Beta: SzmaragDrac


15. Trochę światła


— Granger, wyduś to z siebie wreszcie.
Hermiona, zaskoczona, uniosła wzrok. Miała nadzieję, że nauczyła się kontrolować na tyle, by ukryć oznaki zdenerwowania i niepewności, a nawet jeśli nie — że nauczyciel zrzuci jej rozkojarzenie na karb przebytego rytuału, tymczasem okazało się, że wszystkie jej próby wyglądania na skupioną zawiodły.
— Przepraszam — mruknęła. — Naprawdę starałam się pana słuchać.
Snape przytknął palec do brody.
— Starałaś się słuchać… Ciekawe, zaiste. Tym bardziej że od kiedy poleciłem ci usiąść, nie odezwałem się ani słowem — warknął.
— Ja…
— I przysiągłbym, że nie zarejestrowałaś nic od wyjścia z Komnaty Tajemnic. Wiesz chociaż, gdzie się znajdujesz?
— Oczywiście — rzuciła Hermiona, nim zdążyła ugryźć się w język. Rozejrzała się szybko. Brak okien, półki z ingrediencjami, masywny długi stół, pod ścianą, jakby niepasujące do reszty, dwa krzesła, na których siedzieli, rozdzielone niską ławą… I chyba wchodzili do jego kwater? — W pańskiej… prywatnej pracowni?
— Punkt dla… Slytherinu — odparł ze złośliwym uśmiechem. — Więc? O co chodzi?
Hermiona zacisnęła dłonie i skryła je w rękawach szaty. Co miała mu powiedzieć? Że za dużo się wydarzyło? Że jeszcze wczorajszego poranka jej największym zmartwieniem było udawanie Pansy podczas wyjścia do Hogsmeade? I że potem nagle wszystko — naprawdę wszystko — poszło tak źle, jak nigdy nie myślała, że w ogóle mogło? Że ucieczka śmierciożerców, Kevin, ranny Ron, idiotyczna wycieczka do jego, Snape'a, kwater podczas wizyty Lucjusza Malfoya i jeszcze ten cholerny rytuał i to, co z niego wyszło u Harry'ego? Tak, dla niej to było za wiele, ale przecież on też o tym wszystkim wiedział i na pewno musiał sobie radzić z gorszymi rzeczami, i…
— Granger. Ustalmy, że powodzenie — a przynajmniej niespieprzenie — twojego zadania jest na tyle ważne, że nie odbiorę ci punktów za głupotę, więc z łaski swojej powiedz wreszcie, z czym masz, do cholery, problem!
Hermiona się żachnęła. Już chciała wyjaśnić, że to nie strach przed karą powstrzymywał ją od odpowiedzi — naprawdę, miał ją za taką idiotkę?! — kiedy uderzył ją wyraz jego twarzy. Zmarszczyła brwi. Czyżby to było coś w rodzaju oferty… zrozumienia? Wyjaśnień? Pomocy? No tak, pomyślała kwaśno, przypominając sobie, jak w pierwszym dniu udawania Pansy zaoferował jej eliksir uspokajający, musi dbać o to, żebym w emocjach nie zrobiła nic głupiego. Mimo to zauważyła, że poczuła się nieco pewniej.
— Gran…
— Harry — wypaliła, zanim zdążyła się rozmyślić. — Jak on mógł zobaczyć… Dlaczego podczas rytuału… Jakim cudem to profesor Dumbledore i pan stali się jego najbliższymi osobami?
— Jak… Co?! — Snape utracił panowanie nad sobą i jego twarz wyrażała najszczersze zdumienie, chociaż Hermiona przysięgłaby, że przemknęły przez nią także strach i niepomierne zdegustowanie.
Wzruszyła ramionami.
— Wspomnienie z jego wizji. Wszyscy musieliśmy zmierzyć się z działaniem wobec osób, na których zależy nam najbardziej. U Harry'ego…
Snape gestem nakazał milczenie. Podniósł się z krzesła i zaczął spacerować po pokoju, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili wydającej się Hermionie wiecznością, jako że nie miała pojęcia, co się w ogóle działo, Snape przywołał skrzata, zażądał dzbanka mocnej herbaty i wrócił na miejsce.
— Dla kogo według ciebie wizje… to co się w nich stało… były najtrudniejsze? — zapytał takim tonem, jakby prowadzili niczym nie przerywaną towarzyską pogawędkę.
Hermiona zamrugała zdumiona.
— Granger. — Snape westchnął z niesmakiem. — Jeżeli do każdej twojej odpowiedzi będę musiał cię zachęcać jak dziewi… Jak Longbottoma do myślenia, to nigdy nie skończymy. Mogłabyś?
Hermiona skinęła głową i przygryzła wargi. W pierwszej chwili pomyślała o Harrym, ale jego wizji zupełnie nie rozumiała, a jeśli Snape kazałby jej uzasadnić… Później przyszedł jej do głowy Ron, który raz za razem przegrywał w obliczu gróźb wiszących nad członkami jego rodziny, przyjaciółmi…
— Draco — powiedziała nagle i z pewnym zaskoczeniem zrozumiała, że to prawda. — Nie tylko musiał wybierać, kogo z bliskich chronić, musiał też z nimi walczyć.
Snape spojrzał na nią — chyba po raz pierwszy w życiu — z aprobatą.
— Dobrze. Co z celem pozostałych wizji?
Hermiona prześledziła w myślach przebieg swojego rytuału.
— Nie jestem pewna — zaczęła ostrożnie — ale chyba sprawdzały, dla kogo będziemy w stanie poświęcić życie. Albo tylko je zaryzykować, bo wydaje mi się, że były przemieszane, a w niektórych czułam inne… warunki.
Tym razem Snape prychnął pogardliwie.
— Podchodzisz do tego zbyt emocjonalnie, gryfońsko — oznajmił z obrzydzeniem. — Zastanowiłaś się chociażby przez sekundę, dlaczego niby miałoby nas obchodzić, dla kogo poświęcisz życie? I, oczywiście, pewnie znowu masz na myśli najbliższych?
Hermiona z ulgą przyjęła pojawienie się skrzata. Nie miała pojęcia, co Snape miał na myśli — przecież okoliczności danej sceny czuła za każdym razem, wiedziała, co mogła, a co powinna zrobić. Chcąc zyskać na czasie, z wdzięcznością przyjęła filiżankę i upiła łyk parującej cieczy, mimo że Snape był zajęty w tym czasie posyłaniem jej spojrzeń… cóż, typowych dla niego.
— Granger — warknął, kiedy najwyraźniej znudziło mu się przedstawienie. — Ja naprawdę sobie zdaję sprawę z tego, co czuliście podczas wizji, bo, wyobraź sobie, sam tworzyłem ich zasady. Interesuje mnie odpowiedź na pytanie, dlaczego te zasady były takie, a nie inne. Dlaczego Zakon interesował się waszymi poczynaniami w tym zakresie?
— Żeby zaplanować ewentualną strategię? — bąknęła. Czuła się głupio, ale nie przychodziło jej do głowy nic poza poznaniem powiązań między członkami, siły relacji, które mogły mieć wpływ na czyjeś zachowanie podczas wojny. — Większość członków Zakonu łączą różne więzi i to może mieć odbicie w…
— Czy ty naprawdę jesteś taką idiotką?— zagadnął Snape z pewnym zainteresowaniem. — Jeżeli jeszcze raz odezwiesz się na temat więzi, bliskości i innych bzdur, to przysięgam, żadna z prac z eliksirów wysyłanych przez pannę Hermionę Granger nie dotrze na czas i nie zaliczysz przedmiotu! Pomyśl choć chwilę! Kłócicie się, poznajecie nowych ludzi, uprawiacie jakieś idiotyczne nastoletnie migdalenie i zmieniacie obiekt tegoż co kwadrans! Co warte wyniki oparte na konkretnych ludziach?! Mamy was testować co wieczór przed pójściem do łóżka i co wieczór zmieniać plany?!
— Ja się nie migdalę. I nic nie zmieniam — mruknęła Hermiona z urazą w głosie.
— Oczywiście. Bo z Wiktorrrem trrraktorrrem to ja się rozstałem.
Hermiona łypnęła na niego spod oka.
— Zapytał pan, więc odpowiedziałam — powiedziała, starając się zachować spokój. — Jak mam mówić swobodnie, co pan mi przecież nakazał, kiedy w przypadku błędu słyszę takie… takie słowa?
— Masz monopol na irytowanie rozmówcy?
— Słucham? — Hermiona otworzyła szerzej oczy. Nie umiała zdecydować, czy Snape powstrzymywał się od zamordowania jej na miejscu czy może — nie, to zbyt nieprawdopodobne — się z nią… droczył?
— Zacznij. Myśleć.
Chyba jednak morderstwo.
— Więc… Skoro nie chodzi o konkretnych ludzi — zaczęła z namysłem — to może bardziej o… granice? To znaczy, niezależnie od tego, na kogo padnie, to mogło pokazać nasze, hm, nastawienie? Podejście?
— Lepiej, ale znowu opierasz się na tym, że wizja podsuwała ci bliskie osoby.
— Bo podsuwała!
Snape z rezygnacją przeczesał włosy palcami. Wziął łyk herbaty i dał sobie chwilę na zastanowienie.
— Dla wszystkich założenia były takie same, Granger.
— I wszystkim… — Hermiona ugryzła się w język, a Snape spojrzał na nią triumfalnie. — Harry… — zaczęła i znowu umilkła. Bo nie tylko Harry, uzmysłowiła sobie. U Dracona pojawiali się oni, członkowie Zakonu, i Draco dla nich ryzykował, a przecież niemożliwym było, żeby nagle stali się bliżsi od jego rodziców, niezależnie od wybranej przez niego strony. Owszem, w pierwszych wizjach, kiedy chodziło o złamanie rozkazu, rzucił się ratować matkę, pojawił się też Lucjusz, ale później, w tych z poświęcaniem życia, rodziców Dracona nie było. — Draco?
Snape skinął głową.
— Ale nie tylko, Granger. Chyba nie sądzisz, że w sercu panny Delacour zajmujecie czołowe miejsca już po miesiącu znajomości.
— Poświęciła się dla Fleur — mruknęła Hermiona, przywołując wydarzenia z Komnaty. — I ryzykowała dla rodziców, ale potem… Rzeczywiście… Dlaczego nie wszyscy mieli… — Hermiona zerknęła na nauczyciela niepewnie — najbliższe osoby?
— Nikt nie miał najbliższych osób, Granger — warknął Snape, ale Hermiona skonstatowała, że zamiast zwykłego rozdrażnienia w jego głosie brzmiało znużenie.
Nagle zapragnęła, by był wyłącznie zadowolony z jej odpowiedzi. Zaczęła się zastanawiać, tak naprawdę zastanawiać. Nie pozwoliła, żeby najmniejsza myśl uciekała jej w stronę Kevina albo Ślizgonów, skupiła się na przedstawionym jej problemie.
Co wiedziała? Że u niej kolejno pojawiały się najbliższe osoby, na przekór temu, co twierdził Snape, i że pojawiały się tak samo u pozostałych, z wyjątkiem Harry'ego, Dracona i Gabrielle. Czuła, że ich wizje były kluczem do rozwiązania zagadki, ale zupełnie nie umiała znaleźć prawidłowości. Bo Snape u Harry'ego? Oni wszyscy u Dracona i Gabrielle? Ponownie, Snape? Dyrektor dla Harry'ego był ważny, ale… Ważny, może to to?
Hermiona zmarszczyła brwi i prześledziła jeszcze raz zapamiętane wydarzenia z rytuału. Na dobrą sprawę wszystkich „bliskich" mogła zmienić na „ważnych dla", problem w tym, że nadal nie pasowało to do Snape'a ani wizji Dracona i Gabrielle. Poza tym, miała wrażenie, mistrz eliksirów uznałby kryterium ważności za niemal tak śmieszne jak bliskości. Nie wiedziała jednak, jak inaczej miała wytłumaczyć pojawianie się osób, których najbardziej nie chciałaby stracić…
— O Boże! — jęknęła nagle, zdruzgotana własną głupotą. Przecież to było takie oczywiste, przecież Snape dał jej wskazówkę już na samym początku, szydząc z jej emocjonalności… Cały czas szukała wyjaśnienia łączącego wszystkie wizje, wyjaśnienia, z jakiego powodu nie znieśliby śmierci danych osób, a przecież pytanie było inne. — Jak mogłam być… — Urwała nagle i spojrzała na Snape'a podejrzliwie. — Dlaczego to pan jest jedną z osób, których śmierci Harry najbardziej nie chce? Pan to wie — dodała oskarżycielskim tonem.
— Wiem — odparł, nie okazując najmniejszego zaskoczenia zmianą tematu ani rozwiązaną przez nią zagadką. — Ale ty też wiesz, Granger. Ponownie wybrałaś niewłaściwe pytanie. — Oparł się wygodnie na krześle, przyglądając się jej ze złośliwym uśmieszkiem.
Hermiona westchnęła, pokonana, chociaż z dumą zauważyła, że tym razem poszło jej szybciej.
— Ma pan rację — przyznała niechętnie. — Pan i profesor Dumbledore są jednymi z najważniejszych — może najważniejszymi, nie licząc Harry'ego — postaci w tej wojnie. Powinnam spytać o coś innego: dlaczego Harry kierował się takim kryterium?
— Widocznie, późno, bo późno, ale postanowił nieco dojrzeć — mruknął lekceważąco Snape.
— Panie profe…
— Granger, na litość Salazara, chyba nie sądzisz, że zacznę z tobą analizować przemianę wewnętrzną Pottera! — warknął z irytacją. — Życzę sobie, żebyś zrozumiała, co się dzieje, a nie żądała podania powodów obecnego stanu rzeczy!
Hermiona przymknęła oczy. Była zmęczona, ale jednocześnie taki wysiłek umysłowy zaczynał jej się podobać. Czuła się tak, jakby dotąd próbowała przebić głową mur, a ktoś nagle wskazał jej drzwi — albo raczej poinformował, że takowe istnieją; musiała je tylko znaleźć.
— Więc… Skoro Harry wybrał najważniejsze dla konfliktu osoby, to znaczy, że przestał… przestał kierować się emocjami i… — rozważała niepewnie, ale Snape przerwał, zniecierpliwiony.
— A Longbottom to idiota. Bez oczywistości, Granger.
Hermiona po raz kolejny spróbowała pozbierać wszystkie dane. Coś zmieniło się w tym roku, bo przecież jeszcze w sierpniu Harry spanikował na myśl, że ktokolwiek mógłby zdawać sobie sprawę z tego, że on w tej wojnie był kluczową postacią. Później, w szkole, było już inaczej. Nie umiała dokładnie podać momentu, od którego wszystko się zaczęło, zresztą miała wrażenie, to był raczej powolny proces, ale dziwiły ją różne… różne rzeczy. Nienaturalny spokój Harry'ego na wieść o Kevinie, chęć nauki Niewybaczalnych, znikanie gdzieś z Draconem na całe godziny i wszystko, co związane z Gwardią Dumbledore'a — podział, gotowość do bezwzględnego odrzucenia tych, którzy odmówiliby uczenia młodszych, stanowczość wobec Rona…
— Powiedziałabym, że dla Harry'ego priorytetem stała się wojna, wygranie wojny, a nie chronienie przed nią przyjaciół — zaczęła ostrożnie. — Ale nie wszystko pasuje, bo czasami zachowuje się tak beztrosko jak wcześniej. Quidditch, wygłupy na treningach Zakonu, wyjścia do Hogsmeade i…
— Chciałaś być najlepszą uczennicą, Granger, prawda? A jeżeli mnie pamięć nie myli, również chodziłaś do Hogsmeade, zamiast poświęcać czas na naukę — zadrwił.
— Ale to tylko… — Hermiona urwała, zażenowana. Miał rację. Merlinie, po nocnej przygodzie, pobudce bladym świtem i rytuale naprawdę potrzebowała snu. — Rozumiem. Nie jest robo… Nie jest pod Imperiusem, żeby wszystko podporządkować jednemu celowi — poprawiła się szybko i zerknęła ukradkiem na nauczyciela. Wyjaśnił jej wiele, a właściwie sprawił, że sama doszła do właściwych wniosków. Brakowało jej tylko jednej informacji, ale wiedziała, że Snape nie poda jej przyczyny zmian w podejściu Harry'ego, więc nie miała powodu, by jeszcze przeciągać tę rozmowę. Stracili przez nią wystarczająco dużo czasu. — Dziękuję, profesorze — mruknęła. — Za pomoc i… i wyrozumiałość — dodała po chwili namysłu. — Ja… potrzebowałam tego, ale postaram się, żeby to się więcej nie powtórzyło. Już możemy zaczynać.
Snape zamrugał gwałtownie.
— Zaczynać co?
— Przecież prosił pan, żebym przyszła po spotkaniu na… lekcje szpiegowania — wymamrotała, świadoma, jak głupio to brzmiało wypowiedziane na głos.
Snape zamarł. Kiedy Hermiona już zaczęła się zastanawiać, czy powinna jakoś zareagować, nagle podniósł się, omiótł ją dziwnym — jakby nie mógł uwierzyć w to, co widział — spojrzeniem, po czym opadł z powrotem na krzesło i ukrył twarz w dłoniach.
— Granger — zaczął po chwili ze zgrozą wymalowaną na twarzy. — Powiedz mi… Sądziłaś, że to taka przyjacielska konwersacja? Że ja tak sobie z tobą dla przyjemności rozmawiam, tak?
Zanim Hermionie udało się zwalczyć rumieńce i zmusić do odezwania się, Snape wstał i podszedł do drzwi.
— Zabierz pelerynę i do siebie! I tym razem — uśmiechnął się złośliwie — nie waż się opuszczać swoich kwater, niezależnie od tego, jak ważne by ci się to wydawało. No już, wynocha!
Hermiona była już tak zmęczona, że nie umiała stwierdzić, czy czuła złość, wdzięczność czy rozbawienie, a może wszystko naraz. Posłusznie podniosła się, narzuciła na siebie pelerynę i mamrocząc coś na pożegnanie, opuściła pracownię i przeszła przez pokój, nie chcąc przebywać w kwaterach nauczyciela dłużej, niż to konieczne. Była już przy drzwiach wejściowych, kiedy dobiegł ją jego głos:
— Aha, Granger, ja wiem, czym są roboty.
Wyszła przy akompaniamencie cichego śmiechu i to, że nie trzasnęła drzwiami, poczytywała sobie za wielki sukces.