Betowała Acrimonia. Bardzo dziękuję!
Harry oparł się o balustradę i zerknął w dół. Piętro niżej wszystkie stoliki były zajęte przez uczniów pochylających się nad książkami, a znudzony bibliotekarz obserwował ich zza kontuaru, ustawiając pomiędzy kolejnymi spojrzeniami wieżę z kart. Niektóre ich brzegi przytwierdzał do siebie przy użyciu różdżki, zamiast zdać się na swoją zręczność. Postacie z talii komentowały to z oburzeniem, jednak gdyby nie to małe oszustwo już pierwsze piętra rozsypałyby się, ponieważ najpewniej zostałyby zaczepione imponującą, czarną brodą.
Harry odsunął się i skierował w stronę schodów.
— Poczekam na ciebie na dole - powiedział. Kolega, z którym się wybrał do biblioteki wciąż czegoś szukał na pobliskich regałach i choć Harry go nie widział, zakładał, że czarodziej go słyszał.
Nie miał ochoty dłużej kręcić się po najwyższej kondygnacji budynku. Gdyby nie bał się, że całkiem straci przy tym poczucie czasu, zszedłby aż do podziemia, gdzie znajdowały się najciekawsze pozycje — dostępne bez ograniczeń dla wszystkich uczniów. Groziło mu to za każdym razem, gdy znalazł się w pobliżu tych rzadkich zbiorów i raz po raz ratowała go chęć uczestnictwa w innych zajęciach. Nie potrafił jednak nigdy zrezygnować z wieczornych partyjek szachów, wyścigów na miotłach z kolegami z drużyny czy codwudniowych pojedynków w klubie na rzecz czytania, więc przez lata poznał zaledwie niewielką część zawartych w nich sekretów.
— Mhm. — Dobiegł go pomruk zza regału. — Znalazłeś, co chciałeś?
— Tak, dokładnie to, o co mi chodziło. — „Sidła, wnyki, pułapki i wilcze doły" trzymał już w dłoni i po wstępnym przekartkowaniu cienkiej książeczki miał pewność, że zawiera wszystkie informacje potrzebne do referatu o magicznym kłusownictwie.
Dybiące wnyki udało mu się wyczarować za pierwszym podejściem. Magia bez oporu uległa jego woli, chętnie splatając się w odpowiednie zaklęcie. Później, gdy profesor Isayew testował ich skuteczność, przesuwając manekina przez salę, spod podłogi wynurzyły się żelazne szczęki i bezgłośnie zacisnęły na wypchanej trocinami nodze.
Jego matka spojrzałaby na niego z niepokojem, gdyby jej powiedział, jak łatwo przychodziło mu opanowanie kolejnych klątw. Dlatego o tym nie wspominał. Nigdy też nie zdradził się przed nią, że pociągała go gałąź magii, którą tak otwarcie pogardzała.
Nikt z jego rodziny nie byłby zadowolony, gdyby wiedział, że drugą lekturą, którą wybrał, były „Sekrety najczarniejszej magii".
Bez słowa położył książki na kontuarze. Obserwował przez chwilę, jak mężczyzna po drugiej stronie układał kolejne karty, ignorując jego obecność. W końcu łypnął na Harry'ego, machnął różdżką i wybrane tomy podjechały bliżej. Odpowiednia karta wyfrunęła z szuflady i gotowa do zapisania ułożyła się na blacie.
— Żadnych azteckich rytuałów tym razem, Potter? Ani chińskich instruktarzy parzenia zatrutej herbaty? — Pobieżnie sprawdził okładki.
— Nie dziś — odmruknął Harry z uśmieszkiem.
— Jestem zszokowany — burknął bibliotekarz, beztrosko odsyłając już wpisane książki w jego stronę. Przesunęły się na sam brzeg blatu, niemal spadając na podłogę. — I wciąż mam nadzieję, że się stąd zaraz wyniesiesz, Potter — dodał, po czym skierował pogardliwe spojrzenie na ulokowane niedaleko fotele. Gdyby nie zakaz Karkarowa już dawno by stamtąd zniknęły.
Siadającym na nich uczniom ciężkie encyklopedie lubiły spadać na głowę. Z jakiegoś powodu nigdy nie spotkało to Karkarowa, gdy decydował się czytać tam najnowsze wydanie Gońca Imperialnego.
— Skoro nie ma dla mnie miejsca.
— Zawsze robisz za dużo zamieszania ze swoimi koleżkami — burknął.
Harry udał, że szuka kogoś obok siebie, zanim z niewinną miną wzruszył ramionami.
— Obiecuję, że nie będę tu dzisiaj tkwić. Poczytam u siebie.
— Dobrze! Od zawsze sądziłem, że powinni wam przydzielać jednoosobówki kilka lat wcześniej. Paradoksalnie zajmujecie wtedy mniej miejsca! — Wyciągnął z kieszeni kolejną talię kart i z trzaśnięciem położył ją na blacie, niby dla podkreślenia swoich słów.
Harry uniósł ręce w geście poddania i oddalił się w stronę alejki oznaczonej jako „sport". Bez entuzjazmu wyciągnął i przekartkował kilka pozycji o quidditchu, po czym oparł się ramieniem o najbliższy regał i bezmyślnie zawiesił wzrok na rzędach stolików w centrum sali. Cisza i bezruch przyprawiały go o senność.
Zaczął wypatrywać znajomych twarzy wśród pracujących uczniów. I choć nie znalazł nikogo ze swojego rocznika, zatrzymał wzrok na dłużej na osobie o płowych włosach w drugim rzędzie. Chuderlawy chłopiec w niedopasowanej szacie wyglądał na nie starszego niż czwarty rok. Stały bywalec biblioteki, ocenił Harry. Nie sądził, by mógł się na niego natknąć w innej części Durmstrangu.
— Znalazłem ostatni egzemplarz — odezwał się Arnold. Harry nawet nie zauważył, jak podszedł. — Jakiś dureń wepchnął go do drugiego rzędu.
— Długo ci zeszło — mruknął Harry, przeciągając się i tłumiąc ziewnięcie. Powoli kierowali się do wyjścia, przepychając się po drodze i dyskutując o najbliższym meczu.
—xxx—
Wieczór spędził, przeglądając kolejne ustępy opisujące wątpliwe moralnie rytuały. „Horkruksy" brzmiał tytuł jednego z krótszych rozdziałów.
Zebrała się w końcu grupa czarodziejów oburzonych postępowaniem Herpona i zdecydowała się położyć kres jego praktykom. Najstarszy z nich przemienił się w zaskrońca i przekonał Herpona, by udzielił mu schronienia. Gdy czarnoksiężnik zapadł w sen, jego wróg przybrał na powrót ludzką formę i spętał go nierozrywalnymi więzami. Niedługo później wraz ze swymi wspólnikami ułożył stos, by ukarać czarnoksiężnika w ulubiony przez mugoli sposób. Podpalili go i choć ciało Herpona poczerniało i popękało, nie mógł on umrzeć, jako że skrył fragment swojej duszy w sygnecie i póki horkruks ten nie został zniszczony, Herpon żył.
Nigdy nie zapytał Toma, jak wyglądał, więc postać trawiona przez płomienie w jego wyobraźni była pozbawiona twarzy. Czarna, hogwarcka szata i dokładnie wypolerowane buty, bo sądził, że Tom nie założyłby brudnych, przyszły do niego bez pytania.
Sięgnął, by pogładzić skórzaną okładkę, choć nie otworzył dziennika. „Ludzkie życie" — tak określił cenę swojej wolności Tom w ich ostatniej rozmowie. Zaraz potem dodał, że „wystarczy, że przekażesz mnie komuś, kto może zniknąć". Od tego czasu ostrożność, z którą Harry podchodził do przedmiotu, przerodziła się w paranoję.
Nie mógł się go pozbyć. Tak samo jak nie mógł zapomnieć, że za pergaminem i czarnomagicznym rytuałem krył się ktoś, kogo potrafił zrozumieć, nawet jeśli poglądy drugiego miejscami znacząco odbiegały od jego własnych. „Jak bardzo boisz się śmierci, Tom?", chciał zapytać. „Czy na tyle, by pragnąć śmierci każdego, kto cieszy się życiem"?
Zastanawiał się, czy strach Toma ciążył mu jak każda niemożliwa do opanowania fobia, czy może przerodził się w łatwiejsze do zniesienia zgorzknienie. A może ulgę przynosiły mu morderstwa, udowadnianie raz za razem, że w jakiejś formie miał władzę nad życiem i śmiercią.
Skąd możesz wiedzieć, że ktokolwiek przejąłby się moim zniknięciem?, napisał dwa dni później.
Ludzie jak ty, James, nie znikają bez echa, nadeszła odpowiedź, jakby nigdy nie przerwali rozmowy. Nie dlatego jednak potrzebuję, żebyś przekazał dziennik komuś innemu.
Tęskniłbyś za mną?
Choć była to tylko zaczepka, dostał poważną odpowiedź.
Gdybym miał wybór, wolałbym cię oszczędzić. Nasze rozmowy dostarczają mi więcej rozrywki, niż bym oczekiwał.
Ale zabiłbyś mnie, gdyby zabrakło innej alternatywy, napisał Harry. Było to jedynie suche stwierdzenie faktu oczywistego dla nich obu. Zamierzasz to zrobić, jeśli uznasz, że każę ci czekać zbyt długo? Niczego nie obiecywałem.
Potarł oczy zmęczone od czytania przy żółtawym świetle lampki, zostawiając przy tym ślady palców na szkłach okularów. Odpowiedź nie nadeszła i Harry zatrzasnął dziennik ze zmęczeniem.
—xxx—
Każdy rocznik uczniów Durmstrangu pozował do zdjęć zaraz po rozpoczęciu nauki, w czwartej klasie i tuż przed zakończeniem ósmej. Pamiątkowe fotografie można było znaleźć w kronice szkoły, która już dawno byłaby w całości zapełniona, gdyby nie zapobiegające temu zaklęcia.
Harry jednego wieczoru wziął ogromną księgę z półki i dokładnie przejrzał fotografie młodszych roczników. Zdołał w końcu dopasować imię do twarzy, której tam szukał. Nikolaj Pecic, tak się nazywał płowowłosy mól książkowy.
Harry szybko odkrył, że młody czarodziej unikał swoich rówieśników poza godzinami lekcji, nie należał do żadnego klubu ani nie dostawał szczególnie dobrych stopni, a gdyby nie zmiany wprowadzone przez Grindelwalda, nigdy nie dostałby się do Durmstrangu.
Dopiero gdy dowiedział się tego wszystkiego, zrozumiał, że decyzję podjął już dawno — nieświadomie — i w ten sam sposób pogodził się z jej konsekwencjami.
Ułożenie planu zajęło mu tylko kilka dni, choć może było to już tylko sprecyzowanie, w jaki sposób zamierzał podjąć wcześniej rozważane kroki. Po obiedzie naciągnął na siebie Pelerynę-Niewidkę, którą ojciec przekazał mu z życzeniami dobrej zabawy i uniknięcia kłopotów.
O tej porze w bibliotece nie było jeszcze zbyt wielu uczniów i rzędy stolików stały puste. Zamiast dźwięku przewracania kartek dobiegał go tylko odgłos siorbania kawy, której zapach dolatywał aż od kontuaru, oraz okazyjne chrząkanie.
Przystanął przy dziale poświęconym historii magii, który rzadko przyciągał czytelników. Oferował natomiast dobry widok na wejście, a jednocześnie przejście między jego regałami nie było na tyle zaniedbane, by Harry musiał się bać o pozostawienie śladów. Uważnie obserwował nielicznych, wchodzących uczniów, bezmyślnie wodząc palcami po tytułach książek. Do czasu, gdy Nikolaj się pojawił, warstwa kurzu już oblepiała opuszki jego palców.
Harry wyszedł spomiędzy regałów i jeszcze raz upewnił się, czy Peleryna zakrywała jego stopy, gdy tylko go dostrzegł. Obserwował, jak Nikolaj przeszedł obok niego lekko zgarbiony, pospiesznie stawiając małe kroki i niemal w ogóle nie rozglądając się wokół. Podążył za nim w bezpiecznej odległości, gdy ten skierował się do działu poświęconego transmutacji, nie odkładając wcześniej torby.
Młody czarodziej przykucnął i sięgał po książkę z najniższej półki, gdy Harry trafił go zaklęciem dezorientującym.
Nikolaj zamarł i zamrugał. Wyraz zagubienia pojawił się na jego twarzy. Nawet nie drgnął, gdy Harry znalazł się tuż za nim i wsunął dziennik na półkę obok podręcznika, po który chłopiec chciał sięgnąć, ani gdy peleryna niewidka musnęła jego ramię.
Harry odsunął się i wycelował różdżkę w nastolatka.
— Compulso — szepnął.
Obłożył dziennik zaklęciem śledzącym i drugim, chroniącym przed zauważeniem przez postronnych ludzi. Skonfundował Nikolaja, by ten rozpoznał go jako własny. I, choć nie wiedział, czy miało to znaczenie, zniechęcił go do przekazywania Tomowi wartościowych informacji.
Harry rozejrzał się, sprawdzając, czy nie zwrócili niczyjej uwagi, a Nikolaj potrząsnął głową i marszcząc brwi, schował dziennik do torby.
—xxx—
Otworzył oczy w środku nocy, momentalnie przytomny. Przez wąskie, pozbawione zasłon okno nawet w ciągu dnia wpadało niewiele światła, a w nocy stanowiło jedynie nieco jaśniejszy punkt na ścianie. Leżał przez chwilę nieruchomo, zastanawiając się, co go obudziło. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z dziwnego wrażenia — czuł się, jakby ktoś naglił go, by poszedł gdzieś, w miejsce, którego położenia nie był w stanie wskazać w tym momencie.
Zaklęcie śledzące, zrozumiał w końcu Harry. Usiadł gwałtownie i zsunął nogi na podłogę, wzdrygając się, gdy stopami dotknął zimnej podłogi zamiast butów. Wymacał różdżkę na szafce nocnej. Blade światło zalało pokój, a Harry zaczął naciągać szatę i płaszcz na piżamę. Chwycił okulary, Pelerynę-Niewidkę i odetchnął głęboko, po czym wyślizgnął się na korytarz, ostrożnie zamykając drzwi.
Zszedł aż na parter, gdzie zatrzymał się między jadalnią a świetlicą. Po krótkim zawahaniu skierował się na zewnątrz. Przytrzymał drzwi, by nie trzasnęły i owinął się ciaśniej płaszczem. Zadrżał, gdy poczuł zimne powietrze na wciąż rozgrzanym od snu karku.
Przeszedł dziedziniec, nie spotykając żywej duszy ani nie zauważając nikogo, kto w oczywisty sposób wyglądał przez okno. Zatrzymał się na chwilę przy linii drzew, przez chwilę tylko oddychając nocnym powietrzem i spoglądając na ciemny zamek. Dopiero gdy upewnił się, że wiedział, co robił, wszedł między drzewa.
Otaczający jego szkołę las był jednym z najstraszniejszych i najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widział. Tworzyły go drzewa o potężnych pniach oraz rozłożystych gałęziach tak gęsto porośniętych liśćmi, że puszcza tonęła w półmroku nawet w najjaśniejsze dni. Potrafiły one nagle podnieść się, wyciągając korzeniopodobne nogi z gleby i otwierając ciemne ślepia, by ujawnić, że pod grubą warstwą kory chował się borowy. Szczerzące ostre zęby czerwone kapturki, z którymi uczyli się walczyć w ramach zajęć z obrony oraz uwodzicielskie rusałki stanowiły tylko niewielką część stworzeń, jakie można było spotkać w otaczającej Durmstrang puszczy.
Tej nocy las milczał. Harry przy słabym świetle różdżki przechodził nad potężnymi korzeniami, omijał krzaki i przeskakiwał zdradliwe zagłębienia w ziemi, które mogły mieć głębokość kałuży albo okazać się kilkunastometrowymi studniami.
Zaklęcie śledzące, które nałożył na dziennik, włączało się samoistnie tylko wtedy, gdy obserwowany człowiek, a w tym przypadku przedmiot, oddalił się na co najmniej trzysta metrów od osoby, która je rzuciła. Zrozumiał, że znalazł się blisko, gdy uczucie przyciągania ustało. Wyszeptał krótką formułkę, która miała go pokierować dalej, aż do celu. Różdżka w jego dłoni natychmiast przekręciła się w lewo i Harry podążył w tym kierunku, przygaszając światło, by nie zdradzić swojej obecności.
Niewiele widział. Z trudem rozróżniał kształty, a zielenie i brązy lasu ustąpiły różnym odcieniom czerni. Zatrzymywał się co kilka kroków, by się rozejrzeć. Zastygał w miejscu i trwał, patrząc w przestrzeń oraz upewniając się, że nic się nie poruszyło — korzeń szykujący się, by wciągnąć go do ciemnej nory, stworzenie czające się, by przegryźć jego tętnicę. Z każdym przystankiem czuł, jak powoli obezwładnia go paranoja, a zimne dreszcze i łaskotanie na karku — jakby ktoś go obserwował — nie znikały ani na chwilę.
Przystanął i zmrużył oczy. Z koncentracją wpatrywał się w ciemny kształt u podnóża drzewa — był zdecydowanie zbyt gruby jak na korzeń. Przypominał ludzką sylwetkę.
Chciał odetchnąć głęboko i zacisnąć powieki, ale obawiał się zamknąć oczy. Ruszył do przodu, ostrożnie stawiając stopy i bezgłośnym Nox gasząc światło. Zamarł kilka razy, zaniepokojony szelestem liści lub odległym jękiem przesuwającego się drewna.
Z bliska mógł rozróżnić dwie niedbale rozrzucone nogi, głowę bezwładnie opadłą na pierś, skulone ciało opierające się o pień. Podszedł bliżej i nadepnął na równą powierzchnię, zupełnie inną niż runo leśne. Odskoczył zaalarmowany i wycelował różdżką w ziemię. Nic wokół nawet nie drgnęło.
Odetchnął głęboko, zmuszając napięte mięśnie do rozluźnienia się. Wierzył, że dotarł na miejsce. Lumos, pomyślał i srebrzyste światło, udające księżycową poświatę rozjaśniło puszczę.
Łatwo rozpoznał ciało Nikolaja oraz porzucony dziennik na ziemi. Wyobrażał sobie, że nastolatek cisnął nim w ostatniej, rozpaczliwej próbie uwolnienia się, gdy już zrozumiał, że z każdym krokiem zbliżał się do swojej śmierci, a budzący zaufanie chłopiec odpisujący na jego wynurzenia nie dbał o jego nędzne życie ani przez chwilę.
— Jesteś tu, Tom? — zapytał niskim głosem, przeskakując wzrokiem z korzenia na korzeń i z drzewa na drzewo. Kostki jego dłoni zbielały od zbyt mocnego zaciskania palców na różdżce.
Zatoczył się do tyłu, gdy zobaczył parę szarawych oczu tuż przed sobą. Stłumił przekleństwo. Oparł się o najbliższe drzewo, dłonią macając chropowatą korę, jakby chcąc się upewnić, czy nie usunie mu się zza pleców.
Zjawa — miał przed sobą zjawę, półprzezroczyste widmo, które wpatrywało się w niego z uśmieszkiem.
— Przyszedłeś — powiedział. Miał całkiem przyjemny głos.
Harry wyprostował się.
— Oczywiście — mruknął w odpowiedzi. — Dlaczego miałbym teraz zrezygnować? — Nie mógł powiedzieć, że nie przyszedł pomóc, a zatrzymać Toma przed zniknięciem na dobre. Przyznanie się, że zamierzał go zatrzymać przy sobie, nie wydawało mu się inteligentnym zagraniem.
Tom przechylił lekko głowę, patrząc na Harry'ego spod rzęs, jakby znał sekret i wahał się, czy powinien go zdradzić.
— Mógłbyś stchórzyć — powiedział powoli. — Przestraszyć się konsekwencji, chcieć zapomnieć o współudziale w morderstwie. To nie byłoby — zawiesił głos — niezwykłe.
— Podjąłem decyzję. Raz. - I nie zamierzał podejmować jej po raz drugi, rozważać sprawy od nowa, wahać się. Mijałoby się z celem wątpić, gdy niemal wszystko zostało już zrobione.
— A rozważyłeś, że i dla mnie twoja obecność jest niewygodna? Przypadkowy świadek, któremu nie wiadomo, czy nie rozwiąże się język…
— Mógłbym opowiedzieć o tej nocy, tak. Choć nie wiem, czy po tym nie widywałbym aż do śmierci tylko murów Nurmengardu.
Milcząco mierzyli się spojrzeniami, żaden z nich nie był chętny, by mrugnąć, poddać się i ulec jako pierwszy.
— Pozbyłeś się mojego dziennika wyjątkowo nagle. Nie spodziewałem się nowego rozmówcy.
Z każdą chwilą Tom stawał się coraz bardziej rzeczywisty, światło przestawało przenikać przez niego jak przez ducha, a zaczynało się odbijać od ciemnych włosów, rysować głębokie cienie na przystojnej twarzy.
— Nie widziałem powodu, by dłużej czekać — wyjaśnił Harry. — Mam nadzieję, że dobrze wybrałem.
— Tak — potwierdził Tom. — Dobrze się spisał. — Skinął w stronę bezwładnego ciała obok, jakby Harry mógł zapomnieć, o kim mówili.
Uśmiechali się przez chwilę, dzieląc sekret. Tom rozkoszował się powracającą cielesnością, a Harry cieszył się, widząc, jak jego pragnienie dosłownie nabierało kształtów.
— Jak to jest — odezwał się Harry — odzyskiwać ciało po tylu latach?
— Niesamowicie — wyszeptał Tom z przejęciem. — Byłem bezsilny zbyt długo, pozbawiony możliwości odczuwania świata wokół... — Zatoczył rękami koło. — Nie doceniałem ilości informacji, które człowiek pozyskuje, po prostu będąc. Spędziłem lata bez docierających do mnie obrazów, dźwięków, zapachów, dotyków i nawet bym tego nie odczuł, gdybyś nie zaczął do mnie pisać. — Przymknął oczy.
— W jaki sposób to odbierałeś? Widziałeś kolejne słowa? Rozpoznałbyś mój charakter pisma? — zaciekawił się Harry.
Tom otworzył oczy i spojrzał na niego przenikliwie.
— Jakbym słyszał twój głos w moich myślach. — Dotknął skroni. — Od razu rozpoznałem, że to ty, gdy się odezwałeś.
Harry poczuł znajomą mieszankę niepokoju i ekscytacji. Chciał kontynuować, pogrywać z czarodziejem, któremu za knuta nie ufał.
— A pismo?
— Nie wiem. Chciałbyś coś dla mnie napisać, James? — Rozłożył ręce niby bezradny. — Wtedy się przekonamy.
— Może nie w tej chwili — mruknął Harry. Podszedł do nieruchomego Nikolaja i przykucnął. Chwycił jego ramię i uniósł. Tak jak przewidywał, było bezwładne.
— Jeszcze żyje — poinformował obojętnie Tom, gdy Harry sprawdzał oddech nastolatka. — Za chwilę będziesz mógł poczuć ostatnie uderzenia serca, jeśli cię to interesuje.
Harry przez chwilę rozważał ofertę, skuszony wizją tak intymnego doświadczenia czyjejś śmierci, ale moment później poczuł obrzydzenie, które aż wykrzywiło jego usta w grymas. Odsunął się. Nie dlatego to robił, nie z podłości i nie dla swojej rozrywki.
— O, teraz — stwierdził Tom, spoglądając w bok i w innej sytuacji Harry pomyślałby, że po prostu usiłuje sobie coś przypomnieć, a nie, że sięga świadomością po odległą sensację. — Jeszcze ze cztery minuty.
Tom podszedł do porzuconego ciała i pochylił się, by najpierw rozpiąć pas trzymający gruby, obszyty futrem płaszcz blisko ciała, a następnie rozchylić jego poły i ściągnąć go z ramion Nikolaja.
— Rozumiem, że to już koniec procesu? — zapytał Harry. — Odzyskałeś ciało na dobre?
— Tak — potwierdził Tom, narzucając na ramiona płaszcz. Był trochę za krótki, ale dobry w ramionach. Zapiął go. Wyciągnął różdżkę z kieszeni i eksperymentalnie nią machnął. Kiwnął głową z uznaniem, gdy nic się nie stało. — Już nie mam żadnego połączenia z dziennikiem — powiedział, wykrzywiając usta w uśmiech.
W następnej chwili obrócił się gwałtownie, a różdżka przecięła powietrze ze świstem. Klątwa trafiła czarną książeczkę z ogłuszającym trzaskiem. Całość rozpadła się na kilkanaście kawałków, które skręciły się i zwinęły w sobie, aż na ziemi nie zostało nic poza kilkoma ciemnymi skrawkami.
Gdy grymas wściekłości zniknął z twarzy Toma, zastąpiony dokładnie skonstruowaną maską obojętności, Harry wciąż celował w niego różdżką, zaalarmowany nagłym ruchem.
— Rozumiesz, James, nie mogłem na to patrzeć — stwierdził łagodnie.
Harry zmrużył podejrzliwie oczy, ale nie zadawał więcej pytań. Potrząsnął głową, niby zbywając sprawę. Machnięciem różdżki usztywnił i uniósł zwłoki w powietrze, jakby od początku było to jego zamiarem.
— Chodźmy — mruknął i jako pierwszy ruszył przed siebie.
Trup poszybował za nim, a kilka metrów dalej szedł Tom, który niechętnie dołączył do procesji. Gdyby nie trzask łamanych gałęzi Harry nie miałby pewności, czy Tom nie został z tyłu.
Nie spieszył się, żeby zakończyć wycieczkę po mrocznej puszczy. W pewien sposób rozkoszował się sytuacją. Serce podchodziło mu do gardła w odpowiedzi na każdy szelest. Nie sądził, że mógł upaść tak nisko. Bez namysłu złamać zasady, w które wierzył, a później napawać się sytuacją, wręcz wyczekiwać konsekwencji.
O nocy, która dała początek takiemu biegowi wydarzeń, myślał z rozczuleniem. Chciał być w tym miejscu, a obecność Toma tuż za nim sprawiała, że puchł z satysfakcji.
Dobrze, myślał z uśmieszkiem, manewrując między drzewami, tak miało być.
Nie zauważył, że dźwięki wydawane przez jego towarzysza ucichły. Nie zorientował się, że cokolwiek mogło być nie w porządku, dopóki nie poczuł uderzenia w plecy. Wygiął się w łuk, różdżka została wyrwana z jego dłoni. Niewidzialna siła odrzuciła go do przodu, aż wpadł na drzewo. Coś łupnęło i Harry nie wiedział, czy to tylko ciało spadło, czy jego czoło uderzyło o pień aż tak mocno. Expelliarmus, zrozumiał.
Poczuł czubek różdżki przy karku. Wypuścił powoli powietrze. Nie został związany, stwierdził, unosząc lekko ramiona, niby odsuwając się od zagrożenia.
— A teraz powiedz mi — wyszeptał Tom — dlaczego mi pomogłeś.
Krew szumiała mu w uszach, a serce dudniło tak głośno, że i drugi czarodziej musiał to słyszeć. Harry wygiął wargi, odzyskując uśmiech, który spłynął z jego twarzy przy nagłym uderzeniu. To nie strach tak na niego działał.
— Co takiego, Tom? — odpowiedział, obracając głowę tak, że mógł oprzeć się policzkiem o korę. Kątem oka widział kawałek ramienia Toma. — Myślałem, że wiesz?
— Nie lubię takich gierek, James — syknął, wbijając różdżkę mocniej w ciało. — Wiem, że powstrzymałeś smarkacza przed przekazaniem mi wartościowych informacji.
— A co chciałbyś wiedzieć? — Harry zdołał zabrzmieć, jakby był rozbawiony. Uniósł pytająco brwi, choć nie oczekiwał, by drugi zdołał to zobaczyć po ciemku. — To tylko dzieciak. Chyba nie oczekiwałeś, że będzie miał tak dobre pojęcie o funkcjonowaniu Imperium jak ja? Może chciałeś, żeby cię zabawił konwersacją i zawiódł? — Wydało mu się, że słyszał zgrzytanie zębów. — Albo jeszcze inaczej, zacząłeś go wypytywać, kim jestem, a on nie mógł ci udzielić odpowiedzi…
Ból spłynął od jego karku w dół, wzdłuż kręgosłupa, promieniując aż po koniuszki palców. Dłonie zaciskały się i otwierały spazmatycznie, mięśnie drgały konwulsyjnie. Poczuł przez chwilę każdy nerw w swoim ciele i miał wrażenie, że co do jednego chciały, skręcając się, przebić przez jego skórę i uciec na zewnątrz.
Dopiero gdy Tom zakończył klątwę, Harry zdołał zaczerpnąć tchu i żałosny jęk wydobył się z jego gardła. Spocony i z nogami jak z galarety upadłby, gdyby nie cis przed nim. Chciało mu się śmiać i nie próbował nawet powstrzymać ochrypłego rechotu od wydostania się na zewnątrz.
— To zastanawiające, że od początku mnie okłamywałeś. I niesamowicie głupie, bo nasz martwy przyjaciel nie znalazł żadnego Jamesa wśród uczniów starszych klas. — Tom mówił o wiele spokojniej niż wcześniej, zupełnie jakby komentował pogodę. — Niemal zacząłem wątpić, czy na pewno jesteśmy w Durmstrangu.
— Przykre — odparł Harry przez zaciśnięte zęby, wciąż dysząc. — Nigdy nie chciałem zachwiać twoją pewnością siebie.
W odpowiedzi przeszyła go kolejna klątwa. Tym razem tortura trwała dużo krócej, ale Harry i tak czuł, jakby miał wkrótce pokruszyć sobie zęby od ciągłego zaciskania szczęk. Zwinął dłoń w pięść, życząc sobie, by mógł owinąć palce wokół różdżki zamiast powietrza.
— Śmiejesz się ze mnie? — Nacisk na karku Harry'ego zniknął i Tom szarpnął go za ramię tak, że znalazł się plecami do drzewa. — Spójrz mi w oczy.
Szare, okolone ciemnymi rzęsami i wyraźnymi brwiami oczy i bez rozkazu przyciągnęłyby w końcu uwagę Harry'ego. Wyjątkowo ładne, pomyślał. W tle zabrzmiało jednak:
— Legilimens! — i Harry dosłownie nie mógł się od nich uwolnić, przykuty do ciemnych źrenic i nagle zalany falą wspomnień.
