No to kolejny rozdział, najdłuższy z dotychczasowych, zdaje się. Betowała Kasia (dziękuję!).
Przy okazji melduję, że to ostatnia z części, które miałam napisane "na zapas", więc kolejne będą już wklejane na bieżąco.
Dziękuję też za komentarze, naprawdę motywują do pisania! :)
ROZDZIAŁ JEDENASTY – GAMBIT
Hermiona zaczęła przyzwyczajać się do nowego planu dnia. Posiłki ze Ślizgonami, zajęcia, na których siedziała z Daphne lub Blaise'em i popołudnia spędzane z Teodorem. Dopiero wieczory miała dla siebie, co oznaczało, że dzieliła je między naukę, czas spędzany z przyjaciółmi, oklumencję i lekcje z Draconem. Snape uznał, że dopóki dziewczyna nie opanuje wystarczająco udawania Parkinson, udzielanie jej wskazówek co do szpiegowania byłoby marnowaniem jego cennego czasu. Gryfonka wiedziała jednak, że niedługo się to zmieni; czuła się coraz pewniej w nowej roli. Atak paniki nie powtórzył się więcej, chociaż przed pierwszą wizytą w Pokoju Wspólnym Ślizgonów Hermiona poprosiła Snape'a o jeszcze jedną dawkę eliksiru uspokajającego.
– Masz, Granger – warknął, podając dziewczynie fiolkę bez zbędnych pytań. – I nie zrób nic głupiego, bo sam cię z przyjemnością dostarczę rodzicom Parkinson. Na pewno będą chcieli cię… poznać.
– Dziękuję – mruknęła. – Ale w porządku, idę z Teodorem.
– Z tego, co pamiętam, nie powstrzymuje cię to przed robieniem idiotyzmów – zadrwił, mając przed oczami pijaną Gryfonkę.
– Bardzo śmieszne. Chodziło mi o to, że on… hm… lubi Pansy. Cała reszta albo jej się boi, albo płaszczy przed nią, albo w ogóle chce czegoś od niej. A on po prostu jest jej przyjacielem.
– Pamiętaj, że on lubi Pansy, a nie ciebie, Granger – upomniał Snape, przyglądając się Gryfonce z namysłem.
– Wiem! Wiem. Po prostu… pewniej się z nim czuję. No i prędzej od niego coś wyciągnę. Ostatnio nawet przyznał, że podoba mu się jakaś dziewczyna, która jest półkrwi. Chyba z tego powodu nie wychwala w kółko Voldemorta, jak większość Ślizgonów w rozmowach ze mną – prychnęła.
– Granger! Nie masz wyszukiwać dzieciaków, które mogłabyś sprowadzić na naszą stronę! Od tego jest teraz Draco, to wokół niego skupiają się wszyscy ci, którzy nie chcą dołączyć do Czarnego Pana! – zdenerwował się Snape. – Ty nie możesz dać najmniejszego powodu do zwątpienia w twoją lojalność wobec niego! Inaczej cały ten idiotyczny plan nie będzie miał sensu!
Hermiona skrzywiła się lekko. Wiedziała, że na początku nie radziła sobie zbyt dobrze, ale powoli uczyła się panować nad gryfońskimi odruchami i uważała, że udawanie Pansy idzie jej całkiem nieźle. Tymczasem czego by nie powiedziała, Draco albo Snape zasypywali ją lawiną krytyki przemieszanej z dobrymi radami. Co najmniej, jakby była małym dzieckiem.
– Wiem, profesorze. Nikogo nie nawracam. Teo powiedziałam tylko, że Czarny Pan nagradza swoich wiernych popleczników, sugerując, że dziewczyna półkrwi nie będzie problemem. Mam nadzieję, że to wystarczająco ślizgońskie – wycedziła. – Dziękuję za eliksir, pójdę już – dodała i uciekła, nie czekając na odpowiedź, którą, jak podejrzewała, byłyby wrzaski.
Stojąc przed wejściem do Pokoju Wspólnego Slytherinu, Hermiona błogosławiła w duchu eliksir uspokajający. Zdawała sobie sprawę, że to idiotyczne, że skoro przez tyle dni radziła sobie nieźle, to miejsce tego nie zmieni, ale i tak nie mogła powstrzymać drżenia rąk. Dotąd przebywała ze Ślizgonami tylko na terenach neutralnych, jak określała na własny użytek klasy, błonia, korytarze i Wielką Salę. Teraz natomiast miała pojawić się na terytorium wroga.
– O, jesteś. Długo czekasz? Mogłaś wejść przecież.
Dziewczyna odwróciła się i posłała Teodorowi najpiękniejszy uśmiech. Naprawdę pamiętała, że Nott lubi Pansy a nie ją, nie mogła jednak zaprzeczyć uczuciu ulgi, które zalało ją na widok chłopca. Mimo wszystko czuła się z nim bezpieczniej.
– Nie, dopiero przyszłam. Jakoś… dziwnie mi z tym, dawno mnie tu nie było. – Hermiona postanowiła postawić na szczerość. Jeśli zrobi coś głupiego, Teo będzie mógł zrzucić to na jej niepewność.
– Ty? Nie wierzę – zaśmiał się cicho Nott, ale nie komentował więcej. – Chodźmy.
Wbrew oczekiwaniom Hermiony jej pojawienie się w Pokoju Wspólnym nie wzbudziło większego zaciekawienia. Ślizgoni nie odczuli jej nieobecności zbyt mocno; chodziła z nimi na lekcje i była widywana w towarzystwie Teodora w różnych częściach zamku. Paradoksalnie spowodowało to zdenerwowanie dziewczyny. Nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Przygotowała się na walkę z nachalnym zainteresowaniem, ucinanie rozmów i – w ostateczności – opuszczenie pokoju z pogardą. Zrozumiała jednak, że swoje wyobrażenie powitania Pansy oparła na powrotach Harry'ego ze skrzydła szpitalnego, a Ślizgoni zbyt różnili się od Gryfonów, by rzucić się z entuzjazmem na koleżankę.
Nie będąc pewną, co robić, Hermiona stała przy ścianie i odpowiadała skinieniem głowy na niemrawe powitania. Już miała odwrócić się do Notta i oznajmić, że zapomniała czegoś-bardzo-ważnego ze swoich komnat, gdy na ratunek przyszedł jej wybiegający z sypialni Draco. Chłopiec obrzucił rozgrywającą się scenę uważnym spojrzeniem i błyskawicznie wysnuł właściwe wnioski.
– Och, Pansy… Stęskniłaś się za mną? – rzucił drwiącym głosem.
– Zważywszy, że gdy tylko weszłam, przybiegłeś do mnie jak piesek, to chyba ja powinnam zadać ci to pytanie – wycedziła, unosząc brew podpatrzonym u Snape'a ruchem.
– Proszę, proszę, jaka wyszczekana…
– Odpieprz się od niej, Malfoy – warknął Nott.
– O, Pansy ma obrońcę, jakie to słodkie… – zakpił Draco. – Szybko się pocieszyłaś, dziewczynko. A może nie robi ci różnicy, przed kim rozkładasz nogi?
Jeszcze tydzień temu Hermiona po takich słowach straciłaby całe opanowanie i rzuciła się na Malfoya z pięściami, ale godziny rozmów, które odbyli w jej kwaterach, przyniosły efekty.
– O mnie mówisz? Zajmij się lepiej swoją Delacour… Jak się nią dzielisz z Potterem i Weasleyem?
– A co? Zazdrosna?
– Niesamowicie, Malfoy – roześmiała się szczerze dziewczyna. – A teraz wybacz, ale mam ciekawsze zajęcia niż rozmowy z tobą – zakończyła, cedząc słowa, po czym wzięła Notta pod rękę i zaciągnęła na wolną kanapę.
Hermiona zauważyła z pewnym zadowoleniem, że coraz lepiej rozumieją się z Draconem. Chłopak w jakiś sposób zawsze wiedział, kiedy potrzebuje pomocy. Ona też nauczyła się przekazywać mu, kiedy ma ją wyciągnąć z jakiejś sytuacji, a kiedy tylko dać jej chwilę na dojście do siebie. Cieszyła się z tego, miała nadzieję, że nie zawiedzie Dumbledore'a, a przy okazji udowodni Snape'owi, że jej nie doceniał.
– Pansy! Czy ty mnie słuchasz?
– Przepraszam – mruknęła. – Zamyśliłam się.
– Pytałem, co z tymi szachami. Chciałaś kiedyś, żebym cię nauczył.
– Och, hm… jasne – wyjąkała. – Mamy jeszcze trochę czasu do kolacji.
Kiedy Nott poszedł do dormitorium, opadła na oparcie kanapy. Zrobiło jej się słabo. O ile moment wcześniej czuła się pewna swoich możliwości, tak nagle zrozumiała, że była to tylko iluzja. Gdyby Teo nie wspomniał, że miał uczyć Pansy gry w szachy, mogłaby się zdradzić, pokazując swoje umiejętności. Nie to ją jednak martwiło. Po prostu dotarło do niej, że znowu o czymś nawet nie pomyślała. Mimo że wiedziała, że nie może zdradzać się ze swoją wiedzą, jeśli chodzi o szkolne zajęcia, to nie wzięła pod uwagę bardziej prozaicznych umiejętności. Muszę porozmawiać z Draco, postanowiła, kiedy Nott wrócił, trzymając pudełko w rękach.
– No więc tak… białe ustawiasz na pierwszej i drugiej linii, a czarne na siódmej i ósmej. Rząd od środka pionki, od siebie figury. Ustaw je tak jak ja, naprzeciwko. – Kiedy Hermiona skończyła, Teo kontynuował. – Białe zaczynają. Pionki ruszają się tak… skoczki…
– Skoczki? Nie konie? – wyrwało się dziewczynie.
– Koń to błędna nazwa. Tak samo jak królowa czy królówka – prawidłowo to hetman. No więc skoczki po takiej jakby L-ce i one mogą przeskakiwać inne bierki.
– Bierki?
– Figury i pionki.
Hermiona była pod wrażeniem jego znajomości tematu. Wiele osób grało w szachy, ale zazwyczaj słyszała o koniach, królowych, nie dotarło też do niej nigdy określenie „bierki". Nawet Ron, który był bardzo dobry w szachach, wyrażał się niepoprawnie.
Teo musiał źle odczytać jej zdumione spojrzenie, bo zgarnął wszystkie figury z szachownicy.
– Tego faktycznie może wydawać się dużo, jak na początek. Nauczę cię tak, jak uczył mnie ojciec – po kolei, żebyś załapała same ruchy.
Przez chwilę przestawiali same pionki. Hermiona kilka razy umyślnie zrobiła nieprawidłowe posunięcie, żeby Ślizgon nie nabrał żadnych podejrzeń.
– O, a co to było? – spytała autentycznie zaskoczona, kiedy Teo zbił jej pionka, stawiając swojego na polu za nim.
– A, bicie w przelocie. Przepraszam, zapomniałem o nim powiedzieć. To możesz zrobić tylko wtedy, kiedy przejdziesz pionkiem za połowę szachownicy, a przeciwnik ruszy się o dwa pola. Wtedy możesz zbić tego pionka tak, jakby ruszył się normalnie o jedno. Dlatego stawiasz na tym polu, a nie na tym – wskazał omawiane miejsca. – I możesz to zrobić tylko bezpośrednio po ruchu przeciwnika.
Hermiona kiwnęła głową, starając się zapamiętać słowa Notta. Jeszcze kilka takich wskazówek i chętnie zagra z Ronem w szachy. Może w końcu uda jej się wygrać.
Kiedy omówili już wszystkie figury i zaczęli grać, Hermiona myślała, że to koniec nauki. Teo jednak do roli instruktora podszedł bardzo poważnie. Tłumaczył jej wszystkie swoje ruchy i zwracał uwagę na różne możliwości. Dziewczyna po raz pierwszy dostrzegła w szachach coś więcej niż zbijanie jak największej ilości figur.
– Ech, nie. To była pułapka. Takie coś nazywa się gambitem. Poświęcasz pionka albo figurę, żeby zdobyć lepszą pozycję na planszy albo – jak w tym przypadku – od razu dać mata – wyjaśnił Nott. – Ale i tak nieźle ci idzie, jak na początek – dodał łaskawie.
– Dzięki. To nawet interesujące – odparła Hermiona, zaskakując sama siebie. Wcześniej nie przepadała za szachami. Nie grała też najlepiej, ale do tej pory nie miała ochoty tego zmienić. – Zaraz kolacja. Muszę jeszcze iść do siebie, zobaczymy się później.
– Jasne, a słuchaj… jutro wyjście do Hogsmeade, może pójdziemy razem?
Hermiona zagryzła wargi. Miała nadzieję, że spędzi trochę czasu w swoich kwaterach bez udawania Pansy. Kusiło ją też wzięcie przykładu z Harry'ego i odwiedzenie wioski w pelerynie niewidce. Ostatecznie, gdyby coś nie wyszło, Hermiona Granger zniknęła ze szkoły z powodu spraw prywatnych, ale na pewno nie oznaczało to, że nie może od czasu do czasu odwiedzić przyjaciół. Po propozycji Notta byłoby to jednak zbyt niebezpieczne. Mógłby zauważyć dziwną zależność – Hermiona pojawia się akurat pod nieobecność Ślizgonki.
– Dobrze, chętnie – wymamrotała w końcu bez entuzjazmu.
– Hej, spokojnie, Malfoy na pewno będzie gdzieś się włóczył ze swoimi nowymi przyjaciółmi – mruknął Teo, źle odczytując zmianę nastroju dziewczyny.
– Ta, pewnie masz rację. Widzimy się na kolacji – rzuciła Hermiona i wyszła szybkim krokiem z Pokoju Wspólnego.
Po codziennej sesji z Draco Hermiona planowała się wcześniej położyć, jednak nie było jej to dane. Ledwo pożegnała się ze Ślizgonem, a z kominka wypadł Harry, informując o pierwszym szkoleniu Zakonu. Dziewczyna westchnęła cicho, wzięła od przyjaciela pelerynę i ruszyła za nim do łazienki Jęczącej Marty. Z jednej strony cieszyła się na myśl o nowych zajęciach, z drugiej – udawanie Pansy wyczerpywało ją psychicznie, a tego dnia robiła to dłużej niż zwykle.
Kiedy Harry pchnął drzwi do łazienki, Hermiona parsknęła śmiechem. Widok tylu osób tłoczących się między kabinami był wręcz groteskowy.
– Co byście zrobili, gdyby wszedł tu ktoś spoza Zakonu? – spytała po szybkim przywitaniu się ze wszystkimi.
Opierający się o umywalkę Moody uniósł brew, co wyglądało nieco przerażająco na jego poznaczonej bliznami twarzy.
– To – wskazał palcem na swoje magiczne oko – nie służy wyłącznie do ozdoby. Zablokowanie drzwi w odpowiednim momencie nie stanowiłoby problemu. Wystarczy stała czujność!
Hermiona zarumieniła się lekko. Powinna przewidzieć, że kto jak kto, ale Moody na pewno nie zostawiłby nic przypadkowi.
Po chwili do łazienki wszedł Malfoy, przytrzymując drzwi nieco zbyt długo, by wydawało się to naturalne. Gdy Hermiona posłała mu pytające spojrzenie, Ślizgon z rozpaczą pokręcił głową.
– Draco, co… – Dziewczyna przerwała, gdy obok Malfoya zmaterializowała się nagle Augusta Longbottom.
– Babcia?! – krzyknął Neville.
– Całkiem dobrze wyszło mi to zaklęcie niewidzialności, nie sądzisz, Alastorze? – zapytała figlarnie staruszka, po czym zwróciła uwagę na swojego wnuka. – A ty co się tak dziwisz? Podczas pierwszej wojny byłam jednym z najlepszych członków Zakonu! Zrezygnowałam wyłącznie ze względu na opiekę nad tobą. Teraz jednak to nieistotne – dodała ze wzruszeniem ramion. – I tak jesteś w niebezpieczeństwie, niezależnie od tego, czy ja się w to wtrącę.
Hermionie opadła szczęka. Przyzwyczajona do lamentów pani Weasley nie spodziewała się tak lekkiego podejścia ze strony starszej kobiety. Tym bardziej, że chodziło w końcu o jej jedynego wnuka!
– To znaczy, że pani będzie nas uczyć pojedynków? – spytała niepewnie.
– A tak, młoda damo – odparła pani Longbottom. W jej oczach błyszczały radosne iskierki, niemal takie same, jak u Dumbledore'a.
Malfoy przełknął ślinę. Od zmiany stron obawiał się babci Neville'a. Nie uśmiechało mu się spędzanie w jej towarzystwie większej ilości czasu.
– A… a profesor Moody? – spytał z nadzieją, nie będąc pewnym, jak go tytułować.
– Alastor, oczywiście, będzie prowadził ze mną te zajęcia – odparła staruszka. – Harry, ty podobno masz nam otworzyć wejście do Komnaty. Na co czekasz? – spytała, rzucając zaklęcia blokujące na drzwi łazienki.
Harry podskoczył nieco zaniepokojony żwawością kobiety, ale posłusznie pochylił się nad wygrawerowanymi wężami i wysyczał coś w mowie węży. Kiedy tunel się otworzył, chłopiec zerknął po przejętych twarzach towarzyszy i zsunął się w ciemność.
Zaraz za nim zaczęły zjeżdżać kolejne osoby. Szalonooki, bliźniacy, pani Longbottom, Malfoy… Hermiona już miała wskoczyć za nimi, ale poczuła, że ktoś łapie ją za rękę. Uniosła wzrok. Ginny wpatrywała się w nią z niemą prośbą w oczach.
– Chcesz pierwsza? – spytała Hermiona, podczas gdy Ron wskakiwał do szerokiej rury.
– Nie, ja… możemy… możemy jakoś razem? – wymamrotała Ginny.
Hermiona z ukłuciem winy przypomniała sobie historię z ich drugiego roku. Najmłodsza z Weasleyów miała wszelkie powody, by nie chcieć wracać do Komnaty Tajemnic, a ona nawet o tym nie pomyślała! Machnęła szybko ręką, pokazując Neville'owi i Lunie, żeby szli pierwsi i pociągnęła przyjaciółkę za sobą.
– Chodź. I nie bój się, Harry sprawdził wszystko z profesorem Dumbledore'em.
Ginny skinęła głową bez przekonania, ale podeszła za Hermioną do ziejącego czarnego otworu. Zeszły.
Harry szybkim krokiem prowadził ich do komnaty. Wszyscy rzucali zaklęcia oświetlające, chcąc przyjrzeć się podziemnym korytarzom. Nawet Ginny się uspokoiła i zaczęła rozglądać z ciekawością. Ze swojej przygody w pierwszej klasie pamiętała tylko mgliste urywki, więc teraz wszystko wydawało jej się nowe.
– Dobrze, więc... ee… – zaczął Harry jak zwykle niepewnie w towarzystwie dorosłych. – Więc tutaj będziemy ćwiczyć. Pod tamtą ścianą są materace, a tutaj krzesła, jakby były potrzebne. I tam jest regał z eliksirami leczniczymi na… no, na wszelki wypadek. No i jeśli jeszcze coś by było potrzebne, to mamy się zgłosić do profesora Dumbledore'a – wyjaśnił i podszedł do Hermiony, oddając głos pani Longbottom i Szalonookiemu.
Czyli nadal nie pogodził się z Ronem, pomyślała Hermiona, patrząc na zachowanie przyjaciół. Harry stał przy niej, wlepiając wzrok w podłogę, a Ron zerkał to w stronę posągu Salazara, to na Pottera. Ewidentnie chciał go o coś zapytać, ale nie mógł się zdecydować. W końcu ciekawość przeważyła, bo z niewyraźną miną podszedł do nich.
– Emm… Harry?
– Hm?
– Słuchaj, ja… przepraszam za tamto. Naprawdę tak nie myślę, po prostu… byłem zdenerwowany.
– W porządku, Ron – odparł Harry z lekkim uśmiechem, na co Hermiona odetchnęła z ulgą. – Więc, co chcesz?
– Co?
Harry westchnął.
– Widziałem, że chcesz o coś spytać.
– Ee… no tak. Co się stało z bazyliszkiem?
– Cóż, dobrze myślisz. Jest z powrotem w posągu Salazara. Dumbledore uznał, że może się jeszcze przydać, ale gnijące zwłoki olbrzymiego węża nie są czymś, przy czym chciałbyś się uczyć.
Ron skinął głową zamyślony, ale nic nie powiedział.
Uczniowie rozglądali się po komnacie z widoczną fascynacją, jednak trzymali się raczej w zbitej grupce. Harry'ego trochę to zdziwiło. Sądził, że skoro większość z nich nie brała udziału w makabrycznych wydarzeniach, które miały tu miejsce kilka lat wcześniej, potraktują to raczej jako ciekawą przygodę. Tymczasem w ich wzroku można było dostrzec zainteresowanie, ale jednak wszyscy trwali w osobliwym, pełnym napięcia milczeniu.
– Czy wy postanowiliście właśnie uczcić bazyliszka kilkoma minutami ciszy? – zapytała kpiąco pani Longbottom.
Odpowiedziało jej tylko grupowe wzruszenie ramionami, ale widocznie pewność siebie czarownicy wpłynęła na uczniów uspokajająco, gdyż po chwili wszyscy się rozeszli i zaczęli zaglądać w każdy kąt.
– O jaki bazyliszek mówią? – spytała Gabrielle, podchodząc do Harry'ego i Ginny, którzy jakoś nie odczuwali potrzeby zwiedzania komnaty.
Chłopiec skrzywił się lekko i z cierpiętniczą miną zaczął opowiadać o tym, co stało się na jego drugim roku w Hogwarcie. Francuzka słuchała z szeroko rozchylonymi ustami, co spowodowało wymianę porozumiewawczych spojrzeń Ginny i Luny – Krukonka również przyszła posłuchać relacji z pierwszej ręki. Po chwili dołączył do nich zaciekawiony Draco, decydując się schować dumę w kieszeń, a nawet pani Longbottom i Moody. W końcu tylko Ron stał z boku, rzucając niechętne spojrzenia Gabrielle i Harry'emu.
– Dobrze, dość gadania! – huknął w końcu Moody. – Musimy przetestować wasze umiejętności. W pojedynkach możecie używać wszystkiego poza Niewybaczalnymi i zaklęciami powodującymi trwałe urazy. Do roboty!
Pojedynkowali się parami, po dwie jednocześnie. Szalonooki i pani Logbottom krążyli między walczącymi, utrzymując na sobie zaklęcia blokujące, jednak nie komentowali starć ani słowem. Kiedy Hermiona zeszła na bok po pokonaniu George'a, zauważyła, że Gabrielle siedzi pod ścianą i robi notatki. Z ciekawością podeszła do Ślizgonki i zajrzała jej przez ramię, ale Delacour natychmiast zakryła tekst.
– Nie, nie – rzuciła wesoło, klepnąwszy Hermionę w ramię. – Ja pokażę, ale po pojedynki. Na razi to ma pomóc mi. Późni… później wsziscy będą mogli skorzistać.
Hermiona prychnęła cicho. Była zła, że sama na to nie wpadła. W końcu po zajęciach GD wiedziała, jak dobre efekty przynosi analiza stylu walczących. Tymczasem trzynastoletnie dziecko okazało się bystrzejsze od niej. Powinna o tym pomyśleć, ale teraz po prostu nie mogła zrobić tego samego. Wyglądałoby to tak, jakby brała z niej przykład, jakby… odgapiała. Hermiona skrzywiła się lekko. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się dziecinnie, ale chwilowo nie potrafiła inaczej. Lubiła swoją rolę najinteligentniejszej w towarzystwie i nie podobało jej się, że ktoś ją wyprzedził.
– Neville z Ginny i Harry z Luną – zawołała pani Longbottom; młodzież poprosiła, by mówić do nich po imieniu – w pomieszczeniu znajdowało się czworo Weasleyów, co utrudniało używanie nazwisk, a nie było sensu robić wyjątków.
Hermiona kucnęła obok Rona i przyglądała się z zainteresowaniem walczącym. Ginny bez większych problemów pokonała Neville'a i wydawało się, że drugi pojedynek zakończy się równie oczywistym wynikiem. Przynajmniej do czasu, gdy Luna wyczarowała – pozornie bez sensu – jakieś różowe futrzaste coś. Kiedy Potter parsknął śmiechem, stworzonko kaczkowatym chodem przytuptało do niego i próbowało wyrwać mu różdżkę z ręki, a w końcu ugryzło go delikatnie w kostkę. Chłopiec był tak zaskoczony i jednocześnie rozbawiony, że nie pomyślał nawet o wyczarowaniu tarczy, kiedy Luna posłała w jego kierunku Tarantallegrę.
– Chłopiec-Który-Tańczył-Z-Różowym-Flufkiem – roześmiał się Draco, patrząc na podrygującego Pottera. – Niech ktoś zrobi zdjęcie, to powinno iść na okładkę „Czarownicy".
– Draco… – zaczęła niewinnie Hermiona. – A skąd ty wiesz, jak się to różowe coś nazywa?
Harry, wciąż pląsając, kwiknął radośnie na widok rumieńca Malfoya. Próbował zdjąć z siebie urok, ale Luna nie czekała i unieruchomiła przeciwnika Drętwotą. Flufek cały czas hasał beztrosko wokół niego.
Kiedy Harry został doprowadzony do stanu używalności, musiał wysłuchać tyrady Moody'ego o najbardziej żenującym pokazie w całej czarodziejskiej Anglii, ale nie obchodziło go to. Już dawno tak dobrze się nie bawił.
– Ciekawe, ile Sami-Wiecie-Kto dałby za informację, że Harry'ego można pokonać tylko różowym flufkiem – rzucił Fred, kiedy emerytowany auror wypuścił już chłopca ze swoich szponów.
– Bardzo śmieszne – mruknął Potter, próbując zachować powagę. – Skup się lepiej na pojedynku, pani Longbottom wywołała ciebie i Rona.
Drugą parą miała być Hermiona i Gabrielle. Gryfonka uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że mimo że nie mogła równać się z Harrym, była dobra w pojedynkach i Delacour nie powinna mieć z nią żadnych szans. W końcu miała okazję utrzeć nosa nowej koleżance.
– Immobilus – krzyknęła Hermiona, kiedy tylko Moody dał znak, by rozpoczęły, ale Gabrielle zasłoniła się tarczą. Słabą tarczą, zanotowała w myślach Gryfonka, widząc, że urok nie odbił się, a rozproszył.
– Obscuro – powiedziała spokojnie Gabrielle.
– Protego! – Hermiona zmarszczyła brwi. Zasłonić oczy? Taktyka Delacour była interesująca, ale niezbyt mocne zaklęcie nie miało szans z jej tarczą. – Expelliarmus! – zawołała jeszcze, nie chcąc dać dziewczynie czasu na kolejne posunięcie.
Gabrielle uskoczyła zwinnie i machnęła różdżką w ciszy. Granger rozpoznała ruch wymagany przy upiorogacku i szybko zablokowała zaklęcie.
– Rictusempra! – zawołała Francuzka, nie czekając na odpowiedź Hermiony, co okazało się błędem. Gryfonka zdążyła posłać w jej stronę Furnunculusa, który – w końcu – doleciał do celu, zanim postawiła tarczę przed Rictusemprą. Śliczną twarz młodszej dziewczyny pokryły paskudne czyraki. Jednak jeżeli Hermiona oczekiwała histerii, srodze się pomyliła. Gabrielle nawet nie zwróciła uwagi na swój stan, tylko skrzywiła się lekko i kontynuowała pojedynek.
Hermiona, zasłaniając się przed kolejnymi urokami, zauważyła kątem oka, że Fred i Ron zakończyli już walkę. Teraz wszyscy przypatrywali się jej i Delacour. Przygryzła wargi i przez chwilę skupiła się tylko na unikaniu zaklęć. Musiała wymyślić coś, co pozwoliłoby jej wygrać. Zaklęcia Gabrielle nie były mocne, być może, gdyby skumulowała odpowiednio dużo mocy, przebiłaby się przez jej tarczę. Problem w tym, że Ślizgonka najwyraźniej zdawała sobie sprawę ze swoich słabych stron i w większości przypadków uskakiwała przed jej urokami, nie próbując nawet ich blokować. Była na tyle zwinna, że nie stanowiło to dla niej żadnego problemu.
– Ascendio! – krzyknęła w końcu Hermiona, przerywając dłuższą serię blokad.
Musiało to zaskoczyć Gabrielle, bo wyleciała w powietrze, nie próbując nawet bronić się przed zaklęciem. Gryfonka uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nie doceniła jednak sprawności Gabrielle, która z gracją kota wylądowała na ugiętych nogach i natychmiast uniosła różdżkę.
– Ferula – powiedziała cicho.
Tym razem to Hermiona była zaskoczona. Zaklęcie bandażujące? Ze swojej głupoty zdała sobie sprawę dopiero, kiedy wokół jej oczu pojawił się ciasny opatrunek. Szybko wskazała różdżką bandaże.
– Eva…
– Duro! – dodała łagodnie Gabrielle.
– …nesco!
Nic się nie stało. Hermiona spróbowała jeszcze raz, ale zaklęcia nie działały. Z rosnącą paniką zaczęła zrywać z głowy opatrunek. Kiedy bandaże opadły, spojrzała z przerażeniem na swoją różdżkę i na jej twarzy odmalowało się zrozumienie. Delacour zamieniła jej różdżkę w kamień.
Hermiona zacisnęła wargi. Skinęła głową przeciwniczce i podeszła do najbliżej stojącej Luny. Krukonka szybko przywróciła jej różdżkę do poprzedniego stanu, ale Granger wcale nie poprawiło to humoru. Została pokonana. I to przez kogo… Przez dziecko! Przez dziewczynkę, która dopiero zaczynała trzecią klasę! I wcale nie była taka dobra, jej zaklęcia były naprawdę słabe! A mimo to… mimo to udało jej się wygrać. Nagle Hermiona zrozumiała rozgoryczenie Rona, kiedy ten stracił miejsce w najstarszej grupie na rzecz Gabrielle.
– Dobrze, na dzisiaj koniec! – zawołała pani Longbottom. – Chodźcie do nas, wszyscy.
Gdy uczniowie zgromadzili się wokół Szalonookiego i babci Neville'a, mieli dość niewyraźne miny. Nadeszła kolej na wysłuchanie opinii na temat swoich umiejętności.
– Musicie znać swoje silne i słabe strony. Wtedy będziecie mogli zwyciężyć z każdym, co pokazały nam dzisiaj Luna i Gabrielle – zaczęła Augusta, a Harry z Hermioną wymienili zażenowane spojrzenia. – Nie możecie w walce nikogo naśladować, musicie znaleźć własny styl i dopasowywać się odpowiednio do przeciwnika.
– To znaczy? – spytała Hermiona, zdeterminowana, by nie dopuścić więcej do takich sytuacji.
– To znaczy, Granger, że widać po tobie wyraźnie, że uczyłaś się od Pottera – warknął Moody. – Oczywiście daje ci to przewagę nad osobami, które nie brały żadnych dodatkowych lekcji, ale powoduje też, że walczysz jak Potter. A to nie jest styl dla ciebie, bo jesteś na to zwyczajnie za słaba!
Hermiona, zawstydzona, wbiła wzrok w podłogę.
– I jakie są tego efekty? Jeszcze słabsza od ciebie Delacour pokonała cię bez problemu!
– No, ni bez taki problemy – parsknęła Gabrielle, wskazując na swoją pokrytą czyrakami twarz.
Moody zignorował ją.
– Wiesz dlaczego? Bo ona walczy zgodnie ze swoimi możliwościami. Nie idzie jak olbrzym, prosto do celu, nie zważając na przeszkody! Nie wali klątwami na prawo i lewo, nie przyjmuje na siebie wszystkiego, co rzuca przeciwnik. Wygrywa szybkością, Granger. Unikami. Nie wywrzaskuje zaklęć co pięć sekund, czekając, aż się przebije czy aż uda jej się trafić, tylko czeka na właściwą okazję!
Hermiona zarumieniła się. Kiedy Szalonooki podsumował styl jej walki, to brzmiało to jakoś… prostacko.
– Podobnie walczy Draco, co jest dla niego dobre i Ginny, co jest beznadziejne – dodała pani Longbottom. – Chociaż dobrze sobie radzi, to marnuje czas, bo ma na tyle siły, by nie bawić się w bieganie dookoła przeciwnika i jakieś zmyłkbo ma na tyle siły, by nie bawić się w bieganie dookoła przeciwnika i jakieś zmyłki. Ona akurat jest stworzona, by pojedynkować się jak Harry. Wymieniać się klątwami, blokować i czekać, aż obrona przeciwnika padnie.
– Ale odkrycie waszych mocnych stron to nie wszystko. Przede wszystkim musicie znaleźć słabe i pracować nad nimi – warknął Moody.
– Tak jak to, że Harry'ego łatwo rozproszyć na tyle, że staje się kompletnie bezbronny – wyjaśniła pani Longbottom, mrugając łobuzersko.
– I to będzie wasze zadanie na kolejne zajęcia!
– Zastanowić się nad swoimi atutami, słabymi stronami i stylem, który będzie najlepiej do nich pasował.
Uczniowie wodzili wzrokiem między jednym a drugim nauczycielem. Bliźniacy wydawali się zafascynowani. Po raz pierwszy spotkali ludzi, którzy dokańczali swoje myśli tak samo, jak oni. Bliźniacy wydawali się zafascynowani. Po raz pierwszy spotkali ludzi, którzy dokańczali swoje myśli tak samo jak oni.
Jeszcze przez chwilę wszyscy dyskutowali o swoich możliwościach, aż w końcu Szalonooki ogłosił koniec spotkania. Hermiona niemrawo powlokła się za Ronem i Harrym. Porażka z Gabrielle nadal stała jej kością w gardle, ale jednocześnie była bodźcem do dalszej pracy nad sobą. Skoro pani Longbottom powiedziała, że gdy znajdą właściwy styl, będą mogli wygrać z każdym, to już ona się o to postara.
– Ej, Hermiona, mówię do ciebie! – Harry szturchnął przyjaciółkę. – Co z jutrem?
– Jutrem? – mruknęła gwałtownie wyrwana ze swoich myśli Gryfonka.
– Hogsmeade.
– Nie mogę – skrzywiła się. – Idę jako Pansy – dodała i westchnęła ciężko. Przez te trzy godziny z przyjaciółmi niemal o tym zapomniała. Tak dobrze było niczego nie udawać, nie zastanawiać się nad każdym słowem… A teraz znowu musiała wrócić do swoich kwater zamiast do Pokoju Wspólnego, by od rana grać Parkinson. Powoli miała już dość.
Wbrew swoim oczekiwaniom Hermiona bawiła się w Hogsmeade całkiem nieźle. Oczywiście nie umywało się to do wyjść z Gryfonami, ale Teo, Blaise i Daphne stanowili przyjemne towarzystwo. W dodatku, co Granger powitała z niemałą ulgą, wychodzili z założenia, że dziewczyna nie doszła jeszcze do siebie po zdradzie Dracona i taktownie jej o nic nie wypytywali. Mogła siedzieć spokojnie przy piwie kremowym i przysłuchiwać się rozmowie, potakując tylko od czasu do czasu.
– Dobra, przydałoby się jeszcze skoczyć do Zonka, a zostało mało czasu. Ktoś idzie ze mną? – rzucił w końcu Zabini.
– Ja muszę do Scrivenshafta, potrzebuję nowego pióra – mruknęła Hermiona, podnosząc się z miejsca. Z zadowoleniem przyjęła propozycję towarzystwa Notta. Mimo że pod Trzema Miotłami spędziła miło czas, nie dowiedziała się niczego, co mogłoby pomóc Zakonowi. Miała nadzieję, że teraz Teo, z daleka od szkolnych murów, porzuci swoją powściągliwość.
– To ja pójdę z Blaise'em, spotkamy się w szkole – oznajmiła Daphne i wyszła za kolegą z pubu.
Hermiona i Teodor wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Już nawet dla Gryfonki jasne było, że Greengrass jest zainteresowana Zabinim. Granger obawiała się jednak, że tej informacji Snape nie uzna za przydatną, i skrzywiła się lekko na wspomnienie nauczyciela. Zaczęła mu automatycznie przekazywać wszystko, czego się dowiedziała. Niestety, dotąd nie było tego wiele i mimo że mistrz eliksirów nie krytykował jej za brak wiadomości, chciała udowodnić swoją przydatność. Zresztą wiedziała dobrze, dlaczego Snape był wobec niej tak wyrozumiały. Ze strachu. Gdyby nie bał się, że znowu popełnię jakieś głupstwo, chcąc zdobyć informacje, już dawno dowiedziałabym się, co myśli o mnie i mojej rodzinie do dziesięciu pokoleń wstecz, pomyślała kwaśno. Teraz powstrzymuje się tylko ze względu na kłopoty, w które mogłabym wpakować Dumbledore'a.
– Pansy, patrz! – krzyknął nagle Nott, wyrywając dziewczynę z zamyślenia.
Hermiona spojrzała w kierunku wskazywanym przez Teo i zamarła. Na środku głównej alei, na wprost nich aportowały się kolejno osoby w starych, wyświechtanych ubraniach. Nie nosili czarnych szat ani białych masek, ale dziewczyna natychmiast zrozumiała, kim są.
– Śmierciożercy – szepnęła przerażona, szukając różdżki.
Ulicę przecięły pierwsze zaklęcia.
– Zostaw, nie możemy! – warknął Nott i wciągnął ją w boczną alejkę. – Co ty wyprawiasz?! Wyrzucą cię ze szkoły!
– C-co? Przecież nie możemy ich tak zostawić! – wrzasnęła, nie zastanawiając się nad konsekwencjami swoich słów.
– Przestań, widziałem mojego ojca i Malfoya. Poradzą sobie z bandą dzieciaków! Wiem, że chcesz…
– Już raz sobie nie poradzili – mruknęła bezmyślnie i spróbowała się wyrwać w stronę walczących. Dopiero zszokowany wyraz twarzy Teo uświadomił jej, w jakiej sytuacji się znajduje.
Udawała Pansy. Nott myślał, że ona chce pomóc śmierciożercom. Nie mogła nic zrobić, żeby się nie zdradzić.
– Przepraszam – rzuciła, chcąc naprawić sytuację. – Wiem, że sobie poradzą, ale martwię się. W końcu to prawda. Już raz po tym skończyli… – Hermiona przerwała nagle wypowiedź. Boże, przecież to prawda. Już raz skończyli w Azkabanie. Jeżeli teraz są tutaj… Te szaty, brak masek… Malfoy i Nott… Azkaban upadł, jęknęła w myślach. Dementorzy musieli przyłączyć się do Voldemorta! Nie zważając na Teo, wyjrzała zza załomu budynku.
Śmierciożercy stali plecami do siebie, tworząc okrąg i słali klątwy w kierunku wszystkiego, co się ruszało. Nauczyciele tworzyli pierwszą linię oporu, jednak nie była ona zbyt skuteczna. Zamiast walczyć, skupiali się na zapewnieniu bezpieczeństwa uczniom chowającym się w okolicznych sklepach.
– Panie Potter, natychmiast do… – Hermiona usłyszała krzyk McGonagall i zacisnęła z całej siły palce na różdżce. Najmłodsi członkowie Zakonu wybiegli z Pubu pod Świńskim Łbem i dołączyli do bitwy. Nawet Draco stał ramię w ramię z Harrym, posyłając zaklęcia w kierunku śmierciożerców, wśród których znajdował się przecież jego ojciec.
– Przeklęty Potter i jego świta – warknął Nott, kiedy jeden z popleczników Czarnego Pana osunął się na ziemię. – I Delacour… zdrajczyni.
– Gdzie ty idziesz? – pisnęła spanikowana Hermiona.
Nott obrzucił dziewczynę nieuważnym spojrzeniem.
– Muszę im pomóc. Tam jest mój ojciec. Stary Dumbledore nie wywali mnie za pomoc rodzinie, jest na to zbyt głupi. Zresztą… sama mówiłaś, że Czarny Pan nagradza tych, którzy mu się zasłużą.
– Ale, Teo…
– Nie. Ty musisz zostać, nie będziesz miała wytłumaczenia. Ja tak.
Zanim Hermiona zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Nott, kryjąc się w cieniu budynków, pobiegł w stronę najmłodszych członków Zakonu, kucnął za murkiem przy jednym z budynków i rozpoczął atak.
Granger niemal machinalnie wzięła łyk wielosokowego i zaraz złajała się za to w myślach. Gdyby tylko wróciła do swojej postaci, mogłaby dołączyć do przyjaciół, a nie stać taka… taka bezużyteczna. Niczego ważnego się nie dowiedziała, udając Pansy, a tak przynajmniej pomogłaby uczniom i nauczycielom.
– Proszę, Lucjuszu, czyli to jednak prawda – odezwał się jeden ze śmierciożerców. – Twój syn zdrajcą krwi… A zobacz, jak radzi sobie dzieciak Notta. Z takiego można być dumnym, nie?
Malfoy nie odpowiedział, natomiast Nott roześmiał się i spojrzał z dumą na syna.
Hermiona zaczynała panikować. Śmierciożercy czuli się na tyle pewnie, że gawędzili wesoło między sobą, a uczniowie byli w coraz gorszej sytuacji. Tymczasem nauczycieli nie przybywało. McGonagall, Flitwick i Vector… Gdzie aurorzy? Gdzie Dumbledore i reszta Zakonu? – rozmyślała gorączkowo Gryfonka. Jeszcze raz wyjrzała ze swojej kryjówki, chcąc sprawdzić, jak radzą sobie jej przyjaciele. Walczyli nadal, wszyscy cali, ale nigdzie nie było widać Rona. Hermiona wzięła głęboki wdech, chcąc się uspokoić, ale nie na wiele to się zdało.
Nagle ruda czupryna mignęła po drugiej stronie ulicy. Co on robi? – jęknęła w myślach, widząc że przyjaciel biegnie w stronę nauczycieli i mówi coś do McGonagall. Opiekunka Gryffindoru skinęła głową, na co chłopiec wrzasnął na cały głos „Teraz!".
Śmierciożercy zawahali się, ale zaraz wznowili atak. Ten krótki moment pozwolił jednak Lunie dobiec do Pubu pod Świńskim Łbem, skąd wyszła chwilę później z jakimś siwowłosym czarodziejem do złudzenia przypominającym Dumbledore'a. Hermiona nie miała czasu zastanawiać się nad jego tożsamością, gdyż mężczyzna stanął za jej przyjaciółmi, ale nie dołączył do walki, tylko wzniósł potężną tarczę wokół Miodowego Królestwa, sam kryjąc się pod zaklęciami blokującymi rzucanymi przez członków Zakonu.
– O co tu chodzi? – mamrotała do siebie Hermiona, jednocześnie przerażona i wściekła na to, że nie może brać udziału w walce.
Odpowiedź nadeszła wraz z kolejnym pojawieniem się Rona. Weasley z pomocą nauczycieli zebrał uczniów i prowadził ich do Miodowego Królestwa.
– Chce ich doprowadzić do zamku – szepnęła. – Ale... zanim wejdą pod tarczę tamtego czarodzieja na pewno ktoś ucierpi! – zrozumiała zrozpaczona, widząc luki między zaklęciami nauczycieli. Było ich po prostu za mało. Dlaczego nikt im nie pomaga? Przecież jest tylu starszych uczniów, którzy potrafią walczyć! Dlaczego zostawiają to wszystko na głowie kilku osób?! Co z Gwardią?! Właśnie, Gwardia… Hermiona uderzyła się ręką w czoło. Powinna pomyśleć o tym wcześniej, musi ich jakoś wykorzystać! Miała przy sobie fałszywy galeon, ale mało prawdopodobne, by w tym zamieszaniu ktokolwiek zwrócił uwagę na wiadomość wysłaną w ten sposób. To musiałoby być coś… ostentacyjnego, głośnego. Myśl, idiotko, myśl! – poganiała się Hermiona, widząc, jak kolejny z uczniów zostaje zraniony. Sytuacja nie była krytyczna, jako że śmierciożercy musieli radzić sobie przede wszystkim z gradem zaklęć najmłodszych członków Zakonu, ale i tak co chwilę posyłali klątwy również w stronę wycofujących się uczniów.
Głośne… głośne… jak wtedy, gdy… Hermiona po raz kolejny uderzyła się w czoło. Zmarnowała tyle czasu, a przecież po ataku w Londynie przygotowywała się na podobną ewentualność, ucząc się chyba wszystkich zaklęć związanych z manipulowaniem głosem.
– Dobrze, to teraz tak, tylko kolejność, kolejność, jak to ustawić – mamrotała, chcąc zmusić się do skupienia. – No to tak... Aliud Vocem – powiedziała cicho, wskazując różdżką na swoje gardło, po czym wysunęła się zza ściany budynku i wycelowała w Harry'ego – Harry Potter.
Rozedrgane powietrze wysunęło się z różdżki, błyskawicznie dotarło do Pottera, wróciło i wniknęło w szyję Hermiony. Dziewczyna miała tylko nadzieję, że Harry rozpoznał strumień powietrza zwiastujący zaklęcia dotyczące głosu i nie będzie węszył podstępu. Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać.
– Ut loquilonginum – szepnęła i wzdrygnęła się nieznacznie. Brzmiała dokładnie jak Harry.
Rzucenie zaklęcia brzuchomówstwa na siebie nie wymagało aż tyle siły, co przekierowanie go na inną osobę, ale Hermiona i tak natychmiast poczuła wyraźny spadek energii, gdy dziwne prądy powietrzne zostały wchłonięte przez jej brzuch.
– Sonorus – dodała, kończąc serię zaklęć. Teraz musiała już tylko wybrać miejsce. Najpierw chciała ulokować głos tuż nad przemykającymi do Miodowego Królestwa uczniami, ale uznała, że to nie najlepszy pomysł – wystarczyło, że któryś podskoczyłby ze strachu i wylądowałby pod ostrzałem śmierciożerców. Ostatecznie zdecydowała się na środek alei, między członkami Zakonu a sługami Voldemorta.
– Gwardia Dumbledore'a! – zawołała i sama podskoczyła w miejscu, gdy wzmocniony Sonorusem głos Harry'ego przetoczył się przez Hogsmeade. – Gwardia Dumbledore'a, szósto- i siódmoklasiści, wyjmijcie różdżki i rzucajcie zaklęcia tarczy na wszystkich uczniów! Nie bądźcie bierni! – zagrzewała do działania Hermiona i zauważyła kątem oka, że początkową dezorientację na twarzy Harry'ego zastąpiło zrozumienie. Odetchnęła z ulgą. Wszyscy wpatrywali się w Pottera, jakby chcąc się upewnić, czy to jego sprawka, więc nie mógł wyglądać na tak samo zszokowanego jak pozostali. Kiedy chłopiec skinął głową w stronę uczniów, ostatecznie rozwiał ich wątpliwości. Wszyscy zaczęli rzucać zaklęcia blokujące.
– Udało się – szepnęła słabo Hermiona, gdy tylko zdjęła z siebie wszystkie czary. – Udało się.
Oparła się o ścianę i rozmasowała skronie, chcąc pozbyć się ćmiącego bólu głowy. Wiedziała, że to nie koniec i miała nadzieję, że nawet bez ujawniania się pomoże jeszcze walczącym.
Nagle dziewczyna usłyszała przerażony wrzask. Błyskawicznie odwróciła się w stronę uczniów i znieruchomiała. Jeden z trzecioklasistów, Puchon, którego ledwo kojarzyła z widzenia, musiał wyjść poza bezpieczną strefę, bo ktoś lewitował go prosto do śmierciożerców. Ron, który próbował wciągnąć go z powrotem, upadł na ziemię, kiedy zaklęcie mocniej szarpnęło chłopakiem.
Hermiona przełknęła ślinę. Nauczyciele nie mogli interweniować, gdyż oznaczałoby to odsłonienie pozostałych uczniów. Wszyscy mieli związane ręce… Wszyscy poza nią. Gryfonka przygryzła wargi. Nie powinna się ujawniać, wiedziała o tym, ale… nie mogła, po prostu nie mogła zostawić dziecka bez pomocy. Potrząsnęła głową i nie zastanawiając się więcej, przemknęła chyłkiem pod drzwi Scrivenshafta. Liczyła, że nawet jeśli śmierciożercy ją zauważą, to nie zaatakują Ślizgonki i miała rację. Spokojnie weszła do sklepu i zza uchylonych drzwi przyglądała się poplecznikom Voldemorta. Teraz stali niemal naprzeciwko niej. Hermiona musiała tylko sprawdzić, który z nich lewitował chłopca i unieruchomić go chociaż na chwilę, by dać dzieciakowi szansę na ucieczkę.
Dołohow, pomyślała ponuro, przywołując twarz widzianą w Departamencie Tajemnic. Nie miała jednak czasu na rozważania. Puchon dotarł już prawie do śmierciożerców. Hermiona zacisnęła palce na różdżce i otworzyła szerzej drzwi. Już miała wychodzić, kiedy poczuła, że ktoś złapał ją za ramię i zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, została wciągnięta z powrotem do pomieszczenia. Zaczęła się szamotać, chcąc się uwolnić, jednak uścisk na ramieniu tylko przybierał na sile.
– Uspokój się, idiotko! – cichy syk przerwał w końcu szarpaninę.
Hermiona zamrugała zdziwiona i odwróciła się na tyle, ile mogła, bez nadwyrężania ręki.
– P-profesor? – wyjąkała. – Co pan tu robi?
– To, czego się ode mnie oczekuje. Pilnuję Ślizgonów – zadrwił. – A możesz mi wyjaśnić, co ty chciałaś zrobić?
Hermiona zbladła. Przez pojawienie się Snape'a zapomniała o Puchonie. Rzuciła się do drzwi, nie zwracając uwagi na to, że nauczyciel nadal trzyma ją za ramię.
– Niech pan mnie puści! Kevin… oni go lewitują, zaraz będzie za późno, musimy…
– Granger, nie wystarczy, że pod nosem śmierciożerców zaczęłaś organizować obronę?! Co ty sobie wyobrażasz, że pójdziesz tam jako Parkinson i co dalej?!
– Widział pan? – szepnęła nagle wystraszona. Wydawało jej się, że nikt jej tam nie dostrzeże, ale jeśli Snape to zauważył, to… Czy naraziła Dumbledore'a na niebezpieczeństwo?
– Granger, to nie jest czas na rozmowy – syknął złowrogo Snape. – Masz wrócić natychmiast do zamku. O tym, co zrobiłaś, porozmawiamy sobie wieczorem – dodał takim tonem, że dziewczyna zadrżała.
– A… a co z Kevinem? – szepnęła, zbierając całą swoją odwagę.
Snape spojrzał w okno z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Zaraz przybędzie dyrektor, a za nim pewnie Zakon i aurorzy – odparł po chwili milczenia.
Hermiona zmarszczyła brwi. Coś jej się nie podobało w tej wypowiedzi.
– Ale… on nie zdąży, prawda?
Snape nadal na nią nie patrzył. Gryfonka musiała wytężyć słuch, by zrozumieć wypowiedziane niemal niedosłyszalnym szeptem słowa mistrza eliksirów.
– Nie, Granger. Nie zdąży.
