ROZDZIAŁ ÓSMY – SZANSA DO STRACENIA


Hermiona z umiarkowanym zainteresowaniem przyglądała się ceremonii przydziału. Próbowała złowić spojrzenie Snape'a, żeby sprawdzić reakcję na jej wczorajszą twórczość kulinarną, ale twarz mistrza eliksirów była jak zawsze nieprzenikniona. Gryfonka pochwaliła się w myślach za rezygnację z przekazania mu przepisów; czuła niezrozumiałą satysfakcję z powodu posiadania czegoś, na czym nauczycielowi zależało. Ponownie utkwiła wzrok w mężczyźnie, jednak w odpowiedzi uzyskała jedynie uniesioną brew i szyderczy uśmiech. Skrzywiła się mimowolnie. Będzie musiała zapytać Zgredka o reakcję Snape'a, inaczej nigdy się nie dowie. Przecież nie rzuci na lekcji eliksirów radosnego „profesorze, smakowało?". Musiała jednak przyznać, że mimo irytacji czuła ulgę, że nic się nie stało profesorowi.

– Slytherin! – Z zamyślenia wyrwał Hermionę okrzyk Tiary Przydziału.

Gryfonka rozejrzała się trochę nieprzytomnie i zauważyła zawiedzione spojrzenia Rona i Harry'ego, podczas gdy Gabrielle, wzruszając lekko ramionami, ruszyła w stronę stołu Ślizgonów. Nie usiadła jednak przy końcu, wśród pozostałych nowo przydzielonych, tylko podeszła do Malfoya, bezceremonialnie wepchnęła się między niego a Daphne Greengrass i zaczęła o czymś wesoło rozprawiać, co chwilę wybuchając śmiechem. Ron przyglądał się temu wszystkiemu z zazdrością.

– Ron – Hermiona szturchnęła przyjaciela – przecież to było do przewidzenia. Ona jest wilą.

– I? – burknął rudzielec, niechętnie unosząc wzrok.

– I gdybyś przeczytał „Historię Hogwartu", to wiedziałbyś, że wiele cech, które cenił Salazar Slytherin, leży po prostu w jej naturze. Wszystkie wile zawsze trafiały do Slytherinu. Manipulacja, spryt, chęć bycia…

– Tak, tak, super, a nie mogłabyś chociaż raz zachować się jak normalna przyjaciółka i powiedzieć po prostu „słuchaj, stary, przykro mi"?

Harry, widząc, że Hermiona niebezpiecznie zmrużyła oczy, postanowił interweniować.

– Słuchajcie, muszę wam o czymś powiedzieć – oznajmił zniżonym głosem. – Spotkajmy się po uczcie w łazience Jęczącej Marty.


– Panno Granger, jaki kolor powinien przybrać eliksir zbijający gorączkę? – wycedził Snape z nieukrywaną satysfakcją podczas popołudniowych zajęć.

Hermiona westchnęła w duchu. Po rewelacjach Harry'ego na temat Voldemorta i horkruksów nie potrafiła się skupić już na Obronie, zarabiając tym samym surową krytykę Fleur. Nie wystarczyło jednak, że na pierwszej lekcji z nową nauczycielką pokazała się od nie najlepszej strony, teraz musiała jeszcze podpaść najbardziej stronniczemu profesorowi w całym Hogwarcie.

– Ciemnożółty, proszę pana – odpowiedziała w końcu, patrząc ze złością w stronę brązowawej zawartości własnego kociołka.

– A jaki kolor ma pani… maź, panno Granger? – zakpił Snape.

Hermiona już – już miała odpowiedzieć, kiedy zwróciła uwagę na entuzjazm dobiegający ze strony Ślizgonów. Wydawali się zachwyceni jej pierwszą porażką. Gryfonka uniosła pytający wzrok na Snape'a, ale ten nie zareagował. Sprawiał wrażenie równie uradowanego tym faktem, co jego podopieczni; drwiące skrzywienie ust i złośliwe iskierki w oczach były na to wystarczającym dowodem. Hermiona prychnęła, okazując irytację.

– No nie wiem… czekoladowy? – warknęła, zanim zdążyła się zastanowić.

Malfoy, wtajemniczony w problemy nauczyciela ze słodyczami, zakwiczał z radości, ale Snape nie okazał żadnych emocji.

– Czekoladowy, panie profesorze – poprawił zimno.

– Bardzo dobrze, dziesięć punktów dla Slytherinu – wymamrotała Hermiona, nie wiedząc, co ją podkusiło.

– Bardzo dobrze, szlaban dzisiaj o 18:00 dla pani, panno Granger. Odrobi pani ten, który zdążyła pani zarobić w czasie wakacji.

– Co?! Przecież przygotowałam panu czekoladki!

– Bardzo zabawne, panno Granger, niech pani skończy bredzić – syknął Snape i posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. – Dwadzieścia punktów od Gryffindoru i niech pani usunie to błoto z kociołka, bo wdychanie jego wyziewów może jeszcze bardziej uszkodzić pani umysł. Proszę wracać do zajęć.

Ron z Harrym wymienili zaniepokojone spojrzenia, natomiast Malfoy wpatrywał się z nieukrywaną zgrozą w nową koleżankę. Wszyscy oczekiwali kolejnej riposty Hermiony, ale ona ukryła tylko twarz w dłoniach. Odczytała spojrzenie mistrza eliksirów bardzo dokładnie. Przesadziła i nie chodziło tu o brak szacunku; Snape początkowo wydawał się całkiem rozbawiony. Cóż, w każdym razie jak na niego. A ona… mimo że jeszcze niedawno obiecywała sobie być dla niego miła, to nie dość, że zrobiła przedstawienie w trakcie lekcji, bo zdenerwowana horkruksami przestała nad sobą panować, to jeszcze naraziła na szwank jego reputację. Rzuciła przy wszystkich uczniach – i to Ślizgonach, na litość boską! – że przyniosła mu czekoladki! A przecież jego pozycja wśród śmierciożerców była tak niepewna po ostatnich wydarzeniach! Nawet nie wiedziała, jak i jakim kosztem udało mu się wrócić poprzedniego dnia w szeregi Voldemorta, a ona, jak idiotka… Hermiona jęknęła cicho.

– Panie Malfoy, proszę odprowadzić koleżankę do skrzydła szpitalnego i upewnić się, że dostanie coś na rozjaśnienie umysłu. Ten jej wytwór naprawdę musiał być szkodliwy, ale czego oczekiwać po Gryfonce… – wycedził Snape.

Ślizgoni zachichotali radośnie, kiedy Draco wyprowadzał dziewczynę z sali. Hermiona nie mogła się powstrzymać i rzuciła przepraszające spojrzenie nauczycielowi.

– Hermiona! Co ty wyprawiasz?! – rzucił przerażony Draco do koleżanki, kiedy odeszli na bezpieczną odległość od drzwi. – Gdyby Snape nie potraktował cię natychmiast jak niepoczytalnej i nie zasugerował, że to skutek twojego wywaru, to mogłabyś go zdema…

– Wiem – odparła dziewczyna ze złością. – Przepraszam, Draco – dodała szybko, widząc jego zdziwioną minę, po czym osunęła się na podłogę i usiadła, podkulając nogi pod siebie.

Malfoy po chwili kucnął przy niej i rzucił zaklęcie wyciszające.

– Coś się stało? – spytał niepewnie, pamiętając, że kiedy ostatnim razem zadał jej to pytanie, dziewczyna niemiłosiernie beczała i po rozmowie wywaliła go z kuchni.

– Nie. Po prostu jestem zła, że nie umiem się kontrolować. Nie umiem myśleć jak on. Nie umiem myśleć tak, jak powinnam na wojnie – powiedziała Hermiona spokojnie i z dziwną stanowczością. – Nawet ty od razu zrozumiałeś konsekwencje moich słów, a ja… gdyby Snape tak na mnie nie spojrzał, to w ogóle bym się nad tym nie zastanawiała.

– Ja to co innego – westchnął Draco, zadowolony, że tym razem obejdzie się bez łez. – Od dziecka byłem uczony ukrywania emocji, zwracania uwagi na słowa i… cóż, myślenia, zanim się coś powie – wyjaśnił kpiąco. – W końcu miałem zostać cennym nabytkiem Czarnego Pana – dodał z goryczą.

Hermiona spojrzała z namysłem na chłopca.

– Właśnie… dlaczego Snape kazał tobie iść ze mną? Nie powinien do tego oddelegować jakiegoś Gryfona?

Draco spojrzał na dziewczynę z politowaniem.

– Po pierwsze, dla śmierciożerców jestem zdrajcą. Zdrajcą krwi, zdrajcą Czarnego Pana. Więc Snape powinien mnie traktować jeszcze gorzej niż Gryfonów. Szczęście, że musi utrzymywać pozycję szpiega, bo inaczej pewnie dostałby zadanie dostarczenia mnie Czarnemu Panu. Po drugie, wie, że to ode mnie dowiedziałaś się o… no… tej alergii na czekoladę i widział, że zauważyłem, co narobiłaś – wytłumaczył. – Więc pod byle pretekstem kazał mi cię wyprowadzić z klasy, żebym mógł ci to wszystko ładnie wyłożyć, co też niniejszym czynię – zakończył triumfalnie Malfoy.

Hermiona uśmiechnęła się blado i odchyliła głowę do tyłu, opierając ją o ścianę. Przełknęła ciężko ślinę. To wszystko było takie… skomplikowane. Nie rozumiała tego i nie wiedziała, w jaki sposób może się nauczyć. To ją przerażało. Zawsze wszystko było takie proste. Nie umiała? Wystarczyły książki, chwila czasu i po sprawie. A to… takie… nawet nie wiedziała, jak to nazwać. Niuanse wojenne? Rozsądne myślenie? Zdolność przewidywania? Tego się nie nauczy z żadnej książki i ta świadomość była niezwykle bolesna. Draco łapał w lot, co się działo. Harry ostatnio też ją zadziwiał stopniem rozumienia sytuacji. A ona…? Rozumiała powagę wojny, ale nadal bliżej było jej do ekscytującego się poszukiwaniem horkruksów Rona, niż Harry'ego czy Draco, rozmyślała gorzko. A sytuacja była tym poważniejsza, że teraz od jej wiedzy, umiejętności nie zależała tylko satysfakcja z dobrej oceny czy opanowania materiału, a czyjeś życie, a – być może, gdyby Snape nie wybrnął z sytuacji – wynik całej wojny. Co by było gdyby stracili szpiega?

– Jestem beznadziejna – szepnęła Hermiona ze wstydem. – Ty i Harry... odnajdujecie się w tym jakoś, a ja… nie wiem, co mam zrobić.

– Granger, tylko się nie rozklejaj – rzucił ostro Draco przerażony wizją pocieszania beczącej Gryfonki na środku korytarza. – Ja i Potter to co innego. Mówiłem, że ja od początku byłem do tego wychowywany. A po tym, co spotykało Harry'ego całe życie, to nic dziwnego, że przystosował się o wiele szybciej niż ty. On od zawsze tkwił w samym centrum wydarzeń.

Hermiona spojrzała zaskoczona na Draco. To miało sens. Sens, który on znowu wychwycił szybciej niż ona, pomyślała z ukłuciem zazdrości, ale szybko zdusiła to uczucie. Jeżeli tego się nie uczy, a to po prostu… przychodzi z czasem, to będzie ostrożna tak bardzo, jak tylko się da, aż w końcu wejdzie jej to w krew, postanowiła.

– Dzięki – mruknęła i dodała z lekkim uśmiechem – dziesięć punktów dla Slytherinu.


Późnym popołudniem Hermiona wraz z Harrym, Ronem, Draco i Gabrielle zmierzała na boisko quidditcha. Nigdy nie sądziła, że trafi na stadion już pierwszego dnia szkoły, ale Draco przyłączył się do nich po zajęciach, nie chcąc wracać do lochów. Ron nie wydawał się tym zachwycony, jednak dał się wciągnąć w dyskusję, kiedy Ślizgon sprytnie zmienił temat na Armaty Chudleya.

– Quidditch wydaji się dość… ę… ęteresujący – rzuciła lekko Gabrielle.

– No co ty! – zawołał Ron ze zgrozą. – Nigdy nie latałaś na miotle?

– Doprawdy, Ron, czy ty niczego nie wiesz? – skomentowała kwaśno Hermiona. – W Beauxbatons mają inaczej zorganizowane przedmioty, raczej…

– Oui, Hermiono – przerwała stanowczo Gabrielle, unosząc brew – wiem, że mój ęgilski nie jest najlepszi, mais… znaczi, ale… potrafi odpowiedzieć sama, oui? Merci. Więc… w Beauxbatons są taki jakby… kursy. Na miotłach latają wsziscy, ale nie musimy grać w quidditcha, można inny sport. Moi, ja miała acrobaties aériennes. To taki figury gimnasticzni na miotłach. Bardzo to ładni i szkoda, że tu się tego nie uczi.

Hermiona zaczerwieniła się lekko. Nie przepadała za Gabrielle od pierwszej chwili, zakładała, że dziewczyna będzie kopią Fleur. Wyniosłą, zarozumiałą i używającą czaru wili na każdym, kto się tylko nawinie. Musiała jednak przyznać, że ani razu nie widziała, żeby młoda Francuzka wykorzystywała swoje wrodzone zdolności czy urodę. Wprost przeciwnie, wydawała się raczej nie przywiązywać wagi do swojego wyglądu. Teraz miała na sobie proste, szerokie dżinsy, zwykłą koszulkę, a włosy związała w byle jaki kucyk. Gdyby nie jej wyjątkowa uroda, można by ją z powodzeniem nazwać chłopczycą.

– Gabrielle? Przepraszam – mruknęła Hermiona niechętnie. Dalej nie czuła do niej sympatii, ale póki nie miała do tego wyraźnych powodów, nie musiała niczego okazywać. – To tak… z przyzwyczajenia.

Gabrielle wzruszyła tylko ramionami.

– Super, dajcie sobie buzi na zgodę, czy co tam robią dziewczyny – rzucił radośnie Draco – i chodźmy na boisko, pokażesz nam te… akroba-coś-tam aerien.

I tym sposobem Hermiona wspinała się teraz na trybuny, a za nią podążali chłopcy z miotłami w rękach. Gabrielle została na dole, czekając, aż znajdą sobie miejsca.

Hermiona trochę wbrew sobie poczuła, że nie może się doczekać pokazu Francuzki. Już jako małe dziecko lubiła oglądać w telewizji zawody akrobatyczne, gimnastyczne czy nawet łyżwiarstwo figurowe, a teraz miała zobaczyć coś podobnego na własne oczy i to wiele stóp nad ziemią.

W końcu Gabrielle podleciała do nich.

– Tylko… wieci, to lepiej wigląda, jak jest muzyka. Ale tak też jest fajni, tylko…

– Dawaj, Gabrielle, na pewno będzie super – zachęcił ją Harry.

Dziewczyna skinęła głową z pełnym wdzięczności uśmiechem, po czym wyjęła różdżkę i jednym machnięciem transmutowała swoje szerokie spodnie w obcisłe legginsy, a kolejnym – ciężkie adidasy w zgrabne baletki. Zanim jednak ktokolwiek wyraził podziw dla jej umiejętności, Gabrielle odwróciła się, zawołała do Harry'ego, że za to będzie musiał nauczyć ją gry w quidditcha i wzbiła się wysoko w powietrze.

Pokaz był wspaniały. Wszyscy wpatrywali się w dziewczynę z zachwytem; jej akrobacje zapierały dech w piersiach. Hermiona nie miała pojęcia, że można być aż tak rozciągniętym. Gabrielle to siadała w szpagacie wzdłuż miotły, to stawała na niej na rękach i zgrabnym przejściem do mostka lądowała niemal na samym ogonie. Nagle ponownie stanęła na rękach, opadła do tyłu i zaczęła w ten sposób wirować dookoła miotły, z każdym obrotem nabierając prędkości. W końcu, w momencie, kiedy zwisała, puściła trzonek, jednocześnie wyrzucając nogi w górę i ciągnąc za nimi ciało, wskoczyła ponownie na miotłę. Hermionie kojarzyło się to z akrobatami ćwiczącymi na poręczach, z tym że poręcze były o wiele dłuższe niż miotła i nie zwykły się przemieszczać.

Po kilkunastu minutach Gabrielle zakończyła pokaz saltem i z niepewnym uśmiechem podleciała do siedzących na trybunach kolegów.

– No i jak? – spytała z lekkim zdenerwowaniem.

Za odpowiedź musiały jej wystarczyć wytrzeszczone oczy, zdumione spojrzenia i – w przypadku Rona – rozdziawione usta.

– Nie podobało się? – zaniepokoiła się dziewczyna. – Ja nie byłam w tym najlepsza u nas, wolała się uczić niż sport, ale…

– Gabrielle – wydusił w końcu Harry – to było niesamowite. Ty byłaś niesamowita.

Ron i Draco pokiwali tylko gorliwie głowami na znak poparcia.

– Naprawdę świetnie się oglądało – dodała Hermiona. – Gdyby w Hogwarcie uczyli czegoś takiego, to chyba przekonałabym się do latania.

Gabrielle uśmiechnęła się z radością.

– Dziękuji, miło to słiszeć. Ale to nic specjalnego, naprawdę nie przikładała się do nauki. Powinniście kiedyś odwiedzić Beauxbatons, są szkolne zawody i pokazy, to by się wam dopiero podobało.

Ron wyglądał, jakby na pokaz z Gabrielle mógł iść na koniec świata, nie tylko do Francji i nadal nie był w stanie wydusić ani słowa.

– A teraz quidditch – oznajmiła wesoło Gabrielle. – Kto ostatni przy tamtej obręczi jest zdechła gumochłon!

Kiedy chłopcy polecieli za nową koleżanką, Hermiona pogrążyła się w lekturze, zerkając tylko co jakiś czas na grających. Najpierw podzielili się w pary, w których jedno miało być obrońcą, a drugie – ścigającym, ale doszli do wniosku, że z jednym ścigającym na drużynę bardziej przypomina to zabawę w berka niż quidditcha, więc zaczęli po prostu rzucać karne, zmieniając się na obronie. Gabrielle okazała się beznadziejna z kaflem, zarówno pod kątem trafiania, jak i siły rzutu, jednak nad podziw dobrze szło jej na pozycji obrońcy. Hermiona kątem oka zauważyła, jak dziewczyna radzi sobie z praktycznie niemożliwymi do obrony rzutami – jej przygotowanie z Beauxbatons przynosiło owoce. Potrafiła przyjąć tak niespodziewane pozy na miotle i robiła to tak zwinnie i szybko, że chłopcy nie mieli szans. Miała po prostu o wiele większy zasięg dookoła miotły niż każdy inny obrońca, z jakim mieli do czynienia.

W końcu Hermiona musiała wracać do zamku. Zbliżała się 18:00, pora szlabanu. Dziewczyna skrzywiła się. Snape kazał jej przekazać, że odrobi go u McGonagall i Hermiona nie była pewna, czy powinna się z tego cieszyć. Z jednej strony uniknie gniewu mistrza eliksirów, ale z drugiej – nie będzie miała okazji go przeprosić i na pewno narazi się na krytykę opiekunki swojego domu. Co będzie, to będzie, zakończyła rozmyślania, pomachała przyjaciołom i ruszyła szybkim krokiem do zamku.

– Jak chodzisz, Granger? – warknęła wysoka postać w czarnej szacie.

Hermiona uniosła wzrok i zobaczyła Snape'a rozmasowującego sobie nos. Zacisnęła mocniej dłoń na klamce drzwi wejściowych, które musiały stać się narzędziem ataku.

– Ja… przepraszam, profesorze, nie wiedziałam, że pan…

– Nic dziwnego – wycedził mistrz eliksirów. – Gdyby miała pani jeszcze tylko odrobinę bardziej rozczochrane włosy, stałaby się pani nowym pupilkiem Hagrida.

Hermiona spojrzała z oburzeniem na profesora, ale nie przychodziła jej do głowy żadna cięta riposta.

– Jak pan może?! – wybuchła w końcu.

Snape postanowił zignorować to pytanie.

– Gdzie Potter i Malfoy?

– Na boisku – warknęła dziewczyna, nie potrafiąc ukryć urazy w głosie.

Nauczyciel zmierzył Hermionę kpiącym spojrzeniem, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z targających nią emocji. Po chwili wyjął różdżkę, wyczarował patronusa, któremu – podobnie jak na Grimmauld Place – szepnął kilka słów i srebrzysta łania pobiegła rączo w stronę stadionu.

– Dobrze, a teraz proszę do dyrektora, panno Granger.

– Mówiłam, że to było niechcą…

Snape westchnął z irytacją.

– Nie interesują mnie pani zachcianki bądź ich brak – powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. – Za mną.

Hermiona przełknęła gorzkie słowa cisnące jej się na usta i pomaszerowała za mistrzem eliksirów. Nauczyciel szedł tak szybkim krokiem, że w końcu musiała zacząć za nim biec. Próbowała przypomnieć mu o szlabanie, ale Snape w odpowiedzi tylko przyspieszył. Dziewczyna zmełła w ustach przekleństwo i zagryzła wargi. Modliła się, by nie spotkać na korytarzu żadnych uczniów, a w szczególności Ślizgonów – wiedziała, że biegnąc za mistrzem eliksirów, przypomina zziajanego psiaka.

W końcu doszli do kamiennego gargulca, a raczej Hermiona dobiegła w momencie, kiedy na szczycie schodów mogła dostrzec już tylko kawałek łopoczącej szaty Snape'a. Dysząc ciężko, wbiegła na górę i wpadła do gabinetu dyrektora.

– Panie dyrektorze, to był wypadek! – rzuciła szybko, zdeterminowana przerwać Snape'owi jego wersję wydarzeń. Jeden szlaban w zupełności jej wystarczył, ona nie miewała szlabanów. – Nie chciałam uderzyć profesora w twarz!

Snape z kamiennym wyrazem twarzy wpatrywał się w olbrzymie okno, natomiast dyrektor zamrugał ze zdziwieniem i pogładził się delikatnie po brodzie.

– Dzień dobry, panno Granger – powiedział ostrożnie. – Muszę przyznać, że nie rozumiem.

– Dzień dobry – wymamrotała zażenowana Hermiona. – Przepraszam, miałam na myśli drzwi.

Dumbledore przymknął oczy. Ta sytuacja niepokojąco przypominała mu pomyłkę z przysięgą na zebraniu Zakonu Feniksa. Widocznie Snape miał podobne skojarzenia, bo ponownie przyszedł na ratunek dyrektorowi.

– Panna Granger zaatakowała mnie. Drzwiami. Wejściowymi – wyjaśnił jedwabistym głosem. – Obawiam się, że mogłem jej nie wspomnieć, że nie z tego powodu została przez ciebie wezwana.

Hermiona, mimo złości na nauczyciela, odetchnęła z ulgą. Zanim zdążyła zapytać, po co w takim razie została poproszona do dyrektora, rozległo się pukanie i do środka weszli Harry i Draco.

– Dzień dobry, profesorze – powiedział pierwszy z nich z uśmiechem, podczas gdy drugi wymamrotał coś niezrozumiale.

Hermiona obrzuciła ich obu uważnym spojrzeniem. Malfoy wydawał się spięty, nerwowo przestępował z nogi na nogę, ale jednocześnie rozglądał się z ciekawością dookoła. Dziewczyna zastanawiała się, czy wcześniej miał w ogóle okazję zobaczyć gabinet dyrektora. Harry z kolei wyraźnie się odprężył. Hermiona nie widziała go takiego od przyjazdu do Hogwartu. Nawet żartując z nimi, latając czy podziwiając wyczyny Gabrielle, cały czas miał w oczach jakiś dziwny, odległy wyraz, jak gdyby próbował nie myśleć o powodzie swojego przygnębienia. Teraz natomiast, kiedy znalazł się w pobliżu Dumbledore'a, to zniknęło. Wpatrywał się w dyrektora z dziwnym spokojem, z jego oczu biło zaufanie i pewność. Jakby… jakby dyrektor był jedyną osobą, mogącą dać Harry'emu oparcie. Jakby dyrektor był jedyną osobą, dla której to Harry nie musiał stanowić oparcia. Hermiona westchnęła cicho. Wiele by dała, żeby odkryć problem przyjaciela, ale nie wiedziała, jak to zrobić. Gdyby migał się od odpowiedzi i nie przyznawał, że ma jakiś kłopot, próbowałaby pociągnąć go za język aż do skutku. Teraz jednak, kiedy postawił sprawę jasno i odmówił rozmowy na ten temat, miała związane ręce. A tak bardzo chciała mu pomóc…

Z rozmyślań wyrwał dziewczynę głos Snape'a.

– Albusie, skoro jesteśmy już wszyscy, to może zdradzisz powód, dla którego zrobiłeś to małe… zebranie? – spytał mistrz eliksirów, obrzucając pogardliwym spojrzeniem swoich uczniów.

Dumbledore westchnął ciężko, ale wyraz jego twarzy nabrał stanowczości. Malfoy głośno przełknął ślinę. Dla wszystkich stało się jasne, że nie powinni przerywać, niezależnie od tego, co dyrektor miał im do zakomunikowania.

– Panna Parkinson pojedynkowała się z panną Bulstrode. Została trafiona Rictusemprą.

Uczniowie, mimo najszczerszych chęci, wytrzeszczyli oczy. Nawet Snape uniósł lekko brew i posłał Dumbledore'owi pytające spojrzenie.

– I co w związku z tym, Albusie? Od łaskotek jeszcze nikt…

– Straciła przytomność. Poppy odkryła, że dziewczyna przynajmniej od dwóch miesięcy przyjmowała serum Lenis Pellis.

Pełne zrozumienia „och!" wyrwało się z gardła Hermiony, na co Snape spojrzał na nią z niechętnym uznaniem.

– Ee… panie profesorze, a co to znaczy? – spytał w końcu Harry.

– Lenis Pellis to eliksir na gładką cerę, Potter – warknął Snape. – Jeżeli używa się go regularnie, to skóra staje się zbyt napięta i wrażliwa, by znieść niektóre zaklęcia… Jak na przykład powodujące gwałtowny śmiech. Ta przepraszam–dyrektorze–idiotka nie odzyska przytomności, dopóki wszystkie składniki serum nie zostaną naturalnie zneutralizowane… czyli przez przynajmniej kilka miesięcy. Co jednak nie daje nam powodu, dla którego zostaliśmy tutaj ściągnięci.

– Owszem, Severusie, daje – powiedział spokojnie Dumbledore, a do jego oczu powróciły wesołe iskierki. – Panna…

– O, nie – wycedził Snape. – O nie. To niemożliwe. Powiedz, że…

– To jak najbardziej możliwe i rozsądne, Severusie.

– Rozsądne? – krzyknął młodszy mężczyzna. – Ta kretynka o mało co mnie nie zdemaskowała na dzisiejszej lekcji, informując wszystkich Ślizgonów, ze przyniosła mi czekoladki, a Ty mówisz, że to rozsądne?!

– To jest okazja, której nie możemy zmarnować, mój drogi – powiedział stanowczo dyrektor. – Panna Granger zajmie miejsce panny Parkinson.

Hermiona zamarła. Harry i Draco mieli wrażenie, że znaleźli się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Hermiona ma zastąpić Pansy? Jak? Po co? Dorośli jednak wydawali się w ogóle nie zauważać ich reakcji. Snape, zaciskając pięści, wydeptywał ścieżkę między oknem, a biurkiem, podczas gdy Dumbledore tylko wodził za nim wzrokiem, czekając na kolejne posunięcie nauczyciela.

– To byłby dobry pomysł, Albusie – odezwał się w końcu Snape już spokojnie – Ale ona nie da rady. Prędzej czy później zrobi coś głupiego, a szkoła będzie się tłumaczyć, dlaczego ukrywałeś kontuzjowaną Parkinson przed rodzicami i podstawiłeś za nią kogoś innego. Zawieszą cię.

– Jestem skłonny zaryzykować – odpowiedział gładko dyrektor. – Musimy wiedzieć, jak wygląda sytuacja wśród uczniów mających za rodziców śmierciożerców. Ponadto… młodzi mają mniej doświadczenia, łatwiej od nich zdobyć informacje.

– To będzie katastrofa, za którą…

– Panie dyrektorze, ale ja nie mam jeszcze dziewiętnastu lat – oznajmiła nagle Hermiona.

– Tak, Granger, zdajemy sobie z tego sprawę – warknął Snape. – Obawiasz się, że nie dostaniesz pozwolenia od rodziców?

– Nie, profesorze – odparła Hermiona, ignorując kompletnie ton nauczyciela. – Mam niespełna siedemnaście lat, co oznacza, że jestem w okresie dojrzewania, więc nie mogę przyjmować eliksiru wielosokowego przez cały czas, regularnie, bo moje ciało nie będzie miało okazji się rozwijać – wyjaśniła spokojnym, pewnym tonem.

– Panno Granger, do jutra o wypadku panny Parkinson będą wiedzieć wszyscy. Na tej podstawie otrzyma pani osobną sypialnię, która będzie niezbędna w pani rekonwalescencji – oznajmił Dumbledore, patrząc z dumą na uczennicę. Wiedział, że była bystra i inteligentna, ale takie nastawienie zrobiło na nim wrażenie. – Wejście do niej będzie bezpośrednio z korytarza, a nie Pokoju Wspólnego, ponadto będzie zabezpieczona hasłem. Nikt nieproszony się tam nie zjawi, w związku z czym eliksiru będzie pani używać tylko poza nią.

Harry powoli wychodził z szoku. Rzeczowe podejście Hermiony przywróciło go do rzeczywistości i uzmysłowiło, że to wszystko się dzieje naprawdę. Coś jednak mu nie pasowało…

– Panie dyrektorze, ale czy to nie będzie zbyt oczywiste? Znaczy, no… Moody – mruknął.

– Alastor, Harry?

– Nie, Barty – odparł chłopiec i zarumienił się lekko. Nadal czuł się nieswojo w sytuacjach, w których miał jakiś pomysł, ale nie był pewny, czy się nie wygłupi. – Chodzi mi o to, że… ee…

– Potterowi chodzi o to, że jak Granger zacznie biegać i co godzinę golić z jakiejś flaszki, to po sytuacji z Crouchem ktoś się domyśli – wyjaśnił Draco, litościwie kończąc męki Harry'ego.

Hermiona zmarszczyła brwi.

– Mugole mają lepiej. Żadnych eliksirów, nie licząc syropów, wszystko w tabletkach… – powiedziała zamyślona.

– Hmm… profesorze? – odezwał się nieśmiało Harry, patrząc w kierunku mistrza eliksirów. – Nie da się zamknąć eliksiru w jakiejś… kapsułce?

– Potter, tabletki są ciałem stałym, a eliksir wielosokowy…

– Wiem, jak wygląda eliksir wielosokowy – przerwał chłopiec, zanim zdążył ugryźć się w język. – Po prostu, Hermiona mi przypomniała, że mugole robią też takie… jakby kapsułki. Mają stałą, przezroczystą powłoczkę, która się rozpuszcza w żołądku, a w środku jest płyn. Nie da się zrobić czegoś takiego?

Snape przymknął oczy. Musiał przyznać, że pomysł był bardzo dobry. Gdyby dało się go wykorzystać, to nawet genialny – eliksiry, których nie trzeba nosić w buteleczkach, zwykłe pastylki… O wiele wygodniej. Gdyby to opatentował… na pewno dostałby jakąś nagrodę, może by pisano o nim w podręcznikach…

– Nieźle, Potter – wydusił w końcu, z wyrzutem patrząc na chłopaka.

Harry parsknął cichym śmiechem.

– W takim razie, Severusie, oczekuję, że postarasz się to opracować – oznajmił dziarsko Dumbledore. – Pan, panie Malfoy, będzie odpowiedzialny za wprowadzenie panny Granger w… świat Ślizgonów. Pomoże jej pan z udawaniem panny Parkinson. Zachowanie, znajomości, sposób wysławiania się…

– Oczywiście, panie profesorze – powiedział Draco, ale spojrzał niepewnie na Gryfonkę, wspominając ich rozmowę na korytarzu. Zdawał sobie sprawę, jak trudne będzie to zadanie.

– A… co będzie z moimi lekcjami? Zadaniami domowymi? Egzaminami? Co się stanie z Hermioną Granger? – spytała Hermiona, przygryzając wargi.

– Ach, Hermiona Granger wróci do domu z powodu sytuacji rodzinnej, ale otrzyma pozwolenie na eksternistyczne zaliczenie semestru. Prace domowe będzie wysyłać sowią pocztą, a wróci na egzaminy – wyjaśnił spokojnie Dumbledore.

Hermiona skinęła głową.

– A szkolenia, które mieliśmy mieć jako członkowie Zakonu?

– Cóż, obawiam się, że…

– Mógłbym jej pożyczać pelerynę – mruknął Harry, widząc, jak przyjaciółce rzednie mina. – Domyślam się, że nie będę mógł spacerować w kółko po lochach, ale gdyby jej pokój połączyć siecią Fiuu z jakimś innym, to przed treningami mógłbym do niej wpadać i… no, w pelerynie mogłaby brać udział w zajęciach. Znaczy, chodzić w pelerynie, a na zajęciach już nie, znaczy…

– Tak, Harry – przerwał z uśmiechem Dumbledore – Zrozumieliśmy. Obawiam się jednak, że to niepotrzebne zwiększanie ryzyka. Panna Granger będzie chodzić wyłącznie na treningi z pojedynków, natomiast pozostałe rzeczy będzie musiała przyswoić sama. Oczywiście, jeżeli pojawi się jakiś problem, ufam, że Severus będzie do dyspozycji.

Snape jęknął cicho.

– Za jakie grzechy? Nie, nie odpowiadaj… Jak rozumiem, nie mam wyjścia?

– Severusie…

– Tak, wiem. Oczywiście, że będę do dyspozycji – mistrz eliksirów nie był w stanie powstrzymać się od przewrócenia oczami.

Hermiona miała wrażenie, że jeszcze trochę i pokaże dyrektorowi język albo zacznie tupać nóżkami. Uśmiechnęła się lekko na tę myśl. Mógłby sobie przy tym przydepnąć szatę…

– Dziękuję. To jeszcze został Harry – Dumbledore uśmiechnął się ciepło do swojego protegowanego. – Ty i – w tej sytuacji – panna Granger, potrzebujecie lekcji oklumencji. Profesor Snape…

Profesor Snape opadł ciężko na fotel, mamrocząc pod nosem wszystkie znane mu przekleństwa.

– Severusie – napomniał łagodnie dyrektor. – Jesteś ekspertem. W związku z tym wierzę, że wszyscy będziecie w stanie zapomnieć o uprzedzeniach i zaczniecie współpracować.

Hermiona i Harry pokiwali niepewnie głowami, natomiast z miny nauczyciela można było wywnioskować, że nawet jeśli w tej chwili zacznie zapominać o uprzedzeniach, to przed ukończeniem szkoły przez Pottera na pewno nie zdąży ze wszystkimi. Dumbledore westchnął, ale nic więcej nie powiedział na ten temat.

– Dobrze, moi drodzy… przeniesiecie się teraz do pokoju panny Granger, gdzie ustalicie szczegóły. Harry, pomyślę nad tym pokojem z kominkiem. Panie Malfoy, ze względu na wypadek panna Granger będzie mogła opuścić dwa dni zajęć. W tym czasie musi pan ją przygotować do wejścia w rolę panny Parkinson – zarządził dyrektor na koniec. – To wszystko, dziękuję wam.

Cała czwórka niemrawo pożegnała się z dyrektorem i skierowała w stronę kominka. Kiedy uczniowie już się przenieśli, Snape odwrócił się gwałtownie do przełożonego.

– Albusie, to jest naprawdę idiotyczny pomysł! Ona nawet w normalnej sytuacji nie panuje nad słowami, musimy porozmawiać!

– Severusie – zaczął dyrektor ze złośliwymi iskierkami w oczach – Dlaczego panna Granger przynosi ci czekoladki?

Snape z urażoną miną odwrócił się na pięcie, wszedł do kominka i – odprowadzany chichotem Dumbledore'a – zniknął.