Niebawem ustalili rodzaj codziennej rutyny, podobnej do tej jaką mieli w Paryżu. Dzień zaczynali o ósmej, idąc na około godzinny spacer z psami po okolicy. Hermiona chętnie mu towarzyszyła, bo prędko zakochała się w pięknie otoczenia, a poza tym chciała spędzać chwilę z nim i psami, które skradły jej serce. O dziewiątej jedli śniadanie i po śniadaniu Gellert szedł albo do swojego gabinetu, albo do piwnic i zajmował swoimi sprawami, w które nie wtajemniczał Hermiony. Hermiona szła do biblioteki i czytała książki jakie jej polecał: czy to o historii magii, czy o naturze samej magii czy o czarnej magii wreszcie. Chciał by wiedział czym są obskurusy i skąd się biorą, tak samo by zrozumiała pewne zwyczaje z ich świata. Nie miała nic przeciwko nauce.

Lunch czasem jedli razem, a czasem oddzielnie w zależności od zajęć Gellerta. Spotykali się za to na podwieczorku i mieli wówczas czas dla siebie. Szli na spacer z psami, ale też trenowali oklumencję oraz czarną magię. Gellert teraz co najmniej co drugi dzień trenował z Hermioną w specjalnie przygotowanym pokoju w piwnicy. Nie był zadowolony z jej postępów w nauce oklumencji, twierdząc, że niestety nie ma ku temu wielkiego talentu. Na szczęście lepiej sobie radziła z czarną magią.

- Masz w sobie wiele emocji, to przeszkadza w oklumencji, ale pomaga nieraz w czarnej magii – tłumaczył – teraz musisz umieć się bronić, siebie i przyjaciół.

Ona zaś tylko kiwała i zawzięcie ćwiczyła. Przerabiał z nią nie tylko zaklęcia czarnej magii, ale też podstawowe obronne jak zaklęcie tarczy. Tłumaczył, że musi znać podstawowe zabezpieczenia, nim zaatakuje. Ci, co nie pamiętają o tym źle kończą. Ucząc ją uroków opowiadał też o przeciw urokach, ucząc na zasadach urok – przeciw urok tak by miała możliwie najszersze pojęcie o sprawie.

Zaczął też nauczać o pojedynkach, ale nie takich jak w szkolnym klubie, ale prawdziwych. Chciał by była gotowa, znała zasady ponieważ na pewno zostanie celem ataku i musi umieć odpowiedzieć na takowy. Przed pojedynkiem ustalali jakie rzucą zaklęcia, bo jak mawiał chce ją uczyć a nie cisnąć nią o matę. A nie miała wątpliwości, że tak zrobi, skoro bez wysiłku pozabijał śmierciożerców jak Notta czy Travers. Znaczy ci dwa byli martwi, ale nie wiadomo, czy Traversa zabił Gellert czy Albus odbijając klątwę uśmiercającą mieczem. Nie żeby to miało znaczenia, ale „rzeź w departamencie tajemnic" jak nazwano spotkanie śmierciożerców odbiła się szerokim echem. Niespecjalnie żałowano tych, co poszli tam z zamiarem walki z dziećmi, a sam Lucjusz i Antonin, zeznający co zaszło nie potrafili czasem powiedzieć kogo zabił „Harry Potter" a kogo dyrektor.

Hermiona wiedziała, że ci ludzie zrobili by jej okropne rzeczy ponieważ ma rodziców mugoli. Dlatego uczyła się naprawdę paskudnych klątw od Gellerta, rozumiejąc dzięki niemu, że albo ona uszkodzi ich, albo oni ją. W innej rzeczywistości miałaby obiekcje, ale nie w tej, nie kiedy Gellert mówił jej takie rzeczy aksamitnym szeptem. Nie mogła tego wiedzieć, ale stawała się coraz bardziej mroczna jak na towarzyszkę czarnoksiężnika przystało. Nie, nie uważała siebie za złą, bo nigdy nie użyje swej wiedzy by gnębić niewinnych wzorem Malfoya, nigdy nie zrani przypadkowej ofiary. Ale jak jakiś skurwiel podniesie różdżkę na nią, albo Rona, albo Harry'ego albo Ginny to pożałuje tego. Ci ludzie z ubawieniem patrzyli na Voldemort torturuje Harry'ego, dziecko przecież, Cruciatusem i z pomocą tego zaklęcia pozbawili zmysłów rodziców Neville'a. Gellert przekonał ją, by okazała im tyle zmiłowania, ile oni swoim ofiarom. „To jest sprawiedliwe Hermiono" – szeptał jedwabiście – „pomyśl o Harrym czy rodzicach tego chłopca Longbottoma, pomyśl, ile wycierpieli, czy jest uczciwym wobec nich by okazać miłosierdzie ich oprawcom? Czy to ich nie zachęci by dalej ranić? Pomyśl o bezbronnych i ich chroń" – kontynuował a ona jak gąbka chłonęła jego idee.

Patrzył na nią, kiedy wychodziła z przyległej do głównej sypialni łazience. W staromodnej, wiązanej na piersiach koszuli nocnej wyglądała na nieco starszą niż w rzeczywistości, ale jemu to nie przeszkadzało. Tak samo jak nie miał nic przeciwko związanym lekko włosom. Patrzył na nią z uśmiechem, świadomy, że uczynił z niej mroczną czarownicę w niespełna rok. Ćwiczyła czarną magię z zapałem pozbawionym wątpliwości zapałem. Jeszcze o tym nie wiedziała, ale była mroczna. Tak jak jej ciało topniało pod wpływem jego dotyku, tak umysł topniał pod wpływem jego idei. Naprostował poglądy swej młodej kochanki, a teraz, cóż niebawem nauczy ją jak rzucać Cruciatusa.

Na razie jednak zajmował się czymś innym. Miał wysoki poziom męskich potrzeb i teraz z lubością je na niej realizował. Czuł jak rozbudził niej namiętność, wyczuwał jej gotowość ledwie zaczął masować zręcznymi palcami jej brzuch i inne, bardziej wrażliwe miejsca. Absolutnie nie uważał by istniały kobiety niechętne na zbliżenia, a najwyżej niechętne na zbliżenie z określonym czarodziejem lub czarownicą lub z określonych warunkach. A miał dość wiedzy by zgadnąć, że młoda, niepewna siebie czarownica potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, tam samo jak potrzebowała tego słodka Quennie. Z Hermioną poszło mu naprawdę szybko, prawie tak szybko jak Vindą. Ale z Vindą znajdował porozumienie wyłączenie w alkowie, ponieważ fanatyczna czystej krwi, jawnie mówiąca o masowych mordach mugoli i wywyższająca się nad innych zniechęcała potencjalnych rekrutów. Była zaangażowana i zakochana w nim, a raczej w jego obrazie, na zabój to jednak pasowała mentalnie bardziej do Voldemorta niż dla niego. Nigdy nie planował masowo mordować mugoli, wolał po prostu nimi rządzić i korzystać z ich dorobku, lecz fanatyzm Vindy nie pozwalał jej widzieć korzyści takiego rozwiązania. Pochodząca z rodu czystej krwi czarownica miała się za królową i tak się nosiła, coś co znosił dwa lata nim miał jej dość pomimo naprawdę świetnego pożycia. Nie był napalonym dzieciakiem i wiedział, że są ważniejsze rzeczy z związku niż partnerka godząca się na zabawy z kajdankami i pejczami, Quennie zgodziła się wyłącznie na kajdanki a i tak przeżyli razem wspaniałe lata zmieniając Nurmengard z więzienia w przyjemne miejsce do życia. To z nią prowadził badania, to z nią powiększał bogactwo tak w świecie magii jak i mugoli. Hermionie nie proponował żadnej z tych rzeczy, poczeka aż osiągnie pełnoletność o tak, da jej czas. Teraz to niewłaściwe by jej mówił o swoich pasjach.

Hermiona ze swej strony zaczęła uważać Nurmengard za wspaniałe miejsce. Czuła się jak bohaterka powieści płaszcza i szpady. Bardzo takie lubiła, uwielbiając tak króla Artura jak i Trzech Muszkieterów, bohaterów zbiorowej wyobraźni. Nie miała nic przeciwko byciu bohaterką jednej z takich opowieści, ale nie bezradną księżniczką, ale czarownicą. Tutejsza biblioteka to skarb i miała co robić. Byłoby idealnie, gdyby nie bała się tak o wyniki SUMów. Miała swoje zajęcia czy to za dnia czy wieczorem, ale i tak się bała. Nawet kiedy tuliła do siebie ukochanego, razem z nim czerpiąc przyjemność ze zbliżeń. Psy, jakby wyczuwając jej nerwowość na swój sposób ją pocieszały, kładąc łby na kolanach i domagając pieszczot. I pomagało to.


Albus Dumledore siedział w swoim gabinecie patrząc na Minerwę. Z dumą powiedział kobiecie, że znalazł jeden z horkruksów Voldemorta i chociaż nie powiedział tego na glos czuł się lepiej dzieląc z kimś tajemnice, mając pomoc od kogoś blisko niej. Teraz, w czasie wakacji Minerwa codzienni używała eliksiru odmładzającego, a on nie narzekał. Nie zachęcał jej, ale też nie zniechęcał a teraz siedzieli popijając herbatę. To naprawdę dobry czas, o ile czas może być dobry czas

- Powinieneś iść tam razem z Gellertem – radziła – nie wiadomo jakie spotkasz pułapki, a chociaż jesteś wielkim czarodziejem, on wie więcej o klątwach i czarnej magii. Nie ryzykuj niepotrzebnie – przypomniała.

- Masz rację kochana, myślałem o tym – wyznał szczerze – Tom na pewno zastawił pułapki, udam się do Nurmengardu razem z wynikami SUMów panny Granger, sowa z ministerstwa tam nie doleci.

Tak też zrobił, zastając Gellerta w gabinecie jak czytał jakąś korespondencję. W swoim domu używał rzecz jasna eliksiru odmładzającego, ale w dawce takiej, że wyglądał jak mężczyzna w średnim wieku bo takim się sobie najbardziej podoba. Spojrzał na Albusa uważnie po czym wskazał mu miejsce na fotelu.

- Nie fatygowałbyś się tutaj z wynikami Hermiony – powiedział Gellert biorąc do ręki listy z pieczęcią ministerstwa – o co chodzi Albusie?

- Znalazłem jeden z horkruksów i chcę byś towarzyszył mi w odzyskaniu i zniszczeniu. Sam zniszczę przedmiot mieczem Gryffindora, ale potrzebuję twojej pomocy by uniknąć pułapek – wyznał.

- Rozsądnie -kiwnął głową Gellert – miecz z jadem bazyliszka to dobry środek, może powinniśmy mieć na wszelki wypadek zestaw kłów?

- Myślałem o tym, ale do Komnaty zejść może jedynie wężousty – powiedział Albus.

- No cóż zawsze pozostaje brutalna siła, kiedy chcesz się tam udać?

- Możliwie najszybciej, może pojutrze?

- Doskonale, Hermiona chętnie cię powita – dodał.

I tak też było. Ku swej wielkiej uldze, Hermiona dostała doskonałe oceny z SUMów o czym powiedziała z dumą Gellertowi. Czarnoksiężnik dyplomatycznie nie powiedział „a nie mówiłem" kiedy zobaczyła wyniki egzaminów. On oczywiście dostał „W" ze wszystkiego co oczywiście go nie zaskoczyło. Przyszła też lista książek, ale tym nie zamierzał się przejmować, przynajmniej na razie.

- Uważaj na siebie – powiedziała, kiedy mieli się teleportować – wiem, że na pewno dasz sobie radę, ale uważaj na siebie.

- Zamierzam – zapewnił całując ją przelotnie w usta.

Hermiona przygryzła wargę nie chcąc brzmieć tak, jakby w niego wątpiła. Był potężnym czarodziejem, ale tak po ludzku się o niego bała. Być może nieracjonalnie, on jednak pocałował ją i spojrzał na nią łagodnie. Dyrektor posłał jej aprobujący uśmiech, a ona spojrzała czule na Gellerta i raz jeszcze zapewniła, że nie ma wątpliwości co do jego zdolności, ale tak już ma, że zawsze okazuje troskę bliskim a on jest dla niej kimś wyjątkowym, jedynym na świecie.

Czarnoksiężnik także posłał jej uśmiech i zapewnił, że nie ma cienia powodów do zmartwienia. Troska w jej oczach rozczulała go, chociaż oczywiście powinna mieć w niego więcej wiary. Ale to jeszcze nastolatka, nie powinien zapominać o tym jaka jest młoda i że czasem tak właśnie reaguje. Pocałował ją tym razem w czoło i po chwili rzucił zaklęcie teleportacji by przenieść w miejsce wskazane przez Albusa.

Obaj rzecz jasna starannie przygotowali się starannie do owej misji. Mieli pewne wyobrażenie co też mogą spotkać, ale nie co do wszystkiego. Dlatego Gellert miał na sobie swój bojowy płaszcz oraz składający ze spodni, koszuli i kamizelki strój. Kamizelka była ze smoczej skóry zaś w płaszcz oraz spodnie wpleciono wiele run ochronnych, zapewniając ochronę przez czarami. Gellert dbał by wyglądać tak elegancko jak i chronić się. W jednej dłoni miał Czarną Różdżkę a w drugiej miecz z goblińskiej stali, którym odbijał zaklęcia. Albus z kolei miał swoje zwyczajne, długie szaty także wzmacniane runami ochronnymi. Podobnie jak i Gellert w jednej dłoni trzymał miecz a w drugiej różdżkę. Z tym, że miecz Gryffindora stanowił zabójczą broń gdyż został wzmocniony jadem bazyliszka. Żaden z nich nie opanował, podobnie jak czarodzieje z Rzeczpospolitej Magicznej czy carstwa Rosji, sztuki rzucania zaklęć mieczem na tyle by zrezygnować z różdżki w walce. Ale i tak stanowili zabójczy duet, co pokazali w ministerstwie.

Hermiona i psy żegnali ich, a owczarki z ciekawością wąchały szaty Albusa. Albus nic nie powiedział, poprzedniego dnia wpadł na Minerwę w kociej postaci i kocie włosy musiały zostać na szacie. Dlatego pewnie psy wykazywały takie zainteresowanie. Zwykle zwierzęta nie odróżniały animaga od zwierzęcia, to potrafiły magiczne zwierzęta jak kuguchary, a przed chimerą na pewno czuły respekt i owczarki.


Obaj z niezwykłą gracją wylądowali w Little Hangleton. Ich pojawienie się wywołało by sensację w wiosce, ale pośpiesznie rzucili na siebie zaklęcia zwodzące mugoli. Dwaj uzbrojeni w miecze mężczyźni z pewnością stanowili niecodziennych gości, ale zadbali by im nie przeszkadzać.

- Podejrzewam, że Tom ukrył horkruks w starym domu rodziny swej matki.

Gellert aż się skrzywił widząc wskazaną przez Albusa ruderę. Co za upadek dla czarodzieja, by mieszkać w takiej ruderze. Nie mieszkali oni w mugolskiej wsi, do końca mając przekonanie o swej wyższości, ale w lesie wokół wioski. Domy w Little Hangleton z pewnością nie należały do bogatych, ale schludnych z swoimi kamiennymi płotkami i niedużymi, zielonymi ogródkami. Domy stanowiły typowe dla Anglii, wiejskie domostwa z kamienia lub cegły, kryte strzechą lub gontami. W porównaniu z chatą w lesie, mogły uchodzić może nie za luksusowe, ale na pewno dostatnie. Gellert lubił spacery po lesie i spędził tam wiele godzin ze swoimi psami, ale lubił słoneczne i pogodne lasy w górach. Nie przepadał jednak za mrocznymi, sosnowymi lasami gdzie nawet latem panował półmrok a leśna ściółka rosła marnie w ciemności. Szli przez taki las, posępny nawet w środku lata. W którymś momencie zobaczyli prawie całkowicie już zarośniętą, kamienną ścieżkę dość mocno już podniszczoną.

Ścieżka prowadziła do zniszczonej chaty. Kryty gontami dach był w wielu miejscach dziurawy, zaś okna dawno zostały wybite czy to przez wyrostków czy przez gałęzie drzew rosnących bardzo blisko. Na zmurszałych drzwiach widzieli słabo widoczny, prawie całkowicie starty przez czas, symbol węża. Miejsce wyglądało naprawdę przygnębiająco ze swoim dziurawym dachem i wybitymi oknami. Obaj czarodzieje stanęli w pewnej odległości od domu i zaczęli z pomocą różdżek skanować otoczenie. Wykryli dość mocne zaklęcia odstraszające mugoli, a także zwodzące i parę pomniejszych klątw. Ku swemu zdumieniu nie znaleźli śladów żadnych czujek mających alarmować o obecności czarodziei w okolicy.

- Tom wierzy, że nikt nie znajdzie tego miejsca. Arogancja to jego słabość – powiedział Albus.

- Osłony są słabe, ale musimy strzec się pułapek w domu i ochrony samego horkruksa. Kto wie co szykuje – ostrzegł Gellert.

Albus skinął głową i obaj weszli do zrujnowanego wnętrza. W dawnej chałupie dumnego rodu Gaunt, żyły obecnie leśne myszy oraz pająki, a Gellert z obrzydzeniem niszczył kolejne pajęczyny. Całe to miejsce budziło jego obrzydzenie i ten wszechobecny, nieomal namacalny brud idealny dla czarodziei czystej krwi. Po drodze rozbroił parę magicznych pułapek, ratując tym razem Albusa przed nieprzyjemnymi klątwami. Nadal jednak nie znaleźli horkruksa.

- Dlaczego po prostu nie spalimy tej rudery? – pytał Gellert.

- Muszę wiedzieć jaki przedmiot wybrał Tom – tłumaczył Albus – podejrzewam, że wybierał legendarne przedmioty, dlatego chcę zobaczyć ten horkruks by wiedzieć czym mogą być kolejne. Gauntowie należeli do potomków Slytherina, to go inspirowało.

- Ile właściwie horkruksów stworzył?

- Nie wiem dokładnie, dlatego potrzebuję Horacego podejrzewam, że od pięciu do siedmiu, ale to podejrzenie. Czuję obecność horkruksa, o tak…

Weszli tymczasem do pokoju dziennego, a raczej tego co z takiego zostało. Zbutwiałe meble stanowiły dom dla myszy i innych zwierząt i jeden jedyny stół wyglądał jako tako. Na stole zaś, jakby nigdy nic, leżał dziwaczny, staromodny pierścień. Pierścień był czarnym kamieniem w złotej oprawie, okropnie brzydkim kamieniem a przywodzącym na myśl pretensjonalne, rodowe sygnety. Pierścień nie pasował do otoczenia jak tylko to możliwe, ponieważ tylko on nie wyglądał jak obraz nędzy i rozkładu.

Gellert szybko skanował przedmiot, a Albus podszedł bliżej. Rozpoznał ten kształt od razu, nawet po tylu latach wiedział co to jest i wyciągnął rękę do pierścienia. W innej rzeczywistości dotknął by przedmiotu i w ten sposób skazała na śmierć od klątwy, ale tym razem miał przy sobie Gellerta. Ten zaś szybkim ruchem różdżki go unieruchomił po czym wrzasnął na całą chatę.

- Oszalałeś Albusie? Klątwy nałożone na ten pierścień zabiłby trolla w parę minut. Nie dotykaj tego, bo umrzesz. Dlatego nie nałożono mocniejszych osłon, dotknięcie pierścienia zabije! – wyjaśnił.

- Gellercie ten to pierścień to...

- Nie obchodzi mnie co to jest, na pewno nie jest warte twego życia! – ryknął Gellert.

- Jestem pod wrażeniem twej postawy, uratowałeś mnie za co mam u ciebie dług – powiedział Albus – panna Granger dobrze na ciebie wpływa, to – wskazał na pierścień – to kamień wskrzeszenia, rozumiesz to?

-Teraz to horkruks – przypomniał Gellert – i to obłożony naprawdę potężną klątwą.

- Ale na pewno umiesz takową zdjąć.

- Umiem, ale nie zrobię tego w tej pełnej brudu, robactwa i pająków dziurze. Tylko czystokrwiści mogli mieszkać w takiej ruderze – dodał lewitując horkruksa.

Czarodzieje wyszli w domu wyraźnie zadowoleni z opuszczenia rudery. Gellert miał minę pełną obrzydzenia mówiąc coś o skutkach wielopokoleniowego kazirodztwa i czystokrwistych co nie umieją posprzątać domu. Albus tylko się uśmiechał, mówiąc coś o tym jak obecność łagodnej czarownicy dobrze na niego wpływa. „Już dawno dostrzegłem, jak różnisz się od Toma, masz przyjaciół, byłeś w związkach z kobietami i dostrzegasz innych ludzi. Jako Czarny Pan byłbyś groźniejszych od Toma, bo wiesz jak zdobyć lojalność". Gellert jednak szczerze zapewniał, że roli spokojne życie niż wojny i że nie zamierza naprawiać świata. I Albus mu wierzył, lecz na razie muszę pokonać Toma, który zagrażał ich spokojowi. Gellert nie ukrywał pogardy dla Voldemorta, ani tego, że Hermiona dodatkowo go motywuje do walki. Bo przecież ona stanowiłaby cel w tej wojnie, a on jest romantykiem a do tego nienawidzi marnowania magicznej krwi.

Gellert faktycznie zdjął klątwy rzucone na pierścień. Niewielu miałoby dość wierzy by wiedzieć jak tego dokonać, w do zdjęcia trzeba było naprawdę dogłębnej wiedzy z dziedziny czarnej magii jak i magicznej mocy. On miał takowe i niebawem pierścień nie stanowił już śmiertelnego zagrożenia.

- Teraz mogę go dotknąć, nie ma klątw? – pytał Albus.

- Nie ma, ale to horkruks – przypomniał Gellert – musimy zniszczyć fragment duszy Mordy.

- Nie rozumiesz, Ariana – zaczął Albus.

- Albusie – zaczął Gellert smutno – niewielu rzecz tak żałowałem, jak naszej kłótni tamtego dnia, ale nadal uważam, że to przez mugoli Ariana tak cierpiała i gdyby ojciec Mordy nie był próżnym paniczem i zajął swoją kobietą i synem on by był kimś innym. Tak czy siak musimy zniszczyć fragment duszy.

Albus smętnie westchnął po czym zamachnął się mieczem Godryka Gryffindora na pierścień. Obaj usłyszeli syk, świadczący o zniszczeniu fragmentu duszy Voldemorta. Albus podniósł z ziemi kamień wskrzeszenia wyraźnie zamierzając potem porozmawiać z widmem swej siostry. Patrzyli na siebie w milczeniu, gdyż owa sprawa ongi ich podzieliła a teraz zaś musieli walczyć ramię w ramię.

- Jeden zniszczony, masz pojęcie czym mogą być kolejne? – spytał Gellert.

- Do Gauntów należał nie tylko ten pierścień, ale też medalion. Pokażę ci wspomnienie, dzięki któremu to wiem, medalion samego Salazara Slytherina – wyjaśnił Albus – Meropa Gaunt sprzedała takowy przed laty, ale gdzie teraz jest nie wiem.

- Czy Morda miał pojęcie czym jest pierścień? – spytał Gellert.

- Nie sądzę – pokręcił głową Albus – nie zależało mu na rozmowie z kimkolwiek, nikogo nie kochał i na nikim mu nie zależało. To był dla niego rodowy pierścień. Zastanawia mnie też czy nie użył przedmiotów związanych z Helgą Hufflepuff oraz Roweną Ravenclaw, ale do tego muszę wiedzieć ile ich stworzył.

- Kto to może wiedzieć? – spytał.

- Horacy, zamierzam go sprowadzić do Hogwartu a na razie, na razie czas na nas i na radość z naszego zwycięstwa.