3
Przez zmrużone oczy obserwował dwie rude dziewczynki, które szły kilka metrów przed nim, szepcząc do siebie z zapamiętaniem i ignorując jego obecność. „Nie możemy poważnie porozmawiać w twoim towarzystwie" powiedziała mu wcześniej jedna z nich – Cameron, a może Artis.
Ich matka, Teca Weasley, podążała za nimi razem z Lily Potter, żywo dyskutując, wskazując kolejne sklepy, które mijali, idąc wzdłuż Pokątnej i pozornie nie zwracając uwagi na dzieci. „Chłopcy są niedojrzali, kochane" pewnie powiedziała swoim córkom wcześniej.
To nie tak, że ciągnął je za włosy dla żartu, myślał kwaśno. Po prostu złapanie znicza było ważniejsze niż szarmanckie zachowanie, na jakie nalegała jego mama.
Wolał, gdy jego rodzice spotykali się z inną częścią rodziny Wealey'ów. Gra w eksplodującego durnia z Ronem i żarty z bliźniakami były dużo zabawniejsze. Tylko Ginny, która zawsze podglądała ich zza szopy na miotły, gdy wybierali się polatać, posyłała im dziwne spojrzenia. Harry czasami myślał, że lepiej byłoby, gdyby wreszcie sobie poszła albo do nich dołączyła.
Szopa składała się z ruchomych desek, które można było wyciągnąć i przez utworzoną dziurę przecisnąć się do środka bez otwierania zamkniętych łańcuchem drzwi. Zawsze musieli tylko później pamiętać, by otrzepać ubrania z kurzu i wyciągnąć pajęczyny spomiędzy włosów. W rogu pomieszczenia znajdowała się stara beczka po piwie, wciąż przesiąknięta zapachem napoju i wypełniona w trzech czwartych drobiazgami kolekcjonowanymi przez pana Weasley'a. Śrubki, druciki, metalowe plansze i figurki – można było spędzić godziny przebierając w tych skarbach. Molly nigdy nie zapomniała jednak na nich nawrzeszczeć, jeśli odkryła, że igrali „z niebezpieczną, mugolską technologią" jej męża, której nie pozwalała mu trzymać wewnątrz domu.
Piekła też najlepsze ciasta, jakie Harry kiedykolwiek jadł i zawsze strofowała jego mamę, udzielając jej porad i koniecznie chcąc pomóc w zostaniu najlepszą matką i przynajmniej dobrą gospodynią. To przez to wzajemne wizyty zdarzały się tak rzadko.
Lily spalała wszystkie ciasta. Jako słodkości mogli od niej co najwyżej dostać sok z owoców z ich ogrodu. „Tak jest zdrowiej" twierdziła, a James się śmiał i mówił, że przynajmniej nie będzie gruby.
Nie żałowała im jedzenia. Harry zawsze mógł wziąć tyle dokładek, ile zechciał, pod warunkiem, że za każdym razem zjadł też warzywa. Miska fasoli, sałaty, czy salaterka świeżo zebranych pomidorów w śmietanie były znajomym widokiem na ich stole.
Syriusz zostawał czasami na obiedzie, pytając „Po co tyle zieleniny, Lily? Wciąż czekam na mój stek" i kobieta udawała, że się na niego zamierza. Remus i Peter odwiedzali ich rzadziej, ale Harry'emu to nie przeszkadzało. Syriusz opowiadający niesamowite historie i zabierający go razem z ojcem do baru 'w sekrecie' był jego ulubionym wujkiem.
Pamiętał przejażdżkę latającym motocyklem. Lśniąca, czarna maszyna od początku budziła podziw Harry'ego. Przyglądał się z ciekawością licznym rurom i przyciskom, a Syriusz chwalił się, jak z Arturem dodali kolejną 'odjechaną' funkcję do całości. „Pali jak smok i zionie jak smok" mówił Syriusz z diabolicznym uśmieszkiem. „Przyspieszymy tak bardzo, że zostanie za nami prawdziwy ślad ognia. Jak za kometą." I Harry koniecznie chciał tego doświadczyć. Dlatego, gdy wsiadał na miejsce za Syriuszem nie był pewien, czy maszyna drży aż tak, czy może to on trzęsie się z ekscytacji. A potem rozległ się warkot, koła zaczęły się obracać i już się rozpędzali.
Harry zacisnął mocniej ręce wokół pasa Syriusza, gdy zauważył samochód na kolizyjnym kursie z nimi. Syriusz jednak tylko się śmiał, gdy odrywali się od ziemi tuż przed maską w akompaniamencie klaksonu. Przez szybę widzieli przerażoną twarz mugolskiego kierowcy i sytuacja wydała się Harry'emu komiczna, więc też zaczął się śmiać na całe gardło.
Lecieli nad rzędami domów, nad tłocznymi ulicami i nad koronami drzew. A kiedy znaleźli się na otwartej przestrzeni, Syriusz kazał mu się trzymać mocno i już nurkowali z oszałamiającą prędkością. Czuł, jak lodowaty wiatr smaga jego odsłoniętą twarz i dłonie, szarpie włosami i połami płaszcza, jakby chcąc go rozpiąć. Serce tłukło się w jego piersi, a ziemia zbliżała coraz bardziej. Zderzymy się, myślał, ale Syriusz poderwał ich w ostatniej chwili do góry.
Podobne emocje mógł przeżyć jeszcze tylko na miotle.
„Wznieśmy się jeszcze wyżej" proponował, okrążając najwyższą wieżę Durmstrangu razem z Sergiejem i Arnoldem. Zrobili tak, śmiejąc się i zapewniając o swojej nadchodzącej wygranej w wyścigu. A później runęli w dół, w stronę pokrytego grubą warstwą śniegu boiska do quidditcha, zmuszając swoje miotły do osiągnięcia najwyższej możliwej prędkości i wciąż myśląc „Szybciej, jeszcze trochę...". A potem, cudem unikając zderzenia z ziemią, mknęli wzdłuż trybun, by ostro odbić w górę tuż przed ścianą drzew. Byli we trójkę. A później jeszcze była Alina, która czekała na nich przy wyznaczonej mecie i wywrzaskiwała nazwisko zwycięzcy, gdy wytracali już prędkość. Powiew rozdmuchiwał jej włosy i odwijał szalik, a ona uśmiechała się do nich z ekscytacją, jakby też wzięła właśnie udział w wyścigu, jakby wręcz wygrała.
Harry wierzył, że Alina szczególnie lubiła, gdy to on wygrywał. I ta myśl sprawiała, że starał się jeszcze bardziej – dla tego zadowolenia, dla uśmiechu, który rozjaśniał całą twarz. Była ładna, stwierdzał w duchu, nie śmiąc powiedzieć tego na głos. Nie był jednak nieczuły na bystre oczy, usta proszące o pocałunek ani szczupłe ciało. Myślał, że jej krótkie kręcone włosy miały odcień najbardziej kojarzący się z masłem czekoladowym, a ozdobiona ręcznie robionymi naszyjnikami z rzemyków szyja była naprawdę elegancka. Urocza, myślał.
Pamiętał wspólny śmiech, dyskusje nad wyciągniętymi z najciemniejszych zakamarków biblioteki książkami i siedzenie do późna. Tak jak wtedy w świetlicy, gdy byli pochyleni nad stolikiem do szachów tak, że łatwo mogliby sięgnąć do swoich ramion. Wymieniali komentarze nad powoli rozgrywaną partią i długie spojrzenia, przez które sytuacja wydawała się prywatna, mimo kilku osób wciąż pozostających w pomieszczeniu. A gdy w końcu naprawdę zostali sami, figury rozsypały się na poruszonym blacie, gdy Alina siadała na jego kolanach, zaczepiając o stolik za sobą. Nie zwracali uwagi na figury spadające na ziemię.
Szepty i krótkie uściski, gdy mijali się na korytarzu, sekrety dzielone tylko między sobą.
Ze szczegółami pamiętał, jak rysował ciemnoczerwone linie na jasnych, nagich plecach, gdy Alina klęczała na leśnym runie, podtrzymując włosy już przyozdobionymi we wzory ciągnące pokrywające już niemal całe ciało. Przed nią leżał rozpłatany wilk, a zapach świeżej krwi wciąż unosił się w powietrzu. Harry nie wiedział, jak zdołał opanować drżenie rąk.
– Tak naprawdę nie umrze – powiedziała Alina, odwracając się do niego z uśmiechem, gdy zaczął nanosić symbole w okolicach jej krzyża – dopóki ja żyję.
Spojrzał wtedy na potężną bestię, którą zabiła – porośniętego gęstym, szarawym futrem basiora – i wciąż nie mógł odegnać żalu. Tak jak wcześniej zwierzę wzbudzało zachwyt, tak martwe przywoływało tylko litość. Powiedział jej o tym.
– Szkoda, że to tak wspaniały wilk musiał zginąć.
Potrząsnęła głową.
– Mówiłam ci. I zaraz zobaczysz, że on nie przepadnie. – Sięgnęła by pogładzić bok basiora i Harry zastanawiał się, czy wciąż był ciepły. – Nie chciałabym związać się z czymś słabym.
Później wstała, a Harry odsunął się aż do linii drzew. Nie protestował, gdy prosiła go o pomoc przy przygotowaniach i nie zamierzał jej przeszkadzać, gdy przymierzała się do przeprowadzenia rytuału. Pozwolił krwi stygnąć na palcach, lepkiej i nieprzyjemnej. Patrzył, jak symbole zaczęły pozornie wżerać się w skórę, a ciało przekształcać i tracić człowieczeństwo. Sierść wystrzeliła z porów, paznokcie wykrzywiły się i stwardniały w pazury. Chciał zamknąć oczy, ale patrzył milcząco.
Pamiętał zimny nos przy dłoni, jęk zgniatanego drewna, gdy zacisnęła na gałęzi szczęki, by przetestować ich siłę.
Karkaroff potraktował Alinę z wyjątkową pogardą za to, w czym Harry jej pomógł. Stał wtedy przy jej boku, milczący i oczekujący swojej reprymendy. Nie nadeszła.
– Obrzydliwe – powiedział, patrząc tylko na młodą czarownicę.
Sosnowa różdżka Aliny leżała do tej pory na blacie dyrektorskiego biurka. Karkaroff sięgnął jednak po nią i przez chwilę tylko trzymał przez sobą, zaciskając dłonie na dwóch końcach. A potem rozległ się trzask i różdżka była w kawałkach.
Harry wzdrygnął się. Odwrócił wzrok, tylko by napotkać twarz oniemiałej z szoku Aliny – ze łzami spływającymi po policzkach i rozchylonymi ustami. Słyszał świst, gdy uszło z niej całe powietrze, spazmatyczną próbę chwycenia następnego oddechu.
– To było chore, co zrobiła – skomentował później jeden z ich kolegów z rocznika. Alina w tym czasie pakowała walizki. – Słusznie ją wyrzucają...
Harry nie był świadomy, kiedy przeszedł od milczącego piorunowania nastolatka wzrokiem do sięgania do jego gardła.
– Powiedz jeszcze słowo – zaczął, wyciągając rękę z iście wężową szybkością...
I zacisnął palce na realnym materiale kołnierza Toma Riddle'a, z furią wpatrując się w parę rozszerzonych ze zdumienia oczu i czując na skórze chłód nocnego powietrza. Cienie przeszłości, które otaczały go jeszcze chwilę wcześniej zniknęły, zastąpione rzeczywistością ze wszystkimi szczegółami.
– Widziałeś to? – zapytał zwodniczo cicho.
– Alina, tak? – Tom uśmiechnął się drwiąco. – Była twoją dziewczyną?
Zabrzmiał trzask, gdy pięść Harry'ego spotkała się z jego nosem. Tom jęknął z zaskoczeniem i zatoczyłby się do tyłu, gdyby Harry znów nie szarpnął go do przodu. Tylko jego dłoń powędrowała do góry.
Złość sprawiła, że Harry nie czuł siły kryjącej się za uderzeniem – wkładanej w nie energii, oporu tłuczonej chrząstki ani impetu rozchodzącego się wzdłuż jego własnych kości. Za lekko, pomyślał, poprawiając z boku, skurwysyn zasługuje na gorsze. Ale głowę Toma aż obróciło, a obficie kapiąca z jego nosa krew rozchlapała się wokół, plamiąc ubrania i osiadając pojedynczymi kroplami na odsłoniętych twarzach.
– Co zrobiłeś? – zapytał Harry z tym samym spokojem w głosie. Pchnął drugiego czarodzieja na najbliższe drzewo, aż ten stuknął ciemieniem o pień, odwracając ich pozycje sprzed chwili.
Tom skupił na nim prawdziwie mordercze spojrzenie i splunął. Ślina mieszała się krwią.
– Chciałbyś wiedzieć, co? – wycharczał. Krew pociekła obficiej, barwiąc na ciemno jego usta i podbródek.
Harry poczuł muśnięcie końca różdżki przy żebrach i bez wahania uderzył, odrzucając ramię w bok. Klątwa poleciała między drzewa, a Tom rzucił się na niego, wykorzystując, że na moment się odsłonił. Obnażał przy tym zęby w paskudnym grymasie.
Zacisnął kościste palce na gardle Harry'ego, wpadając na niego z impetem. Obaj runęli na ziemię, choć to Harry przyjął cały impet – i zaczął się śmiać, pozbawiony tchu, ale zdolny do walki. Wbił pięty w podłoże, wierzgając. Poczuł w odpowiedzi kolano na udzie, boleśnie wbijające się w ciało, aż syknął z bólu.
Czuł opór palców na grdyce, gdy przełknął ślinę, prawie prychając śmiechem - bo już nie czuł powagi sytuacji. Powstrzymał się, nie chcąc przygryźć sobie języka, gdyby dostał w szczękę. Ciężar tuż nad nim, gorąco rozchodzące się aż po wcześniej kostniejące dłonie przy wysiłku i ostro kontrastujący z nim chłód ziemi przenikający przez warstwy ubrań na łydkach, pośladkach i łopatkach – to wszystko sprawiało, że czuł się prawdziwie obecny w swoim ciele.
Dostrzegł chłód w oczach skupionych na jego twarzy i uśmiechnął się drwiąco tylko po to, by drugi to zobaczył. Na ślepo sięgnął do jego gardła, korzystając z faktu, że Tom nie miał jak się obronić, podpierając się na wolnej ręce.
Pociągnął go do przodu, pozbawiając go równowagi i natychmiast wykorzystując szansę. Przetoczył się na górę, kolana wciskając w brzuch Toma tak, by nie mógł się ruszyć ani złapać tchu. Chwycił go ciasno za prawy nadgarstek, uniemożliwiając mu użycie różdżki.
Riddle wciąż miał wyraz zaskoczenia na twarzy widoczny w prawie nieobecnym grymasie sprzed chwili, rozchylonych wargach, gdy Harry nachylił się do niego.
– Tom – zaczął przeciągle – jeśli chciałeś się znaleźć pode mną wystarczyło poprosić. – Wyszczerzył się w nieprzyjaznym uśmiechu. – Jestem tak zaangażowany w pomoc, że to byłoby naprawdę niewielkie poświęcenie z mojej strony.
Tom spojrzał na niego z pogardą.
– Tak mi pomagasz?
– Tylko tak mi pozwalasz.
Harry przesunął się i Tom sapnął z bólu.
– Planowałem pomóc ci się wydostać za tereny Durmstrangu w przeciągu kilku dni – powiedział Harry bez cienia emocji w głosie. – Oczywiście wciąż mogę to zrobić.
I w ten sposób wracamy do punktu wyjścia, pomyślał Harry. Zastygły bez ruchu zaczynał na powrót czuć chłód, nieprzyjemne powiewy wiatru wślizgujące się za kołnierz i przenikające aż do kości, słyszeć szelest liści niezagłuszany dłużej przez łomotanie serca.
Dopiero po dłuższej chwili otrzymał odpowiedź:
– Dobrze – syknął Tom.
I choć Harry spodziewał się, że czarodziej nie patrzyłby mu w oczy, przyjmując w końcu pomoc, że wręcz odrzuciłby ją przez dumę, to Tom mierzył go wzrokiem przenikliwie, zachłannie, jakby chciał go rozebrać na części i dopiero wtedy zniszczyć każdą z nich.
Poluzował chwyt na jego nadgarstku i przesunął dłoń, aż mógł wysunąć różdżkę spomiędzy palców Toma. Czarodziej pozwolił mu na to bez oporu i Harry cofnął się, uwalniając go. Nie mógł powstrzymać podejrzliwości pojawiającej się w odpowiedzi na tę nagłą uległość, ponieważ to mogła być tylko manipulacja albo fortel.
Przywołał swoją własną różdżkę i przez chwilę się wahał, czy nie zatrzymać obu przy sobie. W końcu jednak zwrócił różdżkę Nikolaja Tomowi. Okazanie zaufania było jego własnym oszustwem.
W pierwszej kolejności Tom zatamował krwotok i pozbył się zasychającej krwi z twarzy.
– Musimy się zająć ciałem – poinformował go Harry.
– Transmutuj je w kamień – mruknął Tom, otrzepując ubrania.
Harry zmrużył oczy z niezadowoleniem. Decyzję o skazaniu Nikolaja na śmierć podjął z cynicznym przeświadczeniem, że wszystko ma swoją cenę i tym razem za jego pragnienie zapłaci ktoś inny. Wypadało pamiętać o tym choć chwilę dłużej, jak nie zapomniałby natychmiast dobrowolnie wyświadczonej przysługi.
Priorytetem wciąż pozostawało też uniknięcie kary.
– Żeby zmieniło się z powrotem w nieprzewidzianym momencie? Wolałbym pozbyć się go na stałe, zamiast ryzykować, że grupa z Durmstrangu znajdzie za jakiś czas półzgniłego trupa.
Tom zacisnął wargi w wąską linię.
– I jakie to ma znaczenie? – zapytał. – Dawno nas tu nie będzie.
– Takie – zaczął mówić Harry, unosząc trupa w powietrze – że bez ciała wielu uzna, że szczęśliwie gdzieś zniknął.
Tom wzruszył ramionami.
– Powtórzę: już dawno nas tu nie będzie – oświadczył wyjątkowo wyraźnie. – A teraz powinniśmy się stąd wynieść. Mam nadzieję, że twoja oferta pomocy to więcej niż puste słowa i masz coś przygotowanego.
– Wyniesiemy się – zgodził się Harry – jak zajmiemy się ciałem. – Nie zamierzał się ugiąć.
– Co za strata czasu! – prychnął Tom, wpychając dłonie w kieszenie płaszcza. – Wyślij je w niebyt! Zakop! Spal! A może zamierzasz zacząć płakać i wygłosić mowę pogrzebową?
– Nie.
Stali przez chwilę w pełnym napięciu milczeniu. Nie mogli nawet dobrze zmierzyć się wzrokiem, ledwo widząc swoje twarze po ciemku.
– Pójdziesz przede mną – stwierdził w końcu Harry. – W tamtą stronę. – Machnął ręką w stronę ściany drzew.
– Dobrze – burknął Tom, rzucając Lumos i natychmiast ruszając we wskazanym kierunku. – Ciekawe, że dopiero teraz zebrało ci się na ostrożność, James. – Obejrzał się przez ramię i Harry podejrzewał, że uśmiechał się przy tym złośliwie. – Tyle czasu uważałeś, by mi za dużo nie powiedzieć, a gdy wreszcie się spotkaliśmy wypadło ci to z głowy.
– Uważam cały czas, Tom. Zaskoczyłeś mnie. – Ruszył za nim. Co chwilę odrywał się od obserwowania otoczenia i w zamian uważnie patrzył na tył lekko pochylonej głowy Toma, proste plecy i luźno zwisające wzdłuż boków ręce. Wyczulony na najmniejszą zmianę, nagłe zwolnienie kroku, zesztywnienie nadgarstka czy ramion, czuł się, jakby jego zmysły były rozciągane we wszystkie strony naraz aż do granic pęknięcia. – Zaatakować swojego jedynego sojusznika w nieznanej sytuacji... Na to bym nie wpadł.
Tom zaśmiał się. Dźwięk rozszedł się po lesie i wrócił z echem. Z daleka doszło ich odpowiadające skrzeczenie i Harry poczuł, jak jeży mu się włos na karku.
– Nie wpadłbyś, James, na to, że nie wiem, czy jesteś sojusznikiem? Nie zrobiłeś nic, co dałoby mi pewność. Zrobiłeś więcej, bym zaczął wątpić! – oświadczył z przesadnym dramatyzmem. – Wyobraź sobie, James, że zaatakowałem nieznanego mi człowieka, który mógł chcieć zaprowadzić mnie na moją śmierć... Po co przyłożyłeś rękę do mojego powrotu do życia? Wciąż tego nie wiem.
– A jednak idziesz tam, gdzie cię kieruję.
– Idę, owszem. – To stwierdzenie pozbawione było jakichkolwiek emocji, suche jak chrust.
Harry poczuł, jak mimowolny uśmiech wykrzywia jego wargi, a satysfakcja rozchodzi się po jego ciele falą ciepła. Osiągnął swój cel – ostrożne dawkowanie informacji opłaciło się i Tom nie miał innego wyboru jak za nim podążyć, nie znając świata, w którym się znalazł. I Harry zamierzał się nacieszyć jego obecnością, powiedzieć wszystko, czym wcześniej nie mógł się podzielić, a czego ujawnienie stało się teraz dopuszczalne.
– Trochę bardziej w lewo.
Tom zaczął zwalniać. Z daleka Harry słyszał, jak głośno zaciągał się powietrzem. Smród stęchłej wody i zgnilizny stawał się coraz silniejszy, aż w końcu przesycał powietrze równie mocno co zapach żywicy.
– Co to jest? – W jego głosie zabrzmiała mieszanka obrzydzenia i niepokoju.
– Bajoro – odpowiedział spokojnie Harry. – Widzisz już wodę? Lepiej nie zbliżać się za bardzo.
Snop światła przesunął się najpierw w lewo, później w prawo, a na koniec Tom skierował go na ziemię.
– Widzę, światło się od czegoś odbija – stwierdził, zatrzymując się. – Rozumiem, że jesteśmy na miejscu?
Harry szybko zrównał się z nim.
– Mogę wiedzieć, po co tu przyszliśmy? – zażądał Tom.
– Zaraz zobaczysz – obiecał Harry, ruszając do przodu, między drzewa, aż w końcu nieruchoma tafla znalazła się przed nim, zamiast prześwitywać między drzewami, a on stanął na pokrytym szlamem brzegu. Czuł, jak jego podeszwy zapadają się z każdym krokiem.
– Nocna kąpiel, James? Jeszcze trochę i będziesz po kostki w tym syfie. – Tom nie ruszył się ze swojego miejsca. – Merlinie, czemu to tak cuchnie?
Harry nie odpowiedział. Zamiast tego pokierował ciałem tak, że znalazło się tuż nad wodą. Powoli je opuścił, centymetr po centymetrze, aż w końcu dotknęło gładkiej powierzchni, a nieprzyjemną ciszę przerwał plusk.
Toń oświetlona tylko zaklęciem wydawała się wręcz czarna. Po powierzchni pływały liczne paprochy i gdyby nie one, sprawiałaby wrażenie pokrytej czarną folią. Wrażenie prysło, gdy coś jasnego poruszyło się pod wodą.
Harry przerwał czar, a Tom zbliżył się cicho i zatrzymał tuż za jego plecami.
– Co do cholery... – zaczął.
Z bajora wystrzeliła zielonkawa, szponiasta dłoń, rozchlapując wokół wodę. Zacisnęła się na ramieniu Nikolaja, ciągnąc go w głąb.
Z drugiej strony wynurzyła się postać – odwrócona do nich plecami, mogli jednak wyraźnie zobaczyć łysą, łuskowatą głowę. Zabrzmiał skrzekliwy rechot, a potem stworzenie rzuciło się na trupa, by po chwili oderwać się z głośnym mlaśnięciem.
Szpony dwóch walczących między sobą rusałek, bo właśnie je mieli przed sobą, rozcinały ciało, żłobiąc głębokie bruzdy, a zalewająca skórę krew sprawiała, że kolejne fragmenty zlewały się z ciemną wodą. Pluśnięcia i skrzeki przez chwilę zakłócały ciszę, a gdy która z bestii znikała pod wodą, mogli zobaczyć brakujące fragmenty ciała, a może raczej czarne dziury, których szczegóły osłaniała ciemność.
Harry zmusił się, by nie odrywać wzroku. Czuł, że był tyle Nikolajowi winien – nie odwrócić się.
Tom przyglądał się temu z fascynacją.
– Tyle musi wystarczyć za pogrzeb – mruknął Harry, gdy okrutnie okaleczone ciało na dobre zniknęło pod powierzchnią i wokół znów nastała cisza.
– Pogrzeb? – zawtórował mu Tom.
– Tak. – Kiwnął głową. – Teraz ta sprawa jest... – przełknął gulę w gardle – zamknięta.
Tom obrócił się w stronę Harry'ego, wpatrując się w niego tak intensywnie, jakby siłą woli mógł zmusić drugiego do obrócenia się i pokazania więcej niż zniekształcony głębokimi cieniami profil.
– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że żałujesz? – Tom właściwie wypluł ostatnie słowo.
Harry zacisnął i rozprostował dłonie, prawie wypuszczając przy tym różdżkę. Otworzył usta, by coś powiedzieć, zrezygnował jednak. Odetchnął głęboko i zmusił się do szczerej odpowiedzi.
– Wiedziałem, co robię – powiedział powoli – i jakie będą konsekwencje. Widzę, jak bardzo paskudne, obrzydliwe i podłe jest to, że... – nie dokończył. – Nienawidzę tego, rozumiesz, Tom? To wbrew wszystkiemu, w co wierzę. Ale zrobiłbym tym jeszcze raz, gdybym musiał!
Poczuł dłoń na ramieniu.
– Nie zgadłbym, patrząc na ciebie – mruknął Tom.
Harry obrócił się tak, że znaleźli się twarzą w twarz.
– Takie decyzje podejmuje się tylko raz – stwierdził miękko Harry, odzyskując spokój. – Nie miałem po co się wahać, czym się gorączkować, bo wszystko już zostało zdecydowane.
– Nie wyrzucam ci spokoju, James.
– Nie... Wiem, Tom. Pora, żebyśmy rzeczywiście się stąd wynieśli.
Ciekawa jestem, co sądzicie o początku rozdziału? Długo się zastanawiałam, jak opisać ciąg myśli/wspomnień.
