"Za pierwszym razem"

Rozdział VIII: Interludium

Projekt Kyuu

Napisane przez: M.R.


Chaos, tak nazwałby to Kazekage, gdyby zapytano się go, co wtedy działo się w olbrzymiej sali, w której odbywało się jakże ważne spotkanie. Jeden, wielki, cholerny chaos.

- CO TO MA ZNACZYĆ?! – Auć, bębenki w uszach wszystkich przywódców niemal pękły od głośności krzyków rozwścieczonego Raikage. Mizukage, niesamowicie mający dość tego całego spotkania, przyłożył dłonie do uszu i odczekał chwilę. Nieprzerwane wrzaski nie były czymś zdecydowanie przyjemnym, a biorąc pod uwagę wiek starego Mizukage, tu było jeszcze gorzej.

I to nie tak, że Kazekage nie próbował uspokoić ich; oczywiście, że próbował, lecz najwyraźniej ponownie przecenił możliwości zdenerwowanego Raikage w sprawie wytrzymałości jego strun głosowych.

Przywódca Sunagakure westchnął cicho i, dokładnie tak jak Mizukage, osłonił swoje uszy przed kolejnym krzykiem. Miał już tego kompletnie dość.

- Może wreszcie zakończymy tę bezsensowną kłótnię i zaczniemy omawiać temat jak należy?

Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku Starego Hokage, który właśnie wypowiedział te jakże mądre słowa. Tak samo jak Mizukage, Hiruzen był stary i ten cały wrzask wywołany przez znajome zdjęcia, które niewiadomo jakim cudem znalazły się w rękach przebiegłego Kazekage, psuł jego słuch i nie dość, że go irytował, to jeszcze przeszkadzał w myśleniu.

Raikage gniewnie zmarszczył brwi i miał zamiar odszczekać, gdy powstrzymała go mała, pomarszczona ręka Tsuchikage. Sam niski przywódca miał zamknięte oczy i neutralną ekspresję, lecz łatwo było zauważyć, że był rozwścieczony. Chyba wszyscy w tym pomieszczeniu się tak czuli (oczywiście oprócz Hokage. On nie miał się czym denerwować, tylko okropnie martwić).

- Hiruzen-dono ma rację. Wysłuchajmy, co do powiedzenia ma Kazekage-dono, bo te wrzaski prowadzą donikąd – W końcu powiedział, opuszczając swoją dłoń i rzucając ostanie ostrzegawcze spojrzenie najwyższemu mężczyźnie w pomieszczeniu i zwracając swój wzrok na rozluźnioną sylwetkę Kazekage, który wywołał to wszystko. Oczy Oonokiego były zwężone, przepełnione cichym zirytowaniem, złością i ciekawością. Wszystko to przez zdjęcia Jinchūriki, i to w dodatku dziewięciu z nich.

Rasa pokiwał głową do Tsuchikage i odkaszlnął, szykując się na nadchodzącą rozmowę z pięcioma wielkimi osobistościami świata shinobi, na którą szykował się już od dłuższego czasu. Napisał nawet jakąś tandetną przemowę, lecz niestety leżała ona zmiętolona w kieszeni jego szat. Stwierdził, że nie był to dobry pomysł, aby czytać coś z kartki. Straciłby wtedy szacunek od innych Kage i przywódcy Takigakure; w końcu każdy szanowany przywódca jest również doskonałym demagogiem i potrafi mówić do tłumu bez żadnych planów czy wstępnych przygotowań.

I Kazekage właśnie tak uważał.

- Pewnie każdy z Was zastanawia się, skąd i dlaczego posiadam te informacje, wraz ze zdjęciami – zaczął pewnie, tylko by zostać przerwanym przez czyjeś prychnięcie. Kazekage posłał zirytowane spojrzenie w stronę przywódcy Taki, lecz wspomniany mężczyzna nie powiedział nic – lecz nie o to chodzi mi dzisiaj w tym spotkaniu.

Sięgnął dłonią do kieszeni w swoich niestety pogniecionych uroczystych szatach i wyjął kolejne zdjęcie. Tym razem było ono nowsze, a przedstawiało nikogo innego, jak czerwonowłosego chłopca z poprzedniego zdjęcia; to jednak było inne. Jinchūriki Ichibiego był starszy, miał inne ubrania oraz inny wyraz twarzy. Wyrażał on wściekłość, szaleństwo, obłąkanie i wielki żal, nicość. Jego oczy były puste, zupełnie bez życia.

Hokage przyjrzał się temu i pozwolił swoim myślom odpłynąć trochę. Wszystko wskazywało na to, że młody Jinchūriki stał się Bronią Ostateczną Sunagakure – bezduszną maszyną do zabijania, bez litości i uczuć. Rasa trzymał wysoko głowę, nie dając ugiąć się pod spojrzeniami innych Kage.

- To jest Gaara, mój syn – zaczął, wzbudzając kolejną falę pomrukiwań i wyrazów zszokowania. Nie każdy Kage myślał, że nawet ten ostry i zazwyczaj okrutny Kazekage jest zdolny do czegoś takiego; zamknięcia demona we własnym synu! – Planowałem, by stał się asem Sunagakure no Sato, ostateczną bronią i doskonałym, idealnym shinobi, bez emocji i krzty zawahania. Wszystko było dokładnie przemyślane, ale… - Przerwał na chwilę, a jego dłonie zacisnęły się w pięści. Intencja zabijania zaczęła powoli wyciekać z ciała przywódcy, jednak nie ruszyła żadnego z obecnych tutaj mężczyzn. Kazekage kontynuował. – Gaara stał się bezemocjonalną maszyną do zabijania. Niszczy każdego, kto stanie mu na drodze i nie słucha nawet mnie. Stracił głowę, jest… po prostu szalony.

- I czemu mówisz to akurat nam? – Wszystkie głowy zwróciły się w stronę starego Mizukage, podpartego o swoje dłonie. Oczy Kazekage zwęziły się niebezpiecznie. – Tylko wyjawiasz nam stan swojego jedynego Jinchuuriki, a to daje nam szanse do zaatakowania twojej wioski. – Westchnął cicho i przez podejrzliwe spojrzenia dodał krótko – jeśli ktoś oczywiście by chciał.

Usta Kazekage wygięły się w cienką kreskę, a na jego zmęczonej twarzy zagościł mały, szyderczy uśmieszek.

- Och, więc to tak? – Odłożył zdjęcie czerwonowłosego chłopca na stół i powoli przesunął ręką na dwa zdjęcia, przedstawiające broń Kirigakure, sakryfikantów Trzyogoniastego i Siedmioogoniastego. – Nie zapominaj, że mam swoje informacje również o twoich „specjalnych ANBU". Wiedziałeś nawet, Mizukage-dono, że twoje „idealne narzędzia" ukrywały przed tobą fakt, że Jinchūriki Kyuubiego brał udział w ostatnim egzaminie?

Nagła cisza, która zawisła między wszystkimi Kage była niezmącona. Żadna mucha nie odważyła się ruszyć ani żaden strażnik z zewnątrz nic nie powiedział. Nagła fala intencji zabijania ogarnęła cały pokój, gdy stary przywódca wręcz zagotował się ze złości, nie wierząc w to, co oznajmił mu Kazekage.

- Że. Co. Proszę?! – krzyknął i wstał, opierając się mocno o okrągły stół. Ledwo powstrzymał chęć natychmiastowego rzucenia się na Rasę, będąc przytrzymywanym przez rękę małego, choć nieugiętego i silnego Tsuchikage oraz przez Issho. Kazekage tylko zaśmiał się cicho i wykonał lekceważący ruch ręką, tak jakby to nie było nic wielkiego.

A przecież było.

- To, co słyszałeś, Mizukage-dono. W ostatnim Egzaminie na chūnina, przeprowadzonym w Kirigakure, grupa dwudziestu geninów i chūninów z Kiri oraz Taki zaatakowała grupę sześciu geninów z Konohy; drużynę Szóstą, złożoną z Nomura Kirikiego, Nomura Kyojiego i Manare Otsuri oraz drużynę Czwartą, w której skład wchodzą Hanadao Shinji, Inazuma Sayuri oraz Uzumaki Naruto.

Sposób, w który wypowiedział ostatnie imię i nazwisko od razu wskazywał na to, że właśnie ten chłopiec, Uzumaki Naruto, jest owym Jinchūrikim.

Wszyscy przywódcy, nawet Hokage (choć z trochę innych powodów), spięli się i spojrzeli na stół, gdzie zdjęcie wesołego Naruto zostało ponownie postawione na wierzch. Wszyscy Kage oczywiście doskonale znali to sławne nazwisko dawnego klanu, który prawie wszyscy zniszczyli; w końcu to klan Uzumaki prowadził Uzushiogakure, a Kiri, Kumo, Iwa oraz Suna przyczynili się do upadku i masakry Uzushio.

- Atak na geninów był planowany od początku Egzaminu, a udał się tylko w połowie, bowiem cała drużyna Szósta nie żyje; jednak Drużyna Czwarta, prowadzona pod okiem Sarutobiego Corazona, przeżyła, choć byli na granicy życia i śmierci. – Kazekage zakończył i uśmiechnął się lekko na widok bladej twarzy Hiruzena. Mimo iż tego nie pokazywał, Hokage był zszokowany.

Mina Issho Hasu zrzedła tak szybko, jak usłyszał, kto jest w Drużynie Czwartej; przecież to właśnie oni eskortowali jego zdradziecką córkę i używali placów do treningów Takigakure.

Że też Jinchuuriki biegał dosłownie przed jego nosem i uciekł mu w taki sposób!

- Ale koniec o tym – zadecydował Rasa, przerywając myśli innych i uśmiechając się lekko. Nie wiedział, czy ten plan wypali, ale warto było spróbować, tak czy siak. Dla Sunagakure. Dla Gaary. Dla wszystkich Jinchūriki. – Każdy z tej dziewiątki ma te same problemy, nieprawdaż? Nienawiść i strach mieszkańców, odrzucenie, sabotaż i wiele innych… Dlatego sugeruję, by Jinchūriki się spotkali.

Cisza, którą wywołał swoimi słowami była inna od tej, wywołanej przedtem; ta była spokojna, nie chowała w sobie żadnego napięcia i niezręczności, w porównaniu do tamtej. Nikt nie powiedział nic przez chwilę, przetwarzając słowa brązowowłosego przywódcy. W końcu, przerywając i tę ciszę, Tsuchikage zaśmiał się cicho.

- I co, zorganizujemy im obóz, by się poznali? – zażartował w wesołym tonie, wywołując wybuch śmiechu u Raikage.

- Właściwie, to miałem zamiar to zaproponować. – Przez to stwierdzenie śmiech A natychmiast ucichł, a uśmieszek na twarzy Onokiego zniknął od razu. Oczy Mizukage rozszerzyły się w zdziwieniu, a Hokage zakrztusił się, paląc swoją fajkę. Jedynie lider Taki nic nie powiedział, choć jego oczy błysnęły, zaciekawione.

- Pomyślcie o tym w ten sposób: nie wątpię, że każdy z owej dziewiątki właśnie przeżywa coś, ma problem związany z Bestiami bądź… byciem shinobi, tak? W każdym razie, oni są tacy sami. Pomogą sobie nawzajem. Zastanówcie się, proszę. – Rasa skłonił się, pokazując jak wiele to tak naprawdę dla niego znaczy. Dla jego wioski. Dla mieszkańców i dobrobytu Kraju Wiatru.

Kolejna cisza zagościła pomiędzy przywódcami, niecierpliwie czekając, by być przerwana. Nikt nie odzywał się przez chwilę, a potem…

- Wchodzę w to.

Wszyscy natychmiast odwrócili się ku przywódcy Takigakure, który powiedział coś po raz pierwszy od rozpoczęcia tego spotkania. Jak zwykle cichy i tajemniczy mężczyzna uśmiechnął się lekko i oparł na swoich dłoniach, wyglądając na osobę bardzo skupioną, zaintrygowaną, lecz również i taką, która dokładnie przemyśla wszystkie swoje decyzje. A tę właśnie podjęła.

- Jinchūriki Takigakure no Sato, Fuu, została ninja jakiś czas temu. Wiem, że pisze listy do kogoś z zewnątrz, co jest bardzo zaskakujące, jako że nikt w wiosce jej nie szanuje. Mam nadzieję, że ten cały „obóz" nie okaże się niewypałem, dlatego macie moje poparcie, bo chcę pomóc wiosce.

Uśmiech na twarzy Kazekage powoli rósł, aż Raikage w końcu przemówił, będąc zdecydowanie za długo zbyt cicho.

To wszystko było dla niego po prostu bez sensu.

- Coś tu śmierdzi i, mimo iż nie wiem jeszcze, co jest źle i co może pójść źle, chyba również się włączę do tego projektu. Bee potrzebuje przyjaciół, a Yugito przyda się kontakt z innymi ludźmi – zagrzmiał, kiwając lekko głową, tak, jakby zgadzał się ze swoim własnym pomysłem. No, i nazwał to „projektem". Coś w głowie Kazekage kliknęło, zabrzęczało, gdy młody przywódca usłyszał to, więc to natychmiast podchwycił. Dziewięciu z nich, jeden projekt.

- Nie wiem, co takiego Han i Roshi mogliby zrobić dla nich, ale myślę, iż nie zaprzepaszczą okazji, aby spotkać innych Jinchūriki. Zgadzam się.

Tsuchikage pomrugał kilka razy, przenosząc wzrok swoich czarnych oczu z Mizukage na Hokage, a to znów na Kazekage. Wszyscy oczekiwali od nich odpowiedzi, ich decyzji, które mogły wstrząsnąć całym światem.

W końcu Mizukage nie wytrzymał i westchnął głośno.

- Przyjmuję podane warunki i zgłaszam uczestnictwo Utakaty i Yagury w tym przedsięwzięciu. Nie myślcie jednak, że ich zmienicie; oni są i będą ostatecznym broniami Kirigakure i nikt tego nie zmieni. Rasa potaknął do Mizukage i zwrócił swój wzrok na wciąż palącego Hiruzena. Hokage powoli odłożył swoją wieloletnią fajkę na stół i również westchnął, nim w końcu się odezwał.

- Nie zgadzam się.

Hasu spojrzał ze zdziwieniem na starego Hokage, oczekując dalszych wyjaśnień. Czterdziestokilkuletni mężczyzna szczerze nie spodziewał się takiej odpowiedzi od zazwyczaj pokojowo nastawionego przywódcy, jeśli chodzi o takie spotkania. Nie żeby często na nich bywał, o nie. Był on przecież liderem małej Ukrytej Wioski, więc nie miał aż takich wpływów, jak, na przykład, Raikage czy właśnie Hokage. Mimo wszystko, Hasu był zaskoczony.

A Kazekage spodziewał się tej odpowiedzi, jeśli miał powiedzieć szczerze.

Jego siatka szpiegowska, stacjonująca w Konohagakure bez problemu wyciągnęła od ludzi nawet najmniejsze informacje o Uzumakim Naruto, geninie, który wyszedł z Akademii trzy lata wcześniej niż powinien, a który teraz również miał za sobą swój pierwszy Egzamin Na Chūnina oraz pierwszą w życiu przelaną krew na rękach. Blondyn był ponoć nienawidzony przez niemal całą wioskę, a jego jedyni przyjaciele, to nauczyciel z Akademii, jego sensei, drużyna i Hokage, nie mówiąc o tym, że nie miał rodziców i żył na własnym utrzymaniu, w małym apartamencie, do którego ludzie włamywali się wiele, wiele razy. Ponoć chłopiec również żył w niewiedzy o wielkim, Dziewięcioogoniastym Lisie, zamieszkującym jego wnętrze. Kazekage w ogóle nie zdziwił się reakcją Hiruzena, więc uśmiechnął się lekko i sięgnął po zdjęcie, wcześniej oznaczone „dziewiątką" na kopercie. Jinchūriki Kyuubiego no Yoko, najsilniejszego z Demonów i najtrudniejszego do okiełznania. Rasa spojrzał na sylwetkę na zdjęciu, i, jakby zastanawiając się nad czymś, przechylił głowę w bok. Oczy Naruto nawet na papierze świeciły, tętniły życiem, wesołe iskierki wciąż się w nich tliły.

Ale Kazekage nie wiedział, czy to była już przeszłość czy nie.

- Uzumaki Naruto, jedenastolatek, który jakimś cudem zdał egzamin na genina trzy lata wcześniej, niż było to planowane. Jinchūriki najpotężniejszego Bijū, Kyūbiego no Yoko – powiedział, przejeżdżając swoim dużym kciukiem po zdjęciu i odkładając je ponownie na miejsce. – Mam mówić dalej, Hokage-dono?

- Nie trzeba, Kazekage-dono – odpowiedział cierpko Sarutobi, zostając postawionym przed niezbyt dobrym wyborem. – Naruto ma swoje obowiązki i teraz również ma własne problemy, związane z jego pierwszym morderstwem, lecz on doskonale poradzi sobie sam.

Hokage zakończył, wywołując parsknięcie u Mizukage. Przywódca Wioski Ukrytej we Mgle ponownie oparł się o swoją dłoń i z lekkim rozbawieniem wpatrywał się z swojego prawie-rówieśnika. Hokage był trzy lata starszy.

- Chyba po to to się odbędzie, nieprawdaż? Nie wątpię, że owa krew została przelana podczas tego Egzaminu w Sektorze Śmierci. Mylę się, czy nie? – Nie słysząc sprzeciwu, Mizukage kontynuował – W każdym razie, o to w tym chodzi, Hokage-dono. Reszta Jinchūrikich zapewne już zabiła niejeden raz, więc oni będą w stanie mu pomóc. Sarutobi zamilknął na chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw. Faktycznie, Mizukage miał rację, tak samo jak Rasa, lecz starszy mężczyzna naprawdę martwił się śmiertelnie o Naruto; nie wiedział, jak on to przyjmie. Całą prawdę, którą miał mu wyjaśnić po jego pierwszym Egzaminie.

Hokage westchnął cicho i sięgnął po swoją fajkę. Był już za stary na to.

-No dobrze. Niech będzie, jednak mam pewne warunki – oznajmił, wydychając dym z ust. Przywódcy patrzyli na niego z oczekiwaniem, chcąc wiedzieć, cóż takiego pragnie Hiruzen. – Naruto wciąż nie wie o Lisie, dlatego ten cały obóz odbyć się musi w Kraju Ognia.

Kazekage uśmiechnął się przebiegle i klasnął w dłonie. Wszystko szło wręcz doskonale! Wciąż była szansa, na uratowanie Gaary, a co za tym idzie, gospodarki Sunagakure i poprawienia politycznego stanu Ukrytej Wioski. Wciąż była szansa, mimo że nikła; ale wciąż istniała, gdzieś tam była.

- Doskonale. W takim razie, Projekt Kyū uważam za rozpoczęty.


- Uzumaki Naruto proszony natychmiast do Hokage.

Osobisty ANBU przywódcy Ukrytej Wioski nie mógł się powstrzymać i drgnął, gdy zimne, jasnoniebieskie oczy wymienionego wcześniej chłopca spojrzały na niego pustym wzrokiem.

Uzumaki Naruto, genin z Wioski Liścia i shinobi od prawie dwóch lat zamrugał mocno, przeciągnął się leniwie i powoli wstał. Skoro to Staruszek go wzywał, to nie będzie ignorował owego wezwania; nieczęsto przecież zdarzało mu się, że sam Hokage, a jego przybrany dziadek, wysyłał po niego jakiegoś specjalnego ninja z ANBU.

- Zaraz tam będę – mruknął, szukając wzrokiem swojego ochraniacza na czoło. Leżał na zepsutej szafce nocnej, którą blondyn jakimś cudem zdołał poskładać do kupy w ten sposób, by się nadawała do użycia – Idź przodem. Znam Shunshin.

ANBU skinął niemal niewidocznie głową i zniknął w strumieniach liści. Zielone rośliny opadły delikatnie na zakurzoną podłogę i zmieniły się w srebrny, szybko znikający pył.

Naruto westchnął i założył brązowe spodnie, dopinając guziki w kaburze na broń. Szedł przecież do swojego Dziadka, więc musiał wyglądać w miarę dobrze. Hokage od razu nabrałby podejrzeń.

Właśnie, dlaczego Staruszek go wezwał do siebie? Może wreszcie nadszedł ten czas, by poznał tajemnicę, za którą kryje się nienawiść mieszkańców Konohy do niego? A może chodziło o coś zupełnie innego, a on tylko robi sobie nadzieję? Przecież Jiji obiecał, że po jego pierwszym Egzaminie na Chunina porozmawia z nim i wreszcie dowie się, co kryje się pośród nienawiści mieszkańców do niego; co kryje się za tym dystansem, za tymi wielkimi kratami i postacią ogromnego Lisa?

A może jednak chodziło o jego drużynę? Zostają rozwiązani, bo są za słabi i nie zdali Egzaminu?

Naruto potrząsnął głową, zatrzymując swoje myśli. Jego rozważanie schodziły na definitywnie złe strony; przecież Hokage nie zrobiłby czegoś takiego. Może i Sarutobi Hiruzen był stary, ale zdecydowanie nie był głupi. Potrafił podejmować właściwe decyzje w niemal każdej chwili, a Naruto ufał jego przeczuciom; po prostu mu ufał.

Dlatego też właśnie, gdy młody genin wyszedł ze swojego wciąż nieposprzątanego mieszkania, bez chwili wahania użył tego jutsu, które opanował niedawno na treningach, a które znał każdy z rangą powyżej chūnina; Shunshin no Jutsu.

Jednakże zamiast zniknąć w liściach, tak jak to zrobił poprzedni ANBU, Naruto zniknął w jasnym słupie ognia. Pasowało mu to bardziej, niż jasnozielone rośliny, tak mocno przypominające o jego Wiosce i obietnicy chronienia jej, zostania Hokage, a co za tym idzie, strażnikiem Konohy. Poza tym, jego obecny nastrój nie był odpowiedni, bo melancholijny, aby zniknąć w liściach, pozornie wyglądających na optymistyczne. Miał już dość prostoty, o której wciąż przypominał im Corazon-sensei i zdania, że najprostsze techniki mogą wyrządzić więcej szkody. W jego sercu, charakterze i wyglądzie wciąż pozostało trochę „starego Naruto", a Dawny Ja pragnąłby jakiegoś wielkiego, interesująco wyglądającego jutsu, które byłoby na tyle ciekawe, że sam Hokage by się zdziwił. Właśnie czegoś takiego potrzebował młody Uzumaki, by choć na krótką chwilę znów poczuć się sobą. Bo przez ostatnie dni czuł się jak zupełnie inna osoba, uwięziona w swoim ciele i skazana na tę samą rutynę – pobudka, śniadanie, trening, obiad, misja, kolacja, sen. Takie właśnie wrażenie odbierał Naruto, gdyby musiał powiedzieć coś o sobie, gdyby ktoś zapytałby się go o coś.

Jestem cieniem własnej osoby, odpowiedziałby, patrząc się daleko w przestrzeń. Ale wciąż mam bliskich, dla których znów chcę być dawnym sobą.

Hokage spojrzał znad wypełnianych przez niego dokumentów na nowo przybyłego Naruto, którego wejście zdecydowanie pozytywnie zaskoczyło starego, acz doświadczonego shinobi. Sarutobi Hiruzen odłożył pióro z atramentem na bok i kartkę, którą właśnie wypełniał, dał na stertę papierów, piętrzących się przy jego biurku. Miał już dość papierkowej roboty, a przybycie Naruto uratowało go przed jego odwiecznym, papierowym wrogiem.

Choć Hokage nie wiedział, czy rozmowa, która właśnie miała się odbyć była lepsza, niż owa robota, ciągle prześladująca mężczyznę.

- Dzień dobry, Hokage-sama. – Naruto skłonił się, wyrażając tym samym głęboki szacunek do osoby, jaką był starszy Sarutobi. Choć Hiruzen był niezmiernie zdziwiony (bo przecież Naruto nigdy go tak nie nazywał. Zazwyczaj było to Hokage-Jiji, Jiji lub Ji-san, a nie tak… uroczyście), to nie dał tego po sobie poznać, ani trochę. Wciąż musiałn przecież utrzymać swoją reputację, jako najsilniejszy ninja w wiosce i Bóg Shinobi, bez przerwy myślący o złożeniu kapelusza Kage w inne ręce. – Wzywałeś?

- Owszem, Naruto-kun, wezwałem cię, by wyjaśnić sobie parę spraw – zaczął, odkładając na bok swoją wiecznie dobrą i niekończącą się fajkę. Uzumakiego zawsze zastanawiało, jakim to cudem to narzędzie było w tak dobrym stanie, pomimo użytkowania niemal non-stop. Czasem blondyn zastanawiał się, czy gdy Sarutobi-Jiji był w jego wieku, to czy również palił ową fajkę, wypuszczając dym. Było to dla niego tajemnicą, której odkryć nigdy nie miał, a tak przynajmniej zawsze myślał.

Tajemnica fajki Dziadka.

- Pierw pragnę ci pogratulować; dzięki twojej interwencji w Sektorze Mrozu ani Shinji, ani Sayuri nie doznali obrażeń, które mogłyby zagrażać ich dalszej karierze ninja. – Naruto wzdrygnął się znowu słysząc o owym miejscu niedaleko Kirigakure, o którym chciałby nigdy więcej nie słyszeć. Nigdy. – Również nie każdej nowej drużynie udaje się przejść Drugi Etap, więc gratuluję serdecznie i życzę wytrwałości w kolejnym egzaminie.

- Dziękuję, Hokage-sama. – Naruto ponownie się skłonił, tym razem jednak trochę mniej, jako iż jego normalny humor prysnął jak bańka mydlana, na myśl o Sektorze Mrozu i wspomnieniach z tym miejscem związanych. – Czy to jest powód, dla którego mnie wezwałeś, Ji-san?

Hokage pokręcił głową, w duchu szczęśliwy, że Uzumaki przeszedł na zwyczajowe „Ji-san". O wiele bardziej mu to pasowało, niż ponura, bezuczuciowa wersja oficjalna, którą młody shinobi się posługiwał. To nie było w jego stylu.

- Nie, Naruto. Myślę jednak, że to pora, aby wyjaśnić sobie parę spraw.

Blondyn zamarł w duchu, wiedząc, co się szykuje; mimo to, wciąż kiwnął powoli głową. Wreszcie miał dowiedzieć się całej, obiecanej do wyjawienia prawdy, za którą kryły się ataki cywilów, jak i shinobi na niego, cała skrywana przez mieszkańców nienawiść. Powód wreszcie miał zostać mu wyjawiony. Dlaczego właśnie on?

- Niemal jedenaście lat temu wioskę zaatakował najsilniejszy z demonów, Kyūbi no Yoko – zaczął Hokage, przykuwając uwagę i wzrok Naruto na sobie. – Jednak zanim przejdę do historii, powiem tylko, że żaden demon nie może być zabity. Oni złożeni są z chakry, czegoś, czego nie da się zniszczyć, ale zapieczętować. Wracając; nikt nie wie, jak to się stało, lecz Kyūbi został wyrwany z poprzedniej Jinchūriki, osoby przechowującej demona, Kushiny Uzumaki, twojej matki. Rozwścieczony Dziewięcioogoniasty niszczył wszystko, co stanęło na jego drodze, zabijał ludzi i gdyby nie Czwarty Hokage, Minato Namikaze, Konoha byłaby w ruinach. To on, z pomocą Kushiny, swojej żony, zapieczętował demona w swoim synu, wierząc, że tylko ten okiełzna moc Kyūbiego, by zaprowadził pokój na świecie. Zapieczętował go w tobie. – Serce Naruto niemiłosiernie obijało się w jego wnętrzu, mózg przetwarzał właśnie otrzymane informacje, a chłopak po prostu stał, gapiąc się na Staruszka.

Minato Namikaze. Kushina Uzumaki. On był ich synem, Naruto Uzumakim, jak i więzieniem dla wściekłego, pokrzywdzonego przez ludzi demona.

O cholera. Naruto nie zauważył, kiedy w jego oczach zebrały się łzy.

- I… i to wszystko dlatego, że jakiś demon mieszka we mnie?! – krzyknął, chwytając się za głowę. Pamiętał ten głos, te krwistoczerwone oczy, wielkie kły i rozkazy, otrzymane od stworzenia. Pamiętał tę czerwień, złą, demoniczną chakrę, żądzę mordu i krwi, gdy stał się wściekły. Pamiętał to.

I teraz to wszystko miało sens. Wszystko wreszcie nabrało sensu.

-Dlaczego… dlaczego?! Dlaczego ja?! – krzyknął, upadając na kolana i wyrywając sobie włosy z głowy. – Dlaczego mi to zrobili?! Żyłem tyle lat w niewiedzy, a wszyscy inni wiedzieli o nim… DLACZEGO, JIJI?!

Hokage nieugiętym wzrokiem lustrował załamaną postać blondyna, po czym przymknął oczy na chwilę i pomyślał. Chciał to dobrze ująć, by niepotrzebnie nie wywoływać kolejnych sprzecznych emocji w Naruto; jeszcze tylko tego by brakowało.

- Naruto… Twoi rodzice wierzyli w ciebie tak samo, jak wierzyli w wioskę i jej mieszkańców. – Znów przyciągnął dzikie spojrzenie swojego przybranego wnuka, który chłonął każde jego słowo, przetwarzając wszystko. – Twój ojciec został Hokage, bo chciał chronić Konohę, bo ją kochał. Pomimo zachowania mieszkańców ty też kochasz tę wioskę, prawda? Bycie Hokage właśnie to znaczy. – Naruto nie odpowiedział, zastanawiając się nad tym. Dlaczego właściwie chciał zostać przywódcą? Dlaczego właśnie przewyższyć poprzednich Hokage i stać się najsilniejszy?

Bo chciał, by ludzie go zauważyli. Wreszcie szanowali. Bo nie chciał być potworem.

- Minato jednak był zbyt naiwny, a ludzie zbyt zaślepieni nienawiścią. – Sarutobi wyrwał Naruto z zamyślenia, ponownie zabierając głos. – Nienawiść to silne uczucie, Naruto. Ty znasz to lepiej niż niejeden shinobi. Mam nadzieję, że kiedyś wybaczysz mi za moje popełnione błędy i skrywane sekrety. Zasługujesz na lepsze, Naruto.

Hiruzen skłonił głowę, całkowicie zadziwiając zalanego łzami chłopca. Naruto załkał, starł łzy z policzków i podbiegł do Hokage, obejmując go w pasie. Sarutobi tylko zmierzwił włosy Uzumakiego i uśmiechnął się smutno. Najgorsza część rozmowy była już za nimi.

- Nie obchodzi mnie, że mam olbrzymiego Lisa w sobie. Znam prawdę i to mi wystarczy – wyszeptał cicho blondyn, wstając i z zaczerwienioną twarzą wracając na swoje poprzednie miejsce, bezpośrednio przed biurkiem Staruszka.

– Coś jeszcze potrzebujesz, Jiji?

Mężczyzna potaknął i ze spokojem splótł swoje palce i oparł głowę na dłoniach, tak jak zwykł to robić.

- Jest jeszcze coś, Naruto. Ostatnio zwołane zostało spotkanie Pięciu Kage, w którym uczestniczył również przywódca Takigakure. Tematem zjazdu byli wszyscy Jinchūriki, a głównie syn Kazekage, który ma problemy ze sobą i… normalnością. – Oczy Naruto rozszerzyły się w zrozumieniu, gdy ten dowiedział się kolejnej rzeczy; byli jeszcze tacy, jak oni. Pojemniki na demony, nierozumiane, niedoceniane, karcone i nienawidzone.

Tak, teraz słowa Fuu miały sens. Ona była taka jak on. Też była sakryfikantem, zawierała w sobie Bijū, cierpiała to samo, co on i doświadczyła takiej samej samotności.

Skoro on miał w sobie Dziewięcioogoniastego, znaczyło to, że pozostałe osiem Ogoniastych Demonów istniało, było zapieczętowanych.

Osiem takich samych ludzi, jak on.

- W związku z tym, Kazekage zaproponował, by zorganizować coś na kształt… obozu. Tak, obozu, spotkania, warsztatów, dla wszystkich dziewięciu Jinchūriki. Będziesz mógł ich spotkać, porozmawiać z nimi, potrenować i zmierzyć się ze swoimi problemami, bo każdy je ma. Pytanie tylko, czy zgadzasz się, by wziąć udział w Projekcie Kyū?

Rozwiązanie jego problemów. Stanięcie twarzą w twarz z kimś, kto doświadczył tego samego, co on. To właśnie miało być to; obóz dla ich dziewiątki, pojemników na Bijū, kontenerów, broni ostatecznych wioski, które mają chronić poszczególne miasta. W jakim celu? Po co zorganizować takie przedsięwzięcie? Kage nie pomyśleli o tym, że ich Jinchūriki mogą ich zgładzić, więc zgodzili się, nie przewidując, że więzi, które mogły powstać między nimi mogły stać się czymś stałym, niezniszczalnym, nieodwracalnym, a nawet śmiertelnym. Bo każdy Jinchūriki pragnął akceptacji, miłości, przyjaźni, kogoś bliskiego, czułości; czegoś, co sprawiło, że poczułby, że wreszcie żyje i ma dla kogo żyć, po co żyć. Każdy tego potrzebował i Naruto zrozumiał natychmiast.

Nie wahał się z odpowiedzią.

- Zgadzam się.


Corazon tupał cicho lewą stopą, powoli tracąc resztki swojej zachwianej i wystawionej na ciężką próbę cierpliwości. Stał on bowiem na starym, czerwonym moście przy rzece, opierając się o starą, zardzewiałą barierkę, gdzie spotkać miał się ze swoją drużyną i zacząć trening, o wiele cięższy od poprzednich. W końcu na kolejnych egzaminach nie chciał, by jego genini ponownie byli w takim stanie, w jakim znalazł ich pod Północną Wieżą w Egzaminie na Chunina w Kirigakure. Wszyscy byli blisko śmierci i nie budzili się przez dość długi czas, nawet Naruto, który miał do pomocy Lisa i jego umiejętności w szybkim leczeniu ran.

Młody Sarutobi wiedział, że na następny egzamin nie wyśle ich tak nieprzygotowanych jak przedtem; choć ten cały "atak" kilkunastu geninów, niektórych nawet na poziomie jouninów i chūninów, był zaplanowany, to Corazon szczerze wątpił, by na następnym teście powtórzyła się ta cała sytuacja - w końcu kolejny zimowy egzamin przeprowadzany będzie w Iwagakure, a Hokage, jego staruszek, planował wysłać jedną lub dwie drużyny na ów egzamin, w celu zacieśnienia stosunków pomiędzy Konohą a Iwą. Egzamin w Kirigakure pokazał, że nowicjusze nie są całkiem gotowi na to, jak pokazała śmierć drużyny Szóstej. Do Konohy wróciła tylko Drużyna Czwarta i Drużyna Dwudziesta Pierwsza, ta z Yakushim Kabuto, geninem z wieloma informacjami. Oczywiście, jak przewidywano, Kabuto i jego drużyna nie przeszli do trzeciego etapu, gdyż zrezygnowali, ponownie. Nikt nie wiedział, czemu taką, a nie inną decyzję podejmował Kabuto; w końcu wiele razy on i jego kompani mieli szansę, by zdobyć ten zaszczytny tytuł chūnina, a jednak za każdym razem się poddawali, nie chcąc kontynuować.

Corazon uważał to za podejrzane, ale nie tylko on. Kilku shinobi próbowało wedrzeć się do jego mieszkania i sprawdzić, co on ukrywa, jednakże po planowanym akcie wandalizmu albo owych ninja nigdzie nie można było znaleźć, albo nie dzielili się oni szczegółami, mówiąc, że nie pamiętają, aby coś takiego w ogóle planowali.

Więc Corazon nie mieszał się w sprawy tajemniczego genina, skupiając się bardziej na piciu w barze i obstawianiu.

Mówiąc o barze, to była bardzo śmieszna sprawa. Ostatnim razem, kiedy odwiedził ów lokal, Sarutobi wypił zdecydowanie za dużo; pokazały to zdjęcia zrobione przez Anko, gdzie śpiewał na całe gardło z Kakashim (który nie przepada za nim, niewiadomo z jakich powodów). Były ANBU również za dużo wypił.

Cholerna Anko, teraz miała go czym szantażować.

(Nie, żeby w ogóle miała do tego powód, nawiasem mówiąc. Ale jounin wiedział, że ta kobieta była nieprzewidywalna).

Wreszcie, po wyczekiwanych trzydziestu minutach, na horyzoncie pojawił się niezbyt zadowolony Shinji.

Chłopak nie wyspał się; Rebecca wskoczyła na niego dokładnie o szóstej trzydzieści, nie mogąc dłużej znieść jego widoku, gdy on spał. Była raczej zniecierpliwiona, ale w jej oczach czaiła się gdzieś troska, o niego, o jego kompanów i stan, w jakim dotarli po egzaminie.

Dlatego chciała go pocieszyć, pobawić się z nim i być może pomóc się zrelaksować - i udało jej się to. Rano wyszli na spacer do parku, jak również i na plac zabaw. Rodzeństwo bawiło się świetnie, lecz musieli szybko wracać; Shinji miał spotkanie drużyny, na którym musiał się zjawić. Powłóczył nogami do wejścia na ten sam, niezmienny czerwony most, gdzie zawsze się spotkali i ustalali, na czym dzisiaj się skupią.

Jednak również Shinji zmartwił się i zmarszczył brwi, widząc jedynie mistrza. Było już 10 minut po umówionej godzinie spotkania, i co?

- Dzień dobry, sensei – przywitał się grzecznie, lekko kiwając głową. Corazon odpowiedział mu tym samym, zakładając ręce na piersi i cicho wzdychając. Nie podobało mu się to, że jego podopieczny wciąż nosił bandaż na nodze, która została zraniona podczas egzaminu.

Egzamin w Kiri…

Nie, mężczyzna potrząsnął lekko głową, odpędzając się szybko od tych myśli. Co było, to było. Już więcej nie popełni tego samego błędu, a przynajmniej taką miał nadzieję.

- Witaj, Shinji. Nie wiesz może, gdzie podziewają się twoi przyjaciele? – zapytał spokojnie, choć lekkie zdenerwowanie można było wyczuć przez drżenie jego głosu. Trzynastolatek wzdrygnął się.

- N-nie, nie mam pojęcia – wymamrotał cicho. – Naruto i tak wydawał się być w swoim świecie, gdy wracaliśmy… -Jego głos stopniowo się ściszał, aż w końcu Shinji szeptał sam do siebie. Corazon obserwował go z zainteresowaniem; dzięki swoim dobrze wytrenowanym zmysłom mógł podchwycić niektóre słowa wypowiadane przez młodego shinobi. Już chciał mu przerwać, gdy ich uwagę przykuły głośne kroki po lewej.

Jak się okazało, była to Sayuri, cała ubrana w czerni. Oczy miała podkrążone, a włosy sterczące we wszystkie strony, tak, jakby nie spojrzała dzisiaj w lustro. Zwlekała widocznie, nie mając ani siły, ani ochoty na trening, zresztą tak samo, jak Shinji. Podniosła głowę w ich stronę i westchnęła cicho.

- Bry – mruknęła, opierając się o barierkę i podpierając brodę o klatkę piersiową. Jedyni mężczyźni tam obecni spojrzeli na siebie i przenieśli wzrok na dziewczynę.

- Okej, – zaczął mistrz, masując sobie skronie – najpierw ty – Wskazał na Shinjiego – się zjawiasz i mówisz, że wykończyła cię siostra oraz chcesz iść spać, a potem ty – Otaksował wzrokiem Sayuri – przychodzisz spóźniona bardziej niż twój przyjaciel i twierdzisz, że coś jest nie tak z dzisiejszym dniem?

Odpowiedziały mu dwa spojrzenia i potaknięcia. Corazon westchnął ciężko i również opadł na barierkę. Cholerne życie.

- Gdzie, do jasnej cholery, jest Naruto?! – wrzasnął totalnie zirytowany. Szybko zregenerował swoje siły i rozejrzał się wokół z zabójczym spojrzeniem. Jego wzrok zatrzymał się na wieży Hokage, gdzie poczuł tę znajomą chakrę.

Coś jednak było nie tak. Na pewno widział spokojną jak wodę chakrę swojego ojca, ale niespokojna i chaotycznie krążąca energia jego ucznia, która w dziwny sposób obejmowała czerwone skupisko chakry w jego ciele, wzbudziła w nim niepokój.

Coś się stało.

Corazon przez chwilę czuł na sobie spojrzenia Shinjiego i Sayuri, ale wtem chakra Uzumakiego poruszyła się, sygnalizując opuszczenie biura przez najmłodszego z Drużyny Czwartej. Sarutobi wodził wzrokiem za coraz bardziej chaotycznym skupiskiem energii, aż zobaczył Naruto, gdy ten wychodził z wieży Hokage.

Jounin przeklął pod nosem. Naruto nie był sobą od czasu drugiego etapu, i on, jako jego nauczyciel, powinien mu jakoś pomóc. Niby coś zdziałał, ale co…?

Włosy Naruto były rozczochrane bardziej od włosów Sayuri. Biała koszulka z czerwonym wirem, którą miał na sobie, była lekko żółtawa, a czarne szorty z przyczepioną do nich kaburą na broń ubrudzone były ziemią.

Mały blondyn wyglądał jeszcze gorzej, niż jego przyjaciółka. Niegdyś niebieskie, pełne życia oczy były zaczerwienione, podkrążone i pozbawione blasku, wygasłe. Naruto był chudy, faktycznie, ale wydawałoby się, że schudł jeszcze bardziej.

Wydawał się być… mniejszy. Niewinny. Nieskazitelny, dziecinny, malutki; wyglądał jak dziecko, którym jeszcze był.

Jinchuuriki przygryzł dolną wargę i bez myślenia pognał w stronę schodów na szczyt góry i wyrzeźbionych w nich głów poprzednich bohaterów wioski. Łzy leciały po jego policzkach, mocząc mu koszulę i całą twarz, ale nie zwracał na to uwagi, bo po co?

- Wiesz, tato… - zaczął, przejeżdżając ręką po skałach, na których siedział. Znajdował się na głowie Czwartego Hokage, swojego ojca, jak całkiem niedawno się dowiedział. – Myślę, że zbyt bardzo wierzyłeś w tych ludzi – wyszeptał, zabierając brudną z kurzu rękę i czyszcząc ją o dolną część ubrania. I tak był ubrudzony. – Ale… nie dziwię się. Mimo iż w ich oczach na zawsze pozostanę demonem, to w nich wierzę. To normalne, prawda?

Odpowiedziała mu całkowita cisza.

Wiatr mocniej zawiał, mierzwiąc mu włosy. Był kojący, zimny w upalny dzień, idealny na taką okazję. Chłopiec wystawił twarz dalej, ciesząc się z owego podmuchu.

Może miało to coś znaczyć?

- To całkiem normalne, Naruto.

Z rozszerzonymi oczami blondyn odwrócił się szybko i zamarzł w miejscu. Za nim stała jego drużyna; mistrz Corazon, kalkulujący Shinji i uśmiechnięta Sayuri. W jego sercu natychmiast pojawiły się wątpliwości i strach; co, jeśli go usłyszeli? Dowiedzieli się prawdy?

Zmniejszył się dystans pomiędzy nimi. Shinji usiadł po jego prawej stronie, Sayuri po lewej, a Corazon usiadł za nim i wziął go na kolana. Wszyscy go objęli; Uzumaki nie miał nawet siły, by zaprotestować, zaprzeczyć. Jego drużyna, kompani, przyjaciele tu byli. Słyszeli to, co mówił i się go nie brzydzili. Ba, admirowali go! Jeden uśmiech Sayuri, przyjazne słowo Shinjiego czy sam wzrok mistrza mu wystarczył; miał ich.

Komu potrzebna była sława, skoro mógł mieć przyjaciół?


- Senseeeeeeeeeeeeeei.

- Tak?

- Wiesz, że jest jeszcze osiem osób, które są jak ja?

- Naprawdę? To świetnie!

- A wiesz, że spotkaliśmy już jedną z nich?

- Serio? Kogo?

- Fū-chan, oczywiście!

- EEEEEEH?!


Po tym wszystkim drużyna Czwarta znów rozpoczęła swoje sesje treningowe i starała się z powrotem przywrócić rytm i rutynę, której kiedyś używała. Szybko jednak stało się to pewne, że nie zaaklimatyzują się na długo, ponieważ ten cały „obóz", kolejne idiotyczne według mistrza Corazona przedsięwzięcie, miało rozpocząć się za całe 6 dni, a podróż tam trwała co najmniej dwie doby. To tylko wybijało jego drużynę i zachwiało ich równowagę i poprawne funkcjonowanie według niego. Ale to tylko nakręciło starszych przyjaciół Naruto do jeszcze cięższej pracy; w końcu Uzumaki wybierał się na obóz treningowy. On również nie będzie się obijał, o nie.

Czas wyjazdu zbliżał się nieubłagalnie. Młody blondyn, mimo iż nie mógł się doczekać, jednocześnie czuł wewnętrzny niepokój i zdenerwowanie. Wiedział, że wszyscy, którzy tam będą, będą jak on, lecz nie mógł powstrzymać tych uczuć, zjadających go od środka. A co, jeśli go nie polubią? Zignorują, bo stwierdzą, że jest za głośny? Co, jeśli go skrzywdzą i nigdy nie wróci do Konohy, swojego miejsca zamieszkania i miejsca, gdzie znajdują się jego przyjaciele? Co wtedy?

Naruto potrząsnął lekko głową i cicho westchnął. Ostatnimi czasy myślał dużo, wręcz za dużo jak na niego, ponieważ niechciane myśli i teorie ponownie pojawiały się w jego umyśle, wywołując wątpliwości. Nawet te absurdalne i nietrafne. Może to przez zwiększony wpływ tego cholernego Kyūbiego? Czasem wciąż śniły mu się wydarzenia z nocy drugiego etapu, które wywoływały w nim ataki paniki i zimne dreszcze. Czasem budził się cały oblany potem, bo demon pokazał mu coś z jego przeszłości – czy to masakra, rzeź na Konosze, czy to jego dawne morderstwa.

Może mu się tylko zdawało, lecz dziesięciolatek miał wrażenie, iż widział czasem, gdzieś w oddali, postać fioletowego mędrca z kosturem i dziewięcioma kulami lewitującymi za nim. Miał te dziwne, fioletowe oczy i rogi wyrastające z głowy. Kimże mógł on być? Czyżby tylko wyobraźnią młodego blondyna?

Bardzo prawdopodobne, lecz możliwości było wiele i żadnej genin nie mógł sprawdzić, więc zostawiał to w spokoju.

Czasem też Kyūbi przywoływał go do miejsca, gdzie ustawione zostały kraty i widoczna pieczęć, woda sięgała po kostki, a rury (jak w jakimś otworze kanalizacyjnym) były pęknięte i przeciekające. Wtedy też, nieuginający się pod spojrzeniem wielkiego i najsilniejszego Bijū, Naruto siadał po turecku bezpośrednio przed jego klatką i wpatrywał się spokojnym wzrokiem w czerwone nie tylko ze złości oczy Kyūbiego. Kilkuwieczne stworzenie wielokrotnie przypatrywało się mu z zaciekawieniem, myśląc, iż jest on albo kompletnie głupi, albo zbyt odważny. Jednak odległość między nimi nie pozwalała na to, by demon zrobił cokolwiek; Naruto jednak powoli tracił kontakt z rzeczywistością i zatracał się we wspomnieniach. By zapobiec właśnie temu Projekt Kyū się odbędzie. Każdy mu pomoże i przy dobrych układach wszystko wróci do normy. Prawie.

- Tak właściwie – zaczął Naruto pewnego wieczora, gdy Kyūbi znów go wciągnął, przywołał do tego miejsca. Bijū spojrzał na niego i przekrzywił łeb – to czemu tu jestem? Wciąż chcesz mnie widzieć, lecz w ciągu… trzech tygodni? Nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Więc… dlaczego?

Kiedy zakończył swoją wypowiedź, Kyūbi wyszczerzył swoje lśniące kły i zaśmiał się mrocznie. Jego chichot powoli cichł, a gdy w końcu całkowicie zniknął, wielki Lis wbił swoje czerwone ślepia w postać małego, skołowanego blondyna, siedzącego przed nim.

- Nie jesteś człowiekiem, jak wszyscy, co otaczają cię – zagrzmiał, wstrząsając rurami, lecz nie robiąc wielkiego wrażenia na geninie przed nim. – Nie jesteś też demonem, tak jak w przeświadczeniu śmiertelników i pełnych nienawiści, ograniczonych idiotów. Jesteś kimś zupełnie innym. Jesteś Jinchuuriki – ani człowiekiem, ani demonem. Tylko kontenerem. Moim więzieniem, urodzonym tylko po to, by mnie przechowywać. Dlatego nie potrafię powstrzymać się i patrzeć na to, jak długo jeszcze wytrzymasz. Kiedy pękniesz? Stracisz kontrolę? Kiedy? Bo chyba nie wierzysz, że twoi żałośni przyjaciele uważają cię za człowieka?

- Zamknij się, cholera jasna. – Uzumaki zacisnął powieki i szczęknął zębami, by powstrzymać złość i łzy cisnące się do jego oczu. Wiedział, że ten cholerny demon nie miał racji. Żadnej racji. On go tylko prowokował. Jego przyjaciele nigdy by nie pomyśleli o nim w ten sposób. – Nie jestem bronią, jestem człowiekiem, człowiekiem, człowiekiem, człowiekiEm i niczym innym, tylko człowiekiem…

- Bzdura! I ty dobrze o tym wiesz! – zagrzmiał Kitsune, będąc zirytowanym mamrotaniem i bezsensowną gadaniną swojego Jinchūriki. – Nie jesteś człowiekiem tylko ostateczną bronią tej cholernej wioski, która nie myśli o tobie jak o osobie czującej i myślącej! Ci egoiści nienawidzą cię, dlaczego więc wciąż się nie poddajesz i odpychasz to od siebie?! NIE WIDZISZ TEGO?!

- OCZYWIŚCIE, ŻE WIDZĘ! – wrzasnął Naruto, wstając ze swojego miejsca i chwytając się za blond czuprynę. Tak szczerze nienawidził w tym momencie tych oryginalnych, rozpoznawalnych wszędzie włosów, blizn na policzkach, błękitnych oczu, bo to wszystko tylko pomagało mieszkańcom rozpoznać tego… tego demona, który nie zasługuje na nic. Nic.

- Oczywiście, że widzę… - Jego krzyk zmienił się szybko w cichy szept, który potoczył się echem po zalanym pomieszczeniu. Kyūbi nie przerywał mu, chcąc poznać opinię na ten temat. – Oczywiście, bo według tych zaślepionych ludzi jestem tylko nic niewartym ścierwem, mimo że to ja ich chronię… nic, żadnego wsparcia…

Kyūbi prychnął, wiedząc, że dzieciak trafił w samo sedno sprawy. Na tym jednak dyskusja się nie skończyła, bo Naruto kontynuował po chwili.

- Ale mój ojciec we mnie uwierzył… wiedział, że dam radę. Moja mama również, więc nie mogę ich zawieść i pokażę całej wiosce, że jestem czegoś warty; będę bohaterem, a oni zrozumieją, że to nie ja jestem… demonem… Nawet, jeśli miałoby to trwać i dwadzieścia lat, ja się nie poddam! To moje nindo!

Po tych słowach zapadła głęboka cisza, której nawet demon nie przerwał. Uzumaki wpatrywał się w niego z zapałem i determinacją tak widoczną, że sam Kyūbi w to uwierzył. Na chwilę.

- BWAHAHHAHAHAHAH! – wybuchnął śmiechem tak głośnym, że zaskoczony Naruto aż się wzdrygnął. – Masz tupet, dzieciaku. Niech ci będzie; wciąż wierzę, że wszyscy ludzie są zrodzeni z nienawiści i żyją w nienawiści, ale teraz jestem skłonny do… wysłuchania cię. A teraz wynoś się stąd, zanim cię zgniotę i zmienię zdanie.

Tak oto Kyūbi machnął łapą, a Naruto zniknął, budząc się w swoim nowym, wygodnym łóżku i ciepłej kołdrze.

Otworzył oczy, mrugnął raz, drugi, trzeci, wciąż próbując otrząść się z szoku, jakie wywołała ta konfrontacja. Genin spojrzał w bok, patrząc przez okno. Żaluzja była odsłonięta, więc dziesięciolatek miał świetny widok na księżyc w pełni – wydawał się on być… nienaturalnie duży. I piękny, o tak, piękny.

W końcu zauważając, że jest dopiero druga w nocy, Uzumaki zamknął oczy ponownie i zasnął snem nieprzerwanym, choć raz bez koszmarów i nocnych mar, nękających go co noc.


Gdy następnego dnia Naruto prosto z mostu wyznał to, o czym powiedział mu wczoraj Kyūbi, Corazon zakrztusił się wodą i prawie udusił.

Czy ten chłopak naprawdę nie mógł jakoś łagodniej przekazać tych wiadomości?! Kiedyś przyprawi go o zawał serca, nagle wyskakując z jakąś kolejną nienormalną nowiną!

- Czyli Kyūbi chce z tobą… rozmawiać?

- Um… wydaje mi się, że tak? – odpowiedział mu, czując się niekomfortowo pod niedowierzającym spojrzeniem swojego mentora.

- I nie wydaje ci się to ani trochę podejrzane?

- No, eee, um, oczywiście, że to trochę trudne do uwierzenia, ale on naprawdę sprawiał wrażenie, jakby mnie… słuchał? Chciał mi pomóc?

Corazon spojrzał na niego z wielkimi oczami i uniesionymi z niedowierzania brwiami. Naruto cicho westchnął.

- Będę ostrożny, dobrze sensei? Mimo to, dzisiaj wyruszam i wrócę dopiero na początku września. To niedługo, ale będę za wami tęsknił. – Zmarszczył lekko brwi i potarł swój kark, po czym mocno przytulił Sarutobiego. On i jego kompani z drużyny stali się dla niego rodziną, której nigdy nie miał, czymś niezastąpionym i unikalnym.

Nikt nie mógł go zmusić do myślenia, że oni pomyśleliby o nim w jakikolwiek inny sposób; bo Naruto wiedział, że go nie zostawią. Nie myślą, że jest bronią – jest człowiekiem.

I oni to wiedzieli.


Po dość czułym pożegnaniu z Shinjim, Sayuri i mistrzem, jak i Hokage oraz, zaskakująco, Konohamaru, Naruto z uśmiechem wyruszył do ustalonego miejsca pobytu jeszcze tego samego dnia. Towarzystwa dotrzymywali mu dwoje ANBU, Inu oraz Tenzō.

Yamato i Kakashi dogadywali się dosyć dobrze, dlatego również zostali wybrani do tej misji, jaką było pilnowanie ich Jinchūriki, Uzumakiego Naruto, gdy ten miał uczestniczyć w obozie, spotkaniu wszystkich Jinchūriki. Tenzō, tak samo jak Hatake, widziała różnicę pomiędzy pojemnikiem, a demonem, dlatego też między innymi z tego powodu został wybrany do tej misji. Bez takiej wiedzy i umiejętności logicznego myślenia, wszystko stawało się bezużyteczne. Oczywiście drugim powodem był fakt, iż ów ANBU posiadał umiejętności samego Shodai Hokage, a dokładniej jego kekkei genkai – Mokuton.

Dzięki temu mógł uspokoić szalejących Jinchūriki, zatrzymać ich w miejscu i zapobiec naprawdę wielkiej tragedii. Był wprost idealnie dobrany na tę misję.

No i oczywiście obecność Kakashiego tylko poprawiała mu nastrój. Naruto był lekko… zbyt energiczny, jak na jego gust.

Mimo to, Kakashi cicho klął pod nosem na przeklętego Corazona. Czcigodny Hokage stwierdził, że może go wysłać tam, bo jego syn, trzydziestojednoletni Corazon był obecny w wiosce i mógł go zastąpić w obowiązkach. Jeszcze czego! Kakashi nigdy w życiu nie byłby zastąpiony przez tego idiotę.

Ale te myśli odstawił na bok. Teraz miał inne rzeczy do zrobienia, na przykład zajęcie rozmową rozentuzjazmowanego Naruto, który, o dziwo, to ich zajął rozmową, opowiadając swoje przygody i odpowiadając wypowiedziami długimi, zawierającymi nawet skomplikowane słownictwo. Ale wciąż było w tym trochę starego Naruto.

– … I wtedy Hangarette zakradła się od tyłu - przypominam, że wciąż byłem nowicjuszem, pierwsza misja poza wioską -więc jej nie zauważyłem, tylko spojrzałem w dół klifu, zachwycony wodospadem, i to był mój błąd. Wystarczyło jej jedno popchnięcie, naprawdę nie wymagające jakieś wielkiej siły, przez które spadałem głową w dół, prosto w kolce zrobione ze skał! Na szczęście jakoś wybrnąłem z tej problematycznej sytuacji, gdyż w kaburze wieczoru poprzedzającego ten dzień zostawiłem moje żyłki do zastawiania pułapek; to była dobra decyzja, tak myślę. Wbiłem jeden shuriken w klif i zjechałem jak po lianie na drugą stronę rzeki, przekraczając wodospad. Mokry od stóp do głów i wciąż lekko skołowany niepewnie stanąłem na nogach i pomyślałem sobie: „Kto, do cholery, to zrobił?!" – mówił z takim przejęciem i emocjami, że Kakashi i Yamato nie mogli nie słuchać, po prostu nie mogli. Może to charyzma młodego blondyna tak na nich zadziałała? Może zdolność do przyciągnięcia słuchaczy? Nie wiedzieli, ale słuchali dalej. – Jak się potem okazało, prawie wplątaliśmy się w wojnę domową…

Miejsce, które wybrano na pierwsze spotkanie wszystkich Jinchūriki było… zdumiewające, jeśli ktoś spytałby Naruto.

Po dwóch dniach naprzemiennie wędrówki i biegania po drzewach w stylu shinobi (dwójka ANBU uparła się, by trochę zwolnić tempo przez jakiś czas, lecz nie podali powodów tej zmiany. Po prostu tak zadecydowali, z czego Naruto zbyt zadowolony nie był; w końcu dał radę przebiec po niebezpiecznych wodach Kraju Wody aż do Kirigakure. To się nazywał trening staminy!) grupa z Konohy dotarła do południowo-wschodniej części kraju, gdzie, mimo iż pogoda była bardziej niestabilna i nieprzewidywalna, zrobiło się jeszcze cieplej, niż w samej stolicy Kraju Ognia.

Było to raczej zdumiewające. Takiego czegoś młody Naruto się nie spodziewał, lecz martwić się nie musiał; jego towarzysze w tej misji byli obeznani z klimatem tamtejszych miejsc, więc przygotowali specjalnie lżejsze ciuchy dla każdego z nich i zachowali więcej wody w zwojach. Naruto spojrzał na swój zwój, gdzie zapieczętował wszystkie swoje rzeczy i cicho westchnął. Nie miał pojęcia, jakie ciuchy spakował.

– Chyba sobie ze mnie żartujesz! – Naruto zmierzył wzrokiem pomarańczowy ciuch, który trzymał w rękach Kakashi. Była to kamizelka, w której genin miał czuć się wygodnie, a jednocześnie zimno, bo zatrzymywała ona ciepło. Jednak pomarańczowy to już nie był jego kolor… – Nie założę tego! Chcesz mnie zabić?! Wiesz, jak widoczny będę w tym czymś?!

Kakashi tylko westchnął cicho i z zażenowaniem opuścił swoje dłonie. Myślał, że syn jego mistrza wciąż będzie uwielbiać ten jaskrawy kolor, zupełnie jak wtedy, gdy był młodszy, jednak chyba się przeliczył. Bardzo się przeliczył.

– Dobra, dobra, uspokój się Naruto, proszę. – Chłopak natychmiast zamilkł, słuchając polecenia wyższego rangą ninja. ANBU chyba znalazł rozwiązanie. – Nałożę długotrwałe Henge na tę kamizelkę, by zmienić jej kolor. Co ty na to?

To było dobre rozwiązanie. Teraz zamiast być ubranym w pomarańczowy ciuch, zadowolony Uzumaki przemierzał zielone tereny kraju Ognia na nowo, pogwizdując cicho i co chwilę z lekkim uśmiechem patrząc na ciemnoniebieską kamizelkę. Teraz było w porządku, a jedyne, co im zostało do zrobienia, to dotarcie do ustalonego miejsca, trochę bardziej na południe.

Tak również się stało.

Około godziny siedemnastej w końcu ich oczom ukazał się wielki budynek; był wysoki wszerz i wzdłuż, z czarnymi zewnętrznymi ścianami. Na samej górze, na czerwonym dachu, umieszczony był posąg wielkiego wilka, wyjącego do księżyca. Zrobiony ze srebra i diamentów, lśnił w pełnym słońcu, odbijając promienie w różne strony.

Wyglądał niesamowicie.

Wszędzie wokół rosła zielona trawa, w niektórych miejscach lekko podeschnięta, żółtawa. Na prawo od budynku mieścił się ogromny las, na lewo – łąka. Co było za budynkiem, żaden z nich nie wiedział. Jeszcze. Za niedługo mieli się dowiedzieć.

Gdy podeszli jeszcze bliżej, pod samo wejście, drzwi swoistej świątyni rozsunęły się; przed nimi stanęło dwóch mężczyzn. Oboje wysocy, choć jeden wręcz przypominał olbrzyma, z opaskami Iwagakure widocznymi na ich ciele. Jeden z nich miał bujne, czerwone włosy i brodę tego samego koloru. W czerwonym ubraniu sprawiał wrażenie, jakby się palił, lecz jego ekspresja była łagodna, pomimo iskierki rozbawienia w jego oczach.

Drugi, natomiast, był cały okryty krwistoczerwonym pancerzem, na które narzucił czarne gi. Z jego pleców, a dokładniej z pieca na plecach, wydobywała się para, czasem chowająca się pod czerwonym kapeluszem mężczyzny. Jedyne, co było widać to jego oczy – czerwone, niemal gniewne. Był również bardzo wysoki, na co świadczył fakt, że rudowłosy mężczyzna ledwo sięgał mu do piersi.

Niższy z nich wystąpił o krok do przodu i z promiennym uśmiechem rozłożył ramiona.

– No i proszę, osoba, która miała tu najbliżej przybywa ostatnia. Nie, żebym się tego nie spodziewał, nie, ale jestem trochę… zaskoczony. Wyglądasz zupełnie jak Czwarty Hokage. – Te słowa Rōshi skierował bezpośrednio do Naruto, który otaksował go wzrokiem swoich błękitnych oczu, na chwilę stając się zimny i zdystansowany.

To naprawdę wytrąciło z równowagi Jinchūrikiego Czteroogoniastego demona, który opuścił swoje ręce i, z miną w jakiś sposób niespokojną i nerwową, zrobił krok do tyłu. Kakashi i Yamato spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, skinęli głowami, po czym wspólnie trzasnęli młodego blondyna w tył głowy. To przywróciło go do porządku.

– Au! – wrzasnął, potykając się i łapiąc za tył głowy. – Za co to?!

– Odpływałeś. Znowu. – Kakashi nawet nie mrugnął, tylko leniwie spojrzał prosto w oczy genina. Naruto potrząsnął głową i wstał, wciąż trzymając rękę na swoich włosach. Cholerny Kyūbi, co on sobie myślał, próbując zaciągnąć go do klatki w tym czasie, najmniej odpowiednim ze wszystkich?

Gdy głośny śmiech potoczył się echem po jego umyśle, rozeźlony Uzumaki warknął głośno, tym samym uciszając demona w swojej głowie. Rōshi i Han byli w jakiś sposób zdezorientowani, dlatego Naruto pośpieszył z wyjaśnieniami, kłaniając się nisko i przepraszając .

– Naprawdę przepraszam, ale ponadtysiącletnie stworzenie w mojej głowie postanowiło zażartować w najgorszym czasie. Jeszcze raz przepraszam.

– Ach, nie martw się, młody wojowniku. Nam też się to zdarza. – Rudowłosy shinobi zbył to machnięciem ręki, bo to naprawdę nie kłopotało go, czego powiedzieć nie można było o milczącym Hanie, jednak i ten nic nie powiedział.

Skłonił się na przywitanie, a za jego przykładem podążył niższy kompan.

– Witaj, Uzumaki Naruto. – Głos opancerzowanego mieszkańca Iwagakure był niski i w miarę donośny, wywołując w Naruto lekkie dreszcze, czego oczywiście genin nie pokazał. Nie bał się; był po prostu zaskoczony, nie spodziewał się tego ani trochę. A przynajmniej tak myślał. – Nazywam się Han, a mężczyzna stojący obok mnie to Rōshi. Zapieczętowano w nas odpowiednio Gobiego oraz Yonbiego.

– Przeżyliśmy w naszej rodzinnej wiosce to samo, co ty w swojej – Tym razem odezwał się Rōshi, równając się z Hanem. Stali na małym, drewnianym ganku przed wejściem. – Każdy z osób obecnych w tym budynku, nie licząc przydzielonych nam ochroniarzy ANBU, podziela nasz los, jest Jinchūriki, sakryfikantem i bronią własnej wioski. – Niski jōnin przerwał swoją wypowiedź, by po chwili znów kontynuować . Wszyscy obecni go słuchali. – Ale dla nas tak nie jest. Może i Kage zdecydowali się, by zorganizować ten „obóz" tylko na prośbę Kazekage, lecz nie zmienia to faktu, że nie przewidzieli jednej, małej i prostej rzeczy. Pewnie zapytasz: „Jakiej?", lecz to nie ja udzielę ci odpowiedzi.

Naruto otworzył usta, aby odpowiedzieć nań, lecz przerwało mu głośne rozsunięcie drzwi, wesoły krzyk i znajoma twarz z pomarańczowymi oczami i miętowymi włosami.

– Naruto-kun! – Fū rzuciła się na swojego przyjaciela, powalając go na ziemię w mocnym uścisku. – Wreszcie przybyłeś!


Z powrotem w wiosce Drużyna Czwarta, zmniejszona o jednego członka już od dwóch dni, wykonywała swoją poranną rutynę (czyli ćwiczenia specjalnie przeznaczone na poprawienie ich wytrzymałości, szybkości oraz siły), gdy w środku robienia setnego okrążenia wokół małej polany wszyscy usłyszeli jakiś dziwny krzyk, który rozpoznał tylko ich mistrz.

Corazon zbladł.

- Dynamiczne Wejście! – W samym centrum pola treningowego numer 4 wylądował wysoki jōnin z czarnymi włosami, ułożonymi „na michę", i gęstymi brwiami, ubrany w zielony, lateksowy kombinezon. Siła, z jaką uderzył w ziemię, zostawiła po sobie krater, w którym aktualnie stał dziwny przybysz, otrzepując swoją kamizelkę z kurzu. Nagle mężczyzna uśmiechnął się w dziwny sposób i pokazał podniesiony kciuk Shinjiemu i Sayuri.

- Nie martwcie się, drodzy przyjaciele! Niech płomienie waszej młodości nigdy nie gasną, trenujcie ciężko dalej, nie zwracajcie na mnie uwagi! – Gai odwrócił się i zauważył lekko rozdrażnionego Corazona, który próbował powstrzymać swoją złość. – Och, witaj drogi Corazonie! Mam nadzieję, że twoja chęć do treningu nie zniknęła przez moje Dynamiczne Wejście! Pokazywałem tylko moim ukochanym uczniom, co to znaczy siła młodości! – Shinji i Sayuri lekko zaniepokojeni spojrzeli na swojego mistrza, czekając aż wybuchnie.

Nie dziwili się, jednakże. Dziwny mężczyzna był tak głośny, ze bez wątpienia wyprowadziłby każdego z równowagi.

Chwila, czy on właśnie powiedział, że ma uczniów?

Shinji wzdrygnął się, cicho współczując jego nowym podopiecznym. On zdecydowanie by nie wytrzymał.

- MAAAI-TOOO-GAI! – Corazon krzyknął, trafiając pięścią w szczękę nie spodziewającego się tego Gaia.

Jōnin odleciał do tyłu, minął po drodze Drużynę Dziewiątą (która nawiasem mówiąc wyglądała na zszokowaną i w całokształcie zaskoczoną tym, że ich nowo przydzielony sensei, którego przynajmniej jeden z nich uważał za silnego, nie dającego się zaskoczyć jōnina, tak łatwo odleciał w tył i oberwał; albo to atakujący go był silny, albo Gai po prostu był głupi), aż w końcu wylądował na drzewie i zsunął się na dół po pniu. Chyba zakręciło mu się trochę w głowie.

- Gai-sensei! Nic ci nie jest?! – Rock Lee szybko podbiegł do swojego mistrza, a za nim podążyli jego nowi kompani, jeden chłopak z klanu Hyūga i jedna dziewczyna z dwoma kokami na głowie Czarnowłosy genin odwrócił się do Sarutobiego. – To było… niesamowite! Żeby pokonać Gai-senseia w ten sposób!

Corazon spojrzał na nich ze współczuciem, poczochrał się po brązowych włosach i zmrużył lekko oczy. To była nowa drużyna Zielonej Bestii Konohy, drużyna specjalnie wyspecjalizowana w taijutsu i walce na krótki dystans, jako iż jeden ich członek nie posiadał chakry, a jednocześnie jakimś cudem stał się shinobi.

Było to wielkie osiągnięcie w oczach syna Hokage, bo nieczęsto tacy ludzie się zdarzają.

Nagle Corazon przypomniał sobie o swoich uczniach, odwrócił się szybko i spojrzał na nich spode łba.

- A wy na co czekacie? Wracajcie do treningu! Naruto się teraz nie obija!

Te słowa zadziałały na nich jak dobry motywator; wyrwani z zamyślenia Shinji i Sayuri natychmiast kontynuowali pięćdziesiąte piąte okrążenie. Po stu przyjdzie czas na inne ćwiczenia, ale dla obu geninów problemem to nie było; stawali się silniejsi dla swoich kompanów i osób im bliskich.

Bo chcieli ich chronić wszystkim, co mieli.

- Hah, twoi uczniowie pracują ciężko dla nieobecnego trzeciego członka twojej drużyny, Corazonie? Pozwól nam przyłączyć się do treningu! My również pragniemy stać się silniejsi i poprawić naszą współpracę, więc może potem urządzimy mały test? Co ty na to?!

Brązowowłosy i bardziej zdystansowany jonin musiał powstrzymać się od marszczenia brwi i wyrażania swojego niezadowolenia w jak najbardziej dokładny sposób. Gai był po prostu za głośny! A z jego wrażliwym słuchem było to wiadome, że głośność krzyków młodości innego jonina była zwiększona o trochę…

Corazon odetchnął z ulgą; Naruto tu nie było. Jego słuch ucierpiałby na tym bardziej, jako iż jest Jinchūrikim, również ze zwiększonymi sensami. Na szczęście Gai nie pachniał jakoś… inaczej niż inni ludzie; jeśli tak by było, to Uzumaki w ogóle unikałby go wszędzie i za wszelką cenę, bo nie mógłby tego znieść.

Ale blond-genina tutaj nie było. Wróci dopiero za niecałe dwa tygodnie, silniejszy i jeszcze bardziej zdeterminowany, poznając świat i ludzi podobnych do niego.

Sarutobi naprawdę mocno rozważał ofertę Maito Gaia. Metody treningowe tego jōnina były… niekonwencjonalne, ale skuteczne i dające świetne rezultaty.

Więc może… czemu by nie spróbować? Nie dowiesz się, jak nie posmakujesz czegoś.

- Niech będzie. Możemy potrenować razem, ale by to zrobić, twoja drużyna musi dać radę z dzisiejszymi ćwiczeniami Shinjiego i Sayuri, zgoda? – Corazon wystawił rękę w stronę Gaia, który nie wahał się ani chwilę, totalnie i absolutnie ufając swoim zdolnym uczniom, geniuszom ciężkiej pracy, że dadzą radę z dwa lata starszymi geninami podczas tego zwyczajnego treningu.

- Płomienie naszej młodości niechaj zapłoną promiennie! Nie poddamy się i damy radę z jakimkolwiek wyzwaniem, jakie na nas trafi, a jeśli nie damy rady, to zrobimy pięćset okrążeni wokół Konohy do zmroku!

Corazon spojrzał na jōnina z niedowierzaniem.

- Chyba twoim geninom się to nie podoba. Ale rób, co chcesz, mnie to nie przeszkadza, nawet jeśli nie dacie rady utrzymać naszego tempa.

- Czy ty wiesz, co mówisz, najdroższy Corazonie? – Z wytrzeszczonymi oczami nowi genini patrzyli na swojego mistrza, cicho błagając, by nie postawił im kolejnego niemożliwego do zrobienia wyzwania. Sam fakt, że w nich wierzył był już dużą odpowiedzialnością postawioną na ich ramiona. – Moi mali genini na pewno dadzą radę! Bo w nich wierzę! Słyszeliście, drużyna? Zabieramy się do roboty!

Gai wierzył w swoją drużynę jak mógł, lecz na końcu i tak stwierdził, że Corazon trenuje drużynę Czwartą ciężej, niż powinien. Drużyna Dziewiąta nie podołała w całości wyzwaniu, a widząc, że Shinji i Sayuri nie narzekali nawet na to, że są zmęczeni, a jedyne oznaki zmęczenia, jakie wystąpiły na nich to pot i lekkie drgania mięśni, nowo powstała drużyna obiecała sobie, że będzie jeszcze ciężej trenować i kiedyś postawi się starszym geninom, oraz wyjdzie zwycięsko w potyczce.

Jeszcze wiele musieli się nauczyć.

- Czemu tak ciężko ich trenujesz, Corazon? – zapytał Gai, obserwując Nejiego i Tenten, jak rozmawiali cicho z Sayuri i Shinjim. Czarnowłosy jōnin chciał wiedzieć choć jeden powód, dla którego cała drużyna Czwarta, włącznie z ich mistrzem, dała się porwać w wir nieustannych treningów i poprawiania siebie, ćwiczeń i wyzwań. – Dlaczego?

Corazon zamilkł na chwilę, nim odpowiedział swojemu prawie-rówieśnikowi na to jakże proste pytanie.

- Słyszałeś o tym, co stało się całkiem niedawno podczas Egzaminu w Kiri? – Odpowiedziało mu widoczne potaknięcie; kto by o tym nie słyszał? Jedna drużyna zginęła, druga była w szpitalu przez całe trzy tygodnie, ponieważ tak ciężko ranna była. Atak na nich ponoć był planowany od samego startu egzaminu. – To właśnie moja drużyna wróciła z Sektoru Śmierci wpół żywa. Tylko dzięki Naruto każdy z nich przeżył, zawdzięcza mu życie, bo to on ich uratował, tym samym narażając siebie na największe zagrożenie. Uwierzysz, że przeszedł do finałów? Jednak losowanie odbyło się bez niego, z powodu jego kondycji. Przegraliśmy wtedy, ale z nową determinacją wróciliśmy do Konohy. Chcemy być silniejsi i bardziej przygotowani na kolejny egzamin, tym razem w Iwagakure. Żeby nie zginąć.

I wtedy Gai zrozumiał.


Każdy, kto spotkałby Naruto Uzumakiego tego dnia, powiedziałby, że chłopiec jest wniebowzięty, radosny, oczyszczony ze wszelkich zmartwień i szczęśliwy. Nie myliłby się również. Naruto faktycznie od czasu dotarcia do śmiesznej świątyni był bez przerwy uśmiechnięty, jednak zacznijmy od początku.

– …I mówię ci, moi nauczyciele w Akademii to totalni idioci! Nie widzieli niczego, co robiłam, wszystko sama się nauczyłam! – Fū była w trakcie opowieści o swoich przygodach i innych wydarzeniach związanych z jej postępem, chęcią do zostania kunoichi oraz determinacją, która głęboko ujęła Uzumakiego. Chłopak jeszcze nigdy nie czuł się tak doceniony, jak teraz, przez swoją przyjaciółkę w pewien sposób podobną do niego.

I mimo iż wszystko dowiedział się z listów nadesłanych mu przez Hangarette i Fū, to i tak uważnie słuchał, bo mu zależało.

– Świetnie dzieciaki! – zawołał Rōshi, klaszcząc w dłonie i przywołując ich do porządku. Skinął głową do Inu i Tenzō, którzy weszli do budynku, zostawiając na zewnątrz powód owej misji. Jinchūriki Yonbiego odwrócił się z zawadiackim uśmieszkiem do dwójki przyjaciół. – Właźcie do środka, pora byście poznali się z innymi Jinchūriki i pomogli sobie nawzajem. Więcej wytłumaczę, jak już będziemy razem.

Takim oto sposobem nikt nie został na zewnątrz.

W środku było interesująco. Naruto, oczekujący jakiegoś zwykłego korytarza, zastał widok długich i starannie wykonanych gobelinów naściennych, obrazów i dywanów, przedstawiających jakieś zjawiska, walki, a może i nawet historię niektórych shinobi. Jedno genin wiedział na pewno – przedstawione zostało tutaj dziedzictwo kulturowe Jinchūriki i wszystkich Bijū po kolei. Niewykluczone, że również uwieczniono w tymże miejscu najważniejsze i przełomowe zdarzenia w historii całego świata shinobi; czy to Kaguya zrywająca owoc z drzewa, czy to Hagomoro Otsutsuki, pokonujący Juubiego, czy to jego walczący synowie albo nawet ważne wydarzenia z Wielkich Wojen Shinobi; walka Hashiramy Senju i Madary Uchihy w Dolinie Końca, zniszczenie mostu Kannabi, destrukcja Kraju Nieba, śmierć Trzeciego Raikage i wiele innych. Młody blondyn z zaciekawieniem studiował wszystkie malunki, lecz Roshi odciągnął jego uwagę poprzez rozmowę – dlatego też, niefortunnie, nie zauważył na ścianie fresku, przedstawiającego jego ojca, który stał w deszczu.

Rōshi, Uzumaki i Fū przeszli przez cały korytarz, skręcili w lewo, a potem rozsunęli drzwi po prawej stronie, ukazujące widok przecudowny.

To był dziedziniec.

Ogromny dziedziniec.

Na samym środku znajdowało się jezioro, wielkością porównywalne do trzech stadionów, w którym odbywał się trzeci etap Egzaminu na Chūnina; przy brzegach owego błękitnego jeziora stało dziewięć białych kolumn zakończonych rzeźbami dziewięciu Bijū, patrzących w niebo.

Wokół rosła bujna, jasnozielona trawa, barwne kwiaty o przeróżnych kształtach, kolorach i zapachach (nawet sprzed wejścia czujny nos Naruto wyłapał wiele niesamowitych zapachów) oraz kilka wysokich, samotnych drzew obrośniętych liśćmi, dających odrobinę cienia tak ważnego w te jakże upalne, późno sierpniowe dni w Kraju Ognia. Był również dość obszerny plac niedaleko wody, gdzie zamiast trawy wysypany był złocisty piasek i czarny żwir. Trzy pieńki treningowe wbite były w ziemię na samym środku placu, co przypominało Uzumakiemu o polu treningowym w Konosze, na którym zdał test na genina ze swoją drużyną. Widok ten przywoływał wiele wspomnień, zarówno tych dobrych, związanych z jego początkami, jak również tych złych (niewidoczny rozwój, kłótnie z nowymi kompanami, przetrenowanie).

Porzucając te myśli, blondyn wrócił do podziwiania przestrzeni, na której się znajdował.

I dopiero wtedy ze zdziwieniem zauważył, że był tak zaabsorbowany podziwianiem dobrze rozplanowanej przestrzeni, iż nie zdał sobie sprawy z tego, że na dziedzińcu zgromadziło się więcej osób, niż tylko on, Fuu i Roshi.

Na jednym z pieńków siedział czerwonowłosy chłopak, trzymający się za czoło i szepczący coś do siebie gorączkowo. Jego turkusowe oczy były dzikie, błądziły wszędzie, uciekały, przeczesywały teren, jakby próbowały znaleźć drogę ucieczki. Przypominał trochę dzikie zwierzę z klaustrofobią, które zamknięte zostało w ciasnym pomieszczeniu. Jego czerwone i ciemnożółte, pustynne ubrania były potargane w niektórych miejscach, samego chłopaka otaczał piasek.

On potrzebował pomocy, Naruto to widział. Wziął głęboki oddech i odmówił cicho modlitwę do Kamiego, aby ten dopomagał mu – bo chciał pomóc.

Na gałęzi najwyższego drzewa siedział brązowowłosy chłopak w biało-niebieskim kimonie. W ręku trzymał starą, szarą drewnianą fajkę, a na boku jego głowy widniała zielono-biała maska z rodem maski ANBU, którą Uzumaki już gdzieś widział, lecz nie był pewny, gdzie. Jego jasnobrązowe oczy wbiły się w oczy Naruto jakby zauważyły nagle swoją ofiarę. Przypominały blondynowi sokoła, czujnie obserwującego swój przyszły posiłek.
Pod gałęzią stał mały chłopiec z brudnymi blond włosami, oczami koloru fioletowego pomieszanym z różowym i również zielono-białą specjalną maską ANBU. Usta jego drgnęły, ale sam chłopak nic nie powiedział; ba, wyglądał strasznie młodo i Naruto wątpił, że będzie rozmowny. W takim wieku dowiedzieć się o posiadaniu w sobie demona… nierealne, trudne do zaakceptowania. Jednak Uzumaki jeszcze ich nie znał, jeszcze, więc nie miał konkretnego zdania oprócz tego, że wyglądali na pokrzywdzeni przez życie bardziej, niż on czy Fuu. Starszy z dwójki cicho nucił sobie jakąś spokojną, melancholijną piosnkę, podczas gdy młodszy przymknął powieki i wsłuchał się w śpiew towarzysza.

Pod ścianą świątyni, lekko schowany w cieniu ciemnoskóry nastolatek z przeciwsłonecznymi okularami zakrywającymi jego oczy (przez co skojarzył się Naruto z jego znajomym jeszcze za czasów Akademii, z Shino) pisał coś zawzięcie w swoim beżowym notatniku, co chwilę przerywając, aby pomyśleć, po czym z powrotem wracał do pisania. Czasem jakiś kunai przelatywał nad jego głową i wbijał się w białą ścianę świątyni, o którą się opierał, lecz nie zwracał na to zbytniej uwagi. Po przeżyciu horrorów Trzeciej Wojny Shinobi, jakieś kunai'e, które nawet nie były wycelowane w jego osobę, to nic. Dopiero na froncie dowiadujesz się, czym jest strach.

Również wiedział, że jego towarzyszka, blondwłosa świeżo mianowana kunoichi o szczupłej sylwetce i zgrabnych, doskonale kontrolowanych, a być może i kocich ruchach tylko ćwiczyła swoją celność i siłę, z jaką rzucała swoimi bronami. Owa dziewczyna, trzynastolatka, stała oddalona o sześć metrów od rapującego nastolatka. Skupienie było widoczne na jej oblanej potem twarzy i w oczach czarnych jak smoła.

Naruto od razu zyskał szacunek dla nieznajomej – jej ruchy były wykonywane z gracją, wręcz kocią precyzją; czymś, co zaimponowało młodemu geninowi.

Ona była wręcz stworzona do bycia prawdziwą kunoichi.

Han już stał na środku placu wyłożonego piaskiem i czekał z założonymi na piersi rękami. Roshi wkrótce do niego dołączył i klasnął kilkukrotnie w dłonie, aż wszyscy zwrócili na niego uwagę.

– Wszyscy słuchają? To świetnie! Zapraszam tutaj, usiądźmy w kole! – Naruto i Fū spojrzeli po sobie, ale i tak postąpili zgodnie z zaleceniem starszego Jinchūriki. Po prawej stronie od Naruto usiadł rapujący ninja, a po lewej - Fū. Gdy prawie wszyscy usadowieni byli na piasku, czerwonowłosy i niestabilny rówieśnik Uzumakiego zeskoczył z pieńka, zachwiał się, po czym dołączył niechętnie do koła, zachowując pewien dystans. Piasek wokół niego zadrżał i wzniósł się odrobinę wyżej, tworząc coś w rodzaju parasolki nad jego głową. Czy to miałoby chronić go od słońca, skoro ledwo rzucało cień na jego twarz?

Na ten widok Rōshi zmarszczył brwi i cicho westchnął, wiedząc, że trzeba będzie naprawić pieczęć, bo inaczej może skończyć się to źle nie tylko dla Gaary, choć nawet gdyby pieczęć pękła i Ichibi znalazłby się na powierzchni, to zostało jeszcze osiem osób, które w sobie niosły osiem Bijuu – wszystkie silniejsze niż Jednoogoniasty. Sam Roshi i Han daliby sobie z nim radę, co dopiero ich cała zgraja – ale tu nie chodziło o siłę, lecz o polityczne zagrania. Gdyby syn Kazekage nagle umarł podczas obozu, który sam Rasa zaproponował, z pewnością skutkiem tego byłaby Czwarta Wielka Wojna. Lecz Roshi nie zgłębiał już bardziej tego scenariusza w swojej głowie.

– Skoro już wszyscy tu jesteśmy, to pora na poznanie się, moi drodzy! – zaczął z lekkim uśmiechem, pasującym idealnie do obecnej sytuacji i nie peszącym nikogo. – Zacznę od siebie, dobrze? Świetnie!

Nikt nawet nie zdążył nic powiedzieć, zaprzeczyć ani potwierdzić. Naruto przechylił głowę na bok z nerwowym uśmiechem, zastanawiając się, ile osób takich jak Roshi jeszcze pozna w swoim marnym życiu.

– Na imię mi Rōshi, jestem mieszkańcem Iwagakure i jōninem w tejże wiosce. Stałem się Jinchūrikim Yonbiego w ciągu drugiego miesiąca swojego życia, ponieważ moi przodkowie należeli do silnego klanu i nadawali się idealnie do przechowywania w sobie ponadtysiącletnich demonów – zakpił, lecz nie było w jego wypowiedzi jadu, tylko ironia i można by powiedzieć, że lekkie rozbawienie. - Moje hobby to picie herbaty i czytanie dobrych powieści. Kto następny?

Nie widząc niczego do stracenia, Naruto podniósł rękę w górę. Wszyscy na niego spojrzeli, niektórzy z zaciekawionym wzrokiem, jeszcze inni inaczej, z mieszanymi uczuciami. Rōshi pokiwał głową, dając zgodę na mówienie.

– Cześć, jestem Naruto i będę miał jedenaście lat w październiku. Mieszkam w Konosze, urodziłem się tam i wychowałem. W dniu moich narodzin zapieczętowano we mnie Kyūbiego, Dziewięcioogoniastego Demona, ponieważ moi rodzice wierzyli we mnie, nim umarli. Shinobi zostałem w wieku dziewięciu lat, podczas wiosennego egzaminu. Moje hobby to trenowanie, tak samo jak Rōshi-san: czytanie, podróżowanie i spędzanie wolnego czasu z moimi przyjaciółmi. Fū poznałem dwa lata temu. – Rzucił ukradkowe spojrzenie swojej przyjaciółce po lewej i uśmiechnął się lekko. – Oprócz tego czasem pomagam w bibliotece, Akademii lub willi Hokage. Moje marzenie? – Zastanowił się przez chwilę. Kiedyś odpowiedziałby od razu, że zostanie głową wioski, ale czy to naprawdę było to, co było najważniejsze? – Hm… Myślę, że chcę zostać wspaniałym shinobi i przywrócić pokój światu, oraz sprawić, by ludzie nie uważali nas za bronie ostateczne.

Niektórzy sceptycznie na niego spojrzeli, lecz nie skomentowali jego wypowiedzi, tylko rozważali jego słowa w ciszy. W końcu który Jinchuuriki, w dodatku tak młody, kiedykolwiek miał tyle nadziei i tak silne przekonania, a do tego wiarę? Pomimo młodego wieku, Uzumaki postawił sobie jasne cele, a z drogi do nich nie zamierzał rezygnować. To była obietnica.
Następną osobą, która się zgłosiła była Fū. Z ekscytacją poderwała się ze swojego miejsca.

– Fū jestem, lat dwanaście, aspirująca kunoichi! Mam w sobie Nanabi, jest bardzo świetną towarzyszką! Moją pasją jest czytanie książek i element wody, Suiton. Chcę wyrwać się z Taki i mieć przyjaciół, którzy zrozumieją moją sytuację. Mam nadzieję, że uda się to w tym gronie. – Skłoniła się nisko i uśmiechnęła lekko.

Nadzieja umiera ostatnia.

- Utakata, lat trzynaście, Rokubi. Mój towarzysz to Yagura, lat osiem, Sanbi. Pochodzimy z Kiri.

Wszyscy zwrócili głowy w stronę brązowowłosego ANBU z fajką. Jego przywitanie było lakoniczne, krótkie i zawierało tylko najważniejsze informacje, żadnych marzeń ani pragnień. Naruto spojrzał na jego twarz, próbując coś odczytać z ekspresji chłopaka, ale neutralna, choć może trochę zimna twarz Jinchuurikiego nie zdradzała niczego – oto były idealni shinobi Mizukage, bronie ostateczne pozbawione jakichkolwiek emocji, bez skrupułów i litości.

Han kaszlnął raz, po czym zabrał głos.

- Han, Jinchūriki Gobiego, jōnin Iwy. Moim głównym elementem jest Katon, rzadko spotykany w Kraju Ziemi. Delektuję się dobrą herbatą. Chciałbym, by ludzie poznali nasz ból i docenili to, co robimy.

Piec na jego plecach zapiszczał i wydobył z siebie obłok białej pary, który szybko zniknął w atmosferze. Zostały tylko trzy osoby.

- Joł, jestem Killer Bee, najlepszy z naj-lep-szych! – Ciemnoskóry nastolatek powiedział to śpiewnym głosem, jakby starał się rapować. Fuu podejrzewała, że już wcześniej to przygotował i zapisał w notatniku na wypadek przywitań, co było zgodne z prawdą. – Układam rymy nie z tego świata, na moich katanach mucha nie lata! Piętnaście wiosen mi już minęło, mojego brata-Raikage chyba pogięło.~ Chūninem jestem, mam Hachibiego, joł, rapuję, bo rytm w sobie czuję, konoyaro, bakayaro!

Nikt nie wiedział, co powiedzieć na ten pokaz umiejętności raperskich, więc Jinchūriki siedzieli w ciszy, aż w końcu młoda blondynka uderzyła Bee w tył głowy i ze zirytowaną ekspresją usiadła z powrotem na swoim miejscu.

– Idiota – szepnęła pod nosem, ale każdy to usłyszał; przecież mieli wyostrzone zmysły, o wiele bardziej czułe od normalnych ludzi. Naruto rozbawiło zachowanie dziewczyny; w pewnym sensie przypominała mu Sayuri, a Bee Shinjiego na jego miejscu. Zdumiewające było, ile analogii doszukał się Naruto pomiędzy jego światem, a tymi ludźmi, którzy wydawali się być z innego wymiaru, oderwani od rzeczywistości i wrzuceni na głębokie wody okrutnego świata, ale świata różniącego się, wyglądającego inaczej dla każdej osoby. – Yugito Nii, kumpluję się z Nibi, mam trzynaście lat, a ten pajac obok mnie tak naprawdę nazywa się Kirabi. Jesteśmy z Kumogakure.

W tenże sposób została tylko jedna osoba do przedstawienia się i był to niespełna rozumu czerwonowłosy chłopiec. Każdy z oczekiwaniem lub niezainteresowaniem spojrzał na niego, lecz on pozostawał cichy i milczący. Dopiero po trzech minutach pełnej ciszy i testowanej cierpliwości, ów chłopak odezwał się.

- Jestem Gaara. Żyję tylko po to, by zabijać. Chcę pokazać Matce, że jestem czegoś wart i udowodnić swoją egzystencję. Nikt mnie w tym nie powstrzyma…bwhahahahahahHAHAHAHHA! – Nagle Gaara wybuchnął głośnym śmiechem, śmiechem szaleńca, osoby psychicznie niestabilnej, przez co Rōshi tylko pokręcił głową i westchnął cicho. Piasek wokół Gaary zaczął krążyć wokół całej dziewiątki, coraz szybciej i szybciej, przerażając, lecz i zaskakująco zachwycając Naruto oraz Fuu. Nii zmrużyła gniewnie oczy, a Kirabi złapał się za głowę. W wyniku tego Rōshi musiał zainterweniować, bo coś trzeba było z tym zrobić, nim Gaara straci kontrolę i uwolni Ichibiego.

Wykonując sekwencję kilkudziesięciu znaków, jōnin zatrzymał się na znaku ptaka i podbiegł do mieszkańca Suny. Przyłożył świecącą się na niebiesko rękę do czoła czerwonowłosego, a dokładnie w miejsce, gdzie umieszczona była pieczęć wiążąca demona.

Piasek na chwilę zatrzymał się w powietrzu, śmiech Gaary również, a Rōshi skupił się i zamilkł. Każdy czekał na rozwój wydarzeń, niektórzy w obawie, że chłopiec straci kontrolę nad sobą.

Tak jednak się nie stało. Piasek wkrótce opadł, a Gaara zemdlał, podtrzymywany przez Rōshiego. Pieczęć na jego czole zmieniła kolor na granatowy, teraz lekko świecący.

– Widzieliście go, prawda? Jego szaleństwo, żądzę mordu i pragnienie krwi? Widzieliście? – Jōnin opuścił Jinchūrikiego Ichibiego powoli na ziemię, a Naruto obserwował smutno jego bezwładne ciało i włosy zachodzące na czoło oraz pieczęć chłopaka. Rōshi wstał i powiódł po nich zawiedzionym wzrokiem, lecz w jego oczach czaiła się troska, troska i zmartwienie o nich wszystkich. – To właśnie mogliście być wy. Sunagakure nie popisała się w tej sytuacji, jak widać. Gaara wierzy, że jest potworem i żyje tylko po to, by zabijać i po nic więcej. Ostateczna broń wioski? Skądże, nic bardziej mylnego. Postrach Suny. Demon w ludzkiej skórze, maszyna do zabijania, której nawet sam Kazekage nie może opanować. Zniszczy wszystko, co stanie mu na drodze. Zobaczcie sami, kim mogliście się stać, gdybyście nie mieli nikogo - takim Gaarą, zostawionym na osamotnienie i cierpienie w milczeniu. Potworami nie jesteśmy my ani Bijū zapieczętowani w nas… potworami są ludzie, którzy do tego dopuścili.

Naruto z głęboką skruchą i smutkiem spojrzał na zemdlałego rówieśnika i spuścił głowę, dając swoim włosom zakryć twarz i zaciśniętą szczękę. Właśnie czegoś takiego chciał on uniknąć. Chciał sprawić, by normalni ludzie, cywile i shinobi, mogli na nich spojrzeć nie jak na coś zupełnie innego gatunku, ale jak na równych sobie – bo oni też byli ludźmi, skazani na cierpienie i ból samotności. Nie zasługiwali na traktowanie takie, jakie otrzymują współcześnie. Oni byli strażnikami, danymi do poświęcenia i strzeżenia milenijnych bestii. To nie była ich wina. Nikt ich nie zapytał, czy godzą się na taki los; skażeni od dziecka, naznaczeni, inni.

Potem Uzumaki pomyślał; czy gdyby nie Sandaime i Iruka, on również taki by był? Jak Gaara? Stałby się potworem, wytworem nienawiści Konoszan, maszyną do zabijania i niespełna rozumu istotą? Czy to właśnie dzięki swoim przyjaciołom uratował się od tego losu, jest teraz normalny, myślący i dążący do pokoju?

Naruto znał odpowiedź.

– Saiken powiedziała to samo. – Wypowiedź Utakaty przerwała wszechobecną ciszę, gdy kilka par oczu podążyło za ruchami jego rąk. Młody shinboi wziął swoją fajkę i powoli wypuszczał różnokolorowe bąbelki, w których, o dziwo, znajdowały się obrazy katastrof, wojen i krwawych bitew, jakie kiedykolwiek odbyły się na tej ziemi. – Jednak wierzy ona, że ludzie mogą się zmienić. Nie jestem do tego przekonany, ale chcę uwierzyć.

Yagura obok niego nic nie powiedział, tylko obserwował z zaciekawieniem kwiatek, który wyrósł przed nim, dokładnie na piasku i żwirze. Jego różowe oczy dokładnie obejrzały roślinę z każdej strony, aż w końcu zatrzymały się na różowym płatku spośród białych. W jego sercu zachodziły zmiany, a on sam w swoim umyśle prowadził bitwę spojrzeń z Sanbim. Różowy płatek, odmieniec wśród białych.

– Moi rodzice chcieli, bym był bohaterem wioski – zaczął Naruto, patrząc się w żółtawy piasek. Przypomniała mu się ostatnia rozmowa ze Staruszkiem, a potem ze swoją zaufaną Drużyną, Corazonem-sensei, Sayuri i Shinjim. Oni go akceptowali. Całej prawdy również się dowiedzieli, nie traktowali go inaczej tylko z tego powodu, nie byli źli, lecz powodu do radości też nie mieli - i słusznie. Naruto oparł głowę o dłoń, lecz nie spuszczał wzroku z bezwładnego ciała Gaary, wciąż go obserwując, wciąż interpretując ruchy, które wykonał, ale teraz w innym świetle. – Powiedzieli Trzeciemu Hokage, by ogłosił to mieszkańcom wioski, ich ostatnią wolę, ale nikt jej nie uszanował. Wszyscy zaślepieni byli nienawiścią do Kyūbiego za wszystkie nieszczęścia, które na nich spadły tej październikowej nocy. Kyūbi zniknął w ciele niemowlęcia, więc na niego przenieśli swoją nienawiść. Bo gdzieżby indziej? Nikt nawet nie pofatygował się, by sprawdzić, czy Kyūbi wyrwał się sam, czy może z czyjąś… pomocą. Przecież ostatnia Jinchūriki, Uzumaki Kushina, była wtedy w ciąży, a pieczęć kontrolował sam Yondaime. Nikt nawet o tym nie pomyślał… – Naruto zacisnął dłonie w pięści i ledwo powstrzymał się od płaczu. Kyūbi podpowiedział mu to i owo. Uzumaki nie był aż tak głupi, by nie domyśleć się niczego albo chociażby czegoś nie podejrzewać. Nie, genin był mądrzejszy niż niegdyś, bo przecież dawno byłby martwy, dawno leżałby pogrzebany w letnim śniegu Sektoru Mrozu, czekając, aż jego ciało całkowicie się rozpadnie; a trwałoby to długo. Świat. Świat, to nie kwiatki i łąka. Świat to krew, ciągła walka (również i ze samym sobą), świat to drwina, okrucieństwo i koło. Koło nie ma początku ani końca. Historia wciąż się powtarza, a Koło Nienawiści zatacza kolejne kręgi. Świat napędza to koło, koło napędza świat.

Naruto chciał zakończyć ten cykl.

– Dlatego chcę pozbyć się nienawiści, bo to tylko błędne koło, które nieustannie się kręci, napędza świat i wojny, chęć zemsty, zło. Chcę, aby ludzie spojrzeli inaczej na nas, ale głównie na Bijū - bo co oni zrobili? Nic. Nie zrobili nic.

Rōshi wysłuchał obu chłopców i chciał odpowiedzieć, lecz przerwało mu machnięcie głową Hana. Teraz on chciał coś wtrącić.

– Naruto, Utakata, rozumiemy wasze pragnienia i marzenia lepiej, niż cały ludzki gatunek. Musicie jednak zrozumieć, że ludzie to istoty nie zawsze myślące, tylko niewiele mądrych znalazło się pośród całej masy ludzkiej rasy. My jesteśmy inni, Bijū są inni, i jedynie ci, co przeżyli to samo, co my, mogą powiedzieć, że w pełni nas rozumieją. – Naruto fuknął, czy Han śmiał twierdzić, że nie są ludźmi?! Mężczyzna podniósł rękę, przerywając cisnącą się do ust genina odpowiedź. – Jesteśmy obarczeni odpowiedzialnością za coś niesamowicie wielkiego i ważnego, nie otrzymując żadnej pomocy w noszeniu tego ciężaru przez życie. Oto czym jesteśmy w oczach ludzi – podgatunkiem. Jak chcecie to zmienić?

– Musi być jakiś sposób – wtrąciła się Fū. Ona również podzielała ideę swojego przyjaciela i sądziła, że ludzie to jednostki, które przechodzą ciągłe metamorfozy, które prawdziwie da się zmienić. – Mamy być ostateczną bronią wioski, tak? Zatem staniemy się silni i gdy coś będzie zagrażać naszej wiosce, my zwalczymy to i przegonimy, zabijemy, walczyć będziemy do ostatniej kropli krwi. Uratujemy wioskę. Może wtedy nas zauważą, a jak nie, to trudno. Znajdziemy inny sposób. I ja w to wierzę.

– Dobrze powiedziane, siostro, mówisz tak ostro, joł! – Kirabi dodał, wyrzucając pięść w powietrze. Po tym geście nastąpiła chwila nieprzerywanej przez nikogo ciszy, aż w końcu głośny śmiech Roshiego zadźwięczał w uszach każdego z obecnych tam sakryfikantów. Yugito Nii zmarszczyła brwi i wyczekująco spojrzała na najstarszego mężczyznę w ich gronie, który złapał się za brzuch, otarł łzy z oczu i podrapał się po długiej, rudej brodzie.

– Och, wiecie, rozbawienie moje sięgnęło apogeum w momencie, gdy Han zaczął się z wami kłócić – zaćwierkał, zakładając ręce na piersi i kołysząc się na boki wesoło. – Pomyślcie sobie: mężczyzna w średnim wieku otoczony dzieciakami, które są tak uparte, że zdolne byłyby zaatakować go, bo nie podziela ich zdania! Bwahahahaha!
Uzumaki zgromił mieszkańca Iwy wzrokiem i prychnął głośno, zarzucając blond włosami do tyłu. Fuu, która siedziała obok niego i oczywiście dostała po twarzy charakterystycznymi, nastroszonymi kosmykami.
– Pfu! Naruto, ty idioto, patrz, jak coś robisz! – Zacisnęła dłoń w pięść i posłała w stronę przyjaciela, który szybko złapał nadlatującą część ciała i przerzucił zaskoczoną Fuu nad sobą, obracając ją i wyrzucając w ten sposób, że sandałami dziewczyna leciała na Hana. Następnie, zauważalnie tylko dla czujnych oczu Roshiego i Utakaty, Uzumaki wykonał jedną pieczęć.
Zdumiony Jinchuuriki Gobiego zdążył powstrzymać lecące ciało Fuu, ale przez to miał zajęte ręce, więc gdy Kage Bunshin blondyna wyskoczył z ziemi i kopnął go w plecy, znikając tym samym, Han nie obronił się.

– Zdolny jestem walczyć o swoje ideały. – Nii, Kirabi i Fuu spojrzeli zaskoczeni na niego, podczas gdy w oczach Yagury i Utakaty czaiło się coś na kształt zaintrygowania. Roshi tylko siedział z boku, szeroko uśmiechnięty; Roshi był zbyt sztywny, więc sam musiał sobie poradzić! – Może i mam zaledwie jedenaście lat, ale nie zmienia to faktu, że jestem shinobi.
Podobnie jak Jinchuuriki Yonbiego, Naruto założył ręce na piersi i czekał, aż ktoś coś powie, wciąż wpatrując się zimnym wzrokiem w Hana, który, zawstydzony, że dał podejść się dzieciakowi, pozbierał się i również patrzył w oczy genina, ale inne emocje mu towarzyszyły.

– Co. To. Miało. Być. – Zezłoszczona Fuu wstała ze swojego miejsca i podeszła do przyjaciela wciąż wpatrzonego w Hana. Złapała go za włosy i podniosła głowę tak, że przeniósł wzrok na nią. Był nieporuszony. – Żądam odpowiedzi. Co to miało być?!

I znowu Roshi wybuchnął głośnym śmiechem, a Naruto westchnął cicho, po czym zawadiacko się uśmiechnął.

– Świadectwo naszej determinacji, a jak!

O dziwo, Yagura uśmiechnął się lekko.


Gdy Gaara obudził się następnego dnia, najpierw spanikował.

On spał! Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu! Matka mogła się uwolnić i siać zniszczenie!

Ale tak nie było. Chłopak nie słyszał ani głosu Matki, jej nawoływań i krzyków, ani niczego. W jego umyśle było cicho, po raz pierwszy odkąd sięga pamięcią.

W pewien sposób uspokoiło go to, ale nagle poczuł się otoczony zewsząd poczuciem niebezpieczeństwa, alarmy w jego głowie (które nie były ponadtysiącletnim demonem) zabrzmiały, dały o sobie znać, a bezbronność uderzyła go w twarz niczym krew ludzi, których piaskiem zgniatał w Sunie. Co się stało?!

Gdy otworzył oczy, pierwsze, co zobaczył to beżowy sufit świątyni. Było mu ciepło, ale nie gorąco, za zimno również nie. Temperatura była idealna dla jego ciała, doskonale przyzwyczajonego do piasku, upału i gorących promieni słonecznych padających na jego plecy. Leżał na miękkiej macie, okryty ciepłą kołdrą, a pod głowę podłożoną miał poduszkę. Znajdował się również pod ścianą, a w nogach jego maty stał malutki stoliczek z białą, zgaszoną świeczką i kubkiem z czystą, zimną wodą. Chłopak zerwał się szybko i usiadł na macie, po czym, wystraszony niczym dzikie zwierzę, rozejrzał się pobieżnie po pokoju. Gdzie był jego piasek?! Gdzie Matka?!

Po jego prawej, przy innej ścianie leżała mata, na której spał ten blondwłosy chłopak, Naruto. Przewracał się w swoim śnie i szeptał coś o zimnie, ogniu, lodzie i czerwieni. Kropelki potu widoczne były na jego czole, sam Uzumaki twarz wykrzywioną miał w grymasie, a usta jego nagle stanęły w miejscu, jakby w niemym krzyku. Gaara mógł tylko się domyślać, o czym śnił jego rówieśnik, choć miał zupełnie inne priorytety w tym momencie.

Przy ścianie równoległej do Naruto, na macie, brzuchem do dołu, leżał Yagura. Nie spał on jednak, tylko patrzył się na kwiatka w doniczce, stojącego na parapecie. Chłopak poruszał nogami, co chwilę patrząc na zwój na swojej poduszce, to wracając do dokładnego obserwowania kwiatu. Gaara wziął kilka płytkich, świszczących oddechów, wskutek czego zwrócił na siebie uwagę ośmiolatka wyglądającego na zaintrygowanego czymś. Czerwonowłosy chłopak chwycił się za głowę, kładąc rękę na pieczęci, lecz zamiast czuć gorąc, jak zawsze w tym miejscu, twór na jego czole był zimny, całkowicie.

Gdzie się podziewała Matka?!

Nagle drzwi do ich pokoju rozsunęły się, a w przejściu stanął lekko uśmiechnięty starzec, Rōshi, jeśli pamięć Gaarę nie zawodziła. Trzymał on pod pachą dwie poduszki, lecz widząc, że tylko Naruto wciąż śpi, wydał z siebie lekkie westchnienie. Przygotował przyniesione przez siebie przedmioty codziennego użytku i zamachnął się.

– WSTAWAJ! – wrzasnął, rzucając obiema naraz w blondyna, który wyrwał się ze snu i zdezorientowany przyjął na siebie poduszki. Dobry pomysł to nie był; wbiło go w ścianę, po czym przeturlało na środek pokoju. Gaara podskoczył i przysunął się bliżej ściany, spanikowany. Pomieszczenie nagle wydawało się dziwnie małe, klaustrofobiczne wręcz, a w dodatku te poduszki normalne nie były.

– Co, do cholery?! – Uzumaki złapał się za bolącą głowę i jęknął cicho. Z jednej strony bardzo się cieszył, że został obudzony- akurat w najgorszym momencie koszmaru, który śnił mu się po nocach, gdy genini z Taki kunaiami przebijali lód, przedostając się do ciał Shinjiego i Sayuri. Był to inny scenariusz, ten gorszy, co mogło się stać tamtego pamiętnego dnia -ale z drugiej strony, stało się to tak nagle, że Uzumaki czuł się totalnie zmęczony i zaskoczony. Spojrzał wilkiem na Rōshiego. – Co to miało być?!

– To – powiedział jōnin, wchodząc bardziej do pokoju i opierając się o ścianę – miało być za spanie! Wstawaj!

– Przecież widzisz, że już wstałem!

Stary ninja tylko założył ręce na piersi i pokręcił głową. Nie miał ochoty na kłótnię z nadpobudliwym, lecz mądrym jak na swój wiek geninem. Zamiast tego, mężczyzna odwrócił się do Gaary.

- I jak się czujesz? – zapytał zwracając się bezpośrednio do Gaary, bez złej intencji czy negatywnych emocji; ba, w jego głosie nawet czaiło się delikatne zmartwienie, czym całkowicie wybił z równowagi syna Kazekage. Nikt nigdy się tak do niego nie zwracał, nawet jego własne rodzeństwo, więc Jinchūriki był zdziwiony, zaskoczony, ale też czuł się dziwnie inaczej…

Z drugiej strony mógł się tego spodziewać. Na tych ludziach również ciążyła wielka odpowiedzialność, tak jak na nim.

- C-co się ze mną stało? Gdzie jest Matka?! – krzyknął rozhisteryzowanym głosem, łapiąc się za włosy i ciągnąc za czerwone kosmyki. Rōshi podszedł do jego maty i przyciągnął do siebie, zamykając w uścisku. Uzumaki spojrzał na to zajście dość zaskoczony; nie wiedział, że staruszek Roshi może tak delikatnie się z kimś obchodzić!

Gaara, myśląc, że to jakiś rodzaj nowego ataku, próbował się uwolnić z uścisku starszego Jichuurikiego, oczywiście z marnymi skutkami. Szarpał się przez dobre kilka minut.

- Puść, zostaw mnie, nie zabijesz mnie! Jeszcze wam pokażę, nie dam się śmierci! – Wkrótce jednak siły powoli opuszczały jego zmęczone poprawieniem pieczęci ciało, więc krzyczał głośno, zdzierał sobie gardło, pozostając spiętym, nadwyrężając mięśnie. Jōnin rzucił przelotne spojrzenie Yagurze i Naruto.

- Idźcie. Załatwię to.

Lecz Naruto był nieustępliwy, nie słyszał polecenia wyższego rangą ninja i patrzył się na bezradnego Gaarę, zaciskając pięści i ledwo powstrzymując strumienie łez. Czuł się bezużytecznie, wręcz czuł, jakby stan rówieśnika to była jego wina. Nie chciał, bardzo nie chciał widzieć więcej osób w podobnej sytuacji. Nie chciał, nigdy więcej, ale musiał zostać przy Gaarze, jakby to był jego obowiązek - konieczność pozostania w tym pokoju.

– Naruto-san. – Yagura pociągnął blondyna za rękaw i fioletowymi oczami przenikał przez jego ciało w sensie metaforycznym; tylko obserwował go cicho, lecz chciał odejść z tego pokoju.

– Yagura, idź do Utakaty i Kirabiego. Zaraz dołączę do was. – Uzumaki poczochrał jego włosy i ręką machnął w stronę drzwi. – Chcę pomóc.

Ostatnie, co zobaczył Yagura przez szparę w zamykających się drzwiach, to wzrok Gaary, który spotkał pełne bólu oczy Naruto.


Gdy spotkali się na śniadaniu w sali znajdującej się na lewo od środka dziedzińca, wszystko było dziwnie spokojne. Szóstka Jinchūriki (Gaary i Roshiego wciąż nie było) usiadła przy jednym stole, bo tylko tyle zostało dla nich przygotowane, lecz atmosfera była dziwnie napięta, nikt ze sobą nie rozmawiał, nie prowadził konwersacji, choć Fuu zamieniła kilka słów z Nii, z którą była w pokoju. Uważała ją za interesującą osobę i wręcz wzór do naśladowania. Również ich nowej znajomości sprzyjał fakt, że obie podziwiały Tsunade Senju, miały ją za autorytet, bo to potężna, szanowana kunoichi, która wyrobiła sobie zdanie o sobie; nie na darmo należy do trójki Sanninów. Pomimo dziwnej ciszy, dzień zapowiadał się interesująco - mieli rozpocząć trening i wziąć kilka kroków w stronę zyskiwania wzajemnego zaufania i dowiadywania się różnych rzeczy o sobie.

Najdziwniej wyglądał inny stół, stół dla ANBU przydzielonych wszystkim Jinchūriki. Organizatorzy tego spotkania zapomnieli, że najsilniejsi ninja konkurujących wiosek mogą być tak naprawdę wrogami, którzy przy najbliższej okazji z wielką chęcią skoczyliby sobie do gardeł.

Tak właśnie wyglądało spotkanie Kakashiego i Hanadao Atsuke.

Byli oni wrogami, choć międzynarodowa rywalizacja gdzieś czaiła się pomiędzy tym. Nie żywili do siebie urazy czy nienawiści, ale pochodzenie z różnych wiosek miało to do siebie, że pozostawiało po sobie niechęć w stosunku do innych osób – zwłaszcza, gdy ci ludzie spotkali się kiedyś na polu walki, niekoniecznie po tej samej stronie. Gdy ich spojrzenia się spotkały, oboje uśmiechnęli się lekko. Obóz zapowiadał się interesująco.

– Wiesz co, Hanadao-san? – zaczął Kakashi, delektując się swoją zieloną, gorącą herbatą. Wszystko to oczywiście robił przez maskę, by nikt nie zobaczył jego wiecznie skrywanej twarzy.

– Tak słucham, Hatake-san? – Te formy grzecznościowe użyte były jedynie z przymusu. Gdyby to wydarzenie nie było na skalę światową, oboje mówiliby do siebie po imieniu.

– Nasz Jinchūriki, blondwłosy Naruto, jest z pana synem w jednej drużynie. Już raz uratował go od niechybnej śmierci, więc sądzę, że powinien pan mu podziękować za to.

Atsuke był zaskoczony. Tej informacji na pewno się nie spodziewał; spojrzał przez ramię, lecz nigdzie pośród szóstki obecnych tam osób nie dostrzegł blond czupryny, należącej do Jinchuurikiego, który rzekomo był z jego potomkiem w jednej drużynie i, jeśli to, co Hatake mówi jest prawdą, ratował jego skórę. Mimo iż jego ekspresja była nie do odczytania, Atsuke cicho obiecał sobie, że może, może, pomówi na osobności z Uzumakim, może w momencie, w którym jego strażnicy (a zwłaszcza ten cholerny Kopiujący) nie będą patrzyli, a wtedy może mu podziękuję. Teraz należy zastąpić słowo może zwrotem na pewno.

Skoro jego syn wchodził w grę, to nie mógł sobie odpuścić.

– Pańska córka też radzi sobie nieźle w Akademii – dodał Kakashi, wyczekując reakcji swojego swoistego „rywala". Och, poczucie humoru konoszańskiego jounina nie miało sobie równych. Czasem lubił przytaczać bardziej znane fragmenty powieści Jiraiyi i wtedy patrzeć, czy aby ktoś przypadkiem nie rozpoznał opowieści, a czasem lubił w zwyczajnym tonie ujawniać sekrety tudzież rewelacje.

Pojęcia jednak nie miał, że Hanadao Atsuke nie wiedział o istnieniu swojej córki.

– Moja CO?!

Grupka Jinchūriki w ogóle nie przejmowała się krzyczącymi ANBU, wręcz ignorowała ich totalnie. Kto, zresztą, chciałby słuchać jakieś nudnej wymiany zwrotów grzecznościowych tylko dlatego, że była to procedura wymagana od tych elitarnych ninja?

No właśnie. Prawie nikt. Yagurę od zawsze to intrygowało, choć praca jako ostateczna broń wioski w rękach Mizukage była jego znienawidzonym zajęciem. Yagura nienawidził tego człowieka bardziej od ludzi, którzy się z niego naśmiewali.

Rozmowy sakryfikantów nagle przycichły, gdy do jadalni wkroczył Rōshi, trzymając rękę na ramieniu Gaary. Młodszy z nich wyglądał na przybitego, a jego mina była neutralna, choć może trochę rozgniewana. Jednak nie miał już tej nienawiści i szaleństwa w oczach, co wczoraj, co dzisiaj o poranku. Ale dlaczego?
Odpowiedź nadeszła wraz z huknięciem drzwi do jadalni, przez które wesoło wleciał Uzumaki i ze śmiechem objął ramieniem Gaarę. Syn Kazekage zmieszał się i skrzywił, gdy łokieć drugiej ręki Naruto wbił się w jego żebra.

– Dzień dobry i przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. Ja… – zaciął się na chwilę, szukając słów odpowiednich, by wyrazić to, co w tamtym momencie czuł. Ramię blondyna dziwnie na nim ciążyło, wywierało na nim nieopisany wpływ. – Nigdy nikogo nie miałem, a Ichibi postradał moje zmysły. Żadnej osoby, która byłaby blisko, nikogo, do kogo mógłbym się zwrócić. Byłem… sam. Sam jak palec. Dlatego przepraszam.

Skłonił się nisko, tym samym wytrącając z równowagi Uzumakiego, lecz ze zdziwieniem przyjął do wiadomości, że ktoś jeszcze go objął, dołączył do dziwnego uścisku.

– Ja kiedyś też byłam sama – wyszeptała Fuu, wzmacniając swój uścisk na Gaarze. – Ale znalazłam przyjaciół i wydostałam się z ciemności, samotności. Teraz ja będę twoją przyjaciółką!

– I ja też! Byś nie zaznał tego więcej! – Wtrącił Uzumaki, szczerząc się szeroko. Zawstydzony, lecz wystraszony, jak i przytłoczony tymi emocjami Gaara pociągnął nosem.

Wszyscy obecni na stołówce (oprócz gbura-Hana) uśmiechnęli się.


– Dobra, zbierzmy się wszyscy! – zawołał Rōshi, gdy wszyscy już wyszykowani, w strojach do ćwiczeń lub treningów wyszli na piaskowy plac na dziedzińcu. Jōnin spojrzał na gromadkę postawioną przed nim i uśmiechnął się.

– Ustaliliśmy wczoraj coś; jesteśmy ludźmi, tak samo jak inni, ale równocześnie jesteśmy Jinchūriki i aspirującymi shinobi. Możemy być broniami ostatecznymi swoich wiosek, ale dzielimy ten sam los i ten sam ból. Dlatego proszę was teraz, byście zdjęli jakiekolwiek symbole waszych wiosek i dali je mi; jesteście Jinchūriki zanim jesteście mieszkańcami Ukrytych Wiosek, więc niech przyjaźnie tu zawarte będą na zawsze zacieśnione i mocne. Przede wszystkim jesteśmy ludźmi.

Naruto, Bee, Yugito oraz Fuu zdjęli swoje ochraniacze na czoło i oddali Rōshiemu, podczas gdy Utakata i Yagura złożyli w jego ręce swoje maski. Gaara już wcześniej pozbył się jakichkolwiek symbolów Sunagakure. Następnie sam Han i Rōshi zdjęli swoje ochraniacze i odłożyli wszystko na pieniek.

– Swoje rzeczy weźmiecie dopiero po zakończeniu oficjalnej części obozu, zrozumiano? – Odpowiedziały mu potaknięcia. – Świetnie. W takim razie zacznijmy!

Aż do południa jōnini na zmianę mówili wyczerpującymi wypowiedziami na temat pieczęci, jej wpływu na organizm Jinchūrikiego (z żywym przykładem Naruto i jego wąsów na policzku, Yagury i jego różowych tęczówek, Gaary i jego obwódek wokół oczu oraz Yugito i jej długich palców, które równie dobrze mogły być pazurami, jeśli miała naostrzone paznokcie. Równie zabójcze), wpływu na emocje i idee, którymi kieruje się dana osoba, aż w końcu doszło do umiejętności.

– Widzicie, posiadanie Bijū w sobie ma bardzo dużo zalet, a jedną z nich są dodatkowe umiejętności, których nikt inny nabyć nie może. W moim przypadku jest to Uwolnienie Pary. – Han wskazał na siebie i na piecyk na swoich plecach. – A w przypadku Rōshiego jest to Uwolnienie Lawy. Czy ktoś z was już odkrył swoją umiejętność?

Utakata, Yugito, Fū oraz Gaara podnieśli ręce, po czym każdy z nich zaprezentował to, co odkrył, z polecenia ich tymczasowych senseiów.

Bąbelki, które wcześniej wytworzył Utakata były właśnie czymś nadnaturalnym, darem od Saiken. Mogły one zmieniać kolor oraz właściwości, w zależności od tego, czego chciał Jinchūriki.

Jeśli chodzi o Yugito, to dziewczyna wstała ze swojego miejsca i, wykonując kilka ruchów, przywołała do swoich rąk dwie wiązki niebiesko-czarnej energii, która pochłonęła jej pięści i przybrała kształt kotów. Źrenice jej oczu dodatkowo się zwęziły, a wzrok poprawił. To właśnie Nibi jej zaoferowała.

Gaara, jak już wcześniej miał okazję po kazać, wykazał się niezwykłą kontrolą nad piaskiem, mimo że była to głównie zasługa Ichibiego. Pomimo tego, wciąż liczyło się to do niezwykłych umiejętności zapewnionych jedynie przez Bijū.

A Fū…


- Wow. Wygląda to niesamowicie – skomentował Uzumaki, patrząc jak z pleców dziewczyny wyrasta para granatowych, owadzich skrzydeł. Fū zaczerwieniła się lekko i zaśmiała, pocierając swój kark z zawstydzenia.

- Dzięki, Naruto-kun. Jeszcze nie umiem latać z ich pomocą, ale ja wiem, że dam radę!

I Naruto wiedział, że da radę. W końcu była jego przyjaciółką, ważną dla niego osobą, do której zbliżył się jeszcze bardziej, dzieląc jej ból i odpowiedzialność bycia Jinchūriki. To było coś zupełnie niezwykłego, innego.

- Nie martwcie się, ci, którzy jeszcze nie wiedzą, co możecie dzięki swoim demonom. Kiedyś to odkryjecie. A teraz – Rōshi przerwał, zdjął swoje okrycie głowy i złożył ręce, formując pieczęć byka. – Czyją pieczęć oglądamy jako pierwszą?


06 maja 2017r. - Poprawiona wersja.

Za niedługo wyjdzie rozdział dziewiąty, jestem w połowie pisania. Dzięki, że macie do mnie tyle cierpliwości.

M.R.