało do przywleczenia tu tyłka po raz kolejny?!
Hermiona umiała wiele znieść. To ona była tą, która uspokajała przyjaciół, tą, która potrafiła zdystansować się do tego, co o niej mówiono. Jednak istniała jedna rzecz, nad którą nie mogła przejść do porządku dziennego – poddawanie w wątpliwość jej inteligencji. Zawsze szczyciła się swoją wiedzą, rozsądkiem, zawsze na tym jej najbardziej zależało – nie na urodzie, powodzeniu u płci przeciwnej czy ogólnej popularności. Wystarczyła jej świadomość własnych możliwości i – by uczynić jej próżności zadość – fakt, że jej szerokie horyzonty są powszechnie znane. Teraz natomiast Snape otwarcie szydził z jej rozumu! Oczy Hermiony zasnuła czerwona mgiełka wściekłości. Ona się tak dla niego starała, a on wbija jej szpilę w jedyne czułe miejsce! Nie zasłużyła na to, więc na to nie pozwoli!
– Nie! – warknęła, rzucając niemal tacę na ławę stojącą przed nauczycielem. Zignorowała grymas wściekłości pojawiający się na jego twarzy i zaczęła recytować drżącym ze złości głosem:
– Herbata. Słodzik. Mugolski – wyjaśniła, wskazując dłonią filiżankę. – Kawa. Nie z mlekiem, z zabielaczem. Hipoalergiczny. Nie uczula. Biała czekolada. Mleko w proszku, słodzik, wiórki kokosowe. Ciemna. Jak wyżej, plus karob i orzechy laskowe. Ciemna numer dwa. Karob, olej kokosowy, daktyle i migdały. Zmiażdżone. Nie wiem, jak działa na pana słodzik, ale skoro toleruje pan cukier w małych dawkach, a wszystko jest efektem magii, a nie standardowej alergii, to nie powinien zrodzić żadnych efektów ubocznych. Mam nadzieję, że nie nienawidzi pan tego wszystkiego. I smacznego – warknęła i wymaszerowała z pokoju, zostawiając mistrza eliksirów w stanie ciężkiego osłupienia.
Tej nocy Minerwę McGonagall obudziła pukająca w okno sowa. Nauczycielka transmutacji zacisnęła wargi w cienką linijkę, wpuszczając ptaka do środka, ale wyraz jej twarzy zmienił się bardzo szybko, gdy zaczęła czytać list. Mina opiekunki Gryffindoru najpierw wyrażała zdziwienie, później czyste rozbawienie, by – po parsknięciu, którego nauczycielce nie udało się powstrzymać – zamienić się w bardzo złośliwy uśmieszek.
