Jako że akurat siedzę w szpitalu i mam dużo wolnego czasu, zamieszczam kolejną część tej opowieści. Wielkimi krokami zbliżamy się do ostatniego aktu tego przedstawienia. Życzę wam miłej lektury.

Kolejny rozdział, populacja Jotunów w Asgardzie zmniejsza się.


VIII

Asgard przywitał ich jak bohaterów. W sali tronowej sam Odyn odebrał od nich Kamień Przestrzeni, gratulował Thorowi sukcesu i podkreślał znaczenie sojuszu z Jotunheimem. Potem była trwająca całą noc uczta, na której zarówno książę, jak i ambasador, byli zmuszani wielokrotnie do relacjonowania wszystkich zdarzeń w Midgardzie. Musieli ze szczegółami opowiadać o spotkanych tam wojownikach i dynamicznych zmianach, zachodzących w tamtym królestwie. Midgard stał się na kilka dni najpopularniejszym tematem wszelkich dyskusji w złotym królestwie. Ze świata zepchniętego na margines świadomości, stanął nagle w centrum zainteresowania. Zwłaszcza za sprawą Thora, który nader kwieciście i ze zwykłym sobie entuzjazmem, opowiadał o poznanych tam nowych technologiach i zdobytych towarzyszach broni.

Loki jednak szybko poczuł zmęczenie zbyt wielkim zainteresowaniem jego osobą. Dlatego kiedy tylko nadarzyła się okazja, wycofał się do gabinetu, gdzie od Eldy otrzymał pełną relację z wydarzeń jakie miały miejsce w Asgardzie podczas ich nieobecności. Zapowiedział również, że na kilka dni pragnie wrócić do Jotunheimu, co jego uczeń przyjął z bardzo umiarkowanym entuzjazmem. Nie śmiał jednak sprzeciwiać się woli swego mistrza, dzięki czemu, następnego dnia, z samego rana, Loki mógł udać się Bifrostem wprost do swej ojczyzny.

Przez pewien czas zastanawiał się, czy nie powinien najpierw odwiedzić Utgardu i opowiedzieć o wszystkim bratu, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że Helblindi nie posiadając magicznego daru i tak nie zdołałby pojąć istoty problemu. Cień. Tajemnicze zjawisko, o którym wspominał ojciec i którego pełen wpływ poczuł Loki, kiedy wszedł w kontakt z kryształem umysłu. Musiał się przekonać o tym osobiście. Sprawdzić czy cokolwiek z obaw Laufreya miało jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości. Ta myśl nie dawała mu spokoju od kiedy wrócił do Asgardu.

Gdy wylądował w Jotunheimie z pobliskiej zagrody wziął dwa kaary, nieco prowiantu i ruszył na południe. Tak jak twierdził ojciec, daleko poza granicę, gdzie zapuszczali się traperzy i łowcy.

Jechał bez przerwy, zmieniając, co kilka godzin zwierzę, posilając się i drzemiąc na jego grzbiecie. Ostatnią zamieszkałą osadę minął następnego dnia w południe. Dalej rozciągało się już tylko lodowe pustkowie, smagane wiatrem i śniegiem. Z każdą godziną wędrówki warunki stawały się trudniejsze. Powoli zanurzali się w coraz większą ciemność i mróz, do tego stopnia przejmujący, że nawet Jotun zaczynał odczuwać bolesne ugryzienia zimna.

Nie wiedział jak długo jechał, w zamieci śnieżnej i niemal całkowitej ciemności, zupełnie stracił poczucie czasu. Jedynie zużycie zasobów magii na ogrzanie siebie i zwierząt dawało mu pewne przybliżone rozeznanie ile czasu upłynęło – w Asgardzie musiało już świtać.

W pewnej chwili poczuł, że dosiadany przez niego kaar z wysiłkiem legł na ziemię. Zwierzę osiągnęło swój limit i nie zamierzało wędrować dalej. Mag zsiadł na śnieg, pozwolił by obie bestie położyły się obok siebie i otoczył je magią, tak aby nie zamarzły i odzyskały nieco sił do jego powrotu. Sam ruszył dalej. Wciąż przed siebie, na południe, prosto w ciemność.


Wszystkie zmysły podpowiadały mu, że jest w miejscu, w którym nikt nie powinien się znaleźć. Wrogim i przerażającym. Nawet niewielki snop światła, jaki wytwarzała błyszcząca kula, którą stworzył nad swoim ramieniem, nie ułatwiał orientacji. Tu była pustka i ciemność, zupełnie jakby znalazł się na granicy między znanym mu światem, a otchłanią. Musiał wkładać równie wiele siły fizycznej, by brnąć dalej do przodu, jak i psychicznej, by nie zatracić się w tym pochłaniającym wszystko miejscu. Rozumiał już, dlaczego ojciec to właśnie jemu powierzył tę sprawę. Tylko Jotun władający dostatecznie potężnym Seidr mógł przeżyć w tym miejscu. Każdy inny zginąłby niechybnie w tym strasznym niebycie.

A kiedy wydawało mu się, że dotarł do granic nawet swoich możliwości, szaleństwo dopadło i jego. Pośród ciemności i zamieci dostrzegł błysk światła, a gdy podszedł bliżej zobaczył niewielką, drewnianą chatkę, na której werandzie kołysała się metalowa latarnia. Wiedział, że musiał postradać zmysły, bo takie miejsce nie miało prawa tutaj istnieć. Mimo to dał się opanować tej halucynacji i podszedł bliżej. Wszedł po dwóch drewnianych schodkach, które skrzypiały w nader realny sposób, po czym chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Uderzyło w niego niesamowite ciepło płonącego w kominku ognia. Loki z pewnym wahaniem wszedł do środka.

Wnętrze było urządzone niczym chatka myśliwego, pełna skór, futer i poroży zwierząt. Znajdowały się tam drewniany stół, łóżko i kilka foteli. A przy kominku stał wysoki, szczupły mężczyzna ubrany w asgardzkie szaty. Jego włosy były długie do ramion i zupełnie siwe, a ręce i twarzy miał naznaczoną licznymi zmarszczkami. Mimo to stał wyprostowany, z rękoma zaplecionym za plecami. Patrzył w płonący ogień, choć ewidentnie obecność Jotuna nie umknęła jego uwadze, bo po chwili jego twarz wykrzywił nieznaczny uśmiech.

- Długo kazałeś na siebie czekać, Loki Laufreysonie – powiedział dziwnie znajomym głosem.

Mag zamknął za sobą drzwi i przez długą chwilę, w milczeniu mierzył wzrokiem gospodarza.

- Gdzie jestem?

- Nie jest istotne gdzie jesteś, ale kiedy – odparł mężczyzna i dopiero wtedy odwrócił spojrzenie w stronę Lokiego.

Na Jotuna patrzyła para zielonych, naznaczonych mileniami lat życia, oczu. Jego oczu… tych które przybierał, nakładając na siebie iluzję Asgardczyka.

- Jesteś moją przyszłością – bardziej stwierdził niż zapytał.

Mężczyzna skinął głową i ponownie spojrzał w ogień.

- Przyszłość nie jest z góry ustalona, jak chcieliby ci, którzy wierzą w przepowiednie. Jestem tylko widmem jednego z możliwych wariantów.

- Sugerujesz, że na wieki pozostanę w Asgardzie? – zapytał Loki.

- Nic nie jest pewne, decyzja zawsze pozostaje po twojej stronie - odezwał się drugi głos.

Mag odwrócił się w tamtą stronę, by zobaczyć postać siedzącą w dużym, wyłożonym skórami fotelu. Był to stary Jotun, o krótkich siwych włosach, z symbolami do złudzenia przypominającymi te posiadane przez Lokiego.

- Decyzja?

Jotun zmierzył go spojrzeniem nieco już wyblakły, rubinowych oczu.

- Twoja przyszłość zależy od tego, czy znajdziesz w sobie siłę, by pokonać cień.

- Czyli on naprawdę istnieje?

- Istniał zawsze, ale Jotunheim słabnie, od ponad tysiąca lat, nie posiada tego, co wspierało go w walce z otchłanią. Ten świat się zapadnie, jeśli nie odzyska swego serca. Ale decyzja zawsze należy do ciebie.

- Sugerujesz, że jeśli nie odzyskam Szkatuły, przyjdzie mi żyć w Asgardzie, bo Jotunheim zniknie?

Spojrzenie starego Jotuna stwardniało, po czym uniósł dłoń.

- Tam jest twoja przyszłość, jeśli nie podołasz temu zadaniu.

Loki spojrzał we wskazane miejsce. W mrocznym kącie stała jedynie drewniana ława.

- Przecież tam nikogo nie…. – Zrozumienie spłynęło na niego, niczym wodospad lodowatej wody.

- Jeśli nie powstrzymasz zniszczenia Jotunheimu, nie będzie tak przyszłości dla ciebie, jak i dla nikogo innego – odparł Jotun. – Drzewo Yggadrasil nie może żyć bez swoich korzeni. Zagłada tego świata, pociągnie za sobą unicestwienie wszystkich pozostałych.

- Ile mam czasu?

- Spiesz się, Loki – odezwało się jego asgardzkie wcielenie, teraz wyraźnie na jego twarzy rysował się ból i skrywana rozpacz. – Ja się spóźniłem. Powstrzymałem mrok, ale Jotunheim stał się krainą zbyt mroźną, nawet dla Lodowych Gigantów.

Mag przez chwilę wpatrywał się w dwa oblicza swojej przyszłości, a potem po raz ostatni spojrzał w stronę trzeciej alternatywy. Mrok spowijający tamto miejsce zdawał się gęstnieć.

Tłumiąc rosnące przerażenie Loki zacisnął pięści i odwrócił się w stronę drzwi. Nawet nie spoglądając za siebie, wiedział, że pomieszczenie jest już puste. Po chwili zresztą cała chata rozpłynęła się w niebycie.

Nie pamiętał zbyt wiele z podróży z powrotem do Asgardu. Kiedy jednak znalazł się w Obserwatorium, dowiedział się, że od jego wyruszenia w drogę minęło pięć dni.


Loki szedł szeroką ścieżką pośród kwiecistych ogrodów. Słońce późnego popołudnia w niemal bajkowy sposób oświetlało to miejsce, przeciskając się między liśćmi drzew i opadając na kolorowe dywany kwiatów. Było to najpiękniejsze i zarazem chyba najspokojniejsze miejsce w całym Asgardzie. I to właśnie tutaj królowa Frigga spędzała wolny czas.

Zastał ją tam gdzie zazwyczaj, siedzącą na niskiej, białej ławce z książką w ręku. Władczyni uśmiechnęła się życzliwe, kiedy go dostrzegła. Choć dziś nie dostał od niej zaproszenia, wiedział, że zawsze jest tutaj mile widziany. Podszedł więc bliżej i skłonił się nieznacznie, a potem usiadł obok niej.

- Coś cię martwi, Loki? – spytała Frigga, bezbłędnie odczytując wyraz jego twarzy.

Tego akurat nie musiał udawać, ciężar zdobytej wiedzy ciążył mu nieznośnie. Skinął głową i utkwił spojrzenie w kwitnącym krzewie nieopodal. Wolał nie patrzeć jej bezpośrednio w oczy.

- Chodzi o Tesseract, znaczy kamień przestrzeni – zaczął z pewnym wahaniem. – Kiedy dotknąłem kryształu umysłu, miałem swego rodzaju wizję. Widziałem istotę, która pożąda tych kamieni. Jego i podległą mu armię. Red Skull, z którym walczyliśmy w Midgardzie miał otworzyć portal i sprowadzić ich na ziemię. Okazał się jednak bardzo przewrotny, bo postanowił wykorzystać kamienie do realizacji własnych celów. Ale ta armia wciąż czeka i obawiam się, czy nie znajdą sposobu, by wykorzystać sześcian i dostać się tutaj.

- Skarbiec jest dobrze chroniony.

- A ta istota jest niezwykle potężna. Już raz zdołali otworzyć portal działając tylko z jednej strony. Szukałem wiedzy na ten temat i wiem, że można by spróbować dodatkowo zabezpieczyć sześcian. Nie jestem jednak w stanie zrobić tego sam, brak mi wystarczających umiejętności.

Frigga skinęła głową, wyrażając tym zrozumienie dla jego obaw i intencji.

- Czego więc ode mnie oczekujesz?

Loki przełknął ślinę i wziął krótki oddech.

- Po pierwsze trzeba poznać schemat przepływu mocy w kamieniu, wtedy można stworzyć odpowiedni bufor, który zniekształcałby go, a co za tym idzie, uniemożliwiał prawidłowe działanie. Żeby to jednak zrobić, musiałbym mieć dostęp do sześcianu. Oczywiście mógłbym poprosić o to Wszechojca lub Thora, ale wydaje mi się, że oni nie pojęliby tego, o czym mówię, nie w sposób w jaki ty możesz, pani.

Królowa przez chwilę coś rozważała, a potem wstała z ławki, poprawiła fałdy swej sukni i spojrzała na Lokiego niespodziewanie poważnie.

- Jeśli uważasz, że takie zagrożenie jest realne, to nie powinniśmy tracić czasu.


Wraz z Friggą wszedł po długich schodach w głąb skarbca. Czuł rosnące napięcie z tyłu głowy i mrowienie mocy na karku. Wcześniejsza rozmowa z królową wiele go kosztowała. Choć w rzeczywistości nie było w niej ani jednego kłamstwa. Jednak Loki doskonale wiedział, że najlepsze podstępy budowane są właśnie na prawdzie. Nic nie trafia na bardziej podatny grunt niż fałsz osnuty w szaty szczerości.

Jotun włożył wiele wysiłku, by nawet nie spojrzeć w stronę Szkatuły Wiecznej Zimy, kiedy mijali ją w skarbcu. Zamiast tego całą uwagę zwrócił na błyszczący słabą błękitną aurą sześcian. Tesseract leżał na przeznaczonym mu postumencie i wyglądał na zupełnie niegroźny. Jego aktywność była minimalna.

Królowa stanęła tuż przy kamieniu i oglądała go badawczym spojrzeniem. Tymczasem Loki poczuł, jak potężna klamra ściska mu żołądek. Wiedział, co musi zrobić, a z drugiej strony czuł obrzydzenie na samą myśl o tym. Wolał nawet nie rozważać faktu, że za chwilę podpisze na siebie wyrok śmierci, jakie jednak miało to znaczenie w obliczu ogólnej zagłady? Zacisnął pięści, wziął głęboki oddech i stanął przy władczyni. Nie spodziewała się niczego, nie miała szans się obronić, kiedy niespodziewanie położył dłoń na jej ramieniu i poraził ją silnym impulsem energii.

Oczy Friggi zaszły mgłą i osunęła się na podłogę. Loki przez dłuższą chwilę patrzył na nieprzytomną kobietę, czują rozkwitający w jego umyśle coraz potężniejszy wyrzut sumienia. Ona pierwsza i jako jedyna pozostawała zawsze dla niego życzliwa i pełna dobroci. A on to wykorzystał w najbardziej perfidny sposób. Nie miał jednak wyboru, a gra toczyła się o stawkę wykraczającą daleko poza ich wzajemne relacje.

- Wybacz, pani – szepnął, po czym podszedł do Szkatuły.

Miał nadzieję, że królowa mówiła prawdę i jej obecność tutaj wystarczy, by Niszczyciel pozostał uśpiony. Był tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Loki bez wahania chwycił rękojeści Szkatuły i uniósł ją do góry. Poczuł jedynie potężny przepływ energii wydostający się z artefaktu, ale nic ponadto. W skarbcu panowała cisza.

Nie miał czasu do stracenia, ukrył Szkatułę za pomocą magii i wyszedł na korytarz. Dwaj strażnicy zdziwili się nieobecnością królowej, ale i oni nie spodziewali się ataku. Kiedy obaj bez czucia upadli na ziemię, Loki skupił całą posiadaną moc i zniknął.


- Nie widziałem, że ponownie wybierasz się do Jotunheimu, ambasadorze – powiedział Heimdall, kiedy mag zmaterializował się przy wejściu do Obserwatorium.

Zazwyczaj bezbarwny głos strażnika tym razem zdradzał napięcie. Musiał zauważyć, że coś się dzieje, a raczej dostrzegł, że Loki za pomocą magii ukrył się przed jego wzrokiem, czego nigdy wcześniej nie robił.

- Wybacz, strażniku – odezwał się mag.

Po tych słowach Loki ujawnił skrywaną Szkatułę, z której wystrzelił promień energii, w kilka sekund zamrażając tak Heimdalla, jak i najbliższą okolicę. Wiedział, że musi się śpieszyć, tym razem jego działalność z pewnością zostanie zauważona. Wyrwał miecz z rąk zamrożonego strażnika, po czym wszedł do Obserwatorium, włożył broń w stojący na środku postument i skierował Bifrost najbardziej na południe Jotunheimu jak tylko było to możliwe. Nim przejście zostało aktywowane, dotknął ręką postumentu i zostawił na nim niewielką lodową kulę.

Kiedy Bifrost przeniósł maga we wskazane miejsce, kula eksplodowała, pokrywając wszystko grubą warstwą lodu.


Helblindi od kilku godzin siedział w sali tronowej pałacu Utgardu. Zakazał wchodzić tutaj komukolwiek i w ciszy patrzył na miejsce, gdzie pod grubą warstwą lodu spoczywał jego ojciec. Jotun nigdy nie przypuszczał, że równie szybko brzemię władzy zacznie mu ciążyć tak dotkliwie. Nie był w stanie zasiąść na lodowym tronie, zamiast tego usiadł na schodach kilka stopni poniżej niego. W ręku wciąż trzymał otrzymaną wczoraj wiadomość i wciąż trudno było mu uwierzyć w to, co czytał. Według zawartych tam informacji, Loki zakradł się do skarbca i wykradł Szkatułę Wiecznej Zimy, po czym przeniósł na do Jotunheimu i uszkodził Obserwatorium Bifrostu. Co gorsza jednak zaatakował asgardzką królową i kilku strażników.

Helblindi wsparł ciężką głowę na ręku i przymknął oczy. Nie potrafił wyobrazić sobie powodów, dla których jego brat miałby się zachować w tak irracjonalny sposób. To musiała być jakaś fatalna pomyłka, albo ktoś po prostu próbował oczernić Lokiego. Przecież za pomocą magii nie tak trudno podszyć się pod czyjś wygląd. Niestety tylko jedna osoba znała odpowiedź na tę zagadkę, ale on rozpłynął się w powietrzu.

Naraz odgłos czyichś kroków zburzył spokój sali tronowej. W pierwszej chwili Helblindi poczuł gniew, że ktoś ośmielił się złamać zakaz, ale potem przy jednym z filarów dostrzegł drobną sylwetkę swojego brata.

- Loki! – zawołał, podnosząc się.

Młody Jotun wyszedł na środek sali. Nie wyglądał na kogoś, kto dopiero, co dokonał potężnych zbrodni, ale mimo to wyraz jego twarzy zmroził krew w żyła króla Jotunheimu. W jednej chwili stało się jasne, że wszelkie spekulacje na temat sobowtóra były kompletnie pozbawione sensu.

- Co ty zrobiłeś?! – Helblindi podszedł bliżej, gniewem tłumiąc narastające przerażenie.

W odróżnieniu od niego Loki był spokojny, co najwyżej nieco zmęczony.

- Musiałem, bracie.

- Ale dlaczego? Czy ogarnęło cię to samo szaleństwo co ojca? – Naraz chwycił Lokiego za ramiona i potrząsnął nim silnie. Ten nie stawiał mu żadnego oporu, choć uścisk Lodowego Giganta z pewnością sprawiał mu ból. – Czy ten przeklęty przedmiot musi znowu niszczyć naszą rodzinę?!

- Musiałem, choć wcale nie chciałem tego robić – odparł, wciąż spokojnym głosem młodszy z braci.

Helblindi opanował się na tyle, by go puścić. Zamiast tego zaczął nerwowo krążyć po sali.

- Wyjaśnij więc, o co chodzi.

- O cień.

- Cień? Ten, o którym mówił ojciec? Myślałem, że to majaczenie starca.

Loki pokręcił głową.

- Widziałem go, nawet więcej, byłem u jego granic. Musiałem to powstrzymać, zanim pochłonęłoby nas wszystkich. Wierz mi, wykradzenie Szkatuły było ostatnią z rzeczy, jakie chciałem robić, ale nie pozostawiono mi wyboru. Nie miałem czasu na wahanie.

Helblindi słuchał tych słów z niedowierzaniem, a z drugiej strony powaga i stanowczość z jaką wypowiadał je Loki, nie pozostawiała pola dla negocjacji. On był przekonany o słuszności swoich działań i nie zamierzał za nie przepraszać. A mimo to młody król czuł rozdzierający go strach i gniew.

- Nie rozumiesz, że jestem za ciebie odpowiedzialny! – Niemal krzyknął, zwracając się w stronę młodszego Jotuna. – Jako twój król i jako twój brat. Przysięgłem ojcu, że będę dbał o wasze bezpieczeństwo. Jak mam teraz wywiązać się z tej obietnicy?! Oni żądają twojej głowy! Zaatakowałeś ich królową! To nie jest coś, za co wystarczy zwykłe „przepraszam".

Oddychając ciężko Helblindi usiadł ponownie na schodach prowadzących do tronu. Trzymaną w ręku kartkę zmiął gniewnie i cisnął w kąt.

- Co ja mam teraz zrobić? – zapytał ostatecznie, a głos zadrżał mu niebezpiecznie.

Jedną rękę przycisnął silnie do skroni.

Loki podszedł bliżej zatrzymując się tuż przed schodami. Teraz byli niemal równi wzrostem.

- Musisz zrobić to, co należy do obowiązków króla. Przestrzegać prawa i dbać o dobro Jotunheimu.

Helblindi spojrzał na brata niedowierzająco.

- Czy ty zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz?

- Mam świadomość konsekwencji swoich czynów – odparł Loki. – Nic w oczach Asgardu nie może mnie usprawiedliwić. Zresztą nie mogą dowiedzieć się o cieniu. To jest zbyt wielkie zagrożenie. Jotunheim jest słaby i oni wiedzą, że nie wygramy kolejnej wojny. Nie mogą się jednak dowiedzieć, że stoimy na krawędzi zagłady. Zbyt łatwo mogliby wykorzystać to przeciwko nam.

- Zginiesz…

- Moje życie to niewielka cena za bezpieczeństwo Jotunheimu i utrzymanie pokoju z Asgardem. Ja nie mam już wpływu na dalsze losy królestw. Ty możesz jeszcze ocalić pracę i starania, jakie włożyłem w stworzenie lepszych relacji między naszymi światami. Elda mnie zastąpi i będzie kontynuował moje dzieło. Żeby jednak to miało szansę realizacji musisz postąpić jak król, nie jak brat.

- Nie mogę…

Loki wszedł na pierwszy stopień i położył rękę na ramieniu brata.

- Możesz, i wierzę, że zrobisz to, co należy.


Thor był jak w transie, kiedy wraz z kompanami jechał od Bifrostu do Utgardu. Wydarzenia z ostatnich dni wydawały się jakimś absurdalnym koszmarem. Jeszcze pamiętał jak razem tryumfalnie wrócili z Midgardu, ale wydawało się to teraz wydarzeniem odległym o stulecia. W ciągu jednego dnia wszystko wywróciło się do góry nogami.

Kiedy pierwszy raz usłyszał o kradzieży Szkatuły pomyślał, że to jakiś okropnie niesmaczny żart, ale gdy zobaczył uszkodzone Obserwatorium i nieprzytomną matkę w lazarecie, rzeczywistość spłynęła na niego brutalnie. A kiedy minął pierwszy szok, ogarnęła go wściekłość. Jak możliwe było, że tak łatwo dał się zwieść Lokiemu? Ten podstępny oszust omamił ich wszystkich, nawet królową. Przez ponad rok wodził ich wszystkich za nos, tylko po to, by wykraść artefakt. Więc taki był tego wszystkiego cel, od samego początku zależało mu tylko na Szkatule. To całe gadanie o pokoju, zasypywaniu przepaści, poznawaniu nieznanego, było jedynie podstępem, mającym na celu przytępienie ich czujności.

- A ja go nazwałem swoim przyjacielem – warknął do siebie.

- Dobrze się krył, wąż jeden – odparł Volstagg.

- Nie obwiniaj się – dodała Sif. – Oszukał nas wszystkich. Nawet królowa nie rozpoznała jego podstępu.

Mimo słów towarzyszy, Thor nie czuł się lepiej. Był wściekły, że dał się zwieść, a jednocześnie gdzieś w głębi narastał w nim smutek. Ostatecznie zdrada przyjaciela boli znacznie bardziej.

Utgard przywitał ich atmosferą niedużo żywszą niż podczas pogrzebu króla Laufreya. Wiedza o wyczynie księcia Jotunhiemu musiała już roznieść się po królestwie, bo teraz ponure spojrzenia mieszkańców odprowadzały Thora i jego towarzyszy do pałacu. Strażnicy też nie odzywali się zbyt wiele, po prostu zaprowadzili ich wprost do sali tronowej, a tam czekał na nich król Helblindi.

Jotun siedział na tronie, a w ręku trzymał czarną włócznię. Twarz miał zaciętą, niemal pozbawioną emocji. Najwyraźniej nie zamierzał zdradzać się ze swoimi prawdziwymi uczuciami.

- Witaj, królu Helblindi – odezwał się Thor, kiedy podszedł bliżej tronu.

- Witaj, Thorze synu Odyna. Dziękuję, że tak szybko odpowiedzieliście na nasze wezwanie.

Głos Jotuna był szorstki, pozbawiony cienia sympatii. Więcej było w nim gniewu, niż uprzejmości. Obraz zupełnie inny od tego, co pamiętał książę w czasie ich pierwszego spotkania po pogrzebie Laufreya.

- Nie traciliśmy czasu, gdyż sprawa jest poważna.

- Mam tego świadomość. – Przez jedną krótką chwilę Thor miał wrażenie, że dostrzegł grymas bólu na twarzy Helblindiego, ale ten zniknął błyskawicznie, kiedy Jotun kontynuował. – Przed wszystkim chcę byście wiedzieli, że wezwanie was tutaj, jest przejawem mojej dobrej woli. Świadectwem, że Jotunheim odcina się od działań byłego ambasadora i uważa je, za godne potępienia. W innym wypadku byłby on sądzony według naszego prawa, ale ponieważ zbrodnia została dokonana na terenie Asgardu, jesteśmy gotowi oddać wam więźnia, byście sami wymierzyli mu sprawiedliwość.

- A Szkatuła? – zapytała Sif.

- Nie udało nam się jej odnaleźć. Gdziekolwiek ją ukrył, jest ona poza naszym zasięgiem. Możecie próbować wydobyć z niego tę informację, ja jednak wyczerpałem swoje możliwości.

Helblindi nie powiedział tego wprost, ale Thor zrozumiał podtekst. Nie zamierzał torturować własnego brata, by usatysfakcjonować Asgard.

Po tej krótkiej wymianie zdań król Jotunheimu nakazał strażnikom przyprowadzenie więźnia. Kilka minut później do sali weszło czterech Lodowych Gigantów, prowadzących między sobą Lokiego. Mag zakuty był w kajdany, a na jego rękach i czole widoczne były świeże blizny, przecinające prostymi liniami rodowe symbole.

- Więzień jest wasz – stwierdził Helblindi. – Został mu odebrany tytuł i stanowisko, a za popełnione czyny wyklęła go także nasza rodzina. Dla nas Loki Laufreyson jest martwy.

Podobnie ostrych słów Thor się nie spodziewał. Wiedział, że Jotunheim chce uniknąć wojny i postanowił wydać Lokiego w ręce Asgardu, nie sądził jednak, że to posunęło się aż tak daleko. Przez chwilę książę patrzył w stronę młodego maga, ale jego twarz była wyprana z wszelkich emocji, a wzrok utkwiony miał w jakimś odległym punkcie.

- Zabierzemy go do Asgardu, a tam Odyn Wszechojciec zadecyduje o jego przeznaczeniu.

Helblindi skinął głową i nakazał strażnikom wydanie więźnia. Volstagg i Hogun przejęli podane im łańcuchy i pociągnęli Lokiego w stronę wyjścia. Thor przyglądał się temu z mieszanymi uczuciami. Za zranienie jego matki, chciał odpłacić się Lokiemu po sto kroć, ale teraz nie był już tak pewny siebie. Widząc usilnie krytą rozpacz Helblindiego i milczące pogodzenie się z losem jego brata, gniew powoli go opuszczał.

Po raz ostatni spojrzał na króla Jotunheimu i pożegnał się gestem głowy. Żadne słowa raczej nie były w stanie naprawić tej sytuacji.

Podróż do Asgardu, jak i potem w stronę królewskiego pałacu minęła im w nieprzyjemnej ciszy. Loki nic nie mówił, nie reagował na żadne pytania, ani nawet na wybuch gniewu Fandrala. Zachowywał się tak, jakby nie docierało do niego to, co działo się wokół niego, albo raczej jakby nie dopuszczał do siebie tych informacji. Zaczęli nawet podejrzewać, czy nie oszalał po kontakcie ze Szkatułą, ale tego żadne z nich nie potrafiło zweryfikować.

Thor kątem oka spoglądał na Jotuna, który siedział na koniu obok i wciąż wpatrywał się w jakiś odległy punkt. Powoli cała złość opuszczała księcia. To nie był ten sam Loki, jakiego poznał rok temu. Zniknął gdzieś elokwentny, czasami nieco złośliwy Jotun, który potrafił się odnaleźć niemal w każdej sytuacji. Pozostała pusta skorupa niereagująca na wydarzenia mające miejsce dookoła. Prawdziwemu Lokiemu zawsze lepiej od magii służyły same słowa, tymczasem teraz milczał, zupełnie jakby ograbił się ze swojej najskuteczniejszej broni.

Kiedy dotarli do pałacu, panowała tam równie nieprzyjemna cisza. Wszyscy wpatrywali się w księcia, który prowadził Jotuna w stronę sali tronowej. Tam czekał na nich Odyn. Król zasiadał na tronie, w pełnej zbroi i z włócznią w ręku. Okiem sędziego spojrzał na Jotuna, kiedy ten został doprowadzony, aż pod same schody.

- Loki Laufreysonie – odezwał się Odyn. – Ambasadorze Jotunheimu w Asgardzie. Czy wiesz jakie zarzuty są ci stawiane?

Na zadane pytanie odpowiedziała królowi jedynie cisza.

- Czy przyznajesz się do zaatakowania królowej Friggi, wykradzenia ze skarbca Szkatuły Wiecznej Zimy, uszkodzenia Obserwatorium i zranienia kilku strażników, w tym Strażnika Bifrostu – Heimdalla?

Cisza. Loki zupełnie nie reagował na padające słowa, przez co Thor czuł coraz większą frustrację. Dlaczego chociaż się nie bronił? Przecież musiał być jakiś powód tego wszystkiego. On nigdy nie działał bezsensownie. A jednak teraz wydawał się być głuchy na stawiane mu zarzuty.

- Czy masz coś na swoje usprawiedliwienie? – Padło kolejne pytanie, które również nie znalazło żadnej odpowiedzi.

Thor dostrzegł grymas gniewu na twarzy ojca. Odynowi zapewne również się to nie podobało. Nie tak wyobrażali sobie ten proces. Jak różne było to od dnia, kiedy Loki przybył do Asgardu po nieszczęsnym incydencie z wilkiem.

Wszechojciec wstał z tronu.

- Loki Laufreysonie, w obliczu ciążących na tobie zarzutów i wobec braku okoliczności łagodzących, ja, Odyn Borson, król Asgardu, skazuję cię na śmierć.

Po sali rozniosło się głuche uderzenie włóczni o posadzkę i ku rozczarowaniu Thora, był to jedyny dźwięk, jaki zakłócił ciszę sali tronowej. Loki pozostawał milczący jak grób.


Koniec części ósmej.

A/N:

Tak oto dotarliśmy niemal do końca. W następnym rozdziale historia ta znajdzie swój finał. Postaram się umieścić go za kilka dni.