"Za pierwszym razem"
Rozdział VI: Kirigakure III
"Czas leczy rany"
Napisane przez: M.R.
Nawet pogrążeni w głębokim śnie, Mienfō Arrisu, Vinsento Gintori oraz Sarutobi Corazon rozpoznali tę chakrę. Ta dorosła trójka wiedziała, że rozpoznałaby ją dosłownie wszędzie i zawsze.
Trudno przecież zapomnieć, co się stało pamiętnej nocy dziesiątego października ponad dziesięć lat temu. Trudno przecież zapomnieć tę demoniczną moc, trudno również zapomnieć o śmierci tylu osób, w tym śmierci Czwartego Hokage, jego żony i wielu wspaniałych ninja. Trudno zapomnieć o tej samej chakrze, co spowodowała wtedy wiele strat i upadek Konohy na sam dół, ostatnie miejsce w rankingu potęgi Ukrytych Wiosek. Trudno zapomnieć, nawet jeśli przebywało się na drugim końcu ciepłego kraju, w świątyni mnichów Konohy, w dodatku śpiąc.
Stamtąd wszystko czuło się jeszcze mocniej, emocje i chakra były silniejsze, bo w końcu to było święte miejsce, w którym ich przodkowie składali ofiary, dokonywały się cudy lub rozgrywały się najgorsze i najkrwawsze walki.
To właśnie niscy, ale potężni mnisi decydowali o tym, czy tę chakrę czuć będą inne kraje, wioski i miasta poza granicami Kraju Ognia. Ale tak szybko, jak pierwsza demoniczna fala energii przeszła przez świątynię na granicy, mnisi zadecydowali.
Wszystko pozostanie w kraju. Kyūbi się uwolnił i to była sprawa tylko i wyłącznie Konohy.
Jednak, czując tę demoniczną, złą, nigdy niezapomnianą, rozchodzącą się we wszystkie strony od jakiegoś punktu w północnej części lasu chakrę, oczy trójki jouninów otworzyły się szeroko.
Arrisu i Gintori byli wystraszeni, gdy Corazon był po prostu przerażony.
Nim dostał swoją drużynę, jego stary ojciec poinformował go o statucie Jinchūriki'ego Konohy i zapewnił, że silna pieczęć, wymagająca poświęcenia, jest w jak najlepszym porządku, żadne zmiany nie występowały, a Naruto i jego psychika miały się doskonale. Zachowanie Naruto także nigdy nie ulegało zmianie, oprócz tej całej „dojrzałości" w walce, ale Corazon zgłosił to swojemu ojcu.
Nic nie wskazywało na to, by Kyūbi jakkolwiek ingerował w życie młodego podopiecznego Corazona, ale czując tę chakrę, nie było żadnych wątpliwości.
Albo coś się stało Naruto, Shinji'emu i Sayuri (ta myśl była wystarczająco przerażająca dla Corazona), albo Demon przejął całkowitą kontrolę nad Naruto.
Corazon nie wiedział, co byłoby gorsze.
Nie tracąc czasu, Sarutobi poderwał się z miękkiego, hotelowego łóżka i w granatowej piżamie wyskoczył przez zaszronione okno, kierując się w stronę wysokiej Północnej Bramy Kirigakure. Stamtąd genini opuścili bezpieczną wioskę i powędrowali do jakiegoś Sektoru Czegoś-tam (nazwa tego miejsca umknęła gdzieś z pamięci jounina. Nie mógł jej sobie przypomnieć)! Po chakrze czuł, że stan opętanego Naruto się nie zmieniał, a także że obudzeni Arrisu i Gintori ruszyli za nim, oni jednak byli ubrani w normalne ciuchy, w porównaniu do niego.
Jednak Corazon nie miał na to czasu.
Mieszkańcy Kirigakure, ninja, a nawet sam Mizukage nie wiedzieli, co to za chakra! Jedyną możliwością, aby rozpoznać to, byli inni Jinchūriki, a jounin z Konohy wątpił, by ci byli doskonale wyszkoleni. Nie mógł się ociągać i rozpraszać, bo istniała możliwość, iż Kyūbi się uwolni, a jego chakra sięgnie ośmiu lub dziewięciu ogonów; Naruto mógł zginąć w każdej chwili.
Nie, wszystko inne było po prostu stratą tak cennego w tym momencie czasu.
Corazon aktualnie zawarczał, gdy został zatrzymany pod bramą przez jakiś dwóch zamaskowanych shinobi. Ich maski ANBU nie były czerwono-białe, jak reszty elitarnego składu, lecz zielono-białe. Sarutobi przyznał, że nigdy takiego ubioru nie widział, choć był w wielu miejscach, nawet w Iwagakure.
Może to była jakaś specjalna para ninja, od przypadków nagłych i niespodziewanych? Może to byli po prostu zwykli shinobi, którzy ich zauważyli i mieli stanąć w ich drodze? A może mieli załatwić problem chakry Kyūbi'ego?
Ale chwila, tylko ninja Konohy rozpoznawali tę moc. Możliwe więc było, że to byli…?
- Proszę nie przeszkadzać w Egzaminie – odezwał się jeden z nich, ten wyższy i zdecydowanie starszy. Jego głos był taki… pusty i obojętny.
Zupełnie, jakby nie czuł żadnych emocji. Zupełnie, jakby dla niego słońce nie świeciło, a ból, smutek i radość nie istniały. Zupełnie, jakby wszystko faktycznie było pod kontrolą.
- Jakiekolwiek problemy, które wystąpiły, zostaną przez nas rozwiązane – Niższy z nich, którego głos brzmiał młodziej, ale z taką samą obojętnością, poinformował ich i skinął lekko głową do swojego towarzysza. Oczy Corazona zwęziły się, gdy przeskanował ich chakry (może i były doskonale ukryte, ale wiadomo, że coś było nie tak. Z Naruto był ten problem, że on jeszcze nie potrafił ukrywać chakry Kyūbi'ego). – Dlatego służymy i zapewniamy, że nic się nie stanie, a zagrożenie zostanie wyeliminowane.
Z tymi konfundującymi słowami, dwie tajemnicze postacie zniknęły bezszelestnie, zostawiając na ulicy bardzo rozzłoszczonego mistrza w samej piżamie.
Gdy Arrisu i Gintori skoczyli z dachu na zimną ziemię obok swojego znajomego, ekspresja Corazona zmieniła się w jeszcze bardziej zirytowaną, gdy zaczął padać śnieg. Corazon był cały przemarznięty, rozzłoszczony, a w dodatku nie miał jak pomóc swojemu najmłodszemu uczniowi.
Co z niego był za mistrz?
Jednak Corazon odetchnął głęboko, gdy chakra Kyūbi'ego zaczęła z każdą sekundą słabnąć.
To dobrze, pomyślał. Albo Naruto przezwyciężył moc Demona, albo ci shinobi w maskach pomogli.
Cokolwiek by się nie zdarzyło, najważniejsze, że jego podopieczni będą cali i zdrowi, a najważniejsze – żywi. To było teraz priorytetem, jak dla niego, a skoro Kyūbi się uwolnił, znaczyło to, że coś strasznego musiało się stać. Do końca Egzaminu zostały całe dwa dni, rozpoczynając od poranka dnia czwartego.
Corazon tylko zaklinał czas i prosił, wręcz błagał w myślach, by wszystko dobrze się skończyło.
Naruto nie chciał obudzić się w tym miejscu już nigdy więcej.
Najpierw było ciemno. Nic nie było słychać, nic nie było widać, nic nie było czuć. To było jak leżenie w nicości, objęcie Ciemności. Naruto nie czuł nic. Nie czuł bólu, nie słyszał krzyków, nie wiedział gdzie jest. Ale później Ciemność odeszła w zapomnienie, zabierając ze sobą otępienie.
Naruto obudził się w równie ciemnym miejscu, lecz dzięki lekko kołyszącej się lampie gdzieś na suficie i słabo świecącej się żarówce, wciąż mógł rozróżnić niektóre szczegóły. Dźwięk kapanej wody z góry wypełniał jego uszy, a podłogowa woda po kostki nie wyglądała na najczystszą. Wszędzie przebiegały zardzewiałe, zniszczone rury; niektóre połamane i z pęknięciami, niektóre po prostu wyrwane.
Przed rozbieganymi oczami Naruto pojawiły się wielkie, czerwone kraty. Uzumaki rozpoznał mały kształt na złączeniu bramy; pożółkły papierek z czarnym kanji oznaczającym „pieczęć".
Niski pomruk, bardziej zbliżony do warczenia potoczył się echem po zalanym pomieszczeniu, zgodnie z celem strasząc Naruto. Włosy na karku chłopaka stanęły dęba, a sam Naruto wzdrygnął się. Nie był to przyjemny dla ucha dźwięk, a z wyostrzonymi zmysłami (w tym również i słuchem) brzmiał jeszcze gorzej i straszniej.
Bo dokładnie tak miało to brzmieć. Przerażająco.
Jednak nawet ten pomruk, dziwny dźwięk, nie był bardziej koszmarny niż widok krwistoczerwonych oczu z podłużnymi, czarnymi jak dusza Madary zwężonymi źrenicami.
A oba połączone zjawiska powodowały zamierzony efekt; dziesięcioletni genin cały napiął się i nie ruszał ze strachu, wpatrzony w te oczy. Były przepełnione czymś, co nazwałby żalem, złością, ale także entuzjazmem, rozbawieniem.
Lecz czy to możliwe, by Demony były radosne?
Naruto nie wiedział, kiedy za kratami pojawiły się te całe oczy. Po prostu nagle się pojawiły. Tak samo jak oczy pojawiły się również białe, ostre kły wyszczerzone w złowrogim uśmiechu. Ta kreatura przed nim, widmo, cokolwiek to było, śmiertelnie przeraziło Naruto. Nie dość, że obudził się w pomieszczeniu bez żadnego wyjścia czy nawet starych drzwi, to w dodatku coś tutaj było.
Ale Uzumaki nie wiedział co to. Dla niego to było po prostu coś.
Wystarczy sobie wyobrazić, jak bardzo wzrósł jego strach i zdziwienie, pomieszane ze skołowaniem, gdy ów potwór odezwał się.
- Nie chciałeś ich śmierci?
Wypowiedź Dziewięcioogoniastego zawisła między nimi, pozostając bez odpowiedzi. Głęboki, niski głos Demona był niemal tak samo straszny jak jego wygląd. Spragnione krwi i czyjeś śmierci oczy, ostre, białe kły, demoniczny uśmiech i rude (Naruto przysiągłby, że wyglądało na kłujące) futro, a w dodatku ten głos.
Przepełniony nienawiścią głos. Przepełniony żalem głos. Przepełniony złością głos. Przepełniony chęcią odzyskania wolności, ponownego zobaczenia słońca.
Ale także Demon miał przepełniony rozbawieniem głos.
Zupełnie, jakby czyjaś śmierć była tylko kroplą wody w wielkim morzu. Niczym. Dla Demonów śmierć była tylko kolejną stratą marnej egzystencji. Dla Demonów śmierć była nie wartym uwagi wydarzeniem.
Demony zabijały. Demony raniły. Demony były złe.
Dlaczego takie były? Bo do tego ludzie ich zmusili. Ludzie bali się demonów, przez co odrzucili te stworzenia. W zamian, demony odrzuciły ludzi. Rozpoczęła się rywalizacja pomiędzy nimi.
Walka, wojna, bitwa. Niekończąca się rzeź.
Czy Demony naprawdę mogłyby się zaprzyjaźnić z ludźmi? Kyūbi często nad tym rozmyślał. Siedział w zalanym pomieszczeniu bez okien. Siedział za kratami, podczas gdy jego Jinchūriki latał po całym świecie, beztrosko rzucając się w wir walki. Siedział i rozważał.
Jak to byłoby być ponownie wolnym?
Kyūbi już dawno nie ujrzał słońca osobiście. Czasem próbował zaglądać do wspomnień swojego pojemnika, byleby tylko przypomnieć sobie, jak ono wygląda. Słońce. Po latach, Kyūbi zapomniał. Nie pamiętał, czym ono było. Nie pamiętał uczucia, które ogarniało go, gdy ciepłe promienie świeciły na jego niezadbane futro. Nie pamiętał w ogóle uczucia ciepła i miłości.
Ostatnim razem było to za życia Rikudō Sennina, jego ojca i mentora. On nie widział ich jako istoty złe do szpiku kości. On nie widział ich jako bronie bez uczuć, które można wykorzystać. On ich kochał. Kyūbi nigdy nie zapomni swojego ojca.
Rikudō Sennin chciał, by ludzie żyli w zgodzie i pokoju z demonami. Zawsze pragnął pokoju, ale to rasa ludzka nie spełniła jego życzenia. To właśnie ludzie nie potrafili dostrzec miękkich serc pod straszącym wyglądem demonów. To właśnie ludzie stracili najbardziej lojalnych i zaufanych sojuszników.
To ludzie byli potworami, nie Bijū.
Naruto nie pragnął śmierci. Nie pragnął krwi wrogów. Nie pragnął cierpienia i bólu. Naruto chciał tylko spokoju.
Chciał, by jego przyjaciele żyli. Chciał, by wszystko skończyło się szczęśliwie. Lecz wiedział, że tak nie będzie w momencie, w którym zaatakowali ich wrodzy ninja.
Wiedział, że tak nie będzie w momencie, w którym zginęła pierwsza osoba. Wiedział, że tak nie będzie w momencie, w którym Sayuri i Shinji zostali zranieni. Wiedział, że tak nie będzie w momencie, w którym stracił kontrolę nad sobą, swoimi uczuciami, swoją chakrą i mocą.
Chciał wtedy tylko jednej rzeczy: śmierci. Nie ważne jakiej, nie ważne kogo, ważne że śmierci. Krwi. Połamanych kości.
Naruto złapał się za głowę i upadł na kolana. Woda plusnęła pod naciskiem jego nóg, wydając cichy dźwięk, toczący się po całym pomieszczeniu. Młody genin krzyknął głośno, gdy przez jego głowę przewinęły się koszmarne obrazy, całe we krwi, czerwone niczym oczy demona przed nim.
Wszystko, co się stało czwartego poranka podczas Egzaminu wróciło do niego ze zdwojoną mocą.
Krzyki Naruto nie ustały. Uzumaki wrzeszczał, wołał by to się skończyło. Błagał, by zapomnieć, ale ulga nie nadchodziła. Wciąż pamiętał. Wciąż widział.
Wciąż czuł wszystko.
Ostatni wrzask w końcu zatrzymał się w jego gardle. Nie chciał już więcej krzyczeć. Nie pomogłoby mu to tak czy siak. Trząsł się okropnie, wyrywając sobie jasne włosy z głowy. Jego jeszcze niedawno niebieskie, podekscytowane oczy, były teraz zwężone, takie przestraszone, pełne terroru i strachu.
Ból nie przechodził. Obrazy zmarłych, rozerwanych na strzępy ciał nie opuszczały jego głowy. Wizja śmiejących się mu w twarz starszych shinobi nie schodziła z jego oczu. Nie potrafił od siebie odpędzić tych wizji, obrazów.
Nie potrafił, był za słaby.
Cierpiał.
- Wezmę to za „nie". Podnieś się, bachorze – zarządził głośno Kyūbi swoim głębokim, władczym głosem. Zaślepiony bólem Naruto uległ owemu przekonującemu oraz strasznemu głosowi i wstał powoli, chwiejąc się na galaretowatych nogach. Jego wyraz twarzy nie zmienił się. Kyūbi przypatrzył się małej i zachwianej, całkowicie wytrąconej z równowagi sylwetce niegdyś wesołego blondyna. Dziewięcioogoniasty parsknął i zaśmiał się głośno.
Złamanie tego żałosnego chłopaczka nie było aż tak trudne, jak myślał. Wystarczyło zmusić jego pojemnik do zabójstwa, a reszta była niczym rzucenie kamykiem w wodę. Prosta.
Teraz tylko trzeba było namówić go, by zdjął pieczęć i Kyūbi wreszcie będzie wolny. Wreszcie zobaczy na własne oczy słońce. Wreszcie poczuje to długo wyczekiwane i upragnione ciepło. Wreszcie się zemści na swoich wrogach, na Konosze i na przeklętym Madarze.
Demon spojrzał na swojego Jinchūriki i przekrzywił olbrzymi łeb. Czerwona chakra wyłoniła się zza wielkich krat i owinęła dokładnie Naruto, który nie protestował. Nie miał sił. Nie chciał czuć. Chciał tylko, by to się skończyło.
Kyūbi zaczął wątpić w doskonałość swojego planu, gdy prawe oko Naruto pozostało tak samo niebieskie, jak przedtem.
Jego lewe oko było już czerwone, oczywiście, ale prawe nie zmieniło się. Uzumaki wisiał kilka centymetrów nad ziemią, z rękami opuszczonymi wzdłuż bezwładnego ciała. Usta miał lekko otwarte, a oczy wytrzeszczone. Wyglądał tak, jak Kyūbi przypuszczał, oprócz tego jednego, dziwnego oka. Demon warknął, przez co Naruto widocznie drgnął.
- Zdejmij pieczęć! – krzyknął Kyūbi, nagle zaniepokojony o to, co jego kontener może zrobić. Bał się, że jego plan jednak się nie powiedzie, a chłopiec oprze się mu, pomimo tego, co właśnie przeżył.
Zgodnie z jego obawami, Naruto otrząsnął się. Jego oczy wróciły do normalnego koloru, a czerwona chakra powróciła za kraty. Uzumaki krzyknął, osuwając się z powrotem na kolana. Wyrwał się. Nie dał się. Nie poddał się.
- Nie! Wynoś się! – wrzasnął młody genin, potrząsając gorączkowo głową. Demon warknął i zamachnął się łapą we wnętrzu swojej klatki. Równie dobrze mógł od razu uśmiercić bachora, na jedno by wyszło. Jego wielkie pazury przeszły przez kraty, ale zatrzymały się dosłownie centymetry od twarzy Naruto. Wciąż krzyczał, by się wynosił. Wciąż krzyczał, by odszedł. Wciąż krzyczał, że się nie da.
W końcu mała postać zniknęła, a Kyūbi ponownie został sam w tym okropnym pomieszczeniu. Zawarczał głośno i wrócił do snu. Może pośpi jeszcze rok, może dwa lata, nim jego Jinchūriki znowu straci kontrolę. Z tą myślą, Dziewięcioogoniasty ułożył łeb na swoich łapach i przymknął oczy.
Miał jeszcze czas i wiele okazji, by dorwać go. By dorwać go i odzyskać upragnioną wolność.
Gdy Uzumaki wrócił do świata żywych, słońce już dawno zaszło.
Las stał się mroczniejszy, cienie drzew wydłużyły się, a pohukiwanie olbrzymich, zmutowanych sów rozbrzmiewało gdzieś w oddali. Z małym zdziwieniem, Naruto zauważył, iż coś spływa po jego policzkach, a na rękach i całym przemoczonym ubraniu również znajdowała się jakaś substancja. Bojąc się na nią patrzeć, Naruto przez parę chwil pozostał w takiej pozycji, w jakiej się obudził; leżał na plecach, patrząc się w ciemne, nocne niebo, przysłonięte chmurami. Śnieg zaczął prószyć, przez co młody genin zamknął oczy.
Chciał zapomnieć.
Chciał po prostu odejść w krainę snu i pozostać nieprzytomnym przez kolejne kilka dni, ale wiedział, że nie może.
Wtedy go oświeciło. Shinji. Sayuri.
Poderwał się natychmiastowo na nogi, co nie było dobrym pomysłem. Zakręciło mu się w głowie, a galaretowate kolana zatrzęsły się. Nie ufał teraz swojemu osłabionemu ciału, ale Shinji i Sayuri czekali na niego, zranieni i w agonii.
On musiał im pomóc. Musiał, nim…!
Rozejrzał się po całej polanie, na której całkiem niedawno stracił kontrolę nad sobą i powybijał tych wszystkich shinobi. Skrzywił się na tę myśl, ale lekko potrząsnął głową i dokładnie przeskanował wzrokiem ziemię. Zatrzymał swoje spojrzenie na zdecydowanie odstającej od płaskiego podłoża, zasypanej części ziemi. Jego serce zabiło szybciej. Niemal rzucił się do owego stosu śniegu i padł na kolana; najszybciej jak mógł zaczął odgarniać mokry śnieg, aż w końcu dobił się do lodu.
Pod szklistą powierzchnią leżał Shinji, obejmujący Sayuri. Oboje byli nieprzytomni, ich ekspresje niezmiennie wyrażały ból, ale może i spokój, jak zauważył ze zdziwieniem Naruto. Oczy genina rozszerzyły się ze strachu.
Przetransportował i skupił trochę chakry w ręce, po czym rozbił lód jednym, ostrożnym uderzeniem. Nie chciał, by jego kompani przez jego głupotę zranili się jeszcze bardziej.
Wiedział, że złamał ten zakaz już raz, ale nie miał innego wyjścia, prawda? Corazon-sensei i Iruka prosili go, by używał więcej niż trzech klonów tylko w niezwykłych przypadkach, wymagających ich pomocy, więc właśnie teraz nadeszła ta chwila.
Naruto złożył dłonie w znaną wszystkim pieczęć, a osiem klonów pojawiło się wokół niego. Doskonałe kopie skinęły głową, wiedząc co mają wykonać. Dwa z nich przemieniło się w białe, lekarskie nosze. Oryginalny Naruto ostrożnie przeniósł swoich umierających przyjaciół na owe nosze; jego ręce wciąż się trzęsły. Musiał się pośpieszyć, bo inaczej to będzie koniec i to będzie jego wina.
Jego wina, że nie przejdą do Trzeciego Etapu. Jego wina, że Corazon-sensei będzie się martwił.
Jego wina, że Shinji i Sayuri zginą.
Klony chwyciły nosze i wstały, gotowe do biegu. Repliki Naruto wiedziały, że muszą być bardzo ostrożne. Prawdę mówiąc, nawet jeśli były tylko klonami, wciąż widziały w Shinjim i Sayuri swoich przyjaciół. W końcu byli oni ważni dla ich Szefa, oryginału.
Pozostałe dwa klony ruszyły kolejno na północny wschód i północny zachód. Uzumaki natomiast, razem ze swoimi kompanami na noszach, ruszył na północ. Właśnie w tym kierunku podążali trzeciego dnia, gdyż tam znajdowała się najbliższa wieża. Był już przecież koniec czwartego dnia, a po drodze zawsze mogli wypatrzeć inną drużynę.
Taki był plan, nim ich sojusznicy z Konohy nie zostali… zmiażdżeni.
Tylko tak Naruto potrafił to określić. Wiadome było, iż przecież układ sił był nierówny i tamci genini mieli przewagę, a nie nowicjusze, dzieci z Konohy.
A jednak przeżyli. W dwa razy mniejszym składzie, ale Konoha przeżyła w Kirigakure. Dali radę, mimo iż Naruto miał dopiero dziesięć lat.
Dziesięć.
Takiego zakończenia nie spodziewali się atakujący ich shinobi z Kiri i Taki. Takiego zakończenia również nie spodziewały się drużyny z Iwagakure, gdy zakładały dwie pułapki z broniami na mieszkańców Konohy.
Nie, nikt nie spodziewał się tego.
Dlatego właśnie Uzumaki Naruto był taką zagadką. Potrafił przetrwać w najtrudniejszej sytuacji. Robił wszystko, by pomóc swoim kompanom, przyjaciołom. Nie dawał się gniewowi (no, może raz. Ale to było tylko raz) doskonale zachowywał czystość umysłu podczas walki.
Jedynym wyjątkiem była ta rzeź o wschodzie słońca, podczas Czwartego Dnia egzaminu. W ciągu niecałej godziny zginęło ponad dwudziestu kilku ninja, bardzo obiecujących shinobi. Było to też pierwsze aktualne starcie Naruto ze śmiercią trzech osób, które znał.
Naruto po raz pierwszy zabił.
Patrząc w biegu na swoje ciuchy, młody genin zauważył, że istotnie, jest cały we krwi. Był przemoczony, przemarznięty, wyczerpany, a ramię, gdzie jeszcze rano wbił się mu kunai, wciąż bolało. Ze zdziwieniem przypomniał sobie, że na polanie nie było żadnych ciał. Tylko krew, wszędzie czerwone plamy. Na twarzy też miał ślady krwi.
Aktualnie, Uzumaki miał nadzieję, że nie będzie potrzeby, by kogoś zabił aż do pierwszej misji rangi B. Nie chciał przelewać czyjeś krwi tak wcześnie. Ci ninja, których życie zakończył własnymi rękami, mieli swoje rodziny, przyjaciół, partnerów, kompanów.
Mieli swoje własne charaktery, bliskie im osoby i obowiązki.
Genin głęboko nad tym rozmyślał. Gdyby ktoś go zabił, jak czuliby się jego przyjaciele, jego przybrana rodzina?
Wiedział, że Staruszek Teuchi i jego córka, Ayame byliby zasmuceni i rozeźleni. Hokage tak samo, ale najgorzej właśnie poczuliby jego stratę Drużyna Czwarta i Iruka, jego przybrany braciszek.
Odbiłoby się to na nich bardzo mocno, ale poza nimi?
Wioska cieszyłaby się. Przecież ci wszyscy cywile nienawidzili go i utrudniali mu życie, tak samo jak niektórzy shinobi. Większość jednak przekonała się do tego Ritorudojāsu, ale skąd mały Naruto mógł o tym wiedzieć? (To przecież nie tak, że on chodził do barów. Nie, wstęp był dla wszystkich ninja, ale Uzumaki na razie o tym nie wiedział).
Życie dla niektórych byłoby prostsze. Naruto doskonale o tym wiedział, ale nie mógł od siebie odpędzić myśli o śmierci swojej i osób najbliższych jego sercu.
Gdyby umarł - no właśnie, gdyby. Co by się z nim stało? Czy istnieje jakieś niebo? Ostateczny sąd Boga? A może po śmierci jest tylko Ciemność i nicość?
Ciemność wzięła w swoje objęcia wszystkich ludzi, którzy przeminęli.
Przyjmowała ich wszystkich z uśmiechem. Mrocznym uśmiechem śmierci.
Mimo, iż Naruto chciał teraz po prostu skupić się na szybkim biegu, byleby tylko dotrzeć do tej cholernej wieży i otrzymać tak bardzo potrzebną pomoc, genin nie mógł odpędzić się od tych wszystkich myśli. Po raz pierwszy popełnił zbrodnię tak wielką; prawda, kiedyś nie mógł się powstrzymać od drobnych kradzieży, na przykład od zabrania kilku wystających, ciekawych banknotów z kieszeni jakiegoś cywila (to nie jego wina, że ci durnie w ogóle nie dbali o to, jak te pieniądze przechowywać), ale był wtedy młody i głupi – robił wszystko, by przeżyć w Konosze. Poza tym, był wtedy jeszcze ciekawy tego całego świata, lecz jak trafnie zauważył, chyba wolałby nie wiedzieć o wszystkich okropieństwach świata shinobi.
Może to jednak było dobrze, że zdał wcześniej? Oczy otworzyły mu się na jego głupotę i desperacką próbę zwrócenia na siebie uwagi. Otworzyły się jego oczy także na ludzkość.
Widział wszystko, choć w ogóle mu się to nie podobało. Nie.
Dzieci nie miały normalnego życia. Kto normalny zmusza dwunastolatków do zabijania?
No właśnie. Tak właśnie wyglądał cały świat i filozofia Shinobi.
Coś wielkiego nadleciało od lewej strony Naruto. Chłopak, zmuszony do opuszczenia swoich pędzących we wszystkie strony myśli, szybko zareagował i stworzył kolejnego klona, by ten zajął się przerażającą sową. Teraz, zamiast straszyć młodego genina, te wszystkie zmutowane zwierzęta tylko irytowały Naruto.
Uzumaki chciał tylko dostać się do tej przeklętej wieży i pomóc przyjaciołom. A potem zemdleć. Tak, to byłaby świetna perspektywa.
Wieża pojawiła się w zasięgu wzroku po całych dwóch godzinach.
Dystans był długi, podróż męcząca, a Naruto był pewny, że jego ramię zostało zainfekowane. Po godzinie i trzydziestu minutach biegu pojawiła się chmara czarnych owadów, podobnych wielkością do żuków, a kształtem tułowia do jakiś trujących komarów. Wszystkie poleciały na Shinji'ego i Sayuri (jak trafnie zauważył jedyny przytomny w ich towarzystwie, te komary leciały do krwi i ran), więc Naruto by ich ochronić przed zapewne śmiercionośnym jadem zmutowanych komarów, przyjął wszystko na siebie i zabił każdego nadlatującego owada, przy okazji zostając wielokrotnie ugryzionym w okolice rany na ramieniu.
Niedługo po tym wydarzeniu, umysł Naruto stał się zamglony, myśli przelotne, ulatywały gdzieś i kryły się poza jego zasięgiem; stał się powolniejszy, a jego refleks się zmniejszył.
Naruto przez to uświadomił sobie niezdarnie, że to przez truciznę i musi znaleźć wieżę jak najszybciej się dało. Poza tym, stan jego przyjaciół pogarszał się z minuty na minutę.
Lód, który uwolnił Shinji pomógł trochę i złagodził ból Sayuri od oparzeń, ale Shinji także był zatruty. Jeśli nie otrzymałby pomocy w przeciągu dwudziestu, może trzydziestu minut, byłoby pewne, że już leżałby nieżywy, martwy. Z Sayuri lepiej by nie było; oparzenia dawały się dziewczynie we znaki, przez co przekręcała się często, a kontakt z materiałem noszy był dla niej bolesny.
Gdy Naruto już obwiniał się za wszystko, myśląc że to wszystko to jego wina, że to on będzie przyczyną śmierci jego przyjaciół, Północna Wieża wyłoniła się zza drzew, nie będąc tak daleko położoną.
Nadzieja ponownie zakiełkowała w sercu młodego genina, przez co przyśpieszył jeszcze bardziej, oczywiście na tyle, na ile pozwoliła mu trucizna, krążąca w jego żyłach. Stał się jeszcze wolniejszy, jego ruchy niezdarne, niczym wtedy, jak przed swoim awansem na genina.
Szczerze, czuł się okropnie; mdłości przyszły z niczego, przez co musiał zatrzymać się na chwilę i zwymiotować. Jego klony nie czuły się tak dobrze również, ale nie poddawały się i trzymały się, dzielnie niosąc rannych kompanów.
W odległości jednego kilometra od wieży, wizja Naruto zamazała się. Uzumaki widział jak przez mgłę, przez co kilka razy prawie spadł z gałęzi, z której chciał skoczyć na następne drzewo.
Dwa jego klony, te które posłał na północny wschód i północny zachód zniknęły w kłębach szarego dymu, gdy ich Szef i oryginał nie miał już siły, by podtrzymywać tę dwójkę. Wciąż jednak musiał pomóc Shinji'emu i Sayuri, zanim sam straci przytomność.
Wsadził dłoń do kieszeni swoich ubabranych zaschniętą krwią, łzami i śniegiem spodni, ściskając mocno Krąg Zimna i Krąg Ciepła. Nikt nawet nie zauważył, kiedy okradł Kyoji'ego, odbierając mu Krąg Zimna.
Ale halo, zrobił to tylko dlatego, że im nie ufał!
Nie miał pewności, co do Drużyny Szóstej (a raczej byłej Drużyny Szóstej). Nie wiedział, co oni planowali; może chcieli ich zdradzić? Okraść w nocy ze wszystkiego i zostawić w tym lesie? Nie, Naruto im nie ufał i dlatego kieszonkowo okradł swojego sojusznika. Nawet gdyby ich sojusznicy uciekli, oni mieliby oba Kręgi, dzięki Naruto. Aktualnie, nikt nie przypuszczał, że Naruto mógłby okraść własnego rodaka.
Kto by się spodziewał, zresztą?
Naruto wyglądał tak bezbronnie i każdy myślał, że jest naprawdę łatwo go zmylić lub sprawić, by Uzumaki komuś zaufał. Ale wygląd nie zawsze świadczy o człowieku, prawda?
I każdy, kto nie brał młodego genina na poważnie, przekonywał się o tym na własnej skórze.
Bieg i utrzymywanie klonów stawało się coraz trudniejsze i trudniejsze. Gdy prawie cała nieprzytomna Drużyna Czwarta znalazła się dosłownie przed drzwiami do wielkiej, szarej, bijącej chłodem i złymi intencjami Północnej Wieży, Naruto padł na twarz, a jego klony odstawiły nosze na ziemię obok niego, nim zniknęły. Zmęczenie własnych kopii wróciło do Uzumakiego z podwójną mocą.
Jego wizja, zamiast być mglista i ledwo widzialna, prawie całkowicie zniknęła i Naruto nie sądził, że to były zwykłe mroczki przed oczami. Trzęsącą się, słabą ręką wyciągnął z kieszeni obie kule i przycisnął je do piersi.
Jeśli nie wejdą do wieży, Egzaminatorzy równie dobrze mogli zostawić ich przed drzwiami, by umarli. To było okrutne. Nie mogli dostać pomocy, dopóki nie weszliby do środka.
Naruto zamrugał mocno, w desperackiej próbie odzyskania wizji i przytomności, gdy poczuł pod palcami, że przez oba Kręgi przechodzą linie, stanowiące granicę dwóch połówek. Przedtem ich nie było.
Nie myśląc o niczym innym, Naruto rozerwał najpierw jedną kulę, potem drugą na dwa i złączył różne połówki ze sobą. To wymagało od niego wielkiej siły woli i jego ostatniej energii. Po prostu już nie mógł się zmusić się do zrobienia czegoś innego. Trucizna zżerała go od środka, ale nie tylko jego.
Shinji już był na granicy życia i śmierci, a wciąż oddychał tylko dzięki swojej silnej, niezachwianej woli. Skóra Sayuri zaczęła czernieć, odrywać się, a jej twarz wyglądała chyba najgorzej.
Naruto powiedziałby, że jeszcze chwila, a jego najlepsza przyjaciółka straciłaby wzrok, niczym on w tym momencie albo nawet miałaby gorzej. Ostatnimi siłami złączył dwie połówki. Zrobił to dla nich, choć naprawdę nie wiedział, jakim cudem wpadł na tak absurdalny pomysł.
Myślał iż to nie zadziała, gdyż - spójrzmy prawdzie w oczy - co mogą zrobić dwie połówki jakiś bezużytecznych kulek? Z drugiej strony, dlaczego nagle pojawiły się te linie? Skąd one się tam wzięły?
Kiedy nic się nie stało, Naruto pomyślał, że to koniec.
Umrze w wieku dziesięciu lat, ginąc przed drzwiami do wygranej wolności i pomocy. Jego kompani, także wciąż młodzi, umrą w wieku dwunastu lat, bo ich najlepszy przyjaciel nie potrafił ich zanieść do wieży.
Tak haniebna śmierć.
Już miał stracić przytomność i zaakceptować uśmiechającą się Śmierć, ale jasne, białe światło oślepiło go.
Huh. A myślałem, że nie widzę.
Ktoś coś głośno krzyknął (Naruto nie był pewny co to było za słowo i kto je wypowiedział. W końcu przecież nie widział zbyt wiele), a genin zobaczył szybko zbliżającą się do niego sylwetkę jakiegoś wysokiego shinobi, nim oddał się miłemu otępieniu i objęciu Ciemności.
Gdy Naruto obudził się ponownie, światło padało na jego półprzytomną i obolałą twarz. Mimo iż wciąż odczuwał ten brak kooperacji ze zmysłem wzroku w lesie, wyraźnie czuł wszystko. Przyjemne ciepło rozlewało się po jego bolącym ciele (przecież miał truciznę we krwi, to chyba wiadomo, że wszystko będzie go boleć), pod palcami czuł miękkość puchowej kołdry, a pod głową – poduszkę z pierzem. Niezidentyfikowany przedmiot łaskotał jego skórę na zgięciu łokcia. Jak się okazało, był to wenflon, połączony z jakimiś dziwnie wyglądającymi płynami w kroplówce.
Naruto rozróżnił sylwetki pochylających się nad nim dwóch osób, pomimo mroczków przed oczami. Wszędzie rozpoznałby twarz swojego ukochanego mistrza, a pielęgniarka z Kiri to zupełnie inna sprawa.
Jasność umysłu także powróciła. Dla Naruto to było pewne, że był podłączony do śmiesznych, pikających urządzeń, biel na ścianach i suficie niemal go oślepiała, a łóżko było ciepłe i mięciutkie.
Był w szpitalu. Przeżyli.
Odwrócił szybko głowę w lewo i prawo; ulga szybko nastąpiła, gdy zauważył spokojne ekspresje swoich przyjaciół, Shinji'ego, oddychającego przez maskę tlenową po lewej i całej zabandażowanej Sayuri po prawej. Odetchnął głośno i przymknął oczy.
Rozsadzający ból głowy powrócił, razem z wydarzeniami z drugiego etapu Egzaminu, ale nie pozwolił wspomnieniom zawładnąć nad jego emocjami. Na wybuch tego wszystkiego mógł poczekać, aż będą sami albo w Konosze.
Tak, to byłoby najlepsze wyjście.
- Naruto, słyszysz mnie? – Głos Corazona-sensei dotarł do czułych uszu Naruto, który skrzywił się z bólu. Wyglądało na to, że przez chwilową utratę wzroku w Egzaminie, jego zmysły jeszcze bardziej się wyczuliły, a słuch najbardziej. Jeśli ktoś mówił coś normalnym tonem, dla niego było to jak krzyk, a jak znosi się krzyki z okropną migreną?
Każdy powinien znać na to odpowiedź.
Naruto naprawdę chciał odpowiedzieć, ale jego gardło było tak suche, że zdołał wycharczeć kilka niezrozumiałych słów, z których Corazon wychwycił tylko „nie", „głośno" oraz „wody".
- Przyniesie nam pani wody? – zapytał cicho miłej, ciemnowłosej pielęgniarki, na co ona skinęła i zniknęła za drzwiami. Corazon zmienił kierunek swojego spojrzenia z powrotem na Naruto i uśmiechnął się lekko, wciąż będąc nerwowym.
Szczerze, widząc swoich uczniów, wszystkich rannych i leżących na ziemi przez Północną Wieżą, Sarutobi zdał sobie sprawę, jak głupią decyzję podjął. Może jednak powinien był posłuchać rad Iruki i poczekać jeszcze rok, nim zgłosiłby ich do Egzaminu? Może wtedy poradziliby sobie jakoś lepiej?
Od razu odrzucił te myśli, zdecydowanie podążające w złym kierunku. Nie, nie dość, że Shinji i Sayuri byli w miarę przygotowani, to Naruto zaprotestowałby natychmiastowo.
Ech, Corazon westchnął w myślach. Uparciuchy.
Skupił się teraz na Naruto. Musiał dostać pełną relację z tego, co zaszło w lesie i dlaczego młody genin stracił kontrolę nad sobą.
- Hej, Naruto, wszystko dobrze? Coś cię boli? – Obserwował reakcję Uzumakiego, która była inna od tej, której się spodziewał. Naruto skrzywił się jeszcze bardziej niż za pierwszym podejściem i uniósł bezwładną rękę, przykładając na razie słabą i bezużyteczną dłoń do ucha, a potem pocierając sobie nią skronie.
Bo oczywiście, Corazon zrozumiał z bełkotu ucznia, że nie jest wystarczająco głośny, więc postarał się to powiedzieć wystarczająco wyraźnie, zrozumiale i nie cicho; jednak patrząc na wykrzywioną w grymasie bólu twarz Naruto, chyba nie całkiem o to chodziło młodemu blondynowi.
Pielęgniarka, w jakiś dziwny sposób podobna do Gensai Isei, podała napełnioną wodą szklankę geninowi i wycofała się szybko, gdy obolały, ale przytomny Naruto poprosił o jeszcze. Z trzaskiem zamykanych się drzwi, Corazon ponownie spojrzał na Uzumakiego i zmrużył oczy.
- …nie mów t-tak głośno, zenzei – wycharczał ochrypłym głosem Naruto, pomimo tego, że właśnie wypił całą szklankę bezcennego płynu. Jego gardło wciąż bolało, a oczy piekły. Nie chciał teraz stracić tak ważnego zmysłu jak słuch. Sarutobi pokiwał gorliwie głową, słuchając jego cichej wypowiedzi i tym razem wyszeptał:
- Potrzebujesz czegoś, Naruto? Jakiś środków uśmierzających ból? Więcej wody?
Naruto ponownie pokiwał głową, pocierając delikatnie swoje skronie. Był niezmiennie słaby i sądził gdzieś w duchu, że do prawidłowej kondycji nie dojdzie szybko, zresztą nie tylko on. Shinji i Sayuri byli wiele bardziej zranieni i słabsi od niego w tej chwili. Ich leczenie będzie bardziej mozolniejsze i bolesne, niż jego.
Pielęgniarka wkrótce znowu wróciła z kolejną szklanką czystej, letniej wody, kroplówką do zmiany dla jego przyjaciół i silnymi lekami przeciwbólowymi. Naruto z wdzięcznością przyjął i połknął trzy białe, duże tabletki, które popił przyniesionym napojem.
Corazon ani na chwilę nie spuszczał zmartwionego wzroku z Naruto, obserwując uważnie i szukając jakichkolwiek oznak nagłego bólu czy zmęczenia.
- Coź… nie tak, zenzei? – Sarutobi miał ochotę wybuchnąć śmiechem, pomimo tej całej niezręcznej sytuacji. Przez chrypkę, Naruto nie do końca wypowiadał „s", zmieniając je na „z".
Zenzei oraz coź brzmiało komicznie.
- Nic, Naruto – odpowiedział wymijająco, czekając na wyjście pielęgniarki z sali. Uśmiechnął się do niej lekko, ona zrobiła to samo i zniknęła za drzwiami. Przybierając w miarę poważną minę, Corazon odwrócił głowę do Uzumakiego.
Niezauważalnie wyciągnął małą, białą karteczkę z kanji oznaczającym „ciszę". Aktywował ją, gdy przyczepił kartkę do twardej ramy szpitalnego łóżka.
- Co się stało w lesie? – Przeszedł do konkretów, chyba niezbyt trafnie wybierając słowa, które wypowiadał.
Naruto skrzywił się i zamknął oczy, starając się głęboko oddychać. Wydarzenia z Egzaminu pojawiły się w jego pamięci, tak samo, jak obrazy zmasakrowanych ciał, ludzi których zabił.
Maszyna, do której był podłączony, zaczęła pikać szybciej, a sam chłopak złapał się kurczowo kołdry.
Jego oczy zaszkliły się, lecz pozostawały wytrzeszczone, wpatrzone w jeden punkt na białej, nieskazitelnej ścianie naprzeciwko łóżka. Poruszył się mimowolnie, przyciągając obolałe kolana do klatki i kołysząc się w przód i tył.
Oddech stał się urywany , płytki i niespokojny. Nie słyszał już próśb i nawoływań swojego ukochanego mistrza.
Zatracił się we własnych wspomnieniach i traumatycznych przeżyciach; od nowa zabijał tych wszystkich ludzi, rozrywał ich na strzępy, krew ciekła po jego małych, jednak otoczonym czymś dziwnym dłoniach, a krzyki jego dawnych ofiar wybrzmiewały głośno i wyraźnie.
Naruto nie wiedział, jakim cudem to było aż tak prawdziwe. Wymamrotał coś nieprzytomnym głosem, nie będąc pewien czy Corazon-sensei to usłyszał. Czuł się zupełnie, jakby z powrotem wrócił do tego nieszczęsnego poranka.
Wszędzie była czerwień. Krew. Martwe ciała. Ciemność.
Zamrugał mocno i wyrwał się ze wspomnień, odsunął obrazy podsuwane przez Kyubi'ego, gdy poczuł pieczenie na lewym policzku.
Podniósł wzrok na roztrzęsionego mistrza, wpatrującego się w jego oczy i trzymającego go za ramiona, choć jedną rękę dopiero co położył na barku Naruto. Uzumaki trzęsącą się i słabą dłonią potarł czerwone miejsce na policzku, gdzie został uderzony.
Odetchnął głęboko, tak samo jak jego mistrz.
- Dziękuję – wyszeptał, chwytając się ramienia mistrza. Corazon-sensei był w tym momencie jego jedyną podporą, kimś kto potrafił pomóc i przynieść ulgę. Stał przy szpitalnym łóżku, w każdym momencie gotowy, by pomóc swoim podopiecznym.
Za to Naruto tak podziwiał swojego nauczyciela. Mógł na niego naprawdę liczyć, kiedy tego potrzebował, kiedy jego kompani tego potrzebowali. Bo Sarutobi Corazon był naprawdę dobrym człowiekiem.
- Przepraszam Naruto, nie powinienem był pytać. – Mistrz przygryzł dolną wargę swoich ust tak mocno, że Naruto myślał, iż zaraz ją przegryzie. Genin z powrotem położył się na łóżku, opierając głowę na wyjątkowo miękkiej i zachęcającej ciepłem poduszce.
Przymknął opadające i ciężkie powieki, nim znowu się odezwał, wciąż nie ufając swojemu ochrypłemu głosowi.
- Osiemnaztu ich było – zaczął cicho, niepewny czy może znów się nie zatraci we wspomnieniach. Zakaszlał lekko, by zneutralizować wadę wymowy s. – Mieliśmy sojusz z Drużyną Szóstą, ale… za-… zabili ich.
Przerwał na chwilę, gdy głos utknął mu w gardle. Ledwo zwalczył ochotę, by zwymiotować ponownie, wybierając opcję, by chwilę poczekać, aż mdłości przejdą. Mistrz przecież go nie poganiał.
Nigdzie się nie wybierał i tak, prawda?
- Zranili Sayuri, a potem Shinji'ego. Na p-polanie Shinji uwolnił sw-swoje kekkei genkai, a ja… - Urwał ponownie, szukając odpowiednich słów. Jak miał to wytłumaczyć mistrzowi? Że zatracił się w gniewie? Że stracił kontrolę nad swoimi emocjami i czynami? Że z zimną krwią zabił tych wszystkich shinobi z innych wiosek? Potrząsnął lekko głową, niczym pies otrząsający się po kąpieli. Musiał to powiedzieć, nieważne jak bolesne by to nie było. Wziął głęboki oddech. – Ja stra-straciłem kontrolę n-nad swoim ciałe-em – wyznał niezbyt głośno, ale wystarczająco wyraźnie, by jego mistrz usłyszał. Ciepłe łzy, pierwsze od wielu lat, zaczęły formować się w kącikach jego oczu, później płynąc po policzkach. – M-m-myślałem, że zginęli i t-tak bardzo się roz-z-złościłem… Z-zabiłem p-p-pięciu ludzi!
Zaszlochał głośno, kryjąc twarz w ciepłej, szpitalnej kołdrze. Nie chciał tego pamiętać. Może niektórzy byliby dumni z tego, że udało im się zakończyć czyjeś życie, ale Naruto taki nie był.
Miał raczej delikatną naturę i był nieskory do zabijania, nawet jeśli był shinobi, a jego ofiary były wrogami Konohy. To było normalne, że dziesięciolatek zmieni się po pierwszym odebraniu życia, ale nie tak to sobie Corazon wyobrażał; Sarutobi myślał, że jego młodzi genini zakończą egzystencje jakiś podrzędnych bandytów, którzy byli oszustami i złymi ludźmi.
Tymczasem, jego najmłodszy uczeń zmuszony był zabić aż pięciu shinobi za jednym razem, w dodatku myśląc, że jego najlepsi przyjaciele nie żyją, a on jest pozostawiony sam, w olbrzymim lesie. Corazon nie zdziwił się ani trochę, kiedy Naruto po prostu pękł.
Zbyt wiele spadło na barki Uzumakiego, ciężar na jego ramionach był olbrzymi, a dziesięciolatek niezdolny był do udźwignięcia go samemu.
Mistrz przyciągnął do siebie Naruto, obejmując go w swoich silnych, zdecydowanych ramionach. Pozwolił wypłakać się swojemu uczniowi. Chciał, by ulżyło młodemu geninowi, by poczuł się kochany i nie samotny. Chciał, by Naruto się uspokoił i przyjął wszystko częściowo, by zaczął udźwigać odpowiedzialność i te wszystkie uczucia na ramionach stopniowo, nie od razu.
Wciąż był młodszy od swoich kompanów o przynajmniej trzy lata i gorzej sobie radził z uczuciami, tym wszystkim, co przeciętny trzynastoletni ninja potrafił.
Ale jednocześnie, Corazon był dumny z Naruto, niemal jak ojciec ze swojego dziecka.
Gdyby nie szybka interwencja Naruto, jego jasność umysłu i instynkt przetrwania, Shinji i Sayuri byliby martwi. Gdyby nie to niby najsłabsze ogniwo Drużyny Czwartej, Corazon zostałby sam z wiadomościami o śmierci swoich podopiecznych w Drugim Etapie, które musiałby przekazać rodzinie Hanadao i Inazuma.
Corazon był niesamowicie dumny z faktu, że Naruto nie spanikował, nie poddał się, tylko od razu po przebudzeniu rozpoczął bieg o przetrwanie i życie swoich kompanów.
Lekarz powiedział Sarutobiemu, że gdyby Naruto przybyłby tu trzy minuty później, Shinji'ego już nie dałoby się uratować. Z Sayuri to inna sprawa, bo doznała obrażeń zewnętrznych, a żadne jej organy nie zostały uszkodzone. Ale Shinji, przez truciznę, mógł zginąć lub zostać sparaliżowany do końca swojego życia, przywiązany na stałe do wózka. A jednak, wystarczą trzy tygodnie, by Shinji doszedł do siebie, a większość oparzeń Sayuri zniknie. Trzy tygodnie to była mała cena, w porównaniu do pełnego uzdrowienia i zarówno mistrz Corazon, jak i Naruto zdawali sobie z tego sprawę.
Trzy tygodnie i będą mogli wrócić do Konohy, do domu, do swoich codziennych obowiązków.
Do swojej rodziny, nieważne czy przybranej, czy nie. Rodzina jest rodziną.
- Już, już, spokojnie Naruto. – Sarutobi przejechał dłonią po włosach swojego ucznia, w duchu błagając o to, by blondyn doszedł wkrótce do siebie. Jounin rozumiał, co działo się w umyśle, sercu i sumieniu Uzumakiego, więc starał się uspokoić jak najbardziej chłopaka. To pomagało najbardziej; na drugim miejscu była poważna rozmowa i wyzbycie się winy oraz żalu, strachu.
Wkrótce szloch Naruto zmienił się w ciche chlipanie, które prawie całkiem znikło. Uzumaki odsunął się od Corazona-sensei, wyrywając się z niedźwiedziego uścisku swojego mistrza. Starał się ponownie wyrównać płytki i nieregularny oddech. Całe jego ciało pulsowało lekkim bólem, a niektóre z kończyn wciąż były bezwładne dla młodego shinobi.
- Słuchaj uważnie, Naruto – Głowa Uzumakiego podniosła się ku górze, a jego zaczerwienione oczy wpatrzone były w te, niemal koloru tak ciemnego jak czekolada, oczy Sarutobiego Corazona. Jounin kontynuował, widząc że zwrócił na siebie uwagę młodego genina – Nie płacz, dobrze? Spokojnie, oddychaj. Powiedz mi jeszcze raz, co się stało. Spokojnie, nie musisz tego robić od razu.
Więc Naruto opowiedział, tym razem wolniej i bez jąkania się, choć przerywał raz po raz, aby zaczerpnąć powietrza, bądź powstrzymać łkanie, utkwione gdzieś w jego gardle. Powiedział o ich sojuszu z Drużyną Szóstą, powiedział o zdobyciu drugiego Kręgu, powiedział o nocnej warcie i o napastnikach z Kiri i Taki. Opowiedział o ich ucieczce, ranach oparzeniowych Sayuri (choć tutaj aktualnie załkał po raz kolejny. Czuł się winny, bo przecież on również miał swój udział w zranieniu Sayuri). Opowiedział o wielkim, oblepionym fioletową substancją sztylecie, wbitym w nogę Shinji'ego.
Opowiedział o tym, co pamiętał z wydarzeń na polanie.
- ...widziałem tylko czerwień, sły...-słyszałem krzyki, a potem była tylko ciemność - Kończył swą opowieść, patrząc smutno na swojego mistrza. Myślał, że Corazon-sensei będzie zawiedziony, zażenowany, znienawidzi go, bo jest potworem, ale mistrz tylko patrzył na niego ze współczuciem, politowaniem. Sarutobi doskonale rozumiał uczucia Naruto. Na ramionach Uzumakiego spoczywała odpowiedzialność tak wielka, że niektórzy dorośli nie wytrzymaliby jednego dnia w jego skórze. - Sensei? B-bo później... Obudziłem się gdzieś, gdzie były ścieki i kraty.
Sarutobi zamarł, a uśmiech z jego twarzy natychmiastowo zniknął. Naruto zobaczył to i przekręcił się w łóżku, z każdą chwilą czując coraz większy dyskomfort. Powiedział coś nie tak?
- I była pieczęć... a za kratami był ch-chyba Demon...?
- Naruto, odpocznij. Zostawimy to na później, dobrze? – Uśmiechnął się i palcem wskazującym dotknął mostka na tułowiu Naruto i delikatnie odepchnął go, sprawiając że genin z powrotem opadł na miękkie, puchowe poduszki. - Nie przejmuj się teraz. Jestem z ciebie dumny, bo dzięki tobie, Shinji i Sayuri żyją, ty żyjesz i ja żyję. Ktoś by mnie zabił, gdybyś ty umarł, więc wiesz... - Zaśmiał się delikatnie, czochrając niesforne włosy Naruto. - Obiecuję, że wszystko wyjaśnimy, Hokage wraz ze mną. Dowiesz się wszystkiego, a teraz prześpij się. Wiesz, że przeszedłbyś do Trzeciego Etapu? Niestety, już odbyło się losowanie. Spróbujemy za sześć miesięcy, okej?
Uzumaki skinął głową i uśmiechnął się, chyba po raz pierwszy od tamtego pamiętnego poranka, czwartego dnia Egzaminu. Może to i nie był jego największy wyszczerz, ale w tym momencie nie potrafił się zdać na coś innego, niż tylko mały uśmieszek.
Leczenie Shinji'ego i Sayuri zajmie trzy tygodnie, ale leczenie świeżych, krwawych mentalnych ran Naruto, powstałych wskutek wydarzeń minionych czterech dni, potrwa o wiele dłużej i będzie wymagało o wiele więcej uwagi i obecności najbliższych mu osób.
Gdy Shinji obudził się, jedyne co przychodziło mu do głowy, to Cholera.
Wszystko go niemiłosiernie bolało, w ogóle nie wspominając o tym, że nie umiał sam oddychać. Sfrustrował się od razu, kiedy wymacał tę znienawidzoną, zieloną maskę, znajdującą się na jego dolnej części twarzy.
Nienawidził szpitali, białych łóżek, ścian i podłóg, tego okropnego, sterylnego zapachu i wszystkiego, co związane jest z chorymi. A już w szczególności nienawidził siebie, podłączonego do wszystkich możliwych maszyn, umożliwiających mu przeżycie.
Była noc, na co wskazywały zgaszone światła i ogólna cisza, przerywana tylko pikaniem trzech maszyn.
Chwila… Trzech?
Nawet poruszenie oczami było nieznośnie bolesne, ale genin znalazł w sobie siłę, aby obrócić głowę w prawą stronę, skąd dochodziły dźwięki jeszcze dwóch innych maszyn, niż tych przy szpitalnym łóżku Shinji'ego.
Maszyna monitorująca bicie jego serca wydała z siebie szybsze dźwięki. W słabym świetle księżyca, które padało przez okno po drugiej stronie, nie było widać zbyt wiele, ale przez wszechobecną biel, Shinji rozpoznał osoby leżące na dwóch sąsiadujących łóżkach.
Twarz Naruto była spokojna, może nawet dziwnie spokojna, jak na nadpobudliwego blondyna. Czoło miał zabandażowane, wraz z rękami, opierającymi się o kołdrę. Oddychał normalnie i spał, jak gdyby bez zmartwień na całym świecie. Jego poplątane, jasnoblond włosy jak zwykle były w nieładzie. Gdyby mięśnie na twarzy Shinji'ego współpracowałyby z nim, chłopak byłby uśmiechnięty.
Beztroski Naruto zawsze poprawiał mu humor, a tutaj byli bezpieczni.
Wzrok genina przeniósł się na ostatnie łóżko, które akurat było przy oknie. Shinji rozpoznał miedziane (widocznie obcięte ze spalonych kosmyków) włosy swojej najlepszej przyjaciółki; wszędzie by je rozpoznał.
Aktualnie Sayuri leżała na boku, plecami do niego i owinięta kocami oraz kołdrą, ale Shinji czuł, że wszystko jest w porządku. A przynajmniej na razie.
Nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku, gdy sylwetka Sayuri się poruszyła i przewróciła na drugi bok, twarzą do niego. Shinji obserwował, jak w zwolnionym tempie.
Sayuri wyglądała jak mumia. Jedyne, czego nie miała zakryte bandażami, to lewe oko, uporczywie wpatrujące się w zmęczone oczy chłopaka. Shinji przyłapał siebie na myśleniu, jakim cudem, przez co, oddycha jego przyjaciółka.
Trwali tak przez chwilę, w ciszy i bezruchu, dopóki Sayuri nie usiadła na swoim ciepłym łóżku. Maszyna przy niej zapiszczała, ale szybko wróciła do pierwotnego stanu. Sayuri wysunęła nogi spod kołdry i Shinji zauważył, że Inazuma faktycznie wygląda jak mumia.
Cała w bandażach.
Dziewczyna ostrożnie stawiała kroki, przesuwając za sobą kroplówkę i śmieszną maszynę, której nazwy nie znała. Dotarła do Shinji'ego i uśmiechnęła się lekko pod bandażami, wyglądając niczym Momochi Zabuza.
Przysiadła na skraju łóżka swojego przyjaciela, który skrzywił się widocznie. Nawet drobny ruch materaca sprawiał mu ból, ale Sayuri powiedziała krótkie „ciiiii", patrząc się w stronę śpiącego Naruto. Shinji skinął niewidocznie głową.
- Śmiesznie wyglądasz – powiedziała mu, na co Shinji tylko przewrócił oczami. Nie potrafił się odezwać przez suchość i ból w gardle, ale wiedział, że Sayuri ma coś jeszcze do powiedzenia. Ona zawsze miała. – Wiesz, gdyby nie nasz kochany Naruto, nie byłoby cię tu. – Jej ton posmutniał, tak samo jak jej ekspresja. Gdyby nie Naruto, oni oboje byliby już martwi. Najmłodszy z nich uratował życie całej trójce, w siebie to wliczając. Oczy dziewczyny powędrowały do środkowego szpitalnego łóżka – Corazon-sensei powiedział, że Naruto obudził się pierwszy, trzy dni po Piątym Dniu i jak zasnął ponownie, to śpi aż do teraz. – Spojrzała wielkimi oczami na swojego przyjaciela i pierwszą sympatię. Uśmiechnęła się lekko. – Jest dziesiąty dzień po Egzaminie. A może raczej już jedenasty? – Zastanowiła się, pocierając swoją zabandażowaną brodę. – Chyba północ już minęła. W każdym razie, za całe dwanaście dni będziemy w domu. Wspaniale, nieprawdaż?
Shinji odpowiedziałby, że tak, to wspaniale, ale nie odezwał się, wiadomo z jakich przyczyn. Zamiast tego, tylko pokiwał głową, a jego myśli powędrowały do momentu, w którym stracił przytomność.
Sprawa rozwiązana: obudził swoje kekkei genkai, Hyōton.
Sprawa nierozwiązana: jakim cudem Naruto uratował ich przed pozostałymi ninja Kirigakure?
Cześć, miśki.
Przepraszam za takie opóźnienie, ale (uwaga, nie będę używać głupich i bezsensownych wymówek, w tym usprawiedliwiać się brakiem weny) szkoła trochę zwaliła mi się na głowę. Wracałam codziennie przynajmniej po siedemnastej do domciu, ale spędziłam cały piątek, sobotę i niedzielę na napisanie tego, w międzyczasie robiąc jakieś typowe czynności (na przykład pojechałam na urodziny do kuzyna czy coś).
Ogólnie, to następny rozdział będzie naprawdę długi. Wspominałam o pewnym projekcie, tak? To ten projekt zostanie włączony do tej historii. Jej!
Dziękuję wszystkim za komentarze. Nie będę osobiście wymieniać wszystkich tutaj, ale może wystukam jakąś prywatną wiadomość do każdego, kto nie jest anonimem :')
Jeszcze raz przepraszam, że tak późno pojawił się rozdział. Wybaczycie mi, prawda?
Komentujcie, obserwujcie, dodajcie do ulubionych!
Trzymajcie się ciepło,
Megan Routh
18.03.2016r. - UWAGA! Poprawiłam rozmowę końcową Corazona i Naruto. Mam nadzieję, że ta bardziej się spodoba.
