"Za pierwszym razem"
Rozdział IX: Interludium 2
Figurka
Napisane przez: M. R.
Gdy tylko Konohamaru wbiegł na ich pole treningowe podczas osiemdziesiątego trzeciego okrążenia Shinjiego i Sayuri, Corazon wiedział, że to będzie problematyczny dzień (jednocześnie podejrzewał, że każdy ich trening bez czwartego, młodego członka drużyny będzie przerywany w taki, a nie inny sposób - przez kogoś. Najpierw był Gai, potem ANBU, w międzyczasie ich szalony klient z dawnej misji oznaczonej literką „C", a teraz młody wnuk Trzeciego Hokage. Corazon miał dość przerwanych sesji treningowej. I miał dość swojego bratanka też, ale na głos tego nie powiedział, zbyt bardzo cenił sobie rodzinę).
Konohamaru, zamiast zaatakować od razu, jakby zrobił to jeszcze niecały miesiąc temu, wybiegł naprzeciw Shinjiego i Sayuri, wyciągając przy okazji shurikeny z żyłkami, w jakie zaopatrzył go Naruto. Następnie dość celnie rzucił w drzewa przy polanie, wciąż zmierzając w kierunku dwóch geninów. Gdy shurinkeny niemal dotknęły powierzchni drzewa, tak jak się spodziewała trenująca drużyna, te nagle zmieniły kierunek, gdy cholerny Kage Bunshin Konohamaru wyrzucił jedną broń. Zaskoczeni nagłym pojawieniem się prawie idealnego, solidnego klona młodego Sarutobiego tak zaskoczyło pełnoprawnych ninja, że Shinji i Sayuri, zaabsorbowani gapieniem się na Konohamaru, padli ofiarą jego zaplanowanego wcześniej planu; shurikeny z żyłkami przeleciały obok nich, przez co potknęli się i, zaplątani w niewidoczne linki, wpadli na siebie, nim zaliczyli bliski kontakt z twardym, treningowym podłożem. Mogli, oczywiście, właśnie w momencie spadania wykonać Kawarimi i uwolnić się, ale to był Konohamaru. Pozwolili mu na chwilę sukcesu i sobie na chwilę odpoczynku. Corazon natomiast, już w jakieś części świadomy i tylko częściowo wyrwany z otępienia, uniknął zmierzającej w jego kierunku broni, lecz popatrzył się za nią, spuszczając z oczu swojego bratanka – i to był jego błąd, bo już po sekundzie czuł na swojej żuchwie pięść chłopca. Nic mu to nie zrobiło, oczywiście, Konohamaru był wciąż o wieki za młody, by zrobić mu coś samą siłą fizyczną czy taijutsu. Zatem Corazon chwycił go za przedramię, przerzucił nad głową i powalił na ziemię, uważając, by nie zrobić mu większej krzywdy, niż złamane kości.
Przyda się młodemu nauczka.
Konohamaru jednak zniknął, a w jego miejscu pojawił się pieniek. Prawdziwy Sarutobi pojawił się kilka metrów przed swoim wujkiem, trzymając się za swoją złamaną lewą rękę. Oddychał ciężko, ledwo trzymał się na nogach, ale z determinacją ponownie ruszył naprzód… tylko po to, by potknąć się o niebieski szalik, który odwinął się z jego szyi. Uczeń Akademii upadł na trawę przed Corazonem, dodając do listy swoich obrażeń siniaka na głowie. Ze łzami w oczach, Konohamaru powoli stanął na nogi i zachwiał się niebezpiecznie, lecz nim ponownie mógł się przewrócić, starszy Sarutobi podszedł do niego, powstrzymując go od kolejnego upadku. Z pieczęci przy nadgarstku wyciągnął apteczkę pierwszej pomocy, po czym zaczął dezynfekować i opatrywać rany bratanka, oraz unieruchomił mu złamaną rękę.
— To było zaskakujące, Konohamaru. Jestem z ciebie dumny, że się tak rozwijasz, ale pamiętaj: nawet z doskonałym planem, sam nie dasz rady przeciwstawić się komuś o mojej mocy. Jesteś jeszcze za młody — powiedział Corazon, naklejając plaster na dość dużego siniaka na lewej ręce chłopca. Konohamaru westchnął cicho, uspokoiwszy się.
Zawsze było warto próbować.
— Naruto naprawdę nie żartował, gdy mówił, że uczy cię walczyć — Shinji podrapał się po głowie i wyciągnął rękę do Sayuri, aby pomóc jej wstać. Dziewczyna leżała na ziemi, przeciągając się na słońcu jak kot (w końcu to były jej summony, coś musiały ją nauczyć!). — Szczegółowo zaplanowałeś wszystko, choć twoim błędem było zaangażowanie się w walkę wręcz. Sensei jest w tym o wiele lepszy niż ty, i dobrze o tym wiedziałeś. — Genin skrzyżował ręce na klatce piersiowej i lekko się zgarbił, przybierając pozycję zamkniętą, tylko po to, by wystraszyć najmłodszą osobę. Sayuri oparła się o Shinjiego, po czym również zwróciła się do Konohamaru:
— Wciąż nie zmienia to faktu, że wykonałeś pewne Jutsu; Kage Bunshin? Co ten idiota cię nauczył?! To mogło cię zabić! — Dziewczyna dostawała delirium, wymachując rękami na prawo i lewo, nim czarnowłosy genin położył rękę na jej ramieniu w próbie zapanowania nad jej temperamentem. Sayuri uspokoiła się nieznacznie. —Zechcesz rozwinąć temat i powiedzieć, czego jeszcze nauczył cię Naruto?
— On się po prostu o mnie martwił… — wyszeptał cicho sześciolatek, nie chcąc spojrzeć w oczy dziewczynie. Uzumaki zmienił się. Prawdziwe realia świata shinobi nie są zachęcające, one zmieniają ludzi, a prawie jedenastoletni genin chciał, by jego młodszy przyjaciel nie znalazł się w przyszłości w takiej sytuacji, jak on na Egzaminie. Chciał go przygotować, chociażby odrobinę! Pod uwagę brał również fakt, że najmłodszy Sarutobi był ważną postacią na skali politycznej; wnuk Trzeciego Hokage, a także prawdopodobnie przyszła głowa klanu Sarutobi, jeśli Corazon nie będzie chciał odziedziczyć tej pozycji. Wystawiony był na nagłe ataki i możliwe próby uśmiercenia bądź porwania jego osoby; musiał wiedzieć, jak się obronić.
4 sierpnia był dniem, w którym młody Konohamaru zaprzysiągł sobie, iż w końcu (po dwóch dniach bycia unikanym) znajdzie Naruto i, choćby miał go zmusić, to wyciągnie z niego informacje na temat tego, co się wydarzyło na egzaminach. Uprzednio spotkawszy swojego wujka, Sayuri i Shinjiego oraz zobaczywszy ich stan, zmęczenie na twarzach i głęboki smutek w oczach, jak i determinację, by się zmienić i ponownie nie doprowadzić do takiej sytuacji, Konohamaru wiedział, że musiał jak najszybciej znaleźć Uzumakiego i chociażby postarać się poprawić mu humor, czymkolwiek, jakkolwiek, z kimkolwiek. Naruto zawsze wszystko przeżywał dwa razy mocniej, dlatego potrzebował komfortu i pocieszenia w dwukrotnie większej ilości, dwa razy dłużej. Konohamaru nie mógł zwlekać, dlatego czym prędzej o świcie (a raczej o siódmej rano, a to było dla niego zupełnie jak świt) zerwał się z łóżka, szybko ubrał coś na siebie i pobiegł do mieszkania Naruto, całkowicie zapominając o jakże ważnym pierwszym posiłku dnia, śniadaniu mianowicie. Z kompleksu rodziny Sarutobi wymknął się po cichu i niespostrzeżenie, korzystając z porad udzielonych mu przez blond-genina, gdy ten przebywał w ich skromnych progach na całe półtora miesiąca. Wiele go nie nauczył, ale umiejętność bycia niewidzialnym, jedna z najważniejszych rzeczy w karierze ninja, wręcz podstawa sukcesu, została wpojona w jego głowę. Wtedy nauczył się ważnych rzeczy – że życie to nie tylko kwiatki, happy-endy i szczęście, o nie. Życie w tym szarym świecie samo w sobie jest niebezpieczne, nie mówiąc o profesji shinobi. Więcej Naruto o tym nie wspominał, jedynie raz czy dwa, więc Konohamaru nie naciskał, ale teraz musiał wiedzieć. Musiał być przygotowany, bo jeśli jego dziadek, wujek, przyszywany brat bądź przyjaciele umrą, coś złego im się stanie, to młody Sarutobi sobie tego nie wybaczy.
On musiał wiedzieć, na co się pisze, wybierając życie ninja.
Zatem gdy w końcu dotarł do mieszkania genina, zastał tam uchylone drzwi i przyjemny zapach dobiegający ze środka. Zaintrygowany nowym doznaniem, Konohamaru wślizgnął się wewnątrz, nie tykając skrzypiących, starych drzwi i, najciszej jak potrafił, poszedł do kuchni.
Przy stole, który służył zazwyczaj za zapasowy na różne okazje siedział Naruto. Jedzenie było wyłożone na talerzach i miskach, a herbata zaparzona do dzbanka i nalana do dwóch kubków. Talerz Uzumakiego stał pusty, tak samo, jak talerz przy niezajętym krześle. Genin napił się łyka i cicho westchnął, odstawiając kubek na stół. Oparcie starego siedziska zaskrzypiało, gdy ten odchylił się i spojrzał w twarz Konohamaru, który ledwo powstrzymał drgnięcie. Błękitne oczy nie wyglądały tak samo przyjaźnie, jak kiedyś…
– Ninja, który nie myśli strategicznie, to martwy ninja. Spisany na straty. Nawet bardziej od bycia niewidzialnym ceni się strategiczny, mądry, jasny umysł. Bez planu jesteś nikim, tylko ciałem. Siła to nie wszystko. Spryt. Trzeba być sprytnym, najpierw myśleć, dopiero potem działać – powiedział Naruto, wciąż patrząc się na Sarutobiego tak, jakby studiował go wzrokiem, przewiercał jego duszę na wylot. Po chwili ciszy ponownie zabrał głos, widząc, że uczeń Akademii nie ruszy się, dopóki cała ta ciężka atmosfera i poważne słowa nie rozrzedzą się. – Dlatego przygotowałem śniadanie. Spodziewałem się, że tu przyjdziesz i zapomnisz o nim, dlatego częstuj się.
Konohamaru mrugnął raz i drugi, trochę nie dowierzając, ale biorąc wszystkie słowa już niejako doświadczonego genina do serca. Zaśmiał się cicho i zajął miejsce na wolnym krześle, już nakładając sobie coś z dużego, obrotowego talerza. Naruto przez chwilę patrzył na jego akcje, lecz i także przygotował sobie lekki posiłek, nic ciężkiego.
– Nie chcę, byś skończył jak ja, Konohamaru. – Sarutobi przestał jeść i spojrzał z niejakim zaciekawieniem na starszego przyjaciela. – Musisz być przygotowany, jeśli chcesz podjąć się tego wyzwania. Musisz nie tylko być niewidzialny, lecz także sprytny, Nie sama siła się liczy, ale bez niej też nie dasz rady. Musisz być inny, rozumiesz?
– …Zrozumiano – odpowiedział cicho, zaciskając pięści. Hokage nie umrze, bo on będzie przygotowany. Braciszek Naruto nie będzie już musiał widzieć tych okropności, nie będzie musiał więcej się troskać i mieć te martwe oczy, bo on będzie przygotowany. Musi być, by chronić ich wszystkich. – Naucz mnie, Naruto-nii. Naucz mnie strategii, przygotuj na ten świat.
Lekki uśmiech pojawił się na twarzy blondyna, gdy ten usłyszał wyznanie Konohamaru, pełne pasji i determinacji. By już nigdy nie oglądać ludzi złamanych, o martwej duszy. Naruto poklepał młodszego kompana po głowie, zapewniając, że właśnie tak się stanie. Że go nauczy. Że będzie przygotowany. Bo on mu pomoże, a zacznie dokładnie od tego, czego brakowało mu całe życie – logiczne myślenie. Chyba była to najwyższa pora na wyciągnięcie starych, dawno zapomnianych planszówek ze schowka, gdzie kurz pokrył je dobre trzy lata temu.
Już czas.
Konohamaru nigdy, przenigdy, nie czuł się bardziej bezbronny i zawstydzony, niż wtedy, gdy Naruto zadeklarował ze stoickim spokojem, że przy takim planowaniu wszyscy z różnych scenariuszy zginą. Przygotował on bowiem ponad sto możliwych rozwojów wydarzeń, każde różniące się od siebie praktycznie wszystkim. Wszystkie one miały wspólną cechę: trzeba było doprowadzić do sytuacji, w której przeżyjesz. Naruto przedstawił Konohamaru pierwsze pięć planów i od razu doszedł do konkluzji. Martwy. Jego, według wszelkich możliwości, „świetne" strategie polegały na natychmiastowej i bezpośredniej ofensywie, dlatego również, niechętnie, bo niechętnie, Konohamaru całkowicie zmienił koncepcję, widząc, że atak nic nie daje. Następnego dnia, niestety, też mu się nie udało, ale nie poddawał się, rozmyślając o każdym planie i analizując go przez większą część nocy, tuż po przyjściu do domu.
Dopiero piątego dnia nastąpił przełomowy moment.
– Jesteś ninja o żywiole chakry ognia. Wracasz z misji, zostało ci dziesięć kunai, pięć shurikenów i bomba dymna, jak również i zaledwie jedna piąta twojej średniej wielkości pokładów chakry. Niedaleko znajduje się wioska złożona jedynie z cywili. O godzinie dwudziestej zostajesz napadnięty przez płatnego zabójcę, którego żywiołem chakry jest woda. Atakujący wie o tobie wszystko, jest także wypoczęty. Co robisz?
Chwilę zajęło Konohamaru zastanowienie się nad możliwą sytuacją, aby wyjść z tego cało. Naruto pokazał mu położenie ich dwójki na mapie, wskazał wioskę i miejsce, do którego ninja miał przybyć. Uzumaki cierpliwie czekał z odpowiedzią.
– O tej godzinie pójście do wioski, w dodatku z prośbą o pomoc, byłoby bezsensowne. Skoro to cywilna wioska, to wiadome jest, że nie będą ufać shinobi, a wkraczając tam, mogę narazić ich na atak przez nieznanego zabójcę. – Naruto z aprobatą pokiwał głową, czując, że być może w końcu mu się uda przeżyć. Aspirujący ninja kontynuował. – Kieruję się w stronę linii drzew, gdzie rzucam bombę dymną, jednocześnie podpalając jakimś ognistym jutsu kilka drzew. W ten sposób osoba, która mnie atakuje wskoczy w dym, nie przeczuwając kryjących się za nimi płomieni.
– Doskonale – rzekł Naruto, zakładając ręce na piersi. – Atakujący otrząsnął się dopiero po minucie; wyssało to z niego połowę energii, którą miał. Wciąż jednak ma siłę, dlatego wykonuje Suiton: Suidan no jutsu, z wielką precyzją, wycelowane na ciebie. Co robisz?
– Odpowiadam kulą ognia, w której ukryte będzie pięć kunaiów, uskakuję w bok i na ziemię, po czym podpalam drzewa wokół atakującego w nadziei, że się nie otrząśnie tak szybko. – Konohamaru potrzebował chwili namysłu, kończąc z rękami złożonymi w cichej modlitwie, by to zadziałało. Naruto spojrzał na niego krytycznym okiem i westchnął cicho.
– Biorąc pod uwagę fakt, że broń ukryta w ogniu zaskoczyła przeciwnika, doszedłem do wniosku: żywy.
Radość Konohamaru wybuchła nagle, niespodziewanie, że aż Naruto zaczął się głośno śmiać i uśmiechnął szeroko po raz pierwszy od powrotu z tamtego miejsca. Aż miło tak wrócić na stare śmieci, do dawnego siebie.
Gdy Gaara otworzył oczy, już nie widział twarzy nowych znajomych, nie widział dziedzińca olbrzymiej, aczkolwiek dziwnej świątyni, nie widział białych, zewnętrznych ścian i nie widział jeziora w oddali; zamiast tego czuł gorący piasek pod swoimi gołymi stopami, ostre słońce na swoich ubraniach i ciężki oddech Roshiego, który zamiast stać przed nim z ręką na jego czole, stał obok niego, przeciągając się. Zaskoczony taką sytuacją, syn Kazekage obrócił się kilkukrotnie, lecz wszystko było w piasku, na pustyni.
Cały krajobraz przed nimi się rozciągający mógł znaczyć tylko jedno: byli w umyśle Gaary.
Nagły, porywisty wiatr zepchnął ku nim mnóstwo irytującego piasku, wpadającego do oczu, uszu, nosa i ust. Gaara zakaszlnął raz i drugi, schylił się trochę, próbując uchronić od żółtych drobinek, a jak to nic nie dawało, zezłoszczony, dynamicznie machnął ręką, a piasek zatrzymał się w powietrzu i odleciał.
– Doskonale, przynajmniej masz jakąś kontrolę nad swoim umysłem – rzekł Roshi poważnym tonem. Mężczyzna podrapał się po brodzie, wytrzepując z niej piasek i rozejrzał się, a gdy w oddali ujrzał olbrzymi kształt prawdopodobnie przykryty piaskiem, spoważniał natychmiastowo. – Chodźmy.
Jeden krok Roshiego były jak dwa kroki Gaary, więc mieszkaniec Suny niemalże biegł, próbując nadążyć za starszym Jinchurikim, który narzucił szybkie tempo. Oboje zbliżyli się do góry piasku na bezpieczną, według bardziej doświadczonego z nich, odległość akurat w momencie, w którym nadnaturalny element tego miejsca zadrżał, a otaczający go piasek odleciał z wiatrem.
Teraz to nie była góra piasku, lecz Ichibi, przymocowany do ziemi grubymi, zgniłozielonymi łańcuchami, na których wypisane były sekwencje, pieczęcie, znaki i inne rzeczy, powstrzymujące Jednoogoniastego od wywierania zbyt dużego wpływu na Gaarę.
Ichibi ryknął głośno, budząc się z niespokojnego i nie dającego ukojenia bestii snu. Jego gniew dało się czuć już na kilometr; jego influencja w stosunku do osoby przechowującej go w swoim ciele została znacznie, znacznie zmniejszona i nie podobało się to demonowi ani trochę; przecież ten chłopiec tak poddany był jego woli, tak łatwy do manipulowania, że uwierzył, iż jest jego matką! Na Mędrca Sześciu Ścieżek, matką! Ichibi mógł robić co chciał, wręcz czuł, jakby to on żył za Gaarę i co?
Cholerny pojemnik Yonbiego musiał to zepsuć!
Ichibi zaryczał raz jeszcze, dostrzegłszy dwie sylwetki w odległości, z której nie mógł ich dosięgnąć będąc związanym łańcuchami. Utkwił w nich jednak swoje żółte ślepia i wpatrywał się z gniewem oraz nienawiścią.
– ZEJDŹCIE MI Z OCZU! – Ponownie wydał z siebie ryk i począł rzucać się w łańcuchach, byleby uwolnić się i zmiażdżyć tych lichych ludzi pod swoimi pazurami, rozerwać na strzępy, zAbiĆ! Tak dawno nie czuł krwi pod swoimi łapami, że uczucie to potęgowało się coraz bardziej, a wściekłość narastała, wraz z poczuciem bezsilności i uwięzieniem.
Roshi spojrzał na niego i założył ręce na piersi, skupiając się na wręcz wypływających z Ichibiego uczuciach. Gaara, stojący obok niego, trząsł się okropnie, ale za nic nie mógł oderwać przerażonych oczu od sylwetki piaskowego demona, wijącego się jak wąż w łańcuchach. Wyglądało to jak nieudana próba okrucieństwa, straszny eksperyment kolejnego szalonego poszukiwanego ninjy, czyste szaleństwo. Przepełniony smutkiem i złością już nawet nie wiadomo na kogo (choć część negatywnych uczuć skierowana była na samego siebie), Gaara potrząsnął mocno głową i zerwał się do biegu.
Zaskoczony Roshi nie zareagował natychmiast, w zamian optując za obserwacją tego, co w myśli miał młodszy chłopak. Ichibi przestał wierzgać i wić się, gdy coś pacnęło go w nos i przyczepiło na amen. Zdenerwowany Shukaku spojrzał na natręta, robiąc zeza, i ze zaskoczeniem zanotował przytulającego go mieszkańca Suny. Gaara nigdy taki nie był, a jako, iż Ichibi był przez jakiś czas skonfundowany, nie wiedział, co się działo na zewnątrz, a tym samym nie widział przemiany swojego pojemnika i postanowienia poprawy.
– A ty co, żałosny bachorze?! – wrzasnął, machając głową na prawo i lewo. – ZŁAŹ ZE MNIE!
– Nie zejdę, dopóki mnie nie wysłuchasz! –Roshi westchnął w dole i z niedowierzaniem przyłożył rękę do czoła. Oczywiście był gotowy zainterweniować w każdej chwili, ale jeśli Gaara miał jakiś plan- a było widać, że miał –to gotowy był zejść na drugi plan, poczekać i dać mu więcej czasu, niż reszcie młodych Jinchuurikich. Przysiadł więc na piasku i czekał na rozwój wydarzeń.
– Niby dlaczego miałbym cię wysłuchać? – Shukaku nie dawał za wygraną, dlatego też Gaara ledwo utrzymywał się na jego ciele, powoli się wyślizgując. Widząc ostatnią szansę, by zwrócić uwagę demona na coś innego, niż gniew, Gaara krzyknął.
– Bo chcę być twoim PRZYJACIELEM! – Bijuu natychmiast stanął jak wryty i ponownie spojrzał na Gaarę, ledwo utrzymującego się na jego nosie. Było to dla niego zaskoczenie, lecz jego ekspresja znowu się zmieniła.
– Jasne, i co jeszcze?! Po co niby chciałbym się z tobą przyjaźnić?! Jesteś człowiekiem, najgorszą rasą! – Lata spędzone na walce z ludzkością uświadomiły Ichibiego o okrucieństwie, bezwzględności i egoizmie człowieczeństwa. Nie miał on zamiaru ponownie pokładać swojej nadziei w tym gatunku, bo tylko się przeliczy, nic to nie będzie znaczyć.
– Ale sam powiedziałeś, że nie jestem człowiekiem! Jestem Jinchuuriki i doskonale rozumiem ból ci zadany! Ichibi, ja nie chcę byś był samotny już kiedykolwiek indziej!
Shukaku był naprawdę wielce zaskoczony słowami Gaary, który miał faktycznie rację, a jego słowa zawierały ziarno prawdy. Nie wiedział, co tak szczerze powinien myśleć, jaką opinię mieć, ale Gaara… był Jinchuurikim. Nie był tacy, jak inni, znał jego ból i sam przeżył więcej, niż można przewidzieć. Zasługiwał na to, co wycierpiał?
Nie, zdecydowanie nie. Ale jednak był człowiekiem.
Korzystając z okazji, demon szybko zrzucił go ze swojego nosa i odszedł mały kroczek w tył. Roshi złapał spadającego Gaarę już w powietrzu, aby nie stała mu się krzywda – mimo iż był to jego umysł, to nigdy nie wiadomo, co się czaiło w jego najciemniejszych zakamarkach; coś mrocznego, tylko czekającego na chwilę słabości, aby zaatakować i zniszczyć.
– Jedna szansa – rzekł Shukaku, zaskakując ich obu. – Dam ci jedną szansę. A teraz zmiatajcie z tego miejsca i zostawcie mnie w spokoju!
Uśmiech Naruto lekko przygasł, gdy chłopak zdał sobie sprawę, że nadeszła i jego kolej. Pieczęcie Roshi sprawdzał po kolei, od jednego do dziewięciu, z pominięciem swojej i Hana; każdy kończył wizytę w swoim umyśle z jako-takim zadowoleniem, lecz tę passę Uzumaki był niemal pewny na sto procent, że przerwie – Kyuubi to bardzo niezidentyfikowana jednostka i ich ostatnia „pogawędka" skończyła się, jak się skończyła. Nie był on zbyt chętny do powrotu do tego mrocznego, ciemnego miejsca, skąd nie widać było końca krat, gdzie woda wciąż się podnosiła, ściany pękały, rury rdzewiały i przeciekały, a czerwona, złowroga energia przepełniała każdy kąt, każdy kawałek powierzchni i zatruwała wręcz powietrze, dusząc dotychczas przebywającego tam Uzumakiego. To miejsce było nie do zniesienia.
Nie chciał tam wracać.
Ściągając rękę z głowy Kirabiego, Roshi uśmiechnął się i położył dłonie na biodrach. Nerwowy Naruto poruszył się niespokojnie, wodząc wzrokiem wszędzie, byleby nie patrzeć na starszego mężczyznę. Jego dziwną nerwowość zauważyli wszyscy Jichuuriki, ale nikt nic nie powiedział, domyślając się, o co chodzi. Przecież sam Naruto zdradził, że Kyuubi zabił jego rodziców, oczywiście, że musiało to być dla niego bardzo niekomfortowe i bolesne, już samo patrzenie w oczy wielkiego demona.
– No! – odetchnął Roshi, odwracając się z delikatnym uśmiechem na twarzy w stronę Naruto. Hachibi był chyba najbardziej chętny do współpracy ze swoim Jinchuurikim, niż którykolwiek z innych Bijuu. – Został tylko Naruto i przechodzimy do dalszego treningu!
Fuu jęknęła głośno. Roshi oraz Han byli brutalni w tej kategorii; wychodzi na to, że wzięli sobie za cel, aby każdy z nich do wiosek wrócił jak najbardziej obolały, wymięty, zmęczony, ale hardy i wytrenowany, przygotowany na różnorodne sytuacje i z determinacją, by wciąż stawać się lepszym, silniejszym, aby obronić to, co dla nich najważniejsze. Treningi, jednak, to była katorga.
Roshi podszedł do Naruto i, tak samo, jak zrobił to z resztą uczestników tego obozu, położył dłoń na jego włosach.
– Kyuubi jest nieprzewidywalny, Roshi-sensei. Musi pan uważać – ostrzegł cicho Naruto, nim zostali oni przeniesieni do podświadomości Uzumakiego.
Powiadają, że umysł ludzi odzwierciedla doświadczenia ludzi z dzieciństwa i ich wspomnienia, stan psychiczny. Roshi, goszcząc w umysłach wielu osób, zarówno mu znanych, jak i nieznanych, mógł powiedzieć, że ziarno prawdy kryło się w tym powiedzeniu. Dla przykładu: umysł Yagury był bezkresem mórz, wodami, wokół których się wychowuje. Umysł Fuu jest zalesiony, gdzie górują wysokie drzewa, szum liści i wodospadu w oddali. Cóż, Roshi nie wiedział, czego mógł się spodziewać, wkraczając do głowy Naruto, ale na pewno nie tego, co zobaczył. Na pewno nie.
To miejsce było jednym wielkim kanałem. Brudna woda sięgała Roshiemu aż do połowy łydki, beznadziejna lampa ledwo wisiała na suficie, podtrzymywana kablem, jak i dająca nikłe światło, ciemnozielone ściany były popękane, tak samo jak rury, przechodzące przez całe pomieszczenie. Przed nimi rozpościerały się czerwone kraty z pieczęcią na środku, a zza nich wyglądały na nich krwistoczerwone ślepia. Wkrótce do ślepi dołączyły dwa rzędy ostrych, białych zębów i złowieszczy śmiech Kyuubiego.
– Witam ponownie, Uzumaki Naruto. – przemówił głosem tak niskim i donośnym, że Roshi cofnął się o pół kroku. Naruto stał nieruchomo, z rękami luźno spuszczonymi wzdłuż swojego ciała, patrząc się neutralnym wzrokiem na demona przed nim. – Widzę, że przyprowadziłeś kogoś. Hmm? I to jeszcze z Iwagakure? Ciekawe…
Naruto mrugnął i podszedł bliżej do klatki, trochę wolniej, niż zazwyczaj z powodu narastającego poziomu wody w tym pomieszczeniu, po czym usiadł na wodzie po turecku, używając chakry do utrzymania się na powierzchni. Roshi nigdy w życiu nie był bardziej skonfundowany, niż w tym momencie. Co właściwie się działo?
– Witaj, Kyubi-san. Jak się spało? Przegapiłeś dość wiele, skoro nie wiesz, kim jest Roshi. Czyżbyś spał od początku obozu? – zapytał z totalnym spokojem, nawet pozwalając sobie na nutkę rozbawienia w głosie, na co demon warknął i odwrócił pysk od chłopaka, kładąc go na swoich łapach.
– Obudziłem się o trzy lata za wcześnie, nie moja wina, tylko twoja. Muszę jakoś to odsypiać. – Roshi już nie miał pojęcia, co się działo. W jednej chwili całkiem poważny, a także nerwowy Naruto oznajmia mu, żeby uważał na Bijuu w jego ciele, a w drugim momencie niemal całkowicie rozluźniony konwersuje z aktualnie najsilniejszym z dziewięciu demonów, żartując i przekomarzając się z nim w swoim zniszczonym umyśle o stanie przykrym. Mężczyzna założył ręce na piersi i uniósł wysoko brwi.
– Nie lubię dodatkowego towarzystwa i ty o tym wiesz, dzieciaku. Dlaczego on jeszcze tu jest? Wynocha! – Dziewięć ogonów zafalowało za Kyuubim, po czym ogony z chakry pomknęły w stronę jounina z Iwy. Ten, wystraszony takim obrotem spraw, opuścił umysł Naruto, próbując wziąć go ze sobą; demon rezydujący w Uzumakim na to jednak nie pozwolił, więc gdy w prawdziwym świecie czerwonowłosego mężczyznę odrzuciło na ścianę, a blondyn nie poruszył się ani trochę, reszta obecnych tam osób wystraszyła się nie na żarty.
– Zawołajcie Yamato, JUŻ! – Han od razu podjął działania obronne, korzystając z wiedzy przekazanej mu przez Kakashiego- że Yamato to członek ANBU, zdolny do zatrzymania ogoniastych bestii -także nie czekał ani chwili, biorąc sprawy w swoje ręce. Razem z garstką ANBU przybyli dwaj medycy, którzy popędzili w stronę omdlałego jounina, osuwającego się po ścianie.
– Czy przypadkiem Kyuubi nie jest najbardziej okrutny ze wszystkich demonów? –zapytała Nii, czując nadchodzący ból głowy, związany z tym chłopcem. Ledwo minął dzień obozu, a już się coś działo. Jak, zatem, wyglądać będą kolejne dni? Brak kontroli nad swoim ciałem? Ukryty atak na kogoś z nich? Wyprawa poza mury świątyni, by uratować królewnę z opresji?
Tymczasem w kanałach- a może raczej umyśle Naruto -chłopak zirytowanym wzrokiem zlustrował lisa za kratami. Westchnął cierpiętniczo. Bał się, och, jak się bał! Kyuubi mógł zrobić Roshiemu coś gorszego i to było powodem jego nerwowości, bo- nie wykluczał takiej możliwości –Kyuubi mógł mieć gorszy humor akurat dzisiaj i (o, zgrozo) mógł pokazać jouninowi z Iwy wspomnienia Uzumakiego. To było coś, czego genin absolutnie po kres swoich dni będzie się wstydził – jak głupi był, było to nie do pojęcia! Nigdy więcej nie chciał wspominać tamtego okresu, a zwłaszcza czas przed jego dziewiątymi urodzinami. Nie, to było jeszcze gorsze, ale z innych względów.
Początki jego wtedy marnego życia były bardzo… mroczne i niezrozumiałe. On sam dokładnie nie widział sensu życia, ni radości, którą można z niego czerpać, ani też swojej wartości. Długo, wręcz boleśnie długo rozważał nad skończeniem z tym… tym. Samotnością. Ciemnością. Nienawiścią. Były to bowiem pierwsze uczucia, jakie poznał, a to wszystko przez uprzedzenie do Kyuubiego. Dopóki Staruszek Hokage nie wkroczył do akcji, jego życie było jedną wielką pustką, ciszą, ciemnością. Uzumaki miał wiele szczęścia, że Sarutobi-jiji kochał go. W innym wypadku, zapewne Konoha cierpiałaby jeszcze bardziej przez samobójstwo pięciolatka, przypadkiem wyzwalającego Kyuubiego ukrytego w pieczęci na brzuchu – wiąże się to z tym, że byłby to drugi atak Ogoniastego Lisa na Konohę, a tego wioska nie zdołałaby udźwignąć. To prawdziwie pokazywało, jak wielkim orężem byli Jinchuuriki – wysłani na front podczas ważnej bitwy, mogliby uwolnić bestię w sobie zamkniętą i tym samym zmieść przeciwników z powierzchni ziemi.
Koniec końców, wniosek jest tylko jeden: sakryfikanci to całkiem przerażająca jednostka.
Odsuwając na ten moment wszystkie niechciane myśli, blondyn skupił się na swoim zadaniu, dla którego oryginalnie przybył w to niezbyt przyjazne miejsce.
– Rozumiesz, Kyubi-san, że zapewne wezwali Yamato, by powstrzymał twoją chakrę przez skorumpowaniem mnie? Ach, bezsens. – dodał jednak po chwili, widząc totalny brak zainteresowania Ogoniastego Lisa, który przeciągnął się i wrócił do opierania się o łapy. I tak właśnie znikają chęci młodego genina, który już nie miał siły dla Ogoniastego Lisa. Nawet zachowując się po prostu zbyt przyjaźnie w stosunku do Kyuubiego, Naruto nie czuł strachu. Pieczęć jego ojca w końcu wiąże demona za olbrzymimi kratami, a i pomimo tego, Uzumaki nie czuł potrzeby antagonizowania Lisa już więcej. Zbyt wiele nienawiści oboje doświadczyli, dlatego Naruto zadecydował, że czas, aby zaprzyjaźnić się ze swoim kompanem aż po kres swoich dni, wreszcie nadszedł.
– Nie obchodzą mnie oni, niech robią co chcą. Głupi ludzie. – warknął Och-jakże-straszny-demon, otwierając przy okazji jedno oko, by zobaczyć, co właściwie robi Uzumaki. Wstał on bowiem i idąc po wodzie, jakby była ziemią, przeniknął do wnętrza klatki Bijuu, którego zwężone źrenice nagle się rozszerzyły, zdradzając zaskoczenie. – Co ty wyprawiasz, tak właściwie?
– Rozglądam się, tu jeszcze nie byłem – odpowiedział całkiem szczerze, wodząc wzrokiem po pomieszczeniu za kratami. Mógł wreszcie zobaczyć, jak daleko rozpościera się ta klatka i jak wielki jest Lis. – Hej, nawet dużo tu miejsca. Fajnie.
Naruto ponownie usiadł na wodzie i oparł policzek o otwartą dłoń, napotykając wzrok Kyubiego. Demon był co nie lada zaskoczony zachowaniem genina, ale wybuchł donośnym śmiechem po jakimś czasie. Tak, ten dzieciak był intrygujący, bez krzty strachu – ale to chyba z głupoty, bo z czego innego? Przecież nie wkroczył on tutaj w jakimś konkretnym celu.
– Hej, Kyuubi? – odezwał się blondyn, skupiając na sobie uwagę Bijuu. Coś w jego oczach błysnęło, lecz demon nie potrafił odpowiedzieć, co mogłoby to być. Wciąż nie poznał ludzi od tej dobrej strony, jeśli nie liczyć Kushiny, która nie widziała go jako jedynie demona z krwi i kości… a raczej chakry. Potrafiła dostrzec w każdym dobro, choć jej umysł wyglądał jedynie odrobinę lepiej od Naruto. Wszystko było lepsze, niż miejsce, w którym zamknęła go Mito, ciemne, ciche, puste. Miał wrażenie, że spędził tam wieki, a nie lata. Wszystko było lepsze od tego…
– Czy… czy moja mama rozmawiała z tobą? – To pytanie zdecydowanie przyciągnęło jego uwagę. Było intrygujące, bo szczeniak nigdy nie pytał o swoich rodziców w ten sposób, nie tak bezpośrednio.
Monstrum z chakry burknęło pod nosem i zastanowiło się; odpowiadać czy nie odpowiadać?
– Co tobie do tego? – zdecydował się być tym oschłym demonem, przecież właśnie tak wyobrażali go sobie ludzie, w momentach, w których nie jadł ich ciał i nie pałał żądzą zemsty na konkretnym człowieku, przez którego zmuszony został do zrobienia wielu, wielu rzeczy godnych pożałowania. Rikudou Sennin zwija się pewnie w grobie, patrząc na niego i jego rodzeństwo.
Oczy Naruto lekko zmrużyły się, a ich blask trochę przygasł. Uzumaki nie miał zamiaru się poddawać, co to, to nie, ale Kyuubi był po prostu konfundujący. Jego humor zmieniał się co chwilę, jeśli tylko wypowiedziało się złe słowo, zrobiło się zły gest bądź wypadło się z umysłu bez pożegnania (tylko raz mu się to zdarzyło i zirytowany Dziewięcioogoniasty nie wciągał go do siebie przez dłuższy czas, aż Naruto się zaniepokoił. Było to tylko jednorazowe). Wzdychając lekko do siebie, genin kontynuował.
– Zastanawiam się, czy jestem pierwszą osobą, do której normalnie się zwracasz – wypalił szybko, nim w ogóle zarejestrował, co dokładnie powiedział. Bijuu spojrzał na niego dziwnie i uniósł brew (gdyby tylko ją miał…), domagając się wyjaśnień, dlaczego o to pyta. Nagle cała ta sytuacja stała się niekomfortowa i niezręczna, zwłaszcza dla prawie-jedenastolatka. Nerwowo zmienił swoją pozycję, teraz leżąc na plecach i patrząc się na lampę, zwisającą ze sufitu.
– Nie myśl, że chcę twojej zasranej przyjaźni, głupi bachorze. – Ton głosu demona był zimny, oschły, chłodny, a wręcz zły. Kyuubi był cholernie, cholernie zirytowany. – Nie mam pojęcia, po co tu przyszedłeś, bo spałem, ale nie wyobrażaj sobie za wiele. Jesteś tylko człowiekiem, nie masz prawa do mnie mówić, jakbyśmy byli na równym poziomie! – niemal wrzasnął, budząc nasienie grozy w młodym shinobi; Naruto jednak nie ruszył się z miejsca. Zamknął oczy i wstał po chwili ciszy, pozostawionej przez pełen negatywnych emocji głos Lisa. Spojrzał hardo na demona i zaśmiał się cicho, jeszcze bardziej irytując Bijuu.
– Jesteś tak uparty, jak ja. Jeszcze zobaczymy, Kyuubi-san. Kiedyś dotrę do ciebie i poznam twoje imię! – Wskazał na niego palcem wskazującym, przybierając pewną siebie postawę, a drugą rękę kładąc na biodrze. Oczy Dziewięcioogoniastego mieściły w sobie teraz masę emocji, ukierunkowanych głównie na zaskoczenie i złość. Nim jednak demon zdołał coś zrobić, Naruto zniknął, ponownie pojawiając się w świątyni.
– Głupi bachor – warknął ostatni raz i położył łeb na swoich łapach. Tak zajęty był myślą o wspaniałej, nieprzerwanej drzemce, w której zabija tego człowieka, że nie zauważył nagle obniżającego się poziomu wody.
Gdy Naruto otworzył oczy zaraz po powrocie z klatki demona, napotkał dziwny widok. Na pierwszym planie stał Yamato-taicho, trzymający ku niemu wyciągniętą dłoń, na której widniał jakiś znak, nie mógł go dostrzec z tak daleka. Za nim, zbici w grupkę, byli wszyscy młodsi Jinchuuriki, choć Yagurze zdecydowanie się to nie podobało. Han stał przy opierającym się o ścianę świątyni Roshim, a wszyscy ANBU postanowili odejść w mniej widoczne miejsce, dając Yamato kawał roboty.
Uzumaki zamrugał porządnie i rozejrzał się. Dopiero teraz zauważył dziwne, drewniane statuy wokół niego. Jinchuuriki odsunęli się od Yamato, gdy ten powoli opuszczał dłoń.
Naruto spojrzał na nich podejrzliwie, gdy przeciągał się na siedząco.
– A wy co? Coś się stało?
Tak, jakby jego głos miał dziwną, dziwną moc, wszyscy wspólnie odetchnęli i ożywili się.
A Naruto wciąż nie wiedział, o co im chodzi. Biedaczek.
W jak zwykle pełnym, zadymionym od fajki biurze Hokage, niepełna Drużyna Czwarta stała, czekając cierpliwie, aż Hokage przewertuje kilka kartek z wielkiego stosu papierów, aby wybrać im misję, do której będą się nadawać w takim, a nie innym składzie. Była to albo zwykła misja rangi „D", albo możliwość połączenia ich z inną drużyną, która wybiera się na misję rangi „C".
Hokage jednak nie mógł zostawić tego tak po prostu, zatem postanowił się zabawić w pewnym sensie, przydzielając drużynie Czwartej trzydniową misję, którą była pomoc klasie Iruki w Akademii. W ten sposób dzieci przestaną rozsiewać plotki na temat tego, że Naruto został wyrzucony z programu, Iruka będzie odrobinę odciążony, jak i również posłucha trochę o doświadczeniach Naruto z innej perspektywy, a w tym momencie trzyosobowa drużyna przypomni sobie przygody, jakie mieli i nauczy się, jak radzić sobie z dziećmi. Przydatne będzie to w kolejnych misjach, dlatego Hokage zadecydował.
–Drużyno Czwarta, czy akceptujecie trzydniową misję, jaką zaraz wam powierzę? – Lider wioski jeszcze nie wytłumaczył jej, oczywiście, by ich nie speszyć, ale Shinji i Sayuri równocześnie powiedzieli „Hai!", a Corazon za nimi pokiwał głową. – Zatem od jutra, co ranek udajecie się do Akademii i pomagacie chuuninowi Iruce jak tylko możecie.
Trening Roshiego i Hana, przez który przechodzili młodsi Jinchuuriki był naprawdę z piekła rodem.
Jednego dnia musieli przejść przez wszystkie wymyślone przez jouninów ćwiczenia, nawet, jeśli były one wprost wzięte z kosmosu; Naruto nie chciał wiedzieć, jakim cudem Roshi potrafił tak szybko i celnie rzucać w nimi całą masą kamieni, które za nic nie mogły ich trafić. Za każdy kamień, który nie ominęli, było dodatkowe okrążenie wokół olbrzymiego dziedzińca do ich początkowych dwudziestu kółek. Oczywiście, popisując się swoją nadzwyczaj dobrą umiejętnością unikania, Naruto miał jedynie dziesięć dodatkowych okrążeń. Killer Bee wypadł w tej kategorii najgorzej, dlatego również czekało na niego czterdzieści niechcianych kółek wokół dziedzińca.
W momencie, w którym zaczęli biegać, nagle spadł deszcz, który – choć na początku zbawienny – okazał się być zdradziecki, ponieważ rozmiękczył ziemię, po której biegali, zamieniając ją w błoto i kałuże. Wręcz wspaniale!
Ze zmęczeniem kończąc swoje karne okrążenia, Naruto zatrzymał się, oparł ręce na kolanach i próbował złapać utracony oddech. W międzyczasie rozejrzał się i zauważył, że skończył jako trzeci, zaraz po Utakacie i Nii. Jego uwagę przykuł widok ledwo poruszającego się do przodu Yagury, który powoli tracił przytomność, ale dzielnie parł do przodu i nie poddawał się. Nikt, tak właściwie, nie wiedział, co kryje się w jego głowie, jakie ma myśli, co sądzi o innych, i w co tak naprawdę wierzy. Od samych początków swojego życia, odkąd tylko rozumiał, co to słowo znaczy, był Jinchuurikim, niczym innym, niż tylko bronią do wykorzystania w rękach Mizukage. Wbrew pozorom, Yagura był pełen nienawiści, ale cała ona skierowana była w stronę jednej osoby – Sandaime Mizukage. Był on człowiekiem mściwym, inteligentnym, lecz lata temu postradał zmysły, zaczynając od masakry na członkach klanów, na krwawych egzaminach kończąc. Yagura nie wiedział, ile krwi już przelał z rozkazów tego człowieka.
Nie pragnął niczego innego, niż wolności. Tu ją miał, tu chciał zostać.
Ale w tym momencie przekroczył swoje limity wytrzymałości po całodziennym treningu. Jedna źle postawiona stopa wystarczyła, by się poślizgnął na mokrej nawierzchni i leciał na ziemię, twarzą w kałużę brudnej deszczówki. Ku jego zaskoczeniu, kontakt z ziemią nigdy nie miał miejsca, bo milimetry przed zderzeniem z mokrą powierzchnią ktoś go złapał i położył sobie na plecy. Otwierając powoli oczy (zmęczenie daje w kość), najmłodszy Jinchuuriki zdziwił się, widząc blond czuprynę.
– Hej, Yagura, ile jeszcze kółek ci zostało? – I co z tego, że trochę oszukiwał? Naruto chciał pomagać, a nie śmiać się, tym bardziej patrzeć i nic nie robić, podczas gdy ninja z Kiri się męczy i walczy ze swoim ciałem. Nie po to przecież przybył ten kawał drogi!
– Trzy – odpowiedział niemal tak cicho, że ledwo wyczulone zmysły chłopaka podchwyciły jego słowa. Uzumaki pokiwał głową i, wspierając się chakrą, wystrzelił do przodu sprintem, przeganiając po drodze Gaarę, Fuu i Kirabiego. Miał zamiar jak najszybciej skończyć to ćwiczenie, by odstawić zmęczonego Yagurę na suchą powierzchnię, a skoro już raz przebiegł na wodzie całą drogę z małej wyspy do wyspy, na której rezydowało Kirigakure, to teraz też mu się uda – to przecież tylko trzy kółka, a pierwsze już niemal przebiegł. Chęć pomocy zakręciła mu w głowie tak, że nie czuł poprzedniego zmęczenia.
Gorzej już bywało, zwłaszcza na początku jego kariery ninja, gdy dopiero co wyszedł z Akademii.
Roshi wybuchnął głośnym śmiechem, widząc, jak skory do pomocy jest młody genin. Że też nie przypuszczał takiego obrotu wydarzeń… nieprzewidywalny shinobi mógł stać się całkiem przerażającą, nieokiełznaną jednostką, jeśli tylko wyszkolony dobrze…
Roshi musiał nad tym pomyśleć.
Shinji był w stu, a nawet dwustu procentach pewny, że on nie zachowywał się tak jak te bachory, kiedy był w ich wieku. Pierwszego dnia ich misji najpierw wrzucono ich na głęboką wodę, prosto do klasy Konohamaru. Najdroższy Kami, jak genin się cieszył, że Naruto wbił trochę rozsądku w małą głowę Sarutobiego, jak on się cieszył! Już nie pamiętał, kiedy ostatnio miał z takimi rozpuszczonymi dziećmi do czynienia- może akurat wtedy, kiedy na półtora miesiąca wprowadzili się do domu mistrza?
Może. Nie pamiętał dokładnie i zdecydowanie nie chciał pamiętać.
– Shinji-senpai! Naucz nas, jak być tak niesamowity, jak ty! – krzyknął jeden dzieciak, skacząc wokół niego, zupełnie jak jakaś małpa, dopiero co wypuszczona na wolność. Tak, jak Sayuri przerażająco doskonale radziła sobie z nimi, tak chłopak już miał dość. Chciał iść do starszej klasy i odejść od tych cholernych dzieciuchów.
Oni nawet nie wiedzieli, jak poprawnie rzucić shurikenem! Nie, chciał iść do kogoś starszego, choćby do klasy Naruto, bo przecież nie mogli być gorsi od tych dzieci, nie?
Och, jak się przeliczył.
Była klasa Naruto, czyli jeszcze dzieci w jego wieku, składała się głównie z ludzi, którzy kiedyś mieli stanąć na czele własnego klanu i dumnie go reprezentować, lecz w obecnej chwili Shinji bardzo, ale to bardzo średnio to widział. Jeśli przyszłością Konohy mieli być oni, leniwi, rozwydrzeni, głośni, niepoważni, to wolałby wyemigrować do Iwy.
– Tak właściwie, to co tu robicie, Shinji-san, Sayuri-san? – zapytała Sakura w przerwie pomiędzy kłótnią z Ino-świnią, a patrzeniem i zachwycaniem się nad zawsze świetnie wypadającym i wspaniałym Sasuke. Dziewczyna miała respekt do wyższych rangą, a dzięki absencji Iruki, mogła dłużej patrzeć na Sasuke, więc obecność geninów absolutnie jej nie przeszkadzała. Shinji uniósł jedną brew, co uszło jej uwadze, ale zamiast niego odpowiedział mężczyzna, wchodzący do sali. Miał ciemnobrązowe, rozmierzwione włosy i ciepłe, ciemne oczy, w których tliły się iskierki rozbawienia, odzwierciedlane w uśmiechu.
– Cóż, Sakura, najmłodszy członek naszej drużyny jest aktualnie w miejscu wymagającym jego obecności, gdzieś na pograniczu Kraju Ognia. Tylko on mógł się tam udać, więc zostaliśmy postawieni w sytuacji bez wyjścia, ponieważ bez niego nie możemy wziąć misji poza wioską, a nasza obecność sama w sobie jest misją rangi „D", przydzieloną przez Hokage i aktualnie jedyną, jaką możemy wykonać – odpowiedział, zwracając na siebie uwagę całej, a przynajmniej dużej części klasy pełnej jedenastolatków. Sakura pokiwała głową na znak, że rozumie.
– Wow, jakiś ważny musi być ten wasz czwarty kompan, nie? I co pan ma na myśli „najmłodszy"? Nie jest w wieku Shinjiego i Sayuri? – dociekała dziewczyna, chcąc wydobyć jak najwięcej informacji od Sarutobiego, a jednocześnie podtrzymać rozmowę. Mężczyzna wydawał się być sympatyczny.
– Właściwie to nie, jest on… w waszym wieku, chyba? No, tak jakoś – odparł, natychmiastowo czując na sobie spojrzenia wszystkich, szczególnie Uchihy, świdrującego go wzrokiem. – Można powiedzieć, że jest wyjątkowy. Gdyby nie on ani Shinji, ani Sayuri by tu nie było.
– Problematyczny blondyn – westchnęła pod nosem Sayuri, przeczesując ręką swoje krótkie włosy. – Już mi go brakuje, a dopiero minął piąty dzień.
– Problematyczny, dokładnie. Pamiętam, jak prawie zaatakował tego cholernego kupca tylko dlatego, że obraził wygląd Sayuri. – Było to podczas ich misji do Suny, jednej, o której już prawie zapomniał. Wciąż pozostawała w jego pamięci tylko i wyłącznie dlatego, że Sayuri musiała przytrzymać Uzumakiego, który zatopił się w piasku.
– Jak się nazywa ten wasz trzeci członek? – To już nie było zapytanie, a wręcz żądanie, zauważył trafnie Shinji, gdy czarnowłosy chłopak wstał ze swojego miejsca i pochylił się w ich stronę. Uchiha, pomyślał genin, tak samo arogancki, jak kiedyś.
– Huh, nie znacie go? Myślałem, że chodził z wami do klasy. – Głos mistrza Sarutobiego zaskoczył całą klasę, która intensywnie zaczęła myśleć o kimś, kto nagle zniknął. Shikamaru w tyle westchnął ciężko i odpowiedział za Corazona, mając po dziurki w nosie tych ludzi.
– Chodzi mu o Naruto, idioci. Ech, to kłopotliwe.
Rozpętał w ten sposób piekło.
Naruto poczuł lekkie de ja vu, gdy w nocy wyszedł na dziedziniec i przystanął przy jeziorze, a dokładniej to przy figurce Kyuubiego, który zwracał się ku górze z rozdziawioną paszczą. Nawet w zminiaturyzowanej wersji wyglądał na przerażającego, siejącego postrach i zniszczenie.
Chwilę oglądając rzeźbę z każdej strony, wzrok Naruto w końcu spoczął na swoim odbiciu w ciemnej tafli jeziora. Była ona pofalowana, nie do końca odwzorowywała rzeczywistość, była tylko krzywizną. Tak czuł się blondyn. Zakrzywiony, nie całkiem pojmujący, co się dzieje, jakby zaraz miał się złamać.
– Hej. – W momencie, w którym Fuu pojawiła się obok niego, i w rzeczywistości, i w odbiciu, Uzumaki czuł się, jakby już raz to samo się zdarzyło (a coś takiego faktycznie było). Genin uśmiechnął się do niej szeroko.
– Cześć! Co cię sprowadza na zewnątrz o takiej godzinie? – zapytał, nie spuszczając wzroku z jej odbicia. Oczy Fuu powędrowały do góry, patrząc się na nieboskłon, gwiazdy i księżyc w pełni. Ach, widząc księżyc, Naruto sobie przypomniał. Wszyscy mieli w tę noc problemy ze spaniem, wszyscy Jinchuuriki, bo Bijuu były dziwnie… niespokojne.
– Wiesz, chciałabym, by ten obóz trwał wiecznie. Oprócz morderczego treningu, czuję się szczęśliwa, jak nigdy. Jakbym… jakbym…
– Była w domu? – dokończył za nią, spodziewając się tego. On miał dokładnie takie same odczucia na temat tego przedsięwzięcia. Czuł się jak w domu. Zaskoczona twarz Fuu obróciła się ku niemu, a widząc, jak blisko są ich twarze, dziewczyna zarumieniła się. – Ja też tak się czuję. Fuu… choćby nie wiem co, trzymajmy się razem, proszę.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się delikatnie i oplotła rękami jego szyję w mocnym uścisku, natychmiastowo odwzajemnionym oczywiście.
Czujne oczy Nii, Kirabiego i Utakaty obserwowały ich z okna jednego pokoju, w którym ich trójka się spotkała. Na twarzach obserwatorów zagościły małe uśmiechy.
– Naruto-kun… pójdę do Gaary. Nie chcę, by siedział w samotności, gdy dopiero co zyskał przyjaciół – powiedziała Fuu, odsuwając się od Naruto. Pokiwał on głową na znak, że rozumie.
– Zaraz do was przyjdę, tylko… obejrzę tę… statuę. – Wskazał dłonią na wyrzeźbionego w marmurze Kyuubiego, kładąc na nim rękę. Fuu uśmiechnęła się ostatni raz i zniknęła za drzwiami świątyni. Gdy Uzumaki poczuł jej chakrę niedaleko chakry Gaary, skupił swoją uwagę na figurce Dziewięcioogoniastego Lisa i przejechał palcem po jednym z dziewięciu ogonów. Niespodziewanie pojawiły się na nim dziwne, białe, poruszające się symbole, które zmieniły swój kolor na czarny.
Fuinjutsu!
Nim jednak ktokolwiek zdążył zareagować, pieczęć wystrzeliła w górę i zmieniła dziedziniec we słup światła. Gdy jasność opadła, Kirabi nie widział ani śladu po blond geninie.
– Nii, Utakata! Zawołajcie Roshiego, Hana, kogokolwiek!
Prawie rok minął, za nami pierwsze urodziny tego fanficka, a ja chcę się zapaść pod ziemię, haaa XD Świetnie, nie? Obiecuję, że na następny rozdział nie będziecie czekać do sierpnia. Obiecuję.
M.R.
