Beta: SzmaragDrac


16. Sprawdzian


Z początkiem tygodnia życie w Hogwarcie zaczęło wracać do normy ku pewnemu zaskoczeniu Hermiony. Dyskusje na temat ucieczki śmierciożerców i walk w Hogsmeade stawały się wśród uczniów coraz rzadsze, co najpierw wykraczało poza jej możliwości pojmowania, a później — sama nie zauważyła kiedy — przynosiło ulgę i dawało więcej swobody w odgrywaniu roli Pansy, choć, zdawała sobie sprawę, niweczyło również szanse na wyciągnięcie przydatnych informacji od Ślizgonów. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że po szkolnych zajęciach, lekcjach oklumencji, treningach Zakonu i spotkaniach z Draconem mających przygotować ją do spędzania czasu z Crabbe'em i Goyle'em z chęcią spędzała czas na partyjkach szachów z Nottem czy przekomarzaniu się z Zabinim i Greengrass. Z poczuciem winy przyznawała sama przed sobą, że właściwie nawet woli to od prób przemówienia Ronowi do rozsądku (które jak na razie przynosiły zerowe efekty, jako że Ron nie mógł się pogodzić z wizjami Harry'ego podczas rytuału i nie dopuszczał żadnych wyjaśnień) oraz od starania się o rozmowę z samym Harrym (która dla odmiany w ogóle nie doszła do skutku, bo ten znikał gdzieś na całe godziny, a jeśli już pojawiał się w pobliżu, natychmiast przerywała im Gabrielle, trzebiocząc beztrosko, co było dla Hermiony nie do zniesienia), więc kiedy Draco oznajmił, że jego zdaniem jest już gotowa do zmiany grona przyjaciół, nie przyjęła tego ze szczególnym entuzjazmem.
— Jeszcze tego brakowało — mruknęła, opadając na fotel. — Jakbym miała za mało problemów.
Draco uniósł brew.
— O co ci chodzi? Jeden ci odpadnie, szykowanie się do tego wszystkiego.
— Wiem. I wiem, że tak będzie najlepiej. Po prostu… — Westchnęła, zastanawiając się, czy wtajemniczanie kogokolwiek w swoje rozterki miało sens. — Zrobię to, tak? Tylko… Nie jestem pewna, czy ten sposób jest najlepszy.
— Przecież to twój pomysł — wytknął.
Hermiona spojrzała na niego nieprzyjaźnie.
— Wyobraź sobie, że zdaję sobie z tego sprawę. Problem w tym, że to spowoduje całkowite odcięcie się od Teo i prawdopodobnie również od Daphne i Blaise'a.
— No i…? Przecież nie możesz zrobić tego inaczej, nie zaprosisz nagle Vincenta i Gregory'ego do waszej paczki, a nawet jeśli jakoś byś to połączyła, nie wykorzystasz ich głupoty przy innych ludziach, bo ci dla odmiany posiadają rozum i zorientują się, do czego zmierzasz.
— Dzięki za oświecenie — prychnęła Hermiona. — A co, jeśli będę potrzebowała do nich wrócić?
— Niby po co? Wiesz, to nie tak, żeby przebywanie z nimi przyniosło jakieś oszałamiające korzyści…
Mnie przyniosło, pomyślała Hermiona, ale nie powiedziała tego na głos. Wiedziała, że Draco miał rację i nie wolno jej było przedkładać własnej wygody nad dobro Zakonu, ale też nie to przede wszystkim budziło w niej sprzeciw.
Plan był dobry. Draco dowiedział się, że ta „młodsza Puchonka półkrwi", która podobała się Teo, tak naprawdę była ich rówieśniczką z Ravenclawu i nazywała się Lisa Turpin. A Hermiona znała Lisę Turpin. Może niezbyt dobrze, ale wystarczająco, by czasami dyskutować z nią o doświadczeniach przebywających w Hogwarcie czarownic mugolskiego pochodzenia. A to z kolei dla Pansy byłoby zupełnie wystarczające, by zarzucić Teo kłamstwo, zdradę ideałów i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy oraz by całkowicie zerwać z nim kontakt. Tak więc fakt, plan był dobry. Plan zakładał również poważne zranienie Teo, jako że ten wydawał się naprawdę przywiązany do Pansy. Po ponad miesiącu spędzonym w jego towarzystwie Hermiona nie mogła powiedzieć, by była na to gotowa. Wiedziała jednak, kto byłby w stanie to zmienić.
— Daj mi czas do niedzieli — powiedziała w końcu. — Trzy dni i to załatwię, naprawdę.
Kiedy Draco z powątpiewaniem skinął głową i opuścił jej kwatery, westchnęła ciężko i zwinęła się w kłębek.
Poza lekcjami oklumencji Harry najprawdopodobniej jej unikał. Miała trzy dni, by temu zaradzić.

W niedzielny poranek Hermiona musiała przyznać, że poniosła porażkę. Harry wciąż gdzieś znikał i co najwyżej mogła mieć nadzieję, że to kwestia jego spotkań z dyrektorem, a nie kłopotów, w które się wpakował. Martwiła się. Harry opuszczał posiłki, widywała go jedynie na lekcjach, gdzie z wiadomych względów odpadało nawiązanie kontaktu. Wiedziała, że jej ostatnią szansą było wysłanie wiadomości z prośbą o rozmowę, ale ta jak dotąd pozostała bez odpowiedzi — podczas porannej poczty otrzymała jedynie egzemplarz Proroka Codziennego, który natychmiast odrzuciła na bok z irytacją.
— Hej, uważaj — mruknął Teo, odsuwając nieco swój talerz. — Rozumiem, że twarz Pottera nie jest tym, co chcesz oglądać przy śniadaniu, ale niektórzy jednak potrzebują pożywienia, by przetrwać dzień.
Hermiona otworzyła usta, ale zaraz udało jej się opanować. Odetchnęła głęboko, wydęła pogardliwie usta i wzruszyła ramionami. Jej zdenerwowanie rosło jednak w zastraszającym tempie. Nie miała wątpliwości, że Teo mówił o jakimś artykule w gazecie, wiedziała jednak, że teraz nie wolno jej było pod żadnym pozorem rzucić się na Proroka, co w zasadzie było jedynym, czego chciała i co mogło ją uspokoić. Spojrzała na zegarek. Ile musiała wytrzymać w Wielkiej Sali, by nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi? Kwadrans? Może dziesięć minut? Przygryzła wargi, powstrzymując się od pełnych niecierpliwości westchnień. Zegarek. Ile? Minuta? Jeszcze trochę. Rozgrzebała nerwowo sałatkę. Brzdęk. Co to? Widelec? Schylić się. Podnieść. Usiąść. Ile? Trzy minuty. Może jednak mogłaby sięgnąć po Proroka i chociaż przekartkować? Nie, wytrzyma. Ale Harry…
Naraz poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Snape. Była tego dziwnie pewna, choć nie umiałaby nawet wyjaśnić, dlaczego pomyślała właśnie o nim. Zerknęła na stół nauczycielski, jednak krzesło, przy którym siedział wcześniej mistrz eliksirów, teraz stało puste. Co więcej, nigdzie nie było widać także dyrektora. Przełknęła ślinę. Nagle poczuła się dziwnie bezradna i zdana na samą siebie, jak gdyby dotąd sądziła, że — jak za każdym poprzednim razem — Snape zrobi coś, co zapobiegnie zakończeniu się jej zadania kompletnym fiaskiem.
Mimowolnie zadrżała. Nie mogła, wiedziała, że nie mogła tknąć teraz, przy wszystkich, tej cholernej gazety, ale niepokój o przyjaciela stawał się nie do zniesienia, zwłaszcza że Harry znowu nie pojawił się na śniadaniu. Omiotła spojrzeniem stół gryfonów, ale szepczący w zbitych grupkach uczniowie nie pozwalali stwierdzić, jakiego rodzaju wiadomości powinna się spodziewać. Zegarek. Pięć minut. Może pięć i pół. Może…
Nieomal podskoczyła, kiedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń, jednak cichy, pełen niezadowolenia głos, który usłyszała w następnym momencie, zdał jej się najpiękniejszą muzyką.
— Panno Parkinson, zapraszam do mojego gabinetu.
Hermiona odwróciła się błyskawicznie. Snape. No nareszcie, pomyślała niespodziewanie dla samej siebie i zerwała się z miejsca. Od wybiegnięcia z Wielkiej Sali powstrzymał ją tylko ledwo widoczny grymas na twarzy nauczyciela. Wzięła głęboki oddech i już spokojnie sięgnęła po Proroka. Otworzyła szeroko oczy, zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się przypochlebnie.
— Oczywiście, panie profesorze. Czy coś się stało?