Uch. Znowu długo trzeba było czekać na ten rozdział, ale mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone. Well, bety brak, jednak chyba da się czytać. ;)


13. Cormens Verum


Mimo nocnych przygód Hermiona wstała bardzo wcześnie. Chciała w spokoju przemyśleć wszystko, co powinna dziś zrobić. Czuła, że ostatnio zbyt często jej życiem rządził przypadek; szczegółowy plan dnia miał przywrócić jej poczucie kontroli, jednak po kilku minutach bezowocnego wpatrywania się w pergamin Hermiona dała za wygraną. Jej myśli krążyły wokół Harry'ego i Rona, a nie potrafiła zdobyć się na to, żeby wpisać przeprosiny i odwiedziny w szpitalu na listę obowiązków.

– Jestem okropna – mruknęła do siebie, ale zaraz potrząsnęła głową i wysunęła brodę, chcąc dodać sobie animuszu. Skoro nawet Snape zaoferował jej coś na kształt przebaczenia, to tym bardziej mogła liczyć na swoich przyjaciół.

Kwadrans później zmierzała już szybkim krokiem w stronę skrzydła szpitalnego. Liczyła, że wtajemniczona w mistyfikację pani Pomfrey pozwoli jej na krótką wizytę przed śniadaniem, a w razie problemów – jakoś ją wyjaśni.

Na szczęście wymówki okazały się niepotrzebne. Kiedy Hermiona zajrzała ostrożnie do sali, zauważyła tylko siedzącego na łóżku Rona oraz Harry'ego i Ginny stojących przy nim. Odetchnęła z ulgą. To oznaczało, że nikt więcej – nie licząc Kevina – nie ucierpiał zbyt mocno, a przynajmniej nie na tyle, by spędzić noc pod opieką pielęgniarki.

– Hej – mruknęła niepewnie, gdy tylko zamknęła drzwi. – Jak się czujesz? Co się w ogóle stało?

– Nic takiego – odparł Ron, wzruszając ramionami i uśmiechając się szeroko. – Oberwałem tylko tnącym w udo, a Pomfrey uparła się, żeby mnie tu zatrzymać do rana, chociaż doprowadziła mnie do porządku już wczoraj.

Hermiona przewróciła oczami.

– Nic takiego? Przecież mogli trafić w tętnicę! Jakieś cztery minuty i…

– Właściwie to trafili – prychnęła Ginny. – I tylko dlatego musiał tu zostać; stracił za dużo krwi.

– Co?!

– Padma prowizorycznie go załatała, ale i tak odzyskał przytomność dopiero w Hogwarcie – wyjaśnił Harry.

– Dzięki, stary…

Hermiona przeczesała palcami włosy.

– Ron, przepraszam, że nie zajrzałam wczoraj… – zaczęła z wyraźnym poczuciem winy w głosie. – Ale najpierw nie wiedziałam, że coś ci się stało, a potem musiałam czekać na Snape'a, no i… Nie wiedziałam, czy leżysz sam czy…

– Hej, przestań, nic mi nie jest. A wczoraj rzeczywiście byłem, ee… nie najprzytomniejszy.

– Uhm… Tak czy inaczej, przykro mi – powiedziała Hermiona i zerknęła niepewnie na Harry'ego. Od przybycia do Hogwartu działo się z nim coś, czego nie mogła rozgryźć, a co nie pozwalało jej przewidzieć reakcji przyjaciela. – Harry, ciebie też przepraszam. Nie powinnam tak na ciebie naskakiwać i…

– Nieważne – Harry machnął ręką, a Hermiona odniosła dziwne wrażenie, że on dokładnie to ma na myśli – Ja też powinienem cię zrozumieć i w porę się zamknąć. Już w porządku.

Hermiona przygryzła wargę. Wydawało jej się, że Harry powiedział to jakby… z przymusem, ale widziała przecież, że jednocześnie ciepło się do niej uśmiechał. Masz paranoję, dziewczyno, upomniała się w myślach i położyła Harry'emu dłoń na ramieniu.

– Dzięki.

– W porządku. Słuchaj, skoro Ron już wychodzi, to może weźmiemy coś z kuchni i pójdziemy do ciebie pogadać?

Hermiona zerknęła na zegarek i westchnęła.

– Harry, przepraszam, naprawdę – zaczęła ze skruchą i skrzywiła się, gdy tylko to sobie uświadomiła. Na litość boską, to w końcu jej przyjaciele, nie musi starać się na nich zasłużyć! – Muszę zjeść ze Ślizgonami. Od ataku się z nimi nie widziałam, nie chcę zwracać na siebie uwagi, a poza tym…

– Dobrze, dobrze, nie tłumacz się – przerwał jej Harry ze śmiechem. – Po prostu zobaczymy się później.


Podczas śniadania Hermiona z ledwością ukrywała zaskoczenie. Czuła się tak, jak podczas pierwszej wizyty w Pokoju Wspólnym Slytherinu – znowu nie wzięła pod uwagę zwyczajów Ślizgonów i swoje wyobrażenie o zachowaniu po walce w Hogsmeade opierała na tym, co znała z Gryffindoru. Tymczasem tutaj przy stole nie odbywała się żadna gorąca dyskusja. Owszem, kilkuosobowe grupki wymieniały uwagi przyciszonymi głosami, ale ciężko było stwierdzić z całą pewnością, że chodzi o atak – tak wyglądały wszystkie posiłki. Nawet Daphne i Blaise, którzy usiedli koło niej i Teo, rozmawiali jak gdyby nigdy nic o zbliżających się kwalifikacjach do drużyny quidditcha i Hermiona zrozumiała, że sama będzie musiała nakierować ich na interesujący ją temat. Nie wiedziała tylko, jak zrobić to bez zwracania na siebie uwagi, skoro, wydawałoby się, wszyscy postanowili udawać, że wczorajsze wydarzenia w ogóle nie miały miejsca.

Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos Blaise'a.

– Skoro Malfoy ostatecznie zostaje, to może w poniedziałek wieczorem. Nie ma sensu przeciągać tego do kolejnego weekendu, już i tak minął ponad miesiąc, a my nie mamy składu.

– Co? – spytała Hermiona, zanim zdążyła ugryźć się w język. – Malfoy zostaje w drużynie?!

– Taa, nie słyszałaś? – mruknął Teo. – No ale faktycznie w końcu będzie można zrobić eliminacje. Całe szczęście, że w pierwszym meczu grają Puchoni z Gryfonami, bo my nie mielibyśmy szans.

– Przecież on nie może…

– Przestań, Pansy – parsknęła śmiechem Daphne. – Domyślam się, że akurat ty na pewno nie jesteś zachwycona, ale rzeczywiście brakuje nam czasu, więc może to i lepiej. W końcu Malfoy nie jest najgorszym szukającym.

– Mhm, tylko z Potterem tak jakoś zawsze przegrywał – palnęła bez namysłu Hermiona.

Była zła. Nie miała pojęcia, o jakie opóźnienie z eliminacjami chodzi, ale po prostu nie mieściło jej się w głowie, że Draco mógł aż tak ryzykować. Nie zastanawiała się wcześniej nad quidditchem, nie sądziła nawet, że powinna, ale podświadomie zakładała, że Draco po letnich wydarzeniach nie będzie grał. Że nie będzie mógł grać. Nie był przecież kapitanem drużyny, więc skoro jego stosunki z pozostałymi domownikami wyraźnie się ochłodziły, powinien, jak uważała, wylecieć. A jeśli nie wyleciał – sam zrezygnować.

– Jesteś nieobiektywna, skarbie – oznajmił Blaise ze złośliwym uśmiechem. – To, co między wami było…

– Nie gadaj bzdur – warknęła Hermiona, chcąc uniknąć tematu, przy którym mogłaby się zdradzić. – To nie ma nic do rzeczy.

– Jasne, jasne – potwierdziła Daphne, gorliwie kiwając głową.

– Oczywiście – dodał Teo. – Nikt nie śmiałby sądzić, że jest inaczej.

– Wiecie co? Zamknijcie się i chodźcie już – nakazała stanowczo Hermiona, ale nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Gdyby tylko udawanie Pansy zawsze było takie łatwe… Tak jak teraz albo w Trzech Miotłach, pomyślała, ale skrzywiła się zaraz, kiedy to wspomnienie przywołało przerażoną twarz Kevina. Nie grasz dla przyjemności. Nie zapominaj, po co to robisz. Masz zadanie.


Hermiona starannie wydeptywała ścieżkę między kominkiem a drzwiami wejściowymi. Kiedy zrozumiała, że nie wyciągnie od Ślizgonów czegokolwiek ciekawego nie tylko na śniadaniu, ale i w zaciszu Pokoju Wspólnego, dała za wygraną. Chciała poprosić o pomoc Dracona, jednak nie mogła go znaleźć, podobnie zresztą jak Harry'ego. Chłopcy nie pojawili się nawet na obiedzie, a wiadomości przesłane fałszywym galeonem nie przyniosły efektu i Hermiona zaczynała się poważnie niepokoić. Wiedziała, że nie powinno stać się nic poważnego, ale jednak… To był Harry. Harry, który zawsze pakował się w kłopoty. Nawet jeśli spoważniał, to wciąż mógł zrobić coś głupiego i napytać sobie biedy.

Nagle usłyszała trzask i niemal rzuciła się w stronę kominka.

– Ron? – zapytała zdziwiona, widząc rudą czuprynę. – Co ty tu robisz?

Chłopiec pomachał trzymaną w ręku peleryną niewidką.

– Pomyślałem, że może ci się przydać. – Uśmiechnął się szeroko. – No, chyba że chciałaś ryzykować wycieczkę pod zaklęciami…

Hermiona przetarła twarz dłonią.

– Boże, całkiem zapomniałam o zajęciach. Martwiłam się o Harry'ego i… Właśnie! Gdzie on był przez cały dzień?

– Nie mam pojęcia, zniknęli gdzieś z Malfoyem zaraz po śniadaniu. Wrócił chwilę temu, ale zaraz potem Snape wezwał go do siebie – odparł Ron. – Czekaj… Myślisz, że coś zmalował?

– Nie wiem. Nie uważasz, że Harry ostatnio… bardzo się zmienił? Nie wiemy, co robi, gdzie znika. I jest taki… opanowany. Pamiętasz, jak w po przyjeździe opowiadał nam o Komnacie Tajemnic? Było coś jeszcze, coś, o czym nie chciał rozmawiać – powiedziała z namysłem Hermiona.

– Jesteśmy w Zakonie – mruknął Ron. – Obiecaliśmy nie pytać.

– Jesteś pewien, że to ma związek z Zakonem?

– Spotkał się wtedy z Dumbledorem, więc…

– A później z profesorem Snapem – przerwała Hermiona. – Powiedzieć o swoich podejrzeniach dotyczących Voldemorta w Londynie.

– Snape też jest w Zakonie. Nie masz wrażenia, że zamieniliśmy się miejscami?

Hermiona prychnęła pod nosem.

– Ufam Snape'owi. Chodzi mi o to, że… Nie wiem, co się dzieje. Nie denerwuje cię to?

– Że Harry ma jakieś sekrety? Raczej sprawia przykrość – powiedział Ron i zaczerwienił się gwałtownie. – Znaczy, wiesz. Wojna, zadania, łapię to, serio, rozumiem, że nie mam prawa się czepiać. Tylko że czasami brakuje mi tego takiego… No, tego, że byliśmy razem, we troje. Razem planowaliśmy różne rzeczy, nawet jeżeli były głupie i nieważne, choćby wymykanie się do Hogsmeade. Ja… Gadam głupoty, prawda?

Hermiona impulsywnie przytuliła przyjaciela i westchnęła cicho. Powinna wiedzieć, że Ron odbierze to bardziej osobiście. Zawsze źle reagował, kiedy czuł się zepchnięty na dalszy plan. Mogła się tylko cieszyć, że starał się nad tym pracować i pogodził się z Harrym.

– Nie, Ron. Ja też za tym tęsknię – powiedziała po chwili. – Ale nie o to mi chodziło. Po prostu mam wrażenie, że coś mi umyka. Że… tracę kontrolę, kiedy czegoś nie wiem. Wciąż wydaje mi się, że może stać się coś złego, a ja nie będę w stanie temu zapobiec. Jest wojna, a ja jestem odsunięta od wszystkiego, bo muszę tkwić w ciele Pansy.

– Ty odsunięta? – Ron nie ukrywał zaskoczenia. – Jako jedyna masz konkretne zadanie! I przecież nie musisz się martwić o wszystkich, planować i tak dalej, teraz mamy Dumbledore'a i całą resztę!

Hermiona wzruszyła ramionami.

– Wiem, ale nic na to nie poradzę. Poza tym więcej mogłabym zrobić z wami, jedyną informacją, jaką uzyskałam, jest to, że Teo leci na jakąś dziewczynę półkrwi. Nawet nazwiska nie znam. Oni… niczym się nie przejmują. Albo przynajmniej udają.

– Więc zmień towarzystwo – mruknął nieuważnie Ron.

– Ciekawe na jakie. Inne roczniki to kolejne godziny przygotowań z Draconem i większa szansa na wpadkę. A przecież nie zacznę spacerować z Crabbem i Go… – Hermiona urwała nagle i spojrzała na Rona, szeroko otwierając oczy. Nagle zrozumiała i, sądząc po złośliwym uśmieszku Rona, on myślał o tym samym.

– Jasne. Bo dlaczego niby miałabyś wyciągać informacje od dwóch półgłówków, którzy mają ojców śmierciożerców, prawda? Znacznie fajniej męczyć się z osobami, które mają trochę ole…

– Wiesz co? Przymknij się – nakazała z powagą Hermiona, po czym roześmiała się wesoło. Nawet jeśli nie rozwiązywało to wszystkich jej problemów, to przynajmniej jeden miała z głowy.


Kiedy Hermiona weszła za Ronem do Łazienki Jęczącej Marty, ze zdziwieniem zauważyła nieobecność Moody'ego i pani Longbottom. Zdjęła szybko pelerynę i zmarszczyła brwi. Wejście do Komnaty Tajemnic było otwarte.

– Mamy schodzić? Harry w środku? – spytała zamiast powitania, kiedy tylko zdała sobie sprawę, że nie widzi przyjaciela wśród pozostałych członków Zakonu.

– Chyba tak – odparła Luna.

– W każdym razie Snape na pewno jest w środku – dodała Ginny. – Kazał nam poczekać na wszystkich i zejść.

Hermiona i Ron wymienili zamyślone spojrzenia. Snape. Czego chciał od Harry'ego i co robił na treningu? Nie mieli jednak zbyt wiele czasu na zastanawianie się. Po chwili do łazienki weszli bliźniacy i najmłodsi członkowie Zakonu mogli udać się na kolejne szkolenie.

– Myślicie, że będziemy się uczyć Niewybaczalnych? – spytał Ron, kiedy maszerowali tunelem w zbitej grupce. – No, wiecie… Po tym ataku, skoro przyszedł Snape…

Hermiona wzruszyła ramionami, za to Draco zabrał głos.

– Wątpię – prychnął. – Przecież nie tylko śmierciożercy znają te klątwy. Moody równie dobrze wie, jak ich używać.

– Neville, a tobie babcia nic nie mówiła? – zagadnęła Ginny.

Neville pokręcił głową.

Resztę drogi przebyli w milczeniu. Zastanawiali się nad powodami obecności Snape'a. Jedynie Hermiona wróciła myślami do szpiegowania Ślizgonów. Wiedziała, że musi znaleźć czas na kolejne "lekcje" z Draconem – wcześniej właściwie pominęli Crabbe'a i Goyle'a, którzy jako mniej rozgarnięci stanowili nikłe zagrożenie dla jej roli. Teraz jednak, skoro postanowiła zbliżyć się do nich, musiała dowiedzieć się czegoś więcej.

Kiedy tylko uczniowie przekroczyli próg Komnaty Tajemnic, przystanęli zaskoczeni. Na środku pomieszczenia stała długa ława, na której leżały fiolki z jakimś eliksirem, a tuż za nią – niewielki stolik z kamiennym naczyniem, w którym Hermiona rozpoznała myślodsiewnię. Jednak najbardziej zaskakującym widokiem okazał się Snape rozmawiający przyciszonym głosem z Harrym – żadne z nich nie wyglądało, jakby chciało zabić to drugie.

– Potrzebujecie specjalnego zaproszenia? – spytał drwiącym głosem nauczyciel. – Niech każdy weźmie fiolkę i usiądzie.

Uczniowie wymamrotali coś na kształt powitania i posłusznie spełnili polecenie.

– Cormens Verum. Czy coś wam to mówi?

Hermiona z przyzwyczajenia uniosła rękę.

– To rytuał prawdy. Kiedyś wykorzystywano go przy aranżowanych małżeństwach. Sprawdzał, jak małżonkowie zareagowaliby…

– Tak, Granger, daruj nam lekcję historii – przerwał lekceważąco Snape. – Cormens Verum nie jest żadnym rytuałem, chociaż rzeczywiście w średniowieczu robiono z niego wielką ceremonię. To połączenie magii umysłu, eliksirów i zaklęć pozwalające odkryć, jak obiekt zachowałby się w danej sytuacji. A po tym, co stało się w Hogsmeade, musimy wiedzieć, czy będzie z was jakikolwiek pożytek.

– Jasne, najlepiej od razu podać nam Veritaserum – burknął Ron.

– Veritaserum, Weasley, nie sprawi, że zawsze będziesz mówił prawdę – wycedził Snape. – O czym, oczywiście, wiedziałbyś, gdybyś zajrzał choć raz na jakiś czas do książek.

– Co?

Zanim nauczyciel zdążył skomentować zachowanie chłopca, Hermiona prychnęła, wyraźnie zdegustowana:

– Pod wpływem Veritaserum powiesz to, co uważasz za prawdę. Jeżeli czegoś nie wiesz albo zostałeś wprowadzony w błąd, eliksir nic nie da.

– No ale skoro mamy zostać sprawdzeni pod kątem przydatności w wojnie, to akurat tyle wiemy, nie? Znaczy, wszyscy obiecaliśmy posłuszeństwo i tak dalej, więc po co w ogóle cokolwiek sprawdzać? Nie można nam ufać?

– Ach, obiecałeś posłuszeństwo, Weasley – powiedział z nienaturalną uprzejmością w głosie Snape. – Czyli jeżeli podczas jakiejś akcji polecono by ci osłaniać pannę Lovegood, to zrobiłbyś to, tak?

Ron spojrzał podejrzliwie na profesora.

– Oczywiście, że tak. Bez względu na wszystko – odparł stanowczo.

– Bez względu na wszystko. Hm, hm. Czyli jeśli miałbyś osłaniać pannę Lovegood, a zobaczyłbyś, że obok twoja matka została otoczona przez śmierciożerców, zignorowałbyś to i zrobił to, co ci nakazano, tak? To wspaniale, Weasley. Właśnie takich ludzi potrzebujemy – zadrwił Snape.

Ron wyglądał, jakby nagle zrobiło mu się niedobrze.

– Cormens Verum pokazuje to, co kryją wasze umysły i – tu Snape skrzywił się wyraźnie – symbolicznie, rzecz jasna, serca. Jeżeli ktoś jeszcze czuje się idealnym żołnierzem, to może odejść. Z Zakonu również – oznajmił zimno Snape. – Pozostali biorą fiolki i zajmują miejsca. A teraz przyłóżcie różdżki do skroni i wypijcie eliksir.

– Ale… panie profesorze – zaczęła niepewnie Hermiona. – Na czym to właściwie będzie polegało?

– Omówimy to, jak wszyscy skończycie. Pij, Granger, chyba że wolisz wyjść.

Hermiona uniosła fiolkę do ust i wypiła eliksir.