Wrócił do obozu, dopiero kiedy zaczęło świtać, cicho i ostrożnie jak intruz. Powoli okrążył wygasłe ognisko i przystanął. Wszebora spała, wsparta na siodle, z jedną ręką podłożoną niedbale pod kark. Kosmyk włosów wyślizgnął się jej z warkocza i opadł na policzek jak przyniesione wiatrem miękkie źdźbło siana. Eskel przysiadł obok i patrzył. Spała inaczej, niż przywykł – snem, który nie był płytki i napięty, tylko swobodny. Miękki. Eskel chyba po raz pierwszy widział ją tak spokojną – nie opanowaną i twardą, ale po prostu spokojną. Nie chciał burzyć tego spokoju, więc jej nie obudził. Przyglądał się jeszcze przez chwilę, a potem cicho się podniósł i wyszedł poza obozowisko. Kiedy odchodził, cicho westchnęła przez sen.

Wiedźmin ruszył brzegiem lasu. Spomiędzy drzew dobiegały ciche szelesty i trzaski, jakby wierciło się tam i buszowało jakieś małe zwierzątko. Zrobił jeszcze kilka kroków i przystanął. To, co wyłoniło się z zarośli, rzeczywiście okazało się nieduże i ruchliwe, ale nie było lisem ani zającem, tylko chuderlawym, rozczochranym chłopcem. Miron spojrzał na wiedźmina z tą samą co zawsze mieszanką ciekawości i onieśmielenia, przestąpił z nogi na nogę. Wyglądał na nieco speszonego i podekscytowanego jednocześnie. Zerknął w stronę obozu, a potem za siebie, na srebrzystą w świetle poranka połać lasu. Potem znów spojrzał na wiedźmina oczami rozszerzonymi z poruszenia.

– Za tym borem to wielka woda już? – zapytał, trochę z niepokojem, a trochę z nadzieją. Eskel skinął głową.

– I statki tam są?

Wiedźmin znów potwierdził skinieniem.

– A potwory w tej wielkiej wodzie są?

Eskel przez chwilę zawahał się nad odpowiedzią. Odchrząknął.

– Są – przyznał w końcu.

Mały skinął poważnie głową i zapatrzył się w skupieniu na las, jakby próbował wyobrazić sobie rozpościerające się za nim morze i czające się w nim straszydła. Potem, wciąż z tą samą poważną miną, wpatrzył się w wiedźmina.

– A ty pójdziesz z nami? – zapytał, przekrzywiając trochę głowę i szarpiąc za sznurek u kapoty. Eskel westchnął i kucnął naprzeciw dzieciaka, tak by móc spojrzeć na niego z równej wysokości. Wymalowane na jego buzi wyczekiwanie zakłuło go gdzieś w okolicach żołądka.

– Pójdę – powiedział cicho. – Ale nie zostanę.

Miron się nadąsał, zrobił krok do tyłu.

– To kto zaradzi na te potwory w wielkiej wodzie? – zapytał z wyraźną skargą.

Eskel pokręcił lekko głową.

– Twoja matka dobrze sobie radzi sama – mruknął.

– Jak mama radzi ze wszystkim sama, to po co tu z nami przyszłeś? – Miron spojrzał na niego spode łba i nie czekając na odpowiedź, pobiegł z powrotem w stronę obozu. Eskel podniósł się i odprowadził go wzrokiem, ciesząc się, że nie musi odpowiadać. Chłopak z właściwą tylko dzieciom brutalnością zebrał w jednym zdaniu wszystkie jego rozterki. Nie sądził, by umiał stawić temu czoła.

Kiedy wreszcie ruszyli w drogę, nadal nie potrafił wykrzesać z siebie żadnych słów. Prowadził ich wolnym stępem przez piaszczystą, pociętą promieniami słońca leśną drogę i milczał. Wszebora też odzywała się niewiele. Tak jak poprzedniego wieczora wydawała się zamyślona i nieco nieobecna. Spojrzenie utkwiła bezwiednie i nieruchomo gdzieś przed sobą. Nie oglądała się na wiedźmina. Gęstą, ciężką ciszę przerywał tylko Miron, który wiercił się w siodle, trajkotał i tylko chwilami nagle cichł, jakby się zatykał od nadmiaru myśli i wrażeń, które chciał naraz z siebie wyrzucić. Czasem też zerkał na wiedźmina i wtedy po jego zarumienionej z podniecenia buzi przebiegała pretensja, ale mały nie zdradzał się na głos ze swoją goryczą. Milkł tylko na chwilę, nadąsany, a potem się otrząsał, nabierał oddechu i wracał do kipiących przejęciem rozważań o tym, jaki będzie nowy dom i nowi przyjaciele, a przede wszystkim – jakie będzie to wielkie morze.

Zbliżał się już zmierzch, kiedy Miron wreszcie się o tym przekonał. Najpierw spomiędzy drzew wylał się słony szum, miarowy i głęboki jak oddech uśpionej bestii. A potem wyjechali na krawędź klifu i morze rozciągnęło się przed nimi, rozkołysane i połyskliwe jak płachta szarozielonego jedwabiu. Eskel spojrzał na Wszeborę i przekonał się, że wielka woda już ją obłaskawiła. Wszebora miała nieco rozszerzone oczy, zapalone tym rodzajem blasku, z którym patrzy się po raz pierwszy na coś olśniewającego. Eskel nigdy wcześniej nie widział u niej tego rodzaju poruszenia. Wszebora długo wpatrywała się w morze, poważna i skupiona, jak gdyby próbowała je ogarnąć i oswoić. W końcu podniosła spojrzenie na wiedźmina, a on zobaczył w nim łagodny spokój.

Wśród kęp wysokich morskich traw znaleźli drogę, która prowadziła łagodnymi zakosami w dół klifu, na wąską, kamienistą plażę. Konie rżały i pochrapywały, kiedy leniwe, rozlane fale łaskotały je w pęciny, a czasem rozpryskiwały się wysoko, zaczepnie, jak szczeniak usiłujący przy zabawie szczypnąć zębami i zaraz uciec. Nad ich głowami przenikliwie krzyczały i kołowały mewy. Wkrótce słony wiatr dołączył do ptasiego gwaru kolejne dźwięki, bardziej znajome, a jednak nowe. Z daleka, spomiędzy klifów, wyłoniły się zarysy wsi, przysadziste chaty z kamienia i surowego ciemnego drewna, kołyszące się na falach statki, podobne z daleka do smukłych czarnych łabędzi. Niosły się od tej wsi, rozmyte w szumie morza, echa ludzkich głosów i pracy. Wszebora wyprostowała się nieco w siodle, utkwiła zmrużone oczy w kształtach osady. Eskel przyglądał się jej z ukosa, nic nie mówiąc. Zastanawiał się, o czym myślała.

Kiedy podjechali bliżej, przekonali się, że za klifami kryją się nie pojedyncze chaty, ale cała solidna osada, ludna, gwarna, tchnąca już z daleka zapachami ryb i dymu. Wszebora zatrzymała konia i zsiadła, ściągnęła z siodła Mirona, który wybiegł naprzód, przejęty tym, co mieli przed sobą. Byli już na tyle blisko, że mogli obserwować wieczorną krzątaninę tutejszych – kudłatych, barczystych mężczyzn o zbrązowiałych twarzach i błyszczących oczach, którzy wyciągali łódki na brzeg i z tubalnym, chrypliwym pokrzykiwaniem i śmiechem ruszali z portu ku wsi, a potem nikli między chatami albo zasiadali wspólnie na ławach, wyciągali butelki i jadło.

Przystające przed chatami kobiety, wysokie i krzepkie, o twardych ramionach i rumianych twarzach. Wałęsające się między nogami psy i gęsi. Suszące się na drewnianych stojakach ryby i skóry, ciepłe, stłumione światła pochodni i ognisk. Gdzieś z głębi wsi poniósł się niski, dźwięczny głos, zaciągnął melodię szanty. Zaraz dołączyły kolejne, tworząc tubalny, harmonijny chór. Wystrzępione żagle kołysały się niemrawo na wietrze.

Wszebora patrzyła na to wszystko, milcząca, z nieprzeniknioną twarzą, a Eskel patrzył na nią. Teraz on też zsiadł z konia i powoli się zbliżył. Dotknął delikatnie jej ramienia, a ona spojrzała mu w oczy. Przez chwilę nic nie mówili, a cisza była dziwna – ciężka i pusta jednocześnie. W końcu to Wszebora się odezwała, cicho, chrypliwie.

– Tu pewnie zostaniemy. Przynajmniej na razie – stwierdziła, rzucając przelotne spojrzenie w stronę wsi. Eskel skinął nieznacznie głową. Czuł jej zapach wyraźniej niż zwykle. Lawenda i rozmaryn drażniły go w nos cierpką, słonawą wonią. To jej włosy musiały tak pachnieć, kiedy wiatr wyplatał je z warkocza i podrywał. Wziął głęboki wdech. Chciał zapamiętać ten zapach.

– Dziękuję, wiedźminie – dodała, nie przestając przenikliwie patrzeć mu w oczy, a on wciąż milczał, choć przecież miał jej wiele do powiedzenia. Mimo to w spojrzeniu Wszebory nie było wyczekiwania. Był za to spokój, ten sam co zawsze, milczący i nieporuszony. Stali tak długo, przyglądając się sobie nawzajem w czerwonym świetle wieczoru. W końcu wiedźmin powoli, z wahaniem się pochylił, musnął wargami jej policzek. W tej samej chwili Wszebora odwróciła nieznacznie twarz, tak że na moment dotknęli się skroniami, jej włosy połaskotały go w policzek. Poczuł bijące od niej ciepło. Przez chwilę miał ochotę wyciągnąć ku niej ręce, ale tego nie zrobił.

– Powodzenia – mruknął zamiast tego, szorstko i wymuszenie, odwrócił się i wsiadł na konia. Nie zatrzymywała go, nie powiedziała nic więcej. Spojrzał na nią po raz ostatni, zawracając w stronę plaży. Nie wyglądała na smutną ani złą. Nie wyglądała, jakby ją zawiódł. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, skinęła mu głową, trochę na pożegnanie, a trochę jakby dawała mu znać, że wszystko rozumie, chociaż nic jej nie wyjaśnił. Dopóki nie wyjechał za klify, czuł na plecach spojrzenie, którym go odprowadzała. W końcu popędził konia i zostawił je za sobą.