A/N:

Witajcie,

tym razem rozdział nieco dłuższy, ponieważ zależało mi, by nie rozdzielać przedstawionych w nim wydarzeń. Dziękuję wszystkim serdecznie za komentarze.

Scenę w bibliotece napisałam pod wpływem piosenki „Stars" zespołu Skillet. Po prostu słuchając jej zobaczyłam, mniej więcej to, co starałam się przelać na papier poniżej. Mam nadzieję, że choć w części udało mi się oddać towarzyszące temu emocje.

Nowy tydzień, populacja Asgardczyków w Jotunheimie wzrasta ;).


V

Minęły ponad dwa miesiące od podpisania traktatu pokojowego. Miesiące intensywnej pracy i rozwiązywania kolejnych problemów, niekiedy zupełnie nieprzewidywanych. Ostatecznie pod naporem obowiązków, Loki na stałe sprowadził do Asgardu Eldę, który miał być jego zastępcą i pomagać w coraz to liczniejszej grupie zadań. Także widok Jotunów na ulicach złotego królestwa nie budziła już aż takiej sensacji. Coraz częściej przybywali on Bifrostem do miasta, głównie by sprzedawać swoje wyroby rzemieślnicze. Oczywiście wiele jeszcze wody będzie musiało upłynąć, zanim tego typu kontakty staną się bardziej naturalne, ale pierwsze kroki zostały poczynione w dobrym kierunku. Ostatecznie tam gdzie w grę wchodziły interesy i pieniądze, ludzie znacznie łatwiej przymykali oko na fakt, że ktoś wygląda nieco odmiennie.

Sam Loki dzielił swój czas między obowiązki ambasadora, wizyty w bibliotece i rozrywki z Thorem oraz jego przyjaciółmi. Choć na te ostatnie nie miał zbyt wiele czasu, zawsze chętnie dołączał do nich, kiedy nadarzyła się sposobność. Oni zresztą też zdawali się nie mieć nic przeciwko temu. Może nie był tak zaprawiony w bojach i miał nieco inną hierarchię wartości, ale za to jego rozliczne sztuczki potrafiły szczerze rozbawić towarzystwo, tak że nawet na twarzy milczącego Hoguna zdarzał się zagościć uśmiech.


Był późny ranek, kiedy Loki zostawił Elbę z mniej istotnymi sprawami, a sam wymknął się do biblioteki, by skończyć czytać zaczętą kilka dni wcześniej lekturę. O tej porze miejsce to było niemal zupełnie opuszczone, nie wliczając jednego, niezbyt rozmownego bibliotekarza, który dla własnego spokoju starał się po prostu ignorować obecność Jotuna w jego sanktuarium.

Loki swoim zwyczajem wszedł między regały, usiadł na podłodze i zagłębił się w opasłym tomiszczu. Siedząc tam, zupełnie stracił poczucie czasu, gdy nagle nietypowy dźwięk wzbudził jego czujność. Po całej bibliotece roznosiło się ciche, nieregularne dudnienie. Jotun podniósł się i rozejrzał, ale dźwięk ewidentnie dochodził z zewnątrz. Odłożył książkę i podszedł do niewielkiego balkonu. Dopiero wtedy zrozumiał czego jest światkiem. Nad Asgardem padał deszcz.

Młody mag niepewnie wyciągnął przed siebie rękę, pozwalając, by ciepłe krople opadły na jego skórę. Było to niezwykłe zjawisko, gdyż niemal natychmiast zmieniały się one w drobne perełki i spadały na ziemię. Zauroczony tym zjawiskiem Loki wyszedł na zewnątrz. Deszcz spadał na jego ręce i barki, moczył głowę i ubrania. Wciąż będąc pod wrażeniem tego niezwykłego dla niego zjawiska, uniósł twarz do nieba i zamknąwszy oczy, pozwolił, by krople swobodnie po niej spływały. Deszcz był taki jak cały Asgard, ciepły i przyjemny, nijak nie podobny do lodowych zamieci Jotunheimu. Było w tym prostym przecież zjawisku coś tak magicznego, że przez dłuższą chwilę młody mag stał niczym oniemiały, chłonąc całym sobą to uczucie. Wielokrotnie był świadkiem deszczu w różnych zakątkach dziewięciu królestw. Praktycznie jednak nigdy nie miał okazji, doświadczać go, będąc w swej naturalnej formie. Schowany pod płaszczem magii, nie odczuwał tego w tak niezwykły sposób.

A potem opuścił głowę i spojrzał na swoje ręce, po których wciąż spływały powoli zamarzające krople. Skupił wolę i w jednej chwili na jego otwartej dłoni wyrósł artystyczny, lodowy kształt łączący krople, które zdołał pochwycić. Powtórzył tę sztuczkę kilkukrotnie, tworząc coraz to bardziej wymyśle dzieła. Woda z łatwością poddawała się jego magii, tak że jedynym ograniczeniem stała się wyobraźnia. W pewnej chwili nieregularne rzeźby znikły, a zastąpiła je niewielka sylwetka wilka. Był niedużo większy od jego dłoni, choć odwzorowany w najmniejszym szczególe. Loki uśmiechnął się do własnego dzieła i pozwolił mu biegać w powietrzu i chwytać malutką paszczą kolejne krople. A kiedy już miał wziąć go w rękę, niespodziewanie tuż obok pojawiła się sylwetka sarny. Wilk, niczym tknięty zwierzęcym instynktem, którego przecież nie powinien posiadać, pomknął za sarną. Oba lodowe twory biegły wokół Lokiego, coraz wyżej i wyżej, aż w końcu, kiedy znalazły się na wysokości jego twarzy, zamieniły się w dwa ptaki i uleciały w przestrzeń.

Jotun jeszcze przez moment patrzył za nimi w niebo, a potem się odwrócił i zobaczył stojącą w bibliotece królową Friggę. Przez bardzo długą chwilę nie wiedział jak zareagować, przyłapany na równie infantylnym zachowaniu. Czuł się całkowicie odkryty i miał świadomość, że władczyni Asgardu swym mądrym wzrokiem z pewnością to dostrzega. Teraz nie był w stanie niczego ukryć, zupełnie jakby wszystkie jego maski zmył ten letni deszcz. Był bezbronny.

A potem na twarzy królowej pojawił się łagodny uśmiech i nagle cały lęk go opuścił. Zupełnie jakby wbrew logice wiedział, że ona nie wykorzysta tej chwili słabości przeciwko niemu.

- To było piękne – stwierdziła Frigga, podchodząc bliżej.

Loki wszedł do środka, po czym jednym gestem osuszył mokre ubranie i włosy. Coraz silniej czuł rosnące zażenowanie, przez co ciężko mu było spojrzeć w oczy kobiety. Zamiast tego ruszył w stronę regału i podniósł leżącą tam książkę.

- W Jotunheimie nigdy nie pada deszcz – odparł, nie bardzo wiedząc, co w ogóle powiedzieć.

Wciąż czuł na sobie wzrok królowej, ale o dziwo nie niepokoiło go to, aż tak bardzo jak zapewne powinno. Ostatecznie zebrał się w sobie, odwzajemnił spojrzenie i uśmiechnął się lekko.

- W Asgardzie nawet deszcz jest wspaniały – dodał.

Frigga podeszła do balkonu i przez chwilę patrzyła na bębniące w niego krople.

- Nie deszcz miałam na myśli. Masz niezwykły talent. Nie każdy z taką łatwością potrafi urzeczywistniać swoje wyobrażenia.

- Nie wszystko było moim tworem – powiedział, również podchodząc bliżej.

Królowa uśmiechnęła się nieco bardziej otwarcie i po raz pierwszy w jej oczach dostrzegł coś więcej niż tylko wyuczoną uprzejmość. To było autentyczne rozbawienie i życzliwość.

- Wybacz, nie mogłam się powstrzymać.

Loki pokręcił przecząco głową.

- To raczej ja powinienem podziękować. To było… - nagle zdał sobie sprawę, że sam nie wie, co tak naprawdę chce powiedzieć. Cała ta sytuacja do tego stopnie wyprowadziła go ze zwykłego spokoju, tak bardzo poruszyła jakąś głęboko ukrytą strunę, że nie potrafił się teraz odnaleźć. Wśród magów Jotunheimu większość stanowili zwykli rzemieślnicy, on sam zresztą też nie uważał się za wybitnego mistrza w tej dziedzinie. Miał jednak skłonność do traktowania magii ,jako czegoś więcej niż tylko narzędzia. Było w niej piękno i artyzm. Do tej pory nie spotkał nikogo, kto podzielałby ten pogląd. Aż do teraz. Po tym krótkim pokazie wiedział już, że królowa, choć nie była praktykującym magiem, patrzyła na magię tak samo jak on. I to było… - piękne.

Dopiero gdy wypowiedział to zdanie, zdał sobie sprawę, że powtórzył jej własne słowa, co było tyleż zabawne, co poniekąd wzruszające.

Stali przez dłuższą chwilę w milczeniu, patrząc na moknący krajobraz na zewnątrz. Aż w końcu deszcz ustał i przez chmury ponownie zaczęło przebijać słońce.

Loki czuł narastającą potrzebę powiedzenia czegoś, w sumie to chciał powiedzieć wiele rzeczy, które w tej chwili podpowiadało mu serce, ale umysł ostygł już na tyle, że zdołał pohamować te zapędy. Musiał przypomnieć sobie gdzie jest i jaką pozycję zajmuje, a także, to że kobieta stojąca obok niego jest królową Asgardu. Toteż stał wciąż w milczeniu, dziwnie rozdarty między emocjami, a pragmatyzmem.

- Gdybyś kiedyś zapragnął podyskutować na temat magii – w końcu ciszę przerwała Frigga – zapraszam cię do moich ogrodów, ambasadorze.

Jotun skłonił głowę.

- To będzie dla mnie zaszczyt. Jeszcze większym honorem byłoby, gdybyś zechciała pani mówić do mnie po imieniu.

Ciepły uśmiech na twarzy królowej mógłby rozmrozić wszystkie lody Jotunheimu.

- Oczywiście, Loki.


Loki nikomu nie zamierzał się zwierzać z tego niezwykłego spotkania z królową. Wszystko co wtedy się wydarzyło, zachował tylko dla siebie. Z czasem, kiedy emocje w pełni zostały opanowane i mógł spojrzeć na to nieco chłodniejszym okiem, widział wyraźnie jak bardzo tego dnia się wygłupił. Okazał słabość, na którą nie powinien sobie pozwolić. Teraz jednak w żaden sposób nie mógł już tego naprawić, a gdzieś w głębi nawet nie chciał. Po prawdzie to zwyczajnie czuł specyficzną dumę, że sama królowa w tak pozytywnych słowach wypowiadała się o jego umiejętnościach. Przynajmniej dla niej to nie były tylko kuglarskie sztuczki.

Kiedy wieczorem zszedł do wspólnej sali na wieczerzę, był już całkowicie spokojny, a wręcz przekonany, że nie zamuruje go tak jak wcześniej na widok Friggi. Po prawdzie jednak nie mógł się o tym przekonać, bo zastał tam jedynie Thora w towarzystwie trzech wojowników. Bez wahania podszedł bliżej, przywitał się gestem głowy i usiadł na jednym z wolnych miejsc. Niemal natychmiast Volstagg podsunął mu kufel pełny piwa.

- To chyba kiepski pomysł, jeśli ostatni raz jadłem rano – skomentował propozycję Jotun.

- Mój drogi, niebieski chłopcze, piwo nigdy nie jest kiepskim pomysłem – odparł mężczyzna, który najwyraźniej nie jeden kufel miał już za sobą.

- Wobec takiego argumentu, pozostaję bezbronny – mówiąc to Loki pociągnął głęboki łyk gęstego trunku. Szybko jednak poprawił go porcją mięsa z dużej patery na środku stołu. Zdążył się już nauczyć, że asgardzkie piwo bywa mordercze.

- Może w takim razie powinieneś częściej coś jeść – dorzucił od siebie Thor, wygrażając magowi nogą od kurczaka. – Może gdzieś między ślęczeniem w biurze, a chowaniem się w bibliotece. Przecież żadna z tych książek ci nie ucieknie.

- Pola treningowe również stale są na swoim miejscu, a jednak bywasz tam codziennie, książę.

- Prawdziwy wojownik nigdy nie osiada na laurach.

- Dobry mag, również.

Thor zaśmiał się, machając od niechcenia ręką.

- Jak tam sobie chcesz, ambasadorze. Ostatecznie nie jestem twoją matką, żeby cię gonić do zjedzenia obiadu.

To był typowy przytyk w wykonaniu Thora. Za każdym razem kiedy Loki określał go mianem „księcia", ten odwdzięczał się nazywając Jotuna „ambasadorem", a samo to słowo ociekało wręcz sarkazmem. Był to dość dziwaczny układ. Ze wszystkimi pozostałym kompanami następcy tronu, Loki od pewnego czasu był po imieniu, z wyjątkiem właśnie Thora. Obaj trwali w zaparte, w tej oficjalnej formie, choć było w tym dużo więcej przekory niż rzeczywistej uprzejmości.

Dalej temat rozmowy zszedł na nową miłość Fandrala, już chyba czwartą od kiedy Loki przybył do Asgardu. Wojownik rozwodził się nad wdziękami jakiejś córki dyplomaty, która właśnie wraz z ojcem odwiedza złote królestwo. Naraz jednak lekką rozmowę przerwało pojawienie się magicznego kruka, który wylądował na stole tuż około Lokiego. Młody Jotun bez wahania wyjął zwój z pojemnika na grzbiecie ptaka i wzrokiem przeleciał jego zawartość.

W jednej chwili opuściło go całe dobre samopoczucie.


Thor nie miał pojęcia czy Jotun może zbladnąć, ale w momencie kiedy Loki odczytał wiadomość, jego twarzy przybrała dziwnie niezdrowy, szary odcień. Wcześniejszy lekko kpiący uśmiech znikł momentalnie i zastąpił go skupiony, żeby nie powiedzieć zmartwiony wyraz twarzy.

- Złe wieści? – zapytał następca tronu.

Loki w pierwszej chwili nic nie odpowiedział, zamiast tego powtórnie przejrzał zawartość zwoju. Potem niespodziewanie wstał od stołu i skłonił się pozostałym.

- Wybaczcie, ale muszę was opuścić.

I nie pozwalając im powiedzieć ani słowa, bardzo szybkim krokiem oddalił się.

Thor spojrzał po towarzyszach lekko zdumiony.

- Z pewnością były to złe wieści – skwitował po chwili Hogun, wciąż patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem siedział młody Jotun. – Wyglądał na bardzo wzburzonego.

- A to u niego raczej niecodzienne – dodał od siebie Volstagg.

Thor zamyślił się, jednocześnie tracąc całkowicie zainteresowanie wieczerzą. Teoretycznie to nie była jego sprawa. Gdyby wiadomość miała charakter dyplomatyczny, to z pewnością Loki by się nią podzielił. Skoro zachował jej treść dla siebie, najwyraźniej nie była przeznaczona dla ich uszu. Nie mniej jego wyraz twarzy nie dawał mu spokoju. Opanowany mag rzadko ukazywał swoje prawdziwe emocje, zwykle chowając je pod maską uprzejmości, ewentualnie specyficznej przekory. Tymczasem teraz zdenerwowanie niemal wylało się na jego twarz i nijak nie zdołał tego ukryć. Thor odniósł wręcz wrażenie, że resztką sił zdołał się normalnie pożegnać i wyszedł tak szybko, uciekł niemal, by nie zdradzać się z niczym więcej.

Tknięty tak ciekawością, jak i niepokojem, Thor wstał od stołu i bez słowa ruszył w stronę wyjścia, odprowadzany podejrzliwymi spojrzeniami pozostałych wojowników.

Po kilku minutach znalazł się przed drzwiami do komnaty Lokiego. Ostatni raz był tutaj, kiedy za namową matki postanowił zaprosić Jotuna na polowanie. Mimo, że minęły od tego czasu ledwie trzy miesiące, to wydawało się to odległą przeszłością. Wtedy Thor traktował go praktycznie jak wroga, tymczasem teraz był niemal… Książę zamyślił się na chwilę. Jeśli kilka miesięcy temu ktoś powiedziałby mu, że zacznie uważać Jotuna za swojego przyjaciela i kompana, to zwyczajnie by go wyśmiał, jednak teraz naprawdę zaczynał to w ten sposób postrzegać. Co prawda czasami Loki potrafił wyprowadzić go z równowagi, ale z drugiej strony jego opowieści były ciekawe, sztuczki potrafiły rozbawić niemal każdego, a wiedza musiała budzić respekt. Może nie był wojownikiem w asgardzkim znaczeniu tego słowa, ale z pewnością był cennym towarzyszem.

A teraz wydarzyło się dla niego coś złego i Thor nie zamierzał pozostać bierny. Podszedł do drzwi i już zamierzał zapukać, kiedy te otworzyły się gwałtownie, w skutek czego następca tronu staną twarzą w twarz z Lokim.

Młody Jotun wzdrygnął się nieznacznie. Ewidentnie był czymś bardzo przejęty i zaniepokojony. Do tego stopnia, że nie potrafił ukryć tego pod maską uprzejmości, choć bardzo się starał.

- Wybacz, książę, ale muszę cię przeprosić – odparł po chwili dziwnie sztucznym, niemal wymuszonym tonem, po czym wyminął wojownika i ruszył wzdłuż korytarza.

Thor jednak go uprzedził, postąpił dwa kroki i chwycił Jotuna za ramię.

- Co się dzieje, Loki?

Mag zatrzymał się w pół kroku i westchnął ciężko, jakby starając się zapanować nad sobą.

- Muszę niezwłocznie wrócić do Jotunheimu. Mój ojciec dołączył do przodków.

Niemal natychmiast Thor puścił jego ramię. Nie wiedział, co odpowiedzieć na taką wiadomość, więc jedynie skinął głową, pozwalając tym samym, by Loki się oddalił.


Utgard przywitał go nad wyraz przyjazną pogodą. Bezchmurne, rozgwieżdżone niebo i niemal zupełny brak wiatru, powodował, że podróż od Bifrostu do stolicy zajęła niewiele czasu. Zresztą nawet gdyby było inaczej, Loki pewnie i tak nie zwróciłby na to uwagi. Jego myśli krążyły wokół śmierci ojca, a ściśnięte gardło nie pozwalało mu spokojnie oddychać. Opuścił Asgard w wielkim pośpiechu, zabierając tylko kilka niezbędnych drobiazgów i przekazując Eldzie wszystkie ważne informacje. Na czas nieobecności jego uczeń miał przejąć obowiązki ambasadora, i choć Loki widział jak bardzo jest przerażony tą perspektywą, to nie miał czasu, ani cierpliwości, żeby się nad tym pochylać. Będzie o tym myślał później. Tymczasem właśnie dotarł do pałacu i oddawszy kaara w ręce sługi, szybkim krokiem poszedł do środka. Tam otrzymał od jednego ze strażników informacje, że Helblindi oczekuje go w swoich komnatach. Nie tracąc zbyt wiele czasu na wysłuchiwanie słów współczucia, czym prędzej udał się tamtym kierunku. Znał tę drogę doskonale, wszak na przestrzeni lat przemierzał ją tysiące razy. Po niespełna dwóch minutach stanął przed masywnymi drzwiami. Zapukał i nacisnął klamkę, kiedy usłyszał zaproszenie.

Helblindi stał przy oknie i opierał się do szeroki, kamienny parapet. Twarz miał zmęczoną, ramiona dziwnie opuszczone, a plecy zgarbione. Obecny był również Byleistr, który siedział na sofie po przeciwnej stronie pokoju. Na jego wyglądzie śmierć Laufreya nie odcisnęła takiego piętna, jednak znikł całkowicie zwyczajowy uśmieszek, a zastąpiła go irytacja. Musieli chyba dyskutować o jakiś nieprzyjemnych kwestiach, kiedy przerwało im zjawienie się Lokiego.

- Bracie - powitał go Helblindi, podchodząc bliżej i kładąc swoją wielką dłoń na ramieniu młodszego Jotuna. - Widzę, że nie traciłeś czasu.

- Wyruszyłem natychmiast, jak tylko otrzymałem twoją wiadomość.

Loki spojrzał w stronę drugiego brata i przywitał go gestem głowy. Byleistr machnął jedynie od niechcenia ręką i nic nie odpowiedział. Ewidentnie był czymś zdenerwowany.

- Kiedy to się stało?

Helblindi wyprostował się i spojrzał gdzieś powyżej.

- Dziś rano. Ojciec niedomagał już od paru dni. Norny były jednak dla niego łaskawe, nie cierpiał długo.

Ta informacja dziwnie zabolała Lokiego. Widząc jednak zbolałą twarz Helblindiego, wziął głęboki wdech i opanował nagłe wzburzenie.

- Dlaczego nie wezwałeś mnie wcześniej? - zapytał, kiedy już zapanował nad głosem.

- Bo jest upartym turem - mruknął ze swego miejsca Byleistr.

Naraz przyczyna jego zdenerwowania stała się niemal oczywista.

- Zachowaj swój gniew na lepszą okazję - warknął przez ramię najstarszy Jotun, a potem zwrócił się ponownie do Lokiego. - Ojciec prosił mnie, bym tego nie robił.

Młody mag spojrzał na niego podejrzliwie. Ewidentnie obaj bracia byli przy łożu śmierci Laufreya. Czemu więc ten nie życzył sobie jego obecności?

- Nie chciał odrywać cię od twoich obowiązków - odpowiedział na niezadane pytanie Helblindi. - Twierdził, że rozstał się z tobą w pokoju, przed twoją podróżą do Asgardu i uważał, że oglądanie jego konania w żaden sposób ci nie pomoże. Nie mogłem sprzeciwiać się jego woli, zresztą nawet nie chciałem, bo sądzę, iż miał rację. Jak zapewne się już domyślasz Byleistr jest innego zdania.

- To było draństwo, wezwać Lokiego dopiero po fakcie. Miał prawo się chociaż pożegnać - mruknął drugi brat, nie zaszczycając starszego nawet spojrzeniem.

Najmłodszy Jotun przez moment milczał, starając się pozbierać myśli. Logicznie analizując sytuację, rozumiał pobudki ojca. Jego obecność tutaj i tak niczego by nie zmieniła. Chociaż zabolała go ta informacja, to miał pełną świadomość, że w obecnej chwili podobne rozważania i spory były ostatnią potrzebną im rzeczą. Dlatego po raz drugi powściągnął emocje i odezwał się głosem może nie całkiem spokojnym, ale przynajmniej opanowanym.

- To i tak już nic nie zmieni. Mogę go pożegnać teraz.

Helblindi skinął głową i poprowadził brata do komnat ojca. Niczym złowrogi cień podążył za nimi Byleistr.

Laufrey leżał na swoim łóżku, teraz do wysokości piersi przykryty czarnym całunem. Jego ciało miało już szary, niemal ziemisty kolor, a twarz choć spokojna, była wyraźnie zmieniona przez starość i chorobę. Absolutnie nie wyglądał jakby spał. Bezsprzecznie był martwy. Loki podszedł bliżej zostawiając braci z tyłu. Nie czuł potrzeby mówienia czegokolwiek, nie miało to zresztą żadnego sensu. Ojciec przebywał już wśród przodków, a to była jedynie jego pozostałość. Smutna pamiątka po wielkim królu, który przyniósł Jotunheimowi tyleż chwały, co rozpaczy.

Młody mag stał w milczeniu przez kilka minut, a potem przyłożył pięść do serca i skłonił się nisko.

Nim zaczną przygotowania do pogrzebu, została jeszcze jedna kwestia do potwierdzenia. Kwestia o której w gniewie Byleistr z pewnością nie pamiętał. Loki odwrócił się i zachowując kamienną twarz, podszedł do starszego z braci.

- Umarł król. Niech żyje król - powiedział, przyklękając przed Helblindim.

Konsternacja trwała zaledwie kilka sekund, a potem w jego ślady poszedł Byleistr. Mógł być zły na brata, ale to w rzeczywistości niczego nie zmieniało. Wszak przysięgali go wspierać.

- Wstańcie synowie Jotunheimu - odparł oficjalnie Helblindi, po czym dodał lekko drżącym głosem. - Dziękuję wam, bracia.


Thor przez dwa dni nie potrafił jakoś niczym zająć umysłu. Ani ćwiczenia, ani jedzenie nawet towarzystwo nie było w stanie całkowicie rozproszyć nieprzyjemnych myśli. Wciąż miał przed oczami wyraz twarzy Lokiego, kiedy rozstali się po niespodziewanej informacji. Nagle jakby zgubił wszystkie swoje maski i całkowicie się odsłonił. Jeszcze próbował walczyć, zachować pozory spokoju, ale jak na dłoni było widać jego emocje, zdziwienie, nerwowość, a przede wszystkim ból. Ta wiadomość nim wstrząsnęła, zapewne znaczenie bardziej niż pragnął to okazać. I właśnie przez to, Thor nie mógł wymazać tego wspomnienia ze swojego umysłu. Nie przypuszczał, że cokolwiek będzie w stanie tak dotknąć tego opanowanego Jotuna. A młody książę mimo całej swej arogancji i buty, nienawidził, kiedy któryś z jego towarzyszy cierpiał, nawet jeśli nie znali się długo.

Trzeciego dnia do Asgardu dotarło zaproszenie na pogrzeb króla Jotunheimu. Początkowo Odyn planował wysłać tam jednego ze swoich zauszników. Jednak kiedy tylko Thor usłyszał o tym pomyśle, sam zaproponował się do tej misji. Równie ochoczo dołączyła do niego Sif i trzech wojowników, choć co prawda uczynili to bardziej w trosce o następce tronu, niż z potrzeby pożegnanie Laufreya. Nie mniej następnego dnia rano stawili się w Obserwatorium, skąd dzięki pomocy Heimdalla przenieśli się do mroźnej i nieprzyjaznej krainy Lodowych Gigantów.

Pojawili się w miejscu, które zostało wyznaczone jako przystań Bifrostu w Jotunheimie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy powstała tutaj cała infrastruktura związana z kontaktami z Asgardem. Prócz pilnujących tego miejsca strażników, wokoło pojawiło się kilka budynków, głównie na potrzeby handlu, strawy lub ewentualnego noclegu. Nieopodal znajdowały się też liczne zagrody, w których powarkiwały wielkie, włochate bestie.

Kiedy Thor i jego kompani wyszli z pozostawionego przez Bifrost kręgu, zbliżył się do nich jeden z przebywających nieopodal Jotunów. Skłonił się nieznacznie na powitanie.

- Jestem Tengal, czekałem na wasze przybycie. Chodźcie ze mną - powiedział i bez zbędnych formalności poprowadził ich w stronę zagród.

Naraz Thor zrozumiał konsternację Lokiego, kiedy ten po raz pierwszy miał dosiąść konia.

- Chyba nie sądzisz, że pojedziemy na tych bestiach? - odezwał się Volstagg, głosem ledwo ukrywającym strach.

- Dzięki temu będziemy w Utgardzie na czas. Piechotą dotarlibyście na miejsce dopiero wieczorem - odpowiedział Jotun, po czym na chwilę zniknął w jednej z zagród, by wyjść w towarzystwie czarnego kaara. - To jest stara i spokojna samica, nie będzie sprawiać problemów - dodał, podając mężczyźnie lejce.

Zwierzę bez wahania podeszło bliżej i zanurzył wielki nos w brodzie wojownika. Ten wzdrygnął się, tłumiąc krzyk, po czym z ogromną niechęcią i oporem poklepał szczyt głowy bestii.

- Śmiało przyjacielu, są wygodniejsze niż można by przypuszczać - zachęcił go Fandral, który już siedział na grzbiecie burego stwora.

Idąc za śladem blondwłosego wojownika, Thor odebrał lejce z rąk Jotuna. Wciągnął rękę w stronę szarego łba zwierzęcia i pamiętając jak Loki postępował ze swoim kaarem, potarmosił włochate ucho. Z paszczy bestii dobyło się coś na kształt niezwykle potężnego mruczenia kota, a potem otarła głowę o tors księcia. Zachęcony tym zachowaniem złapał za siodło i wskoczył na grzbiet stwora. Było to dość dalekie od siedzenia na koniu, bardziej przypominało łóżko wodne, gdyż zwierzę miał bardzo gęstą sierść i niezwykle giętki kręgosłup, było też znacznie bardziej ruchliwe.

Po paru minutach wszyscy zdołali zasiąść na grzbietach kaarów i wtedy Jotun poprowadził ich na południe, w stronę Utgardu. Jazda była dość szalona, bo bestie zdawały się za nic mieć wydawane im polecenia, a raczej w przypadku niektórych błagalne jęki. Zamiast tego zwierzęta podążały za przewodzącym im Jotunem, z niezwykłą gracją pokonując śnieżne zaspy i skalne rozpadliny. Biegły szybko i niestrudzenie, przeskakując przeszkody wielkimi susami, a czasami odbijając gwałtownie w bok.

Thor zaczynał obawiać się rychłego powrotu wcześniej zjedzonego śniadania, na szczęście stolica pojawiła się na horyzoncie dość szybko. Kiedy dotarli pod mury miasta, bestie opanowały się nieco i już spokojniej weszły przez wielkie kamienne wrota. Ostatecznie zatrzymali się w okolicy podobnych zagród jak te widziane przy Bifroście.

- Mam nadzieję, że podróż wam się podobała, Asgardczycy - odezwał się Jotun, kiedy zsiadł ze swojego kaara.

Thor nie mógł odeprzeć wrażenia, że Lodowy Gigant uśmiechnął się przez chwilę z nietajoną satysfakcją. Może to było tylko wisielcze poczucie humoru, a może zwyczajna złośliwość, nie mniej tym razem młody książę powściągnął gniew i odparł ze sztucznym rozbawieniem.

- Zaprawdę, było to niezapomniane doświadczenie.

Jotun nic nie odpowiedział, odebrał od nich pozostałe zwierzęta, a gdy te znalazły się w zagrodach, poprowadził ich wzdłuż ulic stolicy prosto do siedziby władcy.

Miasto było dziwnie ciche i spokoje. Widzieli nielicznych Lodowych Gigantów, którzy obserwowali ich z okien domów lub schodzili im z drogi, jeśli przypadkiem ich ścieżki się krzyżowały. Nikt się do nich nie odzywał, nikt też ich nie zaczepiał, nawet nie wskazywał palcem. Może nie byli już śmiertelnymi wrogami, ale z pewnością nie można było powiedzieć, że stali się oczekiwanymi gośćmi.

- Pusto tu - rzuciła Sif.

- Większość mieszkańców jest pod pałacem i na głównym trakcie, gdzie będzie szedł kondukt - wyjaśnił Jotun.

- Kiedy odbędzie się pogrzeb?

- Wkrótce.

To musiało im wystarczyć za całą odpowiedź. Dotarli do pałacu od jego północnej strony i tam rzeczywiście było znacznie tłoczniej. Na rozległym placu przed lodowa budowlą i wzdłuż drogi prowadzącej na wschód, stały milczące tłumy. Było to niezwykłe zjawisko, bo choć widzieli przed sobą setki, jeśli nie tysiące Lodowych Gigantów, to panowała niemal nienaturalna cisza. Nikt nie płakał, nie rozmawiał, nawet młodzi Jotuni zdawali się być nad wyraz spokojni. Trudno było powiedzieć, czy był to niemy wyraz rozpaczy po śmierci władcy, czy właśnie wręcz przeciwnie.

- Tędy - mruknął przewodnik, po czym poprowadził ich bocznym wejściem do pałacu.

Chwilę później znaleźli się w olbrzymiej sali, również wypełnionej milczącymi Gigantami, gdzie na samym końcu stał wysoki lodowy tron. W jego siedzisko wbita była zdobna, czarna włócznia, którą otaczała bryła lodu, tak że tylko mniej niż połowa jej długości pozostawała na wierzchu. Kiedy Thor i jego kompani podeszli bliżej, zobaczyli że pośrodku sali znajduje się szeroki i głęboki otwór, zapewne będący przyszłym miejscem wiecznego spoczynku zmarłego króla.

Oczekiwanie przedłużało się, a Thor coraz dotkliwiej odczuwał panujący tutaj mróz. Co prawda bezwietrzna pogoda na zewnątrz była i tak przyjemniejsza niż to, co zastali ostatnio, nie mniej stojąc w bezruchu, coraz bardziej czuł drętwienie mięśni. W końcu jednak usłyszeli nieznaczne poruszenie, by w końcu zobaczyć jak przez otwarte wrota wszedł do środka kondukt pogrzebowy.

Na samym początku szło sześciu rosłych Jotunów, którzy na swoich barkach nieśli długą, lodową trumnę. Była na tyle przezroczysta, że bez trudu można było zobaczyć zatopione w niej ciało Laufreya. Król leżał na wznak, w pancerzu i z bronią, jak przystało na odchodzącego wojownika. Co prawda z tego, co Thor dowiedział się od ojca, to Laufrey zmarł w łóżku, powalony chorobą, nie można mu jednak było odmówić, że przez wieki wojował wielokrotnie z wrogami Jotunheimu. Thor również zaliczał się do tego grona, ale w obliczu śmierci, czuł specyficzny respekt i szacunek nawet dla przeciwnika na polu walki.

Kiedy trumna mijała tłumy, kolejni Jotuni przykładali pięści do piersi i pochylali głowy, w tym samym geście, jaki Thor wielokrotnie wiedział u Lokiego.

Tuż za trumną podążał samotny Jotun przepasany skórzanymi pasami ze srebrnymi wstawkami. Głowę trzymał wysoko i nie oglądał się na boki. Thor nie miał wątpliwości, że właśnie patrzy na nowego króla Jotunheimu - Helblindiego. Gdyby jednak pojawiły się jakiekolwiek wątpliwości, to widok dwóch znajomych twarzy musiałby je rozwiać. Tuż za nim szli bowiem Byleistr i Loki. Ten drugi, kiedy dostrzegł ich stojących pośród Jotunów, nieznacznie skinął głową na powitanie. Thor odpowiedział tym samym.

Cała uroczystość odbywała się w całkowitej ciszy. Nie było przemów nad ciałem zmarłego, chwalenia jego zasług i opłakiwania śmierci. Nic, tylko niemy szacunek wyrażany w pochylonych głowach. Kiedy kondukt dotarł do przygotowanego otworu, trumna powoli została do niego opuszczona, aż w końcu opadła na dno z głuchym dudnieniem, które echem rozniosło się po sali. Trzej synowie króla jeszcze przez chwilę stali na skraju otworu, po czym wykonali ten sam gest, co wszyscy inni Jotuni. Następnie Loki skinął głową dwóm Lodowym Gigantom, którzy natychmiast podeszli bliżej. W odróżnieniu od większości zebranych, ubrani byli podobnie jak najmłodszy z braci, w czarne szaty, zapewne więc tak samo jak on władali magią. Zatrzymali się po dwóch przeciwnych stronach otworu i przyłożyli dłonie do jego krawędzi. Salę wypełniło blade niebieskie światło, a po chwili otwór zasklepił się nową warstwą kryształowo czystego lodu.

Jotuni kolejno podnosili głowy i opuszczali ręce, nikt nie ruszył się jednak z miejsca. Dopiero po dłuższej chwili jako pierwsi poruszyli się Loki i Byleistr. Obaj podeszli do tronu, po czym młodszy z braci dotknął bryły lodu, która skruszyła się i rozpadła na wiele małych fragmentów. Wtedy też starszy z nich wyciągnął włócznię i razem zbliżyli się do trzeciego brata. Ten skinął głową i bez słowa przyjął wyciągniętą w jego stronę broń.

- Dzieci Jotunheimu - zawołał donośnym głosem Byleistr. - Oto Helblindi Laufreyson, nasz nowy król.

Po tak długiej ciszy, gwałtownie wypowiedziane słowa poniosły się mocnym echem po całej sali i dalej na zewnątrz. A kiedy bracia przyklęknęli w hołdzie nowemu władcy, w jego ślady poszli wszyscy pozostali zebrani w sali.

Thor przez dłuższą chwilę przyglądał się Helblindiemu, zastanawiając się jednocześnie jakim królem będzie. Z pewnością miał wsparcie w swoich braciach, którzy bardziej dosadnie nie mogli okazać mu oddania. Czy jednak będzie lepszym władcą niż Laufrey? Patrząc na tę zatwardziałą, nieco wręcz srogą twarz Lodowego Giganta, trudno było przewidzieć.

Minęło jeszcze trochę czasu nim sala tronowa zaczęła pustoszeć. Thor zastanawiał się, co powinien teraz uczynić. Nigdy nie był dobry w podobnych, dyplomatycznych działaniach, zwłaszcza, że tutejsze zwyczaje dalekie były od tego, co znał z Asgardu. Odwrócił się w stronę ich przewodnika, ale ten gdzieś zniknął, a może po prostu był nie do rozpoznania w tłumie innych Jotunów.

Na ratunek przyszła mu Sif, która pociągnęła go za ramię w stronę przodu sali i stojących tam synów Laufreya.

- Bądź pozdrowiony królu Helblindi - powiedziała, kłaniając się nieznacznie. - Przybyliśmy w imieniu Asgardu, by oddać hołd twemu ojcu, jak i złożyć nasze wyrazy współczucia.

Najstarszy z braci zwrócił się w ich stronę i również skinął głową.

- Dziękuję. Jestem zaszczycony, że sam następca tronu, wraz ze swymi przyjaciółmi, odpowiedział na nasze zaproszenie - odparł formalnym tonem, który jednak szybko przeszedł w nieco łagodniejszą nutę. - Loki wiele mi o was opowiadał. Jestem wdzięczny, że tak życzliwie przyjęliście mojego brata pod swoim dachem.

- Loki robi wiele dobrego, by naprawić stosunki między naszymi królestwami - powiedział Thor podchodząc bliżej.

- Mogę więc mieć nadzieję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Wierzę, że następne będzie w przyjemniejszych okolicznościach - dodał Helblindi, po czym powtórnie skinął głową. - A teraz wybaczcie, mam jeszcze wiele spraw do uporządkowania po śmierci ojca.

Thor uśmiechnął się i pożegnał nowego króla. Już wiedział, że mimo wcześniejszych obaw Helblindi znacząco różnił się od Laufreya. Przede wszystkim nie uważał ich za wrogów, a nawet jeśli, to doskonale się z tym krył.

- Dziękuję wam za przybycie - odezwał się Loki, podchodząc bliżej.

Jego twarz odzyskała zwykły mu neutralnie uprzejmy wyraz. Thor przyjął to z pewną ulgą, obawiał się, czy śmierć ojca nie wstrząsnęła nim za bardzo. Najwyraźniej jednak był twardszy niż można by przypuszczać.

- Ostatnim razem nie miałem okazji zbytnio zwiedzić Jotunheimu - rzucił Thor, uśmiechając się łobuzersko.

- W takim razie teraz masz ku temu sposobność, książę. Niestety w naszym zwyczaju nie ma ucztowania po pogrzebie, jeśli jednak zechcecie mi towarzyszyć do cytadeli, to tam będę mógł was należycie ugościć.

- Wiesz dobrze, że ani mnie, ani Volstagga nie trzeba dwa razy zapraszać na ucztę.

Młody Jotun uśmiechnął się nieco szczerzej i poprowadził ich do wyjścia z sali tronowej.


- Tylko nie mówcie, że znów przyjdzie nam jechać na tych przerośniętych sierściuchach - jęknął Volstagg, kiedy zbliżyli się do zagród kaarów przy bramie miasta. - Naprawdę nie możesz odczynić swojej magii i przenieść nas od razu na miejsce.

Loki zaśmiał się krótko i pokręcił głową.

- O taką magię to musisz prosić Wszechojca. Ja mogę teleportować siebie, ewentualnie jedną osobę ze sobą i to na niewielką odległość.

- Spokojnie przyjacielu, pierwszy raz jest zawsze najgorszy - dodał Fandral, klepiąc kompana po ramieniu. Volstagg spojrzał na niego podejrzanie, wyraźnie wyczuwając dwuznaczność tej wypowiedzi. Typowe dla tego kobieciarza.

O dziwo jednak droga w stronę cytadeli rozpoczęła się znacznie spokojniej. Loki dosiadł swoją Urzę i poprowadził ich traktem na wschód od miasta. Tym razem bestie nie biegły tak szaleńczo do przodu, co prawda dalej przeskakiwały przeszkody z niezwykła zwinnością i czasami potrafiły niespodziewanie skręcić lub obrócić się, by dziabnąć w ucho sąsiada, ale ogólnie jechały znacznie bardziej rozważnie i bez wcześniejszego szaleństwa.

- Kaary są zwierzętami stadnymi - wytłumaczył im Jotun, kiedy podjęli tę kwestię w rozmowie. - Zawsze będą się zachowywać adekwatnie do zachowania lidera czyli tego zwierzęcia, które prowadzi całą sforę. A konkretniej tego, kto go dosiada. Najwyraźniej wasz przewodnik postanowił sprawdzić czy wytrzymacie taką przejażdżkę i puścił lidera swobodnie. Urza wie, że nie toleruję takiego zachowania i jest mi posłuszna, gdybym pozwolił jej szaleć, to zapewne w cytadeli bylibyśmy dwukrotnie szybciej, aczkolwiek przypuszczam, że niektórzy mogliby to odchorować.

Niespodziewanie kiedy to mówił, usłyszeli potężne dudnienie. Obrócili się w stronę sporego klifu, który górował nad nimi po lewej stronie. Dostrzegli Jotuna dosiadającego wielkiego, czarnego kaara. Ten zwolnił nieznacznie, kiedy zrównał się z nimi, spojrzał w ich kierunku i machnął ręką. Nie odezwał się ponad to, tylko pognał szybciej bestię, która warknęła gardłowo i przyśpieszyła kroku, by w kilku potężnych susach zniknąć między skałami.

Dopiero po chwili Thor rozpoznał tego Lodowego Giganta, choć na pierwszy rzut oka wszyscy wyglądają tak samo.

- To był twój brat, Byleistr, prawda? - uprzedziła go Sif.

Jotun skinął głową.

- Wraca do swojego Legionu, musi przekazać wieści.

Thor nic nie dodał od siebie, zamiast tego zamyślił się na dłuższą chwilę. Jemu również kiedyś przyjdzie zmierzyć się z podobnym wyzwaniem. Wszechojciec też nie był już młody i trudno przewidzieć jak długo dane mu będzie jeszcze pełnić rządy. Czy gdyby teraz nagle zmarł, albo podupadł znacząco na zdrowiu, Thor umiałby się odnaleźć w sytuacji? Czy stanąłby na wysokości zadania tak jak robią to Loki i jego bracia? A może pogrążyłby Asgard w chaosie? Z ciężkim westchnieniem zdał sobie sprawę, że im więcej przebywa z tym Jotunem, tym więcej rodzi się w nim wątpliwości odnośnie własnych umiejętności rządzenia.

Dotarli do cytadeli późnym wieczorem, kiedy drogę oświetlały im jedynie gwiazdy, tutaj znacznie lepiej widoczne niż w jasno oświetlonym złotym mieście. Szpiczasta forteca jedną stroną przylegała do stromego zbocza góry i w żaden sposób nie przypominała lodowych budowli Utgardu. Bez wątpienia w jej powstaniu maczały palce krasnoludy.

Kiedy wjechali na dziedziniec, zostali przywitani przez siwego Jotuna, zarządcę cytadeli.

- Zostaliśmy uprzedzeni, że przybędziesz z gośćmi, mistrzu. Przygotowaliśmy wieczerzę i odpowiednie pokoje - powiedział głosem ostrym, choć nie pozbawionym specyficznego szacunku. - Witajcie, Asgardczycy. Nie sądziłem, że dożyję czasów, gdy będę was witać inaczej niż włócznią.

Thor zastanawiał się czy stary Jotun cieszy się, czy raczej żałuje tej zmiany. Postanowił jednak zignorować te wątpliwości.

- Jesteśmy wdzięczni za gościnę, choć ubolewam, że odbywa się ona w tak smutnych okolicznościach - odparł oficjalnie, gestem głowy witając zarządcę.

- Trzeba szukać pocieszenia w myśli, że mamy nowego, wspaniałego króla, który poprowadzi Jotunheim do chwały - odpowiedział Jotun, po raz wtóry kłaniając się Lokiemu.

- Chodźmy do środka - odparł ten - pamiętaj, że Asgardczycy gorzej znoszą klimat Jotunheimu niż my.

Zarządca skinął głową i poprowadził ich w głąb twierdzy. Idąc długimi korytarzami, widzieli kilkunastu młodszych lub starszych Jotunów tak mężczyzn jak i kobiet, a także dwóch całkiem młodych dzieciaków, którzy byli niżsi nawet od Volstagga. Wszyscy oni ubrani w podobne do Lokiego, ciemne szaty, musieli władać Seidr. Thor pamiętał z wcześniejszych opowieści ich towarzysza, że cytadela stanowiła dom dla uzdolnionych magicznie Jotunów, którzy pragnęli rozwijać swoje umiejętności. Po prawdzie jednak i tutaj, podobnie jak w stolicy, mieszkańcy patrzyli na Asgardczyków z daleko posuniętą rezerwą. Nie trudno było się dziwić, większość z nich albo nigdy wcześniej nie widziała obywateli złotego królestwa, albo walczyła z nimi w ostatniej wojnie.

Nie mniej kiedy dotarli do dużej, przestronnej sali, przywitał ich stół obficie zastawiony potrawami, a co więcej w pomieszczeniu rozstawiono wysokie żeliwne stojaki, w których płonęły duże drewniane kłody. Dzięki temu panowała tam całkiem przyjemna atmosfera, zwłaszcza jeśli porównać ją do tego, co było na zewnątrz.

Rozsiedli się wygodnie i zaczęli częstować nieco dziwnymi, ale w sumie całkiem smacznymi potrawami Lodowych Gigantów. Co prawda Thor wolał się nie zastanawiać, co tak na prawdę jedzą i piją, ani czemu tutejsze wino ma nieco krwisty posmak, bo mógłby całkowicie stracić apetyt. Zamiast tego czas mijał im na komentowaniu wszystkich różnic jakie widzieli między swoimi królestwami, od pogody rozpoczynając, na różnych zwyczajach kończąc.


Było długo po północy, kiedy rozeszli się do przygotowanych dla nich komnat. Tam również rozpalone były ognie, dzięki którym spędzenie w nich nocy nie wydawało się już tak ciężkie. Mimo to Thor nie potrafił zaznać spokojnego snu. Przekładał się tylko z boku na bok, dziwnie rozdrażniony. Zbyt wiele myśli kłębiło się w jego głowy, zbyt wiele ciężkich decyzji. Ostatecznie coraz bardziej zirytowany, wstał z łóżka i wyszedł z pokoju, licząc, że słudzy nie zdążyli jeszcze uprzątnąć stołów po uczcie. Czuł suchość w gardle i nie pogardziłby jeszcze jednym pucharkiem wina.

Kiedy wszedł do sali, uderzył go chłód. Rzeczywiście stół stał wciąż nietknięty, ale ognie zostały wygaszone, a co więcej otwarte były drzwi prowadzące na niewielki taras. Ku swemu zdumieniu kiedy podszedł bliżej, zobaczył na zewnątrz Lokiego. Młody Jotun stał lekko pochylony, przedramionami opierając się o szeroką balustradę, a w dłoni trzymał kielich. Wzrok miał utkwiony w ciemności nocy i najwyraźniej nie zauważył obecności gościa. W pierwszej chwili Thor pomyślał, że naleje sobie wina i wróci do pokoju, zostawiając zamyślonego maga samu sobie, ale potem tchnęło go dziwne przeczucie, więc ostatecznie podszedł bliżej i zapukał we framugę drzwi. Loki spojrzał w jego stronę, nieco zaskoczony.

- Czy mogę ci w czymś pomóc, książę? - zapytał, prostując się.

Od razu Thor stwierdził, że podjął właściwą decyzję. Choć Loki próbował wszystko ukryć za maską formalnej uprzejmości, widać było, że przytłoczyły go ciężkie myśli. Ostatecznie dziś pochował ojca, a każdy Asgardczyk wie, że w takich chwilach nikt nie powinien być sam.

- Niczego nie potrzebuję, ambasadorze, przyszedłem tylko po trochę wina - mówiąc, to podszedł do stołu i wziął jedną z pełniejszych butelek wraz ze srebrnym pucharem.

Wyszedł na zewnątrz i nalał sobie trunku, a także dopełnił kielich Lokiego. Ten podziękował gestem głowy i przybrał wcześniejszą pozycję, ponownie spoglądając w dal. Thor oparł się plecami o balustradę i napił wina. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie.

- Wiesz czemu w Asgardzie urządzamy uczty po pogrzebach?

Loki spojrzał na niego kątem oka, jednak nic nie odpowiedział, więc Thor kontynuował.

- Tu nie chodzi tylko o wspominanie zmarłego i picie za jego chwalebne miejsce w Valhalli. Przede wszystkim jednak chodzi o to, by ci, którzy pozostali, nie czuli się porzuceni w tej ciężkiej chwili. Nie jest dobrze przeżywać żałobę samotnie.

Jotun uśmiechnął się nieznacznie i pociągnął łyk wina.

- Widać Jotuni są bardziej zimnokrwiści. - A potem nagle spoważniał. - Nie powinienem być zaskoczony, wszyscy się tego spodziewali od pewnego czasu, a jednak... w końcu to był mój ojciec.

Dla Thora było nieco trudne do uwierzenia, że ktoś mógł pałać jakimiś ciepłymi uczuciami do Laufrey, którego on sam miał za bezwzględnego potwora. Ale w sumie nie tak dawno wszystkich Jotunów tak postrzegał, więc może powinien przestać się dziwić.

Znowu zapadła dłuższa chwila ciszy.

- Nie zdążyłem się pożegnać - odezwał się niespodziewanie Loki, dziwnie ściśniętym głosem. - Kiedy przybyłem już nie żył. Ponoć nie chciał, by Helblindi wezwał mnie wcześniej, by nie odrywać mnie od obowiązków. Nigdy nie miałem szczególnie dobrych stosunków z ojcem, jako najsłabszy i najmniejszy z jego dzieci, ciężko było mi zaskarbić sobie jego przychylność. To chyba jedna z cech wspólnych Jotunheimu i Asgardu, tutaj również przede wszystkim ceni się siłę i umiejętność walki. W tych dziedzinach nijak nie mogę konkurować ze swoimi braćmi. A jednak udało mi się znaleźć sobie miejsce, podnieść cytadelę z ruiny w której była i zgromadzić tutaj innych uzdolnionych Jotunów. To moje dzieło, dzięki któremu zyskałem szacunek i uznanie, także w oczach króla.

Thor doskonale rozumiał to uczucie, wielokrotnie wracając ze swoich przygód, liczył, że ujrzy w oczach ojca dumę i zadowolenie. Niestety nierzadko zamiast tego widział jedynie rozczarowanie. Wtedy jednak starał się jeszcze bardziej, by udowodnić swoją wartość. Odwrócił się, ponownie napełnił kielichy i również oparł o balustradę.

- Ojciec chce przekazać mi władzę - zaczął po chwili, teoretycznie bez związku. Loki spojrzał na niego pytająco. - Ostatnio powiedział mi o tym otwarcie, więc to kwestia niedalekiej przyszłości. A ja... - zawahał się przez chwilę. - Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że jestem do tego urodzony, że nic nie może pójść nie po mojej myśli. Tymczasem ostatnio ogarniają mnie wątpliwości. Im bardziej realna jest to perspektywa, tym bardziej obawiam sie, że nie podołam tej odpowiedzialności. I kiedy powiedziałem o tym ojcu, myślałem, że wpadnie w gniew, tymczasem on wydawał się wręcz zadowolony. Stwierdził, żebyśmy wrócili do tej rozmowy gdy będę się czuł gotowy. Muszę przyznać, że trochę ci zazdroszczę, potrafiłeś odnaleźć się w tym nieprzychylnym ci świecie i stworzyć sobie w nim własne miejsce. Tymczasem miejsce przygotowane dla mnie zaczyna mnie przerażać.

Loki uśmiechnął się nieznacznie i lekko pokręcił głową.

- Dobry wojownik powinien znać swoje słabości i ograniczenia. Dopiero kiedy je poznasz, możesz z nimi walczyć. Nie sztuką jest robić to w czym jest się dobrym, osiągnięciem jest odnosić sukcesy na polach, które wydają się nie być nam pisane. Dlatego jeśli zacząłeś poznawać dziedziny w których nie czujesz się mocny, to jest to pierwszy krok, do zostania dobrym władcą, książę.

- Skończył byś już z tym "księciem" - rzucił Thor, wypijając kolejny kielich.

- Dopiero kiedy ty przestaniesz mnie tytułować "ambasadorem" - odparł Loki, po czym obaj się roześmiali.

To była chyba najdziwniejsza konkluzja całej tej rozmowy, a jednak kiedy Thor ubrał w słowa, to co od pewnego czasu mąciło mu myśli, poczuł się lepiej. Miał również nieodparte wrażenie, że Loki także się rozpogodził. Zarazem zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili nie czuje już zimna, mimo iż stoją na zewnątrz. W pierwszym momencie myślał, że to sprawka wina, ale potem uświadomił sobie, że to raczej zasługa magii Lokiego.

Po raz kolejny napełnił ich kielichy, odstawił pustą butelkę i wzniósł swój w górę.

- Wypijmy toast, za tych króli, którzy już odeszli i tych, którzy muszą dźwigać ciężar władzy obecnie.

- I za tych, którym przyjdzie to czynić w przyszłości - dodał Jotun.

Kiedy spełnili toast, Thor wszedł na chwilę z powrotem do sali po kolejną butelkę wina i wróciwszy na taras usiadł na podłodze, opierając się plecami o balustradę.

- Nie wiem jak ty uważasz, Loki, ale jak dla mnie ta noc zupełnie nie nadaje się do snu.

Mag uśmiechnął się nieco przekornie, ale podążył w jego ślady, podstawiając swój kielich.

- Wiesz, że jutro będziemy bardzo żałować tej decyzji.

Twarz Thora wykrzywiła się w szczerym, szerokim uśmiechu.

- Ja niezwykle rzadko czegokolwiek żałuję, przyjacielu.

Następnego dnia rano Sif znalazła ich śpiących snem sprawiedliwych na tarasie i choć planowali ruszyć w drogę powrotną zaraz po śniadaniu, już wiedziała, że będą to musieli przełożyć na późniejszą porę.

Koniec części piątej.


A/N:

Tym radosnym akcentem kończymy pierwszy duży akt tego przedstawienia, pokrywający się mniej więcej z wydarzeniami z „Thora" (tak, w mojej wersji nie dojdzie do koronacji i późniejszego wypędzenia księcia na Ziemię (przepraszam Jane), właśnie dlatego, że Thor odmówił Odynowi). W następnym rozdziale przeskoczymy trochę w czasie i spotkamy innych dobrze znanych bohaterów ;).