"Za pierwszym razem"
Rozdział V: Kirigakure II
"Demon w ludzkiej skórze."
Napisane przez: M.R.
Jeśli ktoś powiedziałby, że Iruka jest zmartwiony, nie byłby tak daleko od prawdy.
Umino cały dzień chodził napięty, tracił koncentrację i nie skupiał się na lekcji. Ciągle gubił się w swoich myślach, przerywał w połowie zdania, nie zwracał uwagi na nieodpowiednie zachowanie swoich uczniów, a raz nawet wszedł w ścianę przed salą w Akademii.
Prawdą było, że Iruka umierał ze zmartwienia.
Tydzień temu przyszedł do niego całkiem szczęśliwy i zadowolony Naruto, oznajmiając że bierze udział w Letnim Egzaminie na Chūnina w Kirigakure.
Iruka prawie padł na zawał.
Przecież Naruto miał dopiero dziesięć lat! Jeszcze nie był gotowy na brutalny Egzamin w Kiri! Według Iruki to była przesada.
Przecież Naruto miał jeszcze czas, racja? Mógł poczekać jeszcze, powiedzmy, dwa lata, nim weźmie udział w tym egzaminie. Mógł jeszcze potrenować, poznać nowe techniki, poprawić się, być bardziej przygotowanym!
A potem Iruka pomyślał o Sayuri i Shinjim. Gdyby Sarutobi Corazon zwlekałby z Egzaminem jeszcze przez rok czy dwa, było to by dla nich nie fair.
Shinobi przygryzł dolną wargę na tę myśl. Chyba już przejrzał na oczy, dlaczego Naruto starał się trzy razy mocniej i poświęcał treningowi prawie każdą wolną chwilę. Chūnin rozumiał zachowanie swojego przybranego młodszego braciszka, co nie znaczyło, że go popierał, co to to nie.
Choć Iruka musiał przyznać, że młody genin naprawdę trenował ciężko, aż do granic wytrzymałości.
Naruto nie chciał być obciążeniem. Nie chciał być zbędnym kołem, kimś kto będzie tylko stał i przyglądał się, czekając na uderzenie.
Nie, Naruto chciał być silny i niezależny. Chciał być przydatny, nie pozostawiony z tyłu. Teraz Umino to widział.
Mimo iż to widział, wciąż nie był zadowolony. Egzamin na Chūnina to nie miejsce dla młodego Uzumakiego. Naruto ledwo rok był geninem, niedostatecznie doświadczonym i silnym, by wziąć udział w teście. Bo to był test, śmiertelnie niebezpieczny i w pewnym sensie zbyt trudny, a mały blondyn nie potrafił jeszcze tak dużo, nie posiadał tylu umiejętności, dzięki którym zdobywało się ten zaszczytny tytuł chūnina.
Tak przynajmniej było skromnym zdaniem Iruki.
Naruto zdecydowanie zmienił się przez rok bycia geninem.
Można byłoby powiedzieć, że był zupełnie inną osobą niż wtedy, gdy dopiero zaczynał.
Poprawił swoją szybkość, siłę, celność, kontrolę chakry, skupienie i panowanie nad emocjami w sytuacjach tego wymagających.
Daleko mu było jednak do siły Sayuri czy szybkości Shinji'ego.
Starał się wymyślać nowe taktyki i sposoby walki z różnymi przeciwnikami, ale to było niczym w porównaniu do zdolności strategicznych Corazona-sensei. Cholera, nawet Rebecca, sześcioletnia siostra Shinji'ego potrafiła bez problemu rozproszyć genjutsu rangi C!
A on? A on nie umiał wyrwać się z silnego genjutsu!
Nie potrafił więcej niż dwa jutsu Fūton, Kage Bunshin, Kawarimi i Henge. Dopiero uczył się Shushin no Jutsu, Bunshin Daibakuha (z Eksplodującym Klonem szło mu ciężko, choć raz zamiast wybuchu pojawiła się masa dymu. Być może byłoby to przydatne w niektórych sytuacjach) i innej techniki wiatru. Shuriken Kage Bunshin no Jutsu już prawie opanował, ale prawie robi wielką różnicę.
Niektóre stałe kopie shurikenów wciąż były niczym zwykłe, nieprzydatne, iluzyjne kopie, dlatego Naruto ćwiczył to jak mógł.
A poza tym, Naruto miał zakaz używania Cienistych Klonów. No, może nie całkiem zakaz, ale musiał się ograniczyć do trzech. Jednak jakim cudem Uzumaki został ograniczony do tak małej ilości?
W pewną cieplejszą sobotę, Iruka szedł na pole treningowe numer trzy, gdzie znajdował się ćwiczący Naruto. Iruka dawno nie odwiedzał swojego byłego ucznia, więc chciał to nadrobić i popatrzeć, jak Uzumaki trenuje. Wydawało to się być świetnym pomysłem! Umino zawsze mógł pomóc i doradzić oraz doglądać Naruto, by ten nie zrobił sobie krzywdy podczas ćwiczeń.
Tak przynajmniej myślał, bo rzeczywistość okazała się trochę inna.
Iruka zastał polanę zapełnioną tysiącem klonów Naruto. Część z nich wspinała się po drzewach, część biegała po wodzie lub wokół jeziora, inne czytały zwoje i księgi, a następne ćwiczyły i udoskonalały jutsu znane przez genina; to dopiero był widok! Ale żeby tysiąc klonów?
Chūnin wystraszył się nie na żarty. Całe szczęście, że prawdziwy blondyn trenował blisko wejścia na pole i szybko zauważył starszego shinobi. Pomachał mu wesoło, ale Iruka był daleko od radości.
- Naruto! Odwołaj te klony! Co ty sobie myślisz?!
Skarcony chłopiec skrzywił się tylko i każdy jego Kage Bunshin wyciągnął kunai. Oczy Iruki rozszerzyły się ze strachu, lecz nim Umino zdążył coś zrobić, nastąpiło ponad tysiąc cichych „puf!" i pojawiło się mnóstwo dymu.
Naruto zamarł w pół kroku i osunął się na ziemię. Iruka szybko dobiegł do przybranego braciszka i sprawdził jego puls. Na całe szczęście wszystko było w porządku. Iruka ciężko westchnął. Uzumaki potrafił być lekkomyślny, każdy o tym wiedział.
Wziął blondyna na barana i użył Shushin no Jutsu do pojawienia się w szpitalu, gdzie geninem szybko zajęła się miła pielęgniarka, Gensai Isei.
Iruka chyba skądś ją kojarzył, ale skąd?
W każdym razie, chūnin tego samego dnia poszedł do jedynego miejsca, gdzie mógł znaleźć każdego shinobi w sobotę wieczorem.
Do baru.
I oczywiście, że znalazł tam Sarutobi Corazona. Bo jakżeby inaczej? Każdy ninja lubił wieczorami popić by odreagować stres związany z misjami lub uczniami. Iruka podążył tym tokiem myślenia i po raz drugi znalazł się w barze na rogu.
Barmanem bez przerwy był przerażająco wyglądający pan z pokiereszowaną twarzą. Wszystkie stoliki bez przerwy były zapełnione i bez przerwy było jedno miejsce wolne. Obok Corazona i Kakashi'ego.
Tutaj nauczyciel się zastanowił. Mógł spokojnie do nich podejść i porozmawiać o tym problemie albo mógł krzyknąć to na cały bar i zrobić z tego sensację. Choć Iruka wolał rozwiązywać wszystko pokojowo, teraz nie mógł się powstrzymać.
Zemsta jest słodka.
- NA WSZYSTKICH KAGE, WY DURNIE! – zaczął, biegnąc w ich stronę. Efekt był natychmiastowy; wszyscy obecni ninja odwrócili się do niego i wbili wzrok w jego sylwetkę. Corazon i Kakashi także obrócili się ze zdziwionymi minami. – CZY WY MACIE MÓZGI?! POZWOLILIŚCIE NARUTO ZROBIĆ TYSIĄC KLONÓW?! POWARIOWALIŚCIE?!
To także wywołało zamierzony efekt. Wszyscy zamarli, a Corazon powoli spojrzał na Kakashi'ego. Jego ekspresja wyrażała przerażenie.
- Nie powiedziałeś mu, że nie może robić tylu klonów?!
- To on może robić tyle klonów?! – Kakashi złapał się za głowę i odkrzyknął prosto w twarz Tego Drania. – Przecież on ma tylko dziesięć lat!
Przez chwilę w barze panowała całkowita cisza, która przerwana została dźwiękiem tłuczonej szklanki barmana.
- DZIESIĘĆ LAT?! – Shinobi i kunoichi w barze zgodnie krzyknęli w stronę dwóch jouninów. Nagle rozpoczęły się szepty, rozmowy i plotki na temat Tego Chłopca i jego chakry. Iruka uśmiechnął się lekko, ale później zrzedła mu mina.
Chyba jednak nie przemyślał tego, gdy niektórzy ze starszych shinobi zaczęli opuszczać publiczne miejsce, tylko by iść do szpitala i zobaczyć na własne oczy młodego genina. Po pół godzinie w barze zostały tylko cztery osoby: Iruka, Corazon, Kakashi i właściciel. Cała reszta wybrała się do szpitala, gdzie odsyłano wszystkich z kwitkiem.
Hokage zastanawiał się, czy postawienie ANBU na straży będzie odpowiednie.
Przekonał się dokładnie o dwudziestej pierwszej, kiedy klinika została zaludniona. Każdy przyszedł do Uzumakiego. Więc tak, Hokage twierdził, że naprawdę przydadzą się ANBU na straży.
Tymczasem Iruka, Corazon i Kakashi wspólnie wypili dwie butelki sake i przedyskutowali pewne rzeczy, w tym również ograniczenie Kage Bunshinów. Nie chcieli, by Naruto znów wykręcił taki numer, więc coś trzeba było zrobić.
- A to cwaniak. – mruknął do siebie barman z poharataną twarzą. Kakashi zmierzył go zimnym wzrokiem. – Jeśli kiedykolwiek tu przyjdzie jako chūnin, postawię temu Ritorudojāsu sake na koszt firmy.
To była zdecydowanie głośna noc.
Iruka całe dnie się martwił o Naruto, ale jak trafnie zauważył Shikamaru, dzisiaj było najgorzej.
Nim chūnin zaszczycił uczniów swoją obecnością, spóźnił się dziesięć minut, wszedł w ścianę, zapomniał swoich arcyważnych notatek i nie pamiętał o dzisiejszej kartkówce. W dodatku wszystkie nazwy mu się myliły i gdy oberwał kredą po oczach, nie widząc sensu w dalszym prowadzeniu lekcji, zwolnił ich wszystkich na przerwę. Mizuki miał przyjść później i poprowadzić zajęcia praktyczne.
Umino tylko potrząsnął głową i wyszedł na dwór, przecierając swoje biedne oczy, już pozbawione kredy. Musiał się przewietrzyć.
Shikamaru już wtedy podszedł do nauczyciela ze znudzeniem. I Chōjim także.
- Iruka-sensei, coś się stało? Jesteś jakiś wytrącony z równowagi. – zapytał młody Nara. Może i tego nie okazywał, ale również on martwił się o chūnina. Kto by się nie martwił, tak w ogóle?
Ludzi wytrąconych z równowagi lub pochłoniętych przez własne myśli łatwo było rozpoznać. I Iruka był takim człowiekiem właśnie teraz.
- Huh? – Umino zamrugał kilka razy, zanim słowa Shikamaru do niego dotarły; czarnowłosy chłopak wymienił zaniepokojone spojrzenia ze swoim kolegą Akimichim. Iruka szybko pomachał rękami. – O, nie, to nic! – zapewnił, choć dla Nary to ani trochę nie brzmiało wiarygodnie. Widać było, ze coś jest na rzeczy i Shikamaru postanowił to odkryć. Spojrzał twardo na starszego ninja wyczekującym wzrokiem.
Iruka prawie westchnął. Nie wierzył, że to uczeń Akademii wymagał od niego odpowiedzi. Nie chcąc sprawiać kolejnych kłopotów (wciąż pamiętał incydent w barze z klonami Naruto) odpowiedział najlepiej jak mógł.
- Uch, om, eee… po prostu martwię się o Naruto. Wiecie, wyjechał do Kirigakure ze swoją Drużyną i bierze udział w Egzaminie na Chūnina. Martwię się, że coś pójdzie nie tak, bo… no, bo to jest Naruto. On przyciąga kłopoty, a w obcej wiosce nigdy nic nie wiadomo. – powiedział bardzo szybko, ale dwaj uczniowie Akademii zrozumieli go doskonale. Nic dziwnego, że tak mówił, w końcu który nauczyciel tłumaczy się uczniom?
Jednak nie to zaniepokoiło Shikamaru i Choji'ego. Zaniepokoił ich fakt, że ten Naruto, ten sam Uzumaki Naruto, co był najgorszy w klasie, właśnie brał udział w Egzaminie na Chūnina.
To było kłopotliwe, bo przecież Sasuke powiedział Sakurze, że Naruto ukradł tę opaskę. Sakura rozpowiedziała na całą klasę, a cała klasa rozpowiedziała całej szkole. Wyglądało na to, że to Sasuke w tej sytuacji kłamał i rozpuścił niepotrzebne plotki.
Aczkolwiek nie było już możliwości, by wyjaśnić błędne informacje, które rozpowiedziała Sakura. Nikt i tak nie uwierzyłby ani Shikamaru, ani Choji'emu, ani Iruce. Chyba jedyną osobą, która mogłaby przemówić im do rozsądku był Hokage i mistrz Drużyny Czwartej.
Cóż, kłopotliwe.
Kakashi i Iruka znów znaleźli się w tym samym barze, co poprzednio.
Okazało się, że tamtejsze trunki przypadły do gustu nawet Iruce, który był zagorzałym przeciwnikiem picia alkoholu. I teraz Umino nie miał problemu z wypadami raz na miesiąc, może dwa-trzy tygodnie z Kakashim lub kims z Akademii.
Aktualnie, Iruka cieszył się z obecności Kakashi'ego; mógł bez przerwy mu wypominać, że ten incydent z klonami to jego wina. Tak, Iruka był zadowolony.
Tym razem w barze odbywało się coś jeszcze. Shinobi Konohy zgromadzili się by obstawiać wyniki Egzaminu na Chūnina w Kiri, a Kakashi był bardzo ciekawy, jeśli chodzi o zakłady.
Zgodził się nawet, by postawić na swojego faworyta za namową barmana.
Prawdą było, że Kakashi chciał zobaczyć, jak dużą przychylność zaskarbił sobie Naruto wśród ninja we wiosce. Wiadomo, wielu z nich wciąż wierzyło, że to był Demon; inni zmienili swoje zdanie lub pozostawali neutralni w tym temacie.
Ilu ludzi Uzumaki zaintrygował? Jounin miał dowiedzieć się wraz z rozpoczęciem zakładów.
- 100 ryō na Ritorudojāsu! – Krzepki mężczyzna po trzydziestce wykrzyknął, podając pieniądze prowadzącemu.
Netomane Kazuki był człowiekiem odważnym, stawiającym honor i walkę ponad wszystko. Postawił jako pierwszy na tego Małego Cwaniaczka, bo nikt inny tego jeszcze nie zrobił. Kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda? Kazuki uwielbiał wyzwania, a podjęcie się takiego czegoś widział tylko i wyłącznie jako okazję do wykazania się odwagą.
Pierwszy raz… tak, Kazuki uwielbiał te dwa, piękne słowa. To było jego drugie ulubione wyrażenie, pobite tylko przez słowa „Podejmij wyzwanie!". Kazuki był naprawdę dziwnym człowiekiem. To zauważyliby wszyscy bez żadnego problemu.
Po barze przeszły ciche pomruki i szepty. – Stawiam, że dotrze do Drugiego Etapu!
- Na Ritorudojāsu! – Młoda kobieta także podała pieniądze mistrzowi gry. Uśmiechała się lekko.
Wakana Amane była jouninem, świeżo awansowanym i niedługo mającym wziąć pod swoją opiekę trójkę młodych geninów. Amane była silną, mądrą i niezależną kobietą, w ogóle nie wierzącą w te wszystkie bzdury i plotki krążące wokół osoby Uzumakiego Naruto.
Nie, Amane myślała jasno, nawet jeśli uwielbiała żartować i uśmiechać się dziecinnie. – Dojdzie do Trzeciego Etapu, ale zrezygnuje.
- Phi! – Stary, zsiwiały chūnin tylko prychnął, słysząc o kwotach, jakie postawione zostały na małego demona.
Taekono Shiroi był na emeryturze prawie od roku, ale wciąż kochał dreszczyk emocji i trochę akcji w życiu. Niestety, przez jego zamiłowanie od hazardu i przelotnych romansów, jego własne dzieci wyparły się go i nie odezwały od ponad dziesięciu lat.
Shiroi wiódł ciężkie życie, ale był dość łatwowiernym człowiekiem, wierzącym we wszystkie krążące wokół plotki i pogłoski. On nigdy by nie postawił na tego małego bachora, nigdy w życiu.
Nawet po pogłoskach jakie usłyszał na temat ponad tysiąca Kage Bunshinów, wytworzonych przez Naruto, wciąż wierzył, że Uzumaki był tylko Demonem w ludzkiej skórze. Wystawił 400 ryō na stół. – Na Yakushi'ego Kabuto! Drugi Etap!
Ktoś zaśmiał się z niego, a wkrótce do śmiechu dołączył cały bar. Nikt aktualnie nie wierzył, by Kabuto przeszedł dalej niż Drugi Etap; starszy genin uczestniczył już w czterech egzaminach, ale rezygnował za każdym razem z Kage wiadomych powodów.
Każdy myślał sobie „Och, zapewne stchórzył, nie miał sił czy coś w tym rodzaju".
Nie wiedzieli, jak daleko są od prawdy.
Na stolik prowadzącego została rzucona większa kwota, na oko tysiąc dwieście ryō. Prowadzący, człowiek w średnim wieku o imieniu Yoshito, spojrzał pytającym wzrokiem na Kakashi'ego, stojącego przy małym, drewnianym stoliku zapełnionym pieniędzmi. Jego twardy wzrok nie zmieniał się.
- Stawiam na Hanadao Shinji'ego, Inazumę Sayuri i Uzumakiego Naruto. Trzeci Etap. – Odszedł na swoje miejsce przy barmanie; spojrzenia innych wbijały się w jego plecy niczym senbony ANBU.
Iruka pozwolił sobie na lekki uśmiech i przechylenie głowy z zażenowaniem. Rzucił mistrzowi gry 450 ryō.
- Na Naruto! Drugi Etap!
I tak zakłady rozwinęły się i ciągnęły aż do późnej nocy. Yoshito w duchu błagał, by Uzumaki odpadł już przy pierwszym Etapie. Wszystko byłoby prostsze, a on miałby więcej pieniędzy dla siebie, by wyżywić swoją całą rodzinę na całe trzy miesiące.
Tak, szybka eliminacja Naruto miałaby naprawdę wielkie korzyści dla niego. Szkoda, że tak się jednak nie stało.
Lasy obrastające lądową część Mizu no Kuni były gęste, ciemne i kompletnie zaśnieżone.
Tak by powiedział każdy, kto miał szansę chociaż zobaczyć je z dużej odległości. Ale tak, to była prawda, że lasy w Kraju Wody były jednymi z najbardziej niebezpiecznych. Rodzice czasem straszyli swoje pociechy, mówiąc że pomiędzy drzewami czyhają demony, potwory i ogromne zwierzęta, które tylko czekają, aby małe dzieci weszły do lasu i się zgubiły.
Działało to skutecznie i żadne dziecko nie wchodziło do takiego lasu, w obawie że naprawdę są tam jakieś straszne i krwiożercze kreatury.
Północno-wschodnia część największej wyspy w kraju to dokładnie strona przeciwna do tej, którą przyszła Drużyna Czwarta.
Góry w tamtej części były jeszcze wyższe, a lasy jeszcze gęstsze i straszniejsze od tych w opowieściach rodziców. Do tego dochodziła wieczna mgła, unosząca się niewysoko nad powierzchnią wymarłej ziemi. Nie pomagał też fakt, że z morza na tę stronę wyspy wiały mroźne wiatry, często połączone z deszczem, gradem, śniegiem lub śnieżycą. Jeszcze jakby tego było mało, od strony Kumogakure przypływały zimne prądy morskie, okalające brzeg wyspy. Śmiało można było powiedzieć, że ta część była najmroźniejszym punktem w całym kraju, jeśli nie na całym kontynencie.
Warunki klimatyczne, które panowały w owej niebezpiecznej, północno-wschodniej części wyspy były idealne do stworzenia ekstremalnego pola do treningów hartowania ducha w ANBU lub do wykorzystania w celach drugiego etapu Egzaminu na Chūnina.
Sandaime Mizukage doskonale zdawał sobie sprawę z istnienia Lasu Śmierci w Konosze, Skalistych Szczytów w Iwie, Piasków Zachodu w Sunie czy Trujących Jaskiń w Kumo.
Oni, Kirigakure, również mieli pewien niebezpieczny teren, specjalnie przygotowany pod egzamin. Jego nazwa może nie była aż tak przerażająca i zapierająca dech w piersiach jak Las Śmierci czy Trujące Jaskinie, ale każdemu mieszkańcowi Kiri posyłała dreszcze wzdłuż pleców. Drugi Mizukage sam wymyślił jej nazwę, ale nijak nie wtrącał swojego nosa do rozwoju tego miejsca.
Dopiero Trzeci Mizukage kazał co miesiąc przesyłać chakrę wokół tej śmiertelnej strefy, by przyśpieszyć jej rozkwit, rozrost.
Nazywali ten rejon wyspy Sektorem Mrozu.
Trzeci Mizukage również wprowadził rzecz nową, o której jego poprzednicy nie pomyśleli.
Plotki o przerażających stworach czających się w ciemnościach Sektoru Mrozu nie były do końca kłamstwem. O ile nie były to potwory zupełnie nowe, w lesie żyły zmutowane zwierzęta.
Tygrys szablozębny, śnieżny, wielkie niedźwiedzie polarne, niezwykle szybkie i zabójcze białe lisy, nie wspominając o całych stadach wilków. Raz nawet Mizukage dostał raport, że w Egzaminie ktoś zginął przez mięsożerną śnieżną sowę.
Jak można zginąć przez sowę? Cóż, Mizukage spodziewał się tego prędzej czy później. Specjalnie nadzorował prace chemików, biologów i botaników nad zmienianiem DNA tych zwierząt i szczególnie zadowoliły go wyniki sów, które urosły do rozmiarów nawet czterech-pięciu kunai położonych pionowo jeden na drugim.
To były mutanty. Potwory, dzikie zwierzęta, kolejne bronie do przelewania krwi nastolatków.
Wszystkie one należały do Mizukage, jednocześnie będąc poza jego kontrolą.
Jakie znaczenie w ogóle miał Mizukage? Trzeci zastanawiał się nad tym często.
Cień Wody. Wzór dla wszystkich mieszkańców, ich autorytet i idol. Ktoś sprawiedliwy, rozsądny i roztropny. Ktoś, kto mądrze prowadzi swój kraj i pokojowo negocjuje wszystkie sprawy związane z państwem.
Ktoś, kto byłby odważny i silny, by w razie zagrożenia ochronić niewinnych ludzi, cywilów, ninja. Ktoś, kto byłby w stanie poświęcić wszystko, swoje zdrowie, majątek i życie, byleby wioska była bezpieczna.
Taki ktoś powinien być Cieniem. Cieniem Wody. Cieniem wioski. Cieniem całego kraju.
Gdy wioska upada, cień wraz z nią. Gdy kraj upada, Cień stara się jak może albo poddaje się ciemności.
Cień to nie ciemność. Ciemność symbolizuje stan śmierci, wieczny sen i dryfowanie w nicości. Ciemność jest okropnym miejscem. Nikt jeszcze nie powrócił z Ciemności, więc tak ludzie sobie ją wyobrażają.
Złą, zimną i czarną.
Trzeci Mizukage starał się być tym Cieniem, lecz i go Ciemność prowadziła w swoje objęcia.
Mizukage był okrutny, brutalny i nieskory do konsensusu. Używał przemocy prawie zawsze, siłą dostawał to, czego pragnął. Nie był sprawiedliwy, co to to nie. Sandaime Mizukage był egoistyczny i chciwy. Jego zachłanność nie znała granic. Zażyczył sobie, by wszyscy z Kekkei Genkai w Kiri zostali wybici, pozbawieni rodzin, życia, swoich umiejętności. Mizukage zrobił to z zazdrości i strachu, że kiedyś i oni zbuntują się przeciwko niemu.
Mizukage był bardzo pazerny. Stworzył broń idealną, doskonałą do zapanowania nad innymi terenami.
Pragnął mieć wszystko, cały świat u swoich stóp nie oczekując niczego do oddania w zamian.
Pragnął być Bogiem. Bogiem Shinobi, Bogiem świata.
Lecz Trzeci był już stary. Jego lata świetności przeminęły dekady temu i nawet gdyby poprosił samego Mędrca Sześciu Ścieżek, Mizukage nigdy nie będzie nieśmiertelny. Nie będzie wieczny, na zawsze, stały. Nie, Mizukage się zmienia. Cień zamienia się w Ciemność, a nowy Cień, silniejszy i mądrzejszy zastępuje jego miejsce. Taki system panował we wszystkich Pięciu Wielkich Ukrytych Wioskach.
Właśnie taki system podtrzymywał wszystkie kraje przed upadkiem i Trzeci doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Czuł, że Ciemność wchłonęła go prawie całkowicie. Czuł, że to pora by odejść.
Oczywiście, nie chciał zaakceptować tego ważnego faktu. Był cholerykiem, osobą z silnym temperamentem, lecz z małą garstką cierpliwości. Byle błahostka mogła rozzłościć Mizukage i doprowadzić go do białej gorączki. W kompletnym szale, w nieopanowanej furii mógł niszczyć wszystko, co stanęło na jego drodze. Życiami własnych shinobi operował jak pionkami.
Wyznawał prostą zasadę, która powstała przez jego jedną, samotną misję, tuż przed jego nominacją na Trzeci Cień.
Został wysłany, by zgładzić piętnastu Zaginionych Ninja, którzy wzięli całą wioskę jako zakładników. Gdy Mizukage przybył na obrzeża owej wioski, shinobi zagrozili, że zabiją dziesięciu ludzi. I zrobili tak, ale to był ich błąd. Przyszły Mizukage szybko zgładził całą piętnastkę, a później zamordował z zimną krwią resztę wioski, wziętą za zakładników.
Według niego byli za słabi. Mieli ponad dziesięciu ninja na stu pięćdziesięciu zakładników, a i tak byli tak tchórzliwi, że nie walczyli, nie starali się tylko czekali na ratunek. Właśnie tacy ludzie nie mogą istnieć w słowniku Mizukage.
Ludzie słabi. Tchórze. Głupcy.
Nie, Mizukage nie mógł na to pozwolić. Nie mógł pozwolić, by później ci ludzie chwalili się na prawo i lewo, jak to przeżyli wzięcie do niewoli. Mizukage nie widząc innego możliwego rozwiązania, zabił ich wszystkich, a ich ciała spalił.
Mieszkańcy sąsiedniej wyspy do dzisiejszych czasów wspominają olbrzymi pożar na wyspie naprzeciwko. Nikt tam nie wiedział, co się stało. Nikt nigdy już nie próbował powrócić w to miejsce, gdy rozpuszczone zostały plotki o tym, że wyspa została opuszczona. Całą prawdę, od początku do końca znał tylko Drugi Mizukage, nikt więcej. Zabrał ze sobą tę tajemnicę do grobu, z czego Trzeci nie mógł być bardziej szczęśliwy.
Wykreował się wtedy jego tok myślenia. Jeśli trzeba zabić dziesięciu, by uratować stu, zabij tych dziesięciu. Jeśli cała setka jest słaba, ich także zabij. Słabi nie przeżyją w tym świecie.
Tak właśnie podążał Sandaime Mizukage.
Dnia następnego, tuż po pierwszym etapie Egzaminu na Chūnina, wszystkie drużyny, które pomyślnie zdały test numer jeden zebrały się pod północnym wyjściem z wioski.
Na miejscu byli już jounini, całe składy ANBU, dwie samotne postacie w zielonych maskach i oczywiście genini ze wszystkich wiosek. Sayuri raz na jakiś czas posyłała zaniepokojone spojrzenia w stronę Naruto. Wciąż martwiła się o jego stan, gdy wczorajszego dnia instynkt Naruto ujawnił się raz jeszcze, w małym hotelu na przedmieściach. Shinji również niepokoił się losem młodego genina, choć może nie okazywał tego tak bardzo jak jego przyjaciółka.
Przez pojawienie się drugiej osobowości Naruto, Shinji zaczynał wątpić w dobre zakończenie tego egzaminu. W każdej chwili młody Uzumaki mógł stanąć w miejscu jak wryty i nie ruszyć się przez prowadzenie wewnętrznej walki ze swoim drugim ego. Już raz to przeżyli, ale wtedy mieli mistrza Corazona pod ręką, a tutaj będą zdani tylko i wyłącznie na samych siebie.
Co prawda dostali instrukcje od mistrza, jak powinni się zachować ale instrukcja to tylko puste słowa zapisane na kartce.
Nic w rzeczywistości nie jest takie, jak na papierze.
Więc ten Egzamin, który miał być dla nich sprawdzianem i szansą mógł okazać się żywym piekłem na ziemi. Mogli nie przetrwać, zamarznąć, umrzeć z głodu, zgubić się, zostać śmiertelnie zranieni lub po prostu zginąć. To nie były przelewki i oni doskonale zdawali sobie z tego sprawę.
Tymczasem Naruto tylko narzekał cicho pod bramą, że jest mu zimno, ale tak naprawdę zmartwienie zakorzeniło się głęboko w jego sercu. Nie mógł odeprzeć wrażenia, iż coś jest nie tak. Iż wymknie się spod kontroli i cały Egzamin zakończy się wydarzeniem, które będzie miało fatalne konsekwencje.
Poza tym, Uzumaki martwił się też o swoje drugie Ja. Tak, wiedział o tym i starał się jak mógł, aby nigdy się nie pokazywało, ale… to nie było takie proste.
Poza tym, kto mógł wiedzieć, że jego druga osobowość jest tylko i wyłącznie osobistym narzędziem i wytworem największego Demona żyjącego w tych czasach?
Nikt nie wiedział. Nikt.
Głośne nawoływanie jouninów Kiri wyrwało całą przemarzniętą trójkę z ich myśli. Wszyscy powlekli się za starszymi shinobi i Egzaminatorem Drugiego Etapu, Shiroyuki Takamorim na oblodzoną ścieżkę. Elitarni ninja sprawowali pieczę nad tym, by żaden genin nie spadł z wysokości.
Cóż, niektórzy byli nawet zdumieni. Przez fakt, że do Drugiego Etapu przeszły aż trzydzieści dwie drużyny, to nic dziwnego, iż ninja mogli być zdziwieni. To rekordowa liczba geninów biorących udział w kolejnej części egzaminu od czasu panowania Trzeciego Mizukage, więc tegoroczny Letni Egzamin był czymś niezwykłym. Może też niekoniecznie w tej dobrej części.
Niektórzy jounini i chūnini z pewnością chcieli wieczorem usiąść spokojnie w jakimś barze na głównej ulicy i obstawić trochę ryō swoich faworytów. Zresztą, nie tylko oni. Corazon-sensei i Gintori także pragnęli wieczorem zabawić się trochę i pobawić się w zakłady. W Konosze też zawsze obstawiali w jakiś barach i restauracjach dla shinobi, prawda? Więc czemu by nie spróbować także tutaj, w Kirigakure?
Shiroyuki Takamori był specjalnym jouninem, od małego szkolonym do pracy w ANBU.
Jego kekkei genkai, jedno z wielu rzadkich uwolnień miało wspomóc oddziały Kirigakure. Nim jednak Takamori zdążył wstąpić w szeregi ninja, Mizukage zwariował według wszystkich i kazał powybijać ludzi z limitem krwi. Takamori sprytnie ukrył siebie i swoją rodzinę przed złym losem, a sam wrócił do Kiri po tym całym szaleństwie. Został jouninem, zachował tajemnicę o swoich umiejętnościach, nawet pomógł w rebelii. Był szpiegiem Momochi'ego Zabuzy, jednego z Siedmiu Mistrzów Miecza. Takamori cieszył się, że w jakikolwiek sposób mógł pomóc Mei Terumi, przywódczyni całego buntu przeciwko Mizukage i użytkowniczki Yōtonu i Futtonu.
Trzeci wyjątkowo postrzegł ją sobie za cel, lecz każda próba morderstwa kończyła się fiaskiem. Po tych wydarzeniach Mei odeszła, planując powrócić i obalić Mizukage ze stanowiska Cienia. Takamori był jak na razie jedynym zaufanym szpiegiem Mei. Pozostali albo byli podwójnymi agentami, albo nie ufali dostatecznie rebeliantom. Nigdy nic nie było wiadome w tych czarnych dla Mizu no Kuni czasach.
Ale Takamori dokładnie wiedział, jaki jest jego cel w Kirigakure. Pomyślne Egzaminy miały tylko uśpić czujność Trzeciego, by oni zaatakowali rok później. Miało być spokojnie przez całe trzysta sześćdziesiąt pięć dni, by Mizukage poczuł się bezpieczny i nietykalny.
Później miało być tylko gorzej.
Takamori znał swoją rolę w drugim etapie. Był Egzaminatorem, kimś zaufanym dla Sandaime. Oczywiście, dostał wiadomość od tego chłopca, ciągle podążającego za Zabuzą (Haku, tak chyba miał na imię). Oczywiście, Haku poinformował go o wszystkich zmianach, które zaszły lub nie. Ale Haku również ostrzegł go. Powiedział mu, by strzegł się blondwłosego, małego genina, bo może on być bardziej niebezpieczny, niż Takamoriemu się wydaje.
Oczywiście, pan Shiroyuki posłuchał jego rady, choć przeszła ona przez jego głowę i została tam, chowając się w cieniu. Takamori nie myślał, że jakiś mały chłopiec mógłby stanowić aktualne zagrożenie. I aż do momentu wędrówki w stronę Sektoru Mrozu, Takamori zbył ostrzeżenie, pałętające się gdzieś na końcu jego myśli.
Takamori nigdy nie wziąłby na poważnie takiego czegoś, ale już dowiedział się, jak bardzo się mylił. Oj, jak bardzo się mylił!
Shiroyuki wiedział doskonale o tajnej broni Mizukage. Na początku myślał, że to właśnie ową broń wyczuwał na miejscu, ale będąc przy wyjściu z Kirigakure, Takamori przyjrzał się dokładniej. Wtedy uświadomił sobie, że to nie była broń wioski, tylko niski blondyn z opaską Konohy, wyglądający niemal jak Yondaime Hokage.
Miał charakterystyczne blizny w kształcie wąsów na policzkach i błękitne, świecące niewinnością oczy. Takamori żałował, że nie wziął ostrzeżenia na poważnie wcześniej.
Ten mały genin nosił ciężkie brzemię ze sobą.
Specjalny jounin doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Choć patrząc na jego wesołą, może trochę zirytowaną niską temperaturą ekspresję, Takamori nie myślał, że genin miał pojęcie o istocie, żyjącej w jego wnętrzu.
Może to i dobrze? myślał jounin. Przynajmniej nie jest maszyną o zimnym sercu.
Droga do ich celu, śmiertelnie niebezpiecznego terenu poza wioską nie trwała aż tak długo, jak każdy przypuszczał. Szczerze, północno-wschodnia część wyspy była tylko i wyłącznie wielkim, niebezpiecznym lasem, więc jej początek zaczynał się tylko godzinę drogi od północnego wyjścia z Kiri oraz trzy kwadranse od Wschodniej Bramy. Pewnie niektórzy zadadzą sobie pytanie: „Dlaczego nie przeszli oni krótszą drogą?".
Odpowiedź była prosta dla Mizukage i jego podwładnych: wytrzymałość. Mizukage chciał zahartować ich wszystkich i przyzwyczaić do mrozu oraz sprawdzić, jak poradzą sobie w wielkich zaspach przez godzinę drogi. Chciał przyzwyczaić ich do zimna. A przynajmniej do tego mniejszego zimna, nie tego co panowało w lesie. Prosta odpowiedź, aczkolwiek może trochę pokręcona.
W każdym razie, po godzinie jedna drużyna z Konohy, ta która miała jako członka Yakushi'ego Kabuto, zrezygnowała. Kto by się tego spodziewał? Kabuto wyjaśnił, że jego kompan miał odmrożenie i był wycieńczony; w tym stanie nie dałby rady wziąć udział w drugim etapie. Takim sposobem zostało trzydzieści jeden drużyn w grze, która niedługo miała rozpocząć się na dobre.
Gra w kotka i myszkę. Gra na śmierć i życie.
- Dobra, bachory! – Takamori nie cackał się z miłymi słowami. Przeszedł prosto do sedna sprawy, którą miał się zająć. – Każdy z was podpisał pismo pod bramą, że Kiri nie jest odpowiedzialne za waszą śmierć w drugim etapie. Witajcie w Sektorze Mrozu, najbardziej niebezpiecznej i zimnej części Kraju Wody! – Niektórzy genini, tacy jak nowicjusze z Kiri drgnęli lub skrzywili się na dźwięk tej nazwy.
Oni bardziej niż inni znali opowieści o mistycznych stworach żyjących w tych drzewach.
Ciarki przeszły po plecach Naruto. Nazwa ta wzbudzała niepokój w jego sercu, ale kto by pomyślał? Sektor Mrozu. Brzmiało to niczym nazwa tajnego laboratorium w jednej z książek o postapokaliptycznym świecie, którą przeczytał Naruto. Nie zagłębiając się w szczegóły, Uzumaki nie polubił całkiem tej książki. Owszem, była ciekawa, ale Naruto zdecydowanie bardziej wolał „Opowieść o Odważnym Ninja", którą pożyczył od Fū. Tak, ta zdecydowanie była ciekawsza dla blondyna, czytającego o przygodach swojego imiennika. Pomyśleć, że ją także napisał Jiraiya, ten sam autor Icha Icha! Szkoda, że przygodówka tak słabo się sprzedawała. Naruto wolał ją o wiele bardziej od tych zboczonych książek.
- Zasady są proste: każda drużyna dostanie jedną kulę: Krąg Zimna lub Krąg Ciepła. – Wszyscy spojrzeli na dwa okrągłe przedmioty w jego uniesionych dłoniach; jedna kula była niebieska ze znakiem kanji, oznaczającym „zimno". Druga kula pomalowana była na czerwono, a kanji na niej oznaczało „ciepło". Egzaminator mówił dalej. – Żeby przejść do trzeciej części Egzaminu musicie posiadać dwa przeciwne Kręgi i znaleźć się w jednej z czterech wież, na północy, południu, wschodzie i zachodzie lasu! – Cichy szmer zaniepokojenia przeszedł przez tłum geninów, gdy ci zaczęli czuć się dość niekomfortowo. Wszyscy wiedzieli, że będą musieli walczyć przeciwko innym drużynom, ale to właśnie nowicjusze znosili to niezbyt dobrze.
Dziewięciu dwunastoletnich ninja z Kiri ledwo pełniło swoją służbę przez cztery miesiące, a już zostali zmuszeni do walki na śmierć i życie.
System Akademii tutaj był zupełnie inny niż system w Konosze, to Shinji mógł zaobserwować na pewno. Wyglądało na to, że nominacje i Egzaminy na Genina odbywały się gdzieś późną zimą i późnym latem. Idealnie, by w cztery do sześciu miesięcy przygotować nowicjuszy do kolejnego egzaminu, brutalnego i krwawego Egzaminu na Chūnina!
Ten cały system był chory. Shinji tego nie lubił.
– Macie całe pięć dni, by dotrzeć do jednej z wież! Jeśli jakaś drużyna nie dotrze na czas, zostanie ona zdyskwalifikowana. Śmierć na was czeka w każdym zakątku, pamiętajcie! – Takamori był zadowolony ze swojej przemowy. Zdołał wystraszyć niektóre dzieciaczki, z czego cieszył się niezmiernie. To był jego pierwszy raz jako Egzaminator Drugiego Etapu.
Musiał zrobić dobre wrażenie na geninach, nim ci wyruszyliby do lasu. Bo każdy Egzaminator miał siać postrach wśród młodszych i słabszych od siebie geninów. To Mizukage raz wbił mu głęboko do głowy. – Więc… zaczynamy Drugi Etap!
Z tymi słowami rozpoczęła się kolejna część, inaczej zwana żywym piekłem.
To był koszmar.
Tyle Naruto mógł powiedzieć pod koniec dnia, gdy olbrzymia… to była sowa?!... prawie wydziobała mu oczy.
Wydziobała. Mu. Oczy!
Sowy nie powinny być mięsożerne! A już na pewno nie powinny atakować ludzi, prawda?! Drużyna Czwarta szybko przekonała się, że to nie tylko krwiożercze i zmutowane sowy były niebezpiecznymi zwierzętami pośród drzew.
- To na pewno nie jest normalne! – wrzasnęła skonfundowana Sayuri, gdy broniła się kunai'em przed olbrzymią łapą polarnego niedźwiedzia. Naruto natychmiastowo rzucił się na pomoc dziewczynie, podczas gdy Shinji zajmował się drugim niedźwiedziem.
Naruto szybko uformował jednego klona i z jego pomocą odwrócił uwagę zwierzęcia od Sayuri. Posłał mocne kopnięcie w bok niedźwiedzia, ale olbrzym nawet nie drgnął, w ogóle nie czując ataku człowieka.
Twarz Uzumakiego straciła wszystkie kolory, gdy niedźwiedź spojrzał na niego czerwonymi, wściekłymi oczami i zamachnął się wielką łapą. Jak na jego wielkość, był zdecydowanie szybki.
Naruto podmienił się ze swoim klonem i uniknął zderzenia z potężnym drzewem. Potarł tył swojej głowy, gdzie jego Kage Bunshin uderzył się i zniknął w dymie. Sayuri formowała znaki i zatrzymała się na znaku Inu. Oczy Naruto rozszerzyły się w realizacji i młodszy genin także wkrótce formował znaki.
- Suiton: Suidan no Jutsu! – Duży potok wody wypadł z ust Sayuri i trafił prosto w białe futro niedźwiedzia, który zaryczał ze wściekłości. Zwierzę zaszarżowało wprost na dziewczynę, lecz wkrótce zwolnił wraz z podmuchem wiatru, lecącym prosto na niego.
W powietrzu widać było białe, dość mocno wyróżniające się linie, przez co widać było prędkość wiatru. Białe linie trafiły niedźwiedzia, który ponownie zaryczał z bólu. Powietrze przebiło się przez całe ciało zwierzęcia, który ryknął raz jeszcze i padł zakrwawiony i pocięty na śnieg.
Podłoże wokół niego powoli zmieniało swój kolor na szkarłatny.
Naruto odetchnął głęboko i uśmiechnął się szeroko do Sayuri. Udało im się pokonać tego mutanta razem, więc wystarczało tylko zobaczyć jak Shinji sobie radzi ze swoim „przeciwnikiem". Oboje odwrócili się za siebie; drugi niedźwiedź leżał przyklejony do śniegu, wił się i warczał, ale Shinji tylko kopnął go i prychnął. Spojrzał na Sayuri.
- Zechcesz czynić honory?
Wesoła dziewczyna nic nie odpowiedziała, choć w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Naruto odsunął się na bok i wrócił do zabitego niedźwiedzia, by sprawdzić czy jeszcze nadaje się na kolację. Inazuma natomiast ponowie uformowała inne znaki, skupiając się całkowicie na bezbronnym i wijącym się zwierzęciu.
Do piekła z tą całą bezbronnością.
- Katon: Endan! – Ognista kula pochłonęła ryczącego mutanta i powoli zmieniała go w swój posiłek. Po około piętnastu minutach niedźwiedź był niczym innym, jak tylko kupką popiołu, od razu rozwianą przez wznoszący się na polanie silny, zimny wiatr. Shinji burknął coś i razem ze swoją przyjaciółką podszedł do Naruto. Blondyn przeniósł wzrok z krwi na ziemi do swoich kompanów. Uśmiechnął się szeroko po raz pierwszy od rozpoczęcia drugiego etapu.
- Mamy kolację!
Jeśli ktoś powiedziałby, że pierwszego dnia było zimno, drugiego było jeszcze gorzej.
Wiatr był mocniejszy i wiał szybciej, nad całym lasem zebrały się czarne chmury, zwiastujące śnieżycę. Temperatura spadła o kilka stopni, a mgła zgęstniała. To nie były warunki do chodzenia po Sektorze Mrozu i każdy genin biorący udział w Egzaminie zdawał sobie z tego sprawę.
Jedyne co zostawało, gdy śnieg w końcu zaczął sypać, to schować się w jakimś miejscu i przeczekać wszystko. Góry i pagórki w olbrzymim lesie pojawiały się spontanicznie, więc skoro i one istniały, to jaskinie też musiały tutaj być; tak właśnie wydedukował Shinji.
Niestety, Drużyna Czwarta nie była jedyna, która o tym pomyślała.
- Może po prostu współpracujmy? Wiecie, zwiększają się wtedy nasze szanse. – Shinji zaproponował powoli, nie chcąc by jakiś z dwóch kunai otaczających jego szyję drasnął „przez przypadek" jego gardło… Nie, to byłoby źle dla ich wszystkich, zwłaszcza że ani Sayuri, ani Naruto nie potrafili rozmawiać z bliźniakami Nomura czy tą dziewczyną, Otsuri na pokojowych warunkach.
Shinji mentalnie westchnął; co jego przyjaciele zrobiliby bez niego?
- A niby czemu? – zapytał podejrzliwie Kyoji. Nie żeby nie ufał swojemu znajomemu z Akademii, ale teraz było inaczej. Byli na terytorium Kiri, biorąc udział w Egzaminie na Chūnina. Mogli być wrogami, mogli nimi nie być. – Jaki macie Krąg?!
- Hej, koleś, wyluzuj. Nie ma powodu do krzyku. – oznajmił spokojnie Shinji. Naruto i Sayuri stali trochę z tyłu. Wiedzieli, że jeśli ich kompan będzie miał jakiś problem, wkroczą do akcji. Jak na razie, Shinji miał wszystko pod kontrolą. – Krąg Ognia.
Kyoji i Kiriko odsunęli się od niego, a czarnowłosy genin odetchnął głęboko. Był wdzięczny, że w końcu łaskawie opuścili te bronie. Zrobił krok w tył, a Naruto i Sayuri przeszli do przodu, obok niego.
- W sumie to jest genialny pomysł, Shinji-kun~! – zaszczebiotała Otsuri, przyczepiając się do ramienia Shinji'ego. Ten tylko westchnął i usiadł na ziemi, tak jak stał jeszcze przed chwilą. Każdy poszedł za jego przykładem i wkrótce genini Konohy utworzyli koło.
Naruto podwinął rękaw grubego, lecz także mokrego swetra, pokazując małą, czarną pieczęć. Położył trzy palce lewej dłoni na znaku i przetransportował trochę chakry; z cichym dźwiękiem i mgiełką na miejscu pieczęci pojawiła się czerwona kula, dokładnie taka sama jak ta, którą trzymał ich Drugi Egzaminator. Kiriko spojrzał spode łba na Naruto, ale niepewnie sięgnął do kabury i także wyjął Krąg Ciepła.
Sayuri przeskanowała ich kulę i pokiwała głową prawie niewidocznie. Był to znak, że to nie było żadne genjutsu; kula była prawdziwa.
- Musimy zawrzeć jakiś układ. Inaczej nie ma mowy o współpracy. – Kyoji skrzyżował ręce na piersi, a Naruto z trudem powstrzymał prychnięcie. Nie, nie lubił tych kolesi, a szczególnie nie lubił tego, że to właśnie oni dyktowali warunki. Sayuri nie podobało się to tak samo jak Naruto, ale nic nie powiedziała. Shinji był najlepszy w negocjacjach.
- Pierwszy zdobyty Krąg Zimna wędruje do was, drugi do nas. – Shinji spojrzał twardym wzorkiem na Kyoji'ego, który wydawał się być „liderem" w tej drużynie. I Kiriko nie wydawał się być bardzo zadowolony z tego faktu. Otsuri zaskrzeczała, że to idealna propozycja wprost do ucha Shinji'ego, choć swoje słowa kierowała do bliźniaków.
Cóż… biedny Shinji.
- Niech będzie.
Ów dzień nie minął przyjemnie, choć przynajmniej obie drużyny zyskały sojuszników. W większej grupie ponoć raźniej, ale to tylko powiedzenie. Kiriko zdecydowanie był podejrzliwy w stosunku do nich, a Otsuri niesamowicie zirytowała niecierpliwą Sayuri. Naruto, Shinji i Kyoji starali się zachowywać jak najnormalniej jak się dało, lecz i tak w końcu wszyscy oddzielali Sayuri od Otsuri, które definitywnie wdały się w bójkę.
Ech, takie życie shinobi.
Trzeciego dnia było zdecydowanie lepiej.
Może i chmury wciąż wisiały nad nimi, ale zdecydowanie nie były one burzowe. Mogło później popadać, ale i do tego można było się przyzwyczaić. Wiatr był słabszy, mgła przerzedziła się, a temperatura podniosła się. Widać było, że w końcu nadchodziła cieplejsza pora roku w Kiri, choć śnieg ani trochę nie topniał. W Sektorze Mrozu śnieg nigdy nie znikał, a temperatura nigdy nie była wyższa niż minus trzy stopnie.
To było charakterystyczne w tym terenie.
Nocną zmianę pełniła Drużyna Szósta. Kyoji (i jego durna duma) powiedział, że wciąż im nie ufa i nie będzie miał całkowitej pewności, czy aby nie zabiją ich podczas snu. Drużyna Czwarta tylko wzruszyła ramionami i poszła spać. Cała trójka wiedziała, że zmysły Naruto są na tyle czułe i wyostrzone do tego stopnia, że nawet we śnie genin czuje, co się dzieje na zewnątrz.
W nocy Uzumaki nie obudził się z krzykiem, więc wszystko było w jak najlepszym porządku.
Po szybkim śniadaniu, złożonym z dwóch zmutowanych zająców, pomyślnie złapanych przez Shinji'ego i Kiriko, sprzymierzeńcy wyruszyli w drogę, w głąb ciemnego lasu. Do południa nie działo się nic ważnego, oprócz ataku kilku zgłodniałych wilków. Wszystkie zwierzęta padły po dwóch technikach.
Kiedy szukali odpowiedniego miejsca na postój, gdzieś koło czterech godzin od opuszczenia z jaskini, Naruto stanął na gałęzi jak wryty, patrząc się pustym wzrokiem w przestrzeń. Shinji i Sayuri spanikowali; natychmiast doskoczyli do genina i potrząsnęli mocno jego ramionami, mówiąc pół-wystraszonymi, pół-spokojnymi głosami, żeby się obudził.
Drużyna Szósta tylko patrzyła na to ze swoich gałęzi ze zdziwionymi minami. Nie mieli najmniejszego pojęcia, co właśnie się stało temu blondwłosemu karzełkowi, ale skoro jego przyjaciele tak wyskoczyli do niego ze strachem, to mogło być coś poważnego tak?
Zmartwienie Sayuri i Shinji'ego nie trwało długo. Naruto wkrótce zamrugał mocno i poleciał w tył; Sayuri złapała go w porę i przyciągnęła z powrotem na gałąź. Uzumaki zakaszlał kilkakrotnie i przymknął na chwilę powieki. Westchnął cicho.
- Trzy kilometry na północny zachód, nowicjusze z Kiri. Mają Krąg Zimna. – powiedział spokojnie, podnosząc swój wzrok. Przeskanował Drużynę Szóstą, nim zaczął skakać po gałęziach w kierunku, który wskazał. Jego przyjaciele spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami i poszli za jego przykładem. Ich sojusznicy wytrzeszczyli oczy, po czym puścili się za nimi biegiem
Ten karzełek jest dziwny.
Wreszcie dotarli na małą polanę, otoczoną wielkimi trującymi krzakami, jeśli Otsuri się nie myliła.
Ona z całej szóstki z Konohy miała większy zasób wiedzy niż Shinji czy Sayuri, bo nic innego nie chciała robić. Książki były ciekawe, a walka z kimś to zupełnie inna bajka, nie pasująca do niej ani trochę.
Nie, Otsuri nie lubiła i nie potrafiła walczyć (choć do tego to nigdy w życiu by się nie przyznała. Shinji-kun mógłby ją znienawidzić!).
Trójka nowicjuszy z Kiri śmiała się z czegoś do rozpuku, nie zwracając żadnej uwagi na swoje otoczenie; zapewne myśleli, że te krzaczki to wystarczająca ochrona, gdy oni będą świętować zdobycie Kręgu Ciepła.
Nawet nie wiedzieli, jak bardzo się mylili.
Owe krzaki nie były jakoś trudne do ominięcia; wystarczyło wspiąć się na drzewo i przeskoczyć je. Nie były one żadnym problemem dla geninów z Konohy. Wyglądało na to, iż nowicjusze z Kiri byli zbyt pewni siebie i nie założyli żadnych pułapek na wypadek przybycia innych shinobi. Cóż, prawdą było, że młodzi genini nie myśleli nawet o możliwości, by ktoś z przewagą liczebną ich zaatakował.
Mieli za dużo wiary w swoje umiejętności i zdecydowanie za dużo arogancji.
- Suiton: Mizuhame Nabara! – wyszeptał gorączkowo Shinji, ponownie wypluwając klejącą substancję, która poleciała wprost na trzech nowicjuszy; dwoje z nich szybko zorientowało się w sytuacji i odskoczyli, podczas gdy jeden został na swoim miejscu i oberwał szybko stygnącą substancją.
Sayuri wyskoczyła z drzewa i jednym, silnym, (naładowanym chakrą) kopnięciem pozbawiła przytomności uwięzionego w kleju ninja. Pozostała dwójka wyrzuciła w jej stronę shurikeny, chcąc pomścić swojego przyjaciela.
Oczywiście, broń była tak niecelnie rzucona, że Sayuri nie ruszyła się nawet z miejsca, tylko wszystko odbiła swoim kunai'em.
Shinobi nr 1 przygotowywał się do wykonania jakiegoś wodnego jutsu, a drugi po prostu zaszarżował na Sayuri. Nim jednak dobiegł do niej, ognista technika Kyoji'ego podpaliła jego ubrania.
Ninja nr 2 odskoczył szybko i ugasił ogień. Wtedy Naruto wyskoczył zza krzaków (które nawiasem mówiąc nie zrobiły mu żadnej krzywdy. Były zaschnięte i nawet nie były trujące, jak mówiła Otsuri) i zaatakował drugiego shinobi.
Był to krótki pokaz taijutsu, po którym drugi shinobi odleciał w tył i plecami uderzył w drzewo. Upadł na ziemię nieprzytomny.
Ninja nr 1 w końcu wykonał Suiton: Mizurappa, skierowane wprost na gałąź, z której skoczył Naruto. Strumień wody połamał prawie całe drzewo, ale reszta Drużyny Czwartej i Szóstej była nietknięta.
Kyoji uśmiechnął się; zobaczył swoją szansę i szybko wykonał dokładnie siedem pieczęci.
- Raiton: Sandāboruto! – Z jego dłoni wyskoczyły błyskawice i uderzyły w pobliskie krzaki. Kyoji uśmiechnął się szerzej i skierował swoją technikę na pozostałego przeciwnika; ninja z Kirigakure nie miał szans na unik i oberwał błyskawicami; wydał z siebie długi, mrożący krew w żyłach krzyk, nim padł na ziemię, usmażony ale żywy.
Kiriko spojrzał ze złością na swojego bliźniaka.
- Musiałeś się popisywać, ty durniu?! Teraz wszyscy w lesie wiedzą, gdzie jesteśmy! – Uderzył swojego brata w tył głowy i wzdrygnął się lekko; Kyoji wciąż był naelektryzowany, więc ciemne włosy Kiriko podniosły się.
Naruto nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Twój brat ma rację, Kyoji – Shinji pokiwał głową, będąc w stanie powstrzymać śmiech. Spojrzał na Naruto i zgromił go wzrokiem. – Ty Naruto też powinieneś się uciszyć, twój śmiech może obudzić zmarłego.
- H-Hej! – zawołał za nim Uzumaki. Prychnął cicho i wyprostował się, trzymając w ręce niebieską kulę. – Przynajmniej zdobyliśmy Krąg!
- Chwila, kiedy ty to…? – Kyoji był zadziwiony na widok kuli. Cóż, Naruto nie ruszył się ze swojego miejsca, a trójka nieprzytomnych nowicjuszy była posłana w trzech różnych kierunkach. Naruto uśmiechnął się i pokazał mu język.
- Ukradłem to, gdy walczyłem z tym drugim kolesiem. – Wskazał na Shinobi nr 2, leżącego pod drzewem i lekko wzruszył ramionami, jakby w ogóle nie próbował. – Nie było to takie trudne, w sumie.
- Nie było to takie trudne?! – Kyoji odsunął się od blondyna, nagle zaniepokojony o zawartość swoich kieszeni. Jeśli ten karzełek potrafił ukraść coś takiego podczas walki, kto wie, co potrafi zakosić, gdy stara się aktualnie dokonać kradzieży?
Kyoji nie chciał wiedzieć.
Reszta trzeciego dnia zleciała spokojnie.
Nie natknęli się na żadną drużynę, dwa klony Naruto również nikogo nie znalazły w promieniu pięciu kilometrów; mogli spokojnie odpocząć w jakimś zabezpieczonym miejscu. Wieczór był tak zimny, jak się spodziewali. Ich ciała zdążyły się częściowo przyzwyczaić do okropnego mrozu panującego na tych terenach, przez co nie znosili padającego w nocy śniegu aż tak źle.
Nie powstrzymywało to jednak od manipulowania chakrą na swoim ciele w celu rozgrzania się (przynajmniej nie dla Drużyny Czwartej. Ich znajomi nie mieli pojęcia, jak to powinno się robić, by nie uszkodzić swojej skóry).
W nocy pierwszą wartę objął Shinji, drugą wzięła Sayuri, aż wreszcie przyszła kolej na Naruto. Mieli wstać o szóstej i jak najszybciej opuścić na prędko zbudowane iglo, w którym spali. Nigdy nie było wiadomo, czy może jakaś drużyna nie znalazła się w ich pobliżu; zawsze również istniała możliwość, że mogli zostać zaatakowani, gdyby zostali w tym miejscu choć trochę dłużej. Był więc wybór: godzina mniej snu lub stanowienie łatwego celu.
Otsuri narzekała późnym wieczorem, ale ostatecznie zgodziła się na tę pierwszą opcję, mrucząc pod nosem coś o swoim pięknym i potrzebnym śnie.
Głupia i niedomyślna dziewczyna, ktoś by powiedział. Otóż to, może trafiłby w dziesiątkę.
Oczy Naruto kleiły się gdzieś koło godziny piątej nad ranem. Był na warcie już od dwóch godzin i czuł się trochę znudzony, nie mówiąc o zmęczeniu panującym w jego ciele. Uzumaki przetarł oczy i poklepał się po policzkach, próbując powstrzymać głośne ziewnięcie. Wstał z ziemi przed pobieżnie zbudowanym iglo (tak dokładnie, to wstał z krzesła, które ulepił ze śniegu, ale to jedno i to samo), zacząwszy skakać w miejscu.
Co chwilę pocierał swoje zesztywniałe mięśnie oraz rozgrzewał dłonie, stopy, uszy, nos i policzki. Było zimno, może nie aż tak mroźno jak w środku nocy lub drugiego dnia, ale wciąż, zimno to zimno.
A Naruto nie lubił zimna. Zdecydowanie wolał ciepło, słońce, a nawet upał. Tak, upał był zdecydowanie lepszy od mrozu. Może przemęczało się wtedy szybciej, ale wszystko dla Uzumakiego było lepsze od tego całego mrozu, śniegu i zimna.
Wszystko.
Ze stanu miłego otępienia i senności wyrwał go wielki, niebieski kształt, lecący prosto na niego.
Uzumaki krzyknął głośno i wyraźnie, alarmując swoich kompanów. Nim kula wody pod ciśnieniem wpadła na genina, blondyn uwolnił pieczęć na swojej prawej kostce, a ziemia podniosła się niczym ściana, chroniąc go przed atakiem.
- Naruto! – Jichūriki usłyszał nawoływania swoich przyjaciół, gdy ci wypadli zaniepokojeni z iglo. Spojrzał w tył i ujrzał wszystkich na zewnątrz. No, oprócz Otsuri, która wciąż pakowała jakieś swoje rzeczy w lepiance.
- Naruto, co się tu dzieje?! – zawołał Shinji, ale odpowiedź przyszła dość szybko. Piętnastu ninja z Kirigakure i trzech ninja z Takigakure otoczyło ich w wielkim kole. Oczy geninów zwęziły się; ci shinobi także brali udział w egzaminie, ale chyba zaczęli poważnie współpracować. Choć Shinji miał wątpliwości, czarnowłosy chłopak wiedział, że to nie było przypadkowe, a już na pewno nie przyszli tutaj po Kręgi.
Nie, tu musiało chodzić o coś więcej.
Zanim ktoś zdążył zareagować, dwóch shinobi z Taki uformowało znaki i skierowało swoje jutsu na iglo. Lepianka szybko zajęła się ogniem i zwaliła, z Otsuri wciąż w środku.
- OTSURI! – wrzasnął Kiriko, patrząc z niedowierzaniem na topiący się śnieg.
Ogień wciąż odbijał się w jego wystraszonych, czarnych oczach. Kyoji wyglądał podobnie, ale Sayuri pociągnęła ich obu za ramiona i potrząsnęła smutno głową; nie było szans, by Otsuri wyszła z tego żywa.
- Słabeusze… - wyszeptał największy z całej osiemnastki napastników.
Złowrogi uśmiech czaił się na jego brzydkiej twarzy, gdy krzyżował ramiona na piersi. Wydawałoby się, że temperatura spadła o kilka stopni. Największy spojrzał na lewo i prawo jakby ze znudzeniem, jakby nie zdawał sobie sprawy, że właśnie zakończył czyjeś życie.
Ale nie obchodziła go czyjaś marna egzystencja. Ta dziewucha nie była silna, więc dostała to, na co zasługiwała. Wbił wzrok w przerażone błękitne tęczówki najmłodszej osoby w tym lesie. Oczy tego blondyna zdradzały mu wszystko, co chciał wiedzieć.
To właśnie jego oczy świadczyły o emocjach, targających nim.
Przerażenie. Nienawiść. Panika.
Strach.
Nic nie powiedział. Nie musiał, oczywiście. Jego znajomi dokładnie wiedzieli, w którym momencie mają zaatakować z pełną intencją zabijania. Po to właśnie tutaj przyszli, by zabić tych głupców z Konohy i kontynuować egzamin jak gdyby nigdy nic się nie stało.
To chcieli zrobić.
Siedemnastu rzuciło się na młodszych geninów, lecz ich szef pozostał w tym samym miejscu. Nie musiał nic robić, nawet kiwnąć palcem. Oni robili to za niego.
Naruto, Sayuri, Shinji i Kyoji natychmiast puścili się biegiem, byleby tylko uciec od napastników. Z taką ilością bardziej wyszkolonych i doświadczonych ludzi nie mieli szans.
Kiriko chyba tego nie zrozumiał, gdy stał w miejscu, przechodząc przez ręczne znaki. Znał tylko jedno jutsu, ale nawet tylko z tym, chciał pomścić Otsuri. Chciał, by oni także cierpieli. Chciał sprawić im ból i zapomnieć o wszystkim.
Chciał uśmierzyć swoje rany.
Nim jednak zdołał wydmuchać całą masę wciągniętego powietrza wymieszanego z jego chakrą, wielkie igły przebiły jego ciało, zakańczając jego życie. Czarne oczy Kiriko zamgliły się, gdy ten upadał, zionąc ducha.
Shinji starał się jak mógł, by przeszkodzić w pościgu. On i Sayuri rzucali broń w kierunku już piętnastu atakujących (niektórzy nie uważali dostatecznie) oraz formowali wszystkie znane im wodne lub ziemne techniki, które pomgły zatrzymać ich bieg.
Naruto w tej chwili czuł się bezużyteczny ze swoimi dwoma technikami wiatru, gdy również Kyoji przeszedł na ofensywę, załatwiając jednego z piętnastu Raitonem. Oczywiście, Uzumaki wyzwolił wszystkie obronne pieczęcie ze swoich kostek, skutecznie utrudniając drogę kilkoma ścianami z ziemi. Staruszek Hokage i Corazon-sensei pomogli mu zaaplikować te pieczęcie na jego ciele, właśnie gdyby znaleźli się w takiej sytuacji.
Tak, to było bardziej niż przydatne.
Naruto wykonał Daitoppa, posyłając skondensowany wiatr wprost na genina z Taki z zamiarem zranienia go i pomocy swoim kompanom.
Lecz to był fatalny błąd.
- Katon: Hi no Nagare! – Strumień ognia poleciał wprost na nie zdającą sobie sprawy z zagrożenia Sayuri. W dodatku, wzmocniony był Daitoppa'ą Naruto, więc nawet silna technika Suiton nie mogłaby tego zatrzymać.
Twarz Naruto wykrzywiła się w przerażeniu, gdy patrzył bezsilnie, jak niemal w zwolnionym tempie atak genina z Taki dociera do Sayuri.
Jej krzyk potoczył się echem po całym lesie, ale dla Naruto to było jak tortury; wszystko zamilkło, gdy jego przyjaciółka upadała z gałęzi, głową w dół, trzymając się za ramię i zakrywając poranioną twarz. Oczy Shinji'ego rozszerzyły się ze strachu. Nie myśląc o niczym innym, chłopak rzucił się z drzewa, łapiąc Sayuri nim ta zderzyła się z ziemią; dziewczyna krzyczała z bólu, ale Shinji uspokajał ją, wciąż uciekając, tym razem po ziemi.
Pościg za nimi kontynuowało zaledwie dziesięciu shinobi, ale to wciąż było dużo. Naruto skoczył w dół, by wspierać Shinji'ego, który miał teraz zajęte ręce. Kyoji został na gałęziach wysoko w górze.
To było niesamowicie ryzykowne. Naruto wiedział, że cokolwiek stanie się jego klonom, wszystko powróci do niego, ale nie miał innego wyjścia, jak tylko sformować dobrze znaną pieczęć.
- Kage Bunshin no Jutsu! – Przynajmniej pięćdziesiąt klonów Naruto stanęło w miejscu, niektórzy jedni na drugich, by stworzyć prowizoryczny mur.
Sześciu shinobi zaśmiało się; że niby to coś miało powstrzymać ich przed biegiem za tą trójką? Żałosne!
Ale Uzumaki także potrafił planować i właśnie to udowonił. Gdy pierwszy klon został zraniony, rozległ się wielki wybuch, a inne także wybuchły, zostawiając całe masy dymu.
Bunshin Daibakuha, nawet nieudanybył idealną dywersją w tej sytuacji. Mnóstwo dymu. Ograniczona widoczność. Dźwięki wybuchu. Jeszcze trochę brakowało do perfekcji, lecz to było najlepsze, na co Naruto mógł wpaść.
Kontynuowali swój bieg przez całe pół godziny. Myśleli, że sytuacja się trochę uspokoiła, ale było tylko i wyłącznie gorzej.
Kyoji ześlizgnął się z gałęzi, niedostatecznie dodając chakry do stóp i wpadł prosto w jakąś dziwną, niemal niewidoczną w ciemności siatkę zrobioną z żyłek. Znaczyło to tylko kłopoty w tym wypadku.
Nim ktoś mógł coś krzyknąć, Kyoji wisiał na żyłkach przebity shurikenami i kunai'em, które zaczęły wylatywać z ciemności z zawrotną prędkością; to był horror dla Uzumakiego. Prawda, widział już kiedyś wiele śmierci, ale byli to tylko jego wrogowie, co umierali, nie sojusznicy!
A teraz, widząc trzy śmierci w ciągu niecałych trzech kwadransów, Naruto doszedł do zaskakujących wniosków.
To miejsce to piekło.
- NARUTO! UCIEKAJ! – Wrzask Shinji'ego przywrócił młodego genina do rzeczywistości. Uzumaki biegł, biegł ile jeszcze sił pozostało w jego nogach, byle jak najdalej od nadlatującej, nasączonej trucizną, śmiercionośnej broni. Shinji był tuż za nim, niosąc nieprzytomną z bólu i stresu Sayuri.
Jej widok w ogóle nie poprawił niczego, a sprawił jeszcze więcej bólu; cała prawa strona jej twarzy była spalona, skóra zerwana, a jej ramię nie wyglądało dobrze.
Broń wciąż przybliżała się do nich, w miarę jak oni męczyli się biegiem i uciekaniem. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw, jednak to był Egzamin na Chūnina, test i tortury. Tutaj wszystko mogło się zdarzyć, począwszy od wielkich zmutowanych sów, na śmierci sześcioosobowego sojuszu skończywszy.
To było nieprzewidywalne.
A jeszcze bardziej nieprzewidziana była kolejna seria broni, która nadeszła od lewej strony.
Był każdy rodzaj; shurikeny, kunai'e, fuuma shurikeny, senbony, sztylety, kolce i wiele innych. Wydawało się, że były jeszcze szybsze niż te goniące ich z tyłu.
Naruto oberwał shurikenem w ramię, nie widząc innego wyjścia. Mógł zostać przebity przez sztylet lub mieć wbitą mniejszą broń; wybrał mniejsze zło.
Shinji nie miał tyle szczęścia.
Jego głównym priorytetem było chronienie Sayuri. Jego uwaga musiała być podwojona, a szybkość większa niż przedtem, by ominąć te wszystkie bronie. Jednak i Shinji miał swoje limity, jak każdy.
Sztylet wbił się głęboko w jego udo; chłopak robił wszystko by nie krzyczeć z bólu. Fioletowa substancja na broni szybko wdarła się w jego ciało i wchłonęła. Shinji cierpiał i to okropnie. Czuł, jak każdy mięsień w jego lewym udzie pali, rozrywa się i boli. Ale Hanadao nie poddawał się, wciąż biegł. Tylko raz spojrzał w kierunku Naruto i zauważył ranę po shurikenie w jego ramieniu. Ale uciekał, biegł.
Biegł dla nich wszystkich.
Bronie wreszcie skończyły się, zniknęły, a ledwo Drużyna Czwarta znalazła się na wielkiej, zaśnieżonej polanie.
Shinji stanął na ziemi i upadł, nie będąc w stanie znaleźć więcej siły na chodzenie. Sayuri w jego rękach wciąż była nieprzytomna, jej ciuchy zniszczone, a twarz wykrzywiona w grymasie oznaczającym nic innego jak ból.
Wizja Shinji'ego stała się zamglona. Poczuł zawroty głowy i przerażające uczucie w lewym udzie. Shinji nie miał sił, by usłyszeć przerażone nawoływania i krzyki Naruto, nie był też w stanie usłyszeć dwóch innych głosów.
Resztkami swojej chakry dał swoim uczuciom popłynąć, wyzwalając coś, na co czekał latami.
Lód.
Gruba pokrywa lodu pokryła go, Sayuri i rozprzestrzeniała się dalej. Ominęła ona Naruto, ale jak szybko dotknęła dwóch shinobi z Kiri, zaczęli oni zamarzać. Ich wnętrzności pożerał lód, ich krew zmieniła kolor, wszystkie organy stanęły w miejscu.
Zmienili się oni w lodowe statuy, gotowe by Naruto je zniszczył.
Lecz blondyn patrzył pustym wzrokiem na wykrzywione w bólu twarze jego przyjaciół. Ci ninja, shinobi z Kirigakure i Takigakure zaatakowali ich z niewiadomych przyczyn. Zmusili ich do gonitwy, cierpienia, ucieczki i teraz jeszcze takiego widoku.
Gdy jeszcze pięciu shinobi i szef weszli na polanę, tylko by wykończyć najmniejsze ogniwo, Naruto nie wytrzymał.
Wydał z siebie najbardziej okropny, głośny i mrożący krew w żyłach krzyk, tak przepełniony nienawiścią, desperacją i smutkiem, że ninja z Kirigakure cofnęli się o krok, z czystego strachu przed małym, niemal bezbronnym blondynem, który jeszcze przed chwilą przed nimi stał.
Teraz jednak ten blondyn zniknął. Na jego miejscu zjawił się potwór.
Otoczony był masą czerwonej chakry, która wyglądała jakby się gotowała, była gorąca i zabójcza. Za nim powiewał kształt przypominający ogon, wielki ogon. Włosy chłopaka najeżyły się bardziej, jego zęby zmieniły kształt, a wąsy na policzkach pogłębiły się.
Najgorsze były oczy.
Czerwone, krwistoczerwone, przepełnione wszystkimi złymi uczuciami, jakie były dostępne. Nienawiść, złość, ale pragnienie, wielka żądza krwi, śmierci. Żaden z sześciu stojących na nogach shinobi nie przeżył jeszcze w swoim życiu czegoś tak okropnego i strasznego. To było po prostu przerażające.
To już nie był człowiek. Oni wiedzieli, że tu zadarli z demonem.
Naruto wydobył z siebie kolejny, głośny wrzask, ryk, pełen nienawiści i obrzydzenia krzyk. Nie mogli ruszyć się z miejsca; intencja zabijania, wydostająca się z tego demona trzymała ich wszystkich na ziemi.
Naruto zniknął i pojawił się obok nich, rozrywając jednemu gardło. Drugiego chwycił w zabójczym uścisku za szyję i udusił. Trzeci upadł na śnieg, lecz Naruto i tak nie pokazał żadnej litości; swoją dłonią z wielkimi pazurami przebił się przez jego ciało dokładnie w miejscu, gdzie znajdowało się jego serce.
Demon nie ma litości.
Czwarty i Piąty padli nieprzytomni ze strachu. Pozostawiało to tylko jedną osobę…
Szef.
Jichūriki powoli odwrócił się do przerażonego i cofającego się mężczyzny. Naruto nie śpieszył się, ten mężczyzna, który spowodował to wszystko nie uciekał, nie miał jak.
Szef tylko myślał o tym, że właśnie stanął ze śmiercią twarzą w twarz. Twarzą w twarz z demonem. Twarzą w twarz z diabłem. Diabłem o dziewięciu ogonach.
Naruto rozerwał jego ciało w dwie sekundy; z chakrą Kyūbi'ego nie był to najmniejszy problem. Jego siła była wielokrotnie większa, ale nie tylko siła. Szybkość, refleks, wytrzymałośc. To wszystko i wiele innych zmieniało się w tym momencie.
Pieczęć w końcu pękła, nie całkiem poddając się mocy Lisa o Dziewięciu Ogonach. Nie, pieczęć wciąż była stabilna, ale teraz Kyūbi mógł nawiązywać kontakt, wpływać o wiele silniej na dziesięcioletniego Jinchūriki'ego. Teraz wszystko miało się zmienić.
Naruto wydał z siebie kolejny głośny krzyk, niemal zdzierając sobie gardło.
Walczył z tym. Walczył z pragnieniem krwi, walczył z nienawiścią, walczył z czerwoną chakrą.
Walczył, bo Shinji i Sayuri wciąż żyli.
Walczył, bo miał dla kogo walczyć.
Czerwona chakra jednak nie cofała się. Naruto padł na kolana, łapiąc się za głowę i krzycząc w niebogłosy; nie było wątpliwości, każdy genin, chūnin, jounin, ANBU, a nawet cywil słyszał to. Czuł to. Widział to.
Naruto wił się w agonii, wrzeszczał, rzucał się na śniegu i po drzewach, nie mogąc wytrzymać. Cierpiał, ból był zbyt silny. Nie potrafił już więcej wytrzymać, ale jeśli nie będzie walczył, Sayuri i Shinji mogą zginąć. Jeśli nie będzie walczył, wszyscy mogą ucierpieć. Jeśli nie będzie walczył, zawiedzie Staruszka Hokage, Irukę, Fū, Hangarette, Staruszka Teuchi'ego, a co najważniejsze – zawiedzie swoją drużynę.
Tego Naruto się obawiał, to tego nie chciał dopuścić. Do nienawiści. Do strachu.
Do odrzucenia.
Czerwona chakra powoli wraca do wnętrza Naruto, do miejsca gdzie była Shiki Fūjin, pieczęć najsilniejsza ze wszystkich, trzymająca w ryzach największego Ogoniastego Demona, jaki istnieje. Wygląd Uzumakiego wracał do normy, ale blondyn wciąż trzymał się za głowę, słyszał szepty, głos i dźwięczenie w uszach.
Ból przeszedł przez jego skronie i Naruto padł twarzą na ziemię, nim całkowicie stracił przytomność.
Dwie postacie w zielonych maskach zjawiły się dosłownie minutę po zemdleniu Naruto.
Obie zaskakująco spokojne, także były okryte tą samą czerwoną chakrą, co przed chwilą Uzumaki, z małym wyjątkiem: wyższa postać miała dwa ogony, podczas gdy ta zdecydowanie mniejsza – jeden czerwony ogon z chakry.
Postacie rozejrzały się po pobojowisku i wydały z siebie niskie dźwięki, w niczym nie przypominające głosów ludzkich. Czerwone płaszcze z chakry zaczęły się wchłaniać, dokładnie tak samo jak z Naruto, a wyższa postać westchnęła cicho.
- Jinchūriki Kyūbi'ego, zdecydowanie. – oznajmił cichym, niskim głosem. Był to zdecydowanie mężczyzna. Twarz odwrócił w stronę dwójki geninów, leżących pod warstwą grubego lodu. – W dodatku jeszcze użytkownik Hyōtonu z Konohy. – Fioletowe oczy zabłyszczały z ciekawością pod maską mniejszego z nich. – Jak myślisz, Yagura, pozostawimy to w tajemnicy?
Mniejszy chłopak, nazwany Yagurą nie odpowiedział od razu. Patrzył intensywnie to na parę pod lodem, to na nieprzytomnego chłopaka całego we krwi. Spojrzał w ciemnobrązowe tęczówki swojego partnera.
- Niech nikt się o tym nie dowie, Utakata-san. Mizukage będzie chciał go znaleźć i zabić, a to nie będzie dobra opcja.
Ta-dam! Jest rozdział. Spędziłam całe dwie noce nad nim, bo nie byłam pewna, czy dobrze chwyciłam wszystkie emocje i w ogóle. Heh, myśleliście, że Shinji i Sayuri zginą? Nigdy!
Dajcie mi znać, jeśli coś było nie tak, gdzieś popełniłam błąd czy coś. Wiecie, jestem człowiekiem, popełniam błędy. I piszę z gipsem na lewej ręce.
Myślę, że w sumie rozdział nie był za krótki, prawda? Jak chcecie dłuższe rozdziały to napiszcie, ale spodziewajcie się dłuższego czasu oczekiwania. Więcej pomysłów potrzebuję na dłuższe rozdziały.
Ok, szósta pięćdziesiąt, chyba powinnam iść spać.
Komentujcie, obserwujcie, dodawajcie do ulubionych, czytajcie!
Trzymajcie się ciepło!
Megan Routh.
