4

— Harry James Potter — przeczytał szeptem Tom, zatrzymując się przed drzwiami do pokoju Harry'ego. Różdżką oświetlał wiszącą na nich tabliczkę z imieniem i nazwiskiem zapisanym małą, pochyłą czcionką.

— Zdaje się, że jeszcze się nie przedstawiłem — powiedział Harry i oparł się o ścianę obok.

Tom obrócił się w jego stronę.

— To szokujące — zaczął powoli — na ile sposobów mnie okłamałeś. Musiałeś włożyć w to dużo myśli.

Harry rozłożył ręce.

— Może i tak — mruknął na odczepnego. — Wejdźmy do środka, co? Pozwól, że otworzę drzwi.

Odepchnął się do od ściany, a gdy Tom ustąpił mu miejsca, podszedł bliżej i różdżką stuknął o framugę. Nacisnął klamkę i drzwi otworzyły się bez oporu. Cofnął się o krok, dłonią wskazując wnętrze pokoju:

— Zapraszam — powiedział.

Tom zmrużył oczy i wszedł do środka. W pierwszej kolejności omiótł światłem wszystkie powierzchnie, ściany i kąty, omijając tylko okno. Harry nie łudził się, że jego pokój mógł zrobić na kimś wrażenie. Nie mógł.

— To klitka — stwierdził.

— Owszem — potwierdził Harry.

Całą dostępną przestrzeń zajmowało wąskie łóżko ustawione wzdłuż ściany i biurko przy wejściu. Wolny był tylko niewielki kwadrat podłogi, na którym mogły się zmieścić nie więcej niż trzy stojące osoby.

— Nie widzę szafy — stwierdził Tom. Wszedł w końcu do pomieszczenia, a Harry podążył zaraz za nim, natychmiast zamykając drzwi.

— Pod łóżkiem jest skrzynia — wyjaśnił. — Chyba nie oczekiwałeś luksusów?

— Nie. — Tom zmarszczył brwi. — Ale nie podejrzewałem też, że będzie aż tak klaustrofobicznie.

Harry odwiesił płaszcz na jeden z przytwierdzonych do ściany haków i zdjął buty, zanim opadł ciężko na materac.

— Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza za bardzo. — Stłumił ziewnięcie. Adrenalina powoli opadała, a w zamian wracało zmęczenie. — Musimy się zmieścić przez dzień czy dwa. — Przesunął się dalej, aż siedząc po turecku, opierał się o ścianę.

— Jaki jest twój plan? — Tom rozpiął tylko płaszcz i przycupnął sztywno na samym brzegu łóżka. Dłonie ułożył płasko na kolanach.

— Stworzę świstoklik. To zajmie chwilę, rozumiesz.

— Dokąd mnie wyślesz? — Wpatrywał się w Harry'ego uważnie, nie mrugając.

— Do Szkocji, a może do Anglii... Gdzieś na Wyspy Brytyjskie. Chyba że chciałbyś trafić gdzie indziej? — Zamilkł na chwilę. — Muszę jutro wstać. Jak chcesz, to możesz tak siedzieć całą noc, ale ja zamierzam się położyć.

— Oczekujesz, że gdzie będę spać? — zapytał Tom. Obserwował, jak Harry pozbył się szaty, odsłaniając piżamę, po czym odłożył okulary na biurko.

Harry spojrzał w końcu na niego, choć bez szkieł drugi czarodziej zmienił się w rozmazaną plamę, ciemny kształt na tle białych ścian — choć nie zgadłby, że taki jest ich kolor, gdyby nie widział ich za dnia. W nocy wszystko wydawało się szaro-czarne.

— Och, gdzie chcesz — stwierdził, wsuwając się pod kołdrę. — Zmieścisz się obok mnie, ale oczywiście możesz zająć podłogę, jeśli dzielenie łóżka ci przeszkadza.

Położył się, nie zamknął jednak od razu oczu, czekając, co drugi zrobi. Tom skręcił głowę, by spojrzeć na biurko, które zajmowało większość przestrzeni. Nie mogli poszerzyć łóżka, zwyczajnie nie było na to miejsca.

— Zimna podłoga? Kuszące — stwierdził miękko Tom, z ledwo słyszalnym niezadowoleniem w głosie. Rozebrał się jednak i uniósł przykrycie, zajmując miejsce przy samym brzegu. Ułożył się ostrożnie, ani razu nie dotykając przy tym Harry'ego — musiał specjalnie na to uważać, ponieważ ich ciała dzieliły zaledwie centymetry.

Tak jak Harry się spodziewał, Tom ustawił swoje buty równo, tuż przy ścianie, a płaszcz i szatę wygładził przed powieszeniem.

Nie był senny. I leżąc twarzą w twarz z Tomem, wciąż z otwartymi oczami, zaczynał się zastanawiać nad życiem, jakie mógł podjąć drugi po opuszczeniu terenów Durmstrangu. Myśleć, w jaki sposób i on mógłby się w nim znaleźć.

— Ile czasu spędziłeś uwięziony w dzienniku? — zapytał, decydując w końcu, jakich informacji najbardziej potrzebował.

— Hmm — mruknął Tom. — To było — w jego głosie zabrzmiało zgorzknienie — dokładnie pięćdziesiąt pięć lat. Dlaczego pytasz?

— Po prostu zastanawiam się... Dużo cię ominęło, Tom. Mogłeś być świadkiem przejęcia władzy przez Grindelwalda, ale nie... I gdyby Tom Marvolo Riddle pojawił się po tylu latach niezmieniony, wielu ludzi zażądałoby wyjaśnień, prawda?

— Nie wiem, co się stało z ludźmi, których znałem. Może wszyscy nie żyją — stwierdził Tom obojętnie.

Harry czuł jego oddech na twarzy. W głowie dudniło mu tylko jedno pytanie — „Co się stało z Tomem Riddle'em, który żył po stworzeniu horkruksa?". Chciał wiedzieć, czy może wciąż żył gdzieś daleko, powoli się starzejąc albo i nie. Albo czy gdzieś stał grób z nazwiskiem, którego Tom nie mógł przyjąć po raz drugi.

— Jeśli żyją, ktoś może cię rozpoznać — zauważył. — Zobaczyć cię i pomyśleć: on wygląda dokładnie jak chłopak, z którym chodziłem do Hogwartu pięćdziesiąt lat temu!

Tom nie zareagował w pierwszej chwili.

— Mógłbyś dla mnie sprawdzić, co się stało z ludźmi, których dawniej znałem? — poprosił cicho, pochylając głowę nieco bardziej w stronę Harry'ego. Gdyby było jaśniej, drugi zostałby potraktowany spojrzeniem spod rzęs. — Chciałbym wiedzieć, czy może któryś z moich przyjaciół wciąż żyje.

— Oczywiście — zgodził się od razu Harry. Nie tego dokładnie chciał się dowiedzieć, ale i taka wiedza mogła mu się przydać. — Zapisz mi rano ich nazwiska. Postaram się czegoś dowiedzieć.

Prorok dawniej prowadził kolumnę z nekrologami — mruknął Tom.

Prorok? Co to? — Zmienił pozycję, podpierając głowę na ramieniu.

— Gazeta. Już jej nie wydają? — zapytał pospiesznie Tom. — Skoro nie jesteśmy w Wielkiej Brytanii, może po prostu nie dociera tutaj...

— Nie — przerwał mu Harry. — Goniec Imperialny jest dostarczany do każdego zakątka Imperium. Nigdy nie słyszałem o innym dzienniku, który warto by było prenumerować.

Następne słowa zostały wypowiedziane wolniej, rozważniej.

— A czy Goniec Imperialny prowadzi kolumnę nekrologów? Moi przyjaciele pochodzili z ważnych rodzin, ich nazwiska należą do tych, które powinny zostać podane do wiadomości publicznej.

Nazwiska jak Malfoyowie?, zastanawiał się Harry. Wspomniał Tomowi, od kogo dostał dziennik. Żaden z nich jednak nie wiedział, jak przedmiot tam trafił — kto go zaniósł do Abraxasa Malfoya, czy sam Tom, czy ktoś inny. I jak długo miał tam w zamyśle pozostać, czemu właśnie w tej posiadłości?

— Prowadzi. Sprawdzę to, oczywiście. Może nawet mamy w archiwum tego Proroka.

Prorok codzienny to pełna nazwa — wyjaśnił Tom. — Doceniam, że chcesz to dla mnie zrobić, James... Harry — poprawił się.

Harry wyszczerzył się w uśmiechu i zapytał:

— Zamierzasz się podać za swojego odległego krewnego? Wnuka? Jeśli twoja linia nie wymarła, to może być kłopotliwe.

— Nie wiem jeszcze.

Harry zapadł w końcu w niespokojny sen, przytulony do chłodnej ściany i z poduszką uciekającą spod głowy.

-xxx-

Powoli zyskiwał świadomość, zaczynał czuć dotyk pościeli na skórze, słyszeć szelest przewracanych kartek. Zmusił się, by unieść ciężkie od snu powieki i wysunąć rękę spod nagrzanej kołdry. Sięgnął po okulary i nieco krzywo założył je na nos.

Wcześniej pusty fragment podłogi zajmował fotel. Siedział w nim Tom zajęty przeglądaniem podręczników Harry'ego. Wszystkie oprócz tego, nad którym akurat się pochylał, wisiały w powietrzu.

Harry przeciągnął się leniwie, usiłując rozruszać zastałe mięśnie. Niechcący wysunął stopę spod przykrycia i natychmiast skulił się w sobie, kryjąc się przed zimnem.

— Znalazłeś tam coś ciekawego? — zagadnął i ponieważ były to pierwsze słowa, jakie wypowiedział tego ranka, jego głos brzmiał chrapliwie.

— Bardzo wiele ciekawych rzeczy — odpowiedział Tom i pokazał Harry'emu grzbiet książki. „Wstęp do struktur i funkcjonowania armii na terenie Imperium. Część trzecia" brzmiał jej tytuł. — To raczej fascynujące, z ilu różnych pozycji można wejść we współpracę z rządem. Aurorzy, armia, politycy… I to wszystko jedynie najbardziej powierzchowna część wielkiej machiny.

W odpowiedzi Harry powiedział pierwszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy:

— Mój ojciec jako auror zarządza Dystryktem Godryckim. — Ziewnął w poduszkę.

Tom uniósł głowę, by na niego spojrzeć.

— Czyli jest człowiekiem Grindelwalda. To dlatego planujesz dołączyć do armii? By kontynuować rodzinną tradycję?

— Nie, nie jest. Ojciec tylko z nimi współpracuje. — Nawet zaspany był w stanie dostrzec, ile zainteresowania obudził w jego rozmówcy ten temat. — Nie wszyscy komendanci, znaczy nadzorcy okręgów, to ludzie Grindelwalda. - Urwał na chwilę i po namyśle kontynuował: — Brytania zawsze była zarządzana dość swobodnie, inaczej niż reszta Prefektury Galii. Od lat nie ma nikogo na pozycji inspektora Brytanii, kto zarządzałby wyspami jako całością. — Poczuł się hojnie, dzieląc się tyloma informacjami naraz.

— Z reguły ktoś stoi na czele państwa? I prefektury?

— Taak — wymamrotał w poszewkę. Tom miał pecha, że nie trafił na część pierwszą, która wyjaśniała wszystko od podstaw. — Nie wiadomo, o co chodzi z Brytanią. Prefektura ma swojego prefekta, ale hmm… O ile centrala traktuje nas jako część Prefektury Galii i rozkazy od nich wpływają na nas jak na inne państwa, to prefekt nie ma za wiele do powiedzenia. Hierarchia strasznie się rozjeżdża w tym miejscu.

— Dlaczego?

— Tego nikt ci nie powie. Jakieś stare sprawy, których jeszcze nikt nie odkręcił — wyjaśnił. Irytował go brak informacji. — A może po prostu kontrolowanie każdego komendanta z osobna jest zbyt trudne dla prefekta, gdy się go nie boją?

Podejrzewał, że ostatni inspektor nie tylko miał konszachty z komendantami, ale też z centralą, prawdopodobnie chcąc przejąć pozycję prefekta.

— W jaki sposób wybiera się zarządców okręgów? — Tom już dawno odłożył książkę i słuchał tylko Harry'ego.

— Zwykle po prostu delegują kogoś z centrali, najczęściej wojskowego, o ile jakiś polityk nie zażyczy sobie podległego mi minipaństewka. Ci są najgorsi. Wiem, że mojego ojca wybrali, ponieważ chcieli kogoś miejscowego i związanego z wymiarem sprawiedliwości. Najwyraźniej nadawał się najlepiej.

— Chodzi o utrzymanie porządku? — zgadł Tom.

— Mniej więcej. Albo o to, by nie zapomnieć o mugolach żyjących w okolicy. Politykom i cywilom się zdarzało. A aurorzy muszą ich pilnować jak wszystkich, chociaż większością spraw zajmują się ich własne służby. — Zerknął na zegarek. — Pora, żebym się ruszył. Chcesz coś szczególnego ze śniadania? Może akurat będzie.

Wygrzebał się z łóżka i wstał — musiał się przy tym opierać o oparcie fotela i krawędź biurka. Machnięciem różdżki przywołał czyste ubrania ze skrzyni.

— Nie, chyba nie mam ochoty na nic konkretnego. Chyba że mógłbyś przynieść mi coś do czytania? Chciałbym wiedzieć więcej o Imperium. Najlepiej coś historycznego, Harry.

Senność całkiem go już opuściła. Uświadomił sobie, że przyniesienie czegoś o historii Imperium było jednym z tych gestów, które, choć w pewnym sensie działały na jego korzyść, to nie były dobrowolne.

— Jeśli zdążę. Napisałeś mi listę nazwisk?

— Zaraz napiszę.

Tom musiał wstać i usunąć fotel, by Harry zdołał wyjść na korytarz.

-xxx-

Abraksas Malfoy znalazł się na liście. Harry rozpoznał jeszcze kilka nazwisk rodów związanych z niemal zapomnianą, ale wciąż obecną ideą czystości krwi, choć z żadnym z nich nie miał nigdy bliższego kontaktu.

Stojąc w bibliotece na środku przejścia i wahając się, w którą stronę skręcić, uświadomił sobie, że nie wiedział nawet, od czego zacząć. Najbardziej jednak uderzyła go inna myśl — nie przygotował się. Mógł napisać do Draco całe miesiące wcześniej z prośbą o wyszukanie informacji o Tomie Riddle'u w kronikach Hogwartu, znaleźć wymówkę, która wytłumaczyłaby odpowiednio taką prośbę. Nie wpadł na to w porę.

Skręcił w stronę działu historii. Półka poświęcona wydarzeniom ostatniego stulecia znajdowała się na samym dole i musiał uklęknąć, by przyjrzeć się tytułom zebranych na niej książek. Wyciągnął kilka z nich, rozsiadł się na podłodze, opierając plecami o regał i zaczął przeglądać kolejne indeksy w poszukiwaniu hasła „Tom Riddle", którego bezowocnie wypatrywał już wcześniej, lub któregokolwiek z wymienionych na liście nazwisk.

W nosie zaczęło go kręcić od unoszącego się ze starych, pożółkłych stronic kurzu, oczy boleć od wlepiania się w wyblakłe, często zatarte litery, a wciąż nie natrafił na ani jedną wzmiankę, która by mu pomogła. Zdołał za to rozciąć sobie palec o krawędź jednej z kartek.

W końcu zatrzasnął książkę, wzbijając przy tym chmurę kurzu w powietrze i ze zrezygnowaną miną oparł głowę o regał. Niechętnie sprawdził godzinę — wiedział, że było późno jeszcze zanim zobaczył, gdzie na tarczy znajdowały się wskazówki — i zmusił się, by zebrać i odłożyć rozrzucone wokół tomy. Podniósł się z podłogi i otrzepał szatę.

Po krótkim namyśle wybrał „Od poddaństwa do cesarstwa", pamiętając, że książka podkreślała zmiany wprowadzone przez Grindelwalda aż do przesady. Po drodze zajrzał do jadalni, skąd wziął dzbanek z herbatą i kubek, który zamierzał zduplikować.

W pokoju zastał Toma wciąż pochylonego nad jego podręcznikiem do Przygotowania do armii. Młodzieniec uniósł głowę, gdy wszedł do środka i zdobył się na uprzejmy uśmiech.

— Sprawdziłem nazwiska — oznajmił Harry, odkładając kolejne przedmioty na blat biurka, a na końcu wypakowując swoją szkolną torbę. — I przyniosłem ci książkę.

Tom sięgnął po nią w pierwszej kolejności i z miejsca zaczął ją kartkować. Uniósł brwi na tytuł.

— I czego się dowiedziałeś, Harry? — zapytał w końcu, kierując uwagę na Harry'ego.

Harry nie spieszył się z odpowiedzią, najpierw dbając o to, by obaj mieli po kubku i nalewając sobie herbaty. Dopiero gdy to zrobił i usiadł na łóżku, zdobył się na lakoniczną odpowiedź:

— Niczego.

Obserwował twarz Toma, gdy to mówił. Nie umknęło mu zdumienie, które wywołał tym stwierdzeniem.

— Niczego nie dokonali?

— Spodziewałeś się, że stanie się inaczej? Że dokonają czegoś wielkiego w swoich życiach, że staną się na tyle znaczący, by ktoś o nich wspomniał w podręcznikach historii? — mówił Harry monotonnie, niechętnie.

— Tak, choć może się zmienili od czasu, gdy się z nimi znałem.

— Nie znalazłem też twojego nazwiska — zauważył Harry niby mimochodem, pilnując, by nic w jego głosie nie zdradziło, ile wagi przywiązywał do tego pytania. Kątem oka zerknął na twarz Toma. Inaczej niż się spodziewał, nie zobaczył tam zaskoczenia. — Czym planowałeś się zająć po ukończeniu Hogwartu?

Tom wyraźnie się rozluźnił, słysząc to pytanie. Zmienił pozycję tak, że półleżał na łóżku, podparty na łokciach.

— Polityką — odparł z uśmieszkiem i błyskiem w oku, niemal jakby opowiedział żart. Harry jednak nie widział w tym humoru, a Tom kontynuował z pasją w głosie: — Od kiedy tylko znalazłem się w czarodziejskim świecie, raz po raz spotykałem się z rzeczami, które wymagały... zmian. I gdy tylko dotarło do mnie, co jest przyczyną takiej sytuacji, kolejnych błędów w systemie edukacji i rządzie, zrozumiałem, że nie mogę tak po prostu pozwolić, by ta choroba dalej trawiła nasz świat — mówił. — Uświadomiłem sobie, że jeśli się nie zaangażuję, nie wprowadzę potrzebnych zmian własnoręcznie, to nigdy one nie nastąpią.

Harry słuchał go uważnie i gdy skończył, od razu zapytał:

— Co chciałbyś zmienić?

Tom aż usiadł prosto i pochylił się w stronę Harry'ego.

— Świat, Harry — powiedział z przekonaniem. — Powiedziałeś mi, że Grindelwald pozwolił zająć czarodziejom należne im miejsce, że przerwał cykl zakłamania, strachu i upokorzenia... Ale ja chciałbym więcej, chciałbym zadbać o sprawiedliwość, której inaczej nigdy nie otrzymamy, upewnić się, że mugole, których Grindelwald nie zgniótł, nie zatrują naszej egzystencji...

Harry zmrużył oczy.

— Sprawiedliwość? — powtórzył, ponieważ choć słowa Toma brzmiały niesamowicie przekonująco i chciał go słuchać i słuchać, to jednak obudził się w nim jakiś opór, który kazał mu podać ich sens w wątpliwość, poprosić o wyjaśnienie, co dokładnie było nie tak z systemem Grindelwalda, który Harry tak popierał. — Nie rozumiem, Tom, gdzie widzisz niesprawiedliwość?

Tom uśmiechnął się do niego z satysfakcją.

— Sprawiedliwość to pojęcie tak mgliste, że bez odniesienia do konkretnego przypadku nie ma sensu o nim wspominać... — zaczął mówić.

— Prawo zapewnia sprawiedliwość — przerwał mu Harry. — Jeśli chcesz zlekceważyć moralność — zawsze łatwo o wymówki, wiem — to następnym kryterium jest prawo.

— Nie dbam o to, czy prawo jest przestrzegane, Harry — oświadczył Tom — ani o to, co ono mówi. Jest tylko kolejną zasłoną, konstruktem, za którym można się ukryć i z pomocą którego można wytłumaczyć swoje akcje. Prawo nie wspomina o mojej sytuacji — zaintonował zmienionym głosem, robiąc karykaturalnie obrażoną minę. — To zupełnie nie w porządku, żebym miał zostać ukarany w imię jakichś przedawnionych przepisów... — parodiował dalej.

Harry uniósł dłoń.

— Może i ludzie nie rozumieją prawa, a ty nawet go nie znasz — powiedział spokojnie — ale ono ma sens. Imperium nie jest skorumpowane.

— Nie jest? — Tom uniósł brwi.

— Nie jest — zapewnił Harry. — Systemowi można zarzucić wiele rzeczy, można znaleźć wiele dziur w historii, ale nie rządzą nim ludzie goniący za osobistymi korzyściami.

Boleśnie uderzyła go świadomość, że z zapałem bronił zasad, które dopiero co nagiął, by spełnić swoje własne, samolubne pragnienia i pomóc Tomowi odzyskać ciało. Przymknął już na nie oko, gdy Alina podjęła się swoich eksperymentów. Tym razem był jednak czynnym uczestnikiem wydarzeń, a nie przygotował nawet wymówek, którymi mógłby usprawiedliwić swoje działania.

— Wystarcza ci, że nie musimy się ukrywać z magią, prawda, Harry? — zapytał Tom. — Też się cieszę, że nikt dłużej nie wymaga od nas, byśmy traktowali nasz talent jak wstydliwy sekret, ale przecież całe pokolenia magów nie miały tego przywileju. Nie powinniśmy o nich tak łatwo zapominać — stwierdził ze zwodniczą łagodnością.

— Czego innego byś oczekiwał? Kary za grzechy przodków? Tak według ciebie powinniśmy potraktować mugoli? — Harry uniósł brwi i widać po nim było, jak nieprawdopodobne wydawało mu się, że Tom mógłby powiedzieć tak.

Drugi czarodziej kiwnął jednak głową bez najmniejszego zachowania. Wyraz powagi i szczerości malował się na jego twarzy.

— Puścić naszą historię w niepamięć… To bluźnierstwo. — Zmrużył oczy. — Zdaję sobie sprawę, że jesteś świadomy, czego się przeciw nam dopuścili. Jak z nas szydzili i mordowali najbardziej bezbronnych, niedołężnych i niewyszkolonych spośród nas. Dzieci bez najgorzej dopasowanej różdżki, starców niezdolnych podnieść ręki, wioskowe wiedźmy przekonane o dobrej woli ludzi wokół nich, dopóki nie obudziły ich płomienie.

Harry znał ten mroczny obraz, historie pogrzebane przez czas i wstyd, ponieważ mugole od lat byli traktowani z pobłażaniem. Tak samo słyszał o pozbawionych magii ciałach lądujących w kotłach i klatkach.

— Wystarczy, że wielu z nich traktuje nas teraz niemal jak bogów — stwierdził cicho. — Nazywają Grindelwalda cesarzem, jak dawniej określali swoich władców, a co niektórzy twierdzą, że jego władza płynie od Boga. — Zauważył, jak pogarda na moment przysłoniła cienień twarz Toma.

— I czy bogowie nie powinni być sprawiedliwi? Czy ich wierni nie powinni zasłużyć na wybaczenie? — zapytał nisko Tom.

— Nie wierzę w niepotrzebne okrucieństwo. — Harry pokręcił powoli głową z bladym uśmiechem na ustach. — Karząc ich, nic byśmy nie zmienili. To byłoby złe.

— Strach — Tom zaintonował to słowo z adoracją — jest najlepszą gwarancją posłuszeństwa. Jeśli boją się ciebie i kochają, nie odważą się choćby próbować uwolnić się spod twojego jarzma.

Bogowie grożący straszliwym gniewem zawsze otrzymywali hojniejsze ofiary i Harry rozumiał tę logikę, choć wolałby dostrzec w niej błąd.

— Życzyłbyś sobie ciągłego strachu z ich strony? Bezsensownie. Prawo rysuje granicę, od której przekraczania powstrzymuje ich obawa przed czekającymi po drugiej stronie konsekwencjami. Zatarcie jej nie byłoby rozsądne.

Tom uśmiechnął się na to przebiegle.

— Wiem, o czym myślisz, Harry. Wyobrażasz sobie, że łamanie prawa nie wywoływałoby już tego dreszczu emocji, że desperacja mogłaby pchnąć ich do radykalnych czynów. — Zawiesił głos. — Strach po prostu byłby głębszy. Możesz wejść do jeziora, gdzie woda sięga ci po pas i bać się wpaść w dziurę. A możesz wejść do takiego, gdzie pokrywa cię aż po ramiona i czując ciągły niepokój wciąż nie chcieć schować się aż po głowę…

— I gdzie w tym cel? — zażądał Harry.

— Nie zasługują na komfort poczucia bezpieczeństwa, którego zapewnienie uważasz za tak rozsądne — wytłumaczył. — Dla nas ta drobna zmiana nie zrobiłaby różnicy.

— Tym bardziej nie widzę powodu, dla którego mógłbyś uważać taki scenariusz za lepszy.

— Mówiłem ci — stwierdził Tom — że zasługują na karę. I na pewno by ją otrzymali. Zupełnie z własnej winy. Zasłużyliby na nią raz i drugi… a później jeszcze raz.

Harry zamrugał, zmagając się ze słowami, które nie chciały nadejść, a tym bardziej ułożyć się w przekonujące argumenty.

— Nie mogę dyskutować z twoim poczuciem krzywdy — zaczął i Tom wykrzywił się na to stwierdzenie, ponieważ na pewno nie chciał słyszeć o swoich doświadczeniach z sierocińcem i wojną podczas dyskusji ideologicznej — ale nie sądzę, żeby tak było sprawiedliwie. Dla mnie byłoby wręcz na odwrót.

Tom mierzył go chłodnym kalkulującym spojrzeniem, nie zdradzając już żadnej emocji wyrazem swojej twarzy, a Harry'ego ogarnęło nagłe zmęczenie. Zerknął na zegarek, dopił resztkę herbaty, podniósł się i przeciągnął. Poruszone stawy strzyknęły nieprzyjemnie.

— Wrócę za jakiś czas — oznajmił.

Tom potwierdził ledwo zauważalnym ruchem głowy, że słyszał i Harry wyszedł z pokoju, nie oglądając się. Przystanął kilka metrów dalej w ciemnym, opustoszałym korytarzu z rzędami drzwi po obu stronach prowadzących do takich samych klitek jak ta zajmowana przez niego.

Przymknął na chwilę oczy, zbierając siły i uspakajając rozpędzone myśli.

Nie czuł dzielącej ich odległości, gdy zasłaniał się szczelną barierą kłamstewek i niedopowiedzeń. Teraz jednak gdy ta ściana zniknęła, a dystans pozostał, odczuwał o wiele dotkliwiej, że nie mógł się do Toma emocjonalnie zbliżyć. Powoli, z każdą chwilą spędzoną z czarodziejem wydawał mu się on dużo mniej ludzki, a bardziej nieprzystępny, choć zyskał ciało, znalazł się dosłownie w zasięgu ręki.

Westchnął nad swoimi zawiedzionymi oczekiwaniami i ruszył przed siebie. Jego przyjaciele, Arnold i Sergiej, czekali na końcu korytarza, gdzie stały kanapy, niski stolik i najpewniej już leżała przetasowana talia kart.

Dosiadł się do nich, uświadamiając sobie, że jeśli chciał Toma kiedykolwiek zobaczyć po odpaleniu świstoklika, to został mu niecały dzień, by dać mu powód do ponownego pojawienia się.

Z pogodnym wyrazem twarzy i bez trudu śmiejąc się z opowiadanych żartów, zabrał się za rozdawania kart. Ponure, obsesyjne myśli nie pokazały się na zewnątrz ani na chwilę.


AN: Mam nadzieję, że pierwsza partia informacji o świecie przedstawionym was nie zawiodła. Podział administracyjny nie jest pewnie szczegółem, który otrzymał najwięcej uwagi, ale będzie wspomniany jeszcze kilka razy, więc po zebraniu wygląda to tak: Imperium dzieli się na prefektury (zazwyczaj czuwa nad każdą z nich prefekt). Prefektury dzielą się na inspektoraty (wszystkie oprócz Inspektoratu Brytanii mają swojego inspektora i stanowią odpowiednik państwa). Inspektoraty dzielą się na okręgi i za każdy okrąg odpowiada jeden komendant, który sprawuje też nadrzędną władzę nad wszystkimi mugolskimi strukturami na swoim terenie.

Życzcie mi powodzenia na maturze.