A/N:
Kolejny rozdział przed nami, populacja Jotunów w Asgardzie zwiększa się.
IV
Król Laufrey wciąż patrzył na ogarnięty śnieżycą Utgard. Przez dłuższy czas panowało między nimi milczenie i Loki zaczął rozważać czy nie pożegnać się i wrócić do swojej komnaty. Jednak ojciec nie dał mu znaku do odejścia, więc najwyraźniej coś jeszcze zaprzątało jego myśli. Dlatego młody Jotun cierpliwie czekał, również patrząc na śnieżną zawieję za oknem.
- Porozumienie z Asgardem jest jedną z tych rzeczy, których ja nie mogę uczynić – odezwał się w końcu król. - Zbyt wiele jest we mnie goryczy i urażonej dumy, bym mógł spokojnie stanąć twarzą w twarz z Odynem. Nie odnalazłbym tego spokoju z jakim przemawiam teraz. Dlatego nigdy nie podjąłem podobnej próby, bo czułem, że byłby to próżny trud. Wieki walk i nienawiści odcisnęły się na nas niezmazywalnym piętnem. Ty jednak nie jesteś nim naznaczony. Może więc zdołasz spojrzeć na całą sytuację z innej perspektywy.
Loki nic nie odpowiedział, pokiwał jedynie przytakująco głową.
- To chwalebny cel, ale nie jedyny, jaki muszę przed tobą postawić, synu – dodał Laufrey, a na jego twarzy w jednej chwili odmalowały się wszystkie lata życia.
- Cień? – wtrącił się Loki, nawiązując do wcześniejszych, nie do końca jasnych słów ojca.
Starszy Jotun pokiwał głową.
- Dostrzegam go wyraźnie ilekroć patrzę na południe. Gdzieś daleko za ostatnimi osadami, tam gdzie nie zapuszczają się nawet najodważniejsi traperzy jest przerażająca, pożerająca wszystko ciemność. Myślę, że to sama otchłań próbuje pochłonąć Jotunheim wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami. To proces trwający od stuleci, ale w ostatnim czasie musiał przybrać na sile, bo zacząłem to wyczuwać.
Loki choć również patrzył w tamtą stronę nie czuł nic niepokojącego. Czy jego ojciec rzeczywiście dostrzegał jakieś zagrożenie, czy może już po prostu umysł go zwodził? W tamtej chwili nie potrafił na to odpowiedzieć.
- Jest tylko jeden sposób, by uratować Jotunheim przed jego fatum – Szkatuła Wiecznej Zimy.
Młody Jotun skrzywił się na to oświadczenie. Wszyscy doskonale wiedzieli, że ten starożytny artefakt został utracony w czasie wojny i zabrany do Asgardu. Czyli taki był prawdziwy cel ojca. Wcale nie zależało mu na pokoju między królestwami, po prostu starał się odzyskać dawno stracony skarb. I zamierzał wykorzystać do tego swojego syna.
Najwyraźniej Laufrey wyczuł jego wątpliwości, bo dodał po chwili.
- Przez wieki w milczeniu znosiłem upokorzenie, jakim było odebranie nam serca Jotunhiemu. Nie dążyłem by go odzyskać, wiedząc, ile śmierci mogłoby to za sobą pociągnąć. Teraz jednak jasno widzę, że nie możemy dłużej czekać. Nie chciałem obarczać cię tym brzemieniem, Loki. Wiem, że stawiasz sobie wyższe cele niż zostanie zwykłym złodziejem. Jednak czas nie jest dla nas łaskawy i szybciej niż przypuszczamy może się okazać, że los Jotunheimu spoczywa w twoich rękach.
Młody mag jeszcze przez moment rozważał słowa usłyszane od ojca, po czym pokiwał głową.
- Zawsze starałem się spełniać pokładane we mnie oczekiwania – odparł w końcu.
- Wiem, Loki. I zawsze tę twoją cechę ceniłem najbardziej – skwitował król i gestem głowy pożegnał go.
Młody Jotun przyłożył pięść do serca, skłonił się nieznacznie i opuścił komnatę.
Loki stał w drzwiach balkonu, obserwując rozświetlony światłem, nocny Asgard. Nawet długo po zachodzie słońca, miasto wciąż iskrzyło się tysiącem pochodni i lampionów ani trochę nie tracąc ze swojego bogactwa. Mag nie wiedział czemu, ale właśnie dziś, jego piątego dnia pobytu w złotym królestwie, nie mógł spokojnie zasnąć. Z całą mocą powróciła do niego ostatnia rozmowa z ojcem i to co ze sobą niosła.
- Cień? – zapytał sam siebie.
Czy rzeczywiście takie zagrożenie istniało? Czy warto było w imię tak niepewnego celu ponosić ryzyko? Jeśli doprowadzi swój plan do sukcesu i zawiąże trwały rozejm z Asgardem, to wykradzenie Szkatuły przekreśliłoby wszystkie starania. Tylko czy istniał jakiś inny sposób na rozwiązanie tego problemu?
Tyle pytań, a on był z nimi zostawiony zupełnie sam. Co więcej w każdym możliwym układzie zawsze będzie pierwszym podejrzanym o zabranie Szkatuły, w końcu był Jotunem.
Podszedł do stolika i nalał sobie kieliszek czerwonego wina. Było ono zupełnie inne w smaku od tego znanego z Jotunheimu, ale po kilku dniach odnalazł pewną przyjemność w piciu go. Tak samo jak o dziwo, udało mu się przynajmniej w jakimś stopniu znaleźć wspólny język z Thorem i jego świtą. Wręcz nie spodziewał się, że zajmie mu to zaledwie kilka godzin. Zakrawało na paradoks, że jedno wspólne polowanie mogło do tego stopnia przełamać trwającą millenia nienawiść. Po prawdzie spodziewał się, że będzie to znacznie trudniejsze. Tymczasem Asgardczycy okazali się… przyjaźni, dużo bardziej niż przypuszczał. Co więcej na następny dzień również otrzymał zaproszenie, tym razem na pola treningowe, gdzie tutejsi wojownicy szlifują swoje umiejętności. To również może być ciekawe doświadczenie.
Dopił do końca wino i położył się do z powrotem na łóżku. Sam przed sobą wolał nie przyznawać, że czuje coraz większą ekscytację tym wszystkim.
Sztylet przeleciał odległość około sześćdziesięciu stóp i uderzył w centrum tarczy. W jednej chwili kolejne cztery zmaterializowały się w ręku Lokiego i z równą precyzją trafiły w przeznaczone im cele. Kiedy wybrzmiało ostatnie uderzenie, na polu zapanowała dojmująca cisza. Thor i jego kompani siedzieli nieopodal na drewnianych ławkach, a wokoło kręciło się również kilku innych asgardzkich wojowników, którzy teraz również podziwiali występ młodego Jotuna.
Czując na sobie spojrzenia wszystkich zebranych, Loki zapragnął pokazać coś więcej niż zwykłą sztukę walki sztyletami. Ostatnia z broni, która została mu w ręku, naraz rozpłynęła się w powietrzu, a jej miejsce zajęło krótkie lodowe ostrze, o złowrogim, niebieskim blasku. Mag tylko przez ułamek sekundy lustrował pięć celów, które stały po drugiej stronie, po czym posłał ostrze w ten znajdujący się najbardziej centralnie. Kiedy broń uderzyła w tarczę, w jednej chwili ta pokryła się grubą warstwą lodu, zmieniając się w pokaźnych rozmiarów lodowy kryształ. Następnie od kryształu wydobyły się cztery krótkie impulsy, które uderzyły w pozostałe tarcze, dzięki czemu i te zmienił się w lodowe monumenty.
Jeśli wcześniejsza cisza była przejmująca, to obecna wiała grozą. Przez krótką chwilę Loki zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie przesadził, ale potem Fandral dał upust entuzjazmowi, klaszcząc parokrotnie w dłonie, co rozładowało napiętą atmosferę.
- Niezmiernie mnie cieszy, że w Jotunheimie nie ma zbyt wielu magów – rzucił wojownik.
- Uznam to za komplement – odparł Loki, kłaniając się nieznacznie.
Moment później machnął ręką w kierunku tarcz, dzięki czemu zarówno lodowe kryształy, jak i tkwiące w nich sztylety zniknęły.
Przez resztę czasu Loki z trybun obserwował popisy asgardzkich wojowników, okraszone komentarzami głównie Fandrala i Volstagga, którzy jak zdążył zauważyć, nie potrafili długo wytrwać w milczeniu. Podziwiał również umiejętności we władaniu bronią w wykonaniu samego następcy tronu i z pewną niechęcią musiał przyznać, że w uczciwej walce nie miałby z nim większych szans. Co oczywiście nie zachęcało do uczciwości. Uśmiechnął się do własnych myśli. Wiedział już, że w razie zagrożenia, nie będzie miał problemu, by wyprowadzić młodego księcia w pole. Thor był prostoduszny, w pewnym sensie naiwny, i choć posiadał potężną moc, to właśnie te cechy tworzyły z niego łatwy cel. Oszukanie go byłoby dziecinną igraszką.
Kiedy pierwszy raz usłyszał prośbę matki, wydawało mu się to czystym szaleństwem. A jednak, raptem dwa dni później, kiedy razem z towarzyszami wracał z pól ćwiczebnych, nie czuł już takiego gniewu w obecności Jotuna. Po prawdzie to cała wcześniejsza złość uleciała już pierwszego dnia i z całą mocą Thor musiał przyznać, że nienawiść i uprzedzenia kompletnie go zaślepiły. Zawsze uważał Lodowych Gigantów za półmózgie bestie, żyjące tylko po to, by mordować innych mieszkańców dziewięciu królestw. Tymczasem Loki daleki był od tego wizerunku. Jeśli pominąć niebieską skórę i krwawe oczy, to pozostawał inteligentny, nieco przebiegły, żeby nie powiedzieć zuchwały, facet, który potrafił się odnaleźć nawet w tak niesprzyjających dla niego okolicznościach. Otoczony przez tych, którzy wcześniej walczyli z jego pobratymcami, umiał zachować zimną krew i nie unosić się gniewem, nawet jeśli był prowokowany.
A Thor prowokował go wielokrotnie, sprawdzając jak daleko może się posunąć, jak bardzo Lokiemu zależy na zachowaniu dobrego wizerunku. Bo mimo wszystko książę nie miał wątpliwości, że to tylko dobrze ustawiona gra. Tak jak mówiła matka, młody ambasador, uważał na każde słowo, niemal każdy jego gest był przemyślany i rozważny, tak by nie popełnić żadnego błędu. Co kryło się pod tą maską uprzejmości, na razie trudno było powiedzieć.
Tylko raz Thor odniósł wrażenie, że dostrzegł bardziej prawdziwe oblicze młodego Jotuna. Konkretnie w chwili, kiedy ten wyczarował widmo jelenia. Przez moment wyraz twarzy maga zdradzał więcej, niż ten zapewne chciałby ujawnić. Wtedy też Thor zrozumiał, że ma do czynienia z kimś, kto zwyczajnie lubi podobne zagrania.
A teraz szli razem w stronę pałacu, dyskutując o ostatnim oglądanym sparingu. Thor kątem oka obserwował Lokiego, kiedy ten trochę niczym turysta przyglądał się okolicy. Młody Jotun zdawał się nie przywiązywać większej wagi do prowadzonej rozmowy, a jednak zapewne gdyby go o coś zapytać, zaraz byłby w stanie się do niej włączyć. Ogólnie Thor nie mógł odeprzeć wrażenia, że ten mag wciąż stwarza pozory, tak by wszyscy uważali go tylko za niegroźnego chłopaka, który umie zrobić kilka niewinnych sztuczek. Na jego nieszczęście to, co zaprezentował dziś rano na strzelnicy zupełnie temu zaprzeczało.
Rozważając to wszystko, Thor był nieco rozdarty, z jednej strony czuł, że ten Jotun skrupulatnie ukrywa swoją prawdziwą naturę, z drugiej zaś wystarczył jeden dzień, by nawiązała się miedzy nimi jakaś nić porozumienia, może nawet sympatii. To jak opowiadał o swoim domu i rodzinie, przepełnione było prawdziwa szczerością. I właśnie to łączyło ich chyba najbardziej, obaj kochali swoje rodziny i los ich królestw leżał im na sercu.
Kiedy zbliżyli się do pałacu ich oczom ukazało się niecodzienne zjawisko. Tuż pod złotymi schodami, w pewnym oddaleniu od nieco przerażonych strażników, zwinięta w kłębek leżała wielka, włochata bestia. Wydawała się spać, kiedy jednak weszli na plac przed pałacem, stwór niemal natychmiast uniósł pokaźny łeb, spojrzał na nich swymi morderczymi, żółtymi ślepiami, po czym ruszył w ich stronę z prędkością i zwinnością niebywałą przy takich gabarytach. Wszyscy niemal jednocześnie chwycili za broń, wszyscy prócz Lokiego, który jedynie uniósł dłoń i wyszedł do przodu.
- Spokojnie, nie zaatakuje - rzucił przez ramię.
Mimo tego zapewnienia, przez długie trzy sekundy, jakie zajęło bestii pokonanie rozległego placu, wojownicy stali w pełnym napięciu, gotowi podjąć walkę. Kiedy jednak stwór zbliżył się do nich, jedyną jego ofiarą stał się sam Loki. Zwierzę naparło na niego z całym impetem, wciskając wielki łeb w brzuch Jotuna. Mag ledwo zdołał utrzymać równowagę, gdyż bestia miała ze siedem stóp wysokości w kłębie i najwyraźniej nic sobie nie robiła z faktu, że jej "właściciel" jest od niej mniejszy. Kiedy podniosła łeb, parę razy okrążyła Jotuna, obwąchując go przy tym dokładnie, a nawet kilkukrotnie chwytając jego ręce w wielkie szczęki, tak jednak delikatnie, że nie robiła mu przy tym żadnej krzywdy.
- Urza*, co ty tutaj robisz? - odezwał się w końcu Loki, kiedy zwierz opanował pierwszy entuzjazm i stanął w miejscu.
Mag chwycił jedno z masywnych uszu bestii i potarmosił się je zdecydowanie. Wtedy też Thor po raz pierwszy zobaczył szczery uśmiech na jego twarzy, taki którego zapewne świadomie nie pokazałaby żadnemu Asgardczykowi. Teraz znacznie łatwiej było uwierzyć, że jest on jeszcze młody. A co więcej, gdy widzieli jak cieszy się na widok zwierzęcia, łatwo można było pojąć jak samotny czuje się w Asgardzie.
Thor westchnął nieznacznie, matka jak zwykle miała rację.
Kiedy napięcie zupełnie opadło, a bestia usadowiła się na ziemi i nie wyglądała na skorą do ataku, wojownicy powoli zbliżyli się do Lokiego.
- Bez obaw, nie zaatakuje bez wyraźnego powodu - uspokoił ich młody Jotun, wciąż szarpiąc futro na łbie stwora.
- To jest kaar, tak? - spytała Lady Sif, która najbardziej zdecydowanie podeszła do przodu.
Mag pokiwał głową.
- Nazywa się Urza i należy do mnie. Co tym bardziej rodzi pytanie, jak się tutaj znalazła, bo jest niewiele osób, które mogą ją dosiadać.
- Sama tutaj raczej nie przylazła - rzucił Thor również podchodząc bliżej.
- Pomyślałem, że ucieszysz się na jej widok. - Usłyszeli chrapliwy głos gdzieś nieopodal.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę i dopiero wtedy zobaczyli postawnego Jotuna, kryjącego się w cieniu budynku. W odróżnieniu od Lokiego, ten Lodowy Gigant w pełni zasługiwał na swoje miano. Kiedy podszedł bliżej, to nawet Thor, który przecież ułomkiem nie był, poczuł się ja dziecko, gdyż sięgał mu zaledwie do wysokości piersi.
- Widzę, że wreszcie znalazłeś sobie kumpli pasujących do ciebie wzrostem - stwierdził Jotun, zatrzymując się koło całej grupy.
- Ciebie również dobrze widzieć, bracie - odparł Loki, nie robiąc sobie nic z kąśliwej uwagi.
- Bracie?
- Wybaczcie mój brak manier - dodał natychmiast mniejszy z Jotunów, odwracając się w stronę pozostałych. - To jest Byleistr Laufreyson, drugi książę Jotunheim. A to książę Thor Odinson, Lady Sif i trzech wojów - Fandral, Volstagg i Hogun.
Byleistr zmierzył wszystkich po kolej wzrokiem, szczególnie długo zatrzymując się na następcy tronu. A potem jego twarz wykrzywił nieco sarkastyczny uśmiech.
- A więc to są ci nasi niesławni kłusownicy.
- Kłusownicy? - żachnęła się Lady Sif.
Jotun uniósł dłonie w pojednawczym geście, a potem wskazał na Lokiego.
- To są jego słowa. Początkowo nawet mnie nie powiedział, na kogo natchnął się w okolicy cytadeli.
Loki wciąż uśmiechnięty w ten dziwne przyjemny sposób, jedynie wzruszył ramionami.
- Nie zamierzałem robić z tego incydentu afery na skalę dyplomatyczną. Jak widać jednak nie na wiele się to zdało.
Thor aż nazbyt wyraźnie poczuł przytyk.
- Biorąc pod uwagę naszą obecną sytuację, to powinieneś być mi wdzięczny, ambasadorze – odparł, nie pozostając dłużny magowi.
Byleistr prychnął z rozbawieniem słysząc słowa księcia.
- Widzę, że dobrze się tutaj bawicie. Ale do rzeczy, nie przybyłem, by wyprowadzić Urzę na spacer.
Po tych słowach Jotun zdjął z ramienia niewielki pakunek i postawił go na ziemi. Po chwili z środka wyjął sporych rozmiarów szkatułkę, otworzył ją i wyciągnął z niej podłużny przedmiot zawinięty w delikatną, czerwoną tkaninę.
- Ojciec przystał na wszystkie warunki, masz wolną rękę do działania – stwierdził, podając tajemniczy przedmiot swemu młodszemu bratu.
Loki skinął głową i delikatnie odwinął materiał, ukazując spory, artystycznie zdobiony sztylet.
- Domyśliłem się, że taki jest cel twojej wizyty – odparł oglądając broń, a potem dodał, widząc zdumione spojrzenia Asgardczyków. – To jest królewska pieczęć, mogą ją trzymać w ręku tylko osoby z linii władcy, więc nie mógł zostać tu dostarczony przez zwykłego posłańca.
Thor przez moment również przyglądał się pięknej broni. Jeśli dobrze zrozumiał słowa starszego z Jotunów, to król Laufrey zgodził się na warunki traktatu, jakie zostały ustalone kilka dni temu między Lokim, a ojcem. A to znaczyło, że trwały pokój między ich królestwami jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie przypuszczał, że pójdzie to tak gładko. Wszystko co wiedział o Laufreyu, sugerowało, iż nie jest on orędownikiem pokoju i kazało przypuszcza, że negocjacje będą długie i ciężkie. Tymczasem wygląda na to, że król Jotunheimu w całości powierzył tę sprawę swojemu synowi. Musiał mieć dużą wiarę w jego dyplomatyczne umiejętności.
Młody książę poczuł niespodziewane ukłucie zazdrości. Odyn nigdy nie powierzał mu zadań o podobnej wadze. Nie żeby Thor jakoś specjalnie palił się do bycia dyplomatą, ale świadomość, że nie zaskarbił sobie aż tyle zaufania ojca, była dziwnie bolesna. Odyn wielokrotnie starał się wpoić mu zasady polityki, zachęcić do bardziej czynnego udziału w rządzeniu królestwem. Ale on jakoś nigdy nie potrafił się w tym odnaleźć. Wolał przygody niż nudne spotkania, walkę na udeptanej ziemi niż polityczne przepychanki. Może i był najlepszym wojownikiem w Asgardzie, ale czy rzeczywiście był najlepszym materiałem na przyszłego władcę?
To pytanie pociągnęło za sobą bolesną świadomość, że dla dobra całego złotego królestwa Odyn zapewne wolałby mieć syna takiego jak Loki, który byłby wsparciem w trudnych sytuacjach i któremu mógłby powierzyć, każde, nawet najbardziej delikatne zadanie, niż syna, który głównie sprowadza na siebie kłopoty.
Thor zacisnął pięści, starając się stłumić rosnący gniew i frustrację. Nie chciał dać po sobie poznać, jakie myśli zaprzątnęły mu umysł. Żeby oderwać się od tych nieprzyjemnych przemyśleń, spojrzał w stronę górującego nad nimi Jotuna, który teraz z krzywym uśmiechem na twarzy, obserwował jak jego młodszy brat, pakuje sztylet do szkatuły. O dziwo mimo tak olbrzymiej różnicy wzrostu, można było między nimi dostrzec specyficzne podobieństwo. I nie chodziło tylko o dużą zbieżność symboli na ich ciałach, ale przede wszystkim o rysy twarzy, może Byleistr był bardziej postawny, ale z pewnością nie mógłby się wyprzeć więzów krwi, jakie łączą go z Lokim. Poza tym w jego wzroku było coś jeszcze. Jakaś tajona ulga, tak jakby obawiał się w jakim stanie odnajdzie swojego młodszego brata. Czy spodziewał się, że spotka go tutaj jakaś krzywda? Zapewne tak.
- Idziemy właśnie na kolację, czy dołączysz do nas, książę – zapytał Thor, siląc się na najbardziej neutralny ton, na jaki było go stać w tej chwili.
Byleistr pokręcił przecząco głową, machając od niechcenia ręką.
- Wybacz, młody Odinsonie, ale w odróżnieniu od Lokiego, nie mogę magią chronić się przed panującym tu skwarem. Wracam do siebie, zanim się do reszty rozpuszczę.
Powiedziawszy to uścisnął rękę brata i skinął pozostałym na pożegnanie. Zagwizdał na Urzę, która natychmiast poderwała się z ziemi. Z niespodziewaną przy jego gabarytach sprawnością dosiadł kaara i po raz ostatni spojrzał w ich stronę.
- Jeśli będę ci do czegoś potrzebny, to wiesz gdzie mnie szukać.
Loki przyłożył pięść do piersi i skinął nieznacznie głową. Byleistr odpowiedział podobnym gestem, po czym machnął jeszcze ręką i popędził bestię w stronę tęczowego mostu.
Sala tronowa była bardziej zatłoczona niż Loki widział dotychczas. Prócz króla i jego rodziny, grona doradców i królewskich dostojników, przyszło tutaj wielu mniej lub bardziej znaczących mieszkańców Asgardu. Wszyscy oni przybyli do pałacu, by być świadkami wydarzenia, które nie miało miejsca od milleniów. Przy długim stole postawionym przed podwyższeniem z tronem, zasiadał Odyn, a po jego prawej Frigga i Thor. Natomiast po lewej stronie było miejsce wyznaczone dla Lokiego, który jako ambasador miał reprezentować swojego ojca. Wszystko wokoło jak zwykle mieniło się tysiącem odcieni złota, także zbroja samego króla, suknia jego małżonki, czy pancerz jego następcy. Na tym tle wyraźnie odcinał się młody Jotun, który w swych niebieskich barwach i ciemnych szatach, dziwacznie kontrastował z całą resztą. Jego strój zresztą nie różnił się znacząco od tego, co miał na sobie w dniu przybycia do Asgardu. Jedyną istotną zmianą był skórzany pas, z przyczepionym do niego sztyletem.
Uroczystość była prowadzona z należytym rozmachem, dlatego najpierw dość długo i kwieciście wypowiadał się król Asgardu, kładąc szczególny nacisk na wiekopomność tego wydarzenia. Następnie jeden z jego doradców zaczął odczytywać tekst traktatu pokojowego. Trwało to dłuższą chwilę, w czasie której wyraźnie widać było lekkie znużenie na twarzach niektórych gości. Sam Loki starał się pozostać skupiony, tak by nie przeoczyć jakieś istotnej kwestii. Nie pomagał jednak fakt, że kilkukrotnie dostrzegł, jak Thor ziewa ukradkiem. Za którymś razem młody książę popatrzył jednocześnie w jego stronę, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, Loki z trudem sam powstrzymał się od ziewnięcia. O ile Thor mógł sobie pozwolić na takie zachowanie, w jego pozycji byłoby to fatalnie odebrane.
Od przybycia młodego maga do Asgardu minęły niespełna dwa tygodnie. To był niezwykle intensywny i ciekawy czas. Jednocześnie Loki miał świadomość, że prawdziwa praca dopiero się zacznie. Podpisanie traktatu to początek długiej i ciężkiej drogi. Nie mniej pierwsze, najtrudniejsze zadanie zdawał się mieć za sobą. Udało mu się zjednać sobie, przynajmniej w części, przychylność mieszkańców pałacu. Niemal codziennie uczestniczył w rozrywkach Thora i jego kompanów, i mimo wcześniejszych obaw, miał wrażenie, że nie zapraszają go tylko z czystej uprzejmości. Oczywiście różnice poglądów były bardziej niż wyraźne, a sam następca tronu potrafił czasami przyprawić go o białą gorączkę. Był tak butny, pewny siebie i pozbawiony znamion zdrowego rozsądku, że Loki musiał włożyć wiele trudu, by powściągnąć język, bo kąśliwe uwagi same cisnęły się na usta. Na pocieszenie pozostawała jedynie świadomość, że nie był jedynym, który dostrzegał szaleństwa przyszłego króla. Jego kompani również wielokrotnie krytykowali mniej lub bardziej otwarcie zachowanie księcia.
A mimo to Loki nie byłby w pełni ze sobą szczery, gdyby nie przyznał, że przebywanie w towarzystwie Thora miało również swoje pozytywne aspekty. Jego zaangażowanie w każde podjęte działanie, niegasnący optymizm i przede wszystkim nieprzejednana pogoda ducha, w dziwaczny sposób równoważyły pragmatyzm i zakrawającą o cynizm, skrupulatność Lokiego. Byli niczym dzień i noc, ale przez to dobrze się uzupełniali.
Widząc znużone spojrzenie Thora, młody Jotun uśmiechnął się nieznacznie i skinął głową na znak zrozumienia. Wojownik odwzajemnił uśmiech i westchnął ciężko. Widać było jak wiele wysiłku kosztuje go zachowanie kamiennej postawy, właściwej dla tak podniosłej chwili.
Loki przymknął na moment oczy, w skutek czego na stole przed Thorem zmaterializowała się niewielka karteczka. Książę obrzucił ją nieco podejrzliwym spojrzeniem, na sekundę przeniósł wzrok na Jotuna, a potem z powrotem na papier. Z lekkim wahaniem podniósł ją i rozwinął, by ujrzeć w środku zapisane tylko jedno zdanie.
"Wytrzymaj, książę, niebawem będzie uczta."
Thor uśmiechnął się szerzej, wyraźnie podbudowany taką perspektywą.
Na szczęście jego męczarnie nie trwały już długo. W końcu doradca przeczytał ostatni ustęp traktatu i całość położył na stole przed królem. Odyn jeszcze raz obrzucił cały dokument wzrokiem, po czym wziął w dłoń pióro i zgrabnym, zamaszystym gestem złożył na nim swój podpis. Następnie z użyciem odrobiny złotego wosku odcisnął obok ślad sygnetu, który na tę okazję miał na palcu. Potem przesunął dokument w stronę Lokiego. Jotun nie wahał się długo. Podniósł pióro leżące obok niego i podpisał się starannie. Gdy tusz wysechł, Loki wstał z krzesła i wyciągnął sztylet. Szybkim ruchem przeciął wewnętrzną stronę dłoni i pozwolił, by kilka kropel krwi spadło na pergamin. Gdzieś w podświadomości zastanawiał się czy Asgardczycy zwrócą uwagę, że jego krew jest tak samo czerwona jak ich własna. Odsuwając szybko podobne rozważania, odwrócił sztylet i przytknął koniec rękojeści w miejscu zastygającej krwi. Dzięki temu na traktacie pojawił się symbol królewskiego rodu Lodowych Gigantów.
- A więc stało się – odezwał się Odyn, również wstając. – Powitajcie świt nowej ery, gdzie Asgard i Jotunheim budować będą razem wspólną przyszłość.
Loki schował sztylet i skłonił się władcy, a potem wydarzyło się coś, czego raczej nie oczekiwał. Całą salę tronową wypełniły brawa.
Koniec części czwartej.
* Imię "Urza" czyta się przez "r" i "z", jak w słowie "zamarzać", nie przez "ż".
