ROZDZIAŁ SIÓDMY – POWRÓT


„Panno Granger,

pani zachowanie w stosunku do nauczyciela było skandaliczne. Gdyby wybór należał do mnie, za podniesienie głosu na profesora Hogwartu oraz brak skruchy zostałaby pani pozbawiona funkcji prefekta. Niestety, nie leży to w moich kompetencjach, w związku z czym proszę, by zgłosiła się pani na odrabianie szlabanu. Spodziewam się pani w moim gabinecie dzisiaj, o godzinie 20:00.

Jeżeli jednak zrozumiałaby pani niestosowność swojego postępowania i pragnęłaby mu zadośćuczynić, proszę pamiętać, że nie słodzę herbaty, natomiast przepadam za rodzynkami.

Z poważaniem,

S. Snape"

Hermiona wpatrywała się w notatkę z coraz większą złością. Wystarczyło poprosić. Wystarczyło poprosić, a wyprodukowałaby mu roczny zapas tych przeklętych czekoladek albo po prostu dała przepis. Jemu, skrzatom w Hogwarcie, komukolwiek! Ale nie… Przecież poproszenie o coś Gryfonki, w dodatku panny Wiem-To-Wszystko, urągałoby jego godności! Lepiej szantażować szlabanem!

– Ślizgoni to kretyni – wymamrotała ponuro, zgniatając liścik w kulkę. – Prędzej podam mu truciznę niż herbatę.


Kiedy Hermiona zeszła na dół, wciąż była w buntowniczym nastroju. Zaparzyła cały dzbanek kawy (odkrywając jednocześnie, że można tę czynność wykonywać ze złością) i z podręcznikiem do transmutacji pod pachą skierowała się do jadalni. Pogrążona w niezbyt optymistycznych myślach krążących wokół laleczki voodoo Snape'a nie zwracała na nic uwagi. Dopiero kiedy potknęła się o coś i ledwo uchroniła książkę przed zalaniem kawą, skupiła się na otoczeniu. Spojrzała w dół i zamrugała szybko, nie wierząc w to, co widzi. Odetchnęła głęboko, potrząsnęła głową i rozejrzała się ponownie.

W pomieszczeniu, mimo późnego poranka, panował półmrok – zasłony były zaciągnięte. Na kanapie pochrapywali bliźniacy; jeden z nich trzymał w objęciach różdżkę. Tuż obok, na podłodze, leżał Neville, owinięty wokół nóżki okrągłego stolika, na którym piętrzyła się imponująca kolekcja igieł i nici. Kilka szpulek musiało spaść i odturlać się, gdyż obecnie znajdowały się przy oparciu przewróconego fotela, na którym spała Luna, okryta firanką po czubek głowy. Jej długie, jasne włosy rozsypały się po podłodze; część była sklejona jakąś białawą mazią. Najdziwniejszy jednak widok stanowili Ron, Draco i Harry. Pierwsi dwaj leżeli na stole nadzy od pasa w górę; ich nogi zwisały po przeciwnych stronach blatu, a ręce można było określić jako bezładną plątaninę. Na tejże właśnie plątaninie głowę opierał Harry, przez sen tuląc do siebie czerwony stos ubrań. Hermionie udało się dojrzeć wśród nich co najmniej dwie pary majtek i jeden biustonosz. Potrząsnęła głową, nic nie rozumiejąc i zlustrowała szybko podłogę. Tym, o co się potknęła, okazała się głowa Ginny, natomiast pozostała część Ginny leżała na fotelu przykryta czarną peleryną z różowymi piórami. W dodatku, jakby sytuacja nie była już dość absurdalna, na parapecie siedziała Gabrielle i spokojnie czytała książkę, przyświecając sobie różdżką.

Hermiona poczuła się urażona. Oczekiwała wyjaśnień, a ta sobie siedzi. Pewnie, francuska księżniczka nie będzie zadawać się z plebsem, nakręcała się w myślach. Już miała budzić Ginny, gdy usłyszała cichy śmiech. Uniosła wzrok.

– Cześć – rzuciła Gabrielle z francuskim akcentem. – Ti wigląda właśni jak… jak… słup soli – oznajmiła, jakby to wszystko tłumaczyło.

– Emmm… co? – Hermiona otworzyła szeroko oczy. – Właśnie?

– Tu tak napisane. Ja uczi sie ęgilski, bo dużo rozu… rozumi, ale słabo mówi. Tak.

– Ja uczę – poprawiła machinalnie Hermiona. Miała wrażenie, że grunt ucieka jej spod nóg. – Więc uhm… teraz się uczysz?

Tym razem Gabrielle spojrzała ze zdziwieniem na Gryfonkę.

– Tak. Teraz – odparła łagodnie. – A czemu ti tu stoi?

– Słucham?!

– Nie chciała obrazić, tylko mówi tak… wprost? Nie zna dobzi ęgilski, mówiła. Ale się nauczi.

– Uhm… w porządku. Gabrielle… powiedz mi, co tu się stało?

– Normalni – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Impreza. Pili.

Hermiona prychnęła pod nosem. Impreza? Świetnie. Machnęła różdżką i zasłony rozsunęły się na boki. Pokój zalało światło, jednak tylko Ginny zaczęła się wiercić – pozostali nadal spali w najlepsze. Hermiona uniosła brew, przyglądając się z rozbawieniem, jak przyjaciółka nieporadnie gramoli się na fotel i próbuje przyjąć pozycję pionową.

– Ciszej! – wychrypiała nagle Ginny.

– Przecież wsziscy milczy… mil…

– Milczą – zakończyła zniecierpliwiona Hermiona.

Ginny skrzywiła się i złapała za głowę.

– Merlinie, to prawda…

– Tak, po piciu ma się kaca – oznajmiła z satysfakcją Hermiona.

– Nie… peleryna… Snape nas zabije! – wyjaśniła Ginny, patrząc z przerażeniem na swoje okrycie.

– Czekaj, TO jest peleryna Snape'a?! – Hermiona nie wytrzymała i wybuchła śmiechem na myśl o mistrzu eliksirów odzianym w pelerynę z różowymi piórami.

– Przestań krzyczeć – jęknęła Ginny. – Gabrielle, masz ten eliksir?

Hermiona wciąż chichotała, kiedy jej przyjaciółka rzuciła się na buteleczkę z obłędem w oczach.

– Och, od razu lepiej – mruknęła Ginny, przeciągając się. – Bliźniacy dali Gabrielle na przechowanie, żeby się nie stukł ee… w ferworze imprezy.

– Więc… co tu się działo?

– Cóż, Syriusz z Remusem wypili trochę Ognistej i poszli spać, więc Fred i George uznali, że powinniśmy oblać przystąpienie do Zakonu. Syriusz gdzieś schował butelkę, ale Stworek nam przyniósł jakiś gin i… nie pamiętam, bo robili drinki, chyba czystą wódkę. No a potem bawiliśmy się w mugoli i tak wyszło – oznajmiła Ginny, wskazując z zakłopotaniem na bałagan w pokoju.

Imprezowicze powoli zaczynali się budzić. Neville grzmotnął głową w stolik przy wstawaniu. Wszyscy poza Luną żądali natychmiast eliksiru na kaca.

– Zabawa w mugoli?! Mieszkałam z mugolami i NIGDY czegoś takiego nie widziałam!

– Nie wiem – odparła niepewnie Ginny. – To był pomysł Harry'ego! To znaczy, Draco wymyślił, żeby zrobić mugolską imprezę, a Harry mówił, jak one wyglądają. Możliwe, że ee… trochę nas poniosło?

– Harry?

Harry niechętnie podniósł się na nogi, umożliwiając tym samym rozplątanie rąk Ronowi i Draco. Machinalnie poprawił okulary, skrzywił się i zaczął rozmasowywać sobie kark. Hermiona przewróciła oczami, przywołała z kuchni kilka kubków i nalała do nich kawy. Upiła łyk, oparła wolną rękę na biodrze i z politowaniem przyglądała się przyjaciołom, rzucającym się na parujący napój.

– A teraz słucham – zarządziła surowo.

Harry podrapał się po głowie z nieszczęśliwą miną.

– Więc… e… jak trochę wypiliśmy, to Draco chciał wiedzieć, jak się bawią mugole. A ja słyszałem kiedyś, jak Dudley opowiadał ciotce o jakichś grach na obozie. Że trzy ostatnie noce to – tylko nie pamiętam kolejności – zielona, biała i czerwona. No a to miała być nasza ostatnia noc tutaj.

– Ostatnia?

– A, bo ty nie wiesz… Dumbledore kazał Neville'owi i Lunie przyjść tu, bo dzisiaj wszyscy przenosimy się do Hogwartu – wyjaśnił Harry.

– No dobrze, ale to dalej nie tłumaczy, dlatego ten pokój tak wygląda!

– Na Merlina, Hermiono, przestań zrzędzić! – zawołał Draco. – Harry mówił, że w czerwoną noc chowa się ludziom ich czerwone ubrania. Pewnie mugole nie używają do tego Accio, ale sobie trochę ułatwiliśmy. W zieloną smaruje się klamki i kotna… konta… no, włączniki światła pastą do zębów, ale to nam nie wyszło, bo Longbottom się wywalił i wycisnął całą tubkę Lovegood we włosy. A w białą zszywa się komuś prześcieradło z kołdrą, więc może odprułabyś Lunę, a nie urządzała przesłuchanie!

Hermiona nie mogła powstrzymać śmiechu, kiedy zauważyła, że Luna faktycznie leży pod firanką przyszytą do fotela. Ścieg był równy, jak od linijki.

– Byliście tak pijani, że zaczęliście przywoływać damską bieliznę, ale jednocześnie udało wam się to przyszyć? – spytała, przerywając nitkę.

– Nie, ja to sziła – powiedziała rozbawiona Gabrielle. – Oni nie umieli mm… nie wie, jak to… włożić nitkę do igły, a my z Luną nie pili…

– Piłyśmy. I mówi się „nawlec" – poprawiła Hermiona, podając oswobodzonej Lunie kawę. – A dlaczego – zwróciła się do Rona i Draco – wy spaliście na golasa na stole, a Ginny miała pelerynę profesora Snape'a?

– Nie spaliśmy na golasa – obraził się Draco.

– Ee… to moja wina – mruknął Harry. – Chcieli się pojedynkować, ale to miała być mugolska impreza, więc podsunąłem im pomysł siłowania się na rękę. No a Fred z Georgem zaczęli ich podpuszczać, że prawdziwi mężczyźni robią to bez koszul. I Ron się rozebrał i zaczął prężyć przed Ga…

– Harry! – warknął Ron.

– No, rozebrał… i Draco też. Ale nie mogli dobrze ułożyć rąk i w końcu zasnęli. A ja ee… najpierw im pomagałem, a potem chyba też. Znaczy, też zasnąłem. A peleryna to już nie wiem.

– Pelerynę wymyślili Fred i George – wyjaśniła śpiewnie Luna. – Powiedzieli, że ich siostra zasługuje na puchową pierzynkę. I uznali za świetny pomysł zrobienie jej z peleryny profesora.

– I dalej tak uważamy! – wyszczerzył się Fred.

– Tyle że w nocy już średnio nam wychodziły zaklęcia, więc jest trochę wyleniała – dodał George. – Ale zaraz możemy to naprawić! – dodał, wyciągając różdżkę.

– Stop! – krzyknęła Hermiona. – Zwariowaliście? To trzeba posprzątać, przecież zaraz wszyscy wstaną. Snape chyba już wrócił do Hogwartu – dziewczyna skrzywiła się na myśl o liście, który dostała zaraz po przebudzeniu – więc jego macie z głowy, ale chcę zobaczyć, jak oddajecie majtki i staniki Fleur albo pani Weasley. Bo to nie jest moja bielizna – zakończyła z pełnym satysfakcji uśmieszkiem.


Godzinę później jadalnia prezentowała się nienagannie, toteż całe towarzystwo mogło w spokoju dobudzać się kolejną porcją kofeiny. Wszyscy razem poradzili sobie z bałaganem całkiem sprawnie, a Ginny i Gabrielle odniosły bieliznę na miejsce. Nawet Hermiona, mimo początkowego odmówienia pomocy przy sprzątaniu, miała w nim swój udział – bliźniacy oznajmili, że jeśli się nie zgodzi, zagonią do roboty Stworka.

– Ach, nie śpicie, wspaniale, wspaniale! – zawołał uradowany Dumbledore, stając w drzwiach jadalni. Z uśmiechem pokiwał głową w odpowiedzi na niemrawe powitania wciąż niewyspanych uczniów i kontynuował. – Chciałbym zrobić z wami małą burzę mózgów. Rano umysły są najświeższe… Tak, panie Weasley?

George, który nie mógł powstrzymać parsknięcia na wieść o świeżych umysłach, pokręcił tylko głową.

– Podczas roku szkolnego, jako najmłodsi członkowie Zakonu, będziecie mieć dodatkowe zajęcia. Zastanówcie się, jakie umiejętności powinniście nabyć, by zwiększyć nasze szanse podczas wojny – oznajmił Dumbledore. – Panna Delacour również będzie brała w nich udział, co już zostało uzgodnione z jej siostrą i rodzicami – dodał stanowczo w odpowiedzi na niezadowolone spojrzenie Hermiony.

– A co z pozostałymi? – zapytał Ron. – Przecież nie tylko ludzie powiązani z Zakonem mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie! To znaczy, przepraszam profesorze – zreflektował się i spojrzał niepewnie na dyrektora – ale rodzice ostatnio opowiadali o tym, co działo się podczas poprzedniej wojny. Te porwania, morderstwa… Myślę, że wszyscy powinni nauczyć się walczyć.

– Tak, najlepiej też przygotujmy do wojny młodych śmierciożerców, niech wszyscy mają równe szanse – mruknął zgryźliwie Harry.

– Och! Jak mo…

– Nie, Hermiono, przestań, myślałem o tym! Nie można zrobić zajęć dla wszystkich, bo nie wykluczysz z nich uczniów popierających Voldemorta! Nie zdobędziemy tak żadnej przewagi! Musiałoby to być coś no… niezależnego, coś, z czym szkoła oficjalnie nie byłaby powiązana, coś jak GD. Rozumiesz? Bo jeśli – tłumaczył gorączkowo Harry – to będą zajęcia szkolne, to wszyscy uczniowie będą mogli brać w nich udział. Inaczej posądziliby profesora Dumbledore'a albo innych nauczycieli o faworyzowanie czy – ponownie – o tworzenie armii!

– I kto się poskarży? – burknął Ron, chcąc bronić swojego pomysłu. – Przecież Ministerstwo jest po naszej stronie, nie? Więc myślisz, że jakiś śmierciożerca się poskarży, że go na zajęcia nie wzięli?

Hermiona spojrzała z namysłem na Harry'ego; zaskoczył ją. Była pod wrażeniem jego przenikliwości. W pierwszej chwili chciała przyznać rację Ronowi, ale teraz musiała – choć niechętnie – zmienić zdanie. Spojrzała jeszcze na Dumbledore'a. Dyrektor nadal stał w drzwiach i przyglądał się uczniom z zadowoleniem, jakby wszystko szło po jego myśli. Hermiona westchnęła i zabrała głos:

– Ron – zaczęła niepewnie – Harry ma rację. Nie wszyscy śmierciożercy walczyli z nami w Departamencie Tajemnic, a tylko ci zostali zdemaskowani. Pozostali nadal są uznawani za normalnych członków społeczeństwa, mogą nawet pracować w Ministerstwie. Jeżeli pojawią się jakiekolwiek oficjalne szkolne zajęcia, to nie będzie można wykluczyć z nich dzieci zwolenników Voldemorta czy nawet młodych śmierciożerców. Szkoła musi pozostawać niejako neutralna w stosunku do uczniów, którym nic nie udowodniono, same podejrzenia to za mało.

– Brawo, panno Granger. Jestem przekonany, że wymyślicie sposób na kontynuowanie GD – wyraził nadzieję Dumbledore. – Zastanówcie się tylko nad formą, która pozwoliłaby wprowadzić kogoś z Zakonu do pomocy. Jakieś oficjalne, ale zamknięte stowarzyszenie, które miałoby rację bytu w Hogwarcie. A teraz – zakrzyknął radośnie i machnął różdżką, powodując pojawienie się świetlistej jedynki w powietrzu – burza mózgów! Czego powinniście się nauczyć?

Zanim do kogokolwiek dotarła nagła zmiana tematu, Hermiona z przyzwyczajenia podniosła rękę i zaczęła recytować spokojnym, pewnym głosem – jak podczas odpowiedzi na przedmiocie, którego materiał perfekcyjnie opanowała.

– Teleportacja, podstawy magii leczniczej, zaawansowane techniki obronne, oklumencja…

– Zaklęcia Niewybaczalne – powiedział cicho Harry.

– …może animagia, zaklęcia zwodzące i maskujące, coś z ofensywy… CO?! – krzyknęła Hermiona, kiedy idealna cisza, która zapadła po słowach Harry'ego, uświadomiła jej, co on zaproponował.

Pozostali wydawali się równie zaskoczeni. Fred i George wpatrywali się w młodszego kolegę, mrugając nienaturalnie często, Ginny, Ron i Draco wybałuszyli oczy, a Neville z rozdziawioną buzią mieszał łyżeczką w pustej filiżance. Nawet Luna straciła nieco ze swojego standardowego rozmarzenia; wzrok jej się wyostrzył, wyraz twarzy nabrał skupienia. Jedynie Gabrielle siedziała niewzruszona, zerkając na Harry'ego z umiarkowanym zainteresowaniem.

Harry wzruszył ramionami i korzystając z ciszy, zaczął tłumaczyć:

– Są przydatne. Raczej nie Cruciatus, bo nie wyobrażam sobie sytuacji, w której musiałbym kogoś torturować, ale Imperius może okazać się pomocny. A Avada… jest niezbędna, to chyba oczywiste.

– Niezbędna? Oczywiste?! – pisnęła Hermiona. – Harry, ty mówisz o Zaklęciach Niewybaczalnych! O zabijaniu!

– Taak się składa, że będę musiał zabić Voldemorta, Hermiono – odparł chłodno chłopiec. – I nie zrobię tego zaklęciem rozbrajającym. Gdybyśmy potrafili użyć Avady, to mógłbym to zrobić już wtedy, kiedy przyszliśmy po ciebie ze Snapem – warknął, przeczesując włosy palcami. – Poza tym, skoro szykujemy się do wojny, to w bitwie oszałamiacze niewiele pomogą. Rzucisz Petrificus Totalus na dziesięć osób? Świetnie! Tylko że jak zginiesz, to te dziesięć osób się podniesie i wróci do walki!

Hermiona przygryzła wargi. Harry znowu ją zaskoczył i znowu miał rację. Potrząsnęła głową, jednak nie zdążyła nic powiedzieć – Dumbledore zabrał głos.

– Dobrze, Harry, porozmawiamy o tym później. A co do pani propozycji, panno Granger, są niezwykle trafne, chociaż z animagią się wstrzymamy. Reszta zostanie przedyskutowana z Zakonem i mam nadzieję, że jak najszybciej rozpoczniecie naukę.

Hermiona ukryła twarz w dłoniach. Zaklęcia Niewybaczalne. Cała wojna stała się nagle taka… taka realna. I bliska. Dziewczyna w pełni poczuła ciężar nadchodzących wydarzeń. Wiedziała, że Harry miał słuszność, dowodząc przydatności nauki klątwy zabijającej, ale to jej wcale nie uspokajało. Zrozumiała, że mimo że cały czas bardzo chcieli angażować się w sprawy Zakonu, to dotąd tylko pomagali dorosłym. Teraz natomiast mieli przestać pomagać, a po prostu brać udział w wojnie. A to była znacząca różnica; Hermiona dostrzegała ją wyraźnie. Z grupy dzieciaków, które przeżyły dzięki znajomości kilku sztuczek i sporej dozie szczęścia, staną się… wojownikami. Żołnierzami szkolonymi do zabijania. Już nie będą starali się wyjść cało z opresji, przeżyć. Teraz będą starali się zabijać.

– Chcę być przy próbie przedyskutowania tego z naszą matką – mruknął Fred, przerywając w końcu ponurą ciszę.

– Założę się, że wtedy nastąpi pierwsza lekcja Niewybaczalnych. Z demonstracją w pakiecie – parsknął George, czym ostatecznie rozładował napiętą atmosferę.

Na twarzach zebranych po kolei pojawiały się blade uśmiechy, Lunie udało się zachichotać. Hermiona uniosła głowę i rozluźniła się nieco.

– Dobrze, moi drodzy, w takim razie to wszystko – oświadczył Dumbledore. – Pomyślcie o tym sposobie na kontynuację GD. Przekazywanie wiedzy pozostałym uczniom… To będzie oficjalne zadanie dla was jako członków Zakonu Feniksa. Równo za godzinę – ciągnął, zerkając na zegarek – zostanie zdjęta blokada kominka w gabinecie profesor McGonagall, będziecie mieli kwadrans na przeniesienie się do Hogwartu. Harry, ciebie chciałbym zabrać już teraz. Jesteś spakowany?

Harry kiwnął głową, podnosząc się z krzesła.

– Profesorze, a… a co ze mną? – spytał niepewnie Draco, wpatrując się w swoje dłonie.

– Co pan ma pan na myśli, panie Malfoy?

Draco przewrócił oczami i zmierzył dyrektora drwiącym spojrzeniem. Zdenerwowanie powodowało powrót jego wcześniejszych nawyków.

– Może pan zapomniał, panie profesorze – wycedził z pogardą – ale jestem głównym podejrzanym w sprawie śmierci pewnego mugola. Dokładniej rzecz ujmując, jestem tej śmierci winny. Wydaje mi się, że to może stanowić pewną przeszkodę w mojej dalszej edukacji…

Dumbledore zamrugał ze zdziwienia. Pozostali wpatrywali się w Draco ze współczuciem, nawet na twarzy Rona można było dostrzec coś na kształt litości. Hermiona natomiast rzuciła Harry'emu potępiające spojrzenie.

– Nie powiedziałeś mu? Harry, jak mogłeś!

– Czego mi nie powiedział?

Harry zarumienił się i milczał uparcie, wpatrując się w sufit. Wtedy wydawało mu się, że Snape albo Dumbledore przekażą Malfoyowi, że nie musi się już martwić ministerstwem. Teraz zrozumiał, iż dla nich oczywistym było, że skoro Draco mieszka na Grimmauld Place, to na pewno został już o wszystkim poinformowany.

– Panie Malfoy, Harry ostatecznie zdecydował się wziąć winę za tamten wypadek na siebie – wyjaśnił łagodnie Dumbledore. – Może pan wrócić do szkoły bez przeszkód.

Jeżeli Harry oczekiwał wybuchu radości na te słowa, to mocno się przeliczył. Draco wstał, odsuwając gwałtownie krzesło i wbił wściekłe spojrzenie w dawnego wroga.

– Potter! Ty bezmózgi Gryfonie – wrzasnął, rzucając w niego łyżeczką. – Ty zlepku recesywnych genów! (filiżanka) Zabiję cię! Będę doskonalił (spodeczek) na tobie swoje Niewybaczalne! Ty… Ty… – dyszał, rozglądając się w poszukiwaniu amunicji – Ty… No… Dzięki, znaczy się.

Harry spojrzał na niego spod oka. Refleks szukającego pozwolił mu na uniknięcie dwóch pierwszych trafień, ale spodeczek wylądował prosto na jego ramieniu.

– Nie ma sprawy – mruknął w końcu, masując rękę. – Ale nie będziesz już niczym rzucał? Muszę iść po kufer, a wolałbym się nie odwracać plecami…

– Nie, spokojnie – oświadczył Draco z przebiegłym uśmieszkiem. – Nawet w ramach podziękowania znalazłem rozwiązanie problemu z GD. Oficjalny Fanklub Pottera. Super, co?

Kiedy Dumbledore pokiwał głową z aprobatą, a Ginny i Luna wdały się w dyskusję, czy zostawić w nazwie „Pottera", czy może lepsze będzie „Wybrańca" albo „Chłopca-Który-Przeżył", Harry jęknął, przybrał pełną godności minę i wymaszerował z jadalni.


Kiedy Dumbledore opuścił wraz z Harrym Grimmauld Place, Hermiona porzuciła towarzystwo i poszła się spakować. Lewitując rzeczy do kufra, zastanawiała się nad celem wcześniejszego powrotu do Hogwartu. Pierwszym, co przychodziło jej na myśl, była ochrona Hogwarckiego Ekspresu. Gdyby Voldemort wiedział, że Harry i uczniowie, którzy walczyli w Departamencie Tajemnic, zostali przeniesieni do szkoły inną drogą, nie miałby powodu przypuszczenia ataku na pociąg. Jednak to nie wydawało się dziewczynie prawdopodobne. Ktoś musiałby przekazać taką informację Voldemortowi, a jego jedyny szpieg stracił wiarygodność. Hermiona wyrzucała sobie, że nie spytała o to Dumbledore'a. Nie umiała stwierdzić dlaczego, ale odpowiedź wydawała jej się bardzo ważna. Tymczasem nie była w stanie wymyślić niczego poza tym, że to dla ich wygody – użyć proszku Fiuu, żeby nie spędzać kilku godzin w pociągu. Zdawała sobie jednak sprawę, że dyrektor, mimo że w bliskich kontaktach z Harrym, na pewno nie fatygowałby się na Grimmauld Place, żeby umilić im podróż. Miał inne rzeczy na głowie. Więc dlaczego…?

Hermiona ze złością zatrzasnęła wieko kufra i wepchnęła Krzywołapa do koszyka, na co odpowiedzią było pełne zdegustowania miauknięcie.

– Przepraszam – mruknęła, zasznurowując rzemyki przy drzwiczkach i wyszła z pokoju. – Musisz wytrzymać jeszcze chwilę, wypuszczę cię w Hogwarcie.


W szkole powitała uczniów McGonagall, jednak nie wdawała się w żadne pogawędki. Natychmiast odesłała ich do dormitoriów; Gabrielle została umieszczona w Ravenclawie do czasu przydziału. Hermiona skrzywiła się lekko na tę wiadomość, ale darowała sobie komentarze i powlokła się za Ronem, Ginny i Nevillem do wieży Gryffindoru.

Harry pojawił się dopiero na kolacji.

– Co się stało? – spytała Hermiona, przerywając wesołą paplaninę Rona. Zmarszczyła brwi; Harry wydawał się przygaszony, ponury.

– Nic – mruknął. – Przygotowywaliśmy z Dumbledorem… salę do treningów dla nas. A potem…

– Salę do treningów? Dlaczego ty? – zdziwił się Ron.

– Bo to Komnata Tajemnic – odparł prosto Harry. – A później…

Hermiona i Ron spojrzeli na niego ze zgrozą.

– Będziemy ćwiczyć w Komnacie?

– Tak – zniecierpliwił się chłopiec. – To jedyne miejsce, którego nikt nie znajdzie. A jak skończyliśmy, to poszedłem do… – tu spojrzał przepraszająco na Hermionę – do Snape'a. Powiedziałem im, że, no wiesz. Że to wtedy to nie był Voldemort. Chyba.

Hermiona miała niejasne wrażenie, że coś jest nie tak, ale nie umiała zdecydować, co. Przygryzła wargi. Harry nie kłamał, ale jednocześnie nie mówił im całej prawdy, tego była pewna.

– I… i to sprawiło, że jesteś taki… taki posępny? – spytała po chwili. Po wydarzeniach z poprzedniego roku była przygotowana na to, że naciskany Harry zezłości się, wstanie i wybiegnie z Wielkiej Sali, ale nic takiego się nie stało. Chłopiec tylko spuścił głowę i potarł rękami czoło.

– Nie – odpowiedział w końcu. – Ale nie chcę na razie o tym rozmawiać. W każdym razie – podjął wątek po chwili milczenia – Snape i Dumbledore uznali to za dość… interesujące. Jakby potwierdziły się ich domysły – wyjaśnił zmęczonym głosem. – A teraz przepraszam, ale chcę się wcześniej położyć.

– Poczekaj – rzucił Ron. – Stary, w porządku, nie chcesz, to nie mów, ale… dlaczego, na litość Merlina, poszedłeś z tym do Snape'a? Ze wszystkich ludzi w tym zamku, do Snape'a?! Przecież to…

Harry westchnął i spojrzał uważnie na przyjaciół. Wydawał się o wiele starszy niż o poranku. Hermiona nie mogła uwierzyć, że to ta sama osoba, która poprzedniej nocy wpadła na pomysł przywoływania damskiej bielizny.

– Bo Snape został wezwany – powiedział cicho Harry. – I zdecydował się iść.

Hermiona zamarła. Cały dzień wściekała się na mistrza eliksirów, obiecywała sobie, jak bardzo nigdy niczego mu nie przygotuje, a on… on…

– Przecież go zabiją! – jęknęła w końcu. – Muszę iść do…

– Biblioteki? – dokończył Ron, chcąc rozweselić przyjaciółkę. On nie był świadkiem tortur znienawidzonego nauczyciela i niespecjalnie przejmował się jego losem.

– Nie, Ronaldzie – syknęła Hermiona. – Do kuchni. Muszę iść do kuchni!

Zanim zdziwieni chłopcy zdążyli jakkolwiek zareagować na tę niespotykaną potrzebę, Hermiona zerwała się z miejsca i ruszyła do wyjścia. Zatrzymała się jednak wpół kroku, kiedy przez obrazy wiszące w Wielkiej Sali zaczęła przebiegać wykrzykująca coś postać.

– Dumbledore! Potrzebuję Dumbledore'a!

– Tak, Phineasie?

– Och, jesteś, wspaniale. Mam nadzieję, że już zjadłeś kolację, ponieważ na twoim miejscu udałbym się niezwłocznie na Grimmauld Place – oznajmił nazwany Phineasem mężczyzna, złośliwie się uśmiechając.

– Z jakiego powodu? – spytał dyrektor, patrząc uważnie na portret.

– Twój mistrz eliksirów pojedynkuje się właśnie z moim potomkiem. Wykrzykują coś o różowych piórach i smarkaniu. Uznałem, że mogłoby cię to zainteresować, Dumbledore.

Stojąca na środku Hermiona zaczęła się histerycznie śmiać.