Beta: SzmaragDrac


14. Doskonały żołnierz


Hermiona stała w ciemnym korytarzu. Tuż obok, w nikłym świetle dogasającej pochodni, majaczyły potężne drzwi.

Zbliżali się. Hermiona nie widziała ich jeszcze, ale słyszała a może raczej czuła – że są coraz bliżej. Wiedziała, kim są. Wiedziała, że nie ma szans ich pokonać.

Zrobiła niepewnie kilka kroków. Kawałek dalej dostrzegła odnogę – niską, tunel właściwie – która dochodziła do „jej" korytarza.

Droga ucieczki.

Hermiona podeszła jeszcze kawałek i zatrzymała się gwałtownie. Mogła uciec. Mogła, wiedziała, że powinno się udać. Mogłaby jeszcze spotkać się z rodzicami i przyjaciółmi. Mogłaby żyć.

Potrząsnęła głową, odganiając rozpraszające myśli. Gwałtownie obróciła się i szybkim krokiem wróciła do drzwi. Wiedziała, że musi ich bronić. Nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że jej się to nie uda. Te kilka sekund… Może nawet minut, jeśli się postara… To wszystko mogło mieć znaczenie. Mogło się przydać. Mogło…

Czworo śmierciożerców wbiegło do korytarza i ruszyło w jej stronę.

Hermiona ani drgnęła.


Hermiona biegła za Harrym i Ronem w stronę bloku stojącego w pobliżu jej rodzinnego domu. Musieli się dostać na dach, na dachu… coś na nich czekało. Hermiona nie wiedziała co to, ale czuła, że to było jej – ich – zadanie.

Liczył się czas.

Wpadli do budynku, pognali po schodach i nie zatrzymując się, przebiegli przez strych. Harry opuścił klapę z drabiną, po której szybko wdrapali się na górę. Hermiona się rozejrzała.

Jakaś skrzynka leżała niemal na środku dachu. Podeszli do niej. Hermiona wyczuwała silne zaklęcia ochronne. Razem z przyjaciółmi zaczęła przygotowywać się do ich złamania.

Nagle usłyszała trzask aportacji. Jeden, drugi, kolejne. Odwróciła się błyskawicznie i na czworakach podeszła do krawędzi dachu.

Śmierciożercy. Jej dom. Jej rodzice.

Odwróciła się z paniką do Rona i Harry'ego. Wiedziała, że powinni jak najszybciej zabrać skrzynię, ale…

Jej rodzice.

Przygryzła wargi. Nie było czasu do stracenia. Jej przyjaciele na pewno sobie poradzą.

Hermiona się deportowała.


Hermiona biegła za Ginny i Neville'em w stronę bloku stojącego w pobliżu jej rodzinnego domu. Musieli się dostać na dach, na dachu… coś na nich czekało. Hermiona nie wiedziała co to, ale czuła, że to było jej – ich – zadaniem.

Kiedy znaleźli drewnianą skrzynkę i zaczęli przygotowywać się do złamania zaklęć ochronnych, usłyszała trzask aportacji.

Śmierciożercy. Na dole Harry i Ron. Jej przyjaciele.

Zerknęła w stronę Ginny i Neville'a. Na pewno… na pewno sobie poradzą.

Hermiona się deportowała.


Hermiona biegła za Draconem i Luną… Za Snape'em… Walczyła i uciekała… Poświęcała się dla przyjaciół i poświęcała przyjaciół… W Londynie, w Hogwarcie, w górach i w lesie…


Wreszcie obudziła się w Komnacie Tajemnic. Rozejrzała się półprzytomnie dookoła. Widziała, że Ron i Neville jeszcze nie skończyli, sądząc po tym, że siedzieli bez ruchu i mieli zamknięte oczy, a pozostali powoli dochodzili do siebie. Tylko Harry i Draco wydawali się być w całkiem niezłej kondycji, chociaż Gabrielle również sprawiała wrażenie o wiele przytomniejszej od Hermiony.

Snape nie zwracał na nich uwagi. Przechadzał się między Ronem a Neville'em coraz bardziej zirytowany, wykonywał jakieś skomplikowane ruchy różdżką – których Hermiona, miała wrażenie, nie powtórzyłaby nawet za milion lat – ale milczał. Wreszcie, kiedy nawet Neville się ocknął, a Ron jak siedział, tak siedział, Snape zaklął pod nosem, raptownie poderwał różdżkę do góry i obrzucił budzącego się Rona spojrzeniem pełnym pogardy.

– Brawo, Gryfoni. – Snape niemal wypluł te słowa. – Czy zdajecie sobie sprawę, że sądząc po tym, ile czasu zabrało większości z was przejście, właśnie przegraliście wojnę na więcej sposobów, niż umiecie sobie wyobrazić?

Kiedy nikt się nie odezwał, Snape podszedł szybkim krokiem do myślodsiewni.

– Wszyscy do mnie – warknął. – Przyjrzyjmy się waszym spektakularnym porażkom.

– Panie profesorze – zagadnął cicho Harry. – Ja… Czy ja też muszę?

Hermiona miała ochotę ukryć twarz w dłoniach. Co za głupek… Po co jeszcze go drażnił? Nie widział, w jakim nastroju był Snape? A poza tym… Niezależnie od nastroju Snape'a…. Czy Harry nie nauczył się przez ostatnie lata, że akurat ten nauczyciel nie wykaże zrozumienia dla jego problemów? Co mu odbiło?

O wiele większym zaskoczeniem dla Hermiony okazała się jednak odpowiedź Snape'a. Mistrz eliksirów obrzucił tylko Harry'ego uważnym spojrzeniem, zamyślił się chwilę, po czym spokojnie skinął głową.

– Tak, Potter – powiedział spokojnie. – Myślę, że powinieneś.

Pozostali wydawali się jednak zbyt przejęci rytuałem, by zwrócić uwagę na nietypową odpowiedź nauczyciela, i podchodzili posłusznie do stolika.

Na pierwszy ogień poszedł Draco. Snape przytknął mu różdżkę do skroni, wymamrotał pod nosem kilka słów i przeniósł srebrnawy strzęp mgły, który zdawał się wydobywać wprost z głowy Ślizgona, do myślodsiewni. Wszyscy stłoczyli się nad kamienną misą, gdzie mogli obserwować wydarzenia z rytuału.

Bazując na swoich doświadczeniach i wizjach Dracona, Hermiona szybko odkryła prawidłowość. Snape sprawdzał, kogo i co byliby w stanie poświęcić dla wykonania rozkazu, jednak okoliczności były już dziełem ich własnych umysłów. Kiedy Draco złamał szyk w jakiejś bitwie i rzucił się ratować matkę, by chwilę później stanąć przed takim samym wyborem dotyczącym ojca i z wyraźnym cierpieniem na twarzy nie ruszyć się ani o cal, Hermiona przygryzła wargi i spojrzała na Ślizgona, ale ten wpatrywał się w ziemię.

– Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co to dla niego oznacza – szepnął Ron, wciąż, od powrotu do rzeczywistości, nienaturalnie blady.

Hermiona nie musiała pytać, co miał na myśli. Potrząsnęła głową i złapała go za rękę. Draco nie wykonał misji wyłącznie dla jednej osoby, zaryzykował jej powodzenie dla niewielu więcej i bez wahania poświęcał swoje życie. Bez wątpienia dobrze było mieć go po swojej stronie i miała nadzieję, że to nastawi Rona do niego nieco przyjaźniej.

Z kolejnymi osobami sytuacja wyglądała podobnie. Każdy miał mniej lub więcej bliskich osób, dla których nie mógł nie zignorować rozkazu, co niezmiennie wywoływało szyderstwa Snape'a. Kiedy nadeszła kolej Hermiony i wszyscy mieli okazję zobaczyć, jak biegnie na ratunek Harry'emu i Ronowi, nauczyciel prychnął z pogardą.

– Żeby się nie udławił – mruknął Ron. – Po tym, co się stało w Hogsmeade, i tak wszyscy wiemy, że jego nikt nie obchodzi.

Hermiona momentalnie pobladła i spojrzała z przestrachem na Snape'a, ale ten najwyraźniej niczego nie usłyszał. Odciągnęła Rona na bok.

– Jak możesz? – syknęła ze złością, z poczuciem winy przypominając sobie, że właściwie takie same słowa rzuciła mistrzowi eliksirów w twarz. – Jakbyś nie wiedział, ile on dla nas robi!

– Merlinie, wiem, wiem, jest wspaniałym szpiegiem i tak dalej, ale jak może czepiać się tego, że próbujemy komuś pomóc?

Hermiona przewróciła oczami. Wiedziała, że Ron jest oburzony przede wszystkim kpinami Snape'a pod swoim własnym adresem – po tym, jak okazało się, że Ron łamał polecenia dla dosłownie każdej potrzebującej osoby, nauczyciel nie zostawił na nim suchej nitki – ale i tak nie mogła powstrzymać gniewu.

– Już zapomniałeś, kto próbował pomóc mnie, kiedy śmierciożercy napadli na dom moich rodziców?

– To co innego. – Ron wzruszył ramionami. – Rozkaz. Gdyby było trzeba, pomógłbym nawet Malfoyowi. Chodzi o to, że Snape… Łatwo mu mówić, bo sam nie ma nikogo – wyjaśnił ze złośliwym uśmiechem. – I nic dziwnego.

Hermiona rozejrzała się, licząc, że po sierpniowych wydarzeniach Harry ją poprze, ale ten z wyraźnym ociąganiem podchodził właśnie do mistrza eliksirów. Nie zwlekając, wzięła z niego przykład i przyglądała się z ciekawością myślodsiewni, kiedy Snape przenosił do niej wspomnienia z wizji Harry'ego.

Kiedy tylko strzęp mgły wylądował w naczyniu, na powierzchni zaczęły się formować coraz wyraźniejsze kształty. Hermiona dostrzegła ciemną salę, którą uznała za swoistą wariację umysłu Harry'ego na temat Departamentu Tajemnic. Salę, która nie była pusta. Hermiona przełknęła ślinę. Przy jednej ze ścian leżały skrępowane w typowo mugolski sposób dwie postacie; Harry obserwował je zza uchylonych drzwi, przyciskając do piersi zwinięty pergamin.

Dopiero po chwili się zaczęło. Nadchodzili śmierciożercy.

Harry zamknął drzwi i wycofał się w głąb pomieszczenia.

Harry zostawił Albusa Dumbledore'a i Severusa Snape'a na pewną śmierć.