6
— Świetnie. Nie ma zatem powodu, żebym dłużej zwlekał — stwierdził Tom, opuszczając rękaw szaty i tym samym zasłaniając ozdobę. — Zdołasz mnie wyprowadzić i przed zmrokiem, tak?
Harry mógł to zrobić nawet zaraz. Zdołali dojść do porozumienia i zakończyć przygotowania w bardzo dogodnym czasie. Kiwnął głową, milcząco zwijając i wiążąc mapę. Tom nie musiał się pakować; wystarczyło, by narzucił na siebie płaszcz.
Harry odłożył rulon na biurko i zwrócił się do swojego gościa:
— Wstań, proszę.
Tom niemrawo ruszył się z miejsca i podszedł do okna. Na zewnątrz wciąż było na tyle jasno, że nikt nie mógł zobaczyć go z dziedzińca. W tym czasie Harry wyciągnął spod łóżka miotłę i resztę ekwipunku potrzebnego do gry w quidditcha.
— Niedługo mam trening — stwierdził, ściągając szatę przez głowę. Materiał przez chwilę tłumił jego słowa, nie na tyle jednak, by stały się niezrozumiałe. — Nikogo nie zdziwi, jeśli nieco nadrobię drogi i przed udaniem się do szatni zahaczę o las. — Bez skrępowania ściągnął z siebie koszulę i spodnie. Przerzucił je niechlujnie przez oparcie krzesła. Zaraz zaczął wciągać na siebie ocieplany kombinezon miotlarski.
Nie minęło dużo czasu, zanim był gotowy do wyjścia, z porządnie zawiązanymi butami, szatą zapiętą aż pod szyję, dokładnie zawiniętym szalikiem i rękawicami w torbie.
— Zaklęcie kameleona będzie wystarczające? — zapytał Tom. Stał przy drzwiach z różdżką w dłoni.
— Nie sądzę.
— Co zatem proponujesz? — Tom zmrużył oczy, a jego palce zacisnęły się mocniej na drewnie.
Harry sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął stamtąd połyskliwy, lejący materiał. Niewątpliwie był ściśnięty przez długi czas, jednak nie pojawiły się na nim żadne zagniecenia. Choć kawałek płaszcza, który tkanina powinna przysłaniać, pozostał widoczny, to dłoń Harry'ego już nie.
— Peleryna-Niewidka — oświadczył w ramach wyjaśnienia. — Chciałbym, żebyś ją na siebie założył i trzymał się blisko mnie. — Podał artefakt drugiemu czarodziejowi. Ten przyglądał mu się przez chwilę, ważąc tkaninę między palcami i obracając w różne strony. W końcu narzucił ją na ramiona, a później na głowę. W tym czasie Harry mówił dalej: — Najlepiej by było, gdybyś się mnie chwycił. Musimy przejść razem przez kilka par drzwi. Jeśli kogoś potrącisz, lepiej żeby to wyglądało na moją winę.
Nie było potrzeby dyskutować o tym dalej. Harry niespiesznie wyszedł na korytarz. Tom się go nie złapał, ale czarodziej poczuł krótkie muśnięcie peleryny na dłoni świadczące, że trzymał się blisko.
Na dworze przywitał go znajomy, szczypiący w twarz chłód. Zaciągnął się wilgotnym, mroźnym powietrzem.
Zastanawiał się, czy Tom wciąż szedł za nim. Walczył momentami z chęcią obejrzenia się za siebie. I tak nic by nie zobaczył, to byłby próżny wysiłek.
Dobre pomysły jak zawsze przychodziły po czasie i dlatego dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie musiał wręczać Tomowi świstoklika już w pokoju. Mógł z tym poczekać, aż dotrą na miejsce. Nie musiałby się wtedy obawiać, że czarodziej zniknie bez pożegnania i z jego Peleryną-Niewidką.
Z każdym krokiem robiło się ciszej. Uczniowie zazwyczaj zadowalali się wyjściem na dziedziniec. Mało był skłonny zapuszczać się pod niebezpieczny las.
Tom szedł zbyt cicho i znajdował się zbyt daleko w tyle, by Harry mógł usłyszeć jego kroki albo przyspieszony od szybkiego marszu oddech.
Kiedy weszli między drzewa, nierówny teren zmusił ich, by zwolnili. Harry zaczął się otwarcie rozglądać wokół. Wątpił, by ktokolwiek znajdował się w okolicy. Nie zmniejszyło to jednak jego czujności ani nie skłoniło go do przerwania ciszy.
Dopiero gdy znaleźli się u celu, odezwał się:
— Tom?
Zwolnił i w końcu się zatrzymał.
— Za tobą. — Dobiegł go głos drugiego.
Harry odwrócił się, spodziewając się dostrzec Toma tuż przed sobą. Nikogo tam jednak nie było. Zmarszczył brwi. Szybko zauważył ruch kilka metrów dalej, gdzie Tom ściągnął z siebie Pelerynę. Zrobił to ze złośliwym uśmieszkiem, którego wcale nie krył.
Może lubił mi kazać czekać dla odmiany, zgadywał Harry.
— Minęliśmy już granicę barier — powiedział. Zbliżył się do drugiego czarodzieja i wyciągnął wyczekująco rękę.
Tom oddał Pelerynę bez protestu. Na tym kończyły się formalności i Harry uświadomił sobie, że nie wiedział co powiedzieć. „Do zobaczenia niedługo", „Uważaj na siebie" i wszystkie inne formułki wydawały mu się głupie i nieodpowiednie.
Patrzyli na siebie przez chwilę. W końcu Tom kiwnął głową, jakby potwierdzając jakieś niewypowiedziane słowa i wyłowił z kieszeni różdżkę.
— Poinformuję cię listownie, gdy ustalę już wszystkie najważniejsze fakty — powiedział Tom.
Harry odetchnął z ulgą.
— Dobrze.
Zabrzmiało to poważniej niż chciał. Nieruchomo, z trudnym do odczytania wyrazem oczu obserwował, jak Tom bez dalszej zwłoki ustawił się na środku polany. Bez jednego spojrzenia w jego stronę stuknął końcem różdżki w bransoletę.
Harry został sam. Przeczesał włosy w nerwowym geście, przetarł kąciki oczu i zacisnął na chwilę palce na grzbiecie nosa. W końcu powoli wypuścił oddech i nie zdradzając już żadnych oznak zdenerwowania, ruszył w stronę boiska do quidditcha.
-xxx-
Trening quidditcha był jak zawsze pozytywnie wyczerpujący. Harry miał wrażenie, że przeszywający wiatr wywiał z jego głowy wszystkie rozpraszające myśli. Teraz, gdy Toma już nie było w jego pokoju, zamierzał wyciągnąć się na łóżku, dając odpocząć mięśniom i otworzyć wreszcie jedną z książek, z którymi potrzebował się zapoznać przed egzaminami.
Zmarszczył brwi, wchodząc do skrzydła mieszkalnego. Panowała tam zupełnie niecharakterystyczna dla tej części twierdzy cisza, a w przestrzeniach wspólnych nie było żywej duszy. Z samego końca korytarza widział, że drzwi to dormitoriów były pootwierane na oścież.
Nie skłoniło go to, by zawrócić. Jeśli już to przyspieszył, chcąc jak najszybciej domaszerować do swojego pokoju. Kolejne pomieszczenia, które mijał znajdowały się w tym samym stanie nieładu. Kołdry krzywo leżały na łóżkach, książki zamiast być porozkładane tworzyły identyczne, niedbałe sterty, a firanki jeśli ktoś je w ogóle u siebie zawiesił, były zsunięte na bok.
W przeciwieństwie do innych, jego pokój nie był pusty. Zatrzymał się w progu, barkiem opierając się o futrynę. Trafił w sam środek przeszukania.
Karkaroff wraz z bibliotekarzem – Martin Eichel, tak się nazywał – wyraźnie próbowali coś znaleźć. Dyrektor Durmstrangu obstukiwał różdżką ramę otwartego na oścież okna, co wyjaśniało chłód na piętrze. Eichel zdawał się badać ścianę. Wszystkie rzeczy Harry'ego dryfowały w powietrzu, wyciągnięte ze swoich prawowitych miejsc i dokładnie na widoku.
— Nie wydaje mi się, żebym czymś sobie zasłużył na taki brak poszanowania mojej prywatności. – Pozwolił torbie z rzeczami na trening zsunąć się z ramienia na podłogę.
Karkaroff odwrócił się w jego stronę.
— Potter – warknął – nie słyszałeś, że nikogo ma tu nie być, dopóki nie skończymy? Nie możesz być taki jak wszyscy, co?
— Najwyraźniej ktoś zapomniał mnie o tym poinformować, dyrektorze. – Z miną bez wyrazu i zmrużonymi oczami wbijał wzrok w starszego czarodzieja. Brzmiał spokojnie.
— Teraz już wiesz, Potter. Przeszkadzasz nam, więc może wróć się łaskawie na dół – machnął niecierpliwie ręką w generalnym kierunku, gdzie znajdowały się schody – i siedź tam jak twoi koledzy i koleżanki.
— Ależ dyrektorze… Nie rozumiem, czemu mój pokój miałby być przetrząsany w ten sposób.
Eichel zarechotał.
— Przetrząsany, Potter? Choćby dlatego, że to twój pokój rozbierzemy go wręcz na części. – Łypnął na ucznia ciemnymi, paciorkowatymi oczami. Na twarzy okolonej potężną, czarną brodą i pod mocnymi brwiami wydawały się wręcz czarne, złowrogie.
Ręce, które wcześniej trzymał luźno opuszczone ze swobodnie rozprostowanymi palcami, jakby wcale nie chciał sięgnąć po różdżkę, skrzyżował na piersi. Z całej siły wbił paznokcie we własne ramiona, marszcząc przy tym lekko materiał szaty.
— Nie uważa pan, że to niesprawiedliwe traktowanie?
Karkaroff spojrzał na niego niemal z rozbawieniem.
— Potter – uśmiechnął się kwaśno – ponieważ cię tu niedługo nie będzie, powiem coś tylko do twojej informacji. – Płynnym ruchem schował różdżkę do kieszeni szaty i zbliżył się do Harry'ego. Gdy znaleźli się o krok od siebie, pochylił się tak, że brodą łaskotał młodszego czarodzieja po ramieniu. — Te pieprzone alarmy nie dzwoniły przez całe dekady. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak kurewsko trudno je uruchomić. – Odsunął się. – Ostatnio udało się tego dokonać, pomyślmy… twojej przyjaciółeczce! Może teraz przyszła kolej na ciebie?
— Pozazdrościłeś jej osiągnięcia… — zasugerował Eichel. Na powrót wydawał się znudzony i zaraz wrócił do swojego poprzedniego zajęcia.
Harry przyjął to bez drgnienia powieki; bardziej w tej chwili przypominał posąg niż człowieka, tyle emocji widniało na jego twarzy. Świstoklik, myślał, dzisiaj zrobiliśmy tylko świstoklik.
Starał się zepchnąć na skraj świadomości nagłe zrozumienie, jak znaleźli Alinę, dzięki czemu w ogóle wiedzieli, by szukać teraz Toma. Gdybym tylko wiedział – zaczynało brzmieć w jego głowie raz po raz i był pewien, że ta wątpliwość, że mógłby zapobiec wyrzuceniu Aliny, nie da mu już nigdy spokoju. Wbijał głębiej paznokcie w ciało i gdyby jego skóry nie chronił materiał szaty, już dawno krew rozlałaby się w ciemne półksiężyce.
— Czy coś się dzisiaj stało? Uruchomiły się alarmy?
— Nie dzisiaj, chłopcze. – Ostatnie słowo zabrzmiało wręcz obraźliwie w ustach dyrektora. – Dwie noce temu.
— Dlaczego w takim razie przeszukanie odbywa się dzisiaj? – Marszczył brwi w szczerym niezrozumieniu.
To było tak jakby specjalnie czekali, dając sprawcy szansę na ucieczkę. Czemu nie zająć się sprawą od razu? Tylko dzięki tej zwłoce Tom zdołał uciec.
— Jesteś naiwny? – Karkaroff uniósł wysoko brwi i wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. Niektóre z nich były złote. – Dzisiaj zyskaliśmy pewność, że to jeden z uczniów.
Mierzyli się wzrokiem milcząco – jeden zadowolony a drugi całkiem obojętny.
— Rozumiem – powiedział Harry. – Nie będę zatem przeszkadzał. Nie chciałbym, by inny sprawca został potraktowany łagodniej. – Odwrócił się na pięcie i ruszył powoli – dużo wolniej niż zwykle — w stronę schodów.
Przykro mi, że tak krótko, ale trzeba było 'zamknąć' dotychczasowe wydarzenia, zanim przejdziemy do następnego etapu, chyba można to tak nazwać. Kolejne rozdziały powinny już być normalnej długości. I tak, pojawią się.
