"Za pierwszym razem"

Rozdział X: Postludium 1

Drzewo Życia i Równina

(Alternatywny tytuł: Wszyscy mdleją)


W rankingu najbardziej niepokojących wiadomości, jakie otrzymał Trzeci Hokage w ostatnich latach, ta, którą właśnie czytał, bez problemu plasowała się w pierwszej piątce.

To miało być całkiem bezpieczne przedsięwzięcie – wysłał tam przecież jednych z najsilniejszych jednostek Konohy w razie jakiegokolwiek zagrożenia. Wysłał jednego z aktualnie najsilniejszych geninów wioski, który był prawdziwym więzieniem dla Kyuubiego, najpotężniejszego z istniejących Ogoniastych Demonów.

Oczywiście głowa państwa ninja zawsze brał poprawkę na wszystkie wydarzenia i spodziewał się najgorszego z najgorszych możliwych rozwojów wydarzeń – ale, jeśli miał być szczery, zniknięcie Naruto to nie było coś, co przewidziałby. Ba, mówi się, że najstraszniejszym przeciwnikiem jest Śmierć, tym ostatecznym wypadkiem – lecz pojmanie? Nie, to było o wiele gorsze. Nikt nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie podział się Uzumaki. Zniknął. Przepadł. Wzniosła się wielka jasność, słup bieli, w którego centrum stał młody blondyn, słychać było jego krzyk, a gdy wszystko zniknęło, on także. W proch. W nicość.

W ciemność.

Czy… czy to może Akatsuki, organizacja, o której wspominał Jiraiya go pojmała? Może jakiś wróg, o którego istnieniu nie zdawał sobie sprawy? Przecież nie mógł tak sam z siebie zniknąć, prawda?

Może Kazekage jednak planował coś, jak Hiruzen przypuszczał? Może ta cała utopijna idea zjednoczenia Jinchuurikich była tylko przykrywką, by Rasa odnowił potęgę całego kraju Piasku i ponownie znalazł się na najwyższym miejscu listy najbardziej wpływowych ludzi na tym kontynencie?

Hiruzen odstawił swoją fajkę na bok wypełnionego samymi ważnymi papierami drewnianego biurka i zmarszczył brwi, czarne, małe oczy mając pełne smutku i złości. Bezsilność była najgorsza, przytłaczała jego stłoczone myśli w tym momencie. Westchnął głęboko, powstrzymując się od sięgnięcia znowu po swój sposób na odstresowanie.

Nie było teraz co gdybać. Za późno było na cokolwiek teraz – jego Jinchuuriki zniknął, nikt nie wie, dlaczego i jak. Kakashi, uniesiony gniewem i strachem o swojego niedoszłego podopiecznego, próbował wytropić jego zapach z pomocą swoich psich summonów – na marne, niestety. Jedyne, co pachniało jak Naruto, to był miniaturowy posąg Dziewięcioogoniastego; ba, cały obóz nagle utracił jego woń!

Zmagając się chwilę ze swoimi zmartwieniami i wątpliwościami nachodzącymi jego umysł, Hokage przycisnął brązowy przycisk pod jego długim biurkiem. Kilkanaście kroków później, do jego gabinetu wkroczyła średniego wzrostu kobieta z ochraniaczem przewieszonym przez ramię. Jej zielone oczy były potulne, usta wykrzywione w lekkim uśmiechu, a cała postawa pochylona delikatnie do przodu.

– Wzywałeś, Hokage-sama? – zapytała, kłaniając się nisko; czarne włosy zatrzymały się na jej twarzy. Gdy się wyprostowała, Sarutobi zdjął swój kapelusz.

– Hamamo-san, sprowadź tutaj jounina Sarutobi Corazona, chuunina Umino Irukę oraz geninów Inazuma Sayuri i Hanadao Shinjiego. Powiedz, że to sprawa niecierpiąca zwłoki.


Ze snu wybudził się, jakby desperacko próbował wypłynąć na powierzchnię i nie utonąć od razu; teoretycznie tak było, starał się nie zatopić we wspomnieniach, które jak powracająca wzburzona fala zalewały jego umysł i przyćmiewały zmysły poprzednimi doznaniami.

Gdy pieczęć z figurki wręcz wciągnęła go w nagłą światłość, czuł, jakby jego ciało znikało, gasło, bledło, choć jego istniejąca dusza pozostała na zamarłym dziedzińcu ciepłego dnia.

Cała światłość, nie spiesząc się, opadła; usłyszał krzyki wszystkich; usłyszał długi, przeciągły alarm, przerażonych Jinchuurikich, zrozpaczonego Roshiego i - to było zaskoczeniem — Hana, którego oczy były wielkie, ciało zastygłe, a twarz wykrzywiona, brwi zmarszczone, zmarszczki pogłębione w jednym wielkim zszokowaniu. Pokazał wtedy więcej emocji (ale Naruto nie wiedział, czy to naprawdę się wydarzyło [doświadczenie wyjścia duszą poza ciało było dziwne, jednocześnie dziwnie satysfakcjonujące, choć też puste]), niż kiedykolwiek w swoim życiu prawdopodobnie. W pewnym momencie, gdzie alarm wciąż wył, jego dusza także odeszła w bok; ale nie w niepamięć, tylko do miejsca, z którego wyszła na niedługą chwilę. Wrócił do swojego ciała, tym razem zamknięty w umyśle, sekcji, którą ktoś musiał odblokować na czas, gdy go nie było — zapieczętowane tam były jego najgorsze, najciemniejsze i najsmutniejsze wspomnienia, nim poznał Hokage, Teuchiego, nim Iruka dodał światła do nocnej, nagle urwanej ulicy jego egzystencji; ciemnego korytarza z czarnymi, zamkniętymi drzwiami na końcu; zbiorowiska swoich żali i nienawiści.

Nie bez powodu zamknął je daleko, daleko od świadomości.

Wszystko, co czuł w tych retrospekcjach — najgorszych chwilach jego szarego życia — wydawało się tak prawdziwe i powtarzające się, że Naruto miał szczere wrażenie, iż znowu jest dzieckiem, ma 6 lat i znowu wyśnił sobie swoje przygody, wymyślił tylko akceptację, a jej nie otrzymał, tak jak to się wtedy stało. Wtedy.

Deszcz dudnił gdzieś w rynnach, po dachach ściekając szerokimi strumieniami w dół ciemnego zaułku. Uliczka ta nie była wybitnie długa, aczkolwiek łączyła się z inną ulicą biegnącą między dwoma wysokimi budynkami, jakby tworząc korytarz. Stamtąd wiał ten nieprzyjemny przy tej pogodzie wiatr; zdmuchiwał wszystkie opadające krople w kierunku jedynego osłonionego kawałka gruntu.

Na tym od jakiegoś czasu wilgotnym i błotnistym gruncie kucał Naruto - wyglądał na oko lat pięć, kulił się pomiędzy ścianą budynku a ścianą śmietnika, by uchronić się od nieprzyjaznych warunków. Jedyne, co miał przywdziane to obdarta, niegdyś biała koszulka, podziurawione, odplamione spodenki i rozlatujące się sandały.

A spojrzenie oczu jego dawno przeszło do tamtego świata.

Wiatr zagwizdał niebezpiecznie pomiędzy ścianami budynku, liście wspięły się po rynnach, woda była wszędzie. Wtem rozległ się głośny huk i trzask!, gdy piorun uderzył w najbliższy najwyższy punkt, czyli komin wielkiej kamienicy tego zaułku. Niepokojący odgłos szurania był tym, co zajęło większość nieposkładanych, refleksyjnych myśli Naruto, więc gdy poleciały czerwone dachówki, zwalił się stary, azbestowy dach i ciężkie cegły osunęły się wprost na jego młodą, nieporanioną głowę, tylko ciemność przywitała go w umyśle.


Kolejne wspomnienie dotyczyło nocy z dziesiątego na jedenastego października, gdy zaczynał szósty rok życia [piekła]. Ukrywszy się w ciemnych, śmierdzących kanałach pod miastem, miał nadzieję na przeczekanie całego zamieszania związanego z wielkim festiwalem na cześć pokonania Kyūbiego, aby nie wchodzić nikomu pod nogi ani nie być kolejną przeszkodą, która nadaje się do zdzielenia po głowie kijem. On nie zapominał takich sytuacji (i prawdopodobnie nigdy ich nie zapomni, choć ból fizyczny mijał niewiarygodnie szybko), chciał ich zatem unikać jak najwięcej. Gdy zaczęło świtać, a zaspani mieszkańcy też zaspanej Konohy zaczynali wędrować po ulicach, tych szerokich i tych wąskich, pustych i już zatłoczonych, chłopiec otworzył ciężką, zardzewiałą klapę w ziemi i wsunął się do środka z pożółkłym plecakiem wypełnionym — jak myślał — przydatnymi rzeczami do przetrwania, w tym jedzeniem i wodą. Pierwsze, co go uderzyło, to smród. Okropny, nieznośny odór, zgnilizna, którą czuć było nawet, jak założył na nos klamerkę i próbował oddychać ustami. Nieprzyjemny zapach wciąż nie znikał. Uporawszy się z jednym otępionym zmysłem, wyciągnął połamaną, choć wciąż działającą, różnokolorową latarkę, nacisnął guzik i skierował słaby strumień żółtego światła przed siebie. Przed jego oczami ukazała się płynąca w jego lewo zielona, zanieczyszczona woda pełna odpadków i różnych innych rzeczy, które mogły się znaleźć w kanałach. Przynajmniej wiedział już, dlaczego potępiono jego węch. Kami, Naruto nienawidził tego dnia, nim jeszcze się zaczął. Westchnął ciężko, przygarbił plecy i wykonał jeden krok do tyłu. Mimowolnie również obrócił się w miejscu, kierując światło na ścieżkę biegnącą wzdłuż wód i zaokrąglonej ściany, pokrytej mchem, podziurawionej na całej długości. Nie był pewny czy dobrze zrobił, wybierając kanały, gdy światło zatrzymało się na ręce.

Sześciolatek musiał kilka razy mrugnąć, by przetworzyć, co wzrok jego właśnie wyłapał. Ręka. Na tamtej ścieżce leżała ręka. Długa, od ramienia aż po czubki palców, biała, wyrwana ręka. Nie miała paznokci i środkowego palca, a kałuża krwi wokół niej zaschła dawno temu. Oczy Naruto rozszerzyły się, a usta zadrżały niebezpiecznie. Potem z nich wydobył się długi, głośny krzyk, w ogóle nieplanowany, wysoki, mimowolny. Coś nad jego głową zagrzechotało — klapa się rozchylała, zdał sobie sprawę.

Musiał uciekać uciekać biec ile sił w nogach jak najdalej uciekać BIECBIECBIEC UCIEKAĆ NIE WRÓCIĆNIEPATRZEĆSIĘZASIEBIE.

Odwrócił się na pięcie i z terrorem w oczach pognał w stronę przeciwną do oderwanej kończyny. Potknął się o resztę ciała ze zmasakrowaną twarzą i dosłownie wyrwanym sercem, ale ani razu nie spojrzał się za siebie.


Tym razem nie był w mieście, tylko poza murami Konohy – dobry Kami, on był poza murami, poza wielką, bezpieczną ścianą – włóczył się… sam już nie pamięta, gdzie dokładnie. Chciał po prostu iść przed siebie, o tak. Po prostu.

W rękach trzymał małe zawiniątko, które, po bliższym przypatrzeniu się przez osoby z zewnątrz, mogło być rozpoznane jako mały ptak z opatrzonym skrzydełkiem, owiniętym starą, szarą koszulką chłopaka. Dłonie miał wyciągnięte lekko przed siebie, ale z wielkim spokojem szedł naprzód, uważając, by się nie potknąć i nie zrobić przypadkiem jakiejś krzywdy biednej ptaszynie, ćwierkającej i zwróconej w stronę chyba najwyższego drzewa w okolicy. Wyraźnie odróżniało się od innych tego typu roślin – podczas gdy wszystko naokoło było zielone, kwitło, żyło i przybierało na sile i intensywności koloru, to drzewo nie miało liści; było obumarłe. Długie, chude patyki wyginały się w każdą ze stron, przypominając palce konającego człowieka. Jakby… umierało w cierpieniach.

Naruto uparcie parł do przodu, cicho szeptając do małego, białego ptaszka, żeby się nie bał, że go tam odniesie, że wróci. To właśnie mu się śniło, gdy pisklak znalazł się na parapecie jego brudnego, małego mieszkanka. Owo wielkie, obumarłe drzewo – nie umiał przestać o nim myśleć, więc wpadł na pomysł; może właśnie tam trzeba go zanieść?

Wymknięcie się spod wzroku ANBU nie było aż takie trudne, jak myślał, że będzie. Wystarczyło znać ich schematy warty, patrolu i zmieniania się, a także trochę sposób myślenia i gotowe.

Słońce dawno zmieniło położenie, nim dotarł do korzeni, zauważył. Chmury zaczęły się kłębić gdzieś nad jego głową, myślami, choć na nie akurat nie zwracał uwagi. Chciał tylko wrócić do miasta, nim całkowicie się ściemni.

Podstawę obumarłego drzewa dostrzegł niedługo potem. Wiele dziur wskazywało na jego stan zdrowia i ilość potyczek w tymże miejscu stoczonych. Wokół całego drzewa nie było zieleni trawy, tylko szara, zaschła ziemia i kurz, dużo pyłu, popiół. Uzumaki dotarł do trzonu i powoli odstawił ptaszka na ziemię, razem z jego już dawno za małą koszulką. Małe zwierzątko, które po drodze przysnęło, zaskoczone było swoim położeniem, ale jak tylko się obudziło, zaćwierkało i wzniosło się w górę, na wyższe gałęzie rośliny, skąd zaćwierkało coś większego – o wiele większego.

Chłopiec uśmiechnął się lekko i cofnął się o krok.

To był jego błąd.

W tym momencie potknął się o jeden z grubych, zaschłych korzeni, upadając na plecy. Zaskakująco, korzeń poruszył się i owinął się wokół jego kostki, wznosząc go w powietrze, do góry nogami i z wielką siłą i prędkością spuszczając na dół, uderzając o twarde podłoże.

Naruto wrzasnął z bólu i kaszlnął, krew wylewająca się z jego ust. Nagle ożywione drzewo całe się ruszyło, a korzeń przeciągnął chłopakiem po ziemi w stronę jednej z dziur i uderzył nim o trzon.

Stracił przytomność.


Następnego wspomnienia nie pamiętał. No, prawie – jakieś prześwity tkwiły w jego głowie i czasem pojawiały się w umyśle, ale był wtedy zbyt otępiony, by cokolwiek pamiętać dokładnie.

Zaczęło się od tego, że tonął.

Ciemność zaatakowała jego zmysły, granat mieszał się z czernią, wpadając do jego ust, prześlizgując się przez jego nos, wlewając się do uszu, ciągnąc go w dół.

Był otępiony. Jego podniszczone ubrania były ciężkie, a płuca paliły, paliły, paliły, niewidzialne kamienie ciągnące go na dół sprawiły, że tak naprawdę już nie wiedział, gdzie jest góra, gdzie dół, a gdzie boki – panika zawładnęła jego ciałem, zaczął drżeć, drapać wodę, byleby się wyciągnąć, wypłynąć, nabrać powietrza; ale nic nie pomagało. Bezsilność zakiełkowała tak, gdzie jego serce właśnie zakuło – ból, ból, ból, ból, począwszy od górnej części klatki piersiowej, jakby serce czy płuca, w dół i dół, dół, nigdy nie przestając, nie zatrzymując się, NIE ZNAJĄC LITOŚCI.

Natura przebłagać się nie da, on to wiedział, ale próbował – jego ramię nagle przeskoczyło, a ból eksplodował i w tej części.

To było to, nie mógł tego pomyśleć, ale wiedział. Twarzą w twarz ze śmiercią, znowu. Otworzył ledwo oczy i dostrzegł światło w górze.

Potem stracił przytomność.


Teraz nie był we wspomnieniu, ale ostatnia fala zalała go strachem i niepewnością, stresem, paniką w taki sposób, że usiadł szybko, próbując nabrać powietrza w płuca – w płuca, które kiedyś były pełne ciemnej wody i strachu – nie mógł powstrzymać łez szybko spływających po jego bladej twarzy, nie mógł powstrzymać tak szybko bijącego serca, obijającego się w dzikim, nieprzewidywalnym rytmie i tańcu po jego klatce piersiowej jak nowo schwytany ptak, próbujący się wydostać – serce pełne żalu, żalu, żalu, strachu, przykrości, smutku.

Jedyne jednak, co mu się udało, to krótkie, przerywane i nierówne wdechy, głośny szloch i płacz. Jego oczy krążyły po wszystkim wokół, niespokojnie lustrowały to, ale nie widziały – patrzyły. Nic nie docierało do zszokowanego chłopaka, który znalazł w sobie wolę do zaciśnięcia ręki na koszulce w miejscu, gdzie było jego serce. Łkanie dręczyło jego umysł i nieobecne ciało przez jeszcze jakiś czas. Gdy adrenalina, wywołana niespodziewanym przypomnieniem sobie tego doświadczenia, opadła, Naruto opuścił swoją rękę, uwalniając potarganą koszulkę, zamknął oczy i (zbierając sobie tyle odwagi i siły, ile mu zostało) wziął głęboki oddech.

Nie było wody.

Nie było bólu.

To było tylko i wyłącznie wspomnienie, przeminęło ono kilka lat temu. Nic mu nie jest.

Jest bezpieczny.

Wytarł prawym nadgarstkiem resztki łez, które zostały na jego policzkach i pociągnął nosem. Jego oczy były rozszerzone w strachu, który nie minął całkiem. To był szok dla niego – lecz coś pamiętał. Przebłyski, małe, nieznaczące sceny głębi, bezdechu, czasem nawiedzającego go w koszmarach; już wiedział dlaczego.

Dopiero teraz zauważył, gdzie tak właściwie teraz się znajduje. Podłoże pod jego ciałem było miękkie, jasne, a gdy przejechał po nim ręką i zamrugał dwukrotnie, przed jego oczami ukazała się zielona trawa, której odcień wpadał trochę w błękitny, miętowy, choć wciąż zielony i miękki. Zawiał lekki wiatr, który poruszył długimi źdźbłami, jednocześnie szeptał, podpowiedział Uzumakiemu, by spojrzał w górę, nie patrzył jedynie w dół, jakby był zawstydzony i zły. Głos wiatru – on nie mówił. On podpowiadał sercu, wyzwalał emocje w umyśle, ale nie odzywał się głośno.

Naruto usłuchał; a oczom jego ukazał się widok piękniejszy od wodospadu Taki, piękniejszy widok od zalesionych obszarów Konohy, od wysokich śnieżnych gór Kiri, od wszystkiego, co kiedykolwiek w życiu zobaczył.

Niebo w odcieniu pastelowego różu obsiane było jasnymi, małymi punkcikami, które służyły albo za słońce, albo za gwiazdy – wydedukował. Różowe płatki wiśni powiewały delikatnie, mieszając się z soczyście zielonymi liśćmi. To była równina bądź wzgórek, zauważył Jinchuuriki, gdy wiatr zadecydował, iż podąży w stronę czegoś, co było zniewalające, nieprawdopodobne, piękne naraz.

Na środku tego wszystkiego stało drzewo.

Olbrzymie, kolosalne, rozłożyste, silne drzewo.

Korzenie zaczynały się niedaleko od miejsca, w którym aktualnie Naruto stał. Były długie, grube i ciemne; tylko ich niektóre części wystawały ponad powierzchnię lekko zielonej łąki, reszta szła daleko, daleko, wzdłuż całej jasnej trawy, rozciągała ziemię, była z nią na zawsze związana, jak nierozłączne przyjaciółki czy para romantyków.

Trzon tego tworu był długi, wznosił się w górę i górę, przewyższał nawet Góry Ukrytej Mgły, jeśli by policzyć. Korona zaczynała się od drugiej części długości trzonu, im wyżej, tym bardziej rozpościerała swoje złoto-zielone liście, a w miejscu zakończenia trzonu była najszersza, potem jej powierzchnia malała. Wyglądało to, jakby wielka, złota kula chakry została postawiona na obumarłym drzewie o wklęsłym zakończeniu – potem zapomniana, zamrożona w czasie, czekająca aż będzie mogła się uwolnić.

Cały ten obraz – miętowa trawa, jasnoróżowe niebo, olbrzymie drzewo ze złotymi liśćmi i lekki wiaterek, od czasu do czasu mierzwiący nieostrzyżone i nieokiełznane blond włosy młodego ninja, niósł ze sobą charakterystyczny dla siebie spokój, ukojenie; lecz to, co czuł Naruto najbardziej, to ulga na równi z zaniepokojeniem. Ulga – bo nie musiał już przeżywać horrorów swojego wczesnego dzieciństwa na nowo, zaniepokojenie – bo wciąż nie rozumiał, czemu tu jest, gdzie on jest i gdzie jest cała reszta jego przyjaciół. Jakim cudem pieczęć na figurce uaktywniła się pod wpływem jego dotyku? Było to możliwe, że odpowiedziała na jego chakrę albo na chakrę Kyuubiego, złączoną razem z nim? Miałoby to sens, zwłaszcza iż świątynia stała tam od naprawdę długiego czasu (nikt tak naprawdę nie zna jej sekretów, a co jeszcze w sobie może kryć – pozostaje tylko do eksplorowania i odkrycia własnego), choć to nie odpowiada na pytanie, co to za miejsce.

Chłopak rozluźnił spięte ramiona i rozejrzał się raz jeszcze. Równina ciągnęła się w nieskończoność, mogłoby się wydawać. Różowe połacie znikały tuż za horyzontem- może to była jak mała planeta?

Poruszył dłonią i wetknął opadający kosmyk włosów za ucho, przeczesując wzrokiem horyzont. Na jego twarzy wciąż malowało się zdziwienie, ale też zachwyt. To miejsce było piękne, naprawdę piękne i niesamowite, surrealistyczne, a jednak tak prawdziwe.

Niepewnie zgiął kolano i uniósł lekko nogę, prowadząc ją ku drzewu, aby zrobić w jego stronę krok. Wiatr jednak miał inne plany; wzmógł się i popędził z liśćmi w jego stronę, wytrącając go z równowagi i odpychając, jak najdalej mógł.

Nie mogąc powstrzymać się od wyrażenia swojego zaskoczenia nagłym podmuchem, krzyk wydobył się ust z chłopaka, który upadł na miękką trawę.

Przez chwilę leżał na plecach, strącony z pantałyku i obolały po wcześniejszych doświadczeniach [choć wody w płucach nie było, on wciąż tonął, niezdolny do wykonania jakiegoś ruchu, najzwyczajniej gapiący się w przestrzeń, róż nieba i białe punkciki na nim. Jego kończyny, zwłaszcza ręce rozłożone po bokach i nogi, ociężały jakoś niebywale szybko i nagle.

Zamknął oczy tylko na sekundę, naprawdę, ale jakoś ciężko było mu je otworzyć.

Dlatego też, gdy zasnął, wiatr akompaniował mu w cichym szumie i delikatnym tańcu, okrył go złotymi listkami i czekał.


Nikt właściwie nie wiedział, co się dzieje ani co powinni zrobić. Naruto zniknął i to tuż przed ich nosami. Wszyscy byli bliscy paniki, lecz nikt nie bliżej, niż ANBU przydzieleni geninowi, Rōshi czy Fū. Młoda Jinchūriki szczególnie była zdruzgotana – Uzumaki był jej najlepszym przyjacielem, a ona… ona była tam dosłownie minutę temu! Stała tuż obok niego, czuła jego ciepło, była na wyciągnięcie ręki, ale… spanikowała. Pobiegła po Gaarę, bo się wystraszyła, tak naprawdę; czemu? Czego się wystraszyła?

Nie umiałaby odpowiedzieć, kierując wzrok na ziemię pod jej nogami i spuszczając głowę. Bała się, że Naruto spojrzy na nią z innej, totalnie złej strony (nie dawała sobie rady z treningiem aż tak dobrze, nie rozmawiała z nim ostatnio, a wiedziała, że ma bardzo dużo stłumionych emocji, zduszonych w sobie, a ona nie potrafiła zrobić niczego dobrze), toteż nie wdawała się w zbytnio długie interakcje ze swoim pierwszym kumplem.

I zniknął.

A ona była bezsilna, nic nie potrafiła zrobić, tylko patrzeć, jak słup światła opada i znika. Nie zrobiła nic–.

Ktoś złapał ją za ramiona i potrząsnął mocno, próbując przywrócić dziewczynę do świata żywych. Dopiero wtedy też Fū zauważyła, że przestała oddychać na chwilę – wciągnęła więc łapczywie powietrze, krztusząc się i dławiąc własną śliną. Padła na kolana na drewnianą podłogę, niewątpliwie tworząc nowe siniaki na obdartych kończynach, i kaszlnęła głośno, oddychając szybko, nieregularnie i nierównomiernie.

– Fū, Fū! Musisz wstać, wszyscy zbierają się na dziedzińcu.

Och, kiedy właściwie ona wyszła stamtąd? Była w korytarzu, białe ściany zamykały się wokół niej jakimś dziwnym trafem, musiała jak najszybciej stamtąd wyjść nim znowu przestanie oddychać…!

Te same silne ręce podciągnęły ją na stopy i ustawiły w pionie, ten sam głos znowu przemówił, ale zdążyła wyłapać tylko ostatnią część szybkiej i niezrozumiałej wypowiedzi. Rōshi-sensei nie lubił się powtarzać.

– …ychaj, słyszysz? Fū, oddychaj, weź głęboki oddech i uspokój się, wszystko będzie dobrze. To nie był wróg, Naruto żyje, słyszysz?

Zmartwiona twarz rudego jounina Iwy w końcu pojawiła się w zasięgu jej wzroku, jednak była niewyraźna.

Chwila, czy to były łzy? Czy ona… płakała?

Nie robiła tego od dawien dawna. Płacz był bezsensowny, był tylko oznaką słabości a w przeciwieństwie do totalitarnej części Wodospadu, rebelianci byli silni, o wiele silniejsi niż część, w której Fū była wręcz przetrzymywana. Hasu nie mógł pozwolić sobie na to, by jego jedyny Jinchūriki uciekł z ludźmi mu wrogimi, nieprawdaż?

Fū nie płakała.

Ale teraz Naruto niespodziewanie zniknął przez niewyjaśnione światło, a ona nie miała, jak tego powstrzymać.

Świat wokół niej zawirował, lecz nim straciła ponownie równowagę i zachwiała się, rudy jounin złapał ją znowu za ramiona i potrząsnął.

– Fū. Fū, spójrz na mnie. – Jego twarz była harda, nie do odczytania w tym momencie, choć widać było zawziętość w jego oczach i zmartwienie w zaciśniętych w cienką linię ustach. Spojrzał prosto w jej pomarańczowe, wystraszone i nieobecne oczy, aktualnie wypełnione łzami. – Znajdziemy go, obiecuję ci to. Nikomu tutaj nie stanie się krzywda, nie na mojej warcie – wycedził, zaciskając na końcu zęby. Zaskoczona Jinchūriki pokiwała jedynie głową i starła łzy z policzków. Rōshi odsunął się od niej i zacisnął dłonie w pięści, każdy krok, który wykonywał, zostawiał małe wgłębienie i czarną podłogę pod jego sandałami.

– Nawet jeśli to były jakieś siły natury, to znajdziemy go.

Ktoś zawołał imię mieszkańca Iwy, więc ten odwrócił się szybko, zostawiając kolejną dziurę w panelach, i przechylił głowę.

W ich stronę spokojnie szedł jeden ze starszych mnichów świątyni; na twarz założoną miał zżółkniałą maskę, niegdyś białą, z czerwonymi zdobieniami i całą masą pęknięć i zadrapań. Położył na niej swoją dłoń, poprawiając swoją białą szatę, aby nie zakrywała czerwonej przepaski przewieszonej luźno przez jego ramię.

Od pasa w dół szata była jednak żółta, a sandały czarne. Starą ręką (nie miał on jednego palca, zauważyła Fū) przejechał po swojej łysinie, a małe, granatowe oczy w malutkich dziurach maski zabłysły z ciekawością, choć biły spokojem. Niełatwo było ocenić jego budowę przez stos materiałów, ale nie był gruby ani też chudy. Złożył on ręce w powitaniu i ukłonił się przed nimi; po drodze zsunął swoją maskę i Fū mogła zobaczyć, że faktycznie miał swoje lata: tylko twarz jego miała wgłębienia, kości policzkowe były uwydatnione, nadające mu zmęczonego wyglądu. Okropna blizna biegła od środka jego czoła w dół, wzdłuż nosa, zakręcała dosłownie przed ustami w prawo i tuż przed uchem znów zmieniała kierunek, przecinając na wskroś całą twarz i przebiegając przez oczy i nos.

Gdy się podniósł, oczy Rōshiego napotkały jego i wtedy stało się coś niespodziewanego.

W momencie, gdy spojrzenia jounina i mnicha się spotkały, Fū wydawało się, jakby dwie potężne siły się starły w walce na śmierć i życie, dając z siebie wszystko i w ogóle nie zwracając uwagi na ich otoczenie, niszcząc naturę, otoczenie całego świata w kilkunastu ruchach i zmiatając ludzkość z powierzchni Ziemi. Olbrzymia pożoga i wielkie tornado. Trzęsienie ziemi i powódź, tsunami.

To była jej pierwsza myśl, a potem jej umysł zaatakowały obrazy katastrof, masakry, krwi krwi krwi krwii okrucieństwa morderstwa spalonych ciał i zwłok oderwanych kończyn czarnych ciał wołających o pomoc ludzi zabijających siebie nawzajem i tylko KREW KREW

Było to przytłaczające, dusiło w każdym względzie, aż do tego stopnia, że Fū znowu padła na kolana i starała się oddychać, ale nie umiała zaczerpnąć powietrza, dusiła się, cała czerwona, ciężka, przytłoczona, (PEWNA, ŻE ZARAZ UMRZE, TAK BEZSILNA, ŻE LEPIEJ BYŁOBY GDYBY SAMA ODEBRAŁA SOBIE ŻYCIE W TYM MOMENCIE, TAK, TERAZ TO ZROBI I NIE BĘDZIE JUŻ PATRZYŁA NA CIERPIENIE I…)

Wszystko ustało tak nagle, że opadła na podłogę pierw twarzą, trafiając w czarne zagłębienie po sandałach senseia. Nie miała nawet sił unieść głowy i zerknąć, co się dzieje. Nie miała już na nic siły.

Co to było…?

Taka siła, presja, te obrazy i bezsens, które zadręczyły ją w jednej, krótkiej, niby nic nie znaczącej chwili – czy to mogły być ich intencje do zabijania? Żądza mordu, o której często się słyszy, że występuje wśród tych bardziej doświadczonych i nierozpieszczanych przez życie shinobi?

Starcie dwóch potężnych umysłów, dwóch silnych woli jednostek w opozycji do siebie było… niebezpieczne. Ryzykowne. Straszne i niesamowite zarazem.

Więc… tak wygląda psychiką? Umysłem? Fū była przerażona, co by się stało, gdyby zaczęli walczyć na pięści.

Ale teraz nareszcie wiedziała, czego może spodziewać się na polu walki w starciu z o wiele bardziej doświadczonymi przeciwnikami. Następnym razem będzie gotowa.

Nie pozwolę, pomyślała. Potem jej głowa opadła bezwiednie na panele, gdy dziewczyna straciła przytomność ze stresu i wszystkiego, co zostało na nią zrzucone.

Rōshi rzucił dziewczynie tylko przelotne spojrzenie, przepraszając sumiennie w myślach; teraz nie mógł jej pomóc, po prostu nie mógł. Nie, gdy stał twarzą w twarz z kimś, kogo przez ostatnie trzydzieści dwa lata uważał za martwego. Nieżywego. Nieoddychającego. Nie.

Mnich zmarszczył brwi, ale zaśmiał się tym śmiechem, który Roshi znał od lat, do którego lgnął, wyciągając ręce w jego kierunku. Jego oczy zabłysły znowu z radością.

– Rōshi-kun. Nic się nie zmieniłeś, nawet po tylu latach. – Jego głos był taki sam, taki sam! Tylko starszy, ale taki sam, taki sam, taki sam, nic się nie zmienił, tak, jak go pamiętał.

– Ashido, przyjacielu…


Gdy Naruto otworzył ponownie oczy, jakby wybudzony ze spokojnego, głębokiego snu, niebo wciąż było jasnoróżowe, trawa miękka, a szum trawy i wiatru wiecznie obecny. Nic się nie zmieniło od momentu, w którym położył się na kilka chwil, nikt się nie pojawił, nikt nie wydostał go z tego miejsca ani nikt nie próbował go zamordować przez sen.

Przynajmniej tyle.

Chłopiec podniósł głowę i podciągnął do siebie łokcie, opierając się na przedramionach. A może jednak coś się zmieniło? Złote liście leżały spokojnie obok niego, lekko kołysząc się od jednego swojego końca do drugiego. Oczy Uzumakiego rozszerzyły się w zszokowaniu, gdy nagle przestały się kołysać, a zadrgały i podleciały w górę, zaczynając wokół niego krążyć, jak orbita jakieś planety. Ze zdziwienia szybko odsunął się do tyłu i poderwał na nogi, ale liście podążyły za nim jak motyle za pyłem czy kwiatami.

Przystanął na chwilę i obserwował zachowanie złotych towarzyszów. Gdyby miały głos, to z pewnością brzęczałyby jak pszczoły, drżąc delikatnie przy tym, jak robiły to właśnie teraz. Wyciągnął do nich dłoń i otworzył ją, a kilka listków natychmiast zadomowiło się w jego dotyku. Zafascynowany tym zjawiskiem, chciał cofnąć się o krok, lecz jakoś zbyt zaintrygowało go obserwowanie zmian zachowania, zależnych od jego reakcji.

Dlatego też, gdy poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń, mimowolnie stłumił w sobie krzyk i wykonał Shūnshin no Jutsu, oddalając się od dotyku na kilkanaście metrów.

Dobra, nie tego się spodziewał w tym wręcz utopijnym miejscu. Odwrócił się do miejsca, w którym przed chwilą stał i momentalnie oblała go fala strachu, gdy nikogo nie zobaczył. Mrugnął dwa razy i nim zdążył znowu obrócić głowę, ktoś już tam stał, odziany w kwieciste wzory szaty i spokojny wyraz kiedyś młodej twarzy. Był to mężczyzna o postawie wyniosłej, włosach ciemnych i długich, oczach czarnych, acz przyjaznych. Lekki uśmiech zawitał na jego twarzy, gdy dostrzegł młodego, blond chłopca. Nadszedł czas.

– Witaj, Naruto-kun – powiedział głosem przyjaznym, ale oczy Uzumakiego rozszerzyły się do niesamowitych wielkości, gdy ten przemówił i rozłożył ręce. Jinchūriki znowu mrugnął, ale postać nie znikała, dlatego, zaskoczony, cofnął się i upadł na pośladki, wciąż nie dowierzając temu, co oczy mu pokazują.

Bowiem przed nim stał sam Hashirama Senju.

(I jakimś cudem znał jego imię, odezwał się do niego, był tam).

(Ale gdzie on właściwie był?)

Przynajmniej pięć minut mu zajęło, by otrząsnąć się z szoku spowodowanego spotkaniem twarzą w twarz z kimś, kogo podziwiał chyba najbardziej (zaraz po Czwartym Hokage i Trzecim Hokage). Hashirama zdążył podejść do niego i wyciągnąć w jego stronę dłoń – bardzo zadbaną dłoń, młodą, silną, nie taką, jaką zobaczył w kanałach – przy tym balansując na jednym sandale. Naruto, wciąż otępiony i skonfundowany, jak na autopilocie chwycił rękę i został podciągnięty do góry z siłą, jakiej się nie spodziewał ze strony spokojnego mężczyzny (może to nie był jednak Hashirama? Całkiem możliwe, że to tylko wytwór jego wyobraźni albo ktoś inny, tylko czemu właściwie tu był? I co to za miejsce, do jasnej cholery?)

– Nazywam się…

– Hashirama Senju – wydukał Naruto szybko, oczy rosnące do wielkości monet, wpatrzone w jednego z jego autorytetów, nieżywym od pół wieku, ale jednak stojącym bezpośrednio przed nim ze spokojną twarzą. On. Tam. Stał. I zwracał się do niego osobiście, bezpośrednio, przed nim, do niego i o nim. Przedstawiał się, choć naprawdę nie musiał; każdy w wiosce musiał znać jego wygląd, lecz wystarczyło tylko wyjrzeć, rzucić okiem na Górę Hokage i już wiadome było, jak mógł wyglądać, gdy był młody – uruchomienie wyobraźni dużo nie kosztowało.

Dorosły mężczyzna był zaskoczony faktem, że został uprzedzony; mógł się tego spodziewać, szczerze. Naruto był z Konohy, Ukrytej Wioski Ninja, którą to on założył. Pomimo tego nie mógł powstrzymać fali zaskoczenia i uznania wylewającego się z młodego chłopaka w takim stopniu, że Senju sam w sobie czuł się zaskoczony. Nie wiedział, jak wiele razy blond Jinchuuriki może go jeszcze zadziwić.

– Oho! Nie musiałem się przedstawiać, co? – zaśmiał się, kładąc rękę na biodrze, a drugą za swoją głową. Wyglądał na szczęśliwego człowieka, choć trochę zakłopotanego – tak zresztą było. Opuścił dłonie wzdłuż ciała i kontynuował:

– Pewnie zastanawiasz się, co to za miejsce, tak? – odezwał się ponownie, a głowa Naruto natychmiast spoczęła na jego twarzy, analizując każdą zmianę, jaka nastąpi w jego języku ciała. Jedyne, co teraz się pojawiło, to zmarszczki w okolicach oczu – od uśmiechu, zdał sobie sprawę. Niemniej jednak, tak, Jinchūriki bardzo, ale to bardzo chciał się dowiedzieć, gdzie się podziewa, więc pokiwał głową. Hashirama przymknął na chwilę powieki i przechylił głowę, po czym odwrócił się do niego plecami i podążył w stronę olbrzymiego drzewa na środku jeszcze większej równiny. Zaczął iść w jego kierunku, zatem Uzumaki podążył za nim, złote liście owijające się wokół niego niczym ochronna powłoka czy wąż. Teraz jednak nie to zjawisko było ważne, tylko mężczyzna przed nim.

– Znajdujemy się w miejscu, które nie ma konkretnej nazwy. Niektórzy mówią na to po prostu Równina i mają trochę racji, choć nie jest tutaj zwyczajnie, prawda? – zażartował, śmiejąc się pod nosem z wypowiedzianych przez siebie słów. Młodzieniec nie mógł się powstrzymać i też się uśmiechnął. Humor wśród ludzi, wokół których chciało się przebywać, bywał zazwyczaj zaraźliwy. – W każdym razie, jedyne, co tutaj zostało prawdziwie i oryginalnie nazwane, to Drzewo Życia – wskazał palcem na wielką konstrukcję natury z rozłożystą koroną, po czym opuścił dłoń – nie trzeba wiele, by dociec, czemu tak się zwie. Jego nasiono zostało zasadzone przed wieloma stuleciami i rośnie dzięki składowaniu chakry zmarłych ludzi, których energia życiowa zawsze musi gdzieś odejść -już wiesz, gdzie. Drzewo jest niezniszczalne, bezpiecznie ukryte tutaj i bardzo, bardzo mało żywych osób kiedykolwiek dowiedziało się o jego istnieniu. Aktualnie świadomość o nim masz tylko ty i jeden mnich, który pilnuje tej świątyni przez całe swoje życie. Czuj się wyróżniony. — Hashirama uśmiechnął się i poczochrał go po włosach, skutecznie plącząc wiele blond nieznośnych i problematycznych kosmyków, na co młodszy z dwójki wydał z siebie zirytowany dźwięk, trochę przypominający warknięcie dzikiego zwierza z wyszczerzonymi kłami, odburknięcie. Senju zaśmiał się tylko i odpuścił sobie droczenie się z młodym. Ale tylko na jakiś czas.

— Wciąż nie wiem, dlaczego tutaj jestem — przyznał Naruto, zakładając ręce na piersi jak obrażony Konohamaru i odwracając się, by lepiej widzieć olbrzymie drzewo — Drzewo Życia, złożone z chakry, magazynowanej tu od wielu, wielu pokoleń. Złote liście zawzięcie krążyły wokół jego osoby, rozpraszając jego uwagę i wyrywając z zamyślenia, analizy zdarzeń. Zmrużył oczy i złapał jeden listek, który natychmiast próbował się wyrwać z jego uścisku, poruszając się na boki, jakby przeciskał się przez ciasne pomieszczenie. Naruto wypuścił go, a ten wrócił do swojego miejsca wśród innych liści.

— Ach, tak, oczywiście. Powiedz mi, Naruto-kun, masz jakieś powiązania z Konohą? Rodzinę, żyjącą tak od zawsze, charakterystyczne kekkei genkai lub coś w tym stylu? – zapytał, przenosząc całą swoją uwagę z Drzewa na chłopaka. Naruto potarł nerwowo kark, szukając w odmętach pamięci czegoś, co mogło być charakterystyczne dla Konohy, od wielu pokoleń.

U-zu-ma-ki, odezwał się głos z tyłu jego głowy. Jesteś jednym z nich.

– Nie mam żadnych żyjących krewnych, gdyż zginęli w ataku na Konohę, ale moim ojcem był Czwarty Hokage – powiedział powoli, przymykając oczy w zamyśleniu i pstrykając palcami. Po chwili jeszcze dodał – moja matka była jedną z Uzumakich. Miała na imię Kushina; byliście z jej rodziną spokrewnieni, prawda? – Rozpromienił się nagle, zdając sobie sprawę, że może być w jakiejś (naprawdę bardzo malutkiej, minimalnej, ale jednak) części spokrewniony z pierwszym Hokage! Z samym pierwszym Hokage. Byłoby to jak spełnienie jego marzeń o poznaniu swojej rodziny. Hashirama Senju…

Sekundę potem przypomniał mu się jeszcze jeden, dość istotny fakt.

– Um, jestem aktualnym Jinchuurikim Kyuubiego. Chyba chciałbyś mieć wiedzę o tym fakcie, Senju-sama. – Skłonił lekko głowę, nerwowo bawiąc się swoimi palcami i czekając na reakcję ze strony założyciela jego rodzinnej wioski; bał się spojrzeć w jego oczy w tym momencie; wyjawił przecież najciemniejsze ze swoich sekretów, na które nie miał żadnego wpływu. Wiedział jednak, że przecież starzec go nie znienawidzi tak nagle; był przecież w tym miejscu, Równinie, nie bez powodu, został tutaj wezwany, przywołany – czy może był to zwykły przypadek?

Twarz Hashiramy nie potwierdzała jego teorii o zwykłym przypadku. Mężczyzna wyglądał, jakby został spoliczkowany przez Madarę, oczy zwężone, usta otwarte i brwi lekko uniesione.

Okej, Naruto nigdy nie pomyślałby, że założyciel jednej z najpotężniejszych ukrytych wiosek w świecie i jeden z najsilniejszych shinobi, jacy kiedykolwiek chodzili po tej ziemi, potrafi zrobić taką minę.

Był zbyt zdenerwowany, by się zaśmiać, ale jego wewnętrzne-ja robiło fikołki, tarzając się po podłodze.
Hashirama nagle upadł na ziemię i z zawrotną prędkością pozbierał się, wstając na nogi i nerwowo otrzepując kwieciste szaty z nieistniejącego kurzu, kropla potu spływająca gdzieś z jego czoła, indykująca, jak zakłopotany właśnie był. Odchrząknął raz i drugi, przykładając pięść do zaciśniętych ust.

Naruto niespodziewanie został złapany za ramiona przez swojego idola, którego twarz z dziwnym wyrazem znalazła się tak blisko i szybko jego oczu, że jedenastolatek zaczerwienił się i zaskowyczał, pragnąc odsunąć się od mężczyzny.
Nic z tego, och-uch. Silne ręce zacisnęły się na jego niedawno posiniaczonych ramionach i zaczęły nim mocno trząść. Uzumaki wydał z siebie serię dziwnych, zaskoczonych dźwięków i pisków. Oczy Hashiramy wyglądały strasznie, gdy były aż tak rozmazane, jak teraz.

– NA-RU-TO, zdajesz sobie sprawę, CO TO OZNACZA? – Potrząsnął nim jeszcze bardziej, podnosząc głos. Zatrzymał się wreszcie i spojrzał prosto w oczy skołowanego i roztrzęsionego chłopaka. Czarne tęczówki błyszczały z radością i ulgą. – Kushina, tak miała się nazywać wnuczka mojego syna, który został ofiarowany krajowi Wiru niedługo po swoich narodzinach – jesteśmy spokrewnieni, Naruto. Płynie w tobie nie tylko krew Uzumakich, ale także Senju! Nie jesteś sam.

Serce tak mocno zabiło mu w piersi, że blondyn myślał, iż zaraz wypadnie z jego ciała i potoczy się gdzieś daleko.

To było wręcz nierealne. Sam Hashirama Senju, Shodaime Hokage powiedział, że jest z nim spokrewniony.

Jedyne, co przyszło do głowy młodemu Uzumakiemu w tamtym momencie, to było zemdlenie. Chyba jakoś słabo się poczuł nagle…

Poleciał na ziemię, ale nie upadł twarzą w zielonkawą trawę, na szczęście. Jego prapradziadek na to nie pozwolił.


W momencie wybudzenia się, znowu, na Równinie było tak samo jasno, jak przedtem, trawa szumiała tak samo, a złote liście wokół niego brzęczały radośnie i krążyły wzdłuż jego ciała, w górę, dół, na lewo i prawo. Jedyną różnicą sprzed tamtego snu był fakt, iż obok niego wciąż siedział odziany w kwieciste wzory mężczyzna z ciemnymi włosami, trzymający w ręce ceramiczny kubek i siorbiący spokojnie zieloną herbatę.

Zauważywszy, iż młody podopieczny się obudził, Hashirama uśmiechnął się i podał mu taki sam kubek wypełniony tym samym napojem, co on miał w dłoni. Lekko zagubiony wzrok i automatyczna odpowiedź ciała Naruto odpowiedziała mu, że był w takim samym szoku, co przedtem.

Senju nie dziwił się – przecież nie codziennie dowiadywało się o fakcie bycia spokrewnionym z kimś takim, jak on. Z użytkownikiem Mokutona. Założycielem Konohy. Niegdyś potężnym człowiekiem.

Blondyn upił łyka herbaty z małego kubka-filiżanki? I wyprostował się, siadając po turecku obok starszego z nich. Hashirama uśmiechnął się lekko i poklepał go pokrzepiająco po plecach, w celu dodania mu otuchy i otrząśnięcia się z zszokowania, spowodowanego tymi wiadomościami. Jego twarz trochę się zachmurzyła, bo poruszyć musiał teraz trochę inną sprawę.

– Naruto-kun, spójrz na mnie – rzekł, a błękitne oczy chłopaka natychmiast zwróciły się do niego, błyszcząc z ukrytą radością, lecz także pewnym smutkiem. – Bardzo mi przykro, że zostałeś Jinchuurikim Ogoniastego Demona. Musiało ci być z tym trudno, prawda? Wybacz mi. – Hashirama odstawił swoją filiżankę i westchnął, chyląc nisko głowę. Naruto otrząsnął się z szoku i zaczął szybko machać rękami, które trzęsły się z emocji.

– Nie, nie! Hashirama-sama, gdyby nie Kyuubi, to najpewniej bym nie żył – odparł nieśmiale, znowu pocierając swój kark i marszcząc brwi w zamyśleniu. – To prawda, że nie było najjaśniej, ale to jednak dzięki niemu przeżyłem pierwsze lata swojego życia. Ach, i on też ma skryte głęboko w sobie uczucia, do których próbuję dotrzeć. Chcę uwolnić go z nienawiści- bo to silne, silne uczucie – skończył, wzdychając cicho i przypominając sobie mniej-więcej przebieg ostatniego spotkania z wielkim, czerwonym lisem o dziewięciu ogonach i krwistoczerwonych oczach, czasem nawiedzających go w koszmarach i innych nocnych marach, zwidach. Te ślepia, o podłużnych, czarnych jak noc źrenicach i tęczówce wypełnionej cierpieniem ludzkim i nieludzkimi masakrami, złością i rozpaczą, tylko pragnącą wyjść na wolność…

Pragnienie wolności.

– Kyuubi nie różni się tak naprawdę od ludzi – dodał, dostrzegając cichą kontemplację na twarzy swojego przodka. – Tak samo, jak my, ma uczucia i swoje cele. Coś go łączy z Rikudou Senninem, ale jeszcze nie zdołałem wyciągnąć z niego, co tak naprawdę o nim sądzi, ale… wkrótce mi się to uda. Kyuubi nie jest zły – po prostu poszedł w złą stronę, a wszystkich da się uratować.

Hashirama wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę po skończeniu wypowiedzi, a potem mały uśmiech zagościł na jego przyjaznej twarzy, gdy ten wyciągał rękę, aby znów poczochrać młodego ninja po włosach. Tym razem nie było żadnych dźwięków protestu, tylko odpowiedź w formie lekkiego uniesienia kącików ust.

– Jesteś… unikalny, chłopcze. Nie daj sobie powiedzieć inaczej; dostrzegłeś w Kyuubim coś, co nikt inny jeszcze nie zauważył… – urwał na chwilę, wlepiając gały w przestrzeń, hen daleko i ponad Drzewo Życia, zacinając się na chwilę w głębokim zamyśleniu. Nagle zdał sobie sprawę. – Już wiem, w jakim celu tu jesteś.

Zwrócił na siebie uwagę Naruto, także przez chwilę pogrążonego we własnych, ciemnych myślach. Chłopiec był ciekawy odpowiedzi Hashiramy, którego usta otworzyły się niedługo potem.

– Jest coś, o czym zapomniałem wspomnieć. Drzewo Życia służy również jako konwertor pozostałej chakry, którą magazynuje, w coś, co się nazywa naturalną energią – występującą we wszystkich roślinach i przyrodzie. Stąd żabie, wężowe, ślimacze oraz inne zwierzęce summony pobierają energię do swoich wykonywanych technik. Na pewno słyszałeś o Jiraiyi, jednym z Trzech Legendarnych Sanninów? – Naruto pokiwał szybko głową na znak, że nadąża i słyszał o nim. – Jest znany ze swojego „Trybu Mędrca", którego nauczyły go żaby, jak był jeszcze młody, a cała sztuka istnieje pod nazwą senjutsu, którego koncepcja polega na czerpaniu chakry z natury i mieszaniu jej ze swoją własną. Sztuka ta jest bardzo ciężka do opanowania, dlatego niewielu się podejmuje jej nauki, a jeszcze mniej tak naprawdę to kontroluje do najmniejszego stopnia.

Hashirama zakończył swój wykład, patrząc z ciekawością, jak zmienia się ekspresja młodego blondyna. Chłopiec oparł głowę o otwartą dłoń i analizował w myśli informacje mu przekazane.

Potem jego oczy rozszerzyły się.

– Chcesz… chcesz, bym opanował senjutsu? – zapytał powoli, ostrożnie dopierając słowa i komponując w jakiś sposób swoje skołowane myśli. Hashirama uśmiechnął się szeroko.

– Bystry chłopak! – zawołał, przechylając ciało w tył i śmiejąc się lekko. – Niestety, w twoim stanie jest to niemożliwe.

Uzumaki zmarszczył brwi i padł w załamaniu na miękką trawę. Chyba dzisiaj to nie był jego dzień.

– Aaaale chcę od ciebie czegoś innego – dodał Senju, patrząc na załamaną formę chłopaka, leżącą na ziemi. Naruto podniósł głowę i spojrzał na niego z zaciekawieniem. – Jesteś za młody, by opanować senjutsu, a my mamy za mało czasu, lecz chciałbym, abyś zaczął wyczuwać energię natury; tyle starczy na sam początek, potem tylko ci pomoże. Poczuj, że natura jest wokół ciebie. Poczuj jej siłę. Poczuj tę chakrę. Skup się.

Uzumaki zlustrował go wzrokiem i położył głowę z powrotem na połaci zieleni. Poczuć energię… skupić się?

Wziął kilka głębokich wdechów, nie ruszając się przy tym ani trochę. Medytacje z Corazonem-sensei wreszcie tutaj pomogły, wreszcie znalazły swój użytek i mogły bardzo się przydać młodemu ninja. Wyciszył swoją burzę myśli, zaczerpnął powietrza raz jeszcze i wyrzucił ze swojego ciała cały stres, zdenerwowanie i inne negatywne emocje.

Pojawiła się mała iskra, gdzieś daleko w jego umyśle, która natychmiast zniknęła. To jednak nie było to.

Minęło kilkadziesiąt minut (choć czas tutaj szedł bardzo, bardzo dziwnie), lecz Naruto wciąż nie wyłapał nic, co byłoby… inne. Bardziej należące do natury, nie do jego świata.
Jego świata.

Jego… świata.

A może to też był… jego świat? Może od zawsze czuł naturę, tylko… tylko odpychał ją w głąb swojej świadomości, bo przecież była taka… inna i odmienna? Niekomfortowa? Nienaturalna?

Spróbował znowu, tym razem głęboko się zamyślając. Nie czuł już ciepłego spojrzenia Hashiramy na sobie, ale za to o wiele mocniej i wyraźniej czuł wiatr, słyszał jego szum, czuł miękką trawę pod jego stopami i brzęczenie złotych listków, powiew tych, które wciąż znajdowały się na drzewie.

Z całym skupieniem spróbował rozróżnić ich materialną powłokę od duchowej. Fizyczne ciało, psychiczna dusza.

Oczami wyobraźni widział jedną, zieloną kulę chakry, która, po wielkich drganiach i rozciągnięciach, zmieniła się w dwie – białą i niebieską.

Cały świat nagle jakby się otworzył. Zmienił. Cieszył.

Udało mu się; poczuł tę energię, moc. Rozróżnił dwa ciała i znalazł wyraźny kontur, różnicę pomiędzy nimi.

Do Rikudou Sennina, jeśli to jest to, co on czuł, to musiał mieć piękne życie.

Zielone listki wesoło zawibrowały i zaczęły szybko krążyć wokół jego ciała, wiatr się wzmógł, a drzewo zaszumiało.

Hashirama pozwolił sobie tylko na jeden mały uśmiech i delikatny, dźwięczny śmiech.

Zdolniacha, z tego jego praprawnuka.