W karczmie było tego wieczora na tyle gwarno i tłoczno, że nikt nie zauważył obcego przybysza, który przecisnął się między ławami i stanął samotnie przy szynkwasie. Tylko gospodarz, mały, suchy człowiek z rzadkimi siwymi włosami i indyczym gardłem, spojrzał na nowego gościa. Przybysz wsparł się łokciami o kontuar, milcząco skinął karczmarzowi głową. Stał nieco pochylony, zgarbiony, ze spuszczoną głową wciśniętą w barki, jakby nie chciał przyciągać spojrzeń. Karczmarz zmrużył krótkowzroczne oczy, przyjrzał się obcemu uważniej. Czasem tacy dziwni przybysze nie robili kłopotu, wypijali po cichu kufel piwa albo dwa i ruszali w swoją stronę, ale czasem szło za nimi licho. Bywało, że w jednej chwili był spokój, a w następnej zrywał się na obcego wrzask, ktoś sięgał po stal, rzucał się do bicia. Karczmarzowi nie w smak były takie imprezy, toteż poglądał bacznie na przybysza, próbując ocenić, czy będzie z nim kłopot. W końcu wytarł czerwone, sękate ręce w fartuch i zbliżył się do obcego.
– Podać co, panie? – zapytał podejrzliwie. Przybysz nieznacznie uniósł głowę, spojrzał na karczmarza. Ten, widząc żółte oczy i szkaradną bliznę na gębie obcego, naraz się rozchmurzył.
– Dawnoście nas nie odwiedzali, panie wiedźmin, chociaż to nawet chwała bogom! – rzucił dziarsko.
Przybysz uśmiechnął się nieznacznie, co sprawiło, że szrama szarpnęła mu wargę.
– Witaj, Pomian – mruknął cicho. – Daj grogu.
Karczmarz skinął głową, oddalił się ku beczkom za kontuarem. Po chwili wrócił i postawił przed wiedźminem duży cynowy kufel. Ten skinął głową, podniósł naczynie i upił suty łyk. Odstawił kufel na blat, otarł usta ręką i westchnął ciężko. Karczmarz ściągnął z ramienia ścierkę i starym zwyczajem zaczął wycierać wyszczerbione naczynia.
– Co was sprowadza? – zapytał. Przerwał na moment wycieranie i zerknął na wiedźmina z niepokojem. – Aby się jaka zaraza zalęgła u nas znowu?
Wiedźmin potrząsnął głową.
– Nie frasuj się – mruknął. – Jestem tylko przejazdem.
– A dokąd to zmierzacie, jeśli wola wam rzeknąć?
Wiedźmin wymienił nazwę wsi.
– At! – Karczmarz pokręcił głową, odstawił na kontuar misę, który właśnie przecierał. – Zaniechajcie, panie wiedźmin! Nic tam po was!
Wiedźmin podniósł na niego wzrok znad swojego kufla.
– Dlaczego?
– Ze dwie wiosny będą, jak wieś pusta stoi. Mór i susza tam, jakby sama ziemia umarła. Mówią, że jak przyszła wiosna, to próżno było wychodzić na pola, nic nie obrodziło. Ani pół kłosa. Zostawili w końcu wszystko, jak stało, i poszli w świat. – Karczmarz nachylił się konspiracyjnie i dodał ciszej: – Bajają, że ubili w tej wsi jaką leśną pannę i stąd ta posucha. Że to klątwa jaka. Myślicie, że prawda to może być, panie wiedźmin?
Wiedźmin długo nie odpowiadał.
– Nie wiem, Pomian – stwierdził w końcu. – Różnie to bywa.
Karczmarz się zasępił, pogrążył w myślach. Wreszcie potarł łysinę, potrząsnął głową, spojrzał na wiedźmina.
– To dokąd ruszycie? – zapytał ciekawie.
Długo trwało, nim wiedźmin odpowiedział. Wpatrywał się w swój kufel – chyba już pusty – i zdawał się nad czymś rozmyślać. W końcu westchnął głęboko, sięgnął po mieszek, wysupłał z niego kilka monet.
– Do morza, Pomian – rzekł. – Pojadę do morza.
