A/N:
Witajcie po raz ostatni w „Ambasadorze".
Mam nadzieję, że czas spędzony na jego lekturze nie uważacie za zmarnowany. Jak zwykle dziękuję za wszystkie komentarze.
Kolejny rozdział, populacja Jotunów w Asgardzie zwiększa się.
IX
Kron niemal padł na pałacowym dziedzińcu. Kaar był wytrwały, ale nawet on nie był w stanie wytrzymać ciągłego ponaglania ze strony Byleistra. Jotun jechał do Utgardu z prawdziwie morderczymi intencjami. Był gotowy dokonać bratobójstwa i królobójstwa w jednym.
Strażnicy schodzili mu z drogi, świadomi bólu, jaki by mi zadał, gdyby próbowali go powstrzymać. W kilka chwili znalazł się przed drzwiami prywatnych komnat króla. Wszedł do środka nie pukając, ani nie czekając na zaproszenie. Helblindi siedział w fotelu nachylony do przodu, z rękoma wspartymi na kolanach. Kiedy drzwi się otwarły spojrzał na brata.
Byleistr, nie widział, albo nie chciał widzieć rozpaczy w oczach młodego króla. Bez wahania podszedł bliżej, zamachnął się i z całej posiadanej siły uderzył go pięścią w twarz. Nieprzyjemny trzask sugerował, że jakaś kość nie wytrzymała tego ciosu.
- Ulżyłeś sobie – warknął Helblindi, krzywiąc się nieznacznie.
- Ty przebrzydła, zimnokrwista szujo! – krzyknął Byleistr i zamierzył się do kolejnego ciosu, ale widząc, że jego brat nie próbuje się bronić, ostatecznie opuścił rękę. To i tak nie miało sensu i niczego nie zmieni. Zamiast tego zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
- Jak mogłeś?! – wysapał, kiedy gniew przestał dusić go w gardle.
- Nie miałem wyjścia.
Byleistr zacisnął zęby, chwycił stojącą na stoliku karafkę z winem i cisnął nią w stronę brata. Ta roztrzaskała się o ścianę, na wysokości głowy Helblindiego. Król nie wydawał się przejęty kolejnym atakiem, zupełnie jakby wiedział, że trzeba przeczekać atak furii wojownika.
- Wydałeś go na śmierć! I dlaczego wysłałeś do mnie wiadomość dopiero jak go zabrali.
- Nie potrzebowałem, byś robił sceny w obecności Asgardczyków. To i tak niczego by nie zmieniło.
Spokojny i rzeczowy ton Helblindiego, tylko podsycał gniew Byleistra.
- To zmieniłoby wszystko! – wrzasnął, podchodząc bliżej. – Ja nie pozwoliłbym im go zabrać!
- I doprowadziłbyś do wojny! – Wreszcie starszy z braci nie wytrzymał i również wstał. – Naprawdę sądzisz, że tego oczekiwał Loki?! Że poświęcił się, byśmy zginęli w walce z Asgardem?!
Cios był celny i w końcu Byleistr opanował wzburzenie.
- Poświęcił? Co tu się w ogóle wydarzyło?
Helblindi westchnął ciężko.
- Ponoć to o czym mówił ojciec, było prawdą. Ten cały mrok pożerający Jotunheim. Loki wykradł Szkatułę, uaktywnił ją i ukrył na dalekim południu. Według jego słów to miało ocalić nas od zagłady.
- I ty wierzysz w te bajki?
- Jakbyś widział jego twarz, też byś uwierzył. Zresztą znasz go równie dobrze jak ja. Nie zrobiłby tego, gdyby nie miał ważnego powodu. On ma to całe Seidr, widzi więcej niż my, wyczuwa rzeczy, o których my nie mamy pojęcia.
- Skoro więc rzeczywiście było jakieś zagrożenie, to dlaczego nie próbowałeś tego wyjaśnić, jakoś wyprostować całą sprawę.
Helblindi odwrócił się od brata i spojrzał w stronę okna.
- Nie mogłem tego zrobić. Zastanów się, miałem powiedzieć Asgardczykom, że bez Szkatuły nasz świat czeka zagłada? Teraz mamy względny pokój, ale ilu wrogów Jotunheimu kryje się w złotym królestwie. Nie mogłem włożyć podobnej broni w ich ręce.
Byleistr zacisnął ręce w pięści. Coraz bardziej dopadała go świadomość własnej bezsilności.
- Loki oczekiwał, że postąpię dokładnie tak, jak postąpiłem – dodał Helblindi.
- Czyli będziesz bezczynnie stać i patrzeć jak go mordują? Jak zabijają naszego brata.
Młody król spojrzał posępnie na wojownika.
- Jestem władcą Jotunheimu. Moje działania są wolą naszego świata. Jeśli chcę zachować pokój, muszę oddać sprawiedliwość Asgardczykom. Wierz mi, jako brat zrobiłbym wszystko żeby go ocalić, jednak jako król mam związane ręce.
- Więc jesteś bezużyteczny! – warknął Byleistr. – Ale ja nie zamierzam stać z założonymi rękoma.
I nim Helblindi zdążył cokolwiek powiedzieć, wojownik wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
Byleistr niemal wybiegł z pałacu. Jednemu ze strażników rozkazał przyprowadzić sobie nowego kaara, widząc, że Kron jest zbyt wyczerpany, by dalej jechać. Nie chciał w gniewie, zajeździć na śmierć, swego czworonożnego towarzysza. Zwierz najwyraźniej wyczuł jego złość, bo z wysiłkiem stanął na nogi i podszedł bliżej, wciskając pysk w jego rękę. Wojownik poklepał ciemną mordę.
- Odpoczywaj, niedługo wrócę – rzucił do zwierzęcia, a kiedy wrócił strażnik, dosiadł nowego kaara i ruszył w stronę Bifrostu.
Na szczęście jako członek rodziny królewskiej nie potrzebował, żadnego pozwolenia na przekroczenie granic Asgardu. Podobnie jak wcześniej Loki, czy Odinson i jego świta, mógł swobodnie korzystać z dobrodziejstwa Bifrostu. Stąd też nie minęło wiele czasu, gdy znalazł się w złotym Obserwatorium. Pilnował go inny strażnik niż zwykle, najwyraźniej Heimdall nie wrócił jeszcze do pełni sił.
- Chcę się widzieć z Wszechojcem – powiedział do wartownika, po czym ruszył tęczowym mostem w stronę pałacu.
Nie zważał na ludzi, którzy z niechęcią obserwowali go, kiedy szedł ulicą. Nie obchodziło go, co myślą, ani czy znów uważają go za wroga. Miał jedynie nadzieję, że nikt nie postanowi go zatrzymać, w przeciwnym razie gotowy był rozlać krew. Gniew niemal buzował mu w żyłach. Dominująca wściekłość, która tak naprawdę jedynie maskowała prawdziwe uczucia. Nie zamierzał pozwolić im jednak teraz dojść do głosu. Przyjdzie na to czas później. Teraz musiał ratować Lokiego.
Pałac wyrósł przed nim niczym złota góra. Strażnicy najwyraźniej zostali uprzedzeni o jego przybyciu, bo bez słowa otwarli wrota i poprowadzili go w stronę sali tronowej. Tam czekał na niego władca Asgardu. Odyn nie miał swojej złotej zbroi, zamiast tego tylko jakąś ciemną tunikę. Był wieczór, więc najwyraźniej Byleistr wyrwał go z wieczerzy.
Jotun wziął jeden głęboki oddech i podszedł bliżej.
- Jestem Byleistr Laufreyson, drugi książę Jotunheim – zaczął bez wstępu, po czym opadł na kolana i dotknął czołem do posadzki. – Przyszedłem błagać cię o litość dla mojego brata, Wszechojcze.
Przez długą, straszną chwilę w sali panowało całkowite milczenie.
- Według waszego króla, Loki nie jest już twoim bratem – odezwał się w końcu Odyn.
- Nie wiem jak jest w Asgardzie, ale u nas nie da się przekreślić setek lat wspólnego życia jednym zdaniem.
- Czy masz świadomość, jak ciężkie zarzuty spoczywają na twoim bracie?
Byleistr nie odrywał głowy od podłogi. Czuł na sobie spojrzenie władcy, a jednocześnie coraz silniej rozkwitało w nim poczucie upokorzenia. Teraz jednak to nie było istotne.
- Wiem, co zrobił, choć nie rozumiem, jakie szaleństwo go ogarnęło. Jakiekolwiek były tego powody, to nie zasługuje na śmierć. Uwięźcie go, choćby i na całą wieczność, ale błagam, byście go nie zabijali.
Byleistr nienawidził siebie za to, jak w ostatnim zdaniu głos zadrżał mu nieznośnie.
W sali znowu zapadło milczenie, tym razem jeszcze dłuższe.
- Podnieś się, książę. – Niespodziewanie ciszę komnaty zburzył kobiecy głos.
Jotun uniósł się na rękach, by zobaczyć zbliżającą się w jego stronę królową Friggę. Miała rozpuszczone włosy i długą, białą szatę na sobie. Mimo tego niecodziennego dla niej stroju, wciąż miała w sobie typową dla władców godność. Kiedy stanęła przed nim, położyła rękę na jego ramieniu i uśmiechnęła się lekko.
- Twój brat nie zginie, masz moje słowo.
- Friggo, nie powinnaś jeszcze opuszczać lazaretu.
Królowa zupełnie zignorowała słowa Odyn i wciąż patrzyła na jotuńskiego wojownika.
- Kradzież Szkatuły i zranienie strażników są ciężkimi wykroczeniami, jednak to atak na mnie okazał się być najbardziej brzemienny w skutkach. Ja wszak nie zamierzam policzyć mu tej zbrodni – tu odwróciła się w stronę męża. – Mam do tego prawo.
Wszechojciec przez moment spoglądał na żonę, by ostatecznie westchnąć nieznacznie i skinąć głową.
- Niech więc tak będzie – mówiąc to, spojrzał na Jotuna. - Twój brat uniknie śmierci, choć resztę życia spędzi w asgardzkim lochu.
Byleistr skłonił głowę.
- Dziękuję, Wszechojcze – powiedział, po czym przeniósł wzrok na królową. – I tobie dziękuję, pani. Za twoją dobroć i miłosierdzie.
Frigga nic nie odpowiedziała, jedynie wciąż uśmiechała się w ten dziwnie matczyny sposób.
Jotun dźwignął się z kolan, po raz ostatni skłonił królowi i ruszył w stronę wyjścia. Czuł jak powoli schodzi z niego brzemię strachu, teraz pozostanie mu jedynie przełknąć gorycz tego upokorzenia. A kiedy odwrócił się w stronę drzwi, zobaczył stojącego tam następce asgardzkiego tronu. Thor milczał i z dziwnym wyrazem twarzy spoglądał na wojownika. Chyba chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie znajdował właściwych słów.
Byleistr nie miał siły, by zdobyć się na kolejną uprzejmość. Dlatego bez słowa minął księcia i opuścił salę.
Thor stał niczym skamieniały i nie potrafił zebrać myśli. To czego był świadkiem kompletnie go zaskoczyło. Nigdy nie przypuszczał, że zobaczy jotuńskiego wojownika, klęczącego przed królem Asgardu. Przecież mieszkańcy Jotunhiemu byli istotami nie mniej dumnymi od samych Asgardczyków, a jednak teraz Byleistr kładł na szali cały swój honor i godność, upokorzył się w sposób jakiego Thor chyba sam by nie zniósł, a wszystko po to by ratować członka rodziny, swego młodszego brata. Najwyraźniej życie Lokiego było dla niego cenniejsze niż jego status czy poczucie własnej wartości.
Thor był gotowy sam interweniować, gdyby wcześniej nie uprzedziła go matka. Ona jak zwykle wiedziała, kiedy musi wkroczyć i jakich słów użyć, żeby załagodzić sytuację. Dwoma zaledwie zdaniami, uspokoiła Jotuna, przekonała Odyna i… ocaliła życie Lokiego. Mimo, że przecież to właśnie ona powinna mieć do niego najwięcej urazy. Ale taka właśnie była Frigga. Nie pragnęła zemsty, nawet jeśli została zraniona, wszak młody Jotun był przez wiele miesięcy jej wiernym towarzyszem. Na pewno czuła się zdradzona, ale mimo to potrafiła okazać współczucie. Ona lepiej niż inni rozumiała, że śmierć Lokiego dotknie nie tylko jego samego. Czasami Thor naprawdę żałował, że nie odziedziczył po matce tego wyczucia sytuacji. Dla niego świat był znacznie bardziej czarno-biały, istniały czyny dobre i złe, ale nic pomiędzy. Za to Frigga dostrzegała znacznie więcej niuansów, które były prawdziwą istotą wszystkich dziewięciu królestw.
Thor szedł długim korytarzem, na którego samym końcu w niewielkiej celi odgrodzonej złocistą barierą przebywał Loki. Młody Jotun siedział na podłodze oparty o ścianę, a jego wzrok wciąż pozostawał nieobecny. W żaden sposób nie zareagował na przybycie księcia.
Thor przez dłuższy moment stał w milczeniu obserwując więźnia. Naprawdę wolałby, żeby Loki w jakikolwiek sposób reagował na jego obecność. Ta cisza była straszliwie frustrująca.
- Dlaczego wciąż milczysz? Przecież nic co teraz powiesz i tak nie będzie miało już znaczenia. Swoimi czynami sam wydałeś na siebie wyrok.
Odpowiedziało mu milczenie. Thor zacisnął pięści, ale nadal starał się panować nad emocjami.
- Wiesz, że królowa ci wybaczyła? Mimo, że tak bezdusznie wykorzystałeś jej zaufanie. Zaufanie nas wszystkich.
Thor zastanawiał się, czy jakiekolwiek jego słowa miały szanse wywołać jakąś reakcję.
- Naprawdę to było tyle warte?! – Tym razem nie zapanował nad głosem i słowa przeszły w krzyk. – Zmarnować wszystko dla głupiego przedmiotu? Czy każdy Jotun musi popadać w obłęd na widok Szkatuły?! Czy warto za nią ginąć?!
Nadal nic. Książę wziął głęboki oddech, próbując opanować wzburzenie.
- Nie zginiesz – powiedział w końcu. – Moja matka wstawiła się za tobą, tak samo jak twój brat.
Po raz pierwszy dostrzegł jakąś niewielką reakcję, było to co prawda ledwo widoczne zmrużenie oczu, ale utwierdziło następce tronu w przekonaniu, że Loki go słyszy.
- Tak, twój brat, Byleistr był tutaj. Padł na kolana i błagał Wszechojca, żeby darował ci życie. Jesteś jego wielkim dłużnikiem.
Tym razem mag nie zdołał zachować kamiennej twarzy. Uniósł dłoń i zakrył nią twarz, oddychając przy tym ciężko.
- Zastanów się, kogo najbardziej dotknęła twoja chora ambicja.
Ramiona Lokiego zatrzęsły się, jakby miał zanieść się płaczem, po chwili jednak opuścił dłoń i wtedy Thor zrozumiał, że ten po prostu się śmieje, choć nie było w tym cienia wesołości.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak daleko sięgnęła moja ambicja, Thorze Odinsonie.
Książę patrzył na Jotuna zastanawiając się, czy ten doszczętnie postradał zmysły. Przychodząc tutaj, Thor miał nadzieję, że zdoła jakoś przemówić mu do rozsądku. Teraz kiedy matka nie chce, by atak na nią był brany pod uwagę, to może gdyby Loki zwrócił Szkatułę, nie musiałby do końca życia gnić w lochu. Szybko jednak stało się jasne, że to ślepa uliczka.
Następca tronu odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Z ciężkim sercem zdał sobie sprawę, że choć powinien czuć gniew w stronę młodego Jotuna, to mimo wszystko dominował w nim żal. Smutek, że ten którego uważał za przyjaciela, okazał się oszustem.
Przez kilka następnych dni Thor krążył po Asgardzie nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Jego towarzysze starali się jak zwykle organizować różne rozrywki, ale on nie potrafił odnaleźć w tym żadnej przyjemności. Świadomość ostatnich wydarzeń wciąż dziwnie mu ciążyła. Nadal nie potrafił pogodzić się z tym, czego był świadkiem. Wciąż miał przed oczami Byleistra, kiedy ten mijał go w drzwiach sali tronowej. Dopiero po pewnym czasie Thor w pełni pojął, że to nie ulgę zobaczył we wzroku Jotuna, ale gniew. Czemu jednak brat Lokiego, był wściekły, skoro osiągnął swój cel. Nie dopuścił do egzekucji, nawet jeśli sposób w jaki to zrobił, nie był godny wojownika.
Było coś jeszcze, co nie dawało Thorowi spokoju. Wciąż powracały do niego jedyne słowa jakie usłyszał od Lokiego. Co było jego ambicją? Jaki był cel tego wszystkiego, że młody Jotun gotowy był poświęcić temu własne życie. I przede wszystkim, co takiego było w tej Szkatule, że warto było dla niej aż tyle ryzykować.
Rozważając to wszystko, Thor znalazł się w Obserwatorium, gdzie wartę na powrót przejął Heimdall.
- Witaj, książę – odezwał się strażnik.
Następca tronu skinął głową i podszedł bliżej, stając tuż nad krawędzią otchłani.
- Czy znalazłeś jakiś ślad Szkatuły?
Heimdall pokręcił głową.
- Gdziekolwiek została ukryta jest poza zasięgiem mojego wzroku.
Choć z twarzy strażnika bramy zawsze ciężko było cokolwiek wyczytać, to Thor znał go już wystarczająco długo, by wiedzieć, że coś nie daje mu spokoju.
- Ale jednak coś dostrzegłeś – bardziej stwierdził niż zapytał.
Heimdall milczał przez chwilę.
- Przez wieki, trudno było mi oglądać wydarzenia w Jotunheimie. Tak jakby panujący tam mrok, przytępiał moje zmysły. Od kilku dni mam jednak wrażenie, że to zjawisko ustępuje.
- Czyli widzisz tam teraz więcej? Jak to możliwe?
- Nie wiem. Mogę jedynie spekulować, że Loki w jakiś sposób próbował chronić swój świat przed moim wzrokiem. A teraz kiedy jest zamknięty w lochu, jego magia słabnie.
Thor nie był przekonany, co do tej teorii. Wszystko dziwnie zaczynało mu się składać w całość. Potrzebował jedynie potwierdzenia swoich przypuszczeń. Oczywiście mógłby zapytać samego Lokiego, ale mało prawdopodobne, żeby ten chciał z nim rozmawiać. Był jednak ktoś, kto już udowodnił, że jest w stanie zrobić wiele dla dobra młodego maga.
- Czy wiesz, gdzie jest brat Lokiego, Byleistr?
Oczy Heimdalla zalśniły na złoto, kiedy jego nieskończony wzrok poszukiwał Jotuna.
- Wrócił do swego domu, wojskowego garnizonu na wschodzie królestwa.
- Chyba wybiorę się na wyprawę – stwierdził Thor.
Nigdy nie przypuszczał, że dwa dni w Jotunheimie będzie dla niego tak wielkim wyzwaniem. Przeszywające zimno targało jego ubraniem i ostro cięło każdy kawałek ciała. Zawsze sądził, że żaden chłód nie jest dla niego wyzwaniem, ale z pewnością teraz musiał zrewidować to twierdzenie. O niczym innym nie marzył jak przytulny kominek lub gorąca kąpiel.
W końcu jednak dostrzegł szereg świateł, błyszczących na horyzoncie. To musiał być garnizon, o który wspominał Heimdall. Kiedy książę podjechał bliżej, zauważyło go kilku strażników. Podniósł ręce w pokojowym geście.
- Jestem Thor Odinson, przybyłem do waszego dowódcy – zwołał wśród zamieci.
Przy bramie zrobiło się spore zamieszanie, ale najwyraźniej nikt nie zamierzał go atakować. Sam następca tronu szczerze wątpił czy miałby szanse w samotnym starciu z całym legionem Lodowych Gigantów. Ci jednak chyba zrozumieli z kim mają do czynienia, bo ostatecznie poprowadzili go w głąb garnizonu, aż do sporego, kamiennego budynku.
Wystrój w środku był surowy i raczej czysto praktyczny, ale sam fakt, że nie wiał tutaj ten przejmujący wiatr, powodował, że atmosfera wydawała się wręcz przyjemna.
- Co robisz tak daleko od Asgardu, Odinsonie? – Usłyszał szorstki głos, a po chwili do pomieszczenia wszedł Byleistr.
Po wcześniej pognębionym wojowniku nie pozostał ani ślad, teraz Jotun stał wyprostowany, pewny siebie i co najwyżej nieco zaskoczony widokiem Asgardczyka.
- Chciałem z tobą porozmawiać. Na temat Lokiego.
Po twarzy Byleistra przeszedł dziwny grymas, ale wciąż pozostawał spokojny.
- Wydaje mi się, że ten temat jest już zamknięty.
Thor podszedł bliżej, choć przez to Jotun jeszcze bardziej nad nim górował.
- Po co była mu Szkatuła?
Wojownik obrzucił go nader nieprzychylnym spojrzeniem.
- A niby skąd ja mam to wiedzieć?! Czy wyglądam na maga?
- Nie, ale wiesz, a raczej wierzysz, że Lokiego nie powinien spotkać taki los. – Thor postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Wiedział, że nie zmusi Jotuna do wyznań zwykłymi pytaniami. Tylko przywiązanie do brata, mogło go do tego zmotywować. – Widziałem to, w dniu kiedy przyszedłeś błagać o jego życie. Mimo, że zrealizowałeś swój cel, wciąż było widać, że masz poczucie dziejącej się niesprawiedliwości, mam rację? Ty wiesz, że Loki nie powinien gnić w lochu! Dlaczego?
Byleistr odwrócił się gwałtownie i zacisnął pięści.
- Wynoś się! Nie będę z tobą gadać!
Strzał w dziesiątkę. Wzburzenie Jotuna z pewnością nie było bezpodstawnie.
- Wiem, że jego los nie jest ci obojętny. Co jest warte jego życia?! Czy cokolwiek jest dla ciebie cenniejsze niż życie twojego brata?!
- Zamknij się! Czegoś się uczepił tego tematu?! To nie jest twój brat ani twój problem!
- Ale to mój przyjaciel i jeśli został skazany niesprawiedliwie, to chcę to naprawić.
Byleistr zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
- Ja nic nie wiem, gadaj z Helblindim.
Thor doskonale wiedział, że jeśli teraz się wycofa, to wróci do punktu wyjścia. Król Jotunheimu nie wyglądał na takiego, który byłby skłonny pod wpływem emocji wyznać cokolwiek.
- On tam spędzi resztę życia, gapiąc się w cztery ściany pustej celi.
Byleistr niespodziewanie uderzył pięścią w ścianę, tak silnie, że aż odpadł spory kawał kamienia.
- Niech to szlak! – warknął z irytacją.
Thor milczał, czując, że cierpliwość Jotuna jest na wyczerpaniu. Naraz jednak wojownik wyprostował się i uspokoił.
- Odinsonie, przyszły władco Asgardu, przysięgnij, że nie wykorzystasz tej wiedzy inaczej jak w celu uwolnienia mojego brata.
Książę poczuł jak coś silnie ścisnęło go za gardło. Jeśli Byleistr żądał od niego podobnej obietnicy, to sprawa musiała być naprawdę poważna.
- Przysięgam – odparł mimo to bez wahania.
Jotun jeszcze przez chwilę patrzył na niego poważnie, a potem westchnął ciężko.
- Helbi mnie zabije.
Thor nie potrafił się powstrzymać i szczery uśmiech wypłynął na jego twarz. Tego dnia dokonał czegoś, czego nie osiągnął dotychczas żaden Asgardczyk. Zyskał zaufanie Jotuna.
Kiedy wszedł ponownie do lochu, Loki zdawał się wciąż siedzieć w tym samym miejscu i tej samej pozycji, co przy ich poprzednim spotkaniu. Jego wzrok ponownie utkwiony był w pustce.
Thor stał przez chwilę i patrzył na więźnia, a potem zadał jedno pytanie, które złamało całkowicie przysięgę milczenia Jotuna.
- Czym jest cień?
Koniec części dziewiątej.
