"Za pierwszym razem"

Rozdział VII: Preludium

Napisane przez: M.R.


- Jesteś tego pewna? Twoje włosy są cudowne. Szkoda byłoby je obciąć.

Sayuri zacisnęła powieki, gdy drobnej budowy fryzjerka zawisła nad nią ze srebrnymi nożyczkami w dłoniach. Pomiędzy palcem wskazującym, a serdecznym trzymała jej miedziane, krótkie kosmyki, których połowy wkrótce miały odczepić się od jej głowy na zawsze. Sayuri wzięła głęboki oddech, niemal pewna tej decyzji jak nigdy dotąd. Uśmiechnęła się lekko i pokiwała delikatnie głową, otwierając oczy.

Fryzjerka nie wydawała się być zadowolona z tej decyzji (bardzo mało kobiet-ninja miało tak świetne, zadbane włosy i szkoda byłoby je ściąć), więc z niechęcią zacieśniła swój chwyt na srebrnych, fryzjerskich nożyczkach i powoli zaczęła pozbywać się kosmyków, skracając włosy Sayuri.

Czas na zmiany.


- Wow.

Tyle zdołał wydukać zszokowany Shinji, gdy zobaczył Sayuri wychodzącą od fryzjera w jakieś losowej uliczce Kirigakure. Jej włosy były nawet krótsze od jego czarnych, przydługawych włosów. Kunoichi wyglądała jak typowy tomboy, chłopczyca, choć ten miedziany, rudawy kolor wciąż pozostawał niezmienny, za co Shinji dziękował bogom.

Sayuri przewróciła oczami i założyła ręce na klatce piersiowej, przekładając ciężar ciała z lewej nogi na prawą. Niecierpliwie tupała małą stopą, czekając aż jej najlepszy przyjaciel napatrzy się na nią i jej nową fryzurę. Choć nie było to coś wielkiego, Sayuri wyglądała zupełnie inaczej w krótkich włosach i wielkiej bliźnie po oparzeniu, zdartej skórze, która pozostała na lewej i kawałku prawej części jej twarzy.

Może i miała widoczną bliznę w miejscu, w którym nic się nie ukryje, ale to tylko dowodziło jej odwagi i doświadczenia, przeżyć i uczuć, traumatycznych zdarzeń i wspomnień. Wydoroślała, wkroczyła w kolejny stan swojego (jak na razie) krótkiego życia. Zmieniła się nie tylko pod względem psychiki i emocji, lecz także fizycznie. Przez dość długi pobyt w szpitalu kondycja jej, Naruto i Shinji'ego zmalała trochę, aczkolwiek było to do przewidzenia.

Mistrz przecież nie mógł wymagać od nich treningów, gdy ci leżeli w łóżkach, niezdolni do poruszania się bez bólu czy jęków. Nie, Corazon-sensei doskonale wiedział, że to byłaby przesada, wręcz tortury.

Zwłaszcza po tym, co przeszedł Naruto, wciąż niestabilny emocjonalnie i psychicznie. Musieli wyleczyć go, nim rozpoczęliby podróż powrotną do Konohy, gdyż w takim stanie Naruto nie był zdolny do pełnienia swoich obowiązków, a co za tym idzie, do rewizji i przesłuchania, które prowadziłoby do zawieszenia i wydalenia z oddziałów ninja w Konosze. Byłoby to tylko niczym zabranie marzenia Naruto, doprowadzenie do katastrofy i załamania się małego blondyna.

Ani Corazon-sensei, ani Shinji i Sayuri nie byli głupi na tyle, by nie zobaczyć, co się dzieje z najmłodszym członkiem Drużyny Czwartej. Jego uśmiech nie był tak wesoły, jak kiedyś (Sayuri mogłaby przysiąc, że czasem był wymuszony przez Naruto).

W nocy Naruto często miewał koszmary; wiercił się w łóżku, mamrotał niestworzone rzeczy (Zostaw ich! Wynoś się! Nie!), czasem wrzeszczał na całe gardło i budził się z krzykiem, rozglądając się wokół. Zawsze wtedy ocierał zimny pot z małego czoła i próbował ponownie zasnąć, choć gołym okiem widać było, że boi się. Boi się spać. Boi się tych wszystkich koszmarów i powtórek z owego pamiętnego ranka, bo we śnie wracało wszystko, bez wyjątku.

To było najstraszniejsze dla Naruto.

Ale Shinji, Sayuri i Mistrz pomagali blondynowi, swojemu przyjacielowi, niezbędnemu członkowi drużyny jak tylko mogli, na wszystkie dostępne sposoby. Raz było to rozluźnienie napiętej atmosfery jakimś drobnym żartem lub dyskusją, raz była to poważna rozmowa twarzą w twarz, sam na sam, a raz nawet dziecinne zachowanie, krótka beztroska, nikomu nieszkodząca zabawa. Naruto potrzebował ich. Potrzebował zaufania, miłości, ciepła, uśmiechów, radości, pocieszenia, rodziny.

A przede wszystkim, Naruto potrzebował czasu.


Kap. Kap. Kap.

Pierwsze łzy poleciały, gdy Sayuri zobaczyła na horyzoncie zamazane, niewyraźne i całkiem malutkie, choć wciąż możliwe do rozpoznania, sylwetki swoich rodziców: wiecznie troskliwą matkę oraz wiecznie zmartwionego, lecz czasem wyluzowanego ojca. Byli już na prostej drodze do Północnej Bramy, największej ze wszystkich czterech, majaczącej się gdzieś w oddali. Przy czerwonych, wysokich słupach podtrzymujących konstrukcję stała budka, obstawiona przez dwóch chūninów-strażników.

Sayuri często zastanawiała się, dlaczego do tak ważnego zajęcia, jak pilnowanie bram wioski, powoływano zwykłych chūninów. Dziewczyna rozumiała, że wielu ninja z wyższą rangą miało więcej ważniejszych obowiązków i czynności do wykonania niż pilnowanie wejścia do Konohy, lecz Sayuri sądziła, że Hokage powinien podejść do tego bardziej na… poważnie.

Ale cóż, to nie jej decyzja.

Wracając do budki: obok owego, jakże małego, kremowego budynku stało kilka osób, jednakże ich sylwetek nie dało się rozpoznać z tej odległości (a przynajmniej Shinji nie potrafił. Głupia wada wzroku). Oczy Naruto zaszkliły się, gdy tylko zobaczył machającego i krzyczącego coś Irukę, palącego swoją starą fajkę Hokage oraz Pana Teuchi'ego i Ayame, lekko uśmiechających się. Nie mogąc się powstrzymać, blondyn wybiegł na spotkanie z nimi, tak samo jak zrobił po chwili Iruka, domyślając się zamiarów swojego młodszego braciszka.

Spotkali się teoretycznie w połowie, znajdując się w swoich objęciach, pośród łez, potu i cichych, tłumionych pochlipywań.

Prawdą było, że Iruka był cholernie zmartwiony. Gdy podczas zajęć, trzy dni po drugim etapie egzaminu, zobaczył z okna Akademii nadlatującego do Wieży Hokage orła-informatora z emblematem Wioski Liścia i małym symbolem Kirigakure, Umino naprawdę się zmartwił. Najpierw myślał, że ten szybki drapieżnik przestworzy miał przekazać zwykły pisemny raport, lecz jego zdanie zmieniło się, gdy członek składu ANBU pojawił się na jego lekcji, zapraszając do gabinetu Hokage.

Z jednej strony chūnin był uszczęśliwiony, gdyż niektórzy z jego uczniów po raz pierwszy zobaczyli Specjalnego Shinobi, lecz z drugiej strony Iruka miał przeczucie, że coś naprawdę złego się stało. I, jak się okazało, nauczyciel nie mylił się ani trochę, ufając swoim przeczuciom.
Hokage oznajmił mu, państwu Inazuma i pani Hanadao o sytuacji, która zaistniała podczas poranka tego pamiętnego dnia. Jako, że każdy w tamtym pomieszczeniu wiedział o statusie Naruto jako Jinchūrikiego, Sarutobi Hiruzen poinformował również o nagłym wybuchu chakry Kyūbiego i prawdopodobieństwu, że niemal niezniszczalna pieczęć Yondaime została w jakiś nieznany przez nikogo sposób naruszona.

Po tym spotkaniu Iruka był wręcz załamany.

On wiedział.

Wiedział, że na tym Egzaminie stanie się coś złego. Wiedział, że jego braciszkowi może się coś stać, coś okropnego. Wiedział, że zbyt młody Naruto, zbyt niedoświadczony i nieodpowiednio przygotowany może doznać jakiś obrażeń.

Wiedział, że to był zły pomysł.

Jednak nie mógł się skarżyć. Ostateczna decyzja należała do Corazona, druga najważniejsza do jego geninów i ich opiekunów. Iruka nie potrafił wypowiedzieć się w tej sytuacji; nikt i tak by go nie posłuchał.

A teraz, dokładnie w tym momencie był razem z Naruto, wtulonym w jego koszulkę. Iruka wziął parę dni urlopu, zaraz po tym, gdy kolejny posłaniec Hokage dostarczył mu wiadomość o datcie powrotu Uzumakiego do Konohy. Umino nie zastanawiał się długo, prosząc Mizuki'ego o to, by zajął się w tym czasie zajęciami i nieznośnymi dzieciuchami w Akademii. Będąc chwilowo zwolnionym ze sprawowania swoich szkolnych obowiązków, Iruka mógł czekać pod bramą jak długo chciał.

Choć nie trwało to aż tak długo. Stanął przy bramie koło siódmej rano, a Naruto i reszta jego drużyny przybyli krótko po dwunastej.

- Iruka…! – Małe rączki Naruto zacisnęły się na jego koszulce jeszcze mocniej, przez co chūnin ledwo powstrzymał ciągle napływające do jego oczu łzy. Tęsknił za Naruto, tęsknił za jego uśmiechem, wesołą osobowością i entuzjazmem.

A teraz ten uśmiech, ta radość życia jego przybranego braciszka miała zostać mu zabrana.

Trzy dni po przybyciu pierwszego pocztowego orła, do Konohy wleciał drugi, z dokładnie takimi samymi czarno-brązowymi piórami, zakrzywionym dziobem i ciemnymi, zwężonymi ślepiami. Jak się później okazało, ten ptak niósł wiadomość o stanie psychicznym Naruto i raport o wydarzeniach rozegranych podczas drugiego etapu Egzaminu. Oczywiście, Iruka został ponownie wtajemniczony w ściśle tajne informacje, lecz tym razem nie mógł tego wytrzymać i zemdlał.
Umino bał się, że po tych traumatycznych przeżyciach i wydarzeniach Naruto zamknie się na świat, stanie się niestabilny psychicznie, odetnie się od emocji, będzie chłodny i zimny, zupełnie niczym Uchiha Sasuke.

Iruka bał się, że Naruto po prostu się zmieni.

Na zawsze i nieodwołalnie.

Mimo jego pesymistycznych myśli i prawie dziewięćdziesięciu procentom szans na pozostanie w stanie szoku i nienawiści do świata, Naruto był sobą.

Shinji przeklinał swój zły wzrok. Następnie przeklinał swoje włosy, zasłaniające mu wizję. Później przeklinał gips na całej długości swojej nogi (tej, w którą został zraniony). A jeszcze potem przeklął kule, rzucił je w bok i również wybiegł (tak szybko jak człowiek z gipsem na nodze może biec) na spotkanie swojej młodszej, zapłakanej siostrze Rebecce, która nie mogła się powstrzymać, tak samo jak Iruka.

Rebecca zarzuciła ręce na jego szyję i wpadła na niego, przez co spowodowała ich upadek na ziemię. Shinji skrzywił się niewidocznie przez kontakt pleców z kamienistą, nierówną ziemią, ale czując ciepło swojej siostry i dotyk jej skóry, chłopak nie mógł się powstrzymać. Obiecał sobie, że nie będzie płakał, lecz tej obietnicy dotrzymać nie mógł. Poczuł na swojej twarzy ciepłe łzy Rebekki zmieszane z jego łzami. Nabawił się strachu podczas tego egzaminu, oczywiście. Zwątpił w siebie, przeraźliwie się bał, lecz nie poddał się; adrenalina, powstała wskutek pościgu nie pozwalała mu na jakiekolwiek wątpliwości w tamtej chwili. Wiedział, że musiał uciekać, walczyć o przetrwanie, wdrapać się na szczyt, aby nie zostać zniszczonym, zjedzonym przez „drapieżników".

Wiedział, że musiał po prostu przetrwać.

Shinji doskonale znał swoje miejsce w świecie. Był zwykłym geninem; kimś, kto może łatwo umrzeć, jeśli będzie lekkomyślny. Był zwykłym trzynastolatkiem; kimś, kto dopiero poznał świat od tej strony, od której nie chciał. Był zwykłym chłopcem; kimś, kto tak samo jak Naruto nie znosił śmierci, umierania i zabijania.

Był dzieckiem.

Ale Shinji wiedział, że on nie ma najgorzej; przecież jego matka opiekuje się nim i Rebeccą. Rebecca żyje z nimi spokojnie i kształci się na kunoichi. Mieli dach nad głową, kekkei genkai do odblokowania, dobrą opinię publiczną i spokojne życie. Shinji nie mógł prosić o nic więcej; w porównaniu do Naruto, Shinji miał doskonałe życie. W porównaniu do Naruto, Shinji był szczęśliwy.

Ale wciąż, starszy chłopak był jak brat dla Naruto. Młody genin przeżył więcej niż ich trójka razem wzięta jednej nocy i Shinji chciał być teraz dla Uzumakiego, gdy ten potrzebowałby go.

Prawdą jednak było, że Naruto borykał się ze swoimi problemami i traumą- okropną, niechcianą znajomą –która nie dawała wytchnienia, która nie miała przerw i nie dawała odpocząć.

Shinji wiedział, że ktoś go potrzebował. Naruto go potrzebował. Sayuri go potrzebowała. Mistrz Corazon go potrzebował.

Rebecca go potrzebowała.

Dlatego teraz leżał tu, przyciągał do siebie płaczącą siostrę, szeptał słowa ukojenia do jej ucha, uśmiechał się lekko i wiedział, że jest potrzebny. Był szczęśliwy, bo przeżył. Płakał łzami szczęścia, bo Był wdzięczny, bo został uratowany.

Niezmiernie wdzięczny za niezwykły, bezcenny dar życia.

Sayuri powinna być tą bardziej niecierpliwą, wybuchową i wrażliwszą niż Shinji, lecz wciąż to właśnie ona spokojnie dotarła do swoich rodziców, bez żadnych biegów, krzyków czy upadków. Mimo to, po policzkach dziewczyny spływały ciepłe, słone łzy. Katsumi, Takeshi i Sayuri objęli siebie nawzajem i po prostu cieszyli się swoim towarzystwem, cieszyli się tym, że żyją. Mimo skróconych włosów, mimo tych wielkich ran na twarzy i rękach, mimo tych oparzeń i zdartej skóry, Sayuri była zdrowa, a co najważniejsze – żywa. Z tego najbardziej cieszyli się jej rodzice, także ninja, bo nawet gdyby Sayuri przyjechałaby na wózku, dziewczyna byłaby żywa.

A to najbardziej się dla nich liczyło, najbardziej wchodziło w rachubę, było zwyczajnie najważniejsze.

Ich córka żyła. Teraz wreszcie mogli odetchnąć, uśmiechnąć się i żyć dalej.


Zardzewiałe i dziurawe drzwi zaskrzypiały, po czym uchyliły się szerzej pod wpływem nacisku małej, aczkolwiek silnej dłoni. Było to niby nic nieznaczące skrzypienie, lecz w nocy, gdzie wszelkie dźwięki cichły, ludzie powoli ulatniali się z ulic, a życie zamierało na czas księżyca, ten wydawany przez drzwi dźwięk brzmiał niczym krzyk pośród gór. W mieszkaniu było ciemno; żadne światła nie były włączone, rozbite żarówki walały się gdzieś po kątach, a nawet poświata księżyca nie przebijała się przez rolety w oknach. Gruba warstwa kurzu spoczywała na podłodze, meblach, kanapie i wielu innych rzeczach.

Ktoś ostrożnie zdjął buty i przeszedł do salonu, po drodze omijając walające się wszędzie kawałki szkła, czy inne zniszczone rzeczy; błękitna ściana, niegdyś cała ozdobiona ramkami, świetnymi rysunkami i zdjęciami radosnych osób wydawała się być wyblakła. Biała linia, pociągnięta przez dwie ściany w tymże pokoju, nie była już nawet biała pośród ciemności. Kurz również osadził się na zniszczonych ramkach, stłuczonych antyramach, potarganych obrazkach i rysunkach, oraz gwoździach rozrzuconych po całej długości wyrwanych paneli. Wyglądało tu zupełnie, jakby ktoś włamał się tutaj, w napadzie szału i frustracji zniszczył wszystko, wybiegł z domu i już nigdy nie wrócił. Rozległo się ciche westchnienie, które, tak jak skrzypienie, brzmiało naprawdę głośno. Plecak, właśnie rzucony w kąt, rozwiał jakąś część podłogowego pyłu, który zawisł w powietrzu.

Chłopak nie mógł powstrzymać się i kaszlnął głośno.

Jego mieszkanie było w okropnym stanie, to mógł stwierdzić. Mimo iż nie było go trochę ponad miesiąc, jego lokum przypominało starą wersję tego mieszkania, tylko w dodatku jeszcze zniszczoną. Wyglądało na to, że grupa ludzi włamała się do tego miejsca (co by oczywiście wyjaśniało dziury w drzwiach), zrujnowała mu mieszkanie i wyszła, nawet nie zamykając za sobą.

Wiedział, że to właśnie było jego życie.

Miał już na zawsze pozostać tym potworem, który nie robi nic więcej, niż tylko niszczy, zabiera, nienawidzi, unicestwia, żyje. Wiedział, że, mimo iż sam się na to nie pisał, tak właśnie miało pozostać do końca jego egzystencji.

Bo ludzie go nienawidzili.

Ludzie… Ludzie to okrutne stworzenia. Naruto rozumiał to bardziej doskonale niż ktokolwiek inny.

W końcu który dziesięciolatek w Konosze mógł pochwalić się tym, że zabił pięciu ludzi?


Naruto spojrzał ze zmrużonymi oczami na wnętrzności swojego łóżka, które zostało zmasakrowane, zupełnie jak jego inne własności. Pierze z poduszek przykrywało niemal całą podłogę, ustępując miejscu tylko kurzowi. Chłopak schylił się i podniósł rozbitą figurkę, podarowaną mu przez Irukę na jego dziewiąte urodziny. Figurka ogółem nie była jakoś doskonale zrobiona, lecz przedstawiała ona Czwartego Hokage, jego idola i autorytet, więc naturalnym było, że znaczyła dla niego wiele, miała wielką wartość.

Teraz była zupełnie roztrzaskana.

Uzumaki spojrzał na nią oczami wyprutymi z emocji i zacisnął dłoń w pięść. Spomiędzy jego palców wypłynęła czerwona, gęsta ciecz, którą Naruto długo nie zapomni; krew.

Blondyn wyciągnął z plecaka śpiwór i doczłapał do zniszczonej kanapy w salonie. Położył się na błękitnej sofie, przykrył śpiworem i zamknął oczy. Obrazy natychmiastowo pojawiły się przed jego oczami, więc, próbując o tym nie myśleć, Naruto drgnął i zasnął snem nerwowym, niespokojnym i pełnym koszmarów.


Pierwszy dzwonek w tym semestrze, zwiastujący nadejście kolejnego roku nauki i koniec miesięcznej przerwy letniej, rozbrzmiał na całej długości budynków Akademii Konohy. Uczniowie, mniej lub więcej starsi, wtłaczali się do pomieszczeń po wysłuchaniu krótkiej, acz determinującej mowy Hokage, zajmowali swoje miejsca i szykowali się mentalnie na naukę. Słońce tego dnia wyjątkowo przyświecało w górze i zachwycało swoim ciepłem. Pojedyncze, białe chmury dryfowały na błękitnym niebie, powoli znikając w przestrzeni.

Cień był jedynym ukojeniem, zabezpieczeniem przed upałem.

To właśnie w cieniu wielkiego drzewa, rosnącego naprzeciwko głównego wejścia do Akademii, wisiała stara, drewniana huśtawka, znajdująca się tam od wielu lat.
Huśtawka ta nie była czymś wspaniałym; ot co, dwa kawałki sznurka i pomalowana deska, lecz wciąż była dobrym miejscem dla potencjalnego obserwatora.

Naruto delikatnie odpychał się od ziemi, wprawiając w ruch huśtawkę. Patrzył pustym wzrokiem na wejście do Akademii, czekając aż Iruka skończy swoją przemowę i wyjdzie z wielkiego budynku.

Uzumaki dzisiaj akurat miał dzień wolny od wszelkich obowiązków; dzisiaj nie było żadnego treningu, spotkania, czy misji rangi D. Dzisiaj mógł zrobić co tylko zechciał; czy to iść na zakupy, czy to spotkać się z przyjaciółmi, czy to zostać w domu i poczytać coś. W jego przypadku pozostało na tym, że odprowadzi Irukę do jego domu, wróci do swojego mieszkania i zacznie ponownie rysować.

W pewnym sensie rysowanie pomagało mu. Naruto nie wiedział, jak wiele obrazów wielkich, krwistoczerwonych oczu już narysował, ile szkiców olbrzymiego lisa schował w szufladach, ile tego miał. Nie wiedział; ale nieprzerwanie rysował, dając ujście swojemu cierpieniu, tymczasową ulgę. Pomagało mu to, a to wystarczyło.
Nim się obejrzał, minęła godzina. Dzwonek ponownie zabrzmiał, mówiąc o końcu spotkaniach z uczniami. Tak jak Naruto przewidział, dzieci starsze i młodsze zaczęły wylewać się z budynku, przeciągając się po nudnej mowie, ciesząc się z każdego nowego kroku ku awansowaniu na ninja, lub wciąż marząc o tygodniu wakacji, ciepłych promieniach słonecznych i odrobinie przyjemności.

Jesienna rzeczywistość powoli wkradała się do serc mieszkańców Konohy, to trzeba było przyznać.

Naruto przerwał swoje rozmyślania, gdy zobaczył rozglądającego się i, jakoś dziwnie zmartwionego, Irukę. Stał on przy wielkiej, czerwonej bramie do głównego budynku i rozglądał się, osłaniając swoje oczy przed ostrym słońcem. Na twarz Uzumakiego wpłynął mały, delikatny uśmiech. Chłopak zeskoczył z huśtawki, zostawiając ją kołyszącą się, i wyszedłszy z cienia, doczłapał do Iruki, trzymając głowę w górze, a ręce w kieszeni pomarańczowych spodni. Ekspresja Umino zmieniła się natychmiast, gdy tylko zobaczył swojego młodszego braciszka; koszulka Naruto była zwykła, czarna, lecz młody genin nie założył swojego ochraniacza na czoło, znowu. Iruka miał wrażenie, że Naruto sądził, iż nie zasługuje, by nosić hitai-ate Konohy, że nie jest godny.

Egzamin na Chunina naprawdę zmienił wkrótce-jedenastolatka. Widać było gołym okiem zmiany w jego mowie ciała, zachowaniu, ekspresjach i postawie. Wszystko, co wydarzyło się w Sektorze Mrozu miało olbrzymi wpływ na jego psychikę i Iruka doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego też, gdy Naruto zbliżył się dostatecznie, starszy shinobi uściskał go mocno i uśmiechnął się lekko; Uzumaki był wciąż taki mały, że Iruka musiał się bardzo schylać.

Bardzo.

- Cześć, Iruka-kun – wyszeptał Naruto, oddając uścisk. Niesamowicie cenił sobie towarzystwo i czułość chunina, przez co nie chciał wyjść na niewdzięcznika; poza tym, te wszystkie gesty znaczyły teraz tak wiele…

- Witaj, Naruto. Co powiesz na ramen? – Blondyn uśmiechnął się, ku zdziwieniu Iruki, szerzej niż zwykle. Nauczyciel szybko ukrył swoje zaskoczenie i odwzajemnił uśmiech. Widok szczęśliwego Naruto zadowalał bardziej, niż jakakolwiek podwyżka, awans, czy cokolwiek innego.

Naruto był członkiem rodziny Umino; naturalne, że dorosły cieszył się z jego szczęścia równie mocno. Ten genin już taki był; wszędzie nosił ze sobą tę wesołą atmosferę, wpływał na ludzi i ich zachowanie.

Naruto naprawdę był kimś wielkim; kimś stworzonym do wielkich rzeczy.

- Poza tym, gdzie masz swój ochraniacz? Zgubiłeś go, czy coś?

Twarz Naruto wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia, lecz szybko wróciła do uśmiechu. Mimo to, Iruka zauważył tę zmianę, jednak, nie chcąc zamęczać chłopaka, nie skomentował tego.

- Nie, no coś ty! To było tak…

Naruto rozpoczął swoją opowieść i ciągnął ją aż do samego końca drogi do Ichiraku. Umino słuchał uważnie, z zaciekawieniem, chłonąc każdy szczegół opowieści. Naruto na chwilę wrócił do swojej dawnej osobowości, i właśnie z tego Iruka miał zamiar korzystać jak najwięcej.
Nie wiedzieli, że obserwuje ich grupa młodych ludzi, dokładnie w wieku Naruto.

Nic a nic nie wiedzieli.


Czwarty Kazekage Sunagakure nie miał w zwyczaju prosić.

O nie, Kazekage wolał rozwiązywać wszystkie sprawy samodzielnie, na własną rękę. Tak go nauczył jego ojciec, wujek, dziadek oraz każdy żyjący krewny płci męskiej. Kazekage wychował się w takiej rodzinie i tak miał zamiar wychować swoich synów. Żeby byli samodzielni, odpowiedzialni za siebie i silni już w młodym wieku.

Dlatego było to niezmiernym zaskoczeniem, gdy właśnie Czwarty Kazekage zwołał spotkanie Pięciu Kage. Co więcej, na spotkanie zaproszony został również gburowaty przywódca Takigakure, Isshō Hasu, który miał własne problemy, na przykład nadchodzącą w kraju rebelię, zdradę swojej córki, czy inne sprawy, związane ze śmiercią jego geninów na Egzaminie na Chūnina w Kirigakure.

Mimo to, Hasu musiał się pojawić, gdyż inaczej spotkanie nie odbyłoby się. Kazekage stawiał te warunki i nie miał najmniejszego zamiaru ich zmienić, czy iść na ugodę.

Zjazd ten miał odbyć się w Konosze, ze względu na silną gospodarkę wioski i najwyższe miejsce w rankingu wszystkich miast. W dodatku, Trzeci Hokage, Sarutobi Hiruzen, był jak na razie najsilniejszym Kage i zawsze starał się załatwiać wszystkie rzeczy oraz rozwiązywać konflikty metodą pokojową.

Konoha była więc idealnym miejscem do zorganizowania tak ważnego dla świata spotkania.

Ku zdziwieniu starego Sarutobiego, Kazekage przybył na umówione miejsce jako pierwszy (oczywiście, nie licząc samego Hokage. On musiał pojawić się pierwszy; to była w końcu jego wioska). Zazwyczaj Czwarty Kazekage przybywał jako jeden z ostatnich, uważając że pośpiech w takiej sytuacji jest niepotrzebny i bezsensowny. Teraz jednak dotarł na miejsce przed wszystkimi Kage, oprócz Hiruzena.

To było podejrzane dla Hokage, lecz przywódca Konohy szybko zajął swoją głowę innymi myślami, zbywając niepotrzebne podejrzenie.

To nie było tak, że Kazekage knuł na boku lub planował wielkie, naprawdę ważne dla jego wioski wydarzenie, prawda?


Kazekage pogładził w pośpiechu swoje długie, trochę zgniecione i zawinięte biało-niebieskie szaty, odchrząknął znacząco i poprawił rozłożysty kapelusz, nim wszedł z dwoma wysokimi ochroniarzami do przestronnego pomieszczenia, z okrągłym stolikiem na środku. Owe pomieszczenie faktycznie było duże; na tyle wielkie, iż zmieściłoby się w nim kilka zwykłych, wielorodzinnych domów. Dach zrobiony był ze szklanej kopuły, teraz przesłoniętej firankami i innymi nakryciami, by słońce nie świeciło obecnym w oczy, przez co panował półmrok. Przy okrągłym stoliku znajdowało się sześć zwykłych, brązowych krzeseł. Za każdym drewnianym krzesłem wisiała kotara z poszczególnymi znakami kanji, oznaczającymi, od lewej: ogień, wodospad, wodę, ziemię, błyskawicę i wiatr. Z pięciu drzwi na końcach pomieszczenia wyszli ludzie, również ubrani w podobne szaty, jak te od Kazekage. Za nimi także podążali ANBU, lecz szybko wycofali się, gdy szóstka ważnych osobistości zajęła swoje miejsca na niezbyt wygodnych, drewnianych siedziskach przy dużym stole. Kotary oddzieliły ich wszystkich od reszty olbrzymiego i pustego pokoju.

Rozległo się dziwne strzyknięcie, a Tsuchikage drgnął niekontrolowanie w swoim krześle i powstrzymał wielką chęć złapania się za krzyż w miejscu, w którym właśnie przed chwilą coś mu strzeliło. Hokage zapalił swoją nigdy nie niszczącą się fajkę, Raikage założył ręce na piersi, patrząc na wszystkich wilkiem, gdy Mizukage oparł głowę o swoją kościstą, starą dłoń.

Lider Takigakure nic nie powiedział, ale miał miękki, nieobecny wzrok, jakby był zagubiony w myślach. Kazekage odchrząknął, gotowy na poważną rozmowę, która wkrótce miała się odbyć.

Ale najpierw…

Kazekage sięgnął ręką do dziewięciu kopert, znajdujących się na stole. Otworzył pierwszą z nich, tę z numerem 1 i wyciągnął małe, zdecydowanie przestarzałe i nieaktualne zdjęcie czerwonowłosego chłopczyka z turkusowymi oczami, bez brwi. Chłopiec ów kurczowo trzymał misia w swojej lewej dłoni, przykładają rękę do pieczęci na swoim czole.

Czwarty odwrócił fotografię tak, by każdy zobaczył, co się na niej znajduje. Niektórzy bardziej nerwowi Kage zmrużyli podejrzliwie oczy na widok zdjęcia małego chłopca. Kazekage położył papierek na środku stołu i wziął kolejne dwie koperty, z numerem 2 oraz numerem 8.

Raikage roztrzaskał pięścią stół, gdy tylko oba zdjęcia zostały pokazane całemu zgromadzeniu. Jego czarne oczy świdrowały Kazekage z gniewem; A po prostu wiedział, że coś tu śmierdzi. I to bardzo.

- Skąd. To. Masz?! – wrzasnął wręcz, wstając ze swojego miejsca. Pozostali przywódcy spojrzeli przenikliwym wzrokiem na najbardziej niecierpliwego i wybuchowego mężczyznę w tym gronie, nabierając podejrzeń. Skoro złość nerwowego Raikage narodziła się tak szybko, to spotkanie zdecydowanie nie mogło skończyć się dobrze. Kto wie, co później mogło się stać?

- Drogi A, proszę dać mi dokończyć. – Mimo nagłego wybuchu złości Raikage, Czwarty Kazekage zachował zimną krew, trzymając obie fotografie w lewej dłoni. Trzeci Hokage wypuścił szary dym ze swojej starej fajki i westchnął cicho. – Pytania potem.

Z tymi słowami, przywódca Sunagakure odłożył dwa zdjęcia na środek stołu; jedno z walczącą dziewczyną. Miała ona blond włosy, upięte w warkocz, czarne oczy i przebiegły wyraz twarzy. Nie uśmiechała się, ale trzymała w mocno zaciśniętej dłoni zwykły kunai. Drugie ukazywało ciemnoskórego chłopca z kilkoma mieczami. Nawet z tymi czarnymi okularami, założonymi na nosie, łatwo było poznać, że jest spokrewniony z Raikage.

Być może to było przyczyną jego złości.

Oba zdjęcia zajęły miejsce obok podobizny czerwonowłosego chłopca. Kazekage sięgnął po kolejne dwie koperty, tym razem z numerami 4 i 5. Raikage warknął ostrzegawczo po raz ostatni i zajął z powrotem swoje miejsce obok Tsuchikage.

Stół pozostał tak, jak potraktował go silny, nerwowy mężczyzna – połamany.

Te dwa kolejne obrazy przedstawiały dwóch dorosłych mężczyzn; jednego z gęstymi, rudymi włosami, siedzącego na grzbiecie wielkiego stworzenia, a drugiego – bruneta, z przenikliwym wzrokiem, ubranego w czerwoną zbroję samuraja. Oczy Tsuchikage zwęziły się, ale Ootsuki nic nie powiedział, tylko przekręcił się niespokojnie w swoim siedzeniu, analizując każde następne posunięcie Kazekage.

Ootsuki nie wiedział, skąd przebiegły Czwarty Sabaku wpadł w posiadanie tak ważnych informacji, ale nie odzywał się. Pozostały jeszcze cztery zdjęcia.

Koperta trzecia zawierała zdjęcie małego blondyna z fioletowymi oczami oraz blizną, biegnącą przez jego twarz. W lewej ręce trzymał zielono-białą maskę ANBU, a w lewej – miecz. Szósta natomiast skrywała w sobie podobiznę wysokiego bruneta ze znudzonym wyrazem twarzy. Ubrany był w beżowo-białe kimono, na jego głowie spoczywała ta sama maska, którą trzymał numer Trzy; w ręce niósł małą fajkę.

Mizukage niemal zagotował się ze złości. W mig pojął, dlaczego A wybuchł tak szybko oraz czemu Tsuchikage zrobił się nerwowy i niespokojny. Trzeci spojrzał kątem oka na spokojnego, choć ukrywającego nerwy, Hokage.

Wreszcie dowiedzą się, kto jest Jinchūrikim Dziewięcioogoniastego.

Kazekage pozostawił dwa zdjęcia obok reszty i sięgnął po kopertę z numerem siedem. Przywódca Takigakure wiedział oczywiście, o kogo chodzi, ale nie dał po sobie tego poznać, nawet gdy obecnym ukazała się fotografia uśmiechniętej dziewczyny z krótkimi włosami koloru miętowego. Pozostawała tylko jedna koperta.

Dziewięć.

Tsuchikage nachylił się, gdy Kazekage rozrywał biały, nieskazitelny papier. Być może celowo robił to powoli, być może nie. W każdym razie, A również się niecierpliwił, tak samo jak Mizukage. Przedstawiciel Taki tylko siedział spokojnie w swoim krześle, czekając na rozwój wydarzeń.

Hokage, natomiast, powoli opuścił swoją fajkę na stół.

Wielu z Kage wstrzymało oddech na widok zdjęcia. Od razu było widać uderzające podobieństwo.

Mały chłopiec z niesfornymi blond kosmykami uśmiechał się wesoło do kogoś zamazanego w tle. W jego błękitnych oczach czaiły się radosne iskierki, a rumieńce na zabliźnionych policzkach i pot spływający po czole wyraźnie wskazywały na to, że w miejscu, w którym się znajdował, było stosunkowo ciepło. Ochraniacz ze znakiem Konohy na jego czole błyszczał w papierowym słońcu. Biała koszulka, z tak znanym na całym świecie shinobi znakiem klanu Uzumaki, była pognieciona i w niektórych miejscach przecięta. Postać chłopca wykonywała jakiś mało ważny gest rękoma, zwracający uwagę tylko Tsuchikage.

Nim Kazekage zdołał położyć zdjęcie na stole, obok innych, w sali rozpętało się prawdziwe piekło.


Cześć i czołem. Najpierw pragnę przeprosić za krótki rozdział i moją nieobecność; miałam egzaminy, oke. To na pewno nie była prosta sprawa, a jeśli doda się do tego szkołę i zajęcia dodatkowe, to wychodzi naprawdę mało czasu; ledwo na sen i jedzenie. Więc... przepraszam.

Dwa, rozdział krótki, bo to tzw. Preludium; nazwałabym to "Ciszą przed burzą". Nie martwcie się, postaram się, aby następny rozdział wyszedł stosunkowo szybko.

Hej, ktoś z was jedzie na Magnificon w Krakowie? Jak coś, to możecie mnie tam spotkać, więc wiecie, nie przegapcie okazji!

Jeszcze raz przepraszam i dziękuję za wszystkie komentarze, "ulubione" i obserwowania.

Miłej nocy!

M.R.